Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

BORN

TO SAIL

 

ŻEGLOWANIE
JEST

KONIECZNOŚCIĄ

ŻEGLARSTWO

27
Lipiec
2017

Clean up Svalbard 2017

Podczas naszych rejsów na Svalbardzie w ramach wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców nasze załogi biorą udział w akcji Clean up Svalbard 2017. Od lokalnych władz otrzymaliśmy specjalne worki , naszywki i odznaki, które potwierdzają nasz udział w akcji. Otrzymaliśmy zgodę na odwiedzenie wielu niedostępnych rezerwatów na które przeprowadzaliśmy desant. Oprócz czystej nieskazitelnej przyrody, często podczas naszych trekingów wzdłuż wybrzeża spotykaliśmy mnóstwo zalegających na brzegu śmieci. Najczęściej spotykamy reszty sieci rybackich, mnóstwo pasków spinających pp , odpadów w postaci resztek skrzynek LDPE / PP, pływaków z aluminium. To wszystko zalega na brzegach i w samym Oceanie Arktycznym. Każdy z nas czekał na spotkanie wielorybów, foki, morsów , białego misia jednak łatwiej dostrzec zalegające na brzegach śmieci.

Było nam niezmiernie miło wziąć udział w akcji Help Preserve Svalbard's Wilderness, wszak natura wiele daje i trzeba o nią dbać.

Zaloga etapu S7 

Magda, Małgosia, Jarek, Tomek, Zbyszek, Marek, Mariusz 

 

Facebook
Tweet
Google
27
Lipiec
2017

Miło nam poinformować, że po 79 dniach żeglugi Wyprawa Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców na pokładzie Sifu Of Avon dotarła do granicy arktycznego lodu, dalej już była tylko "droga" lodowa na Biegun Północny. Już za niedługo szersza relacja. Przed załogą Fundacji 4 Kontynenty kolejne wyzwanie - opłynąć wokół Spitsbergen, co w tym roku będzie bardzo trudne ze względu na sytuację lodową wschodniej części Spitsbergenu. Zapraszamy do udziału w kolejnych etapach wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców na pokładach Sifu of Avon oraz SY Bystrze 

Mariusz Noworól 

Facebook
Tweet
Google
20
Czerwiec
2017

Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców  - etap B4 z Trondheim do Bodo  

Dla większości załogi s/y Bystrze etapu B4 była to pierwsza wizyta w Norwegii i wizja żeglowania wzdłuż norweskiego wybrzeża stanowiła dodatkową atrakcję.
Zaokrętowaliśmy się na s/y Bystrze w Trondheim w porcie “Skansen” - pomimo tej ciekawej nazwy sam port nie przypominał muzealnego obiektu - wszystko było funkcjonalne i w miarę nowoczesne. Po uzupełnieniu żywności przywiezionej z Polski o dodatkowe produkty wypłynęliśmy z Trondheim na północ.

Wiał mocny wiatr od południa więc na samej genui i bezanie dość szybko i sprawnie dopłynęliśmy do Uthaug. Od razu po zacumowaniu wybraliśmy się na zwiedzanie miasteczka. Poza samymi krajobrazami urzekły nas zadbane kolorowe domki z typową drewnianą zabudową. Z samym “łapaniem widoków” nie musieliśmy się spieszyć ze względu na białe noce, które występują latem w północnej Norwegii. Słońce nieznacznie zaszło za horyzont dopiero przed północą, wschód słońca był chyba 3 godziny później - a to co było pomiędzy to tzw. zmierzch cywilny (ang. civil twilight) . Po powrocie na łódkę mieliśmy jeszcze możliwość obserwowania ćwiczeń wojskowych na lądzie i morzu norweskiej armii - trzeba przyznać, że robiło to duże wrażenie. Na koniec dnia kapitan zrobił nam ciekawy wstęp na temat astronawigacji wprowadzając nas w podstawowe pojęcia z tego tematu.

Następnego ranka wypływamy dalej. Pogoda i wiatr dopisują. Z pokładu s/y Bystrze podziwiamy mijane wysepki. Wieczorem postanawiamy zrobić przerwę na wyspie Villa. Jesteśmy tutaj jedynym jachtem przycumowanym do pomostu, a w zatoczce niedaleko nas stoi szwedzki jacht na kotwicy. Opłacało się zrobić postój w tym miejscu. Na wyspie jest nieczynna latarnia - dawniej opalana węglem. Światło zachodzącego słońca w połączeniu z soczystą roślinnością wyspy dawało niesamowite efekty wizualne. Wypływamy przed północą i podziwiamy zachód słońca o północy na otwartym morzu norweskim. Po ok. 3 godzinach docieramy do Rørvik i cumujemy burtą do s/y Sifu of Avon ze względu na brak miejsca w porcie.

Następnym punktem zwiedzania i miejscem na kolację jest port Vennesund na wyspie Kvaløya. Spotykamy tam Polkę pracującą w portowej restauracji, a poza tym jest WiFi więc jest wypas :) ! Co jakiś czas przypływają tutaj duże promy z gromadą turystów. Odpływamy przed północą mijając słynną górę Torghatten na wyspie Torget z charakterystyczną dziurą po środku. Nad ranem wiatr ustaje kompletnie, więc włączamy silnik zamieniając nasze s/y Bystrze w motorówkę. Nie trwa to jednak zbyt długo gdyż na południu wytworzył się rozległy niż, który przynosi wiatr z północy - a to co oznacza dla nas wielogodzinne halsowanie.

Po kilkunastu godzinach zatrzymujemy się w porcie w Sleneset koło pięknej repliki łodzi Wikingów. Sam port położony jest w malowniczej scenerii - więc cieszymy się pięknymi widokami oraz wygraną Polski w meczu z Rumunią! W tym dniu spłynęło wiele jachtów do Sleneset z okazji odbywających się regat więc w porcie jest dość tłoczno. Nie stanowi to jednak problemu gdyż Norwegowie, jak zwykle, są dla nas bardzo sympatyczni.

Mamy to !!! -północne koło podbiegunowe.
Następnego dnia przekraczamy północne koło podbiegunowe - w czym utwierdza nas pokładowy GPS pokazując 66°33'39"N. Świętujemy to kąpiąc się w morzu norweskim. Orzeźwiająca kąpiel w wodzie morskiej o temp. 6°C poprawia wszystkim humor i potęguje apetyt przed obiadem. Białe noce panujące na tej szerokości geograficznej o tej porze roku znacznie ułatwiają żeglugę nocną. Przypływamy o północy do Støtt Brygge - nieopodal

wyspy Svenningen. Przy wejściu do portu widać w oddali na horyzoncie Lofoty - niesamowity widok! Po późnej kolacji wyruszamy na punkt widokowy. Ze szczytu wyspy rozciąga się niesamowity widok na okoliczne wysepki skąpane w czerwonym świetle wschodzącego słońca. Dość atrakcji na dzisiaj, trzeba się w końcu wyspać - wracamy na jacht o 4-ej nad ranem.

Przed wyruszeniem do końcowego portu w Bødo jemy śniadanie na tarasie w przystani jachtowej - jakże wspaniała odmiana w porównaniu z jachtową messą.Wypływamy nieśpiesznie na północ przy słonecznej pogodzie. Kapitan uczy astronawigacji przy użyciu sekstantu, tabeli i obliczeń. Do Bødo przypływamy przed północą cumując blisko s/y Sifu of Avon. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i razem świętujemy zakończenie rejsu!
Czas się pożegnać. To był bardzo udany rejs !!!!
Ja na pewno kiedyś jeszcze wrócę do Norwegii, żeby pożeglować wzdłuż jej wybrzeży. 

Daniel Kitel 

 

Facebook
Tweet
Google
11
Maj
2017

Fiku Miku po Bałtyku – Majówka 2017 Fundacji 4 Kontynenty i start wyprawy Arktyka 2017– śladami ginących lodowców

 

To już druga edycja majówkowego rejsu po Bałtyku organizowana przez Fundację 4 Kontynenty. Pierwsza odbyła się w 2016 roku. Wzięło w niej udział 70 osób. Tym razem grono się powiększyło do 90. A i okazja trochę się zmieniła. Razem z majówką ruszyła wyprawa na Arktykę pod tytułem Arktyka 2017 – Śladami Ginących Lodowców oraz Arktyka 2017 – Nordkapp.

Uczestnicy imprezy spotkali się 28 kwietnia w sobotę w marinie w Górkach Zachodnich – Gdańsk, aby w niedzielę z rana ruszyć flotyllą 10 jachtów na zachód.

W sobotę nastąpiło zaokrętowanie uczestników, zaprowiantowanie, szkolenia BHP oraz integracja. Część uczestników znała się już z wcześniejszych rejsów, jednak dołączyło do nas sporo nowych osób, które szybko zintegrowały się z pozostałymi. 3 jachty dopłynęły popołudniem do mariny, aby z wszystkimi wystartować następnego dnia z tego samego miejsca.

W niedzielę o 1100 wszystkie 10 jachtów wyruszyło z Mariny za pierwszy punkt obierając Hel. Droga przebiegła na silniku, gdyż prawie nie wiało i kierunek wiatru na domiar złego był północny. Niby niewielka martwa fala dała się niektórym załogantom we znaki. Byli i tacy, co chcieli zrezygnować, ale ich silna wola płynięcia pozwoliła przezwyciężyć strach przed chorobą morską. Postój na Helu trwał tylko 4 godziny. O 2000 wszystkie jachty wyszły na nocny przelot do Łeby, w której czekały nas kolejne atrakcje. Osoby pierwszy raz płynące w morski rejs miały okazję zapoznać się ze światłami na wodzie. Niektórzy nawet organizowali quizy jak rozróżnić, w którą stronę płynie jacht, po światełku zielonym/czerwonym/białym, w którym miejscu jesteśmy określając na podstawie świateł latarni itp. Wiało na tyle przyjemnie z północnego-wschodu, że mogliśmy płynąć na żaglach. Kilka załóg urządziło sobie mini regaty.

Do Łeby dotarliśmy nad ranem około 0900. Część osób postanowiła odpocząć, większość jednak ruszyła na miasto wziąć udział w wydarzeniach organizowanych z okazji majówki w Łebie, m.in. koncert. Można było również wypożyczyć za darmo rowery i wybrać się na przejażdżkę. Wieczorem o 2100 rozpoczęło się ognisko. Prezes Mariny – Adam Krupa oficjalnie wszystkich przywitał, męski chór LeonVoci zainaugurował śpiewy i impreza rozpoczęła się na dobre trwając do samego rana.

We wtorek czas było ruszać dalej. W planie wszyscy mieliśmy płynąć do Ronne na Bornholmie, jednakże prognoza na kolejne dni nie była sprzyjająca na powrót do Gdańska. Dlatego kapitanowie podjęli decyzję o rozłączeniu się na wyjściu z Łeby. Jacht s/y Sifu of Avon i s/y Bystrze skierowały się na zachód, s/y Abeba z najmłodszym załogantem Piotrusiem – niespełna dwulatkiem – pozostała przy polskim wybrzeżu, a pozostałe jachty popłynęły na północ do szwedzkiego portu Karlskrona. Na Bornholm i do Karlskrony z Łeby było mniej więcej po 110 Mm. Początkowo wiała mocna 6 co pozwoliło na szybkie płynięcie na żaglach. Byliśmy ciekawi, której ekipie uda się dotrzeć na miejsce jako pierwszej. Przez długi czas udawało nam się utrzymać łączność na radiu. Gdy flotylla naszych jachtów dotarła do Karlskrony po niespełna dobie, daliśmy znać, że jesteśmy na miejscu i okazało się, że s/y Bystrze i s/y Sifu of Avon przybyli na Bornholm niemalże w tym samym czasie.

W Karlskronie odebraliśmy kolejne prognozy pogody i ostrzeżenia o sztormie. Podjęliśmy decyzję, że dwa dni zostajemy w porcie. Ustawiliśmy się wszyscy obok siebie przy jednym pomoście. Wolny czas wykorzystaliśmy na zwiedzanie miasta, zakupy, odwiedzenie najlepszej lodziarni na rynku, wizytę w muzeum morskim (wstęp darmowy a eksponaty bardzo ciekawe) w czwartek nawet na wycieczkę na wyspę Aspö – jedną z piękniejszych wysp archipelagu Karlskrony, na której znajduje się twierdza Drottningsskär oraz charakterystyczne drewniane domki. W przerwach na zwiedzanie załoga s/y Faworyt przygotowywała przepyszne posiłki (placki ziemniaczane, naleśniki, kluski śląskie), na które zbiegały się załogi innych jachtów. To niesamowite, ale dla każdego starczyło jedzenia.

W piątek wiatr już tak mocno nie wiał a prognozy mówiły nawet o okresach ciszy. O 1100 oddaliśmy cumy i udaliśmy się w drogę powrotną do Polski. Kapitanowie zdecydowali się na obranie kursu na Hel. Przy wyjściu wiała znowu mocna 6. Między wysepkami archipelagu Karlskrony mijaliśmy się ze szwedzkim U-Bootem. Niespotykane zdarzenie mijać się z taką łodzią w ruchu. Wieczorem wiatr osłabł do 3 Bft aż w końcu nad ranem niemalże przestał wiać i musieliśmy wspomagać się silnikiem. Do rana załoga s/y Elektra eskortowała jacht s/y Kacyk z powodu ich podartego foka. Kiedy s/y Kacyk postanawił powędkować, rozdzieliliśmy się. Jak się później okazało, s/y Kacyk musiał prosić o pomoc w związku z problemami z silnikiem (niespodzianki tej załogi nie omijały). Na szczęście s/y Faworyt był w miarę blisko i wzięli Kacyka na hol aż do Gdańska. Na wieczór bez załogi s/y Kacyk i s/y Faworyt spotykaliśmy się na Helu w Pubie Morgan na imprezie pożegnalnej. Czekała tam również na nas załoga s/y Abeba z wspomnianym wcześniej najmłodszym uczestnikiem Piotrusiem. Ciekawostka – najstarszy uczestnik majówki zgodnie z patentem był urodzony w 1051 (to nie żart, taka data widnieje na patencie). Niezależnie od wieku, wszyscy świetnie się bawili i nikomu nie chciało się wracać.

Niestety w niedzielę rano wyruszyliśmy w drogę przez Zatokę do Gdyni (s/y Ruth i s/y Impression) oraz Górek. Wiało przyjemnie w plecy, więc trasę pokonaliśmy w nieco ponad 3 godziny. Chciałoby się popływać więcej... W porcie pakowanie, pożegnania i czas na powroty do domów.

Dziękujemy załogom: s/y Xela, s/y Abeba, s/y Ruth, s/y Faworyt, s/y Kacyk, s/y Elektra, s/y Impression, s/y Chiron 2 za spędzony wspólnie tydzień i życzymy powodzenia załogom s/y Bystrze i s/y Sifu of Avon w dalszej podróży na Arktykę.

Dołącz do wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców, informacje dostępne na stronie www.4kontynenty.pl

 

Agnieszka Zahorska

Facebook
Tweet
Google
20
Kwiecień
2017

Z największą przyjemnością informujemy, że firma TEEKANNE została Partnerem naszej wyprawy. TEEKANNE jest producentem bardzo smacznych herbat i postanowiło wesprzeć wyprawę Arktyka 2017 ofiarowując nam i wszystkim uczestnikom wyprawy zapas 6 tys. sztuk. Dzięki temu na naszych obu wyprawowych jachtach, na każdym z 29 etapów będziemy mogli każdego dnia delektować się smakiem pysznych herbat (czarnych, earl grey, owocowych) wśród przepięknych norweskich fiordów, Lofotów oraz rozgrzewać zmarznięte ciała wśród lodów Arktyki.

Dodatkowo otrzymaliśmy kubki termiczne i zarówno na Sifu, jak i na Bystrzu, każdy z nas będzie na poszczególnych etapach z nich korzystać.

Dziękujemy TEEKANNE za wsparcie nas i obiecujemy pamiętać z każdym łykiem wypijanej herbaty.

Facebook
Tweet
Google
28
Marzec
2017

Patronat Honorowy

Wyprawa Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców została objęta patronatem Honorowym Burmistrza Miasta Trzebini p. Adama Adamczyk. 

Miasto Trzebinia obchodzi w tym roku jubileusz 200 lecia  nadania praw miejskich 

Datę nadania Trzebini praw miejskich potwierdza zapis w księdze uchwał Senatu Wolnego Miasta Krakowa, datowany na 6 września 1817 roku„Uchwalono przywilej wynoszący kolonię Trzebini do rzędu miasteczek w należnej formie wydać, zapłaty stempla w kwocie złotych polskich sto dwadzieścia pięć. Wydziałowi Spraw Wewnętrznych polecić wezwanie dziedzica do złożenia planu, wedle którego dom urzędnika miejscowej policji chce wystawić i przedstawienia ukwalifikowanego kandydata na zastępcę wójta; zaprowadzenie administracji i targowego i jarmarcznego, tudzież przypisanie taryfy tego poboru na wzór taryfy miasteczka Nowy Górze udzielanej; razem zalecenie inspektorowi dróg i mostów, ażeby plan drogi murowanej przez dziedzica zrobić się mającej przygotował. Zresztą wyniesienie to kolonii Trzebini ma być pismami publicznymi ogłoszonym. Wydział zaś dochodów publicznych wszelkie prawa, przepisy i rozporządzenia, ażeby się wyłącznie do miast i miasteczek ściągały, ma do miasteczka Trzebinia zastosować” (Archiwum Państwowe w Krakowie, Akta Wolnego Miasta Krakowa IV-3, s. 147).

www.trzebinia.pl

Facebook
Tweet
Google
27
Marzec
2017

Był taki czas, gdy w Polsce jachty były tylko klubowe, a dalekie rejsy nieliczne, gdyż paszport, po wielu wysiłkach, otrzymywało się tylko na czas określonego wyjazdu. Nie było wtedy telefonów komórkowych, gps, na stole nawigacyjnym królowało radio tranzystorowe do odbioru prognoz pogody. Posiadanie większej ilości jakiejkolwiek waluty wymienialnej było rzadkie i nielegalne, więc nawet wysłanie pocztówki z zagranicznego portu stawało się znaczącym wydatkiem. Był na to sposób- korespondencja ze stemplem „ poczta otwartego morza” oraz z pamiątkowym stemplem jachtu mogła być wysyłana z całego świata ze znaczkiem kraju bandery jachtu bez jakichkolwiek dodatkowych opłat. Słali je więc żeglarze ze wszystkich portów przez długie lata, z jakże rzadkich, wymarzonych rejsów. Pocztówki takie były wspaniałą pamiątką, często także podstawą długich domowych „morskich opowieści” po powrocie z rejsu.

Fundacja 4 Kontynenty w ramach wyprawy „Arktyka 2017 – Śladami ginących lodowców” postanowiła wskrzesić tę, już mocno zapomnianą „ dobrą praktykę żeglarską” w nowej, odświeżonej formie. Każdy, kto wesprze naszą wyprawę kwotą choć dziesięciu złotych, otrzyma z wyprawy tak ostemplowaną kartkę z jednego z jachtów naszej wyprawy wraz z podpisami kapitana i załogi etapu z którego zostanie wysłana.

Nie jest to oczywiście jedyne podziękowanie jakiego możecie spodziewać się za wsparcie wyprawy, mamy także do rozlosowania kubki, koszulki i wiele innych gadżetów wyprawowych.

Tych zaś, którzy chcą nas wesprzeć instytucjonalnie, zapraszamy do zapoznania się z propozycjami Fundacji 4 Kontynenty  

kapitan Igor Godlewski

Jak otrzymać kartkę z podróży ?

Wesprzyj Fundację 4 Kontynenty cegiełką i wyślij swoje zgłoszenie na adres kartka.z.podrozy@4kontynenty.pl 

Czas trwania akcji do  19.09.2017

10 zl otrzymasz kartkę z podróży 

35 zl otrzymasz kartkę z podróży i koszulkę wyprawy Arktyka 2017 

40 zl otrzymasz kartkę z podróży i kubek wyprawy Arktyka 2017 

50 zl otrzymasz kartkę z podróży i chustę wielofunkcyjną wyprawy Arktyka 2017 

100 zl otrzymasz kartkę z podróży, kubek, chustę wielofunkcyjną, koszulkę - z logo wyprawy Arktyka 2017 

500 zł otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu Twoją nazwą  

( za wyjątkiem S7, S8, B6, B8 )

1 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  B6 lub B8  Twoją nazwą

3 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  S8  Twoją nazwą 

5 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  S7 Twoją nazwą 

10 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania  etapów SY Bystrze Twoją nazwą  oznaczenie B ( za wyjątkiem etapów B6, B8 ) 

15 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania  etapów  SY Sifu of Avon  Twoją nazwą  oznaczenie S ( za wyjątkiem etapów S7, S8 ) 

20 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i zostajesz sponsorem Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców 

30 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i zostajesz sponsorem tytularnym Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców 

Dodatkowo 

Wśród wszystkich uczestników wspierających Fundację 4 Kontynenty wylosujemy 

20 koszulek Wyprawy Arktyka 2017  Śladami Ginących Lodowców
20 koszulek Fundacji 4 Kontynenty
20 kubków Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców
10 koszulek ufundowanych przez Sail24.pl
10 ręczników  PackTow PERSONAL w rozmiarze S ufundowanych przez Sportada.pl
2 koje na etap s 14 z uczestnikami i kapitanem etapu S7

 

Dane do przelewu 

Tytułem  "wspieram Fundację 4 Kontynenty - kartka z podróży" 

Fundacja 4 Kontynenty
Oś ZWM 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01

Kontakt
Mariusz Noworól

 

 

 

Facebook
Tweet
Google
20
Marzec
2017

Targi Wiatr i Woda 2017 w Warszawie za nami.

Możemy dziś podsumować targi, które naszym zdaniem powinny zmienić nazwę na Woda i Motorówki. Już na wejściu witały nas wielkie motorowe monstra, które mają swoich sympatyków, jednak nie w naszych osobach. Kolorowe łodzie motorowe prawie w całości wypełniały największą halę targów.W dwóch pozostałych halach zobaczyć można było zaledwie kilka jachtów żaglowych i bazar żeglarski.

Ale to właśnie targi Wiatr i Woda w Warszawie mają chyba największą magię i spotyka się na nich cały „wodny świat”. Tym razem można było natrafić na wiele osobistości żeglarstwa, posłuchać kilku ciekawych prezentacji czy pooglądać nowości w odzieży żeglarskiej. Spędziliśmy na targach dwa dni, głównie na spotkaniach, rozmowach i integracji.

Światowy dzień morza 17 marca – warto tę datę zapisać.

Tego dnia w Tawernie Korsarz odbył się koncert zespołów Z dala od Zgiełku oraz Mietek Folk Olsztyn. Przybyliśmy dość sporą ekipą i była to nasza pierwsza oficjalna wizyta w tym miejscu. Od samego początku było czuć żeglarski klimat. Gdy na scenę wkroczył zaprzyjaźniony zespół Z dala od Zgiełku, zaczęły się wspólne śpiewy. Anka (wokalistka zespołu) jak zawsze dała czadu a Misiek dzielnie walczył na akordeonie. Pomiędzy utworami odbywały się konkursy, na których jako nagrody rozdawaliśmy koszulki ufundowane przez Sail24.pl.

Na „Mietków”, którzy jadąc do Warszawy mieli przygodę, musieliśmy cierpliwie poczekać. Zepsuł im się bus pod Modlinem, ale w końcu dużo spóźnieni dotarli na miejsce i to jest najważniejsze. Mietkowie przenieśli nas na morza i oceany. Cała Tawerna Korsarz falowała w rytmie szant. Mietek Folk Olsztyn wymiatał na scenie. Nazwa zespołu jest odzwierciedleniem ich muzycznego talentu, który doceniła cała publiczność. Dla Nas też to była wyjątkowe wydarzenie, gdyż „Mietki” wystąpili w koszulkach Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców. Jak się zapewne domyślacie, zabawa trwała do samego rana, a to dopiero był pierwszy dzień targów.

