Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

MARZENIA I LUDZIE

odważni by je spełniać

PASJONACI
Woda, góry, miasta...

CHCIEĆ ZNACZY MÓC
Poznaj smak przygody!

Fundacja 4 Kontynenty

Jesteśmy pasjonatami podróży, spełniamy Wasze i nasze marzenia.
Naszymi marzeniami jest wyprawa jachtem na Antarktydę poprzez oceany, morza i kontynenty.
Przez 4 Kontynenty.

"I love Norway" – żeglarstwo i trekking

11 Sierpień 2018 ŻEGLARSTWO

Pierwsza cześć rejsu „I love Norway” była poświęcona żegludze z dziećmi, przy okazji po raz kolejny przekroczyliśmy koło podbiegunowe. Drugi etap rejsu to już żeglarstwo i trekking po Lofotach dwoma jachtami. Daniel Kitel drugi raz z nami wędrował po dalekiej północy i podzielił się swoimi wrażeniami. My ze swojej strony już zapraszamy na kolejną edycję i „Love Norway 2019” szczegóły już niedługo.

Nasz dwutygodniowy żeglarsko-trekkingowy etap w kierunku Lofotów zaczęliśmy w Bodø. Na potrzeby rejsu zaangażowane zostały dwa jachty: s/y Faworyt i s/y Elektra. Po wylądowaniu w Bodø spotkaliśmy część ekipy, która przyleciała wcześniej - pojawili się na lotnisku by pomóc przenieść bagaże na łódki. Część z nas przywiozła ze sobą dodatkowy bagaż jedzenia z Polski - ceny żywności w Norwegii potrafią być dwukrotnie lub nawet trzykrotnie większe. Dodatkowe pary rąk do niesienia prowiantu okazały się zbawcze po długiej podróży z przesiadkami. Następnego dnia oddajemy cumy mając w planie dopłynąć do Lofotów. Kilka godzin po nas wypływa za nami s/y Elektra. Wpływając na coraz bardziej otwarte wody, bez osłony pobliskich wysp, odczuwamy coraz mocniejszy wiatr - i to w dodatku z zachodu, co przy naszym kursie dawało idealny ‘wmordewind’. W Planie było dopłynąć do Reine. Jednak wiatr przybierał na sile, podmuchy sięgały 35 węzłów a prognozy na następne godziny pokazywały jeszcze większy wiatr i deszcz.

W związku z tym zmieniliśmy kurs - na Kjerringøy. W porcie ciężko było o miejsce lecz w końcu cumujemy przy portowej ścianie nadbrzeżnej, która okazuje się najlepszą osłoną od wiatru. Ze względu na pływy konieczna była praca przy cumach co kilka godzin. Prognozy na dzień następny były jeszcze gorsze. Na morzu szalał regularny sztorm o sile 9B z niekorzystnym zachodnim wiatrem a temperatura odczuwalna to jakieś 8 st. Celsjusza. W związku z tym cały wtorek przeznaczyliśmy na zwiedzanie okolicy. W środę rano wiatr słabnie do 20 węzłów i wieje z NW. Czekamy na uspokojenie się martwej fali na morzu i po południu wypływamy dwoma jachtami w stronę Lofot - kurs na Reine. Stawiamy genuę i płynąc bajdewindem robimy 50 mil morskich. S/Y Faworyt pięknie się prowadzi ostrym bajdewindem - chwilami płyniemy 8 węzłów. 

Lofoty witają nas spowite lekką mgłą, wiatr cichnie. W Reine cumujemy o 2 ‘w nocy’ - tej porze roku słońce nie chowa się za horyzont więc dzień panuje nieprzerwanie.

Czwartek przeznaczamy na zwiedzanie tej malowniczej miejscowości. Wszędzie czuć woń ryb rozchodzącą się od tzw. stockfish’y, których jest pełno na wyspie Moskenesøya. Rozpogodziło się na dobre!! Wykorzystujemy to i po śniadaniu wspinamy się z mozołem na Reinebringen. Tam na górze stoi się nad ponad 440 metrową przepaścią. Widok z góry na Reine, fjordy i łańcuch wysp wynagradza naszą dwugodzinną wspinaczkę - istny LandscapePorn!!!

