Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

BORN

TO SAIL

 

ŻEGLOWANIE
JEST

KONIECZNOŚCIĄ

ŻEGLARSTWO

11
Sierpień
2019

I Love Norway 2019 - Za koło podbiegunowe do bram Arktyki

29.06.2019 r. po całonocnej podróży, o godzinie 8:00 wylądowaliśmy na lotnisku w Bergen. Pozostał nam już tylko zajęczy skok tramwajem, by znaleźć się w porcie, gdzie czekała już na nas załoga poprzedniego etapu "I love Norway" i s/y Ciri, która na nadchodzące półtora tygodnia miała stać się naszym domem. Norwegia przywitała nas słoneczną pogodą na lądzie, jednak Szanowny Pan Neptun miał wobec nas nieco inne plany. Po zwiedzeniu miasta, zdobyciu (kolejką) góry Floyen i solidnym posiłku, nadszedł nareszcie czas, by rozpocząć naszą przygodę. O godzinie 19:00 oddajemy cumy i ruszamy na północ do bram Arktyki, czyli równoleżnika 66°33'39" N. Kolejna doba minęła nam na żegludze w strugach nieustającego deszczu, w którym to żarliwie składaliśmy do morza "ofiary" Neptunowi, w modlitwie o odrobinę słońca.

30.06. o godzinie 21:00 dobijamy do Maloy znajdującego się na południowej stronie wyspy Vagsoy i będącego jednym z najważniejszych portów rybackich w regionie. Nieustający deszcz niestety pokrzyżował nam szyki i nie pozwolił nam zwiedzić Maloy Kystfort - zabytkowych fortyfikacji znajdujących się nieopodal portu. Postój uprzyjemniła nam jednak zupa z ryb złowionych przez kapitana Mietka Jakubowskiego, a dzieła dokonał rozśpiewany wieczór przy dźwiękach gitary, która jak się później okazało, lepiej pełniła funkcję perkusji, aniżeli instrumentu strunowego.

01.07. o godzinie 11:00 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Deszcz nie zamierzał przestać padać, a choroba morska postanowiła pozostać z nami na dłużej. Zaszczytu zmartwychwstania dostąpiła na szczęście, najbardziej dotknięta wczorajszą chorobą Bożenka - przesympatyczna załogantka, a zarazem jedyna dziewczyna w załodze, a co najważniejsze, od tej chwili samozwańczy kuk, co jak sądze bardzo odpowiadało pozostałym członkom załogi! Mimo odkręcających się relingów, zerwanego szota foka i braku nadziei na skrawek czystego nieba lub kilka promieni norweskiego słońca, które tak dobrze pamiętaliśmy z zeszłorocznej majowej wyprawy na Lofoty, płynęliśmy dalej, a wszystkie niedogodności wynagradzały nam przepiękne widoki rozpościerające się wokół nas.

02.07 o godzinie 6:30 docieramy do Alesund, w którym zabawiliśmy odrobinę dłużej. Mimo niezbyt zachęcającej do spacerów pogody, całą załogą udaliśmy się na wzgórze Aksla słynące (słusznie) z cudownych widoków i zwiedziliśmy okolice portu. Wieczorem Mariusz Noworól, czuwający z brzegu nad naszym bezpieczeństwem, poinformował nas o froncie znad północy, w centrum którego mieliśmy znaleźć się w godzinach, na które planowaliśmy wyjście w morze. Wiatr miał uderzyć z prędkością do 60kt, więc noc postanowiliśmy spędzić w porcie. Zasłużony skądinąd solidny sen na postoju, okazał się tej nocy nieunikniony.

03.07. o godzinie 04:00 z wiatrem i falami ruszamy na północ. Skok zaczyna się spokojnie, a piękno otaczających nas fiordów zapiera dech w piersiach. Po wyjściu w morze wiatr znacząco przybrał na sile. Na małej "gieni" jacht mknął z zawrotną dla niego prędkością 8,5kt niczym morski bolid F1, przyprawiając niektórych z nas o kolejną porcję wrażeń od naszych błędników. Gdy wiatr przybierał wciąż na sile, postanowiliśmy kontynuować podróż fiordami, do czego jednak skutecznie zniechęciły nas warunki, przy których wąskie przejścia między skałami stawały się pozornie jeszcze węższe. Awaria urządzenia sterowego, która w dużej mierze utrudniała manewrowanie Ciri i kolejne zerwane szoty nie ułatwiały sprawy. Problemem okazał się tego dnia również ploter na deku, do pokrowca którego zgodnie z prawem Murphy'ego dostała się woda i na jakiś czas po prostu odmówił pracy.

04.07. o godzinie 10:00 docieramy do Garten. Jakaś magiczna uzdrawiająca moc spłynęła na załogę jak remedium na wszystkie bolączki, a zza chmur jak zaczarowane, uśmiechęło się do nas słońce. Nareszcie! Dzięki życzliwości mieszkańców Tej urokliwej miejscowości szybko naprawiliśmy drobne usterki, rozwiesiliśmy przemoknięte ciuchy i po chwili już mogliśmy napawać się cudowną pogodą, obiadem przyrządzonym wreszcie poza kambuzem i zwiedzaniem tego malowniczego, spokojnego miejsca. Po krótkiej regeneracji, nadszedł czas by ruszyć dalej.

O godzinie 16:00 Ciri wyszła z portu w pięknym słońcu, przy spokojnym wietrze około 3B. Pogoda w końcu nam sprzyjała, co dało się zauważyć po uśmiechach rysujących się nieustannie na twarzach najedzonej, odzianej w suchą odzież załogi. Niestety około północy deszcz przypomniał sobie o naszym istnieniu, a wiatr znów zaczął przybierać na sile. Na nasze szczęście, Neptun znudzony już ofiarami, pomachał nam z uśmiechem na pożegnanie i pozwolił nam w pełnym zdrowiu kontynuować naszą podróż do bram Arktyki.

05.07. o godzinie 8:00 dotarliśmy do Rorvik. Niestety znów przemoknięci. Na lądzie czeka na nas jednak miła niespodzianka - gorący prysznic. Wiadomość o nim wzbudziła niemałe poruszenie wśród uczestników rejsu, co bardzo szybko zaowocowało hucznym szturmem załogi na sanitariaty portu! Rorvik był jednak tylko krótkim epizodem podróży. Po zwiedzeniu okolicy, zakupów w lokalnym markecie, naprawie zepsutej farelki (minutę po kupnie nowej) i przyrządzeniu gorącego posiłku o godzinie 17:00 znów pożegnaliśmy ląd, by choć trochę zbliżyć się jeszcze tego dnia do naszego celu.

Noc przebiegła bardzo spokojnie, choć nadal w deszczu. Wąskimi, pięknymi fiordami toczyliśmy się od brzegu do brzegu, niekończącą się halsówką w stronę Berg. Rano zrobiliśmy krótki postój na płytszej wodzie, w celu uzupełnienia zapasów dorsza i o 10:30 turystyczny palnik na kei w Berg, służył nam już za restauracyjną kuchnię, której szefem był znów sam kapitan Mietek. Restauracyjną, bo chyba każdy kto choć raz smażył rybę wprost z morza wie, że miano kuchni polowej bardzo urąga temu wyśmienitemu daniu. 

Po spokojnym wieczorze i długim, całonocnym śnie, czas wziąć się do pracy. Mimo, że w niedzielę nie przystoi grzebać się w smarach, wymiana oleju w silniku, uzupełnienie uszczelek i naciągnięcie paska alternatora, to główne zadania tegoż poranka. Andrzej spisał się w nich na złoty medal! (My na srebrny - pomagaliśmy!) Janek z kolei postanowił dzień święty święcić i udał się do miasteczka na poszukiwania Norweskiej niewiasty, która to odwiedziła nas rowerem na pogawędki dzień wcześniej. Niestety - bezowocne. 

07.07. o godzinie 11:00 z poczuciem pozostawienia na brzegu fiordu wielkiej historii miłosnej oddaliliśmy się powoli od Berg. Nadszedł czas, by skupić się na prawdziwym celu naszej wyprawy czyli przekroczeniu magicznego 66°33'39" N. Wiatr o sile ok 1B, prosto w dziób nie ułatwiał nam jednak zdobycia wyczekiwanego przez nas równoleżnika. Tym razem jednak, nikt z nas nie liczył godzin, a ilość przebytych mil w stosunku do odcinka pokonanego w linii prostej do celu, nie zaprzątała nikomu głowy. W suchych ubraniach, z całą załogą na deku, upajaliśmy się słońcem i pięknymi widokami, a odmierzanie czasu pozostawiliśmy ludziom z realnego świata. 
Po ponad dobie "kręcenia się" w poprzek fiordów, stwierdziliśmy zgodnie, że o ile naprawdę koło podbiegunowe nieustannie przemieszcza się po kuli ziemskiej, to od nas zdecydowanie ucieka. Po kilku zwrotach i dokładnym zbadaniu kolejnych linii brzegowych, nadszedł czas na wędkowanie. Wędkowanie nietypowe, gdyż w towarzystwie ciekawskich delfinów skutecznie płoszących nam ryby. Nikt jednak nie miał im tego za złe. Te piękne ssaki przysparzały nam chyba o wiele więcej radości, niż kolejne złowione dorsze, a i tych kilka udało się chwycić na haczyki. Bez gazu w butli nie udałoby nam się niestety nic z nich przyrządzić, więc udaliśmy się na poszukiwania cywilizacji. Kapitan nakreślił na ploterze kurs na pobliski port Aldersund Brygger znajdujący się w As, a po krótkiej chwili naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Port ukryty w wąskim fiordzie otoczony wysokimi górami u podnóży których domki wydawały się być dosłownie zabawkowymi makietami. Myślę, że każdemu z nas dech w piersi zamarł na chwilę, na widok tego miejsca. Trudno uwierzyć, że znaleźliśmy się tam niemal przypadkiem.

08.07. o 16:30 dobiliśmy do kei tej pięknej przystani. Sielanka musiała się jednak w końcu zakończyć. Samoobsługowy dystrybutor paliwa był uszkodzony, punktu wymiany gazu brak. Na szczęście spożywczy sklep jeszcze przez chwilę był otwarty, więc przynajmniej kawa, pieczywo i kilka świeżych warzyw wylądowało tego dnia na pokładzie Ciri. Panowie nie zapomnieli również o zapasach na wieczór kapitański, w końcu "jesteśmy bogaci".
pod owym sklepem napotkaliśmy dwójkę Polaków pracujących aktualnie w tej miejscowości. Rodacy byli bardzo pomocni i życzliwi. Obwieźli nas nawet autem po okolicznych miejscowościach w poszukiwaniu choćby otwartej stacji benzynowej jednak w tych rejonach o godzinie 17:00 można już zapomnieć o jakichkolwiek zakupach poza "spożywką". Zjedliśmy więc to, co udało nam się upichcić na resztkach z turystycznej butli i ruszyliśmy na północ. W końcu od zdobycia koła dzieliło nas zaledwie kilka mil. Podróż przebiegała spokojnie, w dobrych nastrojach, ale we względnej ciszy. Chyba każdy z nas czuł, że zachwilę znajdziemy się u symbolicznych bram Arktyki. Nagle naszym oczom ukazał się przepiękny pomnik Kuli Ziemskiej na wyspie Vikingen, nieopodal Tonnes, symbolizujący właśnie nasz wyczekany cel. Po chwili z nawigacyjnej dał się słyszeć krzyk kapitana. "Dawać tu aparat, szybko do plotera! mamy to!". Mimo, że woda pod nami była wciąż taka sama a brzeg nie obsypał się śniegiem, emocje w nas były ogromne. Myślę, że dla każdej osoby kochającej nie tylko żeglarstwoale szeroko pojęte podróże, ten symboliczny moment, przekroczenia koła podbiegunowego byłby ważnym przeżyciem. 
Krótka chwila na zdjęcia, symboliczna lampka szampana, budyń - dla nas niczym królewski tort - tylko tyle i aż tyle pozostanie w nas bardzo mocnym wspomnieniem i tkwić będzie w każdym z nas do końca życia.
Po kilku chwilach wszystko wróciło do normy. Jedni poszli spać, inni pozostali na deku podziwiać uroki Norwegii. Ja siedziałem przez kolejne dwie wachty "wlepiony"
w skalne formacje na brzegach fiordów jak w telewizor i nie mogłem uwierzyć, że już jutro znajdziemy się w Bodo - ostatnim porcie naszego etapu "I love Norway".

09.07. o godzinie 15:00 w gęstej mgle weszliśmy do Bodo. Tu nasza załoga właściwie skończyła swoją podróż. Pozostało nam tylko odnaleźć punkt wymiany gazu, przygotować jacht do przekazania naszym kolegom, którzy mieli pojawić się na nim już nazajutrz i spakować własne graty, co po udanym rejsie nigdy nie przychodzi z łatwością. 
Wieczorem zasiedliśmy przy ostatniej na rejsie wspólnej kolacji, czyli wieczorze kapitańskim. Podczas sprzątania okazało się nawet, że mamy jeszcze czym celebrować nasze osiągnięcia. Kapitan Mieczysław jakubowski wygłosił kilka wzruszających słów, podsumował i przedstawił nam swoje spostrzeżenia, po czym uczciliśmy nasze wojaże jak należy. Jako, że w Polsce przywykliśmy celebrować przynajmniej do momentu, gdy robi się ciemno, tym razem nie łatwo było nam zakończyć ten wieczór, gdyż słońce w tym terminie nie ma w zwyczaju chować się za horyzontem w Bodo. Udaliśmy się więc na koncert lokalnego gitarzysty, do jednego z pobliskich barów, gdzie na prawdę poczuliśmy klimat tego wspaniałego, choć zupełnie innego niż nasz kraju.

Środa 10.07. przebiegała w ciszy. Energia, która towarzyszyła nam wszystkim do wczoraj, dziś jakby zgasła. Chyba każdy z nas mimo zmęczenia nie mógł uwierzyć w to, że już za chwilę znajdzie się w samolocie a rejs "Za koło podbiegunowe - do bram Arktyki" pozostanie tylko wspomnieniem już na zawsze. Sprzątanie jachtu, torby na kei, pamiątkowe zdjęcie, drobiazgi dla rodzin w lokalnym sklepie z pamiątkami, wspólny posiłek i spacer na lotnisko - tak szybko jak to powyżej opisałem, przebiegł ostatni dzień naszego niezapomnianego rejsu.
Mamy nadzieję, że nie po raz ostatni mogliśmy być gośćmi tych urokliwych jak i tajemniczych miejsc i doczekamy się w przyszłości wielu powrotów, bo dla takich chwil, miejsc i ludzi, warto czekać, podążać za tym i wracać.

