Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

MARZENIA I LUDZIE

odważni by je spełniać

PASJONACI
Woda, góry, miasta...

CHCIEĆ ZNACZY MÓC
Poznaj smak przygody!

Fundacja 4 Kontynenty

Jesteśmy pasjonatami podróży, spełniamy Wasze i nasze marzenia.
Naszymi marzeniami jest wyprawa jachtem na Antarktydę poprzez oceany, morza i kontynenty.
Przez 4 Kontynenty.

Kartka z podróży - dołącz do akcji

27 Marzec 2017 ŻEGLARSTWO

Był taki czas, gdy w Polsce jachty były tylko klubowe, a dalekie rejsy nieliczne, gdyż paszport, po wielu wysiłkach, otrzymywało się tylko na czas określonego wyjazdu. Nie było wtedy telefonów komórkowych, gps, na stole nawigacyjnym królowało radio tranzystorowe do odbioru prognoz pogody. Posiadanie większej ilości jakiejkolwiek waluty wymienialnej było rzadkie i nielegalne, więc nawet wysłanie pocztówki z zagranicznego portu stawało się znaczącym wydatkiem. Był na to sposób- korespondencja ze stemplem „ poczta otwartego morza” oraz z pamiątkowym stemplem jachtu mogła być wysyłana z całego świata ze znaczkiem kraju bandery jachtu bez jakichkolwiek dodatkowych opłat. Słali je więc żeglarze ze wszystkich portów przez długie lata, z jakże rzadkich, wymarzonych rejsów. Pocztówki takie były wspaniałą pamiątką, często także podstawą długich domowych „morskich opowieści” po powrocie z rejsu.

Fundacja 4 Kontynenty w ramach wyprawy „Arktyka 2017 – Śladami ginących lodowców” postanowiła wskrzesić tę, już mocno zapomnianą „ dobrą praktykę żeglarską” w nowej, odświeżonej formie. Każdy, kto wesprze naszą wyprawę kwotą choć dziesięciu złotych, otrzyma z wyprawy tak ostemplowaną kartkę z jednego z jachtów naszej wyprawy wraz z podpisami kapitana i załogi etapu z którego zostanie wysłana.

Nie jest to oczywiście jedyne podziękowanie jakiego możecie spodziewać się za wsparcie wyprawy, mamy także do rozlosowania kubki, koszulki i wiele innych gadżetów wyprawowych.

Tych zaś, którzy chcą nas wesprzeć instytucjonalnie, zapraszamy do zapoznania się z propozycjami Fundacji 4 Kontynenty  

kapitan Igor Godlewski

Jak otrzymać kartkę z podróży ?

Wesprzyj Fundację 4 Kontynenty cegiełką i wyślij swoje zgłoszenie na adres kartka.z.podrozy@4kontynenty.pl 

Czas trwania akcji do  19.09.2017

10 zl otrzymasz kartkę z podróży 

35 zl otrzymasz kartkę z podróży i koszulkę wyprawy Arktyka 2017 

40 zl otrzymasz kartkę z podróży i kubek wyprawy Arktyka 2017 

50 zl otrzymasz kartkę z podróży i chustę wielofunkcyjną wyprawy Arktyka 2017 

100 zl otrzymasz kartkę z podróży, kubek, chustę wielofunkcyjną, koszulkę - z logo wyprawy Arktyka 2017 

500 zł otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu Twoją nazwą  ( za wyjątkiem S7, S8, B6, B8 )

1 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  B6 lub B8  Twoją nazwą

3 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  S8  Twoją nazwą 

5 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  S7 Twoją nazwą 

10 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania  etapów SY Bystrze Twoją nazwą   oznaczenie B ( za wyjątkiem etapów B6, B8 ) 

15 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania  etapów  SY Sifu of Avon  Twoją nazwą  oznaczenie S ( za wyjątkiem etapów S7, S8 ) 

20 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i zostajesz sponsorem Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców 

30 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i zostajesz sponsorem tytularnym Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców 

Dodatkowo 

Wśród wszystkich uczestników wspierających Fundację 4 Kontynenty wylosujemy 

20 koszulek Wyprawy Arktyka 2017  Śladami Ginących Lodowców
20 koszulek Fundacji 4 Kontynenty
20 kubków Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców
10 koszulek ufundowanych przez Sail24.pl
2 koje na etap s 14 z uczestnikami i kapitanem etapu S7

Dane do przelewu 

Tytułem  "wspieram Fundację 4 Kontynenty - kartka z podróży" 

Fundacja 4 Kontynenty
Oś ZWM 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01

 

 

 

 

 

Facebook
Tweet
Google

Targi Wiatr i Woda 2017 w Warszawie za nami.