Następnego dnia robimy krótki 10-cio milowy skok na następną wyspę Flakstadøya do miejscowości Nussfjord. Podczas żeglugi wieje nam słaby wiatr z NW. W Nussfjord spotykamy ekipę s/y Elektra, która zacumowała tu dzień wcześniej. Marina jest kameralna i posiada nietypowe klimatyczne muzeum, w którym znajdują się prysznice i sauna. Zwiedzamy okolicę, zgodnie z mapą mamy wiele ścieżek trekkingowych do wyboru - jednak same szlaki nie są dobrze oznakowane. Na szczęście nie musimy się spieszyć bo dziś, jutro, pojutrze… nie ściemni się - więc można trochę pobłądzić.  S/Y Elektra odpływa w tym czasie do Reine.

Ranem  obieramy kurs na Stamsund. Mamy do pokonania zaledwie 16 mil morskich, wiatr słaby i niezmiennie z NW, więc żeglujemy powoli pośpiechem się brzydząc… Udaje nam się złowić 3 dorodne dorsze, które szybko lądują na talerzu dzięki rezolutnej wachcie kambuzowej. Stamsund - kolejny port, kolejne miejsce do eksploracji! Zachęceni obrazkami z przewodnika wyruszamy na trekkingowy spacer. Chodzimy poniżej szczytów, robiąc zdjęcia okolicy. Jednak trudy całego dnia dają się we znaki dlatego robimy krótszą trasę by wrócić o północy na łódkę. S/Y Elektra przypływa do nas nad ranem.

Naszym kolejnym celem jest port w Svolvaer. Stawiamy wszystkie żagle i leniwie płyniemy półwiatrem. Gdy wiatr słabnie zrzucamy żagle i na silniku krążymy nad płytką wodą łapiąc kolejne dorsze - warto było taszczyć sprzęt wędkarski z Polski! Dopływamy do dużego Svolvaer - tutaj jest wiele tras do trekkingu i gór do wspinania. Nasza grupa wspina się na majestatyczne Floya.

Płyniemy dalej - czas na popularny Trollfjord - wąski fjord ze stromymi zboczami gór wznoszącymi po obu stronach.

Czas biegnie nieubłaganie a wszystko co dobre zbyt szybko się kończy. Płyniemy w stronę ostatniego naszego portu w Tromso gdzie na s/y Faworyt i Elektra czekają załogi następnego etapu. Dwa tygodnie to zdecydowanie za mało żeby zwiedzić region norweskich Lofotów z poziomu morza i lądu. Pozostaje naturalny niedosyt ale też motywacja by w przyszłości tam jeszcze wrócić. To był bardzo udany rejs! Zdecydowanie mogę teraz powiedzieć ‘I Love Norway !!’ 

Daniel Kitel 

Facebook
Tweet
Google

Dzieci na pokładzie jachtu podczas rejsu to nie lada wyzwanie dla rodziców. Na pierwszym miejscu budzą się w nas obawy, jak to będzie? Brak stabilnego gruntu pod nogami, dookoła tylko woda, choroba morska, czym zająć dzieci aby się nie nudziły? Mamy nadzieję że ten artykuł zachęci was do wspólnego żeglowania z pociechami. To relacja Magdaleny Hejna – mamy Krzysia, Juli, Zuzy – z rejsu Fundacji 4 Kontynenty "I love Norway"

Zapierające dech krajobrazy, krystalicznie czysta woda, fantastyczne przeżycia – to wszystko stanęło mi przed oczami, gdy Maciek zaproponował mi rejs po północnej Norwegii z Fundacją 4 Kontynenty.