Michał  Osyda 

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty

Facebook
Tweet
Google
8
Sierpień
2019

Czy żeglarstwo to tylko woda, wiatr i fale ? Wielu z nas zadaje sobie to pytanie, jak można przygotować rejs tak aby był ciekawszy dla uczestnika. Fundacja 4 Kontynenty zorganizowała kolejną wyprawę „I Love Norway Sail & Trekking – Porta Sailing Team jachtem SY Ciri do ciekawych zakątków tego skandynawskiego kraju. Warto dodać, że uczestnikami rejsów Fundacji 4 Kontynenty są dzieci w wieku od 7 do 12 lat. Już niedługo młodzi adepci żeglarstwa wraz ze swoimi rodzicami wyruszą na „męski” etap „ Fiordy północy Sail & Trekking – dzieciaki w drodze na Nordkapp”. Zachęcamy do przeczytania tekstu z etapu „Fiordy na wyciągnięcie ręki” 

W drugiej połowie czerwca 2019 roku miałem sposobność po raz kolejny wziąć udział w wyprawie żeglarskiej organizowanej przez Fundację 4 Kontynenty, prowadząc jeden z etapów rejsu I Love Norway Sail & Trekking. Przypadło mi w udziale prowadzenie etapu „Fiordy na wyciągnięcie ręki”, ze Stavanger do Bergen. Trasa krótka, a czasu sporo – mieliśmy aż dziesięć dni. Trudno nie wykorzystać takiej sposobności! Wszak w tym rejonie wybrzeża Norwegii znajdują się jedne z najpiękniejszych fiordów i jedne z najciekawszych atrakcji przyrodniczych: wysoki, stromy klif Preikestolen, znajdujący się tuż przy brzegu pięknego fiordu Lysefjord oraz słynny język trolla, czyli Trolltunga – niezwykła, spektakularna formacja skalna w postaci wysuniętego „języka” o długości kilku metrów, wisząca na wysokości 700 metrów nad sztucznym, ale malowniczym jeziorem Ringedalsvatnet. Żelaznym punktem wyprawy był również lodowiec Folgefonna.

Skompletowanie załogi na tak atrakcyjny rejs nie było szczególnie trudne. Tym bardziej, że rejs w założeniu nie miał być specjalnym wyczynem żeglarskim. Przypominał raczej rejs mazurski albo chorwacki, tylko bez upałów, ale żeglowanie po spokojnej wodzie fiordów, nocowanie w portach (a raczej w cichych, klimatycznych przystaniach), osłonięcie od silnych wiatrów i wysokich fal sprawiały, że pod względem nautycznym rejs był raczej łatwy. Za to widoki z pokładu jachtu zapierały dech w piersiach. Strome skały wystające wprost z morza na wysokość ponad tysiąca metrów, chmury nisko żeglujące wśród stoków i szczytów górskich, majestatyczne lodowce, niezliczone potoki i wodospady… A jeśli chodzi o wycieczki górskie… Ale o tym może za chwilę. Najpierw przedstawmy jacht i załogę!

Dwunastometrowy jacht s/y Ciri miałem okazję już obejrzeć wcześniej, podczas majówki 4 Kontynentów „Fiku Miku po Bałtyku”. Jacht nie jest nowy, ale za to nowy jest armator. Jak to bywa w przypadku różnego rodzaju pojazdów, zmiana właściciela zwykle przynosi poprawę stanu technicznego. Tak było również w tym przypadku. Niedawno zakupiony przez armatora jacht został gruntownie wyremontowany i przygotowany do dalekich wypraw. Oczywiście nigdy nie jest tak, że na jachcie już wszystko jest zrobione i nie da się czegoś poprawić, więc armator uważnie wsłuchuje się w głosy kapitanów prowadzących Ciri i zapowiada dalsze zmiany. Moim zdaniem jacht jest godny zaufania. Każdy marynarz powinien kochać statki, a te na pewno mu się odwdzięczą.

Asia – doświadczona żeglarka, pełniła funkcję zastępcy kapitana i była moją prawą ręką na jachcie. Grzesiek i Krzysiek – wytrawni piechurzy górscy. Ich górskie doświadczenie przydało się całej ekipie. W załodze były też Klara, Kasia i Klaudyna. Trzeba podkreślić obecność dwóch dwunastolatek: Igi, córki Kasi, i Julki, mojej rodzonej córki. Dziewczyny dokazywały, do czego miały prawo z racji swojego młodego wieku. Ale ogólnie dawały radę, co trzeba zaakcentować zwłaszcza, że organizator rejsu, Fundacja 4 Kontynenty, szczególnie promuje udział dzieci w rejsach morskich.

Zgodnie z planem, przybyłem do Stavanger dzień przed rozpoczęciem naszego etapu rejsu. Grunt to dobra i przemyślana organizacja. Mogłem zapoznać się dokładnie z jachtem, by następnego dnia na spokojnie, formalnie przejąć dowodzenie jachtem. Poprzednia, czteroosobowa załoga ugościła mnie, a także Grześka i Krzyśka oraz Julkę, jak należy, po żeglarsku. Załoga Igora (notabenearmatora Ciri) ugościła nie tylko nas, ale też grupkę polskich żeglarzy mieszkających w Stavanger. Okazuje się, że polskie załogi mogą nie tylko spotkać w Norwegii żeglarzy-rodaków, ale w razie potrzeby liczyć na ich pomoc. Przekonaliśmy się o tym nie po raz pierwszy, i jak się szybko okazało pod koniec rejsu, nie po raz ostatni. Serdecznie pozdrawiamy polskich żeglarzy mieszkających w różnych zakątkach Norwegii! 

Następnego dzień rano (29 czerwca) pożegnaliśmy poprzednią załogę, a wkrótce na miejsce przybyła moja ekipa. Zasztauowaliśmy przywieziony z Polski prowiant (wysokie ceny w Norwegii sprawiają, że warto zapłacić za dodatkowy bagaż w samolocie i większość zakupów zrobić w Polsce), a następnie przeprowadziliśmy szkolenie. Pozostał jeszcze czas na zwiedzanie urokliwego miasta.

Kolejnego dnia rano pożeglowaliśmy do portu Forsand, aby za radą miejscowych polskich żeglarzy właśnie w tym porcie zatankować jacht. Miejscowość leży u wejścia do ponoć najpiękniejszego norweskiego fiordu Lysefjorden. Stąd mieliśmy nadzieję wyruszyć na zwiedzanie Preikestolen. Okazało się, że jest to możliwe, ale dość kłopotliwe. Należało skorzystać ze szkolnego autobusu, bez gwarancji kursu powrotnego. Dlatego postanowiliśmy opuścić gościnny skądinąd porcik, by na chwilę wpłynąć do Lysefjorden i rzucić okiem na potężne skały wspinające się pionowo z wody na wysokość ponad tysiąca metrów. Fiord ciągnie się na odległość kilkudziesięciu mil morskich, dlatego nie zapuszczaliśmy się w głąb zatoki. Spotkanie ze stadkiem figlujących fok dostarczyło dodatkowych emocji. Z wód zatoki można podziwiać nie tylko Preikestolen, które znajduje się mniej więcej w połowie fiordu, ale również Kjeragbolten, czyli głaz wiszący na niewiarygodnej wysokości 900 metrów nad poziomem morza, zakleszczony między dwoma skałami. Ten cud natury miałem okazję zwiedzić rok wcześniej. Szkoda, że reszta załogi, z braku czasu, nie mogła tego zobaczyć na własne oczy. Jest więc powód, żeby tu jeszcze wrócić. Tymczasem my zawróciliśmy jacht do pobliskiego portu Tau, skąd następnego dnia wyruszyliśmy autobusem na początek trasy do Preikestolen.

Bilet autobusowy do Preikestolen nie jest tani. Jednak są rzeczy, które się nie opłacają, ale i tak warto je zrobić. Wszyscy jesteśmy miłośnikami pieszych wędrówek, dlatego perspektywa wspinaczki do słynnej skalnej ambony nie była dla nas przerażająca. Niestraszne były również przelotne deszcze. Liczne chmury co prawda czasem przysłaniały widoki, ale z drugiej strony dawały tajemniczy nastrój. Julka i Iga cały czas szukały dowodów na istnienie trolli w różnych formach skalnych. Klaudyna, Grzegorz i Krzysztof podczas całej trasy towarzyszyli Klarze, którą bolała noga i musiała iść nieco wolniej. Jakiś duch gór, a może i tajemniczy troll, wynagrodził im za to piękniejszą pogodą u celu wycieczki. Widok z góry na przepiękny fiord mieli niezasłonięty chmurami i mgłami, dzięki czemu zrobili świetne zdjęcia.

Podejście do krawędzi Preikestolen przyprawia o zawrót głowy. Najbezpieczniej po prostu położyć się na skale i wystawić nieco głowę poza krawędź skały. Wrażenia niesamowite… Zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy na jacht.

Kolejny dzień spędziliśmy na wodzie. Tym razem celem był lodowiec Folgefonna. W ciągu tego przelotu tylko na chwilę, to jest zaledwie na około 10 mil, musieliśmy wystawić nos jachtu na „pełne morze”. Nasi dzielni załogowi piechurzy nie są zwykłymi szczurami lądowymi. Są twardzi i robili co mogli, żeby nie pokazać po sobie, że Neptun upomina się o swoją daninę. Na szczęście szybko schowaliśmy się z powrotem w fiordy, a już wieczorem staliśmy przycumowani przy kei w porciku Uskedal. Chociaż miejsce było bardzo klimatyczne, rano popłynęliśmy dalej, do Sunndal.

Powiedzieć, że to miejsce jest piękne, to tak jakby nic nie powiedzieć. Majestatyczne góry odbijają się w spokojnej wodzie fiordu. Górska, rwąca rzeka wpada do morza. A u szczytu doliny widoczny jest jęzor lodowcowy.

Wyruszyliśmy na spotkanie z lodowcem. Na trasie spełniło się marzenie Igi: spotkaliśmy wreszcie fiordy, czyli konie o pięknej, długiej grzywie. I to właśnie te fiordy jedzą z ręki! Na drodze pod górę ustawione są bramy, które należy za sobą zamykać, a to dlatego, że w okolicy pasą się luzem kozy i owce, które do końca wycieczki co chwilę nam towarzyszyły.

Wreszcie dotarliśmy do malowniczego jeziora zasilanego zimną, jasnoniebieską wodą z pobliskiego lodowca. Tutaj urządziliśmy sesję fotograficzną. Przesłaliśmy również specjalne życzenia naszym ojcom, jako że był to Dzień Ojca. Następnie rozdzieliliśmy się. Grzesiek i Krzysiek postanowili wyruszyć w długą i trudną trasę na szczyt góry Fonnabu, skąd mogli podziwiać lodowiec górski Folgefonna w pełnej okazałości. Natomiast ja, Klaudyna, Kasia, Iga i Julka wyruszyliśmy pod czoło jęzora lodowcowego. Trasa była trudniejsza, niż przypuszczaliśmy (wcale nie była „family fun”, jak to określał przewodnik). Dodatkowo była fatalnie oznakowana. Później okazało się, dlaczego. Otóż wiele lat temu wytyczono szlak pod czoło lodowca, ale od tego czasu lodowiec bardzo mocno się cofnął. Teraz czoło jęzora jest znacznie wyżej, a dotrzeć tam jest nie tylko trudno, ale i niebezpiecznie, o czym informują ustawione tablice ostrzegawcze. Niemniej podeszliśmy tak blisko, jak to było możliwe, a naszym oczom ukazała się jaskinia lodowa! Wejście do niej byłoby bardzo niebezpieczne, dlatego oglądaliśmy ją z daleka, ale i tak to, co zobaczyliśmy wewnątrz, było piękniejsze, niż można by przypuszczać. Błękitny lód mieniący się niczym kryształ, świecący światłem przenikającym przez pokrywę lodową. Z bramy lodowej wysokiej na ok. 5 metrów wypływa rzeka lodowcowa w postaci wodospadu. Zobaczyć to na żywo to zupełnie co innego, niż znać zjawisko z podręcznika akademickiego.

Jako że z wykształcenia jestem geografem, wycieczka przypomniała mi wszystkie wiadomości o lodowcach, które zdobyłem na studiach wiele lat temu. Mogłem podziwiać młodą rzeźbę postglacjalną i porównywać ją z rzeźbą naszych Tatr, a nawet z rzeźbą mojego rodzinnego Krakowa. U nas stara rzeźba ze zlodowacenia krakowskiego, a tam świeżutkie moreny i sandry odsłonięte przez lodowiec zaledwie przed kilkunastoma - kilkudziesięcioma latami! Chętnie pokazałbym tempo deglacjacji wszystkim tym niedowiarkom, którzy wątpią w ocieplenie klimatu. Niestety, ten lodowiec, jak i wiele innych, w ciągu kilkudziesięciu lat zniknie z powierzchni Ziemi.

Kolejnym punktem wyprawy był język trolla, czyli Trolltunga. Aby tam dotrzeć, studiowaliśmy przewodniki, rady miejscowych polskich żeglarzy oraz fora internetowe. Wynikało z nich jasno, że trasa jest trudna i lepiej wybrać się przy ładnej pogodzie. Deszczowe dni, ale i prognozy pogody przyczyniły się do tego, że decyzję o wyruszeniu na wycieczkę przełożyliśmy aż na środę (27 czerwca). Dało to nam jednak sposobność do zwiedzenia wielkiego, pięknego wodospadu Tveitafossen w pobliżu portu Konsarvik. Potężne masy wody, pył wodny w otoczeniu wodospadu… To po prostu trzeba zobaczyć. Oczywiście Grzesiek, najlepszy piechur z naszej załogi, pobiegł pod górę zobaczyć trzy pozostałe wodospady… Ale nie każdy jest maratończykiem. Większość z nas zadowoliła się tym jednym. W wiosce po drodze nad wodospad zwiedziliśmy niewielki, trzynastowieczny kościółek. Wokół niego cmentarz, gdzie nowe groby sąsiadują ze starymi, kilkusetletnimi. Naszą uwagę zwróciło również malowidło na ścianie wewnątrz kościoła. U stóp anioła namalowany był nie tyle zwykły diabeł, co… goblin! To ślad przenikania się religii chrześcijańskiej z wcześniejszymi, pogańskimi wierzeniami w czasach chrystianizacji.

Na końcu przepięknego fiordu Hardangerfjord spodziewalibyśmy się równie klimatycznego porciku jak te, które mijaliśmy do tej pory. Niestety, zarówno Tyssedal, skąd wyruszają wycieczki do Trolltungi, jak i Odda, to niewielkie, ale przemysłowe miasta z dymiącymi kominami. W Tyssedal jest jedna przystań, ale dla miejscowych żeglarzy, więc nas wyproszono. W Oddzie podobna marina tylko dla autochtonów, i tylko jedna maleńka kejmiejska – maksymalnie na wa jachty – bez prądu i bez wody, na szczęście wolna. Trudno, dobre i to. W końcu przypłynęliśmy tutaj nie po to, aby stać w porcie, a iść na wycieczkę. Świecące słońce zachęcało właśnie do tego, dlatego w środę rano wyruszyliśmy autokarem do Skjeggedal, potem jeszcze busem 4 kilometry stromo pod górę po asfalcie, aby rozpocząć kilkugodzinną, pieszą, górską wycieczkę do jednego z najsłynniejszych miejsc w Norwegii. Początkowo trasa pnie się w górę, ale nie jest aż tak trudna, jak to opisują przewodniki. Niejedna tatrzańska trasa jest znacznie trudniejsza. Po około 2 kilometrach szlak wiedzie rozległym płaskowyżem. Niemniej szlak jest bardzo długi, więc ostrzeżeń nie należy lekceważyć. To w końcu góry. Pogoda może się zmienić bardzo szybko, może na przykład przyjść mgła (nam to się przytrafiło w drodze powrotnej!), więc nawet tutaj można zgubić drogę. Znowu niezawodne okazało się doświadczenie Grześka, który pewnie prowadził nas nawet przy ograniczonej widoczności. A do tego niósł dodatkowy prowiant, wodę (i inne niezbędne rzeczy…).