Możemy dziś podsumować targi, które naszym zdaniem powinny zmienić nazwę na Woda i Motorówki. Już na wejściu witały nas wielkie motorowe monstra, które mają swoich sympatyków, jednak nie w naszych osobach. Kolorowe łodzie motorowe prawie w całości wypełniały największą halę targów.W dwóch pozostałych halach zobaczyć można było zaledwie kilka jachtów żaglowych i bazar żeglarski.

Ale to właśnie targi Wiatr i Woda w Warszawie mają chyba największą magię i spotyka się na nich cały „wodny świat”. Tym razem można było natrafić na wiele osobistości żeglarstwa, posłuchać kilku ciekawych prezentacji czy pooglądać nowości w odzieży żeglarskiej. Spędziliśmy na targach dwa dni, głównie na spotkaniach, rozmowach i integracji.

Światowy dzień morza 17 marca – warto tę datę zapisać.

Tego dnia w Tawernie Korsarz odbył się koncert zespołów Z dala od Zgiełku oraz Mietek Folk Olsztyn. Przybyliśmy dość sporą ekipą i była to nasza pierwsza oficjalna wizyta w tym miejscu. Od samego początku było czuć żeglarski klimat. Gdy na scenę wkroczył zaprzyjaźniony zespół Z dala od Zgiełku, zaczęły się wspólne śpiewy. Anka (wokalistka zespołu) jak zawsze dała czadu a Misiek dzielnie walczył na akordeonie. Pomiędzy utworami odbywały się konkursy, na których jako nagrody rozdawaliśmy koszulki ufundowane przez Sail24.pl.

Na „Mietków”, którzy jadąc do Warszawy mieli przygodę, musieliśmy cierpliwie poczekać. Zepsuł im się bus pod Modlinem, ale w końcu dużo spóźnieni dotarli na miejsce i to jest najważniejsze. Mietkowie przenieśli nas na morza i oceany. Cała Tawerna Korsarz falowała w rytmie szant. Mietek Folk Olsztyn wymiatał na scenie. Nazwa zespołu jest odzwierciedleniem ich muzycznego talentu, który doceniła cała publiczność. Dla Nas też to była wyjątkowe wydarzenie, gdyż „Mietki” wystąpili w koszulkach Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców. Jak się zapewne domyślacie, zabawa trwała do samego rana, a to dopiero był pierwszy dzień targów.

Drugiego dnia pogoda się strasznie popsuła, za oknem dosłownie szalały wiatr i woda, zrobiło się zimno. Oj coś ta Warszawa nie gościnna :) Sobotni targowy dzień przebiegał pod dyktando spotkań.

Uważam, że największą gwiazdą targów była Laura Dekker, dziewczyna która wyruszyła w wyprawę dookołoa Ziemi w wieku 14 lat i sama opłynęła świat. Świetna prelekcja sprowadziła tłumy, które oczekiwały w długiej kolejce na autograf młodej żeglarki. Wydawnictwo Nautica wydało książkę Laury pt „Marzenie pewnej dziewczyny”, której nazwa bardzo znajomo brzmi dla Fundacji 4 Kontynenty. My wierzymy, że „Chcieć, znaczy móc!” a Laura to udowodniła.

Po długim targowym dniu, wieczorową porą udaliśmy się na koncert grupy Mechanicy Shanty w Tawernie Gniazdo Piratów. Od samego początku panowała żeglarska atmosfera.  Akustykiem koncertu był Krzysztof Kłos - jeden z naszych kapitanów, który poprowadzi jacht SY Bystrze podczas etapu B6: Tromso – Nordkapp – Tromso w naszej Wyprawie Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców.

Po długim koncercie w tawernie nie zostało wiele osób. Zaczęliśmy integrację, podczas której Anka - wokalistka zespołu Z dala od Zgiełku - wykonała koncert unplugged sławnego utworu „jagódki”. I jak to bywa na takich spotkaniach zabawa trwała jeszcze do białego rana.

Po tak intensywnym weekendzie rozjechaliśmy się w niedzielę w 4 strony świata z kolejnymi planami na niedaleką przyszłość.

Targi Wiatr i Woda to rozpowszechnione już miejsce spotkań braci żeglarskiej. Niestety powoli z roku na rok stają się targami motorowodnymi. Może doczekamy się w naszym kraju prawdziwie żeglarskich targów kierowanych i dedykowanych żeglarzom.

Ekipa Fundacji 4 Kontynenty jak zawsze dopisała, integracja w Tawernach Korsarz i Gniazdo Piratów daje potencjał na kolejne działania.Mamy nadzieję, że już w nadchodzącym tygodniu spotkamy się z Wami na targach Forum Sportu i Biznesu Sportbiz 23-24 Marca na Stadionie Narodowym w Warszawie. Nasze stoisko znajdziecie w hali A.