Mieliśmy pojechać razem z naszymi dziećmi: 11-letnim Krzysiem, 9-letnią Julią i prawie 7-letnią Zuzią oraz naszą przyjaciółką Katją, jej pięcioletnią córeczką Mają oraz kolegą Rafałem. Cieszyłam się, chociaż miałam pewne wątpliwości: jak dzieciaki zniosą podróż, czy nie będą się nudzić na jachcie i co z chorobą morską. Ze swojej strony jednego mogłam być pewna – Neptun mi nie odpuści.

Moje intymne niemal z nim relacje są tematem wielu anegdot. Choruję nawet na promie. I chociaż jestem jachtowym sternikiem morskim, pływam głównie po śródlądziu, gdzie fala mi niestraszna.

Maciej pojechał do Trondheim – skąd zaczynaliśmy naszą podróż – dzień wcześniej, aby przejąć jacht. Reszta miała lecieć z Gdańska, co oznaczało że musimy o 7 rano wsiąść do Pendolino. Dwie matki, czwórka dzieci, 80 kg rejestrowanego bagażu i 6 bagaży podręcznych po 10 kg każdy. Do tego kanapki i woda, książki, kolorowanki i kredki oraz planszówki, jeden pies, jeden królik i jeden kot– na szczęście pluszaki.

Wyglądałyśmy przezabawnie. Wsiadałyśmy i wysiadałyśmy na raty. Dzieciaki dzielnie zniosły podróż. Trondheim przywitało nas przepiękną pogodą: 22 stopnie i słońce, które jak się szybko przekonaliśmy rzeczywiście nigdy nie zachodziło.

Uzbrojona w plastry akumpunktunowe trasnsway na chorobę lokomocyjną oraz biodraminę ściąganą specjalnie na tę okazję z Hiszpanii (użytkownicy zarzekali się, że można po niej nawet czytać książki w kingstonie) z duszą na ramieniu weszłam na pokład "Elektry" i postanowiłam się nie dać. Dzieciaki postanowiły zaś zrobić to, co lubią najbardziej – poszły na ryby. Trudno było je potem zagonić na kolację i do spania – bo przecież "jeszcze jest jasno".

Następnego dnia, po uzupełnieniu zapasów jedzenia przywiezionych z Polski o jajka i mleko, wypłynęliśmy. Widoki zapierały dech w piersiach. Surowy krajobraz Norwegii jest niezwykły. Wyspy i wysepki, kamienie, mech, błękitna woda. Naprawdę warto było.

Około północy dopłynęliśmy do Djupfest, gdzie zobaczyliśmy fantastyczną ferię barw. Słońce zbliżyło się do horyzontu i natychmiast zaczęło wschodzić.

Rano dzieciaki zajęły się zbieraniem muszli i innych skorupiaków. Mogliśy więc spokojnie przygotować śniadanie na portowym tarasie.Około południa wypłynęliśmy. Po drodze chłopaki postanowili pójść po ryby. W jednej chwili nałowili tyle, że starczyło na porządny obiad.

W czasie postoju gwałtownie zmieniła się pogoda. Zaczęło wiać i podniosła się fala. Łyknęłam biodraminę i wyszłam na pokład, żeby nie kusić losu. Katja też poczuła się niewyraźnie. Tymczasem Kulka czytała książkę. Zuzia z Krzysiem grali w karty, a Maja zmęczona usnęła. Tyle w temacie choroby morskiej.

W deszczu dopłynęliśmy do Vingsand, gdzie po krótkim postoju ruszyliśmy dalej. Wiedzieliśmy, że około południa ma zmienić się pogoda i przyjść sztorm. Chcieliśmy zdążyć do portu Villa Havn zanim rozszaleje się na dobre. Wchodziliśmy przy silnym wietrze. Ale potem żywioł pokazał swoją moc. Deszcz padał pod kątem prostym. Wiał tak silny wiatr, że trudno było iść.