Drugiego dnia pogoda się strasznie popsuła, za oknem dosłownie szalały wiatr i woda, zrobiło się zimno. Oj coś ta Warszawa nie gościnna :) Sobotni targowy dzień przebiegał pod dyktando spotkań.

Uważam, że największą gwiazdą targów była Laura Dekker, dziewczyna która wyruszyła w wyprawę dookołoa Ziemi w wieku 14 lat i sama opłynęła świat. Świetna prelekcja sprowadziła tłumy, które oczekiwały w długiej kolejce na autograf młodej żeglarki. Wydawnictwo Nautica wydało książkę Laury pt „Marzenie pewnej dziewczyny”, której nazwa bardzo znajomo brzmi dla Fundacji 4 Kontynenty. My wierzymy, że „Chcieć, znaczy móc!” a Laura to udowodniła.

Po długim targowym dniu, wieczorową porą udaliśmy się na koncert grupy Mechanicy Shanty w Tawernie Gniazdo Piratów. Od samego początku panowała żeglarska atmosfera.  Akustykiem koncertu był Krzysztof Kłos - jeden z naszych kapitanów, który poprowadzi jacht SY Bystrze podczas etapu B6: Tromso – Nordkapp – Tromso w naszej Wyprawie Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców.

Po długim koncercie w tawernie nie zostało wiele osób. Zaczęliśmy integrację, podczas której Anka - wokalistka zespołu Z dala od Zgiełku - wykonała koncert unplugged sławnego utworu „jagódki”. I jak to bywa na takich spotkaniach zabawa trwała jeszcze do białego rana.

Po tak intensywnym weekendzie rozjechaliśmy się w niedzielę w 4 strony świata z kolejnymi planami na niedaleką przyszłość.

Targi Wiatr i Woda to rozpowszechnione już miejsce spotkań braci żeglarskiej. Niestety powoli z roku na rok stają się targami motorowodnymi. Może doczekamy się w naszym kraju prawdziwie żeglarskich targów kierowanych i dedykowanych żeglarzom.

Ekipa Fundacji 4 Kontynenty jak zawsze dopisała, integracja w Tawernach Korsarz i Gniazdo Piratów daje potencjał na kolejne działania.Mamy nadzieję, że już w nadchodzącym tygodniu spotkamy się z Wami na targach Forum Sportu i Biznesu Sportbiz 23-24 Marca na Stadionie Narodowym w Warszawie. Nasze stoisko znajdziecie w hali A.

Galeria foto na FB 

 

Facebook
Tweet
Google
15
Marzec
2017

Jest to relacja Anii, będącej oficerem na rejsie 4 Kontynenty: Gdańsk - Kopenhaga - Goteborg - Oslo - Skagen, który odbył się w dniach 28.08 - 10.09.2016 r. Kapitanem jachtu był Marek Rajtar

Znacie to uczucie, kiedy podejmujecie nowe wyzwanie, kiedy czekacie na ten kolejny przypływ adrenaliny we krwi, kiedy chcecie kolejny raz zmierzyć się sami ze sobą? Tak właśnie było ze mną i pierwszym długim rejsem. Podróżuję od wielu lat, ale świat zawsze odkrywałam drogą lądową. Autostopowe wyprawy nauczyły mnie odwagi i sprawiły, że dorosłam. Stałam się silną i niezależną kobietą, która radzi sobie niemal
w każdych warunkach. Ląd jednak stał się zbyt duszny i ciasny, a niektóre miejsca nieosiągalne wyłącznie samochodem.

Postanowiłam, że trzeba się przygotować. Już kilka tygodni wcześniej próbowałam przebranąć przez lekturę podstaw żeglarstwa zawartych w podstawowej branżowej literaturze. Szczerze? Na początku czułam się jakbym czytała po chińsku. Tysiące nowych definicji i nazw. Po kilku długich wieczorach z książką udało się nauczyć  kilku sztandarowych pojęć. Następnie warsztaty nawigacyjne organizowane przez Kapitana. Szkolenie zaplanowane było na tydzień przed rejsem i miało przybliżyć nam podstawy nawigacji i meteorologii, nauczyć pracy na mapach morskich, obliczania pływów. Ciężkie, ale i bardzo owocne sześć godzin pracy całej załogi i poczuliśmy się nieco bardziej gotowi na wyjazd.

Nasza trasa to, zaplanowana przez Fundację 4 Kontynenty, część rejsu etapowego. Zaokrętowanie: Amsterdam, później wybrzeża Morza Wattów i wyczekiwane przez wszystkich, norweskie fiordy.

Tydzień do wyjazdu..Jak zwykle na wszystko zbyt mało czasu, praca wyciąga z nas siły i wieczorami ciężko
się zabrać do pakowania niezbędnych na wyprawę rzeczy. Udaje nam się skompletować plecaki około środy wieczorem i już pojawia się na naszych twarzach zarys uśmiechu, nabieramy energii..

Czwartek i pierwszy dzień urlopu, praktycznie siedząc na bagażach czekamy na telefon od Kapitana.
Po wieczornej rozmowie nie mamy już złudzeń, na pewno nie popłyniemy zaplanowaną trasą. Jacht, którym mieliśmy wypływać z Amsterdamu utknął gdzieś w brytyjskim porcie z zepsutym silnikiem. A my cóż, też utknęliśmy w centrum Krakowa, pierwszego dnia urlopu, z tęsknotą za daleką podróżą i może nutą nadziei, że uda się coś jeszcze ocalić z naszych planów.

Piątek- więc jednak płyniemy, co prawda innym jachtem, co prawda inną trasą, ale wciąż na fiordy. Będziemy walczyć, żeby dotrzeć jak najdalej na północ, jak najszybciej przedostać się przez Bałtyk i spokojnie nacieszyć się odkrywaniem dalekich lądów.

Skandynawia została dla mnie ostatnią niezwiedzoną częścią Europy. Nigdy nie czytałam przewodników, stron internetowych i opinii na forach na temat regionów w które zmierzałam wyjechać. To wszystko nie pozwoliłoby mi zbudować własnego zdania na temat odwiedzanych miejsc. Tym razem też chciałam spotkać się z tą kulturą osobiście, porozmawiać z mieszkańcami, zgubić się w otaczających centrum uliczkach i znaleźć się w  małej lokalnej restauracji na pysznej miejscowej kawie i tradycyjnych daniach. Słuchać muzyki granej na ulicy, poodychać wolnością w przepięknych parkach i dopiero na koniec zadecydować, czy polubiłam to miejsce.

Sobota- dzień ostatnich przygotowań, dopychamy  ciepłe bluzy do plecaków i późnym wieczorem wraz z prawie kompletną załogą ruszamy z Krakowa do Gdańska w długą i nużącą podróż Polskim Busem.

Budzimy się nad ranem na Dworcu Autobusowym w Gdańsku, niecałe 30 minut później udaje nam się w kompletnym składzie stanąć na kei. Małą grupą ruszamy jeszcze na zakupy rejsowe. Wcześniej postaraliśmy się przygotować listę, ale uwierzcie, że nie jest łatwo zaplanować jadłospis na 2 tygodnie
dla 9 osób. Zakupy pochłaniają nam jakieś 3 godziny czasu, samochodem wypchanym po brzegi wracamy do portu.  Chyba w końcu jesteśmy gotowi do wyjazdu....walczyliśmy dzielnie.

Pogoda pozwala nam tego wieczoru wypłynąc na kilka godzin i przesunąć się chociaż o kilkadziesiąt mil dalej. Zaczynamy życie na pokładzie, nie jest łatwo z obiadem przygotowywanym na fali i dużym niedoborem snu, mimo to wszyscy z szerokimi uśmiechami na twarzach. Jesteśmy na morzu, można zostawić na lądzie wszystkie problemy i cieszyć się szumem fal.

We Władysławowie czeka nas co najmniej jednodniowa przerwa. Na wieczornym posiedzeniu Kapitan informuje, że wypłynąć na drugi dzień możemy, tylko że na morzu 7-8 B i oczywiście pod wiatr. Wszyscy z dużymi pokładami energii do żeglowania decydujemy się wypłynąć, niech się dzieje co chce.

Wypływamy ku żywiołowi. Po 2 godzinach większość załogi nieprzytomna ląduje pod pokładem. Ja jeszcze nigdy nie czułam się gorzej, choroba morska przypomina mi cięższą wersję grypy żołądkowej. Udaje mi się trochę uspokoić żołądek na krótkiej drzemce. W końcu decyduję się powalczyć, przecież wszystko tak naprawdę zaczyna się w naszych głowach. Pomagam przy żagalach, stoję za sterem i wymiotuję przypięta na linie do deku. Denerwuję się już okropnie, przy każdym wychylaniu sie za burtę dostaję zimną i słoną wodą prosto w twarz, ciężko się poruszać, doskwiera ból głowy i przemoczone ubrania. Ktoś tu mówił, że żeglowanie jest nudne?  Zostaje nas już tylko czwórka włącznie z Kapitanem, prowadzimy jacht na zmiany, morze nie chce uspokoić się ani na chwile, za nami 8 godzin. Czuje, że powoli wygrywam sama ze sobą, zaczynam robić się głodna, odzyskuję energię i siły. Teraz mogę już płynąć choćby całą kolejną dobę. Po 14 godzinach trudnej żeglugi Kapitan podejmuje decyzję o wejściu do portu w Łebie. My może dalibyśmy radę, ale reszta załogi potrzebuje przerwy i regeneracji. O 2 nad ranem rzucamy cumy i schodzimy na chwilę na stały ląd. Jeszcze szybka kalkulacja strat, na szczęście niewielkich i zbawienny dla wszystkich sen..

Rano trzeba naprawić zerwaną podczas sztormu taśmę od foka, nasz jacht nie jest specjalnie zaopatrzony w sprzęt do małych napraw, więc staramy się wygrać kreatywnością. Do szycia wykorzystujemy własnoręcznie zrobioną w bosmanacie igłę. Szybkie tankowanie paliwa i ruszamy dalej.

Dziś jest już nieco łatwiej, Neptun nieco łaskawszy, 6 B, ale wiatr wciąż w twarz. Chyba już trochę przyzwyczajeni do warunków, dzielnie prowadzimy kolejne wachty. Przed nami wyzwanie- co najmniej kilka dni ciągłej żeglugi. Nasz następny cel to Kopenhaga, dziś wydaje się daleka i nieosiągalna.

Wczorajszy dzień wiele mnie nauczył. Morze to żywioł, wobec którego my jesteśmy bezsilni, w obliczu jego mocy jesteśmy mali i bezbronni. W codziennym życiu często wydaje nam się, że potrafimy być niepokonani, że jeśli włożymy w coś sto procent energii to uda nam się wygrać. Co zmienia się zatem gdy z naszych oczu znika ląd? Zostajemy niewielką kropką poruszającą się na ploterze. Zależni od fali, wiatru, zdani na łaskę natury. Dziwne to dla mnie uczucie zostać bezsilną, zwykle nie pozwalam sobie na to. Pozwala mi to jednak zapomnieć, o tym co zostało kilkadziesiąt mil za nami i skupić się na rzeczach naprawdę istotnych, zastanowić
się o co w moim życiu walczę i  czego oczekuję.

Pierwszy raz zostało mi powierzone prowadzenie wachty. Stwierdziłam, że to dla mnie szansa na naukę stawiania żagli, podszkolenie się z nawigacji i sztuki manewrowania jachtem. Wiedziałam, że to też duży kredyt zaufania, dlatego szczególnie do nocnych wacht starałam się podchodzić bardzo odpowiedzialnie. Udowodniłam sobie, że wyzwania motywują do działania, konsekwentnie uczyłam się nowych rzeczy.

Takie kilkudniowe przeloty między portami to ogromny wysiłek dla załogi. Wiecie, okazało się, że najprostsze czynności potrafią być bardzo trudne. O umyciu się praktycznie nie ma mowy, przy przygotowywaniu obiadu dla 9 osób można poćwiczyć gimnastykę, a przejście 3 metrów z koi do toalety bez nabicia sobie po drodze ogromnej liczby siniaków o wszystkie stoły i szafki to już całkiem duży wyczyn. Są też chwile relaksu przy kawie i książce. Zwykłe życie na jachcie to jednak ciągła praca.

Po 56 godzinach na morzu docieramy do Kopenhagi, wpływamy do małego portu praktycznie w centrum miasta, nieco zmęczeni stawiamy pierwsze kroki na lądzie. Szczerze mówiąc kołysa mną jeszcze dobre kilka godzin przy zwiedzaniu miasta. Uciekamy z Kamilem zgubić się w mieście. Znajdujemy śliczną małą kawiarnię, gdzieś daleko od tłumów turystów przemierzających ścisłe centrum miasta. Pijemy przepyszną kawę, obserwujemy toczące się dookoła życie. Postanawiamy ruszyć na spacer, trafiamy na ogromne ogrody zamkowe- pełne zieleni i kwiatów, miejsce w którym mieszkańcy zatrzymują się na gry terenowe, rodzinne pikniki i spotkania towarzyskie. Mijamy plenerowy koncert i trafiamy do kolejnego parku tym razem prowadzącego do terenów zabudowy wojskowej. Przychodzi wieczór, podświetlone fontanny nad brzegiem rzeki wyglądają magicznie. Spacer kontynuujemy poszukując „Nomy“. Chcemy choć z zewnątrz zobaczyć tą gwiazdkę światowej gastronomii. Przekraczamy mieniący się tysiącem świateł most i po kilku minutach stajemy przed drzwiami restauracji. Wszyscy pracują jak w zegarku, każdy zna swoje miejsce, tu nic nie dzieje się przypadkiem, potrawy wyglądaja jak wycięte ze zdjęć najlepszego branżowego czasopisma , a uśmiechnięte twarze gości świadczą o wysokim poziomie lokalu i wysokiej jakości serwowanych tu potraw. Na stolik  w „Nomie“ czeka się kilka miesięcy, może przy kolejnej wyprawie uda się zobaczyć tą perełkę też od środka. Swoje kroki kierujemy na miejscowy„Street Food“, gromadzące się wokół tego miejsca tłumy młodych ludzi świadczą o tym, że trafiliśmy do jednego z bardziej popularnych miejsc. Wieczorami robi się tu głośno i kolorowo, koncerty Dj-ów na wolnym powietrzu, a we wnętrzu ogromnej blaszanej hali można odkrywać smaki niemal całego świata. Kilkadziesiąt food tracków i barów, serwujących kuchnie europejskie,a miejscami też te bardziej egzotyczne. Bierzemy do rąk po butelce miejscowych trunków i rozsiadamy się na leżakach nad brzegiem rzeki. Ogrzewani ciepłem rozpalonego ogniska, zasłuchani w rozbrzmiewającej wokół muzyce cieszymy się, że udało się odkryć serce kolejnego kraju, poszerzyć horyzonty.

Nieco zmęczeni po całym dniu wędrówki wracamy na jacht. Każdy z nas potrzebuje chwili wytchnienia i odpoczynku. Nazajutrz ruszamy dalej. Kolejnym way pointem ma zostać szwedzki Goeteborg. Liczymy, że uda się dopłynąć jeszcze na odbywający się tam właśnie Zlot Żaglowców.

Nasze plany rozpływają się niestety zaraz po wyruszeniu z portu. Stawiamy foka, który okazuje się być rozerwany na długości niemal pół metra i zamiast spełniać swą funkcję zostaje naszą dyszą powietrzną, łapiącą wiatr dosłownie do środka żagla. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zmienić kurs na największy możliwy port w Kopenhadze i szukać pomocy..

Pewnie myślicie, że to już koniec naszych problemów? Otóż nic bardziej mylego, dopływając do portu orientujemy się, że mamy dziś sobotę ...najgorszy z wszystkich możliwych dni na naprawę jachtu. Mało nam szczęście dopisuje, ale załoga Xeli się nie poddaje. Postanawiamy, pozbawieni innych możliwości, wykorzystać zapasowe nici do szycia żagli i zacząć cerować. Kilka godzin mozolnej pracy Kapitana oraz czterech dzielnych załogantów i fok wygląda jak nowy. Może po powrocie zaczniemy zarabiać na drobnych, weekendowych naprawach jachtów?? Cały czas do przodu- zgodnie z tym hasłem przemierzamy kolejne morskie mile.

Na jachcie czas mierzy się w jakichś nieco innych jednostkach, nie mają dla Ciebie specjalnego znaczenia noc i dzień. Wszystko odmierzasz na wachty za sterem albo kambuzowe. Nic poza tym nie musisz, za to możesz wszystko, uczyć się, szkolić, pracować na jachcie, ucinać sobie drzemki, odrabiać literackie zaległości, pisać dzienniki, a przy spokojnym morzu wygrzewać się po prostu na deku w blasku promieni odbijających się od tafli wody.

Późnym wieczorem któregoś tam dnia wpływamy do szewdzkiego Goeteborgu. Wejście do portu mieniące się tysiącami kolorów wywiera na nas ogromne wrażenie. Pomimo zmęczenia postanawiamy podjąć się jeszcze małego spaceru po okolicy i znaleźć przystań w przyjemnym, klimatycznym pubie gdzieś w centrum. Okazuje się, że niepotrzebnie narzekamy na „krakowskie wysokie ceny“, bo wyobraźcie sobie, że piwo w zwykłym barze może też kosztować 40 zł/0,5 l- uwierzcie mi, że doceniacie wówczas każdy łyk.

Kolejny dzień postanawiamy poświęcić na zwiedzanie żaglowców. Z bliska wyglądają naprawdę imponująco, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Dopiero udało mi się opanować nazwy wyposażenia prostego jachtu i lin za które trzeba pociągać, a tu przed moimi oczami ogromy żaglowiec z sto razy większą liczbą lin, haków, kabestanów i innych akcesoriów- nieprawdopodobne, że chodzą po tym świecie ludzie, którzy znają te statki jak własny dom i potrafią bezpiecznie prowadzić je przez morza i oceany. Jako grupa polskich amatorów żeglarstwa, jakimś zrządzieniem losu znajdująca się akurat w Szwecji , dostajemy szansę postawienia swoich stóp na pokładzie słynnego Frederyka Chopina. Monumentalny, mieniący się dziesiątkami białych żagli w blasku słonecznych promieni, piękny i wywałoby się- niezniszczalny. Stając za kołem sterowym zaczęłam zastanawiać się jak perfekcyjne wyczucie statku należy mieć, żeby trzymać tutaj idealny kurs na wiatr. ( Może dla mnie wydawało się to bardziej niemożliwe, gdyż ster zdawał się być wielkościowo równy mnie ). W nieskończoność trwały nasze okrzyki zachwytu nad kolejnymi mijanymi w porcie żaglowcami. Może któregoś dnia i nam uda się zostać załogą jednego z nich.

Tymczasem ruszamy na ekspresowe zwiedzanie pozostałej części miasta. Nasze kroki kierujemy w stronę słynnego ogrodu botaniczego. Miasteczko okazuje się być przepiękne, urokliwa zabudowa, uśmiechnięci mieszkańcy i wysprzątane uliczki. Wszystko tu do siebie pasuje. Ogród botaniczny
i tamtejsza palmiarnia to rzeczywiście jedne z pięknieszych rezerwatów natury jakie widziałam. Ogromne zadaszone ogrody gromadzące dziesiątki gatunków egzotycznych roślin, przenoszą nas na chwilę w podróż w jeszcze odleglejsze krainy niż te do których udało się dotrzeć. Cel postawiony- kolejnym razem wszystko to trzeba zobaczyć w naturalnym środowisku. W drodze powrotnej na jacht musimy uzupełnić braki w wyposażeniu naszej lodówki. Ja, Kamil i Małgosia dzielnie biegając po szwedzkim hipermarkecie staramy się skompletować wszystkie najpotrzebniejsze produkty. Po niecałej godzinie nasz koszyk jest prawie pełny. Z niecierpliwością czekamy na rachunek, patrząc po cenach na półkach- zostawimy tu majątek. Oczekiwania stają się rzeczywistością, w Polsce za te same pieniądze mielibyśmy jakieś 4 razy więcej produktów. Przez chwilę zastanawiamy się więc jak dużo więcej musi zarabiać tutaj przeciętny obywatel, żeby było go stać na chleb za 8 zł i wodę mineralną za 10? W lekkim szoku wracamy z zakupami na jacht, to już czas ruszyć znów na morze. Przed nami szkiery, których już wszyscy nie mogą się doczekać. Paweł w wycieczce po szkierach wywęszył swą kolejną szansę na złowienie jakiejś świeżej rybki na obiad.

Pływamy wśród pięknych powulkanicznych wysepek z dziką przyrodą i ślicznymi małymi domkami, wydaje się jakby mieszkający tu ludzie żyli w raju. Pogoda jak na obecną porę roku naprawdę nas rozpieszcza, wiatry sprzyjają. Nie możemy oderwać się od aparatów, każdy z nas chce choć na chwilę zatrzymać dla siebie ten obraz. Udaje nam się znaleźć dogodne miejsce na zatrzymanie się na kotwicy. Paweł próbuje szczęścia z wędkowaniem, Gosia i Ania odważnie wskakują popływać w błękitnej tafli wody. Jest czas na przygotwanie obiadu- chociaż raz bez dodatkowej atrakcji w postaci kołyszącej fali. Najedzeni i wygrzani promieniami słońca wracamy do wieczornej żeglugi. Zaczarowani urokiem jednej z wysp, zatrzymujemy się jeszcze na wieczorny spacer. Na lądzie jest zaskakująco cicho i spokojnie. Opustoszałe miasteczko z małym zamkiem i willami ze snów. Każdy tu zamiast samochodu posiada swój własny jacht. Miejsce wydaje się być idealne na chwilę odpoczynku od zgiełku miasta.

Nocne żeglowanie po szkierach pozstanie w naszej pamięci jako wyzwanie dla odważnych. Wąskie szczeliny między skałami, gdzieniegdzie święcące tyczki wskazujące drogę. Mieścimy się na centymetry, pilnując kursu z dokładnością do 1 stopnia. Całonocną walkę z perspektywy poranka, wszyscy zgodnie uznajemy za dobrą przygodę. Kolejny dzień spędzamy na dotarciu do Oslo. Norwegię zaczynamy zwiedzać od widocznych z deku niewielkich fiordów otaczających drogę morską wejścia do portu w stolicy. Kilkanaście godzin później lądujemy w porcie w sercu miastu. Zmęczeni wyprawą znajdujemy siłę jedynie na prysznic, kolację i szklaneczkę rumu albo dwie...Przy dźwiękach gitary, na której Kamil wygrywa dla nas dźwięki ulubionych szant, zapadamy w upragniony sen. Kolejny dzień chcemy poświęcić na zwiedzanie miasta.

Pierwsze kroki kierujemy na wodny tramwaj mający dostarczyć nas do Muzeum Fram. Ogromna wystawa poświęcona jest wyprawom polarnym. Statki z żeglugi na najdalsze krańce świata, świetnie zakonserwowane, otwarte są do zwiedzania. Można na chwilę przenieść się w inne czasy, poczuć się jak odkrywca,  wyobrazić sobie jak musiało wyglądać tamto życie. Twórcy muzeum zadbali nie tylko o dokształcenie nas z obszernej histrorii owych wypraw, jak i przybliżenie nam z najdrobniejszymi szczegółami życia codziennego na jednostkach ekspedycyjnych, ale pokazali też warunki atmosferyczne panujące w obszarach biegunowych. Specjalnie przygotowana komora, imituje temperaturę i wizualizuje nam prawdziwie polarne, surowe warunki. Po kilku godzinach wychodzimy naprawdę usadysfakcjonowani. Miejsce warte odwiedzenia.