Widoki z góry są obłędne. A sama Trolltunga… Nie bez przyczyny kolejka do zrobienia zdjęcia na języku trolla jest bardzo długa. Niestety, część z nas miała pecha, bo zanim przyszła ich kolej do pamiątkowej fotki, całą okolicę osnuła mgła. Za to spełniło się marzenie Julki – mogła wreszcie „zjeść chmurę”!

Wkrótce po powrocie na jacht okazało się, że mimo iż Odda jest osłonięta ze wszystkich stron, to silny wiatr, który się podniósł wieczorem, utworzył krótką, spiętrzoną falę. Jacht zaczął skakać niebezpiecznie przy maleńkiej kei. Nie było innego wyjścia – trzeba było opuścić port. Do końca rejsu było już mało czasu, więc płynęliśmy prawie dobę przez fiordy przy dość silnym wietrze w pobliże portu docelowego.

Zatrzymaliśmy się w porcie Kleppholmen. Według mapy głębokość wejścia wynosi w nim 0,5m. Trochę dziwne, bo widać, że w porcie stoją jachty. Telefon do bosmana utwierdził nas jednak w przekonaniu, że wejście jest bezpieczne i głębokie. Porcik prowadzony jest przez starsze małżeństwo, których zdjęcia i pamiątki z wypraw rozwieszone są w salce klubowej udostępnionej gościom. Tutaj spędziliśmy resztę wieczoru w miłej atmosferze.

Rano już krótki przeskok do Bergen na spotkanie z Mietkiem, kapitanem następnej załogi. Tutaj odwiedził nas również Grzegorz – kolejny polski żeglarz mieszkający w Norwegii. Podarował dla jachtu kilka drobiazgów, m. in. wkrętarkę, awaryjne żagle i inne przydatne przedmioty. Załoga zwiedziła miasto –między innymi słynny targ rybny i dzielnicę starych magazynów portowych Bryggen –a także wjechała kolejką na górę, skąd rozciągał się piękny widok na miasto i okolicę.

I tak zakończył się kolejny udany rejs, z wesołą załogą, tym razem rejs żeglarsko-trekkingowy. Udało się osiągnąć wszystkie założone cele, wspomnienia pozostaną na zawsze. Dla mnie osobiście najważniejsze jest to, że żeglarstwo chyba spodobało się mojej córce, Julce. 

Pełną relację z całej wyprawy Fundacji 4 Kontynenty „I Love Norway 2019” Sail & Trekking – Porta Sailing Team można śledzić dzień po dniu na blogu https://4kontynenty.pl/pl/blog

Marcin Filipiak 

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty

Facebook
Tweet
Google
20
Czerwiec
2019

SY Ciri wśród fiordów – I Love Norway 2019 Porta Sailing Team. Rozpoczął się długi, bo prawie trzymiesięczny rejs jachtu Ciri po norweskich fiordach.

Wyruszyliśmy ze Szczecina 8 czerwca 2019 r., po drodze do Stavanger odwiedzając Kopenhagę, wyspę Anholt, Skagen i Flekkefjord. Był to pierwszy etap armatorski rejsu I love Norway 2019 zorganizowanego przez Fundację 4 Kontynenty.

Pierwsze godziny rejsu przebiegły spokojnie. Wiał niezbyt silny wiatr z kierunków wschodnich, bez wysiłku żeglowaliśmy wzdłuż niemieckiego wybrzeża Morza Bałtyckiego do pierwszego portu – Kopenhagi. Jacht płynął spokojnie kołysany niezbyt dużymi falami. Czas płynął leniwie, nocne wachty załoga urozmaicała rozmowami i przekąskami, które oferował bogato zaopatrzony kambuz, zaprowiantowany jak stołówka w modnym kurorcie. Szafki, jaskółki i lodówkę wypełniały po brzegi różnorodne potrawy gotowe, półprodukty, smakołyki oraz napoje.

Podejście do Kopenhagi wywołało poruszenie dość rozleniwionej spokojną żeglugą załogi. Dziesiątki jachtów, motorówek, statków, kontenerowców i wycieczkowców przecinały cieśninę Sund w różnych kierunkach i jachtowy AIS nieustannie alarmował o możliwości bliskiego kontaktu z którąś z jednostek. Na brzegu górowała potężna spalarnia odpadów, z igielitowym torem dla narciarzy, na dachu. W Kopenhaskiej marinie panował spory ruch. Na szczęście łatwo znaleźliśmy miejsce do cumowania. W manewrach portowych pomógł klubowicz mariny, przez żeglarzy zwany niedźwiedziem, ze względu na okazałą sylwetkę. Stanęliśmy u wylotu ścieżki wiodącej do syrenki, co jak się okazało miało swoje konsekwencje, o których z chwilę.

Kopenhaga – królewsko i odlotowo

W Kopenhadze akurat odbywał się Royal Run - biegi na 1 milę i na 10 km. Na odcinku 10 km przez miasto tradycyjnie biegł przedstawiciel królewskiego rodu, książę Danii Frederik z rodziną. Z powodu biegów większość ulic w centrum pozamykano, a chodniki zapełnione były biegaczami i turystami. Na szczęście nad głównymi arteriami komunikacyjnymi przerzucono mostki dla pieszych. Klucząc wśród barierek i tłumów dotarliśmy do restauracji Ankara, która bywa żelaznym punktem załóg Fundacji 4 Kontynenty. Restauracja ….Oferuje bogate menu open table. Wieczorem odwiedziliśmy wyjątkowe miejsce: Christianię – dzielnicę artystów i wszelkiej maści odszczepieńców. W Christianii, zajmującej miejsce po wojskowych koszarach, obowiązuje jakaś niepisana umowa z władzami miasta. Tuż po ósmej rano falami nadciągnęli japońscy turyści. Traktem od kopenhaskiej syrenki wysypywali się wprost na nabrzeże, przy którym stała Ciri i ustawiali do zdjęć tuż przy burcie. Czasami, dla efektowniejszych kadrów, wchodzili nam na jacht. Niektórych sami zapraszaliśmy, co kończyło się zazwyczaj dodatkową sesją fotograficzną z załogą, i głębokimi ukłonami.Nie łatwo było zostawiać Kopenhagę, odpuściliśmy kilka miejsc, które wypada zobaczyć. Ale czas naglił, spieszyliśmy do Flekkefjord, chcieliśmy zahaczyć o Anholt. Do tego prognozy pogody często nie pokrywały się ze rzeczywistością, nie gwarantując, że dotrzemy do celu w zaplanowanym terminie. Przed południem oddaliśmy cumy i przez Sund popłynęliśmy na północ, by wkrótce dotrzeć do zamku Kronborg znajdującego się w Helsingor. Płynąc z dość silnym prądem stoczyliśmy pojedynek na nerwy z kursującymi między Helsingor. a Helsingborgiem promami. Dwa promy mijały się w odległości 200-300 metrów od siebie, a my pomiędzy nimi kręciliśmy kółka czekając, aż przepłyną. Kronborg, zwany zamkiem Hamleta jest bramą Sundu. Za nim zaczyna się Kattegat. Potężna forteca, wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco, stanowiła kiedyś symbol panowania Danii na tych wodach. Przez wieki żeglarze musieli tu uiścić opłatę, aby przedostać się z Kattegatu do Sundu. Opłata która zasilała królewski skarbiec.

Anholt – raj fok i samotników

Wyspa Anholt jest doskonałym miejscem do wypoczynku. I jak się okazuje także do życia. Niestety niewielu stać na tak odważny krok i ucieczkę z miasta, chociaż Dania wprowadziła program zasiedlenia wyspy oferując dom i zwolnienie z wszelkich opłat przez kilka miesięcy. Na wyspie mieszka około 130 osób(dane z 2017 roku). Turyści docierają tu promem i jachtami, których w marinie w sezonie cumuje nawet kilkadziesiąt.Na wiatry w Kattegacie narzekać nie możemy. Nocne podejście do Anholt, przez rozległe mielizny, przy dużym zafalowaniu, i dość silnym wietrze od strony wejścia do portu okazało się trochę stresujące. Siła wiatru wzrosła, w porywach osiągając 6B, do tego z chmur, które podążały za nami od południa zaczął padać deszcz. Podejście do Anholt nie jest oświetlone. Nie ma wyznaczonego toru, nie ma nabieżników, świecą się jedynie główki portowe.W nocy, przy zafalowaniu i wschodnim wietrze robi się nieciekawie. Aby dostać się do mariny od południa, należy minąć kardynałkę zachodnią, następnie wybrać kurs północno wschodni i po jakimś czasie wschodni. Nas, silny, przeciwny wiatr zmusił do halsowanie pośród płycizn, więc uważnie wpatrywaliśmy się w ekran plotera. Na szczęście, kiedy dopadła nas burza, byliśmy już o dwie mile od mariny. Uruchomiliśmy silnik i w strugach deszczu, z błyskawicami za rufą doczłapaliśmy się za główki falochronu.Rano na Anholt zaświeciło słońce. Było przyjemnie ciepło. Załatwiliśmy formalności portowe w automacie, który wydał nam też kartę do prysznica, zjedliśmy śniadanie i pieszo wyruszyliśmy na mierzeję znajdującą się po drugiej stronie wyspy. Szybkim marszem po schodkach, krętych ścieżkach, pośród nielicznych domów, drzew i krzaków dotarliśmy na wzgórza, skąd rozpościerał się widok na piękną plażę i błękitną wodę oraz kolonię przyczep kempingowych, otoczonych płotem. Chaotycznie rozstawione przyczepy wraz z krzywymi budkami podręcznych magazynków, stolikami, parasolkami nie pasowały do urody wyspy. Sam błękit morza dla wypoczywających w Międzyzdrojach, czy na Helu może być zaskoczeniem. Pomijając czystość tutejszych plaż, czy stan infrastruktury, kolor wody przypomina ten znany z Chorwacji. Dno widać na głębokości kilku metrów. Trudno uwierzyć w nasz ogólnonarodowy brak szacunku do przyrody i przyzwolenie, by w Polsce ścieki z pól i zakładów nadal bezkarnie trafiały do morza. Kontynuowaliśmy wędrówkę wewnętrznymi ścieżkami wyspy. Jej północno-wschodnia część okazała się pustynna i pozbawiona wysokiej roślinności. Jak podaje Wikipedia pustynia na Anholt, podobno największa w północnej Europie, jest dziełem człowieka. Drzewa w tej części wyspy wycięto pod budowę latarnii morskiej. Obecnie postępuje dalsza erozja gleb, dlatego tereny te częściowo zamknięte są dla turystów, których tu zresztą spotykaliśmy niewielu.Niechcący zboczyliśmy ze szlaku i na skróty dotarliśmy na wydmy przy mierzei. Z góry dostrzegliśmy, że cała mierzeja zajęta jest przez foki. Focze rodziny z małymi, wylegiwały się na piasku, a pośród nich spacerowały mewy. Raczej nie powinno nas tu być, tu musi być rezerwat. Zawróciliśmy więc i plażą, mijając symboliczne barierki broniące dostępu do rezerwatu, dotarliśmy do latarni morskiej.Przy latarni stoi drewniana budka, a w niej fantastycznie wielka lorneta. Jej zasięg pozwala podglądać życie fok na mierzei. Ale foki spotkać można także pod latarnią, gdzie bawią się i polują w bliskiej odległości od brzegu. Czasami nawet odpoczywają na plaży pozwalając ludziom zbliżyć się na kilka metrów. Do mariny wracaliśmy plażą. Miałem ochotę pobiegać, więc zostawiłem załogę i po plaży, na przemian po grząskim piasku i kamieniach, boso, buty trzymając w rękach pobiegłem do mariny. Wyszło prawie prawie 10 km. Choć nie biegam od ponad pół roku, nie czułem zmęczenia, bolały tylko nogi, od nierównego i grząskiego terenu.

Skagen – ładniejszy Hel

Kolejnym punktem jest Skagen. Nazwa fonetyczna to „skejen”, na co zwracają nam uwagę Polacy mieszkający w Danii. Niestety z racji opóźnienia, w Skagen stoimy tylko kilka godzin. Zwiedzamy centrum i kupujemy zaopatrzenie bo przed nami tylko już Norwegia 

14 czerwca po południu ruszamy na najdłuższy odcinek rejsu. 180 Nm do Flekkefjord.Wiatru nie ma, godzinami bujamy się na silniku. Mijamy miejsce gdzie wody Bałtyku stykają się z Morzem Północnym. Podobno różnica w zasoleniu powoduje, że morza nie mieszają się ze sobą, dlatego w miejscu styku widać różne odcienie wody i dziwne falowanie, jakby fale trafiały na tkwiące pod powierzchnią wody skały.Parę godzin później wiatr rośnie do 3B, z kierunków wschodnich, co pozwala już na minimalną żeglugę na żaglach, które, z racji sporego zafalowania i słabego wiatru, niemiłosiernie strzelają. Usztywniamy grot kontraszotem. Od dłuższego czasu od strony duńskiej obserwujemy ciemne chmury. W pewnym momencie gęstą mgłą rozlewają się po morzu zakrywając brzegu i płynące statki. Refujemy żagle i za chwilę dostajemy silny boczny wiatr. Mimo refów log pokazuje, że pędzimy 8 węzłów. Mocno pada deszcz. Na szczęście w falami radzi sobie autopilot, a my chowamy się w zejściówce.Od tej pory Morze Północne serwuje nam regularnie dość wysokie fale i mocny wiatr w okolicach 6B, który jak po sznurku prowadzi nas do Flekkefjord. 