Następnego dnia pogoda nieco się uspokoiła. Nie na tyle, żeby wypłynąć. Ale na tyle, żeby pójść na wycieczkę. Ubrani po czubek nosa w sztormiaki zdobyliśmy lokalny szczyt, znaleźliśmy kilka kilogramów muszli, skorup krabów, szczypców i innych skarbów. Wieczorem prognoza poprawiła się i ruszyliśmy dalej. Mieliśmy jednak świadomość, że nie będzie to łatwy odcinek. Po sztormie fala wynosiła ponad cztery metry, a my spory kawałek musieliśmy wypuścić się w morze. Dzieciaczki poszły spać. Fala rzeczywiście była olbrzymia. Mój żołądek dosyć szybko ją poczuł. Usiadłam więc w kokpicie i postanowiłam się nie ruszać, licząc że w ten sposób przetrwam. Rafał trzymał się dzielnie. Maciek stał za sterem i miał się świetnie.

Zuzia, Kulka i Krzyś obudzili się dość szybko. Zuzia stwierdziła, że ma dość tej huśtawki na dziobie, wzięła śpiwór i razem z Krzyśkiem położyli się w mesie, a Kulka przeniosła się na rufę. Po chwili wszyscy smacznie spali. Ja na pokładzie modliłam się o przetrwanie. Maciek widząc mnie cierpiącą zaproponował mi tort ze smalcu. Wizualizacja tego smakołyku przyśpieszyła moje spotkanie z Neptunem. Dzięki tej krótkiej rozmowie nieco ożyłam, niestety na krótko. Około 4 rano dopłynęliśmy do Rorvik. Po szybkim prysznicu i zatankowaniu wody pitnej, ruszyliśmy dalej. Wiatr ucichł, a morze uspokoiło się. Płynęliśmy na silniku. Stałam za sterem. Krajobraz zupełnie się zmienił. Niskie skały stały się górami z dużą ilością zieleni. Wyszło słońce. Po prostu bajka.

W tych cudownych okolicznościach przepłynęliśmy obok Torghatten – znanej góry z dziurą. Dzieciaki siedziały na pokładzie.

Krzyś i Kulka sterowali na zmianę z Rafałem. W tej sielankowej atmosferze dopłynęliśmy do Bronnosyund skąd po krótkich zakupach popłynęliśmy na ryby. Ceny w sklepie zszokowały nas na tyle, że musieliśmy odreagować.

Wieczorem przekroczyliśmy północne koło podbiegunowe. Od razu zrobiło się chłodniej. Planowaliśmy kąpiel, aby to uczcić, ale nawet dzieciaki nie miały odwagi wejść do wody. W nocy dotarliśmy do Sleneset. Najpiękniejszego portu, jaki widziałam. Stamtąd udaliśmy się do Stott i w końcu dotarliśmy do Bodo.

Nasza wyprawa się skończyła. Moje obawy o dzieci nie potwierdziły się. Ten rejs był dla nich wspaniałą przygodą. Miały okazję sprawdzić się jako załoga. Krzysiek spełnił swoje największe marzenie - sterował jachtem morskim pod pełnymi żaglami. Poza tym dużo czytały, rysowały, grały w gry planszowe, wypoczęły. Zwiedziły piękne miejsca, świetnie się bawiły. My zresztą też.

Rejs "I love Norway" to tylko jeden z wielu zorganizowanych przez "4 Kontynenty". Fundacja realizuje wiele innych ciekawy projektów żeglarskich, jak majówka "Fiku Miku po Bałtyku", o której pisaliśmy na stronie "Żagli", trwający właśnie rejs dookoła Wysp Brytyjskich czy nagrodzona przez Kapitułę Śląskich Nagród Żeglarskich Carbony 2018 wyprawa "Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców".

Kolejny ambitnym celem Fundacji jest organizowanie rejsów na własnym jachcie. Takim jest Commander 32, przekazany Fundacji przez dotychczasowego właściciela. Jednostka wymaga jednak gruntownego remontu. W planach jest między innymi odnowienie i malowanie kadłuba , wymiana elektryki, odświeżenie wnętrza, podwieszenie i laminowanie kila, wymiana olinowania stałego, okuć i stalówek, montaż AIS i wymiana silnika. 