Organizujemy jeszcze kilkugodzinny spacer po centrum. Znajdujemy tu z Kamilem schowane w cieniu zabytków magiczne miejsce. „Drzewko szczęścia“, na którym każdy może umieścić swoje marzenie spisane na małym bileciku. Są tu kartki z całego świata, spisane z różnych językach. Uwierzyliśmy, że działa, pewnie zrobimy teraz wszystko, żeby nasze marzenie też się spełniło.

Wieczorową porą trafiamy na zamek na wzgórzu. Widok stąd jest nieziemski, miasto mieni się tysiącami świateł. Port z powiewającymi żaglami dziesiątek jachtów, wygląda z tej perspektywy wyjątkowo imponująco. Xela jest już gotowa do dalszej podróży....

Sam zamek ma w sobie też odrobinę magii, ukryte komnaty z grającymi, błyszczącymi pozytywkami w kształcie statków, figury postaci broniących każdej bramy fortecy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na małą kawę i piwo. Znów jest to jedna z naszych najdroższych przyjemności w tym mieście. Tak tylko rozwiewając wątpliwości- kawa czarna- 20 zł, piwo lane- 50 zł.

Szykujemy Xelę do wyjścia z portu. Gdy już jesteśmy praktycznie gotowi, okazuje się, że jacht z jakiegoś powodu nie ma zasilania. Zaczynają się problemy. Męska część załogi zaczyna rozkręcać jednostkę, szukając źródła problemu. Bezskutecznie próbujemy wszystkich swoich sił, żeby udało się wyruszyć jeszcze dziś.
Po 3 godzinach znajdujemy źródkło braku wystarczającego zasilania, szkoda, że jacht musieliśmy rozłożyć już prawie na części. Szczęśliwi jak nigdy, odpalamy silnik, światła i ruszamy w drogę powrotną do Danii. Wracamy do powadzenia wacht. Śpię w dzień, żyję w nocy. Warunki męczą nas okropnie. Morze znów nas nie oszczędza. Praktycznie cały czas płyniemy pod wiatr, do tego mgła tak gęsta, że decydujemy się co 5 minut meldować swoją pozycję na radiu. Próbujemy dać znać innym jednostkom o naszym istnieniu. Zagrożenie rozpływa się po kilku godzinach razem z mgłą. Wiatr nie ustaje. Udaje mi się w nocy postawić żagle i odpuścić trochę prowadzenie na silniku. Rano lądujemy bezpiecznie w porcie w Skagen. Nie marzymy właściwie o niczym innym, jak tylko o porządnym śniadaniu. Inwestujemy w pyszne świeże ryby w porcie i ucinamy sobie kilkugodzinną drzemkę. Skagen jest przeciętnym, małym, duńskim miasteczkiem. Robimy sobie małą wycieczkę po plaży. Z tęskoty chyba za włoskim jedzeniem, którego jesteśmy z Kamilem ogromnymi fanami, na kolację wybieramy się do włoskiej restauracji na pizzę i pyszną kawę. Reszta załogi, wciąż głodna morskich smaków decyduje się na smażone ryby i owoce morza w portowej tawernie.

Kolejnego dnia rano wczesną pobudkę zapewnia nam Mariusz, który wraz ze swoją załogą zabiera Xelę w drogę powrotną do Polski.

Wyprawa nauczyła nas wszystkich pokory, radzenia sobie w najtrudniejszych warunkach. Dzięki niezwykłemu Kapitanowi wszyscy zdobyliśmy nowe umiejętności, mieliśmy okazję rozwijać się pod jego czujnym okiem. Miłość do żeglarstwa jest trudna i wymagająca, a jej prawdziwe piękno tkwi w pokonywaniu swoich barier i słabości. No i w czymś oczywistym, ale najbardziej wartościowym w odkrywaniu świata
i samego siebie...

Anna Dróżdż

Facebook
Tweet
Google
16
Styczeń
2017

Rejs Sylwestrowo - Noworoczny Grecja 2016 / 2017
Najlepszy rejs na jakim byłam, pełen ciekawych doświadczeń - pływanie w sztormie i najbardziej zgrana załoga SY Milos z Kapitanem Mariuszem. Parę słów o tym jak było na rejsie.


Ateny przywitały nas śniegiem i silnym wiatrem. Chociaż każdy myślał że będzie ok 15 stopni na plusie. Spędziliśmy tam dodatkową noc, którą przeznaczyliśmy na integrację z innymi załogami oraz robienie tostów na jachcie o 6:40 rano.

Następnego dnia o godzinie 11.50 wychodzimy z portu. Zaraz za główkami portu czekał na Nas jacht SY Rinia z kapitanem Zbyszek Marek. Rozpoczęły się regaty sylwestrowe na trasie Ateny – Milos.
Po mniej więcej 14 godzinach, gdzie większość czasu płynęliśmy w sztormie, co prawda baksztagiem, wiec większość załogi zniosła to dobrze. Uciekająca załoga SY Rinia została wyminięta 20 mil przed metą na Milos. Niczym motorówka na żaglach docieramy do mety na Milos. Port przywitał nas wietrznie, wiatr sprawił nam trochę problemów przy cumowaniu, sprawna załoga stanęła na wysokości zadania. Jak to w Grecji okazało się że nie będzie prądu ani wody.Nad ranem dotarły kolejne załogi. Po porannych oględzinach przestawiamy się na keję bliżej miasta gdzie mamy prąd i wodę. Jachty stoją majestatycznie jeden obok drugiego pod salingiem flaga 4 Kontynenty.

Czas przygotować się na przywitanie Nowego Roku. Na wszystkich jachtach ruch, nasze załogantki wrzucają na siebie makijaż i w drogę do tawerny. Lidka wita wszystkich gości, załoga po załodze zajmuje stoły i chodź jeszcze nie było oficjalnego rozpoczęcia sylwestra już jest gwarno i wesoło. Z każdą minutą zapominamy o trudach rejsu na Milos wokół panuje żeglarski klimat, pozytywnie nastawieni ludzie, jest wesoło, nowe znajomości..... :) Wszystkie załogi bawiły się świetnie do białego rana, co niektórzy poszli nawet prosto do piekarni. Ranek na Milos przywitał nas słonecznie, do jachtów zapukał Arek Stefaniak przekazując prezenty od burmistrza Milos.Grecy bardzo docenili nasze przybycie i hart ducha, dla nich byliśmy wielkimi żeglarzami, którzy przybyli by z nimi spędzić Nowy Rok. Mieli ku temu podstawy gdyż morze pokazało swoje oblicze.

Odpoczywamy i ruszamy dalej Mykonos. 8.00 SY Rinia, SY Milos oddają cumy.Mykonos to kolejny port na naszej mapie, podążamy leniwie na żaglach w promieniach słońca. Na deku SY Milos rozbrzmiały gorące rytmy, załoga ładowała akumulatory, zachód słońca rozbudził marzenia. Widoki niczym widokówki na długo zapisały się w naszej pamięci. Na Mykonos docieramy wieczorem, w porcie cisza, rybackie łodzie, zimujące jachty i my. Stajemy znowu jeden za drugim, robiąc miejsce dla kolejnych jachtów które podążają z IOS.

Niespodzianka na Mykonos. Nad rankiem do naszej lewej burty dostawił się jacht SY Mykonos. Nasz Kapitan i tak wszystkich obudził krzycząc jaka to piękna pogoda i jak jest ciepło. Faktycznie to był najcieplejszy dzień rejsu. Grecy patrzyli na nasze załogi ze zdziwieniem. My krótkie spodenki, t-sherty oni zimowe kurtki. Tego samego dnia ruszamy na Paros

W drodze do Paros mieliśmy bardzo łagodne warunki pozwalające na żeglugę pod pełnymi żaglami.Pogoda nam wciąż dopisywała ale najważniejsze że mieliśmy siebie. Załogi, które wspólnie spędzały czas pływały razem we flocie, atmosfera podążającego flow. Chyba już w tym miejscu mogę powiedzieć iż załoga SY Milos wyróżniała się na tle innych załóg. Panujący klimat naszego jachtu udzielił się innym. Nasz jacht tętnił życiem od rana do rana. Niesamowite przeżycie.

Pogoda to czynnik któremu należy się poddać Wypływamy z Paros wiedząc że zmieni się pogoda, trasę tego etapu byliśmy zmuszeni skrócić. Kapitan śledząc zmieniające się warunki meteo podjął decyzję o szybkiej zmianie kursu i skróceniu trasy na Kythnos.Zrzucamy żagle odpalamy disla i kierunek port Kythnos. Fala systematycznie się rozbudowywała, wiatr przybierał na sile do portu około 20 mil które zrobiły się długie. I tak powoli mila po mili posuwaliśmy się do przodu. Im bliżej brzegu tym fala mniejsza ale wiatr nie słabł. Dostajemy komunikat, że w porcie jest silny wiatr dopychający i mało miejsca na manewry. Na kei już czekały na nas inne załogi. W ciemnościach widać latarki i ludzi, parkujemy za SY FERRY. Wiatr dopchał nas do kei dość gwałtownie. Odbijacze zapracowały cumy poszły stoimy. Schroniliśmy się przed niekorzystnym meteo. I tak tą noc spędzamy w miarę spokojnie. Najgorsze jednak przed nami. W nocy miał przyjść jeszcze silniejszy wiatr. W dzień przygotowaliśmy dodatkowe cumy, lepszy rozłożenie odbijaczy. Można powiedzieć, że przygotowaliśmy się do nadejścia wichury. Właściciel tawerny jak usłyszał ile jachtów tu przypłynie troszkę się przeraził. Nie był przygotowany na naszą skromną wizytę. Spadł deszcz, zabrzmiały gromy z nieba, na jachtach pozostały wachty portowe, każdy kapitan z okna tawerny rozglądał się za swoim jachtem będąc w kontakcie telefonicznym. Za oknem pogoda nie rozpieszczała, za to w tawernie był gorący klimat. Uprzejmi Grecy dostarczyli nam gitarę rozbrzmiały polskie szanty i melodie oraz kolędy. Polski dzień w greckiej tawernie na Kythnos sprawił, że na wyspie zabrakło prowiantu i napoi. Stajemy przed trudnym wyborem, ze względu na dość dynamicznie rozwijającą się prognozę meteo wykorzystujemy okienko pogodowe ruszamy do Aten. Za cyplem na Kythnos dostajemy mocną boczną falę, powiewy wiatru wskazują że nie będzie łatwo. Są chwile kiedy zapada spokój ale to złudne zjawisko. Za naszą rufą rozbudowuje się silny front, który niósł 10 B. Po między wyspami dopadają nas szkwały do 45 knt. Załoga dzielnie znosi ostani etap naszego rejsu. Przed samym portem mamy obawy czy uda się nam stanąć przy kei przy tak dużych porywach. Wspólnie z kapitanem SY Mykonos Maciej Kurowski ustalamy wariant awaryjny. Podmuchy coraz bardziej dają w burtę za nami błyskawice. Jak bardzo szybko zmienia się pogoda na morzu, mogliśmy się sami przekonać.Zapada decyzja SY Milos wchodzi jako pierwszy sprawdzić sytuację w porcie. Następuje wielkie zaskoczenie, port okazuje się cichą przystanią, na ukf leci komunikat na Sy Mykonos. Port nam dał schronienie i znowu jachty stały obok siebie. Czekamy w porcie na SY Rinia, która walczyła dzielnie na morzu. Kiedy my już spokojnie odpoczywamy czekamy na załogę SY Rinia, która dotarła do nas o drugiej w nocy. W końcu można znów się cieszyć wspólnym towarzystwem. W sobotę robiliśmy obiad na 2 załogi na naszym jachcie, później tradycyjnie i tak wszyscy siedzieli u nas i zabawa była do rana. Mogę każdemu śmiało polecić pływanie z Fundacją 4 Kontynenty. Doświadczeni Kapitanowie od których można się wiele nauczyć. Do tego pływanie w miłym towarzystwie. Po pierwszym rejsie z nimi każdy złapie bakcyla do żeglarstwa. 

Galeria foto z rejsu klik 

Video z rejsu klik 

Joanna Basiak 

Facebook
Tweet
Google
27
Grudzień
2016

Tym razem zmieniamy akwen wodny, wyruszamy do malowniczej Grecji. Kilka jachtów pokona trasę:
Ateny - Poros - Hydra- Milos (sylwester z Grekami w nowo otwartej tawernie) - następnie Naxos - Kytnos ( gorące źródła w zimowy wieczór ) - Ateny.
Samoloty obecnie są w cenie 305 zł w obie strony.
Na dzień dzisiejszy są pewne już 3 jachty kolejne dołączą w najbliższych dniach ma być ich 6.
27.12 Lądujemy w Atenach, które planujemy zwiedzić. 29.12  ruszamy razem w morze.

Oto opis planowanych miejsc:

Poros (gr. Πόρος) – grecka wyspa położona 48 km od portu w Pireusie, należy do archipelagu Wysp Sarońskich. Wyspa jest oddzielona od Peloponezu 200-metrowej szerokości kanałem. Jej powierzchnia wynosi 31 km². Na wyspie żyje ponad 4 tys. mieszkańców w tym większość mieszkających w stolicy wyspy - Poros. Poros składa się z dwóch wysp: Sphairi oraz Sferia. Obie są połączone ze sobą mostem. Leży w administracji zdecentralizowanej Attyka, w regionie Attyka, w jednostce regionalnej Wyspy, w gminie Poros. Poros jest wyspą o bogatej i bujnej roślinności. Północne i zachodnie krańce wyspy są pokryte głównie krzewami oraz drzewami o niedużej wysokości. W centrum wyspy znajduje się las pokryty drzewami iglastymi, głównie starymi sosnami. Wyspa posiada dobrą sieć dróg i infrastrukturę turystyczną, co czyni Poros bardzo popularnym kurortem turystycznym. Brak lotniska powoduje, że dostęp na wyspę gwarantują promy oraz wodoloty, które odpływają regularnie z Aten.

Hydra (gr. Υδρα, Idra) – wyspa grecka należąca do archipelagu Wysp Sarońskich. Położona jest na południe od Półwyspu Argolidzkiego, który jest częścią Peloponezu. Charakterystyczna dla wyspy jest doskonale zachowana XIX wieczna i wcześniejsza zabudowa. Na wyspie jest niewiele dróg, gdyż obowiązuje ściśle przestrzegany zakaz używania pojazdów mechanicznych, a nawet rowerów. Jedyne samochody jakie są używane to karetki pogotowia i nieliczne pojazdy gospodarcze, np. służb komunalnych. Do transportu towarów i ludzi mieszkańcy używają jucznych zwierząt - koni, mułów i osłów. Wyspa jest licznie odwiedzana przez miłośników sztuki i historii. Po części wiąże się to z funkcjonowaniem filii ateńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Poza niewielkimi pensjonatami brak jest większych hoteli, a co za tym idzie masowej turystyki zorganizowanej. Co roku na Hydrze odbywa się festiwal upamiętniający wyzwolenie wysp greckich z osmańskiej niewoli. Leży w administracji zdecentralizowanej Attyka, w regionie Attyka, w jednostce regionalnej Wyspy, w gminie Hydra.

Milos  (gr. Μήλος) – wyspa w archipelagu Cyklady na Morzu Egejskim. W starożytności zamieszkiwana przez Dorów. Głównym portem Milos jest Adamas. Leży w administracji zdecentralizowanej Wyspy Egejskie, w regionie Wyspy Egejskie Południowe, w jednostce regionalnej Milos, w gminie Milos. W środku wyspy powstała na skutek wybuchu wulkanu zatoka Ormos Milu.
Największą atrakcją turystyczną jest wioska Tripiti z katakumbami i amfiteatrem z okresu hellenistycznego. W 1820 r. odnaleziono na wyspie posąg Afrodyty, znany jako Wenus z Milo.
Na wyspie odbyć się miał dialog melijski, opisany przez Tukidydesa w jego Wojnie peloponeskiej

Naos- Naksos (gr. Νάξος, też : Náxia lub Áxia) to wyspa na Morzu Egejskim, największa wyspa archipelagu Cyklady, pow. 448 km², 12089 mieszkańców (2001), choć ich liczba zmienia się silnie w zależności od pory roku. Wschodnie wybrzeże Náxos jest strome, zachodnie płaskie. w kierunku pn. – pd. przebiega przez nią granitowy łańcuch górski (z najwyższym szczytem Oxia 1001 m.). Klimat i roślinność śródziemnomorskie. Słynna ze złóż marmuru, eksploatowanych już w III tysiącleciu p.n.e. (kamienne figurki bóstw - idole). Osadnictwo protocykladzkie i mykeńskie.
Leży w administracji zdecentralizowanej Wyspy Egejskie, w regionie Wyspy Egejskie Południowe, w jednostce regionalnej Naksos, w gminie Naksos i Mikres Kiklades.
Ludność zajmuje się głównie uprawą (zboża, winna latorośl, cytrusy, oliwki), hodowlą (owce, kozy), rybołówstwem oraz obsługą ruchu turystycznego. Główne miejscowości: Naxos, Koronis. Naksos stanowi część greckiego okręgu administracyjnego Cyklady. Zabytki: resztki osady protocykladzkiej i późnominojskiej. Obwarowania weneckie z XIII w. Katedra i kościół św. Antoniego. W okolicach Sangri archaiczna świątynia Demeter i Kory (zamieniona w VI wieku na bazylikę chrześcijańską).
Główną miejscowością (tzw. chora (gr. χώρα)) na wyspie jest miasteczko portowe Naksos, które mimo swej wielkości jest siedzibą rzymskokatolickiego arcybiskupstwa i grecko-ortodoksyjnego biskupstwa.
Wyspa zasiedlona przez Karów, Kreteńczyków i Jonów z Attyki. Centrum kultu Dionizosa i uprawy wina. W 499 roku p.n.e. nastąpiło Oblężenie Naksos przez Persów, które zostało odparte. Wyspa została zdobyta i spustoszona przez Persów (490 p.n.e.); po wyparciu Persów, członek Ateńskiego Związku Morskiego. Od końca I wieku p.n.e. pod rządami Rzymu. Od roku 1207 centrum weneckiego księstwa Naksos. W 1566 zdobyta przez Turków. Od 1830 roku w granicach Grecji.
Według mitologii greckiej to właśnie na Naksos Tezeusz porzucił Ariadnę; motyw ten w sztuce został utrwalony m.in. w operze Ariadna na Naksos Porpory.
Kythnos - Wyspa spalona przez słońce i mało chroniona od wiatru pozwala poczuć się blisko natury, liczy prawie 100 km. kw. powierzchni (i tyleż długą linię brzegową!), a zamieszkuje ją 1500 mieszkańców. Oprócz plaż (średnie) osobliwością wyspy są nadbrzeżne groty. Swą drugą nazwę wyspa zawdzięcza gorącym źródłom (gr. loutro). Stolica wyspy - Chora (zwana czasami Messaria) leży w centralnej części wyspy i jest przykładem tradycyjnej architektury cykladzkiej. Biało tu i niebiesko.... Najwspanialsze zabytki chory to kościoły: Aghias Savvas (z 1613 r.) i Aghia Triada z pięknymi płaskorzeźbami. Głównym ośrodkiem turystyki jest port Merchias leżacy na zachodnim brzegu wyspy. To tutaj koncentruje się ruch turystyczny (połączenia promowe z Pireusem i wyspami). Obok Merichas leżą najpiękniejsze plaże Kithnos np. Martinaki z najpiękniejszą - ławicą (łączącą ląd z wysepką) - Koloną. Najciekawszym zabytkiem Merichas jest kościół Panagia Flambouriani. Innym miasteczkiem, które warto odwiedzić jest jest Loutra uzdrowisko leżące na północy wyspy 4 km od Chory. Ciągle funkcjonują tu dwa źródła Kakavos i Aghia Anargyri. Nieliczni kuracjusze leczą tu m.in. reumatyzm i choroby kobiece. Mieszkańcy Kithnos czerpią dochody głównie z turystyki, rybołówstwa oraz rolnictwa (choć gleby kiepskie). do 1940 roku wydobywano tu rudę żelaza. Większą miejscowością leząca na południu wyspy jest porcik Kanala.
Historia osadnictwa na Kithnos rozpoczęła się ponad 7000 p.n.e. Wyspa była ważnym centrum handlowym minoanczyków. W czasie trwania kultury myceńskiem osiedlili się tu na wpół legendarni Driopidzi (do dziś jest tu miejscowość o nazwie Driopida - w centrum wyspy). W historii nowożytnej bardzo długo władał wyspą wenecki ród Cozzadinich. Opłacając się Turkom sprawowali władzę aż do 1617 roku. Na Kithnos wygnany został król Grecji Otton I.

Jacht pierwszy prowadzi kpt Zbyszek Marek
Jacht drugi prowadzi kpt Maciej Kurowski
Jacht trzeci prowadzi kpt Mariusz Noworól
w razie dużego zainteresowania dołączymy kolejne jachty które poprowadzą kpt z Fundacji 4 Kontynenty.
Wsparcie sylwestrowego rejsu : 175 euro plus kasa jachtowa i kaucja

Mariusz Noworól

mariusz@4kontynenty.pl

tel. 696914676

 

Facebook
Tweet
Google
14
Grudzień
2016

W grudniowy, piątkowy wieczór zgrany zespól Fundacji 4 Kontynenty zebrał się w Krakowskiej Tawernie- Starym Porcie, który jest jednym z naszych ulubionych żeglarskich miejsc w końcu to jaskinia żeglarstwa. Celem naszego spotkania był koncert zaprzyjaźnionego zespołu Z Dala od Zgiełku. Od osiemnastej do dwudziestej czas spędziliśmy na wspólnych rozmowach i żartach. Punkt dwudziesta rozpoczął się koncert. Na początku jeszcze z pewną nieśmiałością ludzie z lekka kołysali się siedząc na ławeczkach, ale żeglarskie, wesołe dźwięki dosyć szybko co poniektórych podniosły z miejsc siedzących i zaczęło się hulanie. Jedni tańczyli na ławkach, inni przed sceną śpiewając z zespołem znane żeglarskie szlagiery. Tak bawiliśmy się cztery godziny czyli przez trzy kolejne sety i siedem bisów. Około północy, po zakończeniu koncertu, popstrykaliśmy kilka pamiątkowych fotek, pożegnaliśmy się z zespołem, po czym cześć z nas rozjechała się do domów, a cześć poszła na Krakowski Rynek na karaoke. Niestety szanto-wanie w Starym Porcie tak mocno nas wykończyło, że nikt już nie był w stanie śpiewać i zakończyliśmy spotkanie o trzeciej w nocy. Koncertowanie uważamy za bardzo udane i z pewnością jeszcze wiele takich spotkań przed nami na które Was zapraszamy.

Ewa Marczyk

( Ewka Marchewka )

Facebook
Tweet
Google
21
Listopad
2016

Listopad na Bałtyku – to duża niewiadoma. Raczej należy spodziewać się trudnych warunków i zimna. Zebrała się jednak grupka „wariatów”, którzy postanowili zmierzyć się z przeciwnościami i skosztować osławionego niedźwiedziego mięsa. 2 dziewczyny: Aga i Hania, panowie: Maciek, Paweł, Zbyszek oraz József – Węgier z Budapesztu. No i ja, jako kapitan całej imprezy.

Tydzień przed nami w podobny rejs wybrała się również ekipa 4kontynenty, pod komendą kapitana Marka Kapołki, z Mariuszem na pokładzie oraz innymi szaleńcami. Z ich opowieści wynikało, że warunki wiatrowe mieli korzystne, ale zimno, mróz – dało się im ostro we znaki. I że nie raz musieli odgarniać śnieg z pokładu. Dopłynęli do Kłajpedy i wrócili.