Flekkefjord – polskie miasteczko, jak nigdy wcześniej

Niecałe dwie doby później wpływamy między fiordy. Do Flekkefjord mamy około 10Nm. Podziwiamy drewniane domy, tuż nad lustrem wody, wciśnięte pomiędzy skaliste zbocza, z pomostami, przy których cumują łodzie. Nad domami górują lasy. Cudowne miejsce na wypoczynek, choć dla niektórych Norwegów to także stałe miejsce do życia.. Przed Flekkefjord mijamy jeszcze dwie kosmiczne platformy naftowe.Po g. 22 jest nadal jasno. Wprost z mariny udajemy się do miasta, gdzie odbywa się festiwal szantowy zorganizowany przez polskie małżeństwo, od lat mieszkające w Norwegii. Niewielka scena i spory tłumek widzów. Tańczą, albo popijają drinki i piwo. Na lewo i prawo od sceny znajdują się tarasy restauracji, zajęte są chyba wszystkie stoliki. Na scenie polski Banana Boat. Krzyczy ze sceny lider zespołu: – „A może tak, a może nie” - it’s mean: „maybe not, maybe yes” - singing together in polish. – Wiemy, wiemy co to znaczy – odkrzykuje mu ktoś po Polsku. Czujemy się jak u siebie. Wspaniała atmosfera. Języki: norweski, angielski i polski mieszają się ze sobą. I tylko cena piwa, ok. 40 zł za plastikowy kubek 0,4ltr, sprzedawana w foodtrucku, przypomina, że to jednak inny kraj. Koncerty kończą się przed północą występem gwiazdy festiwalu -Pyrates. Na nas czeka jeszcze impreza na cumującym obok Roztoczu. Na jachcie świetna atmosfera i załoga, której kapitanem jest Marek Popiel, wspaniały człowiek, o ciepłym charakterze. Rano dostajemy MMSa: zdjęcie gazety z Flekkefjord. W niej relacja z festiwalu, na zdjęciu część naszej załogi.Dzień zaczynamy od wspinaczki na taras widokowy górujący nad całą zatoką. Zawracam jednak w pół drogi, żeby przeprowadzić przegląd jachtowych urządzeń. Wieczorem u Pawła i Agnieszki zaczyna się pofestiwalowe afterparty. Nadal grzebię pod pokładem, dołączam więc do załogi dopiero wieczorem. Na stole pierogi, sałatki, ciasto, wszystko jest dziełem Agnieszki. Pierogi wegańskie są najsmaczniejsze, więc kiedy przychodzę, zastaję już tylko ich wspomnienie. Wszyscy w doskonałych humorach, szanty, w wykonaniu Pawła, lecą jedna za drugą. Są też rozmowy o kolejnej edycji festiwalu w przyszłym roku. Impreza przeciąga się do zmierzchu, czyli sporo po północy.Rano, podśpiewując „Rolling to Stavanger” szykujemy się do ostatniego etapu rejsu. Do Stavanger jutro przylatuje nasza zmiana: Marcin z załogą. My 19 czerwca odlatujemy do Polski.Płyniemy wygodnie południowym wiatrem. Po 80 Nm jesteśmy u celu. Przed Stavanger, do którego płynie się w kierunku południowym, podobnie jak na Anholt towarzyszą nam silny wiatr w nos, deszcz i temperatury w granicach 10-12 stopni C.Rano Stavanger znów wita nas słońcem i ciepłem. Sprzątamy, odpoczywamy i gościmy norweską Polonię. Mówią, że dobrze im się tu żyje. Zwiedzają Ciri i zapewniają, że słoneczna pogoda, jest jednak wyjątkiem i mamy szczęście, bo zazwyczaj pada. Przyjeżdża Marcin – kapitan drugiej załogi.Marcina wprowadzam w tajniki obsługi jachtu. Mamy jeszcze czas na zwiedzanie, zakup pamiątek. Na koniec nocne Polaków rozmowy do trzeciej rano. Przed czwartą siedzimy już w autobusie na lotnisko. W Polsce podobno upały, ale do samolotu wsiadamy w kurtkach. 

Igor Morye - armator jachtu SY Ciri 

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty

Facebook
Tweet
Google
8
Maj
2019

Fiku Miku po Bałtyku, czyli czwarta edycja największej majówki pod żaglami na Morzu Bałtyckim z Fundacją 4 Kontynenty dobiegła końca. W tym roku żeglarze popłynęli do Szwecji, by uczcić 100 lat relacji dyplomatycznych Szwecji i Polski. 

W majówkowy rejs żeglarze wypłynęli 27 kwietnia z Górek Zachodnich. Rejs trwał siedem dni i zaczął się w Narodowym Centrum Żeglarstwa AWFiS. Tu na 63 żeglarzy z różnych rejonów Polski czekało osiem jachtów, sprawdzonych już w poprzednich rejsach Fundacji 4 Kontynenty. Najpierw jednak odbyło się spotkanie żeglarzy z Januszem Maziaszem, kierownikiem bazy ratowniczej Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa w Górkach Zachodnich. Podczas spotkania Szef gdańskiego SAR przekazał żeglarzom wiele cennych rad dotyczących bezpieczeństwa na morzu. Poprosił, by żeglarze zanotowali sobie nr telefonu do SAR: +48 505 050 971. 

Po spotkaniu były koncert i kolacja. Popularne szanty wyśpiewał i zagrał żeglarzom Grzegorz Tyszkiewicz. Kameralna sala pozwoliła docenić talent i niezwykły, mocny głos znanego wykonawcy. Po kolacji w tawernie NCZ AWFiS, wszyscy spotkali się na tarasie, by na tle mariny zrobić wspólne zdjęcie. 

Punktualnie o godzinie ósmej wieczorem osiem jachtów Fundacji 4 Kontynenty wyruszyło z Górek Zachodnich i obrało kurs na Visby na Gotlandii. Bałtycki wicher nie był dla żeglarzy łaskawy. Już pierwszej nocy przywitał flotyllę deszczem, burzą i szkwałami, które na szczęście nie były długotrwałe i intensywne.. W kolejne dni Neptun okazał się łaskawszy. Pewnie dlatego, że spora część załogantów oddała za burtę należny hołd władcy mórz. Przyjazna atmosfera sprzyjała żegludze, a żeglarzom nie przeszkadzały nawet temperatura powietrza w okolicach 10st C i wiatr, który zdecydował się mocno wiać i napędzać nasze jachty.

W Visby powróciły zdrowie i humor. Był czas na odpoczynek, zwiedzanie i wspólną zabawę. To niewielkie, urokliwe, zadbane i czyste miasteczko o tradycjach hanzeatyckich posiada liczne zabytki: stare magazyny, spichlerze, ruiny kościołów, katedra i mur obronny. Ma bogatą i ciekawą, sięgającej X wieku historię, założonego przez średniowiecznych Wikingów miasteczka. W przeszłości miasto było świadkiem wydarzeń związanych z najazdami Duńczyków, Niemców oraz zwykłych piratów. Dziś Visby jest popularnym ośrodkiem turystycznym, chętnie odwiedzanym w letnim sezonie. Poza sezonem ruch jachtów w marinie jest zdecydowanie mniejszy, ale spotkanie załóg z Polski jest bardzo prawdopodobne. Sama Gotlandia jest również bardzo ciekawa, ale turyści znacznie rzadziej się zapuszczają w głąb wyspy. Pomocna tutaj może być wypożyczalnia rowerów, samochodów i motocykli. Wypożyczalnia znajduje się w recepcji mariny. Dwóch uczestników wyprawy skorzystało z tej możliwości, i po całodziennej wycieczce motocyklowej wrócili zachwyceni.

Po sprawdzeniu prognozy pogody i uważając na możliwe o tej porze roku sztormy, flotylla wyruszyła w dalszą podróż. Południowy wiatr ułatwił szybki przelot do wybrzeży kontynentalnej Szwecji. Następnie, jakby na zamówienie odwrócił się na południowo-zachodni, umożliwiając żeglugę w cieśninie kalmarskiej, między szwedzkim szkierowym wybrzeżem a Olandią. Po dobie żeglugi bajdewindem, a pod koniec na silnikach, wszystkie jachty pojawiły się przy kei w Kalmarze. Postój nie był zbyt długi, ponieważ program rejsu był mocno napięty. Nawet ten krótki czas pozwolił wypocząć - żeglarze zachwycali się komfortem i czystością portowej infrastruktury i uruchomioną specjalnie dla nich sauną - i zwiedzić starówkę oraz piękny zamek kalmarski, ważny element szwedzkiej historii i kultury. Twierdza w ciągu swojej wielowiekowej historii była wielokrotnie oblegana przez różne wojska. Warto odnotować, że w 1589 roku zamek kalmarski był zdobyty w przez wojska króla polskiego Zygmunta III Wazę. Rejs jednak miał podkreślić to, co łączy narody polski i szwedzki. Dlatego żeglarze włożyli specjalne, przygotowane na ten cel oficjalne koszulki rejsu, z symbolami podkreślającymi setną rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Szwecją.Stojące w marinie jachty odwiedziła przedstawicielki miasta Kalmar: Lindy Peterssonz Departamentu Zagranicznego, Elisabeth Heimark-Sjögren zastępca szefa Parlamentu Kalmar przekazały na ręce Mariusza Noworóla, Prezesa Fundacji 4 kontynenty, inicjatora i organizatora żeglarskiej majówki drobne upominki dla żeglarzy. W podziękowaniu za gościnę żeglarze podarowali miastu flagę Fundacji 4 Kontynenty, i jak sami podkreślali: - Kalmar skradło nasze serca, na pewno tu jeszcze wrócimy. 

W drogę powrotną na Hel, wiatry sprzyjały żegludze. Szybki przelot na południową stronę Bałtyku trwał ok. 1,5 doby. W Helu jachty pojawiły się w sobotę rano. Czas załogom upłynął na odpoczynku i zwiedzaniu. Hel oferuje sporo atrakcji. Jest tu fokarium, latarnia morska, spacery, plaża i umocnienia wojenne. Wieczorne spotkanie w tawernie Kapitan Morgan, przy smacznej rybce i muzyce pełne było wrażeń i wspomnień kończącego się właśnie rejsu. Rozmowy, tańce i śpiewanie szant trwały do białego rana. 

Rejs zakończył się 5 maja w Górkach Zachodnich, ale żeglarze już planują już następne rejsy i spotkania. Nawiązane kontakty i przyjaźnie na pewno zaowocują licznymi wyprawami, i może nie tylko żeglarskimi.

I tutaj dochodzimy do miejsca, gdzie koniecznie trzeba podziękować 

- Fundacji 4 Kontynenty za organizację największej żeglarskiej majówki akwenu Morza Bałtyckiego 

- sponsorowi firmie Porta KMI Poland 

- ratownikom z SAR z Górek Zachodnich za szkolenie, śledzenie wyprawy i gotowość do niesienia pomocy,

- Grzegorzowi Tyszkiewiczowi za świetną zabawę na koncercie,

- Patronat medialny Miesięcznik Żagle 

- Marszałkowi Województwa Dolnośląskiego

- Marszałkowi Województwa Małopolskiego 

- Maciejowi Szafran który reprezentował Narodowe Centrum Żeglarstwa AWFiS

- Ambasadzie Królestwa Szwecji w Polsce - Pani Bratumiła Pettersson Koordynatorka ds. Komunikacji i Promocji Szwecji, Pani Konsul Magdalena Pramfelt

- Jolancie Murawskiej z Kancelarii Prezydenta Miasta Gdańsk 

- kapitanom i załogom za świetną zabawę i promocję żeglugi na Morzu Bałtyckim

Flaga na maszt Bałtyk jest nasz, piękny i urokliwy. Jeszcze wciąż z nieznanymi lądami czekające na swoje odkrycie. „Nieznane lądy Bałtyku” to kolejna wakacyjna propozycja rejsu wzdłuż wybrzeży naszego Morza Bałtyckiego.

Marcin Filipiak

Facebook
Tweet
Google
3
Kwiecień
2019

Pływanie z dziećmi po morzu to wspaniała przygoda. Warto jednak nie iść na żywioł i dobrze się do takiego rejsu przygotować.

  • Dokąd płynąć?

Planując rejs morski po raz pierwszy, należy wybrać akwen gwarantujący w miarę stabilną pogodę. Nic tak nie zniechęci do dalszych podróży po morzu jak stanie za kołem sterowym w strugach deszczu i zimnie. Akwen Morza Śródziemnego, Wyspy Kanaryjskie, Karaiby – z pewnością dostarczą nam niezapomnianych i ciepłych wrażeń. Pamiętajmy jednak, żeby wyznaczając termin rejsu wziąć pod uwagę lokalne wiatry występujące na danym akwenie w określonych porach roku. Sztorm nawet w najpiękniejszym egzotycznym porcie nie jest przyjemny.W wyborze idealnego miejsca na rodzinne wakacje pomogą nam specjalizujące się w organizacji rejsów firmy. Doświadczenie żeglarskie nie jest potrzebne. Możemy albo wyczarterować jacht ze skipperem – taka opcja sprawdzi się, gdy będziemy chcieli rozpocząć naszą żeglarską przygodę w towarzystwie przyjaciół i ich pociech i sami wybrać trasę, albo dopisać się do listy członków załogi rejsu organizowanego "od a do z” w określonym terminie i na konkretnej trasie.

  • Daleko jeszcze?

Na początek dobrze wybrać się w rejs typowo turystyczny, którego głównym założeniem jest relaks, a nie bicie rekordów w czasie spędzonym na morzu.Dzieci zazwyczaj nie lubią długich przelotów, dlatego trasę warto podzielić na krótsze odcinki. 4-5 godzin płynięcia non stop to maksymalny czas trwania etapu podróży, po którym powinna nastąpić przerwa – kąpiel na kotwicowisku, łowienie ryb, plażowanie, czy wejście do portu. Każdy taki przerywnik wprowadza życie na pokładzie, wymaga od dzieciaków aktywnego udziału w manewrach – choćby przy obsłudze odbijacza lub klarowaniu lin i daje możliwość sprawdzenia się. Nawet moja trójka pływająca od małego i zaprawiona w bojach po kilku godzinach w morzu zadaje pytanie: daleko jeszcze?Jeżeli dłuższy przelot jest konieczny- warto zaplanować go nocą, a dzień poświęcić na budowanie domków w piasku, kąpiele i inne przyjemności.

Tylko nie nuda.....

Może zdarzyć się, że dzieci mają już dość oglądania skaczących delfinów, wypatrywania statków, stania za kołem sterowym i zabaw linami. Do planowanego postoju zostało jeszcze trochę czasu, a one chciałyby zrobić „coś”. Rysowany dziennik podróży, gry karciane typu Uno, Doble, Piratatak, szanty – z pewnością umilą im chwile na jachcie, a nam zapewnią upragniony spokój. Na pocieszenie dodam, że już samo bujanie relaksuje. Dzięki temu ryzyko, że nasze pociechy w przypływie energii rozniosą jacht znacząco spada.

  • Co zabrać i w co się spakować?

Dzieciaki warto zaopatrzyć w lekką nieprzemakalną kurtkę i spodnie, ewentualnie kalosze. W czasie deszczu i tak będą siedziały pod pokładem – nikt nie lubi moknąć. Dobrze jest wziąć ze sobą ciepłą czapkę, aby osłonić uszy przed wiatrem, który nawet latem potrafi dać się we znaki, a także czołówkę - ułatwi poruszanie się po pokładzie w nocy, a w dzień np. zwiedzanie jaskiń. Śpiwory raczej nie będą potrzebne - na jachcie zazwyczaj jest pościel, a nawet ręczniki. Warto jednak przed podróżą potwierdzić to z czarterującym.Mówi się, że dobry kapitan w czasie sztormu pije w porcie piwo. Niezależnie od trafności tego stwierdzenia w czasie pływania może zaskoczyć nas silniejszy wiatr, czy wyższa fala. Dlatego dobrze jest mieć ze sobą coś na chorobę morską. W przypadku dzieci nieźle sprawdzają się plastry na chorobę lokomocyjną, popularne leki typu Aviomarin, wyjście na świeże powietrze albo sen.Oczywiście na chorobę morską możemy cierpieć także w porcie, gdy nic nie wieje - czego jestem żywym przykładem, ale takie przypadki zdarzają się rzadko i nie ma co brać ich pod uwagę.Niezależnie od tego, co zdecydujemy się ze sobą zabrać - należy się spakować w miękkie torby, które po rozpakowaniu można zwinąć i schować w bakiście. Twarde walizki na kółkach, chociaż wygodne w podróży, na jachcie nie sprawdzą się.