"Portem macierzystym będzie Gdańsk, a my będziemy organizować na nim szkolenia i rejsy wzdłuż polskiego wybrzeża. Jak zawsze będą to wydarzenia non profit" – informują przedstawiciele Fundacji.

Więcej informacji na stronie http://www.4kontynenty.pl/pl/news/czas-na-pierwszy-sy-4-kontynenty-prosimy-o-pomoc.html

Magdalena Hejna 

Facebook
Tweet
Google

Już w piątkowe przedpołudnie w bazie noclegowej zagościła zjazdowa forpoczta w sporej liczbie kilkunastu osób. Wytęsknieni za górami – małymi grupkami - czym prędzej rzucili się na pobliskie wzniesienia, by eksplorować rejon Zvolena. Tym sposobem już w piątek idąc tamtejszymi ścieżkami najczęściej można było usłyszeć polską mowę :-)

Ale nie ma się co dziwić: wiosna w rozkwicie i znakomita pogoda tłumaczą w pełni to zjawisko. Do wieczora dotarli wszyscy, którzy mieli dotrzeć, stopniowo powiększając grono urzędujących przy stołach zjazdowiczów. Noc już była głęboka, gdy ostatni zgasił światło ;-)

Sobotni poranek z pięknym, bezchmurnym niemalże niebem zapowiadał podobną do piątku aurę, więc po parówkowym śniadaniu błyskawicznie ekipa się ogarnęła, by ruszyć ku górom i szlakom Wielkiej Fatry jeszcze przed wyznaczonym czasem startu, czyli 9.00. Plan obejmował centralny fragment głównej grani pasma z ploską i Borisovom. Dla niewyżytych była "opcja plus" z Ostredokiem i Kriżną. No to ruszylim w siną dal.

Fakt, iż pora była wczesnowiosenna potwierdzały zarówno kwitnące tu i ówdzie krokusy, jak i zalegające jeszcze miejscami płaty śniegu.Widoczność nam się trafiła znakomita, więc można było w pełni korzystać z walorów krajobrazowych, jakie oferuje Wielka Fatra. Toteż po dojściu na sedlo Ploskej wszyscy z przyjemnością ucięli sobie przerywnik widokowo – konsumpcyjny przed "atakiem szczytowym".

Po zejściu z Ploski sporą przyjemnością były chwile relaksu przy Chacie pod Borisovom, skąd większość zjazdowiczów – choć na raty – wdrapała się jeszcze na Borisov po kolejną porcję estetycznych wrażeń. Kolejnym etapem był spacer niebieskim szlakiem pod Chyżky, gdzie jeszcze wielu skusiło się na popołudniowy "plażing". Stamtąd już prowadził zejściowy szlak na Vysne Revuce, którym większość podążyła. Niewyżyci zaś pomknęli jeszcze dużą pętlą na Ostredok i Kriżną.

Niedziela z nieodmiennie piękną, słoneczną pogodą. Jako, że na niedzielę zaplanowałem opcję: "róbta co chceta", to po pamiątkowej zbiorówce flagowej towarzystwo rozjechało się w różne strony. Moja grupka wylądowała po zachodniej stronie pasma, a konkretnie w Blatnicy. Tam ruszyliśmy na Ostrą, która pokazuje całkiem odmienne oblicze Wielkiej Fatry niż część wschodnia. Dla odmiany łagodnych, rozległych połonin mamy tu zalesiony i mocno skalisty teren. Widoki nie mniej smakowite.  Po zejściu ze szlaku jeszcze tradycyjny pożegnalny obiad i powrót do domu.