Tak więc w sobotę 12 listopada wszyscy spotkaliśmy się w porcie Gdynia, oni kończąc rejs, my wsiadając na ten sam jacht Quantum of Solace. W karcie jachtu: Pleasure Yacht. Przywitało nas zimno oraz nienajlepsze prognozy sztormowe na najbliższy tydzień.

Sobota okazała się być bardzo intensywnym dniem. Wymiana załóg, przejęcie jachtu, zaprowiantowanie. Dodatkowo w ekipie kapitanów zaplanowaną mieliśmy wizytę w Gdańsku, w trakcie której szczegółowo obejrzeliśmy wyciągnięty już na ląd jacht Sifu of Avon – jednostkę na której w przyszłym roku udamy się na wyprawę Arktyka 2017.

W tym dniu również na Darze Młodzieży odbyło się coroczne spotkanie Bractwa Kaphornowców, niestety przez natłok spraw nie udało mi się uczestniczyć – ale miałem okazję spotkać wielu z moich przyjaciół.

Do 18 wszystkie sprawy zostały już pozałatwiane, oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w morze. Nowy jacht, nowa załoga, dużo niewiadomych – kurs w stronę Władysławowa, Łeby. Prognozy dawały nam jedynie szanse na dojście do Bornholmu i wątpliwą opcję na powrót.

Kiedy minęliśmy półwysep Hel i skierowaliśmy się na północny zachód, napotkaliśmy armadę 11 jachtów wracających z „Bałtyku dla odważnych”. Wzajemne pozdrowienia z licznymi znajomymi, kapitanami na radiu UKF. Poczuliśmy się przez chwilę mniej osamotnieni na morzu, to nic, że płynęliśmy przeciwnymi kursami …

Koło północy zaczęliśmy dostrzegać kuszące światła Władysławowa, zachęcające do przespania części nocy w bezpiecznym porcie. Skusiliśmy się, bo było zimno, pojawiła się już też choroba morska. Tuż przed drugą w nocy padła komenda „tak stoimy”. Poza nami nikogo. Jedyny odpowiedniej szerokości dla naszego jachtu y-bom był wolny. Nocleg, ciepło, spokój. Do rana na pewno stoimy. Co dalej? – przyniesie wstający za kilka godzin świt.

Niedziela – 13 listopada. Zdziwiona mina pana, który zamierzał przygotowywać się do demontażu urządzeń portowych, a tu mu jakiś jacht wpłynął. Spokojnie – już wypływamy, kierunek Łeba. Kiedy wychyliliśmy się zza Rozewia, wiatr i fala się wzmogła. Nie znałem wcześniej możliwości tego Dufour’a, ale przy bajdewindowych 4-5 szedł pod falę naprawdę fajnie, momentami pod 10 kt. W między czasie rozstrzygnięty został konkurs na Prezesa, tak więc reszcie trochę ulżyło. Tym bardziej, że niemal połowa z nas była pierwszy raz na morzu. Nie przeszkadzało to jednak wszystkim stawać po kolei za sterem i uczyć się prowadzenia jachtu w tych nieprostych warunkach. Ja testowałem odporność swojego ubrania na zimno. Odzież termiczna, bluza, softshell, kurtka puchowa i na to nowy sztormiak Musto. Na nogach dwie pary ciepłych skarpet oraz ocieplane kalosze Lemigo. Dawałem radę, ale zbyt dużego komfortu nie było. Może również dlatego, że od soboty dopadło mnie przeziębienie i czułem się nie najlepiej oraz byłem dość osłabiony.

W nagrodę za nasze trudy przywitał nas przepiękny zachód słońca, a gdy już  zapadł zmrok za rufą, przez chmury przebijał się rekordowej wielkości księżyc, który rozjaśniał noc. Jednak brak słońca oznaczał dla nas równocześnie znaczący spadek temperatury i zrobiło się bardzo zimno. Całe szczęście główki Łeby były w odległości kilkunastu mil, a kierunek wiatru nie wymuszał halsowania. Kiedy byliśmy już w rejonie boi podejściowej nawiązaliśmy kontakt z Kapitanatem prosząc o zgodę na wejście do mariny. Otrzymaliśmy ją, jednakże z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem, że w ostatnim czasie wejście do portu bardzo, ale to bardzo się wypłyciło i że wewnątrz portu mamy niemal ocierać się burtą o wschodni falochron. To wąskie wejście urozmaiciła mi rozmowa z Kapitanatem portu na temat naszej bandery: Saint Vincent and the Grenadines. Czy jesteśmy polskim jachtem? O co z tym chodzi? Kiedy na koniec na pytanie czy na pokładzie wszyscy są Polakami – odparłem, że nie – to już zdziwienie było pełne … Dlatego w nagrodę przy pomoście czekał na nas partol Służby Celnej. Ale i tak wszystkie nasze kontakty z władzami portowymi były bardzo dobre. W odwiedzanych przez nas portach byliśmy jedynym jachtem. Wszyscy zauważyliśmy, że jesteśmy traktowani bardzo uprzejmie, jakby z szacunkiem, tak jakby druga strona rozumiała, że w tych warunkach pływają ludzie, którzy mają pojęcie co robią. Lub być może odwrotnie – że z wariatami nie ma co dyskutować ;-)

Poniedziałek 14 listopada przywitał nas w Łebie. Noc i przedpołudnie poświęcone na integrację. Życie na jachcie ze względu na obecność Jozefa oraz to, że już bardzo zdążyliśmy go polubić zmieniło charakter. Większość rozmów, konwersacji zaczęła biec po angielsku. Jozef w mig łapał polskie słówka i z wielkim wrażeniem obserwowaliśmy jego postępy, ale podstawowym językiem stał się angielski. Szczególnie dla mnie to była niezła szkoła, bo większość rozmów prowadziłem ja, a Jozef ciekawy kwestii żeglarskich zadawał mi wiele pytań. Kolejne więc postanowienie o nauce w zimie …

 Wcześniejsze ostrzeżenia o silnym wietrze zmieniły się na ostrzeżenie o sztormie, 8 w porywach do 9. Tak więc o Bornholmie nie było już mowy, z Łeby postanowiliśmy wrócić do Władka. „Czy znacie prognozę pogody?” zapytał na wyjściu Kapitanat i po otrzymaniu potwierdzenia wyraził zgodę na wyjście. A na zewnątrz czekały na nas fale jak domy, stan morza 5 (6), ale bardzo fajna długa, niemal atlantycka fala. Co ciekawe – kierunek fali i wiatru różnił się o kilkanaście stopni, w my szliśmy bagsztagami. Zapis w dzienniku po węgiersku: Nagy hullámok. Boldog legénység (duże fale, szczęśliwa załoga). Tak było, jazda fajna, uciekanie przed doganiającymi nas górami z wodą, góra dolina – tak aż do Rozewia, które znowu żegnało nas zachodzącym słońcem. Do Władka niedaleko, a morze zaczęło się wypłaszczać. Ze względu na sztorm ominęła nas opłata za postój, jednakże ani tu, ani w Łebie nie mieliśmy możliwości zatankowania wody, która była już wyłączona. A zbiorniki jachtowe na ukończeniu. Wieczorem kolejna partia w kości, 2 poprzednie wygrał kapitan, ale cóż – ponieważ jego kości ;-)  - tym razem odpuścił zwycięstwo w ręce pierwszego oficera, więc hierarchia zapewniona. Po dzisiejszym dniu Jozef dyktuje do dziennika jachtowego po polsku, „kurs szto szterdzieści”. Jako załoga zgrywamy się coraz bardziej, i w manewrach portowych i w życiu pod pokładem. Dzięki webasto jest bardzo ciepło. Gdyby jeszcze nie te limity na wodę …

Wtorek 15 listopada to kolejny sztormowy dzień. Ale odcinek do pokonania krótki. Do Helu wzdłuż wybrzeża. W zasadzie wymarzona żegluga, bardzo silny wiatr, ale jeszcze bez wybudowanej fali. Mimo pełnych refów mkniemy szybko, chodź do zimna zaczął dokładać się deszcz. Brr … Jak jest na morzu mogliśmy się przekonać wychylając się zza półwyspu na te ostatnie 10 Nm. Wytrzepało nas bardzo i ze względu na falę zakręt wykonaliśmy z pominięciem półwiatru. Przed nami zabieliła się helska „cebula”, a wraz z nią poszło kilka zabawnych opowieści o przygodach w tym porcie. Niemal na pełnej prędkości minęliśmy główki, aby fala nie rzuciła nas na falochron. W środku portu trochę się uspokoiło, ale nie na tyle na ile liczyliśmy. Wszystkie kutry tańczyły przy pirsach, nawet wewnątrz basenów portowych, trochę nas to zdziwiło, ale i tak musieliśmy tu zostać na noc. Y-boomy szalały, dlatego zdecydowałem się na postój long side wzdłuż wewnętrznego pirsu w basenie jachtowym. Wszystkie odbijacze na lewą burtę, cumy, szpringi i brest, ale jacht i tak bardzo skakał. Bardzo pomocny okazał się bosman mariny, który swoim samochodem przywiózł kilka opon od wulkanizatora, w bardzo dobrym stanie, tak, że mogliśmy je bez obawy wykorzystać. Pół godziny jeszcze strojenia lin wiążących nas z pirsem i to wszystko co mogliśmy zrobić. Jacht dalej się bujał do takiego stopnia, że 2 osoby zaczęły łapać chorobę morską, ale burty były bezpieczne. Zadowoleni więc i uwzględniając życzenia chorujących osób zeszliśmy na ląd i udaliśmy się na podbój Helu. Capitan Morgan niestety zamknięty, ale pozostał jeszcze Kuter. W górę szkło, znów za „cudowne ocalenie”.   I za wodę na pomoście, którą udało się napełnić puste już zbiorniki.

Środa 16 listopada – sytuacja na morzu i zatoce zaczęła się uspokajać. Na 10 rano zapowiedzieliśmy specjalne pozdrowienia dla 4k przez kamerę on-line skierowaną na basen portowy. Poubieraliśmy więc wszyscy koszulki rejsowe i odstawiliśmy niezłą szopkę ;-) Kto nas oglądał – ten wie …

Chwilę później już opuszczaliśmy gościnny port w kierunku Jastarni. Warunki panujące na zatoce pozwoliły na wykonanie szkoleń ze stawania w dryfie oraz podejścia do człowieka. Człowiekiem testującym okazał się Stefan, czyli obijacz z dowiązaną cumą. Jozef z niedowierzaniem wyrzucił go do zimnej wody, ale kiedy dostał ster, żeby go ratować metodą półwiatrową – zrozumiał w czym rzecz. Kilka manewrów się udało, kilka razy został niemal rozjechany. Cóż – tylko trening czyni mistrza.

Podbudowani ruszyliśmy do Jastarni i mijając lewą burtą Kaszycę po chwili byliśmy w basenie portowym. Nigdy tu jeszcze nie byłem, ale miejsca mieliśmy sporo. Parkowanie, toast za „cudowne ocalenie” i „won na ląd”. Wieczór w jedynej czynnej knajpie o zastanawiającej nazwie Łóżko. Nie skusiliśmy się jednak na nocleg, tylko pognaliśmy na drugą stronę półwyspu na plażę. To zaledwie dzień temu gnaliśmy tędy jachtem. Teraz to morze – oglądane od drugiej strony wyglądało inaczej. Osoby będące pierwszy raz na rejsie – wiedziały, że już ich życie zostało zmienione. Będąc kiedyś na plaży nigdy nie będą patrzyć na wodę, fale, widnokrąg w ten sam sposób. Zostały zarażone żeglarstwem, mam nadzieję, że ląd będzie ich już zawsze parzyć, tak jak mnie – taka zemsta kapitana. Nawet w noc tak chłodną jak ta. Gwiazdy nad nami, rozmowy, szum fal, a w co niektórych rękach smartfony i aplikacja marine traffic – „Widzisz te światła na morzu, tankowiec – 80 m długości, 10 kt i płynie do Gdańska”. Wszystkie światła na morzu zostały po chwili rozpoznane. A my cóż – wróciliśmy niechętnie na jacht.

Bo czwartek 17 listopada to trasa do Gdańska. Pogoda już znacznie lepsza. I temperatura zaczęła się podnosić – 7 st. To już istne szaleństwo. Spokojnie dopłynęliśmy do główek portu, w ostatnim momencie podziwiając stojące na redzie statki. Przy Westerplatte opuściliśmy banderę do połowy masztu i oddaliśmy honory na lewej burcie. Przy okazji Jozef dowiedział się, że to właśnie tu rozpoczęła się II wojna światowa i o polskim Termopile. Kanałem portowym dopłynęliśmy do zabytkowej części miasta i po minięciu Starego Żurawia stanęliśmy w marinie. Okazało się, że wybrany został niewłaściwy pomost, bo po mimo skrzynek prądu nie było. Całe szczęście w innym miejscu już był – więc po przeparkowaniu pół szczęścia po naszej stronie. Drugie pół to woda – ale jej już nie było nigdzie. Cóż – w strojach żeglarskich musieliśmy ruszyć na zwiedzanie miasta. Nasz widok przyciągał uwagę, w tym pań zapraszających/naganiających do night clubów. Skąd ten przesąd, że marynarz po to schodzi na ląd w porcie? Mężczyźni gratis, ale panie po 320 zł za obowiązkową  lampkę szampana. Nie skusiliśmy się z wielu powodów, ot choćby z braku czasu …

Gdańsk nocą wywarł duże wrażenie na Jozefie, który  wprawdzie był wcześniej 3 razy w Polsce, ale nigdy powyżej Warszawy. Powrót na jacht, tym razem gra w oczko i zielona noc, cokolwiek by to nie znaczyło … W praktyce trochę późniejszą pobudkę następnego dnia.

Ostatni dzień rejsu, czyli piątek 18 listopada zapowiadał się sztormowo. Znowu w prognozach powróciły 9. Z południa, tak więc pewni byliśmy ochrony od strony lądu. Nie było źle. Trochę wiało, ale bez przesady. Decyzja, żeby wpaść na kawę na sopockie molo pojawiła się spontanicznie i nagle. Czemu nie? Jeśli to komuś dostarczy kolejnych wrażeń. Do tego kolejna porcja manewrów portowych, która przy tej załodze stawała się przyjemnością. Ktoś nam zrobił parę zdjęć, jakiś „wywiad”, pyszna kawa. Obok resztki rozwalonego ponad miesiąc temu mola. Wszechmoc morskiego żywiołu. Ja w tym czasie pływałem w innej części Bałtyku – na trasie Gotlandia – Lipawa i też swoje odebrałem – ale nie tak. Jednak docierały do nas relacje z Polski. Bo jeśli ludzie w Krakowie nie związani z żeglarstwem wiedzieli, że na morzu sztorm – to już dużo znaczyło.

Odpływamy, przed nami ostatnie 8 Nm do Gdyni. Delikatna nostalgia, ostatnie kilka mil na morzu w tym roku. Nasze humory zdecydowanie poprawił Jozef, który przed wejściem do mariny zapytał o możliwość zgłoszenia jachtu. Kapitanat portu, bosmanat portu i w końcu marina Gdynia byli świadkami jego krasomówczych popisów po polsku. Z pełnym sukcesem. „Jacht Quantum of Solace możecie wchodzić”.  Ile w nas było dumy i radości z jego postępów trudno opisać. Nie pozostało nam już nic innego jak dopasować się do jego poziomu i błyskawicznie przy silnym wietrze zaparkować jacht. Koniec rejsu. Ostatni raz cumy na ląd. Stoimy. By z wielkim żalem następnego dnia, kiedy zdaliśmy jacht, rozstać się z sobą na wzajem i pożegnać morze.

Ten rok był intensywny. Dobrze się też zakończył. Kilkanaście rejsów, głównie po zimnym, kilka po ciepłym. Morza i oceany, wiele państw, portów, wysp. Nocy spędzonych na wachtach, zachodów i wschodów słońca i księżyca. Ciepła, deszczu, burz i sztormów oraz wspaniałego pływania. Wielu, bardzo wielu poznanych nowych wspaniałych ludzi. Planów na przyszłość. Załóg z którymi trudno się rozstać.

Z wielką wdzięcznością dla wszystkich załóg, które powierzyły w moje ręce swój czas, bezpieczeństwo, a często i życie – kończę ten rok ze szczególnym podziękowaniem dla ostatniej ekipy: Agata, Hania, Paweł, Maciek, Zbyszek, Jozef – do zobaczenia na wspólnych trasach w przyszłym roku.

Marek Rajtar

Facebook
Tweet
Google
25
Październik
2016

W drodze do domu.

Wczesnym rankiem 07.10.2016 r. Marcin  Grabias odbiera busa w Krakowie i wyruszamy w kierunku Lipawa  gdzie oczekuje na nas jacht SY Chiron 2.  Po drodze zbieramy kolejnych członków załogi z naszego deku jak i z zaprzyjaźnionego SY Wołodyjowski. Mijając korki w Warszawie kierujemy się ku granicy z Litwą. Jest już ciemno i późna noc. Mamy spory zapas czasowy, nocna runda przez centrum Kowna sprawia, że nasze chęci do żeglugi coraz to bardziej rosną. W tym samym czasie na Chironie trwają przygotowania do wymiany załóg.

Poranek  08.10 zastajemy Chirona 2 jak i SY Wołodyjowski w porcie. Stoją majestatycznie przy kei, niby się nic nie dzieje jednak na obydwóch dekach ktoś nie śpi. Szybko się organizujemy i zaczyna się wspólne śniadanie na Chironie.  Zaczynają się morskie opowieści z etapu pierwszego. Ostatnie chwile wspólnych załóg, meteo niestety jest niezbyt przychylne żeglarzom. Bus odjedża  my zostajemy oficjalnie przejmując jacht i zaczynając etap drugi.

Niestety na Bałtyku wysoka fala w porcie wiatr, decyzja zostajemy.  Plan dnia upiec ciasto, odpocząć i wędrówka na koncert  do pobliskiego Pubu. Integracja z narodem Łotewskim wyszła nam niespodziewanie dobrze, warto było. Łotwa to przyjazny kraj dla żeglarzy z Polski :)). W tym samym czasie Polacy ogrywają Danie 3:2 powód do kolejnego świętowania z Łotyszami. Polska atmosfera udzieliła się Łotyszom otrzymaliśmy dedykację od zespołu. Fajna chwila że ktoś docenił małą grupę żeglarzy z Polski.

Kiedy część załogi śpi, druga część bawi się na koncercie. O 2.35 odchodzi SY Wołodyjowski w kierunku Gotlandii cel Visbi. Oddajemy cumy Wołodii, ruszają. Zostajemy sami w porcie.

Kiedy się budzimy 9.10  w porcie cisza pogoda się zbytnio nie poprawia wiatr jakby odpuścił, jednak rozkołysany Bałtyk trzyma nas dalej w porcie. Mamy jacht więc aby bardziej sobie umilić czas zaczynamy manewry portowe oficerów i chętnych załogantów z Chirona. Tak przez 2 godziny robimy zacieśnioną cyrkulację i podejście do kei, świetnie nam to wychodziło nawet Tym, którzy pierwszy raz podchodzili jachtem morskim do kei nie wspominając o Tych, którzy byli pierwszy raz na morzu. Mając chwilę czasu robimy poprawki na jachcie rozwijając genuę i dokładając jej długość szotów na rollerze. To już ostanie przygotowanie portowe. Wieczorem odwiedza nas Mara. Jemy razem kolację i się żegnamy gdyż wiemy już, że ruszamy do Pawarosty. 

Przyszedł na nas czas,10.00 rano ostanie przymiarki do startu rzucamy cumy, ruszamy. Wiemy już, że czeka nas żegluga na żaglach. Wiatr nie odpuszcza ale my już stać w porcie nie chcemy. Meteo po drodze się poprawia, wychodzi słońce:),  kilka halsów i widzimy już port  3 mile do celu. Jak się okazało 3 mile to 1 h orki na silniku pod wiatr, wszyscy odwiedzamy  ten port pierwszy raz, który się charakteryzuje prądami poprzecznymi przy wejściu oraz głębokością 3 metrów. Tu znowu się okazało, że  3 GPS na pokładzie i każdy wskazuje co innego. Wszyscy w skupieniu celujemy w główki portu kierując się na nabierzniki.  W trudnych warunkach radzimy Wam odpuścić ten port.

Mijamy główki jacht dalej nosi. Wzdłuż betonowego falochronu około 60 metrów długości są najmocniejsze zawirowania woda wręcz się gotuje. Szczęśliwie wchodzimy w dalszą część portu szukamy miejsca dla naszego jachtu.  Cumujemy przy jachcie na lewej stronie portu  niedaleko kutrów.  Idziemy do biura portu gdzie spotykamy oficera straży granicznej. Witamy się w języku angielskim i pytamy czy możemy tu stać. Oficer nie widzi żadnego problemu i dość mocno był zdziwiony naszą wizytą. W pewnym momencie zaczynamy mówić po rosyjsku i ….........

Nie uwierzycie ze sztywnego oficera zrobił się przyjazny człowie, który powiedział że nam pomorze abyśmy dostali się do Mariny Pawarosta na drugim wybrzeżu. Kilka telefonów i otrzymujemy informacje, że czekają na nas w marinie, będzie prąd, woda, prysznic. Na kei Mariny wita nas  Bosman z uśmiechem i też lekko zdziwiony co my tu robimy :))

Ma przygotowany formularz crew list do wypełnienia jednak my mamy swój, w końcu jesteśmy przygotowani  do rejsu pod kątem formalnym. Krótka wizyta u bosmana,  krótka rozmowa i wiemy co gdzie jest w Pawaroście. Idziemy na szybkie zakupy i oględziny miasta. W sezonie widać, że to miasto ma duży potencjał szerokie czyste plaże i las.  Kolacja toast za cudowne ocalenie idziemy spać. Robi się chłodno odpalamy webasto.

Ranek 11.10 wita nas słoneczną pogodę i  zamarznięta keją. W nocy był mróz. Trzeba ostrożnie schodzić z jachtu jest totalna ślizgawica, nie wszystkim udaje się szczęśliwie zejść. Tomasz zaliczył przygodę wywrotką między keją i jachtem jego klejnoty ocalały uff nic mu się nie stało.Podział obowiązków jachtowych, kambuz, zakup pieczywa, zwiedzanie miasta, poszukiwanie grzybów w lesie.

Nasz kapitan Marek wraz z Marcinem zrobili pierwszy rekonesans-portowy są grzyby i poszli w las.Heniek, Krzysiek, Mariusz ruszyli na zakupy i zwiedzanie, extra pogoda jak na zamówienie słonecznie chodź chłodno ale klimat świetny. Druga część załogi Grzesiek, Darek, Marcin, Tomek zostali na jachcie oddając się rękom morfeusza. Mijają godziny czas płynie na zegarku 13,00 czasu lokalnego zaczynamy przygotowania do obiadu.

Na  jacht wpada Kapitan z Marcinem z wielką torbą grzybów. Po obiedzie załoga obiera grzyby by je przygotować na kolację. My w tym czasie przygotowujemy się do kolejnego etapu kierunek Kłajpeda. Meteo sprzyjać ma wiać max 6 i w baksztagu sobie dolecimy do portu. 

Kiedy jesteśmy już gotowi do wyjścia napotykamy przeszkodę, w główkach portu na mieliźnie osiadł duży kuter rybacki.  No to wyszliśmy......... Jak się okazało był to lokalny kuter i wiedział co robić. Przez około 40 minut walczył aż w końcu zeszedł z mielizny i z całym impetem ruszył do portu. Na jego zanurzeniu odczytujemy głębokość 2,7 m. 