Galeria foto na FB 

 

Facebook
Tweet
Google

Jest to relacja Anii, będącej oficerem na rejsie 4 Kontynenty: Gdańsk - Kopenhaga - Goteborg - Oslo - Skagen, który odbył się w dniach 28.08 - 10.09.2016 r. Kapitanem jachtu był Marek Rajtar

Znacie to uczucie, kiedy podejmujecie nowe wyzwanie, kiedy czekacie na ten kolejny przypływ adrenaliny we krwi, kiedy chcecie kolejny raz zmierzyć się sami ze sobą? Tak właśnie było ze mną i pierwszym długim rejsem. Podróżuję od wielu lat, ale świat zawsze odkrywałam drogą lądową. Autostopowe wyprawy nauczyły mnie odwagi i sprawiły, że dorosłam. Stałam się silną i niezależną kobietą, która radzi sobie niemal
w każdych warunkach. Ląd jednak stał się zbyt duszny i ciasny, a niektóre miejsca nieosiągalne wyłącznie samochodem.

Postanowiłam, że trzeba się przygotować. Już kilka tygodni wcześniej próbowałam przebranąć przez lekturę podstaw żeglarstwa zawartych w podstawowej branżowej literaturze. Szczerze? Na początku czułam się jakbym czytała po chińsku. Tysiące nowych definicji i nazw. Po kilku długich wieczorach z książką udało się nauczyć  kilku sztandarowych pojęć. Następnie warsztaty nawigacyjne organizowane przez Kapitana. Szkolenie zaplanowane było na tydzień przed rejsem i miało przybliżyć nam podstawy nawigacji i meteorologii, nauczyć pracy na mapach morskich, obliczania pływów. Ciężkie, ale i bardzo owocne sześć godzin pracy całej załogi i poczuliśmy się nieco bardziej gotowi na wyjazd.

Nasza trasa to, zaplanowana przez Fundację 4 Kontynenty, część rejsu etapowego. Zaokrętowanie: Amsterdam, później wybrzeża Morza Wattów i wyczekiwane przez wszystkich, norweskie fiordy.

Tydzień do wyjazdu..Jak zwykle na wszystko zbyt mało czasu, praca wyciąga z nas siły i wieczorami ciężko
się zabrać do pakowania niezbędnych na wyprawę rzeczy. Udaje nam się skompletować plecaki około środy wieczorem i już pojawia się na naszych twarzach zarys uśmiechu, nabieramy energii..

Czwartek i pierwszy dzień urlopu, praktycznie siedząc na bagażach czekamy na telefon od Kapitana.
Po wieczornej rozmowie nie mamy już złudzeń, na pewno nie popłyniemy zaplanowaną trasą. Jacht, którym mieliśmy wypływać z Amsterdamu utknął gdzieś w brytyjskim porcie z zepsutym silnikiem. A my cóż, też utknęliśmy w centrum Krakowa, pierwszego dnia urlopu, z tęsknotą za daleką podróżą i może nutą nadziei, że uda się coś jeszcze ocalić z naszych planów.

Piątek- więc jednak płyniemy, co prawda innym jachtem, co prawda inną trasą, ale wciąż na fiordy. Będziemy walczyć, żeby dotrzeć jak najdalej na północ, jak najszybciej przedostać się przez Bałtyk i spokojnie nacieszyć się odkrywaniem dalekich lądów.

Skandynawia została dla mnie ostatnią niezwiedzoną częścią Europy. Nigdy nie czytałam przewodników, stron internetowych i opinii na forach na temat regionów w które zmierzałam wyjechać. To wszystko nie pozwoliłoby mi zbudować własnego zdania na temat odwiedzanych miejsc. Tym razem też chciałam spotkać się z tą kulturą osobiście, porozmawiać z mieszkańcami, zgubić się w otaczających centrum uliczkach i znaleźć się w  małej lokalnej restauracji na pysznej miejscowej kawie i tradycyjnych daniach. Słuchać muzyki granej na ulicy, poodychać wolnością w przepięknych parkach i dopiero na koniec zadecydować, czy polubiłam to miejsce.

Sobota- dzień ostatnich przygotowań, dopychamy  ciepłe bluzy do plecaków i późnym wieczorem wraz z prawie kompletną załogą ruszamy z Krakowa do Gdańska w długą i nużącą podróż Polskim Busem.

Budzimy się nad ranem na Dworcu Autobusowym w Gdańsku, niecałe 30 minut później udaje nam się w kompletnym składzie stanąć na kei. Małą grupą ruszamy jeszcze na zakupy rejsowe. Wcześniej postaraliśmy się przygotować listę, ale uwierzcie, że nie jest łatwo zaplanować jadłospis na 2 tygodnie
dla 9 osób. Zakupy pochłaniają nam jakieś 3 godziny czasu, samochodem wypchanym po brzegi wracamy do portu.  Chyba w końcu jesteśmy gotowi do wyjazdu....walczyliśmy dzielnie.