Grzegorz Grochowski 

 
Facebook
Tweet
Google

Kolejna przygoda za nami. Tym razem największą majówkę na akwenie Morza Bałtyckiego, organizowaną przez Fundację 4 Kontynenty, objął Honorowym Patronatem Pan Jacek Krupa, Marszałek Województwa Małopolskiego. Kolejny raz, promując żeglugę po akwenie Morza Bałtyckiego, popłynęliśmy na wschód. Osiem jachtów, ośmiu skiperów, osiem załóg, a każda mówiła „mój kapitan był najlepszy”.

Neptun był dla nas łaskawy i udało się zrealizować całą zaplanowaną trasę. Dopisaliśmy do historii Fundacji 4 Kontynenty kolejne 540 mil i pierwsze 5 portów w programie „100 portów w 360 dni na 100 lecie odzyskania niepodległości przez Polskę”.  Okazało się, że również odwiedzona przez nas w tym roku Łotwa świętuje taką samą rocznicę.  W majówce po raz kolejny nie zabrakło zagranicznych gości, tym razem z: Anglii, Holandii i Litwy.  Litwin przyjeżdża do Polski, żeby płynąć na Litwę? – ciekawe…. ale prawdziwe.

Zacznijmy jednak od początku

W sobotę 28 kwietnia rano, w dwóch  portach: Gdańsk (7 jachtów), Gdynia (1 jacht) skipperzy  Fundacji 4 Kontynenty odebrali jachty i rozpoczęło się okrętowanie załóg. Kilka następnych godzin spędziliśmy na przygotowaniu jachtu do wypłynięcia, zdarzyła się nawet wymiana żagli na nowiutkie, prosto z żaglowni. Zaopatrzenie, planowanie zajęć na czas rejsu zajęło większość dnia, na kei było gwarno i ruchliwie. Co chwilę desant na ląd – takie doświadczenie przyda się w czasie rejsu. Będzie o tym pamiętał zwłaszcza załogant, który został bohaterem dnia, kiedy wylądował w wodzie razem z niesionym przez siebie prowiantem. Akcja ratunkowa wymagała spostrzegawczości – trzeba wyciągnąć człowieka, który przypominał zagubioną foczkę, ale też paczki z makaronem, pomidory, ziemniak, torebki z budyniem…… Czas płynął szybko. Około południa dołączyła do nas startująca z Gdyni S/Y Ruth, byliśmy zatem w komplecie, w Marinie  Narodowego Centrum Żeglarstwa AWFiS, gotowi do wypłynięcia. 

O godzinie 19:00  wszyscy stawili się na zbiórce przed wyjściem w morze. Przywitał nas Pan Maciej Szafran, pełniący obowiązki dyrektora ośrodka, opowiedział o marinie, planach jej rozwoju i zapraszał na przyszłoroczne atrakcje. Najważniejszym punktem zbiórki był plan rejsu i omówienie warunków meteo, czyli tego, co czekało nas na morzu przez najbliższe godziny.

Ruszmy punktualnie o 21:30. Bezchmurne niebo, cisza na wodzie, wokoło już zmrok, jacht po jachcie majestatycznie opuszcza port. Cała flota, w składzie S/Y Faworyt, S/Y Elektra, S/Y Chiron 2, S/Y Ruth, S/Y Reset, S/Y Sifu of Avon, S/Y Migotka, S/Y Abeba ruszyła w morze, zgodnie z planem do Pavilosty, kierując się światłami wyznaczającymi tor żeglugi.

Jeśli wszystko idzie łatwo, to jest nudno, ale nie na naszym rejsie. Szybko pojawiły się pierwsze zmiany. Obecność najmłodszego, trzyletniego uczestnika wyprawy na pokładzie S/Y Abeba sprawiła, że ich pierwszym portem stało się Władysławo, a potem popłynęli na Bornholm. Tej nocy mieliśmy też akcję ratunkową. Silnik na S/Y Migotka odmówił współpracy, co przy wietrze o sile 2-3 kn uniemożliwiało żeglugę. Padł przekaźnik, trzeba było odpalić silnik „na złodzieja”, a S/Y Migotka w asyście S/Y Sifu of Avon udała się do najbliższego portu, czyli do Helu. Czasem tak bywa…. ale wadliwy element udało się wymienić i wszystko już działało. 