Ciekawa sytuacja w naszych głowach rodzą się wątpliwości, udajemy się na drugi brzeg do oficera, podpływamy i prosimy by nas nasłuchiwał na radiu kanał 12. Okazało się, że oficer ma też podgląd na kamerę i będzie nas obserwował.  Ruszamy  wzdłuż kamiennego falochronu rzeka spokojnie płynie dość słaby nurt, zaczyna się betonowy falochron i tu jacht znowu zaczyna tańczyć, pilnujemy się wzrokowo jak i patrzymy na  nasz track wejścia do portu.  Woda pod nami i wokół nas się gotuje, nam udaje się bezpiecznie wyjść około 0,5 mili słyszmymy na radiu oficera czy wsio charaszo?. Podziękowaliśmy za asystę i dozór naszego wyjścia udając się w kierunku odchłani morza.

Zapada zmrok wiatr się znowu rozwiewa, znowu meteo się nie sprawdza. Jacht zasuwa jak motorówka więc refujemy żagle fala się wzmaga. Część załogi poległa dopadła ich choroba morska. Na noc zostaje 4 oficerów i Kapitan. Kapitan śpi, a my podążamy do celu. Wiatr rozwiewa się coraz bardziej, na niebie gwiazdy tak już ciągniemy do rana.

Kłajpeda na horyzoncie jest  12.10.2016 r.,godziny popołudniowe, spod pokładu wyłaniają się  „ chorzy” załoganci  nabierając rumieńców: )) Czy wy też tak macie na innych rejsach ? Mijamy po kolei statki na kotwicowisku i promy, które nas mijają. Znowu mamy niespodzianki mapa mówi, że mają być boje a ich nie ma. W tym monecie można było się poczuć jak w locji Grecji :))

Wchodzimy bezpiecznie długim kanałem do portu a tu nas woła cost guard, krótka rozmowa skąd płyniemy, jaka bandera, ile ludzi na pokładzie i na koniec Welcome in Kłajpeda. Jesteśmy na Litwie.  Mijamy kolejne etapy portowego kanału zakręcając w  wąski kanał do mariny. I tu zonk most zamknięty, cumujemy obok mostu udając się do Mariny.  Tam niespodzianka miłe powitanie i za 5 eurasów w promocji otwierają nam most.  Wchodzimy bardzo wąskim kanałem do Mariny, stoi wiele jachtów, dobrze że Chiron 2 jest dobrze manewrującą łódką. W ciasnym porcie kapitan wprowadził jacht na miejsce wskazane przez bosmana gdzie czekał na nas. Pokazał gdzie się mamy podłączyć i zaprosił do mariny. 

Marin Kłajpeda Castel fajna miejscówka za 20 euro do tego otrzymujemy 2 karty jedną do sanitariatów drugą do prądu. Prąd 1 kw 1 euro kaucja za 2 karty 20 euro. Wskazano nam miejsce gdzie możemy sobie zrobić zakupy co można zwiedzić, operator mostu za to świetnie mówił po Polsku. Szybki posiłek i ruszamy na wieczorny rekonesans na miasto.  Miasto  nocą  jakby puste wracamy na jacht. Nasz jacht zawsze tętni życiem układamy plan dnia.

Przewracamy kolejną kartkę dziennika pokładowego jest 12+1.10.2016. Po śniadaniu ruszamy do muzeum zegarów. Bilet grupowy po 2,5euro wchodzimy.  Spokojnie oddając się czasowi historii mijamy kolejne etapy rozwoju czasomierzy. Nas też czas goni kończymy wizytę udając się do parku na spacer. Na koniec drobne zakupy pamiątki, widokówki, skrzynka pocztowa i ruszamy na jacht. Kambuz ogarnia obiad, reszta załogi przygotowuje jacht do wyjścia w kierunku Helu, z SMS wiemy już że będzie czekał w porcie Hel na nas SY Wołodyjowski. Przed nami wody ekonomiczne Rosji.

Godzina 17.00 most się otwiera Chiron wychodzi z mariny. Bosman i operator mostu żegnają nas my dziękujemy za pomoc :).  W kanale portowym już rozkładamy genie może nas nie przegonią odmeldowujemy się w cost guard i ruszamy w kierunku  port Hel przez wody ekonomiczne Rosji.

Rejs przebiega spokojnie kilka kutrów trzeba było minąć szerokim łukiem, wiatr jakby na zamówienie na samej genui 6 knt. Troszkę nas martwiła prognoza pogody gdyż nad ranem miało być flauta. Staramy się jak najszybciej naganiać w kierunku Helu. Noc znowu dała nam w kość trzeba było refować genie, rozwiało się i to dość mocno.

Około 10 na horyzoncie Hel. Jest 14.10.2016  wieje nieustanie i nic się nie zmienia.  W pewnym momencie słyszymy na radiu mayday mayday mayday tu jacht Moraya, upsss, szybko obliczamy pozycję na mapie gdzie jesteśmy i nasłuchujemy radio, wiemy że jacht jest gdzieś w okolicach Jastarni i poza naszym zasięgiem. Mamy do Helu jakieś 15 mil, wiatr nabiera na sile, wiemy już że czeka na nas załoga Wołodii))).

Ostatni zwrot za kardynałem i kierunek na port. Zwijamy żagle, po jacht Moraye wyrusza Sztorm 2.

My kierujemy się do główek portu.  Bosmanat portu Hel tu jacht Chiron 2 prosimy o zgodę wejścia do portu.  Bosmanat portu Hel macie zgodę, jak długo zamierzacie zostać ?  Sprawdzimy meteo damy znać. Bosmanat portu Hel jest ostrzeżenie przed sztormem ….........  dziękuję za informacje ower.  No i wszystko jasne, myślimy co robić. Cumujemy za Wołodią zdzwaniamy się i ruszamy na wspólny obiad do Maszoperii. 

Serdeczne powitanie u drzwi Maszoperii dwóch załóg, znów razem, omawiamy plan na dalszą część dnia i przedstawiamy wizję sztormu.  Załoga Chirona postanowiła spędzić noc w porcie macierzystym  jachtu więc kierunek Górki Zachodnie.  Wołodia nie miał jeszcze bliżej sprecyzowanych planów więc była duża niewiadoma czy się jeszcze spotkamy.

Chiron 2 opuszcza Hel, zaraz za główkami widzimy schodzące kutry i jachty do portu a przed nami kolejne mile do domu. Wiatr zdecydowanie nabrał na sile stawiamy zrefowanego grota i genie lecimy  lewym halsem mocząc prawą burtę w wodzie. Ostatni etap przebiegał na mocnej fali i z dynamicznym kursem, jacht szedł nadal ostro na dużej prędkości. Były to bardzo emocjonujące chwile i prawdziwe żeglarstwo. W końcu trzeba było grota zrzucić za mocno wiało, gienia znowu otrzymała kolejne refy, na horyzoncie główki portu lecz podejście jeszcze długie. Odpalamy sinik genia precz i idziemy w bocznej fali, jacht co jakiś czas dostaje falę z boku. Trzymamy się lewej strony falochronu wchodzimy do portu. Chiron 2 w Górkach Zachodnich czyli w domu  tu zakończył się nasz  drugi etap  Niedźwiedziego Mięsa. Do rana były rozmowy plany na przyszłość i niespodzianka. SY Wołodyjowski znowu przycumował obok nas :)))).

Nie ma to jak integracja między zaprzyjaźnionymi jachtami i jej załogami. Późna noc może ranek, idziemy spać.

Anno Domini 15.10.2016 – budzimy się rano żegnając kolejnych załogantów. Porządki na jachcie, szybkie dokładne sprzątanie zdajemy jacht. Mamy wszyscy świadomość, że to już koniec naszej przygody i było widać smutek oraz duże zadowolenie Kapitana z postawy całej załogi. Żegnając się wiemy, że znów się spotkamy z Wami na morzu, napiszemy wspólnie kolejną morską opowieść.

Ahoj żeglarze.

Mariusz Noworól

Facebook
Tweet
Google
11
Październik
2016

Decyzję o udziale w “Niedźwiedzim Mięsie 2016” organizowanym przez Sailforum podjęłam w zasadzie rok temu. Chciałam wtedy wziąć udział w rejsie do Rygi, ale już nie było miejsc i ostatecznie zostało mi weekendowe żeglowanie po Zatoce Gdańskiej. Rok temu nie wiedziałam jeszcze, że spotka mnie tak miła niespodzianka i że będę pływać pod banderą 4K i dowództwem Marka Rajtara.

Zasztauowanie (polecam zakupy on-line z dowozem do mariny), krótkie szkolenie i czas było ruszyć w drogę. Pierwszym zaplanowanym portem było Kuressaare na wyspie Sareemaa, później Kaerdla na wyspie Hiuma, a docelowo Tallinn. W sumie ok. 450 NM w linii prostej. 4 jachty miały wypłynąć razem,ale okazało się to trudne do zrealizowania i my jako pierwsi minęliśmy główki portu.

Z tego co pamiętam, październik 2015 był dość spokojnym i słonecznym miesiącem. W tym roku zaczęło się podobnie, na niebie pięknie świeciło słońce. Jedyne co nam przeszkadzało to brak wiatru. Po wypłynięciu z Górek Zachodnich, przez kilka godzin staraliśmy się rozmowami zagłuszyć dźwięk silnika. Jako że całą ekipą spotkaliśmy się po raz pierwszy, był to czas na powiedzenie przysłowiowych kilku zdań o sobie. Od samego początku darzyliśmy się ogromną sympatią i już wtedy zaczęliśmy stanowić zgraną załogę. Ach to wbijanie szpileczek, z których każda zamiast kłuć, wywoływała coraz więcej śmiechu :-)

Pierwsze godziny przebiegały spokojnie. Gdy mijaliśmy rosyjską strefę ekonomiczną, zaczęło wiać, a my mogliśmy w końcu postawić postawić żagle i cieszyć się już tylko szumem morza. Wiatr zaczął przybierać na sile, fale bujały, a Neptun zebrał swe pierwsze żniwa.Kapitan zdecydował, że zamiast halsować się w kierunku północno-wschodnim, popłyniemy w stronę Gotlandii.

Jeszcze kilka miesięcy przed rejsem patrząc na mapy pilotowe, nie sądziłam, że po raz kolejny w tym roku odwiedzę Szwecję. Statystycznie był to dość mało prawdopodobny wariant. W październiku powinniśmy się raczej spodziewać wiatru z południowego-zachodu, więc płynąc baksztagiem szybko powinniśmy dotrzeć do Kuressaare. Statystyki jednak bywają mylne i aby osiągnąć zamierzony cel, mielibyśmy “mordewind”. Nasz cel zaczął się oddalać, a my chwilę później poznaliśmy prawdziwy powód takiej sytuacji. Dwóm naszym kolegom w ciągu kilku ostatnich rejsów nie udało się zrealizować planowanej trasy, więc tym razem nie mogło być inaczej :-)

Warunki robiły się cięższe, prędkość wiatru wzrastała, a my się refowaliśmy. Po wielu godzinach żeglugi, naszym oczom ukazał się ląd. Było już ciemno i padał deszcz, więc był to idealny moment na przybicie do portu. Przy samym podejściu kapitan zaangażował większość z nas. Boje podejściowe nie świeciły, więc wyszukiwaliśmy ich za pomocą latarek. Porcik, do którego dopłynęliśmy - Roneham był raczej portem rybackim i daleko mu do Visby leżącego po przeciwnej stronie wyspy. Nam jednak zdecydowanie bardziej odpowiadał, ze względu na dalszą część naszej trasy.

W ciągu kilku minut od zacumowania, przy naszym jachcie zjawiła się szwedzka policja. Sami jednak nie wiedzieli, co z nami zrobić i musieli wykonać telefon do przyjaciela (patrz szefa). Po sprawdzeniu dokumentów, chwilę porozmawialiśmy i policyjna para musiała nas opuścić. Nam udało się znaleźć prysznic z ciepłą wodą, więc mogliśmy się wykąpać. Chcieliśmy wyjść z portu o świcie, więc trzeba było szybko iść spać, by trochę odpocząć.

Gdy się obudziliśmy, było jeszcze ciemno. Kolejny dzień powitał nas tęczą i cudownym wschodem słońca już na morzu. Przy każdym wschodzie przypominają mi się słowa z Małego Księcia: gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca (Antoine de Saint-Exupéry). Na morzu już tak mam, że bardziej kocham wschody. Może dlatego, że tam wszyscy przeważnie są jacyś tacy szczęśliwsi i mimo zmęczenia bardziej uśmiechnięci, a może po prostu przez to, że wkrótce nastanie dzień i powinno zrobić się cieplej, a ja jestem raczej ciepłolubna ;-)

Z każdą minutą oddalaliśmy się od portu i rozwiewało się coraz bardziej. Siła wiatru wzrosła do 8-9B. Za sprawą kilkumetrowych fal, stanie za sterem nie było już takie proste. Prawdziwe niedźwiedzie mięso: wiatr, fale, bryzgi, zimno i morko.  Fale zalewały sternika schowanego za sprayhoodem, kapitana zmoczyło przy refowaniu żagli. Była to walka nie tylko z żywiołem i własnym zmęczeniem, ale i jachtem, który nie chciał płynąć tak ostro jak my byśmy chcieli. Posiadał on dość duży kąt martwy i dopłynięcie na żaglach do zaplanowanego Ventspils (Windawa) było nieosiągalne. Dla wachty każde światełka pojawiające się na horyzoncie były nadzieją na port.

W taki właśnie sposób dotarliśmy do Liepiaji (Lipawa). Na mapach nie było zaznaczonej mariny, więc przenocowaliśmy w porcie rybackim. Niezbyt ciekawe otoczenie i brak prysznica skłoniło nas do poszukiwania lepszego miejsca, tym bardziej że prognozy pogody zapowiadały dłuższy postój. Znaleźliśmy marinę i przestawiliśmy się do niej. Jak się okazało cumował tam również Wołodyjowski i od razu zrobiło się raźniej. Przyjaciele odebrali od nas cumy i poinformowali o centrum SPA za 1 euro. Basen, sauna i jacuzzi były idealnym pomysłem.   

Pogoda przez kolejne dni nas nie rozpieszczała i zatrzymała w porcie. Tylko tawerny mogą kiwać nas bezpiecznie, więc wychodzenie w sztorm 10-11B nie wchodziło w grę. Mimo dłuższego postoju, spędzony czas wspominam bardzo miło... Spacery po okolicy i na plażę, dobre jedzenie w knajpie i pyszne ciasta na jachcie, wieczorne integracje załóg, śpiewanie szant na UKF-ce (spokojnie, nie na 16-tce), a później spotkania w mesach.

Jednego dnia wypożyczyliśmy samochód, żeby zwiedzić trochę Rygę. Odwiedziliśmy również załogi pozostałych 2 jachtów, które dotarły do Ventspils. Na nudę nie mogliśmy narzekać, a zaleźliśmy też czas na zakupy.

Nasz kapitan wspominał, że z każdego portu przywozi magnes na lodówkę. Dziwnym trafem w rozmowie zrozumiałam że chodzi o magnez taki z apteki i chciałam go tam wysłać, żeby kupił sobie lekarstwo-pamiątkę. Pokładowa loża szyderców nabijała się z tego do ostatniej chwili, ale dzięki temu nasz niepowtarzalny kapitan ma coś co się odróżnia na jego lodówce- niepowtarzalną pamiątkę z niepowtarzalnego rejsu z niepowtarzalną no i raczej skromną ekipą.

Po stosunkowo niedużej ilości godzin jakie spędziliśmy na morzu- było ich 52, można by czuć żeglarski niedosyt, ale nie jest to aż tak ważne, bo najważniejsze to w odpowiedniej być załodze :-) Nastąpiła chwila pożegnań, ostatnich zdjęć i powrotu do domu. Niektórzy z nas mają już zaplanowane kolejne rejsy, inni dopiero na spokojnie o nich myślą.

Może kiedyś znów będzie nam dane popłynąć gdzieś razem i zjeść ciasto upieczone tym razem przez męską część załogi.

Agata Kos

Facebook
Tweet
Google
7
Październik
2016

" Pływałem pod prąd, pod wiatr, przeto wierzę w rzeczy niemożliwe" (Bronisław Miazgowski)

9 września, wczesnym rankiem wyruszyliśmy w długa podróż z Krakowa do Skagen - nadmorskiej, duńskiej miejscowości. Miejsca, gdzie morze Bałtyckie wita się z Północnym. Wiele godzin spędzonych w zaształowanym po brzegi busie zbliżyły do siebie grupę ludzi, którzy zaraz mieli stać się jednym ciałem - załogą SY Xela. W porcie zawitaliśmy tuż przed świtem. Jedni łapali ostatnie chwile snu, podczas gdy ci najwytrwalsi udali się przywitać z morzem, które przez najbliższe dwa tygodnie dzielnie znosiło nasze towarzystwo, dając nam spełnienie i nie ograniczoną radość żeglowania.

Nasze wczesnoporanne towarzystwo dzielnie zniosła także załoga kpt Marka Rajtara - humanitarnie poczekaliśmy ze zrobieniem im pobudki do przyzwoitej godziny oraz w geście żeglarskiego miłosierdzia, nie odebraliśmy im ich ostatniego w tym rejsie jachtowego śniadania. Zgodnie z planem odebraliśmy jacht o godz. 9:00, żegnając poprzednią załogę - rozpoczęliśmy nasza morską przygodę. Pierwszy dzień był dniem luzu. Zaształowaliśmy nasze rzeczy, zapoznaliśmy się z jachtem i odpoczęliśmy po męczącej podróży.

Drugiego dnia, zaraz po przebudzeniu mogliśmy wreszcie poczuć po co żyjemy!!! Ryczący wiatr zdradzał nam, co też nas czeka, gdy tylko miniemy bezpieczne główki portu... Naszym celem był Varberg. Neptun nie odpuścił...

Dając nam 6B, upomniał się o należyte mu honory! Varberg okazał się miejscem reperowania pierwszych szkód. Gitara dostała nową strunę, a dziewczyny z naszej załogi okazały się najlepszymi żagielmistrzami na świecie. Za dnia trasa z Varbergu do Kopenhagi minęła nam spokojnie i leniwie- w rytmie szant, w akompaniamencie gitary, silnika i próbujących dojść czasem do głosu żagli. W godzinach nocnych Neptun znów przypomniał nam o swoim istnieniu.

Zmieniający się co chwilę kierunek wiatru pozwolił nam poczuć smak żeglarstwa. Ciągła zmiana halsu skutecznie stawiała na nogi śpiących pod pokładem załogantów. Kopenhaga urzekła każdego. Jednych po raz pierwszy, drugich po raz kolejny. Mieliśmy wspaniała przewodniczkę - Elize . Nasza sympatyczna koleżanka pokazała nam miasto, opowiedziała kilka ciekawych anegdot i legend. Z Kopenhagi obraliśmy kurs w kierunku Falsterbokanalen - czyli z premedytacją postanowiliśmy trochę "pomieszkać" pod mostem. Kanał Falsterbo znajdujący się pomiędzy Danią a Szwecją ma długość 1 Mm. Wejścia z obu stron osłonięte są obszernymi awanportami. W całym kanale obowiązuje ograniczenie prędkości do 5 węzłów oraz zakaz używania kotwicy. Od strony południowej znajduję się pokaźny, betonowy most zwodzony. Pod mostem nie ma możliwości aby przepłynęły nawet najmniejsze jednostki. Należy czekać na otwarcie. Okolice kanału są wspaniałym miejscem do zwiedzania i rekreacji. Następnym, trochę nieoczekiwanym celem naszej żeglugi było Sassnitz. Ale, czyż to nie jest cudowne w żeglarstwie, że port, do którego się dopłynęło, nie zawsze musi być portem, do którego się zmierzało? Niewielka, nadmorska niemiecka miejscowość' otoczona klifami i dość trudnym podejściem do portu -  zwłaszcza w godzinach nocnych - naszą uwagę zwróciły liczne ukryte w morzu skały. Sassnitz było także miejscem, gdzie do załogi dołączyła jedenasta osoba - tajemnicza Amba. Nikt jej nie widział, nikt jej nie słyszał, ale każdy wiedział, że jest to ktoś kto niepostrzeżenie podkrada nam nutelle, kawę i zapalniczki! Opuszczając Sassnitz, pożeglowaliśmy w kierunku Polskich wód Bałtyku, kolejno goszcząc w portach Kołobrzegu i Władysławowa, obserwując piękną, rodzimą linię brzegową naszego kraju, kończąc naszą przygodę po 17 dniach w Górkach Zachodnich...

Katarzyna  Jugo

https://www.youtube.com/watch?v=WD4Z6ioJWek

Facebook
Tweet
Google
1
Październik
2016

Fundacja 4 Kontynety i SailForum zapraszają na wspólny rejs na Wschód na trasie Gdańsk – Tallin – Gdańsk. Rejs będzie odbywał się na 4 jachtach. 4 Kontynenty popłyną na „Bystrze”.

I etap: Gdańsk – Tallin w dniach 01.10 – 07.10 poprowadzi kpt. Marek Rajtar. II etap: Tallin – Gdańsk w dniach 08.10 – 15.10 poprowadzi kpt. Marek Kapołka.

Planujemy w 4 jachty wspólnie dopłynąć do stolicy Estonii - pięknego Tallina, nazywanego przez niektórych miastem szpiegów i cynamonu. W trakcie obu tras przemierzymy Morze Bałtyckie wzdłuż Obwodu Kaliningradzkiego, Litwy, Łotwy, Finlandii i wreszcie Estonii przepływając przez Zatokę Fińską oraz prawdopodobnie Ryską.

Określenie „niedźwiedzie mięso” pochodzi z książki "Bellew Zawierucha" Jacka Londona, a oznacza pokonywanie trudności ponad codzienną miarę. Tego można się spodziewać po rejsach na Bałtyku w tym okresie. Może być wietrznie, sztormowo i kapryśnie. Jednakże doborowe towarzystwo, dzielne jachty oraz doświadczeni na pokładach żeglarze postarają się sprostać wyzwaniom. Wszak to właśnie kiedy do skandynawskich portów jesienią wpływają jachty, gospodarze są już przekonani, że najprawdopodobniej muszą to być Polacy.

Miesiąc później 4 Kontynenty na SIFU planuje kolejne 2 rejsy na po naszym morzu, pozostaje więc je nazwać „stare niedźwiedzie mięso”.

Dla nas te rejsy są jednym z ostatnich sprawdzianów przed planowaną na przyszły rok wyprawą Arktyka 2017.

MR.

Facebook
Tweet
Google
27
Wrzesień
2016

Ostatni weekend września i zarazem pierwszy jesieni. Na dworze zrobiło się już chłodno, w Tatrach ponoć spadł śnieg. Nam to jednak nie przeszkodziło i spędziłyśmy weekend pod żaglami. Nasz początkowy skład: 3 dziewczyny z Wrocławia i 2 z Krakowa dotarł na miejsce w piątek wieczorem. Czekało tam na nas ognisko w towarzystwie studentów i żeglarzy. Miałyśmy okazję obejrzeć pokaz tańca z ogniem oraz przyjrzeć się przygotowywaniu ośmiornicy po chorwacku. Następnym razem warto pomyśleć o czymś więcej niż kiełbaski. Temperatura w nocy spadła do kilku stopni, ale ciepło ogniska nie pozwoliło nam zmarznąć. W domku było trochę gorzej, choć jakoś to przetrwałyśmy. W sobotę rano udałyśmy się do bosmana na kawkę i po jakiś jacht. W końcu pojechałyśmy na żagle. Pływałyśmy sigmą- taką 6-metrową łódeczką. Ćwiczyłyśmy zwroty oraz pracę na żaglach. Był czas na rozmowy o rejsach, żeglarskich planach na przyszłość, zainteresowaniach i zwykłych głupotach. Po paru godzinach zaczął nam doskwierać głód: szybki obiad, zakupy i kolejne ognisko. Poszłyśmy spać dość późno, ale nie udało nam się dotrwać do wschodu słońca. Poranna mgła sprawiła, że na wodę wyszliśmy dopiero około południa. Tym razem była nas 7: nieco zmieniony damski skład i 1 rodzynek. Pływaliśmy trenerem (a przynajmniej mi się tak wydaje). Część z nas uczyła się podchodzenia do kei na żaglach. Z zewnątrz musiało to wyglądać dość zabawnie, ale my również się uśmialiśmy. Niestety czas minął bardzo szybko i trzeba było wracać do domu. Po krótkim pożegnaniu udałyśmy się na obiad i w drogę.