  • Bezpieczeństwo

Za bezpieczeństwo na jachcie odpowiedzialny jest kapitan. Ale to nie znaczy, że jesteśmy zwolnieni z obowiązku przestrzegania podstawowych zasad. Dzieci przebywające na pokładzie powinny być ubrane w pas ratunkowy, wyposażony w tzw. wąsy umożliwiające wpięcie się w osprzęt (aby nie wypaść za burtę). Przed rejsem warto dopytać jakiego rodzaju pasy ratunkowe znajdują się na jachcie – czy są to pasy pneumatyczne, czy korkowe. Pasy korkowe są mniej wygodne i w takiej sytuacji warto poprosić armatora, aby zapewnił zwykłą kamizelkę ratunkową dla dziecka i szelki.

Nawet przy pięknej pogodzie, podczas pływania, dzieci nie powinny opuszczać kokpitu. A jeśli już – bo akurat delfiny skaczą przed dziobem – wyłącznie w asyście osoby dorosłej.

Tu warto dodać, że koło sterowe także znajduje się w kokpicie. Przy lżejszych warunkach pogodowych spokojnie można pozwolić dziecku sterować, oczywiście pod kontrolą skipppera. Chociaż wszystko zależy od dziecka. Mój jedenastoletni syn nie ma problemu z utrzymaniem kursu nawet przy bardzo silnym wietrze. I to on zazwyczaj on jest prawą ręką kapitana w prowadzeniu jachtu, gdy ja choruję. Niebawem rusza ze swoim tatą w dwutygodniową wyprawę „Fiordy północy Sail & Trekking - dzieciaki w drodze na Nordkapp”.Czeka go prawdziwie męska przygoda. Rejs ojców z synami organizuje Fundacja 4 Kontynenty. 

https://4kontynenty.pl/pl/news/i-love-norway-2019-sail-trekking.html

Rejsy morskie to dla mnie jeden z najcudowniejszych sposobów spędzania wolnego czasu z rodziną, zwiedzania, poznawania nowych ludzi, ich kuchni i zwyczajów. Dzieciaki po każdym wracają naładowane energią, szczęśliwe i od razu pytają, kiedy znów płyniemy. To wszystko jest w zasięgu ręki – wystarczy się odważyć.

Wyremontuj z nami jacht dla dzieci 

Magdalena Hejna

Fundacja 4 Kontynenty

www.4kontynenty.pl

 

Facebook
Tweet
Google
25
Marzec
2019
Kapituła Śląskich Nagród Żeglarskich ogłosiła nominowanych w sześciu kategoriach. Nagrody zostaną ogłoszone podczas Gali Carbonów, która obędzie się w piątek, 29 marca wieczorem, podczas Festiwalu JachtFilm w Teatrze Ziemi Rybnickiej w Rybniku.

Celem nagród jest popularyzacja żeglarstwa i jego tradycji, uhonorowanie ważnych osiągnięć żeglarskich na Śląsku, kształtowanie i rozwijanie świadomości żeglarskiej i wyróżnienie dokonań w dziedzinie organizacji wydarzeń i wychowania wodnego dzieci i młodzieży. 

Oto nominowani w poszczególnych kategoriach.

Kategoria I - Wyprawa/Rejs roku:
• "Spitsbergen - Jan Mayen-Grenlandia-Islandia" - kpt. Marek Kapołka, organizator: JoinUs, jacht-  s/y Join Us
• "Zobaczyć Horn" -  kpt. Andrzej Pochodaj - organizator Śląski Yacht Club przy Politechnice Śląskiej w Gliwicach, jacht s/y Selma
• "Wyprawa na Grenlandię" - Kpt. Robert Przybysławski i Kpt. Krzysztof Popek, organizator: Ocean H2O Rybnik, jacht s/y JoinUs
• „Rejs na 100 lecie Niepodległości - Wyprawa dookoła Wysp Brytyjskich 2018” - Kpt. Mariusz Noworól, organizator: Fundacja 4 Kontynenty, Jacht - s/y Jazon

Kategoria II - Regaty/ Wydarzenie Roku:
• Rybnickie Regaty Żeglarskie 2018 - Rybnik, organizator TS Kuźnia Rybnik
• XXIV Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży w Żeglarstwie „Śląskie 2018”, Goczałkowice - Pszczyna - organizator Śląska Federacja Sportu i Śląski Okręgowy Związek Żeglarski
• Szancik - Festiwal Piosenki Żeglarskiej dla dzieci - Gliwice, Organizator Śląski Yacht Club 

Kategoria III - Żeglarz Roku:
• Mariusz Noworól - Yacht Club OPTY
• Katarzyna Harc - TS Kuźnia Rybnik

Kategoria IV - Trener Roku:
• Jacek Błaszczyk - Sekcja żeglarska TS Kuźnia,
• Kamil Stęplowski - KW LOK GARLAND Gliwice,

Kategoria V - Nadzieja Roku:
• Olga Hanslik - KW LOK GARLAND Gliwice 
• Kacper Błaszczyk - Sekcja żeglarska TS Kuźnia Rybnik
• Bartłomiej Mierzwa - Sekcja żeglarska TS Kuźnia Rybnik

Kategoria VI - Nagroda Specjalna:
• KW LOK Garland Gliwice
• Sekcja Żeglarska TS Kuźnia Rybnik
• Andrzej Rosicki - Liga Morska i Rzeczna Gliwice

- Podobnie jak w poprzedniej edycji Carbonów, otrzymaliśmy sporo zgłoszeń. Świadczy o tym, że takie nagrody się przyjęły i wpisały na stałe do kalendarza śląskich wydarzeń żeglarskich - podsumowuje kpt Janusz Koper, przewodniczący Kapituły. - Wybór nominacji nie był łatwy, dlatego dziękuję bardzo szacownym członkom Kapituły za pracę i merytoryczny wkład w tegoroczną edycję Carbonów. W wielu przypadkach rozszerzyliśmy liczbę nominacji aby uhonorować warte tego osiągnięcia. Do zobaczenia na Gali w Teatrze Ziemi Rybnickiej 29 marca.

Nad całością Śląskich Nagród Żeglarskich czuwa Kapituła w składzie:
• Przewodniczący Kapituły: Kpt. Janusz Koper - Wiceprezydent Rybnika
• Marian Krupa - trener, Prezes Śląskiego OZŻ
• Kpt. Szymon Kuczyński - wybitny samotniczy żeglarz oceaniczny

Oficjalna strona Śląskich Nagród Żeglarskich to www.slaskiezagle.pl gdzie można znaleźć wszystkie potrzebne informacje.
Facebook
Tweet
Google
11
Sierpień
2018

Pierwsza cześć rejsu „I love Norway” była poświęcona żegludze z dziećmi, przy okazji po raz kolejny przekroczyliśmy koło podbiegunowe. Drugi etap rejsu to już żeglarstwo i trekking po Lofotach dwoma jachtami. Daniel Kitel drugi raz z nami wędrował po dalekiej północy i podzielił się swoimi wrażeniami. My ze swojej strony już zapraszamy na kolejną edycję i „Love Norway 2019” szczegóły już niedługo.

Nasz dwutygodniowy żeglarsko-trekkingowy etap w kierunku Lofotów zaczęliśmy w Bodø. Na potrzeby rejsu zaangażowane zostały dwa jachty: s/y Faworyt i s/y Elektra. Po wylądowaniu w Bodø spotkaliśmy część ekipy, która przyleciała wcześniej - pojawili się na lotnisku by pomóc przenieść bagaże na łódki. Część z nas przywiozła ze sobą dodatkowy bagaż jedzenia z Polski - ceny żywności w Norwegii potrafią być dwukrotnie lub nawet trzykrotnie większe. Dodatkowe pary rąk do niesienia prowiantu okazały się zbawcze po długiej podróży z przesiadkami. Następnego dnia oddajemy cumy mając w planie dopłynąć do Lofotów. Kilka godzin po nas wypływa za nami s/y Elektra. Wpływając na coraz bardziej otwarte wody, bez osłony pobliskich wysp, odczuwamy coraz mocniejszy wiatr - i to w dodatku z zachodu, co przy naszym kursie dawało idealny ‘wmordewind’. W Planie było dopłynąć do Reine. Jednak wiatr przybierał na sile, podmuchy sięgały 35 węzłów a prognozy na następne godziny pokazywały jeszcze większy wiatr i deszcz.

W związku z tym zmieniliśmy kurs - na Kjerringøy. W porcie ciężko było o miejsce lecz w końcu cumujemy przy portowej ścianie nadbrzeżnej, która okazuje się najlepszą osłoną od wiatru. Ze względu na pływy konieczna była praca przy cumach co kilka godzin. Prognozy na dzień następny były jeszcze gorsze. Na morzu szalał regularny sztorm o sile 9B z niekorzystnym zachodnim wiatrem a temperatura odczuwalna to jakieś 8 st. Celsjusza. W związku z tym cały wtorek przeznaczyliśmy na zwiedzanie okolicy. W środę rano wiatr słabnie do 20 węzłów i wieje z NW. Czekamy na uspokojenie się martwej fali na morzu i po południu wypływamy dwoma jachtami w stronę Lofot - kurs na Reine. Stawiamy genuę i płynąc bajdewindem robimy 50 mil morskich. S/Y Faworyt pięknie się prowadzi ostrym bajdewindem - chwilami płyniemy 8 węzłów. 

Lofoty witają nas spowite lekką mgłą, wiatr cichnie. W Reine cumujemy o 2 ‘w nocy’ - tej porze roku słońce nie chowa się za horyzont więc dzień panuje nieprzerwanie.

Czwartek przeznaczamy na zwiedzanie tej malowniczej miejscowości. Wszędzie czuć woń ryb rozchodzącą się od tzw. stockfish’y, których jest pełno na wyspie Moskenesøya. Rozpogodziło się na dobre!! Wykorzystujemy to i po śniadaniu wspinamy się z mozołem na Reinebringen. Tam na górze stoi się nad ponad 440 metrową przepaścią. Widok z góry na Reine, fjordy i łańcuch wysp wynagradza naszą dwugodzinną wspinaczkę - istny LandscapePorn!!!

Następnego dnia robimy krótki 10-cio milowy skok na następną wyspę Flakstadøya do miejscowości Nussfjord. Podczas żeglugi wieje nam słaby wiatr z NW. W Nussfjord spotykamy ekipę s/y Elektra, która zacumowała tu dzień wcześniej. Marina jest kameralna i posiada nietypowe klimatyczne muzeum, w którym znajdują się prysznice i sauna. Zwiedzamy okolicę, zgodnie z mapą mamy wiele ścieżek trekkingowych do wyboru - jednak same szlaki nie są dobrze oznakowane. Na szczęście nie musimy się spieszyć bo dziś, jutro, pojutrze… nie ściemni się - więc można trochę pobłądzić.  S/Y Elektra odpływa w tym czasie do Reine.

Ranem  obieramy kurs na Stamsund. Mamy do pokonania zaledwie 16 mil morskich, wiatr słaby i niezmiennie z NW, więc żeglujemy powoli pośpiechem się brzydząc… Udaje nam się złowić 3 dorodne dorsze, które szybko lądują na talerzu dzięki rezolutnej wachcie kambuzowej. Stamsund - kolejny port, kolejne miejsce do eksploracji! Zachęceni obrazkami z przewodnika wyruszamy na trekkingowy spacer. Chodzimy poniżej szczytów, robiąc zdjęcia okolicy. Jednak trudy całego dnia dają się we znaki dlatego robimy krótszą trasę by wrócić o północy na łódkę. S/Y Elektra przypływa do nas nad ranem.

Naszym kolejnym celem jest port w Svolvaer. Stawiamy wszystkie żagle i leniwie płyniemy półwiatrem. Gdy wiatr słabnie zrzucamy żagle i na silniku krążymy nad płytką wodą łapiąc kolejne dorsze - warto było taszczyć sprzęt wędkarski z Polski! Dopływamy do dużego Svolvaer - tutaj jest wiele tras do trekkingu i gór do wspinania. Nasza grupa wspina się na majestatyczne Floya.

Płyniemy dalej - czas na popularny Trollfjord - wąski fjord ze stromymi zboczami gór wznoszącymi po obu stronach.

Czas biegnie nieubłaganie a wszystko co dobre zbyt szybko się kończy. Płyniemy w stronę ostatniego naszego portu w Tromso gdzie na s/y Faworyt i Elektra czekają załogi następnego etapu. Dwa tygodnie to zdecydowanie za mało żeby zwiedzić region norweskich Lofotów z poziomu morza i lądu. Pozostaje naturalny niedosyt ale też motywacja by w przyszłości tam jeszcze wrócić. To był bardzo udany rejs! Zdecydowanie mogę teraz powiedzieć ‘I Love Norway !!’ 

Daniel Kitel 

Facebook
Tweet
Google
17
Lipiec
2018

Dzieci na pokładzie jachtu podczas rejsu to nie lada wyzwanie dla rodziców. Na pierwszym miejscu budzą się w nas obawy, jak to będzie? Brak stabilnego gruntu pod nogami, dookoła tylko woda, choroba morska, czym zająć dzieci aby się nie nudziły? Mamy nadzieję że ten artykuł zachęci was do wspólnego żeglowania z pociechami. To relacja Magdaleny Hejna – mamy Krzysia, Juli, Zuzy – z rejsu Fundacji 4 Kontynenty "I love Norway"

Zapierające dech krajobrazy, krystalicznie czysta woda, fantastyczne przeżycia – to wszystko stanęło mi przed oczami, gdy Maciek zaproponował mi rejs po północnej Norwegii z Fundacją 4 Kontynenty.

Mieliśmy pojechać razem z naszymi dziećmi: 11-letnim Krzysiem, 9-letnią Julią i prawie 7-letnią Zuzią oraz naszą przyjaciółką Katją, jej pięcioletnią córeczką Mają oraz kolegą Rafałem. Cieszyłam się, chociaż miałam pewne wątpliwości: jak dzieciaki zniosą podróż, czy nie będą się nudzić na jachcie i co z chorobą morską. Ze swojej strony jednego mogłam być pewna – Neptun mi nie odpuści.

Moje intymne niemal z nim relacje są tematem wielu anegdot. Choruję nawet na promie. I chociaż jestem jachtowym sternikiem morskim, pływam głównie po śródlądziu, gdzie fala mi niestraszna.

Maciej pojechał do Trondheim – skąd zaczynaliśmy naszą podróż – dzień wcześniej, aby przejąć jacht. Reszta miała lecieć z Gdańska, co oznaczało że musimy o 7 rano wsiąść do Pendolino. Dwie matki, czwórka dzieci, 80 kg rejestrowanego bagażu i 6 bagaży podręcznych po 10 kg każdy. Do tego kanapki i woda, książki, kolorowanki i kredki oraz planszówki, jeden pies, jeden królik i jeden kot– na szczęście pluszaki.