Reszta jachtów płynęła zgodnie z planem. Wschód słońca podziwialiśmy przy flaucie. Ciszę mąciły czasem lekkie podmuchy wiatru, które sprawiały, że pełni nadziei stawialiśmy żagle, ale i tak po godzinie trzeba było znów je zwinąć. Szczęście jednak się do nas uśmiechnęło, z czasem trochę się rozwiało i mogliśmy popłynąć pod żaglami do samej Pavilosty.

W poniedziałek, ok. godziny trzynastej S/Y Elektra jako pierwsza przycumowała w porcie Pavilosta, a w ciągu kilku godzin byliśmy już w komplecie, wszyscy we wspaniałych humorach. Warto przypomnieć o trwającym tam remoncie zachodniego  falochronu portu i dość niskim stanie wody między falochronami -  zaledwie  2,5 meta głębokości. Nie było to dla nas zaskoczenie, aktualne informacje o warunkach podejściowych do portu Pavilosta otrzymaliśmy wcześniej od polskich pracowników uczestniczących w pracach remontowych na pogłębiarce. Ostatni przypłynął S/Y Reset, podkreślając tym „wielkim wejściem” szczególną okazję – rocznicę 18 urodzin jednej z naszych uczestniczek. Wszyscy czekaliśmy na nich na kei i gdy tylko zacumowali razem zaśpiewaliśmy Agacie „Sto lat”.  Mamy nadzieję, że spontaniczny komentarz Jubilatki „bezcenne wrażenia” oznacza, że się podobało.  Potem niezbędne formalności, uproszczona kontrola dokumentów (konieczna crew list), wizyta straży granicznej i mogliśmy „zwiedzać” Pavilostę.

Wizyta naszych 45 żeglarzy sprawiła, że Pavilosta stała się na chwile polskim miastem na Łotwie. Czas stanął tu w miejscu, nie znajdziecie tu tłumu ludzi, marketów, ani galerii handlowych. Miasteczko to urokliwe uliczki ze starymi chatami rybackimi którym pełni polotu architekci dają kolejny okres świetności. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdujemy dzikie piaszczyste plaże oraz otaczający je las sosnowy. Cisza i spokój zapewniają niczym nie zmącony, niepowtarzalny relaks. Mieszkańcy są pozytywnie nastawieni do gości, można porozumieć się po angielsku, łatwiej jednak w języku rosyjskim. 

Wtorek, 1 maja to dzień „historycznych wydarzeń o światowym zasięgu”. Zaczęło się od meczu piłki nożnej Polska (4Kontynenty) – Łotwa (Pavilosta) na murawie boiska portowego. W trakcie meczu dołączył do nas burmistrz miasta Pavilosta wraz z chargé d'affaires a.i. Ambasady Polskiej na Łotwie Panią Eweliną  Brudnicką. Przyczyniliśmy się w ten sposób również do powstania kolejnych planów współpracy polsko-łotewskiej. Po meczu Pani Ewelina wraz z rodziną i pracownikami ambasady, którzy przyjechali się z nami spotkać, wybrali się na krótki rejs po Bałtyku na pokładzie S/Y Faworyt i S/Y Ruth. Wszyscy wrócili z uśmiechami na twarzach, choć trochę przechylało. Wieczorem mieliśmy okazję do wielkiej integracji przy wspólnym ognisku. Były kiełbaski, były śpiewy i dużo zabawy do białego rana.