Pogoda pozwala nam tego wieczoru wypłynąc na kilka godzin i przesunąć się chociaż o kilkadziesiąt mil dalej. Zaczynamy życie na pokładzie, nie jest łatwo z obiadem przygotowywanym na fali i dużym niedoborem snu, mimo to wszyscy z szerokimi uśmiechami na twarzach. Jesteśmy na morzu, można zostawić na lądzie wszystkie problemy i cieszyć się szumem fal.

We Władysławowie czeka nas co najmniej jednodniowa przerwa. Na wieczornym posiedzeniu Kapitan informuje, że wypłynąć na drugi dzień możemy, tylko że na morzu 7-8 B i oczywiście pod wiatr. Wszyscy z dużymi pokładami energii do żeglowania decydujemy się wypłynąć, niech się dzieje co chce.

Wypływamy ku żywiołowi. Po 2 godzinach większość załogi nieprzytomna ląduje pod pokładem. Ja jeszcze nigdy nie czułam się gorzej, choroba morska przypomina mi cięższą wersję grypy żołądkowej. Udaje mi się trochę uspokoić żołądek na krótkiej drzemce. W końcu decyduję się powalczyć, przecież wszystko tak naprawdę zaczyna się w naszych głowach. Pomagam przy żagalach, stoję za sterem i wymiotuję przypięta na linie do deku. Denerwuję się już okropnie, przy każdym wychylaniu sie za burtę dostaję zimną i słoną wodą prosto w twarz, ciężko się poruszać, doskwiera ból głowy i przemoczone ubrania. Ktoś tu mówił, że żeglowanie jest nudne?  Zostaje nas już tylko czwórka włącznie z Kapitanem, prowadzimy jacht na zmiany, morze nie chce uspokoić się ani na chwile, za nami 8 godzin. Czuje, że powoli wygrywam sama ze sobą, zaczynam robić się głodna, odzyskuję energię i siły. Teraz mogę już płynąć choćby całą kolejną dobę. Po 14 godzinach trudnej żeglugi Kapitan podejmuje decyzję o wejściu do portu w Łebie. My może dalibyśmy radę, ale reszta załogi potrzebuje przerwy i regeneracji. O 2 nad ranem rzucamy cumy i schodzimy na chwilę na stały ląd. Jeszcze szybka kalkulacja strat, na szczęście niewielkich i zbawienny dla wszystkich sen..

Rano trzeba naprawić zerwaną podczas sztormu taśmę od foka, nasz jacht nie jest specjalnie zaopatrzony w sprzęt do małych napraw, więc staramy się wygrać kreatywnością. Do szycia wykorzystujemy własnoręcznie zrobioną w bosmanacie igłę. Szybkie tankowanie paliwa i ruszamy dalej.

Dziś jest już nieco łatwiej, Neptun nieco łaskawszy, 6 B, ale wiatr wciąż w twarz. Chyba już trochę przyzwyczajeni do warunków, dzielnie prowadzimy kolejne wachty. Przed nami wyzwanie- co najmniej kilka dni ciągłej żeglugi. Nasz następny cel to Kopenhaga, dziś wydaje się daleka i nieosiągalna.

Wczorajszy dzień wiele mnie nauczył. Morze to żywioł, wobec którego my jesteśmy bezsilni, w obliczu jego mocy jesteśmy mali i bezbronni. W codziennym życiu często wydaje nam się, że potrafimy być niepokonani, że jeśli włożymy w coś sto procent energii to uda nam się wygrać. Co zmienia się zatem gdy z naszych oczu znika ląd? Zostajemy niewielką kropką poruszającą się na ploterze. Zależni od fali, wiatru, zdani na łaskę natury. Dziwne to dla mnie uczucie zostać bezsilną, zwykle nie pozwalam sobie na to. Pozwala mi to jednak zapomnieć, o tym co zostało kilkadziesiąt mil za nami i skupić się na rzeczach naprawdę istotnych, zastanowić
się o co w moim życiu walczę i  czego oczekuję.

Pierwszy raz zostało mi powierzone prowadzenie wachty. Stwierdziłam, że to dla mnie szansa na naukę stawiania żagli, podszkolenie się z nawigacji i sztuki manewrowania jachtem. Wiedziałam, że to też duży kredyt zaufania, dlatego szczególnie do nocnych wacht starałam się podchodzić bardzo odpowiedzialnie. Udowodniłam sobie, że wyzwania motywują do działania, konsekwentnie uczyłam się nowych rzeczy.