Agata Kos

Facebook
Tweet
Google
16
Wrzesień
2016

Przygotowany przez ostatnie 2-3 miesiące rejs na trasie Amsterdam – Fryzja – Jutlandia – Norwegia – Skagen (wszystko zapięte na ostatni guzik)  jak domek z kart rozbiła w jednej chwili poważna awaria silnika na Bystrzu. Zamieszanie, kilkadziesiąt telefonów i szybkie decyzję na kilkanaście godzin przed wyjazdem. Płyniemy z Gdańska do Skagen odwiedzając po drodze najwięcej ile się da: Danię, Szwecję, Norwegię. Załoga w składzie: Kamil, Bartek, Gosia, Weronika, Paweł, Kamila, Ania i Ania – potwierdziła. Mimo zmiany trasy, jachtu – płyniemy !!!

Tak więc poranek niedzielny 28 sierpnia po całonocnej podróży zastał nas w marinie Górki Zachodnie, gdzie czekała już  Xela, która dzień wcześniej z ekipą z 4K wróciła ze Szwecji. Szybkie powitania, znajome twarze, zaprowiantowanie, przygotowanie jachtu do wyjścia – bo czas nas goni. Dziś w nocy ma przyjść sztorm, który jeśli szybko nie ruszymy – przytrzyma nas na kilka dni.  Prognoza na najbliższy czas niekorzystna – wiatry zachodnie – a więc „w mordę”, ale to jak się później okaże standard tego etapu. Oddajemy cumy i ruszamy, w planie: dojść do Władysławowa.

Po kilku godzinach lądujemy w przyjaznym Władku, który z racji ostrzeżeń przed sztormem staje się portem schronienia. Poniedziałek upływa więc pod znakiem integracji, sabotażysty, nalewek Weroniki,  zapoznania z sobą i jachtem, ostatnich zakupów. Meteo na najbliższe dni wciąż bezlitosne: 6-7 W, stan morza 4-5. Wybór dogodnej trasy, jakby nie kombinować ostra halsówka i wychodzi, że żeby dojść do Sundu musimy w poprzek przepłynąć Bałtyk 7 razy ;-). Ale cóż – może coś odkręci, może uda się pójść ostrzej …

Tak więc we wtorek 30 sierpnia o godzinie 10 żegnamy gościnną marinę we Władysławowie i ruszamy w morze. Warunki ciężkie, kładziemy się lewym bajdewindem na w pełni zrefowanych żaglach i  walcząc z kilkumetrową falą idziemy NNW. Kto z załogi nie zdążył wyjść na pokład już mu się to nie udało … Neptun zebrał żniwo niemal od wszystkich, na pokładzie pracujące cały dzień 2-3 osoby. Oj rzucało nami ostro i po 6 godzinach zrobiliśmy zwrot przez sztag kierując się w stronę Łeby. Decyzja co dalej podjęta będzie w nocy. Kilka usterek, pęknięte szekle, mocowania sztagu oraz bardzo zły stan większości załogi, dla której był to pierwszy poważny „chrzest morski” sprawiły, że zdecydowałem się na kilkugodzinny postój w Łebie. Cumujemy po 1 w nocy. Wreszcie odpoczynek i czas na konieczne naprawy. Te kilka godzin pozwoliły przywrócić do życia wszystkich …

Środa 31 sierpnia, żeby nie tracić zbędnego czasu po 9 ruszamy w morze. Wiatr już trochę słabszy, morze spokojniejsze, jednak kierunek dalej niekorzystny. No i jak tu twierdzić, że gentelmani nie pływają pod wiatr? Jednak, przy wcześniejszych dniach, już wszystko wygląda łagodniej. Wachty normalnie pracują, udaje się ugotować obiad, przepiękny zachód słońca, Kamil nawet wyciągnął gitarę. Kiedy słońce gaśnie w morzu nad nami rozpościera się malowniczy pejzaż gwiazd, którym wyścielone jest całe niebo … Ech, jest pięknie.

Noc upływa na trawersowaniu Bornholmu od północy. Ze względu na prowadzone na wschód od wyspy manewry statków NATO - dość szerokim łukiem.  Nasłuchiwanie komunikatów z radio Witowo, ale cóż tu słuchać – jak i tak wiemy, że od zachodu ;-). Świt wita nas na rucie, zaczyna się czytanie światełek statków, kursów kolizyjnych, zabawa – coś się dzieje. No i powoli zaczynamy zbliżać się do wybrzeży Szwecji – za kilka godzin, halsują się mamy szansę osiągnąć wysokość Ystad. Inną opcją kurs na Kołobrzeg. Trzymając się jednak szwedzkiego wybrzeża powoli pniemy się na zachód. Po drodze jakaś burza, ale jak już utarło się powiedzenie na pokładzie: konsekwentnie, cały czas naprzód.  Tak mija czwartek, pierwszy dzień września.

Piątek, 2 września – niektórzy z nas powinni właśnie witać się ze szkołą, ale nocne godziny i z nimi upływające mozolnie mile, sprawiły, że wreszcie osiągnęliśmy Sund i idąc wzdłuż ruty wreszcie możemy zmienić kurs na N. Pierwszy raz korzystne wiatry, nabieramy szybkości i zbliżając się do wybrzeży Danii obserwujemy z daleka majestatyczny Oresund Bridge oraz farmy wiatrowe. Podejście do Kopenhagi jest niesamowite. Slalom pomiędzy promami z mnóstwem samolotów nad głową, ocierających się niemal o maszt – zrobił na nas duże wrażenie. Nasza wsparcie brzegowe (dzięki Mariusz!) wskazało nam kameralną marinę Langeline, w samym centrum Kopenhagi, tuż przy syrence. Krótkie manewry portowe, cumy na ląd i „tak stoimy”. Godzina 12 – czyli po ponad 2 dobach non stop w morzu suchy ląd. Trzeba było to uczcić toastem, no i oczywiście ciepłym prysznicem w marinie. Miejsce bardzo nam się spodobało, marina w kształcie okręgu, w którym jachty parkowały wzdłuż jego promieni, zakładając cumy rufowe na bojkę, a dziobowe na ląd. A więc Dania i jej stolica, na której zwiedzanie planowaliśmy poświęcić niecałą dobę (cóż, czas nas gonił).

Kopenhaga okazała się być ładnym miastem, pociętym jak Amsterdam licznymi kanałami. Jednakże dla osób które tak jak ja niedawno odwiedzały Sztokholm może być delikatnym rozczarowaniem. Zrobiliśmy jednak długi, do godzin późnowieczornych spacer po jej najważniejszych częściach. Klimatyczny kanał Nyhavn, zamki, katedry, główne ulice, Street Food oraz ogrody Tivoli. Tam znaleźliśmy lokalną knajpkę, która specjalizowała się w stekach. Jedzenie smaczne, ceny wygórowane, ale rozczarował nas poziom obsługi. Cóż ….

W drodze powrotnej spotkaliśmy na mieście załogę Barlovento II, która wraz z kpt. Rysiem Wyką wracała z Norwegii. Kilkanaście minut rozmowy, bardzo miłe spotkanie zakończone zaproszeniem na ich jacht, który przycumował w tej samej co my marinie. Tak więc następnego dnia rano odwiedziliśmy gościnne Barlovento, gdzie poczęstowano nas kawą i czymś do niej. Miałem również przez to okazję odszukać w każdym zakamarku jachtu wspomnienia z rejsu po wodach wschodniej Grenlandii.

Jednakże zbliżało się już południe, a przed nami trasa do Goteborgu. Trzeba było pożegnać znajomych i ruszyć dalej. Po wyjściu z portu postawiliśmy genuę i okazało się, że jej klejone warstwy puściły i żagiel nie nadaje się do dalszej żeglugi. Cóż, trzeba było zawrócić i szukać pomocy w pobliskich marinach. Pierwsza nic, druga również, sobota po południu nie jest dobrym czasem do poszukiwań kogoś, kto poskleja nam żagle. Mając w perspektywie 2-dniowy postój sami przystąpiliśmy do naprawy. Przydały się przyrządy nawigacyjne do precyzyjnego wyznaczenia miejsc dziur do ściegu i po chwili na 2 igły rozpoczęliśmy szycie. Ktoś zanucił: „Hej, me bałtyckie morze … żagle pięknie cerować” i po 2 godzinach pracy byliśmy gotowi do dalszej żeglugi. Warunki świetne, połwiatrowo-baksztagowe 4-6, co jakiś czas fala zalewająca kokpit,  Kamila przelatującą przez całą messę, jednak prawdziwa jazda, radość z pływania. W środku nocy mijamy wrota pomiędzy Helsinborgiem  a Helsingorem z mitycznym zamkiem Kronborg. Po jakimś czasie zaczyna prowadzić nas latarnia na przylądku Kullen, płynąc skrajem ruty mijamy się z licznymi statkami. Po kilku godzinach wypływamy na szerokie wody Kattegatu. Wiatr sprzyja, fala coraz większa, kurs na Goteborg, przed nami jeszcze jakieś 90 mil. Późnym popołudniem w pobliżu półwyspu Moenster znajdujemy zaciszną zatoczkę, w której łapiemy trochę odpoczynku cumując do boi, jemy obiad, a zauroczone miejscem Gosia i Ania biorą kąpiel, w odczuciu mojego zanurzonego małego palca, w lodowatej wodzie.

Wieczór  4 września – zastał nas przy wejściu do Goeteborga, udało się skrócić trasę płynąc pomiędzy szkierowymi wysepkami. Zaplanowaliśmy znowu postój w samym centrum, w marinie Lilla Bommen, a więc czekała nas prawie 2h podróż w gorę rzeki Gota. Zachwyciliśmy się tym podejściem, podświetlone zachodzącym słońcem oraz rozpalającymi się latarniami i światłami rzędy kamienic i instalacji portowych. Nad nami most Alvsborgbron, który zmusił ze względu na swój niewystarczający prześwit do postoju na redzie Dar Młodzieży w trakcie odbywającego się właśnie Nord Sea Tall Ships Regatta. O godzinie 22 przycumowaliśmy w bezpośrednim towarzystwie żaglowca Viking. I nadszedł czas na nocny spacer po Goteborgu, zakończony wizytą w jedynym otwartym pubie, gdzie udało nam się kosztować miejscowe piwa. Goteborg nocą bardzo nam się spodobał, jednak zdziwiły nas totalnie wyludnione ulice. Powrót na jacht i szybka, krótka drzemka.

Poniedziałek, 5 września– zaplanowaliśmy dalszy start na godzinę 14, a więc było kilka dobrych godzin na zwiedzanie. Rozpoczęliśmy od parady żaglowców, gdzie wśród licznie zgromadzonych jednostek wyróżniał się Fryderyk Chopin. Uzyskaliśmy zgodę kapitana na zwiedzanie, paru znajomych na pokładzie, kilka pamiątkowych zdjęć i dalej. Darmowym promem na drugą stronę rzeki i spacer głównymi ulicami w stronę palmiarni. Po drodze polowanie na magnesy z nazwą miasta. Część załogi wybrała się do marketu celem doprowiantowania, cóż – już tu musieliśmy się pogodzić, że będzie coraz drożej. Ja musiałem przeznaczyć niemal 2h na wprowadzenie karkołomnej trasy przez leżące na północy szkiery, które planowaliśmy pokonać nocą. Wyszło koło 300 waypointów. Będzie fajnie.

Wystartowaliśmy o 14. Jeszcze rundka honorowa wzdłuż wszystkich żaglowców i czas ruszać w morze. W dali, na końcu ujścia rzeki Gota zamigotał nam Dar Młodzieży. Ostry skręt w prawo, no i wpływamy w strefę szkierów. Ta trasa zostanie nam na długo w pamięci. Zaczęło się sielankowo, krajobrazem wysepek z malowniczo położonymi mieścinami, czas zaczął płynąć powoli. Trudno było się nam oprzeć temu urokowi, więc najpierw w lokalnej marinie zaparkowaliśmy na szybki obiad. Potem trasa stawała się coraz bardziej malownicza, coraz węższe przejścia, wypłycenia, wszystko to w zachodzącym słońcu wyglądało niesamowicie. Kiedy zapanował zmrok znaleźliśmy kolejny porcik na wyspie Marstrandson, z górującym nad nim zamkiem. Kolacja, szybkie zwiedzanie – no i czas ruszać dalej. Przygoda dopiero się rozpoczęła. Kilkaset skrętów pomiędzy maleńkimi wyspami, skałami, wszystko już w totalnych ciemnościach. A ponieważ ploter był na dole w messie zaczęło się precyzyjne sterowanie. „2 stopnie w prawo, kolejne 2 stopnie w prawo, trzymaj, teraz 90 stopni w lewo”. Szlak był częściowo oznaczony, jednak zdecydowana większość boi nie świeciła. Dlatego jedna osoba z latarką cały czas przeszukiwała wodę przed nami. „Widzisz ten zielony odblask? Prawą burtą. Za nim następny – czerwony.  Jego lewą i za nim ostry skręt”. Były miejsca gdzie musieliśmy się zatrzymać i bardzo powoli pokonywać ostre zakręty. Czasami latarnie sektorowe, a o tym, że ktoś nie potrafi zinterpretować kardynałek – nawet nie można było myśleć. Prawdziwa szkoła nawigacji, zaufania, precyzyjnego sterowania. I tak do 4 rano. Bardzo, bardzo męczące, przez te 8 h pełne skupienie. Ale wielka frajda, szczególnie kiedy ze świtem opuściliśmy ten slalom i już bardziej pełnym morzem skierowaliśmy się ku Oslo.

Tam na zewnątrz odebraliśmy nagrodę od Neptuna. Baksztagowa 7 poniosła jak na skrzydłach naszą dzielną Xelę. Lecąc na samej genule momentami rozwijaliśmy prędkości  prawie 12 węzłów. Tak więc szybko, pod wieczór, uciekając przed burzą weszliśmy w Oslo Fiord. Po obu stronach pojawił się ląd, a na nim malownicze norweskie domki, latarnie, przystanie. Przed dziobem pojawili się wind i kite surferzy. Okrążyli nas kilkukrotnie, a my pognaliśmy dalej. Wraz z zachodem, za kolejnym zakrętem zaczęło wyłaniać się Oslo. Położone na opadających do morza wzgórza wyglądało dostojnie. Jeszcze kilka zwrotów i wpłynęliśmy do samego centrum, w pobliżu Ratusza, Opery, przepięknie wkomponowanych w to nowoczesnych budynków. Czyli do mariny Aker Brydgge. Porwisty wiatr i fakt, że nasz jacht poprzez nietypowe umiejscowienie śruby nie lubi manewrów portowych nie specjalnie przeszkodził nam w parkowaniu. Godzina 20 – ostatnia cuma na lądzie. Co było dalej, niewiele pamiętam. Zmęczony kolejną nieprzespaną nocą, tym razem w szkierach oraz bardzo intensywnym dnie po prostu padłem. Zycie na jachcie rządzi się swoimi prawami, szczególnie na Xeli. Jedna przeciekająca kabina dziobowa, a w niej najtwardsze dziobaki: Gosia i Weronika, 2 kabiny rufowe z Anią, Kamilem, Kamilą i Bartkiem, no i oczywiście messa. Czyli z jednej strony miejsce do spania dla Ani (grzecznie ułożonej na górnej półeczce), Pawła i mnie. No i oczywiście centrum wszystkiego co się da, zaczynając od życia jachtowego, miejsca spożywania posiłków i imprez, poprzez bakisty wypełnione jedzeniem oraz składowisko sztormiaków, aparatów, mnóstwa różnego rodzaju szpejów – gdzie walka o utrzymanie porządku jest pracą niemal syzyfową. Tym bardziej gdy przez cały czas rzuca, sztorm fartuchy sprawują się średnio i często próbując przymknąć na chwilę oko kładłem się na podłodze, gdzie po za kapiącą z forluków  wodą i ryzykiem bycia rozdeptanym można było znaleźć jakiś spokojny kąt. W takich oto okolicznościach, pomimo tego, że załoga świętowała tradycyjne już „cudowne ocalenie” tuż nad moją głową usnąłem. Ktoś tam jeszcze próbował przez sen częstować mnie wędliną, ale z marnym skutkiem. Sen – przyjaciel żeglarza, kapitana …

Środa, 6 września. Oslo. Trudno porównać dotychczas odwiedzone miasta. Ale chyba Oslo wywarło na nas największe wrażenie. Już od samego rana, po dobrym śniadaniu rozpoczęliśmy zwiedzanie. To co w nocy, oświetlone światłami wyglądało pięknie – nie straciło swojego uroku za dnia. Jak ułożyć plan zwiedzania, mając niespełna jedne dzień?  Ze względu na to, że planujemy w przyszłym roku wyprawę Arktyka 2017 oraz jakiś czas później wyprawę na Antarktydę musieliśmy rozpocząć od zwiedzania muzeum wypraw polarnych i arktycznych Fram. Tam, pośrodku różnych ekspozycji stoi zachowany w całości legendarny statek Fram (Naprzód), na pokładzie którego odbyły się wyprawy do Arktyki i Antarktyki. Cóż – trzeba przyznać, że oglądając osiągnięcia norweskich polarników jest czego zazdrościć. Jednak – współczesna nam historia stawia polskich żeglarzy na czele odkrywców biegunów, a przecież wszystko jeszcze przed nami. Nie przypadkowo wśród Norwegów, Duńczyków, Szwedów zrodziło się przekonanie, że wchodzący w trudne listopadowe, grudniowe miesiące do ich marin jacht musi być z Polski.

Wracamy promikiem znowu do centrum i rozpoczynamy dalszy spacer. Magnes upolowany (hurra), klimatyczne uliczki, mnóstwo pięknych zabytków, sporo zieleni, no i ludzie. W naszym przekonaniu „wylajtowani”, spokojni, siedzących w licznych knajpkach, rozmawiający … Taki mija popołudnie i wieczór. W nocy znowu płyniemy, więc czas musimy spędzać intensywnie. W końcu znajdujemy pub, w którym piję swoje najdroższe do tej pory piwo. Norwegia jest bardzo droga …

Kiedy o północy przygotowujemy jacht do wyjścia odkrywamy poważna awarię. Nie działają światła nawigacyjne, przyrządy, ploter, siada oświetlenie. No i zaczyna się zabawa. Najpierw panel kontrolny, bezpieczniki, styki, kable. Gdy to nie daje efektu zaczynamy wędrować tropem rozchodzących się po jachcie we wszystkie strony kabli. Kiedy po dwóch godzinach intensywnej pracy i rozebraniu niemal całego jachtu znajdujemy przyczynę – nie wiem czy śmiać się czy płakać. Ktoś przez pomyłkę wyłączył ukrytą w jednej z bakist wtyczkę do ładowania akumulatorów, zamiast sąsiadującej z nią wtyczki od bojlera. No cóż – ale poznaliśmy jacht niemal od podszewki ;-). Szybkie podładowanie akumulatorów i płyniemy. Druga w nocy.

Rankiem wychodzimy z fiordu i szukamy wśród norweskich wysepek miejsca na chwilowe stanięcie na kotwicy. Obiecałem Pawłowi okazję do łowienia dorszy. Ma to być też nasze pożegnanie z Norwegią. W trakcie postoju piszemy list z podaniem miejsca, czasu, kim jesteśmy oraz z kontaktem. Obiecując sowitą nagrodę temu kto odnajdzie butelkę z umieszczonym w niej listem. List napisany, potrzebna butelka. Całe szczęście zapodział się gdzieś Capitan Morgan, nie pusty. Tak więc toasty za nasz rejs, pożegnalne z Norwegią i zalakowania butelka ląduje w morzu. Gdzie dojdzie i czy ktoś ją znajdzie – czas pokaże.

Przed nami ponad sto mil do Skagen. Na południe. To dobrze się składa, bo właśnie wiatr wieje z południa. I pogoda ma się pogarszać. Po kilku godzinach, gdzieś na środku Skagerrak’u oraz przy okazji trasy statków dopada nas gęsta mgła. Widoczność spada do minimum. Nasz jacht nie posiada ani AIS’a, ani radaru.  Wydaje się, że z każdej strony może wychylić się jakiś prom i nie będzie wiele czasu na reakcję. Dlatego podwajamy wachty i dzieli widnokrąg na sektory dla poszczególnych obserwatorów. Włączamy wszystkie możliwe światła i zaczynamy co 10-15 minut przez UKF meldować ostrzeżenie, swoją pozycję, kurs i prędkość. Nic więcej nie możemy zrobić. Jest napięcie. Po 2-3 h całe szczęście wychodzimy z mgły i widoczność się poprawia. Równocześnie rozbudowuje się fala i tężeje wiatr. Niestety od dziobu. Czeka nas ciężka noc oraz niezły rollercoaster. Pewne jest, że nikt nie ma szansy na spanie. Godzina za godziną, mozolna walka, powoli ubywające mile. Wypatrujemy przed sobą latarni na przylądku przy Skagen. Zaczyna się zabawna dyskusja, że ponoć na łączeniu mórz tworzy się gigantyczna ściana z fal, nawet wypiętrzająca się do kilku metrów. No i jak my to przejdziemy ;-). Wiatr wciąż 5-6 S, stan morza 5. Odliczamy sekundy pomiędzy kolejnymi dużymi górami i dolinami. Ktoś chciał góry na morzu? W jednym pakiecie wszystko.

Ja jednak z podziwem patrzę na swoją załogę. Bo prawie 2 tygodnie wcześniej w podobnych warunkach zmiotło niemal wszystkich pod pokład. Dziś to co innego, po prostu: trudne marynarskie życie …

Piątek, 9 września. Wraz ze świtem pojawia się w oddali ląd, jesteśmy blisko. Dostrzegamy kilka statków stojących na redzie. Podejście do Skagen, coś się nie zgadza, nie pasują światła, główki portu jakby w innym miejscu. Płynąc po chwili przypominam sobie, że ktoś mi mówił, że dobudowano cały nowy pirs. A więc należy zaufać oznakowanemu szlakowi i zapomnieć na chwilę o nieaktualnych w tym miejscu mapach nawigacyjnych. Wreszcie port, tankowanie paliwa i o 0920 stajemu longside w marinie przy ul. Fiskehuskajen, w miejscu z charakterystycznymi dla Skagen domkami, sklepikami, restauracyjkami. Mamy niecałą dobę do przyjazdu następnej ekipy 4K. Pyszne śniadanie z wędzonymi rybami zakupionymi w pobliskim sklepiku. Zarządzony do 14 sen dla wszystkich. Trzeba trochę odpocząć, by móc resztę czasu przeznaczyć na spakowanie i klar na jachcie. W nagrodę fundujemy sobie długi spacer na zachód słońca na przylądku, który jest końcem Danii oraz tam gdzie stykają się wody Skagerrak’u i Kattegat’u. Jest pięknie, a dodatkową atrakcją jest stado wylegujących się beztrosko fok, którym niemal wszyscy staramy się nie zakłócać spokoju. Wracamy do miasta i na pożegnanie siadamy w knajpce bezpośrednio położonej przy naszym jachcie. Zamawiamy kolację, pyszną zupę z krewetkami oraz rybę. Duńskie piwo smakuje również wyśmienicie.