Rano nadszedł moment pożegnania z Pavilostą. Warunki pogodowe się poprawiły i dalszą podróż - do Lipawy mogliśmy odbyć na pełnych żaglach. W Lipawie czekał już na nas S/Y Sifu of Avon, który po asyście S/Y Migotka wypłynął naszym śladem i przygotował naszej armadzie miejsca w porcie. Tuż obok, majestatyczny S/Y Zawisza Czarny z dzielną załogą sumiennie pełniącą wachtę trapową. Przystanek był krótki. Z samego rana ruszyliśmy dalej, aby odwiedzić jeden z największych Bałtyckich portów, Kłajpedę. Neptun znów był dla nas łaskawy i większość trasy przepłynęliśmy pod pełnymi żaglami, choć morze pokazało też swoje pazury. Wiatr momentami wiał z prędkością 35 kn, co nie było bez znaczenia dla kondycji niektórych załogantów. Prawie na każdym jachcie pojawili się „prezesi” czyli  spotkania na reling party. Wchodziliśmy wejściem południowym i północno zachodnim. Jak się okazuje, można wchodzić do portu z każdej strony, w zależności od warunków meteo i od tego, jakie widoki wydają nam się najciekawsze.

Marina Old Castle w Kłajpedzie była przygotowana na naszą wizytę, wcześniej zarezerwowaliśmy tam miejsca, dzięki czemu wszystkie nasze jachty stały obok siebie. Dużą atrakcją dla załogi była możliwość samodzielnego otwarcia zwodzonego mostu, który odgradza marinę. Na podejściu do portu tradycyjnie cost guard wywoływał każdy jacht i pytał o niezbędne szczegóły. 

W Kłajpedzie byliśmy gośćmi Związku Polaków na Litwie, a Pani Irena zabrała nas na zwiedzanie miasta. Nasza urocza Przewodniczka opowiedziała nam o historii i ciekawostkach Kłajpedy. Ciepły głos Pani Ireny przenosił nas w przeszłość i znów wracaliśmy do teraźniejszości podziwiając i fotografując miasto. 

Piątkowym popołudniem ruszyliśmy w stronę naszej Ojczystej Ziemi i przez kolejne godziny przemierzaliśmy wody Bałtyku biorąc kurs na Hel, gdzie dotarliśmy w sobotę. Trzeba przyznać, że zachód i wschód słońca były tym razem absolutnie wyjątkowe i niesamowite. Widoki naprawę zapierały dech w piersiach.

W helskiej marinie spotkały się wszystkie jachty, biorące udział w wyprawie, nie tylko S/Y Migotka, ale również S/Y Abeba dotarły na czas. Wieczorem wszystkie załogi majówki Fiku Miku Po Bałtyku  Fundacji 4 Kontynenty świętowały szczęśliwy powrót do Polski w słynnym Kapitanie Morganie, śpiewając do rana szanty i opowiadając historie z dalekich mórz.

Rano każdy jacht wyruszył w ostatni etap rejsu - do portu macierzystego i tak w niedzielne popołudnie dobiegła końca największa żeglarska majówka na akwenie Morza Bałtyckiego. Wróciliśmy ze wspaniałymi wspomnieniami, nowymi przyjaźniami i planami na przyszłe wyprawy. Nikt się już nie dziwił, dlaczego Litwin przyjechał do Polski, żeby popłynąć na Litwę.

Zapraszamy uczestników tegorocznej majówki Fiku Miku Po Bałtyku  oraz wszystkich, którzy chcieliby spróbować żeglarstwa morskiego  na przyszłoroczną edycję -  majówki pod żaglami Fiku Miku po Bałtyku 2019, tym razem chcemy zawędrować na Gotland…… 

 

Bądźcie z nami i niech Neptun nam sprzyja!

Mariusz Noworól

Facebook
Tweet
Google

Niżne Tatry

26 Marzec 2018

Joga w Tatrach

5 Styczeń 2018

Sylwester na Zirbitzkogel

31 Grudzień 2017

Wesołych świąt

23 Grudzień 2017

Patronat Honorowy

28 Marzec 2017

Romki na końcu świata

19 Styczeń 2017

Sudety - 15-17.04.2016 r.

17 Kwiecień 2016

Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebina (małopolskie)
KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740

Wesprzyj nas:
Fundacja 4 Kontynenty
Konto: Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01