Takie kilkudniowe przeloty między portami to ogromny wysiłek dla załogi. Wiecie, okazało się, że najprostsze czynności potrafią być bardzo trudne. O umyciu się praktycznie nie ma mowy, przy przygotowywaniu obiadu dla 9 osób można poćwiczyć gimnastykę, a przejście 3 metrów z koi do toalety bez nabicia sobie po drodze ogromnej liczby siniaków o wszystkie stoły i szafki to już całkiem duży wyczyn. Są też chwile relaksu przy kawie i książce. Zwykłe życie na jachcie to jednak ciągła praca.

Po 56 godzinach na morzu docieramy do Kopenhagi, wpływamy do małego portu praktycznie w centrum miasta, nieco zmęczeni stawiamy pierwsze kroki na lądzie. Szczerze mówiąc kołysa mną jeszcze dobre kilka godzin przy zwiedzaniu miasta. Uciekamy z Kamilem zgubić się w mieście. Znajdujemy śliczną małą kawiarnię, gdzieś daleko od tłumów turystów przemierzających ścisłe centrum miasta. Pijemy przepyszną kawę, obserwujemy toczące się dookoła życie. Postanawiamy ruszyć na spacer, trafiamy na ogromne ogrody zamkowe- pełne zieleni i kwiatów, miejsce w którym mieszkańcy zatrzymują się na gry terenowe, rodzinne pikniki i spotkania towarzyskie. Mijamy plenerowy koncert i trafiamy do kolejnego parku tym razem prowadzącego do terenów zabudowy wojskowej. Przychodzi wieczór, podświetlone fontanny nad brzegiem rzeki wyglądają magicznie. Spacer kontynuujemy poszukując „Nomy“. Chcemy choć z zewnątrz zobaczyć tą gwiazdkę światowej gastronomii. Przekraczamy mieniący się tysiącem świateł most i po kilku minutach stajemy przed drzwiami restauracji. Wszyscy pracują jak w zegarku, każdy zna swoje miejsce, tu nic nie dzieje się przypadkiem, potrawy wyglądaja jak wycięte ze zdjęć najlepszego branżowego czasopisma , a uśmiechnięte twarze gości świadczą o wysokim poziomie lokalu i wysokiej jakości serwowanych tu potraw. Na stolik  w „Nomie“ czeka się kilka miesięcy, może przy kolejnej wyprawie uda się zobaczyć tą perełkę też od środka. Swoje kroki kierujemy na miejscowy„Street Food“, gromadzące się wokół tego miejsca tłumy młodych ludzi świadczą o tym, że trafiliśmy do jednego z bardziej popularnych miejsc. Wieczorami robi się tu głośno i kolorowo, koncerty Dj-ów na wolnym powietrzu, a we wnętrzu ogromnej blaszanej hali można odkrywać smaki niemal całego świata. Kilkadziesiąt food tracków i barów, serwujących kuchnie europejskie,a miejscami też te bardziej egzotyczne. Bierzemy do rąk po butelce miejscowych trunków i rozsiadamy się na leżakach nad brzegiem rzeki. Ogrzewani ciepłem rozpalonego ogniska, zasłuchani w rozbrzmiewającej wokół muzyce cieszymy się, że udało się odkryć serce kolejnego kraju, poszerzyć horyzonty.

Nieco zmęczeni po całym dniu wędrówki wracamy na jacht. Każdy z nas potrzebuje chwili wytchnienia i odpoczynku. Nazajutrz ruszamy dalej. Kolejnym way pointem ma zostać szwedzki Goeteborg. Liczymy, że uda się dopłynąć jeszcze na odbywający się tam właśnie Zlot Żaglowców.

Nasze plany rozpływają się niestety zaraz po wyruszeniu z portu. Stawiamy foka, który okazuje się być rozerwany na długości niemal pół metra i zamiast spełniać swą funkcję zostaje naszą dyszą powietrzną, łapiącą wiatr dosłownie do środka żagla. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zmienić kurs na największy możliwy port w Kopenhadze i szukać pomocy..

Pewnie myślicie, że to już koniec naszych problemów? Otóż nic bardziej mylego, dopływając do portu orientujemy się, że mamy dziś sobotę ...najgorszy z wszystkich możliwych dni na naprawę jachtu. Mało nam szczęście dopisuje, ale załoga Xeli się nie poddaje. Postanawiamy, pozbawieni innych możliwości, wykorzystać zapasowe nici do szycia żagli i zacząć cerować. Kilka godzin mozolnej pracy Kapitana oraz czterech dzielnych załogantów i fok wygląda jak nowy. Może po powrocie zaczniemy zarabiać na drobnych, weekendowych naprawach jachtów?? Cały czas do przodu- zgodnie z tym hasłem przemierzamy kolejne morskie mile.