Sobota, 10 września. Obudziło nas wczesnoranne dreptanie po naszym pokładzie. Przyjechali, kilka godzin wcześniej. Wymiana umówiona została na godzinę 9, trudno, pomimo przerwanego snu, nie cieszyć się widokiem przyjaciół i znajomych. Mariusz, Paweł, Kasia, Aga, inni. Za nimi też długa i męcząca podróż. Cześć z nich poszła na spacer, cześć dosypia w samochodzie, a z resztą dzielimy się naszymi wrażeniami.  O 9 przekazujemy jacht, życzymy powodzenia. Koniec naszego rejsu. Wsiadamy do busa, a przed nami powrót do Polski.

Dziękuję moje ekipie za wspólny rejs. Oficerom: Kamil, Gosia, Paweł, Ania – dzięki Wam nie raz mogłem spokojnie i bezpiecznie próbować spać, nawet w tych trudniejszych warunkach. Bartek, Weronika, Kamila i Ania – za dobrą atmosferę, współpracę. Wam wszystkim za to, że udało nam się stworzyć fajną załogę i rejs się udał. No i ekipie 4 Kontynenty (przede wszystkim Mariusz, Marek) za wsparcie z brzegu.

Marek Rajtar

Foto: Marek Rajtar i Małgorzata Sokołowicz

Facebook
Tweet
Google
9
Wrzesień
2016

Start: Skagen 09. wrzesień 2016 r. Koniec: Gdańsk 23. wrzesień 2016 r. 
Trasa: 700 – 750 Nm
4 Kontynenty na SY Bystrze pod dowództwem kpt. Mariusza Noworól wyruszają w trasę odwiedzając 4 państwa Danię , Norwegię , Szwecję , Polska
Opływamy Cieśninę Sund przez miasta które maja swoje walory historyczne i turystyczne. Wczesnojesienne zachody słońca budzące rozbudzają marzenia niejednego żeglarza . Gdzieś tam za horyzontem kryje się kolejny port który dotrzemy .
Skagen - To właśnie w tym miejscu spotykają się wody cieśnin Skagerrak (kolor szary) i Kattegat (kolor zielony), oddzielające Morze Północne od Morza Bałtyckiego. Nacierające na sobie dwie masy wodny nie mieszają się ze sobą, ponieważ mają różną gęstość.
Varberg - miasto w południowo-zachodniej Szwecji, nad cieśniną Kattegat, w hrabstwie Halland. 50 tys. mieszkańców (1993). Stara osada handlowa. W XIII w. obwarowane. Od 1578 prawa miejskie. Przemysł maszynowy, chemiczny, metalowy, spożywczy. Ośrodek turystyczny, kąpielisko morskie. Zamek-twierdza (XIII, XVII w.).
Helsingborg - Oficjalnie ustanowiony 21 maja 1085 roku (ówcześnie na terytorium Danii), Helsingborg jest jednym z najstarszych miast w Szwecji. Lokalizacja przy najwęższym miejscu Sundu przyczyniła się do szybkiego wzrostu jego znaczenia. Najprawdopodobniej w XII wieku została wybudowana twierdza, po której do dziś pozostała jedynie wieża, zwana Kärnan. Od 1429 roku Dania pobierała cła od wszystkich jednostek przepływających pomiędzy Helsingborgiem i Helsingør, co było jednym z głównych wpływów do skarbca korony duńskiej.
Kopenhaga -stolica Danii jest droga nawet dla Duńczyków, ale odwiedzają ją bardzo chętnie, bo wiele oferuje. Jest metropolią, liczącą ponad półtora miliona mieszkańców, ale jednocześnie charakteryzuje się kameralnością, której brakuje wielu europejskim miastom. Panują tam specyficzne zwyczaje, które jednak mają na celu ułatwienie życia mieszkańcom i turystom. Poza tym jest to jedno z największych miast Skandynawii, położone malowniczo nad cieśniną Sund, na dwóch wyspach: Zelandia i Amager, a strzeże go najsłynniejsza na świecie duńska Syrenka.
Ystad- Jednym z lepiej znanych Polakom szwedzkich miast jest pewnie Ystad. No, w każdym razie przynajmniej z nazwy, chociażby dlatego, że do Ystad kursują promy ze Świnoujścia. Kiedy jako mała dziewczynka podróżowałam z rodzicami nad polskie morze, zastanawiała mnie zawsze ta (wtedy) dziwnie wyglądająca i brzmiąca nazwa na znakach drogowych. Rok temu malownicze krajobrazy miasteczka zupełnie skradły moje serce.
Hasle Bornholm -ma zabudowę podobną do innych miasteczek na wyspie: kolorowe, niskie domki, wąskie uliczki. Ważnym miejscem miasta jest port, ale to co pierwsze przyciąga wzrok to nie wspaniałe jachty cumujące w dokach, ale rząd nowoczesnych, piętrowych budynków usytuowanych przy samej marinie - te nowoczesne budynki to prywatne mieszkania majętnych turystów i apartamenty przeznaczone na wynajem. Stały się one kością niezgody pomiędzy władzami a mieszkańcami - każdy miał swoje racje, jednak zwyciężyła wizja dopływu gotówki do kasy miasta. Czy budowle te rzeczywiście szpecą krajobraz - to już każdy musi sam ocenić.
Tutaj się zastanowimy czy kontynuujemy naszą skandynawską przygodę jak pozwoli meteo
Możemy jeszcze odwiedzić Ronne - Sveneke wyspę Christianso - popłynąć do Szwecji Utklippan - Gdańsk
Lub kierujemy się ku wybrzeża polski Kołobrzeg ,Łeba - Gdańsk

Mariusz Noworol

Facebook
Tweet
Google
30
Sierpień
2016

Każdego żeglarza można określić mianem odkrywcy, bo czymże jest żeglarstwo jeśli nie chęcią poznania nowych miejsc i zmierzeniem się z nieznanym? Takie nastawienie towarzyszyło mi podczas poszukiwań pomysłu na tegoroczny urlop. Wybór padł na rejs po Bałtyku. Gdańsk - Karlskrona- Bornholm-Gdańsk? Jasne, że tak! Tego jeszcze nie było! Decyzja podjęta, miejsce na jachcie zapewnione, odliczanie rozpoczęte. I co teraz? Spędzę tydzień na jachcie 13m na max 4m? Z obcymi ludźmi? Tak się da? Oczywiście! Sama przekonałam się, płynąc z ekipą 0ffczego wypasu, że żeglarze to ludzie z pasją, zawsze skorzy do pomocy i umiejący dopasować się do różnych warunków, nie tylko pogodowych. Te to potrafią nauczyć spontaniczności, kiedy przychodzi do zmiany trasy, tak jak miało to miejsce z rezygnacją z kursu na Bornholm na rzecz Olandii. Dobra zmiana? Dzięki temu i spotkaniu Szwedki Kajsi, poznałam jak życzliwi potrafią być Szwedzi oraz jak szybko potrafią jeździć swoimi Saabami ;) Wobec czego można mieć jeszcze wątpliwości przed morskim rejsem? Choroba morska? Nie jestem pierwszą i nie ostatnią osobą z tą przypadłością. Pogoda? Na nią wpływu nie ma, choć Bałtyk zaskoczył mnie swoim spokojem. Czy rejs będzie bezpieczny? Mając na pokładzie ludzi tak bogatych w doświadczenie jak Mariusz i Agnieszka oraz widząc ogrom wyposażenia jachtu ani przez chwilę nie martwisz się czy jeszcze zobaczysz ląd... I najważniejsze pytanie. Czy to jest odpowiednie miejsce dla mnie, żółtodzioba na morzu? Widząc przygotowanie jachtu do rejsu, perfekcyjnie opracowany kurs, całe oprzyrządowanie ( zwłaszcza tą początkowo obcą elektronikę ), pewną siebie panią kapitan i załogę, która z uśmiechem wita cię na pokładzie S/Y Xela wiem, że będzie to niezapomniany tydzień, który rozpoczyna moją przygodę z morzem.

https://www.youtube.com/watch?v=5p9NBQgNmt4

Agnieszka Klimkowska

Facebook
Tweet
Google
30
Sierpień
2016

Trzeci etap wyprawy z „Bystrzakiem” miał się planowo rozpocząć  31 lipca w Dublinie, jednak gdy w czwartek 28 lipca dostaliśmy informację o awarii silnika cała wyprawa stanęła pod znakiem zapytania. Od razu rozdzwoniły się telefony i rozpoczęły się konsultacje czy jest sens płynąć.

Wstępnie otrzymaliśmy informację, że naprawa może potrwać nawet tydzień i musimy się dostać na wyspę Man (która znajduje się pomiędzy Walią a Irlandią) skąd miałby się rozpocząć nasz etap. Mimo wielu niewiadomych postanowiliśmy, że jedziemy. Zgodnie z planem w Dublinie mieliśmy być 31 lipca w niedzielę, a na wyspę Man mogliśmy się dostać jedynie promem dopiero we wtorek 2 sierpnia. Jak się później okazało czas spędzony w Dublinie wcale nie był stracony. Zwiedziliśmy całe miasto, niektórzy wybrali się na wycieczkę po mieście połączoną z degustacją whisky. Włóczyliśmy się po dzielnicy dublińskich pubów – Temple Bar. Odkryliśmy niesamowity pub na obrzeżach miasta z muzyką na żywo.

Nim się zorientowaliśmy nadszedł wtorek i czas na przeprawę na wyspę Man. Do Peel gdzie czekał na nas Kapitan przyjechaliśmy ok godz. 14:30. Po zasztauowaniu Bystrza przyszedł czas na rozmowę i informacje dotyczące stanu silnika. Kapitan poinformował nas, że mechanik już rozebrał silnik, znalazł usterkę i zamówił część zamienną. Planowana data naprawy i dostarczenia silnika to piątek 5 sierpnia. Tak więc mieliśmy przed sobą trzy dni na wyspie. Warto wiedzieć, że wyspa Man jest znana z organizowanych od 1907 r ulicznych wyścigów motocyklowych Isle of Man TT zaliczanych do jednych z najbardziej widowiskowych i niebezpiecznych imprez tego typu na świecie. Wyspa jest jedynym terytorium brytyjskim na którym nie obowiązuje ograniczenie prędkości. Zjechanie i zwiedzenie całej wyspy z północy na południe zajęło nam dwa dni. Odwiedziliśmy porty Ramsey, Laxey, Douglas, St Mary, Port Erin, zwiedzaliśmy klify, widzieliśmy foki i delfiny, wspięliśmy się na najwyższy szczyt – górę Snaefell 621 m. n p. m i oczywiście zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową z Joey Dunlopem – brytyjskim wyścigowym kierowcą motocyklowym, który jako jedyny osiągnął rekordową liczbę 26 wygranych wyścigów Isle of Man TT, a w 2005 r został uznany za piątą osobistość wszech czasów wyścigów motocyklowych.

W piątek 5 sierpnia zgodnie ustaleniem przyjechał mechanik i zainstalował z powrotem naprawiony silnik. To był przełomowy moment naszej wyprawy. Po zamontowaniu silnika i jego odpaleniu już wiedzieliśmy, że w końcu wypłyniemy w morze. Po tygodniowym pobycie na wyspie każdy z nas nie mógł się już tego doczekać. Jednak musieliśmy uzbroić się w cierpliwość, bo niż azorski przyniósł nam niekorzystny wiatr. Żeglarstwo uczy umiejętności czekania i szacunku do żywiołów jakim są woda i wiatr. Okno pogodowe otworzyło się w poniedziałek 8 sierpnia. Po ugotowaniu olbrzymiego gara zupy ogórkowej i przelaniu jej według wskazówek kapitana do baniaka pięciolitrowego wyruszyliśmy ok godz. 15:00 na morze.

Kapitan zaplanował przelot do portu Plymouth co oznaczało spędzenie trzech dób na morzu. Dla części załogi w tym dla mnie był to pierwszy pełnomorski rejs i w związku z tym mieliśmy pewne obawy czy damy sobie radę zwłaszcza jeśli będziemy chorować. Jak się okazało strach ma wielkie oczy, a załoga dzielnie się spisała zwłaszcza w Kanale Angielskim gdzie jest zawsze duży ruch. Do Plymouth jednego z największych portów Wielkiej Brytanii dopłynęliśmy w czwartek 12 sierpnia. Pierwsze co zrobiliśmy po zejściu na ląd to poszukiwanie prysznicy. W końcu płynęliśmy trzy doby bez możliwości kąpieli, a przy wysokiej fali nawet korzystanie z wc staje się nie lada wyzwaniem! Po niecałej dobie ruszyliśmy dalej do Cherbourga, portu w którym zakończył się nasz etap na Bystrzu.

 

Ines Negro

Facebook
Tweet
Google
27
Sierpień
2016

4 Kontynenty na SY Bystrze pod dowództwem kpt. Marka Rajtara wyruszają z Amsterdamu w trasę odwiedzając 4 państwa basenu Morza Północnego: Holandię, Niemcy, Danię i Norwegię. 2 tygodnie rejsu w trudnym akwenie (prądy i pływy, routy, tysiące znaków, świateł nawigacyjnych) to doskonała nauka nawigacji i bardzo praktyczne jej zastosowanie. Nagrodą za to będą piękne, klimatyczne miejsca. Po drodze zamierzamy odwiedzić cudowne wyspy wschodniej i zachodniej Fryzji oraz Morza Wattów (na liście UNESCO).
Po postoju na Helgolandzie zwiedzamy wyspy fryzyjskie, tym razem ich północna część. A następnie wzdłuż zachodniej Jutlandii, nazywanej „perłą Morza Północnego” na północ.
Jeśli czas i Neptun pozwoli – to przez Skagerrak – do przepięknych norweskich fiordów. Czy wystarczy sił i możliwości by na północ dojść aż do Stavanger?
Rejs kończymy znów pokonując Skagerrak, w duńskim końcu świata – Skagen. Tam następna ekipa 4K rozpoczenie kolejny etap w drodze do Polski.

(brak wolnych miejsc)

MR.
 

Facebook
Tweet
Google
19
Sierpień
2016

Od lipca trwa wyprawa s/y „Bystrze” dookoła Wielkiej Brytanii. Właśnie rozpoczyna się ostatni etap rejsu. Żeglarze Fundacji 4 Kontynenty zmierzają w kierunku Londynu.

Od początku sierpnia jesteśmy już po irlandzkiej stronie Wysp. Urzekająca wyspa Man sprawiła, że kilkudniowy postój techniczny nikogo nie zmartwił. Zdobyliśmy najwyższą górę, odwiedziliśmy wszystkie krańce wyspy z malowniczą Calf of Man na południu i Maughold Head na północy.

Wraz z nadejściem dobrej wyżowej pogody, ruszyliśmy dalej na południe. Gnani północnym wiatrem, przeszliśmy baksztagiem Morze Irlandzkie i Kanał Świętego Jerzego, czując długą atlantycką falę na styku Morza Celtyckiego z Kanałem Angielskim. Po trzech dobach żeglugi non stop osiągnęliśmy Plymouth, miasto, które żyje żeglarstwem i jest często pierwszym europejskim portem dla jachtów przybywających zza wielkiej wody.

Jeden dzień postoju i płyniemy dalej w kierunku Cherbourga. Francja powitała nas piękną pogodą, prawdziwymi bagietkami i różowym winem. W tym porcie zakończyła się przygoda dla trzeciego etapu wyprawy, a wspaniale położony Port Chantereyne to miejsce wymarzone do wymiany załóg.

Czwarty etap rozpoczyna się od skoku na północ do Cieśniny Solent, mekki brytyjskich żeglarzy. To ruchliwe miejsce przy Wyspie Wight, aż roi się od jachtów, bardziej przypominając zatłoczoną Chorwację, niż wody zachodniej, czy wschodniej Szkocji, gdzie jachtów spotykaliśmy naprawdę niewiele. Żeby poczuć atmosferę tego rejonu, na dwa postoje wybraliśmy mariny w Yarmouth na wyspie Wight i w Gosport leżącą tuż obok Portsmouth, do którego można było się dostać gęsto kursującymi portowymi promami.

Dziś ruszamy dalej na wschód w kierunku Londynu, który ma być ostatnim, ale chyba najważniejszym brytyjskim portem naszej wyprawy dookoła Wielkiej Brytanii.

A już za tydzień spotkamy się w Amsterdamie, gdzie nowa załoga pod dowództwem kpt. Marka Rajtara weźmie kurs na północ wzdłuż wybrzeży Fryzji, Jutlandii i w duńskim porcie Hanstholm zamknie wielką pętlę po Morzu Północnym

 

Marek Kapołka

Facebook
Tweet
Google
16
Sierpień
2016

Wyjazd dla mnie zaczął się dość spontanicznie. Bardziej chciałam spędzić czas ze znajomymi na świeżym powietrzu niż ciągnęło mnie do pływania. Z biegiem szykowania się do wyjazdu powiedziałam sobie: „A cóż mi szkodzi. Do odważnych świat należy” i pomimo obaw wypadnięcia za burtę (a pływać pływam raczej słabo) postanowiłam, że wejdę na tą łódkę skoro wszyscy tak zachwalają, że to takie faaaaajne.

Jako osoba zielona z wiedzy żeglarskiej nie ukrywam byłam lekko zestresowana. Grzecznie zatem założyłam kapok i wielkimi z zaciekawienia oczami przyglądałam się jak wygląda przygotowywanie łodzi do wypłynięcia. Samo wejście na pokład było wyzwaniem, ale bardzo szybko przekonałam się, że takie duże coś tak łatwo się nie wywróci.

Z biegiem rejsu po Jeziorze Dziećkowice przestawałam się bać, a zaczynałam przeżywać miłe chwile. Wiatr we włosach, promienie słońca przebijające się przez chmury, uśmiechnięte twarze znajomych i takie poczucie lekkiego odrealnienia i ucieczki od cywilizacji. Wspaniały relaks. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym zaraz po oswojeniu się z podstawowymi komendami nie zaczęłabym zadawać miliona pytań, na które na szczęście Mariusz i Ola cierpliwie odpowiadali. Spodobało mi się i to bardzo. Jak to Ola mawia taki „chillout” nawodny jest naprawdę super. Nie wiem jeszcze czy stanę się zapalonym żeglarzem, ale kto to wie co życie i 4 Kontynenty przyniosą                         </div>
                                                <div class=

Facebook
Tweet
Google
11
Sierpień
2016

Spotykamy sie w Opty. Rozlokowujemy sie w przyjemnych domkach i spotykamy się przy ognisku. W sobote żeglujemy. O 14.00 przerwa obiadowa i pływamy dalej. W niedziele potencjalnie ruszamy polatac na paralotni na górze Żar. :)
Domek na 2 doby od osoby ok 30 zl
Przed nami noc pełna meteorów, będzie je można oglądać na kei :)
Paralotnia ok 250 zł osoba
Łódka za free :)

Adres
Yacht Club “Opty”
41-403 Chełm Śląski,
ul. Leonida Teligi 2

Aleksandra Dindorf

Facebook
Tweet
Google
3
Lipiec
2016

Na pokładzie s/y Wołodyjowski na organizowanym przez Agatę Kos (4K) rejsie zebrała się ekipa 4K oraz zaprzyjaźnione z nią osoby. Tak więc pod salingiem zawisła bandera Fundacji i w nocy z piątku na sobotę zaczął się rejs, którego zwieńczeniem miał być udział w paradzie jachtów i żaglowców w ramach Baltic Sail 2016.

Sobota okazała się dość ciekawym dniem. Po wyjściu z Jacht Klub Północny pożeglowaliśmy za Hel. Zaczęło się od upalnego południa, ale w ciągu dnia przetaczały się nad nami burze. Nie przeszkodziło to nam jednak fajnie pożeglować, poćwiczyć „człowieka za burtą” oraz wypróbować środki pirotechniczne. Ale późnym wieczorem przyszedł sztormowy front. Już witaliśmy się z Helem, by przeczekać trudne warunki, kiedy nagle, w jednej chwili uderzyła w nas 9. Grot poszedł w strzępy, urwana dryfkotwa. No i poszło za burty na cumach wszystko co było: opony, drabinka, pojemnik na wodę, skrzynki na warzywa, a nawet kosz na śmieci. Wszystko po to, aby zmniejszyć dryfowanie i uzyskać niezbędny czas na konieczne naprawy. Po 4 h dryfowania założyliśmy zapasowego grota, no i podjęliśmy próbę powrotnego halsowania do Helu. Udało się tego dokonać o świcie następnego dnia, kiedy o 4 rano weszliśmy do portu.

Po 2 godzinach szybkiego postoju i niewystarczającego odpoczynku musieliśmy opuścić gościnną keję i ruszyć w drogę powrotną. Warunki zdecydowanie się poprawiły i można było bezpiecznie zmierzać na Motławę w Gdańsku, gdzie miały się odbyć główne uroczystości. Wchodząc w główki portu z dumą mijaliśmy wychodzące w morze jachty, gdyż mieliśmy za sobą wspaniałą żeglarską przygodę.

Po zrobieniu kursu aż pod sam Żuraw i pozdrowieniu tłumów turystów oraz znajomych z pozostałych jachtów obraliśmy kurs powrotny i późnym popołudniem dobiliśmy do naszej macierzystej mariny. Cumy na ląd, bagaże na pirs, no i czas wracać do domu.

Marek Rajtar

Foto: Marek Rajtar

Facebook
Tweet
Google
27
Czerwiec
2016

Po czerwcowej żegludze po norweskich fiordach, w lipcu i sierpniu 4 Kontynenty zamierzają „Bystrzakiem” zakręcić się wokół Wielkiej Brytanii.

Zielona Szkocja i Irlandia, spowite mgłą szczyty wyrastające prosto z wody i mroczne zamczyska, pamiętające czasy Robin Hooda to klimat krain, przez które będzie prowadziła nasza „brytyjska” wyprawa.

Już czekają na spakowanie niezbędne locje, obowiązkowo nowiutki Almanach, no i kilkadziesiąt klasycznych map Admiralicji, które zadziałają zawsze, niezależnie od stanu akumulatorów. Cóż, my starej daty żeglarze oprócz wszystkich GPSów  lubimy też mapy papierowe…

A będzie gdzie nawigować.

Trasa pierwszego etapu to kawał wody do przepłynięcia. Zaplanowaliśmy go specjalnie tak, żeby rzadko było widać ląd na horyzoncie. Poprowadzi z Danii przez Szetlandy i Orkady do Inverness w Szkocji. Przed dużym skokiem przez morze, zamierzamy jeszcze wejść do norweskiego Stavanger, żeby uzupełnić wodę i niezbędne zapasy. A później kilkudniowy przelot do Lervick na Szetlandach, obowiązkowo malutka wysepka Fair i dalej przez Orkady do szkockiego Inverness, gdzie ma nastąpić wymiana załogi.

Na drugim etapie chcemy posmakować Szkocji. Wybraliśmy trasę przez trochę zapomniany Kanał kaledoński, który łączy Morze Północne z Morzem Irlandzkim. Ten piękny szlak śródlądowy prowadzi przez 29 śluz i trzy jeziora, w tym najważniejsze – Loch Ness.  Załoga chciałaby spotkać słynnego potwora, chociaż szczerze mówiąc, wolałbym, żeby potwór nie zamierzał spotkać załogi „Bystrza”… Po wyjściu z kanału, za Fort William, nie odpuścimy wyspy Islay słynącej z destylarni whisky, a potem popłyniemy na południe do Dublina, dokąd przylecą kolejni uczestnicy wyprawy.