Wyglądałyśmy przezabawnie. Wsiadałyśmy i wysiadałyśmy na raty. Dzieciaki dzielnie zniosły podróż. Trondheim przywitało nas przepiękną pogodą: 22 stopnie i słońce, które jak się szybko przekonaliśmy rzeczywiście nigdy nie zachodziło.

Uzbrojona w plastry akumpunktunowe trasnsway na chorobę lokomocyjną oraz biodraminę ściąganą specjalnie na tę okazję z Hiszpanii (użytkownicy zarzekali się, że można po niej nawet czytać książki w kingstonie) z duszą na ramieniu weszłam na pokład "Elektry" i postanowiłam się nie dać. Dzieciaki postanowiły zaś zrobić to, co lubią najbardziej – poszły na ryby. Trudno było je potem zagonić na kolację i do spania – bo przecież "jeszcze jest jasno".

Następnego dnia, po uzupełnieniu zapasów jedzenia przywiezionych z Polski o jajka i mleko, wypłynęliśmy. Widoki zapierały dech w piersiach. Surowy krajobraz Norwegii jest niezwykły. Wyspy i wysepki, kamienie, mech, błękitna woda. Naprawdę warto było.

Około północy dopłynęliśmy do Djupfest, gdzie zobaczyliśmy fantastyczną ferię barw. Słońce zbliżyło się do horyzontu i natychmiast zaczęło wschodzić.

Rano dzieciaki zajęły się zbieraniem muszli i innych skorupiaków. Mogliśy więc spokojnie przygotować śniadanie na portowym tarasie.Około południa wypłynęliśmy. Po drodze chłopaki postanowili pójść po ryby. W jednej chwili nałowili tyle, że starczyło na porządny obiad.

W czasie postoju gwałtownie zmieniła się pogoda. Zaczęło wiać i podniosła się fala. Łyknęłam biodraminę i wyszłam na pokład, żeby nie kusić losu. Katja też poczuła się niewyraźnie. Tymczasem Kulka czytała książkę. Zuzia z Krzysiem grali w karty, a Maja zmęczona usnęła. Tyle w temacie choroby morskiej.

W deszczu dopłynęliśmy do Vingsand, gdzie po krótkim postoju ruszyliśmy dalej. Wiedzieliśmy, że około południa ma zmienić się pogoda i przyjść sztorm. Chcieliśmy zdążyć do portu Villa Havn zanim rozszaleje się na dobre. Wchodziliśmy przy silnym wietrze. Ale potem żywioł pokazał swoją moc. Deszcz padał pod kątem prostym. Wiał tak silny wiatr, że trudno było iść.

Następnego dnia pogoda nieco się uspokoiła. Nie na tyle, żeby wypłynąć. Ale na tyle, żeby pójść na wycieczkę. Ubrani po czubek nosa w sztormiaki zdobyliśmy lokalny szczyt, znaleźliśmy kilka kilogramów muszli, skorup krabów, szczypców i innych skarbów. Wieczorem prognoza poprawiła się i ruszyliśmy dalej. Mieliśmy jednak świadomość, że nie będzie to łatwy odcinek. Po sztormie fala wynosiła ponad cztery metry, a my spory kawałek musieliśmy wypuścić się w morze. Dzieciaczki poszły spać. Fala rzeczywiście była olbrzymia. Mój żołądek dosyć szybko ją poczuł. Usiadłam więc w kokpicie i postanowiłam się nie ruszać, licząc że w ten sposób przetrwam. Rafał trzymał się dzielnie. Maciek stał za sterem i miał się świetnie.

Zuzia, Kulka i Krzyś obudzili się dość szybko. Zuzia stwierdziła, że ma dość tej huśtawki na dziobie, wzięła śpiwór i razem z Krzyśkiem położyli się w mesie, a Kulka przeniosła się na rufę. Po chwili wszyscy smacznie spali. Ja na pokładzie modliłam się o przetrwanie. Maciek widząc mnie cierpiącą zaproponował mi tort ze smalcu. Wizualizacja tego smakołyku przyśpieszyła moje spotkanie z Neptunem. Dzięki tej krótkiej rozmowie nieco ożyłam, niestety na krótko. Około 4 rano dopłynęliśmy do Rorvik. Po szybkim prysznicu i zatankowaniu wody pitnej, ruszyliśmy dalej. Wiatr ucichł, a morze uspokoiło się. Płynęliśmy na silniku. Stałam za sterem. Krajobraz zupełnie się zmienił. Niskie skały stały się górami z dużą ilością zieleni. Wyszło słońce. Po prostu bajka.

W tych cudownych okolicznościach przepłynęliśmy obok Torghatten – znanej góry z dziurą. Dzieciaki siedziały na pokładzie.

Krzyś i Kulka sterowali na zmianę z Rafałem. W tej sielankowej atmosferze dopłynęliśmy do Bronnosyund skąd po krótkich zakupach popłynęliśmy na ryby. Ceny w sklepie zszokowały nas na tyle, że musieliśmy odreagować.

Wieczorem przekroczyliśmy północne koło podbiegunowe. Od razu zrobiło się chłodniej. Planowaliśmy kąpiel, aby to uczcić, ale nawet dzieciaki nie miały odwagi wejść do wody. W nocy dotarliśmy do Sleneset. Najpiękniejszego portu, jaki widziałam. Stamtąd udaliśmy się do Stott i w końcu dotarliśmy do Bodo.

Nasza wyprawa się skończyła. Moje obawy o dzieci nie potwierdziły się. Ten rejs był dla nich wspaniałą przygodą. Miały okazję sprawdzić się jako załoga. Krzysiek spełnił swoje największe marzenie - sterował jachtem morskim pod pełnymi żaglami. Poza tym dużo czytały, rysowały, grały w gry planszowe, wypoczęły. Zwiedziły piękne miejsca, świetnie się bawiły. My zresztą też.

Rejs "I love Norway" to tylko jeden z wielu zorganizowanych przez "4 Kontynenty". Fundacja realizuje wiele innych ciekawy projektów żeglarskich, jak majówka "Fiku Miku po Bałtyku", o której pisaliśmy na stronie "Żagli", trwający właśnie rejs dookoła Wysp Brytyjskich czy nagrodzona przez Kapitułę Śląskich Nagród Żeglarskich Carbony 2018 wyprawa "Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców".

Kolejny ambitnym celem Fundacji jest organizowanie rejsów na własnym jachcie. Takim jest Commander 32, przekazany Fundacji przez dotychczasowego właściciela. Jednostka wymaga jednak gruntownego remontu. W planach jest między innymi odnowienie i malowanie kadłuba , wymiana elektryki, odświeżenie wnętrza, podwieszenie i laminowanie kila, wymiana olinowania stałego, okuć i stalówek, montaż AIS i wymiana silnika. 

"Portem macierzystym będzie Gdańsk, a my będziemy organizować na nim szkolenia i rejsy wzdłuż polskiego wybrzeża. Jak zawsze będą to wydarzenia non profit" – informują przedstawiciele Fundacji.

Więcej informacji na stronie http://www.4kontynenty.pl/pl/news/czas-na-pierwszy-sy-4-kontynenty-prosimy-o-pomoc.html

Magdalena Hejna 

Facebook
Tweet
Google
6
Maj
2018

Kolejna przygoda za nami. Tym razem największą majówkę na akwenie Morza Bałtyckiego, organizowaną przez Fundację 4 Kontynenty, objął Honorowym Patronatem Pan Jacek Krupa, Marszałek Województwa Małopolskiego. Kolejny raz, promując żeglugę po akwenie Morza Bałtyckiego, popłynęliśmy na wschód. Osiem jachtów, ośmiu skiperów, osiem załóg, a każda mówiła „mój kapitan był najlepszy”.

Neptun był dla nas łaskawy i udało się zrealizować całą zaplanowaną trasę. Dopisaliśmy do historii Fundacji 4 Kontynenty kolejne 540 mil i pierwsze 5 portów w programie „100 portów w 360 dni na 100 lecie odzyskania niepodległości przez Polskę”.  Okazało się, że również odwiedzona przez nas w tym roku Łotwa świętuje taką samą rocznicę.  W majówce po raz kolejny nie zabrakło zagranicznych gości, tym razem z: Anglii, Holandii i Litwy.  Litwin przyjeżdża do Polski, żeby płynąć na Litwę? – ciekawe…. ale prawdziwe.

Zacznijmy jednak od początku

W sobotę 28 kwietnia rano, w dwóch  portach: Gdańsk (7 jachtów), Gdynia (1 jacht) skipperzy  Fundacji 4 Kontynenty odebrali jachty i rozpoczęło się okrętowanie załóg. Kilka następnych godzin spędziliśmy na przygotowaniu jachtu do wypłynięcia, zdarzyła się nawet wymiana żagli na nowiutkie, prosto z żaglowni. Zaopatrzenie, planowanie zajęć na czas rejsu zajęło większość dnia, na kei było gwarno i ruchliwie. Co chwilę desant na ląd – takie doświadczenie przyda się w czasie rejsu. Będzie o tym pamiętał zwłaszcza załogant, który został bohaterem dnia, kiedy wylądował w wodzie razem z niesionym przez siebie prowiantem. Akcja ratunkowa wymagała spostrzegawczości – trzeba wyciągnąć człowieka, który przypominał zagubioną foczkę, ale też paczki z makaronem, pomidory, ziemniak, torebki z budyniem…… Czas płynął szybko. Około południa dołączyła do nas startująca z Gdyni S/Y Ruth, byliśmy zatem w komplecie, w Marinie  Narodowego Centrum Żeglarstwa AWFiS, gotowi do wypłynięcia. 

O godzinie 19:00  wszyscy stawili się na zbiórce przed wyjściem w morze. Przywitał nas Pan Maciej Szafran, pełniący obowiązki dyrektora ośrodka, opowiedział o marinie, planach jej rozwoju i zapraszał na przyszłoroczne atrakcje. Najważniejszym punktem zbiórki był plan rejsu i omówienie warunków meteo, czyli tego, co czekało nas na morzu przez najbliższe godziny.

Ruszmy punktualnie o 21:30. Bezchmurne niebo, cisza na wodzie, wokoło już zmrok, jacht po jachcie majestatycznie opuszcza port. Cała flota, w składzie S/Y Faworyt, S/Y Elektra, S/Y Chiron 2, S/Y Ruth, S/Y Reset, S/Y Sifu of Avon, S/Y Migotka, S/Y Abeba ruszyła w morze, zgodnie z planem do Pavilosty, kierując się światłami wyznaczającymi tor żeglugi.

Jeśli wszystko idzie łatwo, to jest nudno, ale nie na naszym rejsie. Szybko pojawiły się pierwsze zmiany. Obecność najmłodszego, trzyletniego uczestnika wyprawy na pokładzie S/Y Abeba sprawiła, że ich pierwszym portem stało się Władysławo, a potem popłynęli na Bornholm. Tej nocy mieliśmy też akcję ratunkową. Silnik na S/Y Migotka odmówił współpracy, co przy wietrze o sile 2-3 kn uniemożliwiało żeglugę. Padł przekaźnik, trzeba było odpalić silnik „na złodzieja”, a S/Y Migotka w asyście S/Y Sifu of Avon udała się do najbliższego portu, czyli do Helu. Czasem tak bywa…. ale wadliwy element udało się wymienić i wszystko już działało. 

Reszta jachtów płynęła zgodnie z planem. Wschód słońca podziwialiśmy przy flaucie. Ciszę mąciły czasem lekkie podmuchy wiatru, które sprawiały, że pełni nadziei stawialiśmy żagle, ale i tak po godzinie trzeba było znów je zwinąć. Szczęście jednak się do nas uśmiechnęło, z czasem trochę się rozwiało i mogliśmy popłynąć pod żaglami do samej Pavilosty.

W poniedziałek, ok. godziny trzynastej S/Y Elektra jako pierwsza przycumowała w porcie Pavilosta, a w ciągu kilku godzin byliśmy już w komplecie, wszyscy we wspaniałych humorach. Warto przypomnieć o trwającym tam remoncie zachodniego  falochronu portu i dość niskim stanie wody między falochronami -  zaledwie  2,5 meta głębokości. Nie było to dla nas zaskoczenie, aktualne informacje o warunkach podejściowych do portu Pavilosta otrzymaliśmy wcześniej od polskich pracowników uczestniczących w pracach remontowych na pogłębiarce. Ostatni przypłynął S/Y Reset, podkreślając tym „wielkim wejściem” szczególną okazję – rocznicę 18 urodzin jednej z naszych uczestniczek. Wszyscy czekaliśmy na nich na kei i gdy tylko zacumowali razem zaśpiewaliśmy Agacie „Sto lat”.  Mamy nadzieję, że spontaniczny komentarz Jubilatki „bezcenne wrażenia” oznacza, że się podobało.  Potem niezbędne formalności, uproszczona kontrola dokumentów (konieczna crew list), wizyta straży granicznej i mogliśmy „zwiedzać” Pavilostę.

Wizyta naszych 45 żeglarzy sprawiła, że Pavilosta stała się na chwile polskim miastem na Łotwie. Czas stanął tu w miejscu, nie znajdziecie tu tłumu ludzi, marketów, ani galerii handlowych. Miasteczko to urokliwe uliczki ze starymi chatami rybackimi którym pełni polotu architekci dają kolejny okres świetności. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdujemy dzikie piaszczyste plaże oraz otaczający je las sosnowy. Cisza i spokój zapewniają niczym nie zmącony, niepowtarzalny relaks. Mieszkańcy są pozytywnie nastawieni do gości, można porozumieć się po angielsku, łatwiej jednak w języku rosyjskim. 

Wtorek, 1 maja to dzień „historycznych wydarzeń o światowym zasięgu”. Zaczęło się od meczu piłki nożnej Polska (4Kontynenty) – Łotwa (Pavilosta) na murawie boiska portowego. W trakcie meczu dołączył do nas burmistrz miasta Pavilosta wraz z chargé d'affaires a.i. Ambasady Polskiej na Łotwie Panią Eweliną  Brudnicką. Przyczyniliśmy się w ten sposób również do powstania kolejnych planów współpracy polsko-łotewskiej. Po meczu Pani Ewelina wraz z rodziną i pracownikami ambasady, którzy przyjechali się z nami spotkać, wybrali się na krótki rejs po Bałtyku na pokładzie S/Y Faworyt i S/Y Ruth. Wszyscy wrócili z uśmiechami na twarzach, choć trochę przechylało. Wieczorem mieliśmy okazję do wielkiej integracji przy wspólnym ognisku. Były kiełbaski, były śpiewy i dużo zabawy do białego rana.

Rano nadszedł moment pożegnania z Pavilostą. Warunki pogodowe się poprawiły i dalszą podróż - do Lipawy mogliśmy odbyć na pełnych żaglach. W Lipawie czekał już na nas S/Y Sifu of Avon, który po asyście S/Y Migotka wypłynął naszym śladem i przygotował naszej armadzie miejsca w porcie. Tuż obok, majestatyczny S/Y Zawisza Czarny z dzielną załogą sumiennie pełniącą wachtę trapową. Przystanek był krótki. Z samego rana ruszyliśmy dalej, aby odwiedzić jeden z największych Bałtyckich portów, Kłajpedę. Neptun znów był dla nas łaskawy i większość trasy przepłynęliśmy pod pełnymi żaglami, choć morze pokazało też swoje pazury. Wiatr momentami wiał z prędkością 35 kn, co nie było bez znaczenia dla kondycji niektórych załogantów. Prawie na każdym jachcie pojawili się „prezesi” czyli  spotkania na reling party. Wchodziliśmy wejściem południowym i północno zachodnim. Jak się okazuje, można wchodzić do portu z każdej strony, w zależności od warunków meteo i od tego, jakie widoki wydają nam się najciekawsze.