Na jachcie czas mierzy się w jakichś nieco innych jednostkach, nie mają dla Ciebie specjalnego znaczenia noc i dzień. Wszystko odmierzasz na wachty za sterem albo kambuzowe. Nic poza tym nie musisz, za to możesz wszystko, uczyć się, szkolić, pracować na jachcie, ucinać sobie drzemki, odrabiać literackie zaległości, pisać dzienniki, a przy spokojnym morzu wygrzewać się po prostu na deku w blasku promieni odbijających się od tafli wody.

Późnym wieczorem któregoś tam dnia wpływamy do szewdzkiego Goeteborgu. Wejście do portu mieniące się tysiącami kolorów wywiera na nas ogromne wrażenie. Pomimo zmęczenia postanawiamy podjąć się jeszcze małego spaceru po okolicy i znaleźć przystań w przyjemnym, klimatycznym pubie gdzieś w centrum. Okazuje się, że niepotrzebnie narzekamy na „krakowskie wysokie ceny“, bo wyobraźcie sobie, że piwo w zwykłym barze może też kosztować 40 zł/0,5 l- uwierzcie mi, że doceniacie wówczas każdy łyk.

Kolejny dzień postanawiamy poświęcić na zwiedzanie żaglowców. Z bliska wyglądają naprawdę imponująco, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Dopiero udało mi się opanować nazwy wyposażenia prostego jachtu i lin za które trzeba pociągać, a tu przed moimi oczami ogromy żaglowiec z sto razy większą liczbą lin, haków, kabestanów i innych akcesoriów- nieprawdopodobne, że chodzą po tym świecie ludzie, którzy znają te statki jak własny dom i potrafią bezpiecznie prowadzić je przez morza i oceany. Jako grupa polskich amatorów żeglarstwa, jakimś zrządzieniem losu znajdująca się akurat w Szwecji , dostajemy szansę postawienia swoich stóp na pokładzie słynnego Frederyka Chopina. Monumentalny, mieniący się dziesiątkami białych żagli w blasku słonecznych promieni, piękny i wywałoby się- niezniszczalny. Stając za kołem sterowym zaczęłam zastanawiać się jak perfekcyjne wyczucie statku należy mieć, żeby trzymać tutaj idealny kurs na wiatr. ( Może dla mnie wydawało się to bardziej niemożliwe, gdyż ster zdawał się być wielkościowo równy mnie ). W nieskończoność trwały nasze okrzyki zachwytu nad kolejnymi mijanymi w porcie żaglowcami. Może któregoś dnia i nam uda się zostać załogą jednego z nich.

Tymczasem ruszamy na ekspresowe zwiedzanie pozostałej części miasta. Nasze kroki kierujemy w stronę słynnego ogrodu botaniczego. Miasteczko okazuje się być przepiękne, urokliwa zabudowa, uśmiechnięci mieszkańcy i wysprzątane uliczki. Wszystko tu do siebie pasuje. Ogród botaniczny
i tamtejsza palmiarnia to rzeczywiście jedne z pięknieszych rezerwatów natury jakie widziałam. Ogromne zadaszone ogrody gromadzące dziesiątki gatunków egzotycznych roślin, przenoszą nas na chwilę w podróż w jeszcze odleglejsze krainy niż te do których udało się dotrzeć. Cel postawiony- kolejnym razem wszystko to trzeba zobaczyć w naturalnym środowisku. W drodze powrotnej na jacht musimy uzupełnić braki w wyposażeniu naszej lodówki. Ja, Kamil i Małgosia dzielnie biegając po szwedzkim hipermarkecie staramy się skompletować wszystkie najpotrzebniejsze produkty. Po niecałej godzinie nasz koszyk jest prawie pełny. Z niecierpliwością czekamy na rachunek, patrząc po cenach na półkach- zostawimy tu majątek. Oczekiwania stają się rzeczywistością, w Polsce za te same pieniądze mielibyśmy jakieś 4 razy więcej produktów. Przez chwilę zastanawiamy się więc jak dużo więcej musi zarabiać tutaj przeciętny obywatel, żeby było go stać na chleb za 8 zł i wodę mineralną za 10? W lekkim szoku wracamy z zakupami na jacht, to już czas ruszyć znów na morze. Przed nami szkiery, których już wszyscy nie mogą się doczekać. Paweł w wycieczce po szkierach wywęszył swą kolejną szansę na złowienie jakiejś świeżej rybki na obiad.

Pływamy wśród pięknych powulkanicznych wysepek z dziką przyrodą i ślicznymi małymi domkami, wydaje się jakby mieszkający tu ludzie żyli w raju. Pogoda jak na obecną porę roku naprawdę nas rozpieszcza, wiatry sprzyjają. Nie możemy oderwać się od aparatów, każdy z nas chce choć na chwilę zatrzymać dla siebie ten obraz. Udaje nam się znaleźć dogodne miejsce na zatrzymanie się na kotwicy. Paweł próbuje szczęścia z wędkowaniem, Gosia i Ania odważnie wskakują popływać w błękitnej tafli wody. Jest czas na przygotwanie obiadu- chociaż raz bez dodatkowej atrakcji w postaci kołyszącej fali. Najedzeni i wygrzani promieniami słońca wracamy do wieczornej żeglugi. Zaczarowani urokiem jednej z wysp, zatrzymujemy się jeszcze na wieczorny spacer. Na lądzie jest zaskakująco cicho i spokojnie. Opustoszałe miasteczko z małym zamkiem i willami ze snów. Każdy tu zamiast samochodu posiada swój własny jacht. Miejsce wydaje się być idealne na chwilę odpoczynku od zgiełku miasta.

