Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Niedzwiedzie mięso 2016 - etap 1 - 01-08.10.2016 r. relacja oficera 11 Październik 2016

Decyzję o udziale w “Niedźwiedzim Mięsie 2016” organizowanym przez Sailforum podjęłam w zasadzie rok temu. Chciałam wtedy wziąć udział w rejsie do Rygi, ale już nie było miejsc i ostatecznie zostało mi weekendowe żeglowanie po Zatoce Gdańskiej. Rok temu nie wiedziałam jeszcze, że spotka mnie tak miła niespodzianka i że będę pływać pod banderą 4K i dowództwem Marka Rajtara.

Zasztauowanie (polecam zakupy on-line z dowozem do mariny), krótkie szkolenie i czas było ruszyć w drogę. Pierwszym zaplanowanym portem było Kuressaare na wyspie Sareemaa, później Kaerdla na wyspie Hiuma, a docelowo Tallinn. W sumie ok. 450 NM w linii prostej. 4 jachty miały wypłynąć razem,ale okazało się to trudne do zrealizowania i my jako pierwsi minęliśmy główki portu.

Z tego co pamiętam, październik 2015 był dość spokojnym i słonecznym miesiącem. W tym roku zaczęło się podobnie, na niebie pięknie świeciło słońce. Jedyne co nam przeszkadzało to brak wiatru. Po wypłynięciu z Górek Zachodnich, przez kilka godzin staraliśmy się rozmowami zagłuszyć dźwięk silnika. Jako że całą ekipą spotkaliśmy się po raz pierwszy, był to czas na powiedzenie przysłowiowych kilku zdań o sobie. Od samego początku darzyliśmy się ogromną sympatią i już wtedy zaczęliśmy stanowić zgraną załogę. Ach to wbijanie szpileczek, z których każda zamiast kłuć, wywoływała coraz więcej śmiechu :-)

Pierwsze godziny przebiegały spokojnie. Gdy mijaliśmy rosyjską strefę ekonomiczną, zaczęło wiać, a my mogliśmy w końcu postawić postawić żagle i cieszyć się już tylko szumem morza. Wiatr zaczął przybierać na sile, fale bujały, a Neptun zebrał swe pierwsze żniwa.Kapitan zdecydował, że zamiast halsować się w kierunku północno-wschodnim, popłyniemy w stronę Gotlandii.

Jeszcze kilka miesięcy przed rejsem patrząc na mapy pilotowe, nie sądziłam, że po raz kolejny w tym roku odwiedzę Szwecję. Statystycznie był to dość mało prawdopodobny wariant. W październiku powinniśmy się raczej spodziewać wiatru z południowego-zachodu, więc płynąc baksztagiem szybko powinniśmy dotrzeć do Kuressaare. Statystyki jednak bywają mylne i aby osiągnąć zamierzony cel, mielibyśmy “mordewind”. Nasz cel zaczął się oddalać, a my chwilę później poznaliśmy prawdziwy powód takiej sytuacji. Dwóm naszym kolegom w ciągu kilku ostatnich rejsów nie udało się zrealizować planowanej trasy, więc tym razem nie mogło być inaczej :-)

Warunki robiły się cięższe, prędkość wiatru wzrastała, a my się refowaliśmy. Po wielu godzinach żeglugi, naszym oczom ukazał się ląd. Było już ciemno i padał deszcz, więc był to idealny moment na przybicie do portu. Przy samym podejściu kapitan zaangażował większość z nas. Boje podejściowe nie świeciły, więc wyszukiwaliśmy ich za pomocą latarek. Porcik, do którego dopłynęliśmy - Roneham był raczej portem rybackim i daleko mu do Visby leżącego po przeciwnej stronie wyspy. Nam jednak zdecydowanie bardziej odpowiadał, ze względu na dalszą część naszej trasy.

W ciągu kilku minut od zacumowania, przy naszym jachcie zjawiła się szwedzka policja. Sami jednak nie wiedzieli, co z nami zrobić i musieli wykonać telefon do przyjaciela (patrz szefa). Po sprawdzeniu dokumentów, chwilę porozmawialiśmy i policyjna para musiała nas opuścić. Nam udało się znaleźć prysznic z ciepłą wodą, więc mogliśmy się wykąpać. Chcieliśmy wyjść z portu o świcie, więc trzeba było szybko iść spać, by trochę odpocząć.