Trzeci etap ma być symbolicznym „dotknięciem” oceanu. Z Dublina pożeglujemy przez Kanał Świętego Jerzego, Morze Celtyckie i Kanał Angielski do St. Malo we Francji. Te akweny, znane z silnych prądów i wysokich pływów, będą nie lada wyzwaniem dla nawigatorów, ale jestem spokojny – nasza dzielna załoga już z niejednego żeglarskiego pieca chleb jadła.

Z St. Malo z kolejną ekipą planujemy ruszyć przez Kanał Angielski na wschód. A przed Londynem oficerów czeka trudne zadanie nawigacyjne: policzyć, jak dopłynąć Tamizą do samego Tower Bridge na jednym cyklu pływowym, bez konieczności przeczekiwania odpływu na boi. Nagrodą będzie dwudniowy postój w Dokach Świętej Katarzyny – pięknej marinie, położonej niemal w samym centrum Londynu.

Naszą dwumiesięczną wyspiarską przygodę zamierzamy zakończyć w ostatnim tygodniu sierpnia w Amsterdamie. Ale to nie koniec żeglugi. Na „Bystrzu” zagości kolejna załoga, która wciąż pod banderą 4 Kontynentów, przez Danię i Cieśniny popłynie we wrześniu w kierunku macierzystego Gdańska.

Już dobiegają końca przygotowania, załogi prawie skompletowane. Plan jest ambitny, a jak będzie – jeden Neptun to wie…

Marek Kapołka

Foto: Marta Kapołka

Facebook
Tweet
Google
26
Czerwiec
2016

W dniach 25 do 26.06 na wodach YC Opty odbyły się zawody Opty Race 2016 klasy omega,katamaran i 470. Naszą obserwację rywalizacji obserwowaliśmy z pokładu klubowej sigmy.

https://www.facebook.com/yachtclubopty/videos/10154293909332878/

Facebook
Tweet
Google
18
Czerwiec
2016

Nocne regaty o Naftową Lampę Komandora YC Opty już za nami. Była to fajna przygoda, w której wzięły udział dwie załogi Fundacji 4 Kontynenty. Kiedy księżyc pojawił się na horyzoncie my na kei przygotowywaliśmy łódki do startu w nocnych regatach. 22.30 padła komenda start ruszyliśmy do akcji, czas operacyjny półtora godziny do 24.00. Regaty polegały na zebraniu jak największej ilości wianków, które zostały rozmieszczone na akwenie o wielkości 2 na 5 km. Udało nam się zebrać 4 wianki co dało nam 2 miejsce. Po zakończeniu oficjalnej części regat czas wolny spędziliśmy przy ognisku z resztą załóg i członkami Yacht Club Opty.
Następnego dnia ruszyliśmy na wodę gdzie spędziliśmy wspólnie czas pod żaglami do późnych godzin wieczornych.

Mariusz Noworól

Facebook
Tweet
Google
17
Czerwiec
2016

"Mój Kapitan był najlepszy, nasza załoga była najbardziej zgrana, nasz jacht był najdzielniejszy..." – takie głosy i licytacje można było usłyszeć lub przeczytać na Facebooku w trakcie majówkowego rejsu 4 Kontynentów.

To efekt tego, że zaplanowana i zrealizowana na 7 jachtach majówka okazała się sukcesem i uczestniczący w niej w liczbie 70 żeglarze, w większości stawiający pierwsze kroki na morzu byli bardzo zadowoleni z morskiej przygody, atmosfery, która towarzyszyła całej grupie oraz temu, że i Neptun patrzył łaskawym okiem - na grupę niespokojnych duchów, włóczących się do tej pory po górskich szlakach, przemierzających godzinami rowerowe trasy, szukających nowych wyzwań...

A zaczęło się typowo dla wilków morskich. W piątek od godzin porannych do późnego wieczora zjeżdżali się po kolei uczestnicy z całej Polski. Gdy wszyscy zostali zebrani i przywitani, przekazano informację: „Wychodzimy o 2.00 w nocy”. Nocny rejs, nocne wyjście z portu - to daje poczucie dumy nie tylko początkującym żeglarzom.

Jak powiedziano, tak zrobiono. Po godzinie 2.00 sprawnie jacht za jachtem, jak po sznureczku, odbijał od nabrzeża i kierował się ku główkom portu w długi jak na pierwszy dzień kurs ku Łebie. Pierwsza nocna wachta, pierwszy wschód słońca na morzu, pierwsze śniadanie przygotowywane na jachcie i zjedzone w kokpicie. I te białe żagle... A wszystko co dobre jeszcze przed nami! I tak pierwszy dzień mijał w atmosferze nowości, przeżyć i bardzo dobrej pogody. „No, wiatru by mogło być więcej” – pewnie westchnął po cichu niejeden z 7 kapitanów, ale i tak łapiąc baksztagowe podmuchy jachty zbliżały się do portu.

Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, ukazały się główki Łeby oraz latarnia morska, a zgromadzonym na plaży i nabrzeżu turystom ukazał się niesamowity widok: 7 jachtów pod jedną flagą - 4 Kontynenty wchodziło do portu. - Dla mnie było to wzruszające przeżycie - powiedział jeden z kapitanów. - Wchodziłem w środku, mając przed i za sobą mnóstwo przyjaciół - powiedział. Ta atmosfera przyjaźni, wspólnego pływania, jachtów płynących blisko siebie utrzymała się do ostatniego dnia.

Łeba przywitała nas gościnnie. Zaproszeni zostaliśmy na wspólnego grilla przez władze mariny, rankiem na spotkanie z burmistrzem, gdzie obok wspomnień, planów, pasji żeglarskiej, burmistrz uraczył nas kawą i pysznymi ciastami. Jednak chyba i on nie był w stanie wyobrazić sobie ilości osób biorących udział w rejsie, bo smakołyki zniknęły bardzo szybko. Kilkadziesiąt wspólnych zdjęć, deklaracje współpracy i że „jeszcze tu za rok wrócimy, tylko marina musi być większa – bo już w kilkanaście jachtów” – i zaczął nas palić ląd. Czas oddać ostatnią cumę i znów odetchnąć świeżą, morską bryzą, gdzie na otwartej przestrzeni łagodny "bajdewind" położył jachty na lewym halsie.

Kurs Władysławowo! Po drodze zawody, na którym jachcie zostanie przyrządzony wspanialszy obiad. Oczywistym było, że na "Xeli", ale przecież od tego jest subiektywizm, żeby każdy mógł zachwycać się swoim.  Tak naprawdę to tylko przekomarzania, bo i tak wszyscy żyli tym, że stanowią jedną dużą rodzinę. Leniwie płynące godziny, wraz z nimi morskie mile... Wieczór, cudowny zachód słońca z przylądkiem Rozewie i górującą latarnią morską. Wejście do portu już po zmierzchu, liczenie jachtów. Jest staruszek Wołodyjowski - to są wszyscy!!! Kolejny dzień na morzu za nami. No i portowe wędrówki ludów po poszczególnych jachtach, tu Bystrze, tam Electra, gościnny jak zawsze Momo One, obok Jazon i Altamas, śpiew, gitary, szanty. Do rana, bo przecież rano znów trzeba wyjść w morze.

Poniedziałek, jeśli ktoś go nie lubi, to tym razem musiał o tym zapomnieć. W drodze na Hel... Zamówiona pogoda, słońce, szkolenia żeglarskie. W oczekiwaniu na wieczorne atrakcje, gdy zarezerwowane całe górne piętro tawerny Kuter wypełnione zostanie przez 4 Kontynenty. A tam już radosna impreza na całego. Szanty, rum, piwo i dziewczyny. A gdzie rum i dziewczyny - tam tańce na stole, tam zabawy! Do północy, bo po niej konieczna wizyta w Capitanie Morganie i dalsze śpiewanie szant i pieśni kubrykowych. Płynące godziny i wchód słońca na plaży. Aż szkoda kończyć... Cóż, trzeba wracać do Górek...

Wtorek, niestety ostatni dzień... Aby go wydłużyć i jak najwięcej czasu spędzić razem po wyjściu z portu, jachty zostały szczepione w wielką tratwę. Morze gładkie pozwoliło na takie zabawy. I była pewność, że żaden z powiązanych jachtów nie ucieknie jako pierwszy do przodu! Wspólne biesiadowanie, rozmowy, snucie planów. Bo przecież przed nami wielkie wyprawy! Już w tym roku wielka pętla po Bałtyku i Morzu Północnym oraz ogłoszona właśnie w trakcie rejsu wyprawa Arktyka 2017. Jest o czym mówić, marzyć, dyskutować...

Tak więc pomimo, że Górki Zachodnie oznaczały koniec naszej majówki, że jachty zostały zdane, a wszyscy spakowani wylądowali na pirsie – zostało w nas przekonanie, że stanowimy wspaniałą grupę ludzi, z wielkimi planami na przyszłość, że chcieć to móc! Zapraszamy do nas, do grupy 4 Kontynenty!

Marek Rajtar

foto: 4K

Facebook
Tweet
Google
12
Czerwiec
2016

Dni Morza – jedna z licznych imprez o tematyce żeglarskiej, lecz niepowtarzalna i wyjątkowa w swoim rodzaju. W tym roku Dni Morza odbyły się od 10 do 12 czerwca, ale niektóre jachty przybyły do Szczecina jeszcze wcześniej. Wały Chrobrego przeżywały prawdziwe oblężenie. Podczas weekendu podziwiać można było takie jednostki jak Dar Młodzieży, Fryderyk Chopin, Baltic Beauty, Kapitan Borchardt, Zawisza Czarny, ORP Iskra oraz wiele, wiele innych. Dla chętnych odbywały się 2-godzinne rejsy po Odrze na niektórych żaglowcach.

Nikt się nie mógł nudzić podczas tego weekendu. Na zwiedzających czekały liczne stoiska z upominkami często o żeglarskim charakterze. Dla dzieci organizatorzy przygotowali park rozrywki. Dorośli równie chętnie z niego korzystali. Całość dopełniały koncerty (nie tylko szantowe) trwające całe dnie.Wystąpili m.in. EKT Gdynia, Dominika Żukowska i Andrzej Korycki, Majtki Bosmana, Wanda i Banda, Ryczące Dwudziestki i inni. W sobotę wieczorem liczne tłumy podziwiały ponad 10-minutowy pokaz sztucznych ogni.

Tyle atrakcji w ciągu krótkiego weekend! Nie mogło tam zabraknąć i nas.Przybyliśmy w sobotę około południa i od razu poczuliśmy wspaniałą atmosferę. Szybki obiad i ruszyliśmy wzdłuż Wałów podziwiać zacumowane żaglowce. Wieczorem zwiedziliśmy Kapitana Borchardta. Zajrzeliśmy wszędzie, łącznie z kajutami i maszynownią. Resztę wieczoru spędziliśmy na Bryzie H, na której dane nam było również przenocować.

Bryza H to drewniany jacht, który wspaniale pachniał historią. Zbudowany został w 1952 roku jako statek ratowniczy. Dopiero w 1983 po zakończeniu służby w Poskim Ratownictwie Okrętowym, został przebudowany na jacht żaglowy. Litera H została dodana po przejęciu jednostki przez nowego właściciela – Waldemara Heislera.

Zanim poszliśmy spać, dane nam było poznać członków zespołu Majtki Bosmana i wspólnie pośpiewać szanty przy akompaniamencie gitary. Najwytrwalsi próbowali doczekać wschodu słońca, niestety o 4 nad ranem z nadmiaru wrażeń poszliśmy wszyscy spać. Niedziela minęła nam błogo i spokojnie. Niestety popołudniu musieliśmy wracać na południe.To był krotki i pełen wrażeń weekend. W przyszłym roku przyjeżdżamy na The Tall Ships Races 2017

Agnieszka Zahorska

Facebook
Tweet
Google
7
Czerwiec
2016

W dniu wczorajszym ( 7 czerwca 2016 r.) w Katowicach została podpisana umowa pomiędzy Fundacją 4 Kontynenty a właścicielem SIFU Maciejem Pachlą na czarter jachtu na potrzeby realizacji wyprawy Arktyka 2017 „Śladami ginących lodowców”. Fundacja 4 Kontynenty była reprezentowana przez Mariusza Noworol, Marka Rajtara i Marek Kapołka.

Trwające kilka godzin spotkanie, po podpisaniu umowy, dotyczyło naszych zamierzeń oraz kwestii technicznych związanych z przygotowaniem jachtu do wyprawy. Możemy więc oficjalnie potwierdzić, że kolejny ważny krok został wykonany. Naszym zamiarem jest zorganizowanie od kwietnia 2017 r. do października 2017 r. 14 etapowej wyprawy na trasie: Gdańsk – Świnoujście – Stavanger – Trondheim – Bodo – Tromso – Longyearbyen (Spitsbergen) – Tromso – Bodo – Trondheim – Stavanger – Świnoujście – Gdańsk. Celem jest propagowanie idei żeglarstwa przez odwiedzenie przepięknych miejsc Morza Bałtyckiego, Północnego, Norweskiego, Barentsa, Oceanu Arktycznego. Wody mórz, fiordy, kanały, dzika przyroda, lodowce – mają nas zachwycić i przekonać, że warto ruszyć z domu i realizować swoje marzenia. SIFU towarzyszyć będzie w ramach 4 kontynenty drugi, dobrze znany nam już jacht Bystrze. Bystrze odprowadzi SIFU aż do Tromso i w czasie kiedy realizowane będą etapy związane z Spitsbergenem i Oceanem Arktycznym sam uda się na eksplorację rejonów Nordkap. W drodze powrotnej jachty znowu popłyną razem do Gdańska. W ramach Arktyce 2017 zostanie przygotowane ponad 230 miejsc dla uczestników. Aktualnie trwają pracę związane z dalszym formalnym przygotowaniem wyprawy. W ciągu miesiąca zostaną uruchomione zapisy na poszczególne etapy wyprawy.

Marek Rajtar

Facebook
Tweet
Google
29
Maj
2016

Rejs na pokładzie jachtu ELICA I wzdłuż wybrzeża Chorwacji (Dalmacja) dał nam możliwość odwiedzenia niesamowitych zakątków, które trudno byłoby zobaczyć od strony lądu i był dla nas niesamowitą żeglarską przygodą.

Split – miasto wita nas bezchmurnym niebem i wysoką temperaturą. Z niecierpliwością czekamy na odbiór jachtu. Postanawiamy wypłynąć o świcie. Obok nas pojawiają się delfiny. Płyną przy dziobie i wyskakują z wody, co powoduje niezwykłe poruszenie całej załogi. Zachęca nas to do morskiej kąpieli w ciepłych wodach Adriatyku. Spotkanie z delfinami to niepowtarzalne przeżycie.

Wzięliśmy kurs na wyspę Vis, gdzie spędzamy wspaniałe południe w zatoczce Stiniva. Jest czas na kąpiel, wspinaczkę po skałkach i obiad w malowniczym miejscu. Czas jednak płynąć dalej.

Korcula ­ do późnej nocy uciekamy przed goniącym nas sztormem (tak, w Chorwacji też może być zła pogoda), a potem ze względu na zapowiadające się trudne warunki atmosferyczne zostajemy w przystani Vela Luka. Doświadczony Kapitan wie kiedy zatrzymać załogę tak, aby nie narazić jej na niebezpieczeństwo. Pieczemy urodzinową szarlotkę. Na lądzie wyruszamy na poszukiwanie lokalnych produktów. Trafiamy do Antonego, który przyjmuje nas gościnnie częstując winem własnej roboty. Wychodzimy od niego z butelką rakii i świeżej oliwy z oliwek.

Mljet ­ płyniemy dalej. Wspomnienie, które zachowam na długo w pamięci to rejs na wyspę Mljet gdzie mocno kołysały nas fale, a załoga w skupieniu obserwowała pędzącą za nami burzę. To było niesamowite! Kiedy dobijamy do przystani wiatr słabnie i słońce wychodzi zza chmur. Kosztujemy świeżych owoców morza z miejscowej tawerny. Prawdziwa uczta dla podniebienia.

Mljet to zdaniem wielu jedna z najpiękniejszych wysp Chorwacji. To właśnie tam znajdują się słone jeziora. Odwiedzamy Klasztor Benedyktyński na wysepce św. Marii, która znajduje się na środku Wielkiego Jeziora.

Następny dzień znów zaczynamy wcześnie rano – przed nami długa trasa. Po drodze zatrzymujemy się na 3 h w Korculi, aby uzupełnić wodę i zrobić zakupy

Zavala – cumujemy w małym rybackim porciku w południowej części wyspy Hvar. W przystani miejsce tylko na jeden jacht, mamy szczęście. Idealne miejsce dla tych, którzy lubią spokój i ciszę. Wstajemy wraz ze wschodem słońca, kąpiemy się w Adriatyku i bierzemy kurs na miasto Hvar.

Hvar zachwyca nas swoją architekturą, zdobywamy Twierdzę ciesząc się spacerem wśród śródziemnomorskiego krajobrazu.

Do mariny Palmizana na wybrzeżu wyspy St. Klement cumujemy wieczorem. Zachwycamy się tu smażonymi kalmarami i grillowaną ośmiornicą.

Split – trudno uwierzyć jak szybko upłynął czas... oddajemy jacht z nadzieją, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.

W drodze powrotnej nie mogąc rozstać się z Chorwacją zwiedzamy wodospady w Parku Narodowym Krka. Chyba niepotrzebnie ;-) wrócić jeszcze trudniej.

 

Joanna Mickiewicz-Kos

Facebook
Tweet
Google
23
Maj
2016

4 Kontynenty wyruszają pod koniec maja w rejs śladami wikingów na 11 metrowym jachcie Bystrze. Po dotarciu jachtu do Stavanger (14 czerwca), grupa dziewięciu śmiałków po zaształowaniu swoich rzeczy wypłynie na fiordoprzygodę eksplorując Morze Północne. Mamy 170 godzin, by zapomnieć o zgiełku pędzących dni, a jedynym dźwiękiem, który będzie rozpraszał nasze myśli, będzie mamy nadzieję łoskot wodospadów mijanych na trawersach.

Pod czujnym okiem kapitana Maćka Mickiewicza „wyprawą” dowodzić będzie Kasia Piecha - dziewczyna żywioł, chodzący uśmiech, ogromne serce i przede wszystkim żeglarka na maksa. Załogę tworzą wspaniali, łaknący przyrody i przygody żeglarze oraz nie-żeglarze, mieszanka bardzo pozytywnych ludzi, których łączy „głód świata”.

Jeżeli oczywiście warunki pogodowe nam pozwolą, chcielibyśmy wybrać mniej typową trasę. Planujemy rozpocząć i zakończyć rejs w Stavanger. Naszym celem jest Hardangerfjord, czwarty pod względem długości fiord na świecie. Zamierzamy dotrzeć jak najdalej na północ - do Sundal, Jondal, a może nawet do Odda, a stamtąd już niedaleko do Trolltunga (pol. Język Trola), gdzie będzie można usiąść po wyczerpującym trekkingu i pomachać nogami 700 metrów ponad jeziorem Ringedalsvatnet. W planach mamy również lodowiec Folgefonna, gdzie nawet w lecie śnieg zalega na szczytach, a widoki wprawiają w oniemienie.

Jak wiadomo, plany na morzu są jak kobieta – zmienne. Dlatego też w głowie mamy kilka alternatywnych opcji.

W Norwegii planowanie trasy nie powinno opierać się wyłącznie na prognozach pogody. Przy planowaniu należy wziąć pod uwagę nie tylko kierunek i siłę wiatru, który notabene wieje głównie albo w dziób albo w rufę, ale również silne prądy wiatrowe np. niedaleko Haugesunnd, czy też wiatry spadowe ześlizgujące się bez uprzedzenia ze stromych szczytów. Całe szczęście, że płynie z nami wspomniany kapitan Maciek, który będzie wspierał młodą skipperkę swoją bogatą wiedzą i doświadczeniem zarówno w zakresie charakterystyki tego akwenu, jak i meteorologii.

Gdziekolwiek 4 Kontynenty zapłyną na Bystrzu, na pewno będzie to wspaniała przygoda, bo: „(...) dla żeglarza rejs jest celem sam w sobie. Czy może – co jest wspólne wszystkim filozofującym włóczęgom – celem jest to, by wrócić do domu nieco zmienionym, nieco mądrzejszym i nowymi oczyma spojrzeć

Katarzyna Piecha

Facebook
Tweet
Google
7
Maj
2016

Z dala od zgiełku. Gdzie w Krakowie - jeśli nie w Starym Porcie spotykają się żeglarze spragnieni morza?

W tęsknocie za żaglami wypełnionymi wiatrem pozostaje muzyka i zabawa w gronie przyjaciół. Szanty, zabawy, rozmowy - radość ze wspólnego spotkania oraz snucie wielkich planów nad kuflem piwa.

Dziękujemy wszystkim za wspólną zabawę.

MR

 Foto Rafał Meteor

Facebook
Tweet
Google
6
Kwiecień
2016

W dniu 6 kwietnia 2016 r. w Radio Katowice odbyła się audycja, której tematem były plany, działania i marzenia naszej Fundacji oraz ludzi z nią związanych. Było sporo o tym kim jesteśmy, co udało się na zrobić do tej pory oraz o naszych planach - tych najblizszych i tych trochę odleglejszych.

Fundację reprezentowali: Aneta Kaniut, Katarzyna Jugo, Dominika Pacocha, Piotrek Dumanowski i Mariusz Noworól

 

 

 

Facebook
Tweet
Google
21
Luty
2016

W ostatni weekend  podczas szkolenie prowadzonego przez kapitana jachtowego Macieja Mickiewicza w siedzibie Śląskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego, Grupa 4 Kontynenty poznawała tajniki meteorologii oraz nawigacji elektronicznej z uwzględnieniem warunków atmosferycznych i nautycznych. Zajęcia obejmowały niezwykle obszerny zakres wiedzy począwszy od podstawowych zagadnień dotyczących formowania się pogody, a skończywszy na samodzielnym analizowaniu GRIBów i planowaniu trasy. Udało nam się jednak zagłębić w zawiłościach tej sekretnej wiedzy :)

Podczas szkolenia dowiedzieliśmy się między innymi, w jaki sposób można korzystać z zaawansowanych serwisów meteorologicznych, programów ułatwiających nawigację, odczytywać mapy synoptyczne, zdjęcia satelitarne i co najważniejsze – w jaki sposób możemy wykorzystać taki potencjał w praktyce na naszym jachcie, zapewniając tym samym większe bezpieczeństwo i optymalizację zaplanowanej trasy rejsu.

Po intensywnych dwóch dniach teoretycznych i praktycznych zajęć byliśmy wyczerpani, jednak zadowoleni (co udało się uchwycić na niektórych zdjęciach, gdy uśmiech zastępował na chwilę skupienie). Jesteśmy zdecydowanie bogatsi o nową wiedzę i doświadczenie.

Szkolenie z tzw. „weather routingu” to kolejny krok przybliżający nas do celu, jakim jest wyprawa po nasze marzenia. Zanim jednak wyruszymy na błękitne wody, musimy się Wszyscy porządnie do tego przygotować. Gdy nadejdzie właściwy moment, będziemy gotowi wykorzystać nasze umiejętności w praktyce.

Tymczasem 4 Kontynenty będą organizować kolejne szkolenia, kursy, warsztaty, na których będziemy chcieli jeszcze lepiej przygotować się do głównego projektu. Po drodze czeka nas za pewne nie jeden mniejszy lub większy wypad, spotkanie i zabawa, podczas których będziemy mogli lepiej się poznać.

„Mimo późnych godzin wieczornych, my wciąż walczymy :)”

„Kapitan Maciej Mickiewicz cierpliwie opisuje fronty atmosferyczne.”

„Weather routing in progress...”\

Katarzyna Piecha

 

Facebook
Tweet
Google

Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebina (małopolskie)
KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740

Wesprzyj nas:
Fundacja 4 Kontynenty
Konto: Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01