Marina Old Castle w Kłajpedzie była przygotowana na naszą wizytę, wcześniej zarezerwowaliśmy tam miejsca, dzięki czemu wszystkie nasze jachty stały obok siebie. Dużą atrakcją dla załogi była możliwość samodzielnego otwarcia zwodzonego mostu, który odgradza marinę. Na podejściu do portu tradycyjnie cost guard wywoływał każdy jacht i pytał o niezbędne szczegóły. 

W Kłajpedzie byliśmy gośćmi Związku Polaków na Litwie, a Pani Irena zabrała nas na zwiedzanie miasta. Nasza urocza Przewodniczka opowiedziała nam o historii i ciekawostkach Kłajpedy. Ciepły głos Pani Ireny przenosił nas w przeszłość i znów wracaliśmy do teraźniejszości podziwiając i fotografując miasto. 

Piątkowym popołudniem ruszyliśmy w stronę naszej Ojczystej Ziemi i przez kolejne godziny przemierzaliśmy wody Bałtyku biorąc kurs na Hel, gdzie dotarliśmy w sobotę. Trzeba przyznać, że zachód i wschód słońca były tym razem absolutnie wyjątkowe i niesamowite. Widoki naprawę zapierały dech w piersiach.

W helskiej marinie spotkały się wszystkie jachty, biorące udział w wyprawie, nie tylko S/Y Migotka, ale również S/Y Abeba dotarły na czas. Wieczorem wszystkie załogi majówki Fiku Miku Po Bałtyku  Fundacji 4 Kontynenty świętowały szczęśliwy powrót do Polski w słynnym Kapitanie Morganie, śpiewając do rana szanty i opowiadając historie z dalekich mórz.

Rano każdy jacht wyruszył w ostatni etap rejsu - do portu macierzystego i tak w niedzielne popołudnie dobiegła końca największa żeglarska majówka na akwenie Morza Bałtyckiego. Wróciliśmy ze wspaniałymi wspomnieniami, nowymi przyjaźniami i planami na przyszłe wyprawy. Nikt się już nie dziwił, dlaczego Litwin przyjechał do Polski, żeby popłynąć na Litwę.

Zapraszamy uczestników tegorocznej majówki Fiku Miku Po Bałtyku  oraz wszystkich, którzy chcieliby spróbować żeglarstwa morskiego  na przyszłoroczną edycję -  majówki pod żaglami Fiku Miku po Bałtyku 2019, tym razem chcemy zawędrować na Gotland…… 

 

Bądźcie z nami i niech Neptun nam sprzyja!

Mariusz Noworól

Facebook
Tweet
Google
2
Kwiecień
2018

Po zeszłorocznym spotkaniu z krainą misia polarnego, gdzie żeglowaliśmy podziwiając wszystkie odcienie bieli i błękitu, w tym sezonie proponujemy krainy mieniące się zielenią. 

Krajobrazy Dani, Norwegi, Szetlandów, Szkocji, nie mówiąc już o Irlandii, to przepiękne niziny i wzgórza pobarwione zielenią bujnych traw. Pod koniec lata wszechobecna zieleń zostaje przyprószona fioletem kwitnących wrzosów stając się prawdziwą ucztą dla oczu. W tym wspaniałym krajobrazie stworzonym przez naturę, możemy zobaczyć też niesamowite ruiny zamków pamiętających czasy Robin Hooda. 

Żeby tam dotrzeć, czeka nas żegluga przez kapryśny Bałtyk, ruchliwe Cieśniny Duńskie i zawsze groźne Morze Północne. Po drodze czekają piękne i dzikie Szetlandy i niesamowita wysepka Fair. Trzeba będzie przecisnąć się przez legendarną cieśninę Pentland Firth, której dno jest usłane wrakami setek statków, a później przepłynąć przez burzliwe wody wokół północno-zachodniej Szkocji. W nagrodę czeka nas degustacja najlepszych whisky na wyspie Islay i zwiedzanie Belfastu, miasta z mocno pokręconą współczesną historią.

Zagłębimy się w zatoki i zatoczki mało znanego, dzikiego i rzadko odwiedzonego zachodniego wybrzeża Irlandii, gdzie z braku portów będziemy również kotwiczyć w miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc. Odwiedzimy Dublin i skosztujemy prawdziwego Guinessa, a później poszukamy spokoju w leniwych walijskich i angielskich miasteczkach. Na Kanale La Manche przepłyniemy przez arcytrudną nawigacyjnie Cieśninę Solent i wpłyniemy do Londynu Tamizą aż do samego Tower Bridge. Będziemy liczyć pływy i prądy, a może nawet namierzać się na gwiazdy. Obowiązkowo zawitamy do Amsterdamu pooddychać tamtejszym powietrzem . Zrobimy bezcłowe zakupy na Helgolandzie i przez Kanał Kiloński powrócimy na nasz kochany Bałtyk. 

Płyniemy jachtem s/y „Jazon” typ Dehler 37. 

Cała trasa jest podzielona na 8 etapów, które są w gestii poszczególnych kapitanów:

Info: kliknij bezpośrednio na imię nazwisko kapitana otworzy się wiadomość. 

 

ETAP

  POCZĄTEK

    KONIEC

DATA ROZPOCZĘCIA

DATA ZAKOŃCZENIA

DNI 

  KAPITAN            

KONTAKT

1

GDAŃSK

GÖTEBORG

śr

6-cze-2018

śr

20-cze-2018

15

Mariusz Noworól 

696914676

2

GÖTEBORG

BERGEN

śr

20-cze-2018

pn

2-lip-2018

13

Igor Godlewski

501125952

3

BERGEN

INVERNESS

pn

2-lip-2018

wt

17-lip-2018

16

Sylwia Mażulis

 

4

INVERNESS

BELFAST

wt

17-lip-2018

śr

1-sie-2018

16

Jacek Jaworski

601916739

5

BELFAST

DUBLIN

śr

1-sie-2018

pn

20-sie-2018

20

Marek Kapołka

604658803

6

DUBLIN

LONDYN

pn

20-sie-2018

śr

5-wrz-2018

17

Mariusz Głowka

601303070

7

LONDYN

ŚWINOUJŚCIE 

śr

5-wrz-2018

pt

21-wrz-2018

17

Leszek Warchoł

695055789

8

ŚWINOUJŚCIE

     GDAŃSK

pt

21-wrz-2018

so

29-wrz-2018

9

Leszek Warchoł

695055789

 

Zapraszamy do udziału w wyprawie Wokól Wysp Brytyjskich 2018 

Facebook
Tweet
Google
20
Marzec
2018

Kapituła Śląskich Nagród Żeglarskich Carbony 2018 ogłosiła nominowanych w sześciu kategoriach. Nagrody zostaną ogłoszone podczas Gali Carbonów, która obędzie się w piątek, 23 marca wieczorem, podczas Festiwalu JachtFilm w Teatrze Ziemi Rybnickiej w Rybniku.

Celem nagród jest popularyzacja żeglarstwa i jego tradycji, uhonorowanie ważnych osiągnięć żeglarskich na Śląsku, kształtowanie i rozwijanie świadomości żeglarskiej i wyróżnienie dokonań w dziedzinie organizacji wydarzeń i wychowania wodnego dzieci i młodzieży.

Oto nominowani w poszczególnych kategoriach:

Kategoria I – Wyprawa/Rejs roku
Odra dla Zuchwałych – Śląski Yacht Club przy Politechnice Śląskiej w Gliwicach.
Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców –  Fundacja „4 Kontynenty”
Wodniackie wakacje – 6 Harcerska Drużyna Żeglarska Rybnik, ZHP Chorągiew Śląska, Hufiec Ziemi Rybnickiej.

Kategoria II – Żeglarz Roku
Szymon Szymik – Bielsko Biała
Wiktor Kobryń – AWF Katowice
Mariusz Noworól – Yacht Club OPTY

Kategoria III – Regaty/Wydarzenie Roku
Mistrzostwa Polski w Match Racingu, Rybnik Match Race 2017
Rybnickie Regaty Żeglarskie 2017
Śląski Festiwal Filmów Żeglarskich – JachtFilm 2017

Kategoria IV – Trener Roku
Jacek Błaszczyk – Sekcja żeglarska TS Kuźnia
Kamil Stęplowski – KW LOK GARLAND Gliwice

Kategoria V – Nadzieja Roku
Michał Wądek – KW LOK GARLAND Gliwice
Katarzyna Harc – Sekcja żeglarska TS Kuźnia Rybnik
Kacper Błaszczak – Sekcja żeglarska TS Kuźnia Rybnik

Kategoria VI – Nagroda Specjalna
Kpt. Jerzy Radomski, Jastrzębie Zdrój
Jerzy Matyja, Rybnik
MT Partners, Gliwice

– Bardzo cieszymy się, że mimo pierwszej edycji Carbonów, otrzymaliśmy sporo, bo około 40 zgłoszeń – podsumowuje kpt. Janusz Koper, przewodniczący kapituły. – Duża liczba świadczy o tym, że takie nagrody są potrzebne i wierzę, że na stałe wpiszą się do kalendarza śląskich wydarzeń żeglarskich. Wybór nominacji nie był łatwy, dlatego dziękuję bardzo szacownym członkom kapituły za pracę i merytoryczny wkład w tegoroczną edycję  Śląskich Nagród Żeglarskich Carbony.

Nad całością Śląskich Nagród Żeglarskich czuwa kapituła w składzie:
Przewodniczący Kapituły: Kpt. Janusz Koper – wiceprezydent Rybnika
Kpt. Joanna Pajkowska – samotnicza żeglarka oceaniczna
Mateusz Kusznierewicz – żeglarz, mistrz olimpijski, wiceprezes PZŻ
Marian Krupa – trener, prezes Śląskiego OZŻ

Oficjalna strona Śląskich Nagród Żeglarskich

 
 
Facebook
Tweet
Google
1
Marzec
2018

Krakowski Rejs roku 2018

Zaczęło się od marzenia….

Potem były rozmowy, mnóstwo spotkań, kiedy pomysły przybierały konkretny kształt i wiele, wiele godzin pracy. To wszystko sprawiło, że udało się! W roku 2017 Fundacja 4 Kontynenty zorganizowała wyprawę ”Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców” - dwoma jachtami na daleką Arktykę.

Każdego dnia „ demolując” jachty za zgodą armatorów zbliżaliśmy się do naszego rejsu. 28 kwietnia 2017, podczas największej polskiej majówki „Fiku miku po Bałtyku” rozpoczęliśmy wielką przygodę, która trwała 165 dni. Pod wspólną banderą Fundacji 4 Kontynenty każdego dnia przemierzaliśmy mile do celu. Jachty na morzu i całodobowa praca logistyczna na lądzie umożliwiły organizację i sukces wyprawy. Nie wszystko poszło tak idealnie, jak chcieliśmy, jednak udało nam się osiągnąć wszystkie założone cele.

Przypomnijmy:

  • S/Y Bystrze dwukrotnie odbył podróż na Nordkapp
  • S/Y Sifu of Avon trzykrotnie docierał do granicy arktycznego lodu i jest jednym z nielicznych jachtów, który odbył udany rejs w wyjątkowych warunkach lodowych wokół Spitsbergenu.

Wyprawa w liczbach:

  • S/Y Sifu of Avon 7520 nM
  • S/Y Bystrze 6830 nM
  • Łącznie 14 350 nM
  • 29 etapów
  • 266 zalogantów
  • 165 dni żeglugi

Sukces wyprawy był możliwy dzięki zaangażowaniu wszystkich załóg, kapitanów, armatorów, sponsorom i osobom, które wspierały nas każdego dnia.

Sponsorzy 

  • Eljacht - firma dostarczyła nam ploter wraz z mapami elektronicznymi
  • Roteko - dzięki firmie Roteko mogliśmy przemieszczać się kajakiem wśród lodów
  • Hornet - producent sztormiaków 
  • Lemarto - firma dostarczyła nam słodycze dla załóg
  • Aqarius - otrzymaliśmy kamizelki ratunkowe 
  • Tekkanne - otrzymaliśmy herbaty na rejs 

Patronat medialny

  • Magazyn Żagle
  • Sail24.pl
  • Tawerna Skipperów 

Patronat nad wyprawą

  • Polski Związek Żeglarski
  • UM Trzebinia 

Nagroda Krakowski Rejs Roku 2018 którą otrzymała Fundacja 4 Kontynenty za organizację tej niezwykłej przygody jest Waszą nagrodą. Bo to dzięki Wam udało się zrealizować tak ambitny projekt.

Dziękujemy! Jeśli chcecie mieć pamiątkowe foto z nagrodą – zapraszamy. Prosimy Was o kontakt i zorganizujemy spotkanie na którym każdy z Was będzie mógł jeszcze raz poczuć się częścią wyprawy Arktyka 2017 „Śladami Ginących Lodowców”.

Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
www.4kontynenty.pl fundacja@4kontynenty.pl
tel 696914676

 

Facebook
Tweet
Google
23
Grudzień
2017

Wesołych świąt

Najserdeczniejsze życzenia szczęśliwych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia oraz wszelkiej pomyślności i sukcesów w nadchodzącym roku wraz z podziękowaniami za dotychczasową współpracę składa zespól Fundacji 4 Kontynenty

Facebook
Tweet
Google
21
Listopad
2017

Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział „Stary czy masz czas?”. Spontanicznie zorganizowana załoga, trasa Amsterdam – Świnoujście, decyzja podjęta z minuty na minutę. Krótki bilans czasowy i byłem w załodze. Pojechaliśmy.