Gdy się obudziliśmy, było jeszcze ciemno. Kolejny dzień powitał nas tęczą i cudownym wschodem słońca już na morzu. Przy każdym wschodzie przypominają mi się słowa z Małego Księcia: gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca (Antoine de Saint-Exupéry). Na morzu już tak mam, że bardziej kocham wschody. Może dlatego, że tam wszyscy przeważnie są jacyś tacy szczęśliwsi i mimo zmęczenia bardziej uśmiechnięci, a może po prostu przez to, że wkrótce nastanie dzień i powinno zrobić się cieplej, a ja jestem raczej ciepłolubna ;-)

Z każdą minutą oddalaliśmy się od portu i rozwiewało się coraz bardziej. Siła wiatru wzrosła do 8-9B. Za sprawą kilkumetrowych fal, stanie za sterem nie było już takie proste. Prawdziwe niedźwiedzie mięso: wiatr, fale, bryzgi, zimno i morko.  Fale zalewały sternika schowanego za sprayhoodem, kapitana zmoczyło przy refowaniu żagli. Była to walka nie tylko z żywiołem i własnym zmęczeniem, ale i jachtem, który nie chciał płynąć tak ostro jak my byśmy chcieli. Posiadał on dość duży kąt martwy i dopłynięcie na żaglach do zaplanowanego Ventspils (Windawa) było nieosiągalne. Dla wachty każde światełka pojawiające się na horyzoncie były nadzieją na port.

W taki właśnie sposób dotarliśmy do Liepiaji (Lipawa). Na mapach nie było zaznaczonej mariny, więc przenocowaliśmy w porcie rybackim. Niezbyt ciekawe otoczenie i brak prysznica skłoniło nas do poszukiwania lepszego miejsca, tym bardziej że prognozy pogody zapowiadały dłuższy postój. Znaleźliśmy marinę i przestawiliśmy się do niej. Jak się okazało cumował tam również Wołodyjowski i od razu zrobiło się raźniej. Przyjaciele odebrali od nas cumy i poinformowali o centrum SPA za 1 euro. Basen, sauna i jacuzzi były idealnym pomysłem.   

Pogoda przez kolejne dni nas nie rozpieszczała i zatrzymała w porcie. Tylko tawerny mogą kiwać nas bezpiecznie, więc wychodzenie w sztorm 10-11B nie wchodziło w grę. Mimo dłuższego postoju, spędzony czas wspominam bardzo miło... Spacery po okolicy i na plażę, dobre jedzenie w knajpie i pyszne ciasta na jachcie, wieczorne integracje załóg, śpiewanie szant na UKF-ce (spokojnie, nie na 16-tce), a później spotkania w mesach.

Jednego dnia wypożyczyliśmy samochód, żeby zwiedzić trochę Rygę. Odwiedziliśmy również załogi pozostałych 2 jachtów, które dotarły do Ventspils. Na nudę nie mogliśmy narzekać, a zaleźliśmy też czas na zakupy.

Nasz kapitan wspominał, że z każdego portu przywozi magnes na lodówkę. Dziwnym trafem w rozmowie zrozumiałam że chodzi o magnez taki z apteki i chciałam go tam wysłać, żeby kupił sobie lekarstwo-pamiątkę. Pokładowa loża szyderców nabijała się z tego do ostatniej chwili, ale dzięki temu nasz niepowtarzalny kapitan ma coś co się odróżnia na jego lodówce- niepowtarzalną pamiątkę z niepowtarzalnego rejsu z niepowtarzalną no i raczej skromną ekipą.

Po stosunkowo niedużej ilości godzin jakie spędziliśmy na morzu- było ich 52, można by czuć żeglarski niedosyt, ale nie jest to aż tak ważne, bo najważniejsze to w odpowiedniej być załodze :-) Nastąpiła chwila pożegnań, ostatnich zdjęć i powrotu do domu. Niektórzy z nas mają już zaplanowane kolejne rejsy, inni dopiero na spokojnie o nich myślą.

Może kiedyś znów będzie nam dane popłynąć gdzieś razem i zjeść ciasto upieczone tym razem przez męską część załogi.

Agata Kos

Facebook
Tweet
Google

Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebina (małopolskie)
KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740

Wesprzyj nas:
Fundacja 4 Kontynenty
Konto: Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01