Nocne żeglowanie po szkierach pozstanie w naszej pamięci jako wyzwanie dla odważnych. Wąskie szczeliny między skałami, gdzieniegdzie święcące tyczki wskazujące drogę. Mieścimy się na centymetry, pilnując kursu z dokładnością do 1 stopnia. Całonocną walkę z perspektywy poranka, wszyscy zgodnie uznajemy za dobrą przygodę. Kolejny dzień spędzamy na dotarciu do Oslo. Norwegię zaczynamy zwiedzać od widocznych z deku niewielkich fiordów otaczających drogę morską wejścia do portu w stolicy. Kilkanaście godzin później lądujemy w porcie w sercu miastu. Zmęczeni wyprawą znajdujemy siłę jedynie na prysznic, kolację i szklaneczkę rumu albo dwie...Przy dźwiękach gitary, na której Kamil wygrywa dla nas dźwięki ulubionych szant, zapadamy w upragniony sen. Kolejny dzień chcemy poświęcić na zwiedzanie miasta.

Pierwsze kroki kierujemy na wodny tramwaj mający dostarczyć nas do Muzeum Fram. Ogromna wystawa poświęcona jest wyprawom polarnym. Statki z żeglugi na najdalsze krańce świata, świetnie zakonserwowane, otwarte są do zwiedzania. Można na chwilę przenieść się w inne czasy, poczuć się jak odkrywca,  wyobrazić sobie jak musiało wyglądać tamto życie. Twórcy muzeum zadbali nie tylko o dokształcenie nas z obszernej histrorii owych wypraw, jak i przybliżenie nam z najdrobniejszymi szczegółami życia codziennego na jednostkach ekspedycyjnych, ale pokazali też warunki atmosferyczne panujące w obszarach biegunowych. Specjalnie przygotowana komora, imituje temperaturę i wizualizuje nam prawdziwie polarne, surowe warunki. Po kilku godzinach wychodzimy naprawdę usadysfakcjonowani. Miejsce warte odwiedzenia.

Organizujemy jeszcze kilkugodzinny spacer po centrum. Znajdujemy tu z Kamilem schowane w cieniu zabytków magiczne miejsce. „Drzewko szczęścia“, na którym każdy może umieścić swoje marzenie spisane na małym bileciku. Są tu kartki z całego świata, spisane z różnych językach. Uwierzyliśmy, że działa, pewnie zrobimy teraz wszystko, żeby nasze marzenie też się spełniło.

Wieczorową porą trafiamy na zamek na wzgórzu. Widok stąd jest nieziemski, miasto mieni się tysiącami świateł. Port z powiewającymi żaglami dziesiątek jachtów, wygląda z tej perspektywy wyjątkowo imponująco. Xela jest już gotowa do dalszej podróży....

Sam zamek ma w sobie też odrobinę magii, ukryte komnaty z grającymi, błyszczącymi pozytywkami w kształcie statków, figury postaci broniących każdej bramy fortecy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na małą kawę i piwo. Znów jest to jedna z naszych najdroższych przyjemności w tym mieście. Tak tylko rozwiewając wątpliwości- kawa czarna- 20 zł, piwo lane- 50 zł.

Szykujemy Xelę do wyjścia z portu. Gdy już jesteśmy praktycznie gotowi, okazuje się, że jacht z jakiegoś powodu nie ma zasilania. Zaczynają się problemy. Męska część załogi zaczyna rozkręcać jednostkę, szukając źródła problemu. Bezskutecznie próbujemy wszystkich swoich sił, żeby udało się wyruszyć jeszcze dziś.
Po 3 godzinach znajdujemy źródkło braku wystarczającego zasilania, szkoda, że jacht musieliśmy rozłożyć już prawie na części. Szczęśliwi jak nigdy, odpalamy silnik, światła i ruszamy w drogę powrotną do Danii. Wracamy do powadzenia wacht. Śpię w dzień, żyję w nocy. Warunki męczą nas okropnie. Morze znów nas nie oszczędza. Praktycznie cały czas płyniemy pod wiatr, do tego mgła tak gęsta, że decydujemy się co 5 minut meldować swoją pozycję na radiu. Próbujemy dać znać innym jednostkom o naszym istnieniu. Zagrożenie rozpływa się po kilku godzinach razem z mgłą. Wiatr nie ustaje. Udaje mi się w nocy postawić żagle i odpuścić trochę prowadzenie na silniku. Rano lądujemy bezpiecznie w porcie w Skagen. Nie marzymy właściwie o niczym innym, jak tylko o porządnym śniadaniu. Inwestujemy w pyszne świeże ryby w porcie i ucinamy sobie kilkugodzinną drzemkę. Skagen jest przeciętnym, małym, duńskim miasteczkiem. Robimy sobie małą wycieczkę po plaży. Z tęskoty chyba za włoskim jedzeniem, którego jesteśmy z Kamilem ogromnymi fanami, na kolację wybieramy się do włoskiej restauracji na pizzę i pyszną kawę. Reszta załogi, wciąż głodna morskich smaków decyduje się na smażone ryby i owoce morza w portowej tawernie.

Kolejnego dnia rano wczesną pobudkę zapewnia nam Mariusz, który wraz ze swoją załogą zabiera Xelę w drogę powrotną do Polski.

Wyprawa nauczyła nas wszystkich pokory, radzenia sobie w najtrudniejszych warunkach. Dzięki niezwykłemu Kapitanowi wszyscy zdobyliśmy nowe umiejętności, mieliśmy okazję rozwijać się pod jego czujnym okiem. Miłość do żeglarstwa jest trudna i wymagająca, a jej prawdziwe piękno tkwi w pokonywaniu swoich barier i słabości. No i w czymś oczywistym, ale najbardziej wartościowym w odkrywaniu świata
i samego siebie...

Anna Dróżdż

Facebook
Tweet
Google
Poprzez białe drogi z mrozem za pan brat.
Pędzą nasze sanie szybkie niby wiatr.
Biegnij koniu, wrony przez uśpiony las
My wieziemy świerk zielony i śpiewamy tak
Pada śnieg, pada śnieg
Dzwonią dzwonki sań.
Co za radość gdy saniami tak można jechać w dal ...........
 
Tym razem spotykamy się w Istebnej gdzie pomkniemy saniami, narciarskimi stokami, napędzeni marzeniami. Przychodzi czas by znowu spotkać wszystkich Was, spędzić chwile radosne podsumować nasze wspólne osiągnięcia i zaplanować kolejne przedsięwzięcia.
Zabawa karnawałowa jest przed nami więc też postukamy stopami. Jednak oszczędzajcie swe buty bo czekają na nas przygody napisane niczym muzyczne nuty.
Termin spotkania  03.02 do 05.02.2017
​Miejsce :
43-470 Istebna 670
​Uwaga istnieje możliwość dłuższego pobytu w ośrodku.
Program ramowy spotkania Fundacji 4 Kontynenty
Piątek 03.02
17.00 do 20.00 przyjazd + zakwaterowanie
20.00 rozpalimy ognisko + integracja w ośrodku z wyżywieniem
Sobota 04.02
  9.00 do 10.00 Śniadanie w formie bufetu
11.00 do 12.00 Wyginam śmiało swoje ciało – poranny rozruch z Anetą
12.30 do 13.30 Lepimy Bałwana zabawy na śniegu
14.00 do 15.00 Obiad
15.00 do 16.30 Slajdowisko , podsumowanie sezonu 2016
17.00 do 19.30 Pomkniemy saniami napędzani marzeniami, kulig z pochodniami na Stecówkę
20.00 do 21.00 Koncert Grupy Poszukiwacze + biesiada z wyżywieniem
zabawa Karnawałowa do białego rana :))
Niedziela 05.02
 9.00 do 10.00 Śniadanie w formie bufetu
10.00 do 13.00 Narty,sanki, zabawa na stoku
14.00 do 15.00 Obiad
16.00 komu w drogę temu czas )))
Wsparcie naszego spotkania to 235 zl obejmuje wszystko za wyjątkiem karnetu na wyciąg, dojazdu i ubezpieczenia. ​
Uwaga brak już miejsc noclegowych.
 
Fundacja 4 Kontynenty                                                                                                                                            PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
Os. ZWM 8/7, 32-540 Trzebina (małopolskie)
KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740
Kontakt                                                                                                                                                                            Mariusz Noworól                                                                                                                                                                      tel 696914676 ​                                                                                                                                          mariusz@4kontynenty.pl​                                                                                                                        www.4kontynenty.pl
 
 
Facebook
Tweet
Google

Romki na końcu świata

19 Styczeń 2017

Sudety - 15-17.04.2016 r.

17 Kwiecień 2016

Fundacja 4 Kontynenty
Os. ZWM 8/7, 32-540 Trzebina (małopolskie)
KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740

Wesprzyj nas:
Fundacja 4 Kontynenty
Konto: Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01