W sobotnie popołudnie postawiliśmy pierwsze kroki na 12 metrowym jachcie o nazwie Gandalf, jacht, który wyruszy w wielomiesięczną podróż po morzach i oceanach pod banderą Fundacji 4 Kontynenty. Trochę pracy przed nami, więc po kolei, począwszy od wymiany fałów i szotów, skończywszy na doprowadzeniu silnika do stanu używalności, uwinęliśmy się z większością zadań do zmierzchu. A wieczór, no cóż, jest port wielki jak świat, wycieczka do centrum Amsterdamu. Weekend sprzyjał tłumom, mimo pogody, która nie rozpieszczała nas za bardzo. Następnego dnia prace bosmańskie i ostateczny klar do wypłynięcia. Na jachcie pozostała już tylko docelowa załoga, która miała zmierzyć się z warunkami panującymi na morzach. A była nas szóstka. Staszek-kapitan, Kajetan- I oficer, Piotrek II oficer i załoganci Kuba, Ola i Natalia. Po wstępnej integracji z dnia poprzedniego postanowiliśmy odwiedzić jeszcze raz Amsterdam nocą, tym razem jednak wycieczka skończyła się zdecydowanie wcześniej, gdyż rano trzeba było oddać cumy. W poniedziałek wyruszyliśmy o świcie. Boje toru wodnego oświetlone wschodzącym słońcem wyznaczały nam drogę między mieliznami. Minęliśmy pierwszą śluzę, warunki pozwoliły na rozwinięcie genui. Do drugiej śluzy dopłynęliśmy w środku nocy, tu pozwoliliśmy sobie na krótki odpoczynek. Przekroczyliśmy ją nad ranem i rozpoczęliśmy przeprawę slalomem między wyspami i płyciznami i ostateczne wyszliśmy z odpływem na morze północne. Wiatr wcale nie był dla nas taki łaskawy i wraz z Gandalfem przeszliśmy pierwszą próbę sprawności i współpracy, gdyż dwadzieścia kilka węzłów w bajdewindzie na dość płytkim obszarze nie należało do najspokojniejszych. W końcu jednak pokonaliśmy tą barierę i ustawiliśmy się na kursie w kierunku Helgolandu. I nagle, z rozbryzgujących się fal, morze zmieniło się w spokojnie oddychający organizm i baksztagiem pomknęliśmy przed siebie. Prawie dwie doby w morzu spędziliśmy na wspólnym poznaniu się, morskich opowieściach, szantując pod bezchmurnym niebem pełnym gwiazd, których nie szło zliczyć nikomu. Rano we środę przekroczyliśmy rutę i na horyzoncie pojawił się Helgoland. Po dopłynięciu zapoznaliśmy się bliżej z niemiecką policją, którzy pouczyli nas jak się powinno prawidłowo przechodzić ruchliwe drogi. Dostaliśmy od nich nawet mapę morską i cenne wskazówki, jak bezpiecznie poruszać się po wodach morskich. Zapamiętamy to zdecydowanie na zawsze. To jednak nie było ostatnie wyzwanie dzisiejszego dnia. Okazało się bowiem, że koniec sezonu na wyspie to akurat trzy dni najbliższe dni, a my trafiliśmy na jeden z nich, co wiązało się z tym, że stacja benzynowa, na którą liczyliśmy niezmiernie jest po prostu zamknięta i nie ma żadnej możliwości, aby zatankować. A zbiorniku się nie przelewało. Gorączkowe poszukiwania zakończyły się sukcesem, bowiem Kuba zagadał do jednego z tubylców i dostaliśmy w dobrej cenie zapas diesla na całą trasę. Po uzupełnieniu zapasów nie tylko dla jachtu pod wieczór przeszliśmy główki portu. I znowu ruta. Tym razem jednak, mimo znajomości wśród stróżów prawa, postanowiliśmy nie fatygować ich do nas po raz kolejny i zgodnie z ich wytycznymi przecięliśmy autostradę dla statków sztywniutko niczym od linijki. Cuxhaven to kolejny port, który odwiedziliśmy, ale dosłownie na kilka minut, żeby wysadzić Natalię, która musiała niestety zakończyć wcześniej rejs. A my mieliśmy przed sobą kilka godzin do pierwszej śluzy w Kanale Kilońskim. Tak nam się tylko wydawało, bo prąd mocno spowalniał nas, co miało decydujący wpływ na dalsze losy rejsu. Podczas gdy my ledwo co poruszaliśmy się do przodu, obok nas przepływały olbrzymie statki ukryte we mgle , która spowiła wszystko wokoło. Rano wpłynęliśmy do Kanału. Kilka godzin do zmierzchu przesądziło o tym, że nie pokonamy całej trasy tego dnia i koniec końców zatrzymaliśmy się w Rendsburgu o zmierzchu, bo jak wiadomo, w kanale obowiązuje zakaz ruchu w godzinach nocnych. W piątek o świcie oddaliśmy cumy. Wschodzące słońce i ścieląca się po wodzie mgła nadawała klimat spokoju. Solidne kapitańskie śniadanie , bomba kaloryczna złożona z połowy zapasów, uzupełniła nasz zapas energii na najbliższą dobę, która miała być dość intensywna żeglarsko. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Po południu druga śluza otwierająca nam bramy Bałtyku, prognoza z ostrzeżeniem przed silnym wiatrem z kierunku południowo-zachodniego obiecywała szaloną żeglugę baksztagami. Pod wieczór zaczęło się rozwiewać, a jacht zaczął serfować na fali osiągając nierzadko prędkość 9 węzłów. Bajka. Marzyliśmy sobie po cichu, że idealnie byłoby gdyby jeszcze było bezchmurne niebo tej nocy. I jakby na zamówienie po zmierzchu zniknęły chmury i mogliśmy żeglować podziwiając bardzo mocno świecące gwiazdy. Gitara zawitała znowu w kokpicie i mimo przenikliwego zimna, ręce nie odmówiły posłuszeństwa i nocna wachta mogła wspólnie zaśpiewać, że kołysał nas zachodni wiatr, a ląd gdzieś za rufą został, czy pieśń o naszym pięknym Bałtyku, że nas wychowało i szkołę dostaliśmy twardą. Rano czarna chmura dogoniła nas jednak i o słońcu mogliśmy już tylko pomarzyć. Gdy minęliśmy Sassnitz na trawersie, wiedzieliśmy już, że do Polski będziemy płynąc bajdewindem. Rozwiało się jeszcze mocniej, zgodnie z prognozą wiało nam 6 Bf z silnymi szkwałami. Mimo trudnych warunków, fal wchodzących na pokład i zalewających sternika co chwilę, Gandalf dzielnie walczył z Bałtykiem i wieczorem zameldowaliśmy się w główkach portu w Świnoujściu, mokrzy, zmarznięci ale z uśmiechami na twarzy.

Podsumowując, rejs listopadowy na dwóch wymagających akwenach jakimi są Bałtyk i Północne dał nam dużą dawkę adrenaliny, doświadczenia. Warunki były bardzo sprzyjające, mimo silnych wiatrów, które towarzyszyły nam przez cały rejs. Jacht przeszedł bardzo dobrze sprawdzian swojej dzielności morskiej i daje dużą nadzieję na sprawdzenie się w przyszłorocznej wyprawie. A załoga? Wszyscy wróciliśmy zadowoleni z workiem pełnym przygód i morskich opowieści.  

Piotr Dumanowski 

Facebook
Tweet
Google
16
Listopad
2017

II Śląskie Targi Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR I WODA – 4 Kontynenty i Mariner Yachts na szerokich wodach.

W dniach 10-12 listopada 2017 roku w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach odbyła się druga edycja Śląskich Targów Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR I WODA i oczywiście nie zabrakło na nich i nas. Fundacja 4 Kontynenty była obecna na tej imprezie wraz z Mariner Yachts gdzie było nas słychać, dzięki pięknemu głosowi koleżanki z Mariner Yachts, która przez trzy dni przez mikrofon opowiadała o naszej Fundacji. Było nas też widać, ponieważ jako jedyni na targach wyświetlaliśmy film na rozwiniętym foku  i to jaki film, stworzony z przepięknych i magicznych zdjęć zrobionych przez nasze wspaniały załogi SY Sifu of Avon oraz SY Bystrze.

Kochani, zainteresowanie było ogromne, ludzie zatrzymywali się, oglądali zdjęcia i z podziwem słuchali, gdy nasza ekipa opowiadała o wyprawie na Arktykę. Pytano o kolejne plany, rejsy, wyprawy i pomysły. Chętnych do dołączenia w nasze szeregi było sporo, zwłaszcza jeśli o naszej fundacji opowiada z wypiekami na twarzy jedna z naszych podopiecznych Adrianna Krysiak która wzięła udział w jednym z etapów wyprawy Arktyka po tym, jak niestety w tym roku, nie udało się zorganizować „Szkoły pod Żaglami”. Pomogliśmy spełnić marzenie,  teraz ona wspiera naszą ideę.

W trakcie targów spotkaliśmy wielu starych przyjaciół Fundacji 4 Kontynenty, jak i pozyskaliśmy kilku nowych, którzy mamy nadzieję, że przyniosą naszej sprawie dużo dobrego.

Kolejne targi już niedługo, na których też na pewno nas nie zabraknie i zaskoczymy zwiedzających naszymi nowymi pomysłami.

Bądźcie z nami 10-13 marca 2018 w Warszawie 

Marzena Szyszka 

Facebook
Tweet
Google
30
Październik
2017

Klub Podróżnika Fundacji 4 Kontynenty oficjalnie otwarty

W piątkowy wieczór 27.10.2017 r. w restauracji „ Stary Młyn” przy ulicy Piłsudskiego 21 nastąpiło pierwsze spotkanie podróżników. W klimatycznej restauracji, której historii nikt nie zna zjechali się podróżnicy z rożnych stron Polski. Największa grupa przyjezdnych osób to członkowie Fundacji 4 Kontynenty, którzy licznie przybyli do Trzebini.

  • Zacznijmy jednak od początku.

Nie wszystko poszło tak jak sobie tego życzyliśmy. Najpierw okazało się, że nie mamy do dyspozycji sprzętu nagłaśniającego i projektora, po prostu ktoś zawalił i postawił Nas przed faktem dokonanym. Cóż zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym i trzeba było działać. Tutaj na wysokości zadania stanęli sympatycy Fundacji 4 Kontynenty. Ewa potocznie zwana Ewa Marchewa przywiozła z Krakowa nagłośnienie, Leszek Warchoł dowiózł projektor z Yc Opty. I kiedy się wydawało, że jesteśmy na ostaniej prostej okazało się, że brakuje nam odpowiednich kabli. Z pomocą przyszła trzebińska grupa lokalnych muzyków i mogliśmy już zacząć. Nasz rozkład jazdy już był dość mocno rozregulowany, publiczność zniecierpliwiona oczekiwaniem na prelekcje i koncert.

  • Adam za sterami rusza w świat

W końcu po skonfigurowaniu komputera ze sprzętem ruszamy wraz z Adamem Sarama w daleką krainę Arktycznego Oceanu przez Polską stację Polarną Hornsund do dalekiego NY- Alesund. Adam przez godzinę opowiadał ciekawe historie z którymi się zetknął , jak i opowiedział o samym Spitsbergenie. Nasza publiczność dowiedziała się jak życie toczy się na dalekiej Arktyce i nie zawsze rozmawia się na Spitsbergenie po norwesku czy angielsku.

  • Prawdziwa gwiazda w Trzebini

Po prelekcji odbył się koncert znanego Polskiego SzantyMena Henryka Czekały o muzycznym pseudonimie „Szkot”. Były wspólne śpiewy szantowe, które podtrzymały klimat wyprawy żeglarskiej Adama. „Szkot” pokazał swój kunszt wokalny i potwierdził, że w tej dziedzinie jest najlepszy w Polsce.

  • Podsumowanie

Dla nas największym sukcesem jest to że pomimo przeciwności losu udało nam się przetrwać trudne chwile. Na przyszłość jednak będziemy sami organizować sobie sprzęt rezygnując z współpracy z nierzetelnym partneram. Na spotkaniu gościło 75 osób ze Ślaska, Małopolski, Łodzi, Zgierza, Dolnego Śląska i innych stron Polski. Lokalna społeczność niestety nie dopisała pomimo licznych ogłoszeń kulturalnych w powiecie chrzanowskim. Internet jednak to słaba promocja na wydarzenia kulturalne więc na drugi raz się bardziej postaramy aby dotrzeć do większej rzeszy mieszkańców powiatu.

Spotkanie było organizowane jako wydarzenie non profit i takie też pozostanie.

  • Szczególne podziękowania kieruję do :

Adama i „Szkota” za udział w sympatycznym wieczorze

Zbyszek Marek za organizacje stojaka i zaproszenie Henryka Czekała „Szkot

Ewa Marchewa za organizację sprzętu nagłośnieniowego

Leszek Warchoł za opiekę nad ośrodkiem noclegowym i uczestnikami wydarzenia

Łukaszowi za udostępnienie sali Restauracji „ Stary Młyn”

Rafałowi Tyksiński za fotografie podczas wydarzenia

Yc Opty za wypożyczenie projektora

Oraz wszystkim przybyłym na spotkanie. Bez Was nie miało by to sensu, udowodniliście po raz kolejny, że chcieć to znaczy móc

Już wkrótce kolejne spotkanie, informacje znajdziecie na stronie www.4kontynenty.pl

  • Jeśli chcesz podzielić się swoimi przeżyciami z podróży, jeśli grasz ciekawą muzykę -skontaktuj się z Nami, spróbujemy zgrać nasze terminy na kolejne prelekcje i koncerty tematyczne.
  • Wspierając Fundację 4 Kontynenty dajesz szansę na realizację ciekawych projektów podróżniczych jak i wspierasz osoby, które nie mają szans wyruszyć gdziekolwiek.

Mariusz Noworól 
Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
www.4kontynenty.pl
tel 696914676

 

 

Facebook
Tweet
Google
18
Październik
2017

Wspomnienia  Łukasza z rejsu 

Chciałbym podziękować Panu Mariuszowi Noworól, fundacji „4 Kontynenty” i wszystkim osobom, które wsparły nasz rejs , aby umożliwić nam udział w ostatnim etapie …. Dzięki Wam mogłem wypłynąć w rejs, o którym zawsze marzyłem. Dziękuję również mojemu Tacie, który popłynął z nami w roli opiekuna. Bez Niego również nie popłynęlibyśmy.

We wtorek wypłynęliśmy ze Świnoujścia na Bornholm. Od samego wypłynięcia czułem, że rejs będzie wspaniały. Wypłynęliśmy około godziny trzynastej. Na początku było super, wiatr był idealny, nie kołysało, można by tak płynąć bez końca. Nikt nie spodziewał się jednak, że wiatr Nas tak zaskoczy. Około godziny szesnastej wiatr wzmógł się, fale zaczęły się podnosić. Jednym słowem: zaczęlo  się rozwiewać. Nie było już tak przyjemnie jak wcześniej, nie dało się już położyć i spokojnie sobie leżeć. Tej nocy nie stanąłem przy sterze, całą noc wachtę trzymali dorośli. Nie obyło się również bez problemów żołądkowych. Dopadła mnie choroba morska z wszystkimi jej konsekwencjami… Marzyłem tylko o tym, żeby przespać się trochę. Około czwartej nad ranem dopłynęliśmy do portu w Ronne na Bornholmie. Już się cieszyliśmy, że można wreszcie się wyspać, napić ciepłej herbaty, aż tu nagle słyszymy kogoś nadającego przez UKF-kę „Sifu do Bystrza, mamy problem, nie działa nam ster, jesteśmy dziesięć mil od brzegu potrzebujemy pomocy!”. I zaczęła się akcja ratunkowa. Razem z Adą zostaliśmy na brzegu w porcie bo byliśmy po prostu zbyt zmęczeni, żeby płynąć. W końcu udało Nam się zasnąć pod jakimś domkiem, który osłaniał Nas przed wiatrem. Około godziny siódmej zobaczyliśmy „Bystrze” wpływające do portu, ale bez „SIFU”! Okazało się, że nie udało im się podać lin do holowania, wiatr był za silny. Po „SIFU” wypłynęła straż przybrzeżna. Następne dwa dni spędziliśmy w porcie, żeby przeczekać sztorm. Nie narzekaliśmy bo mogliśmy pochodzić i pozwiedzać miasto.

W piątek z rana wypłynęliśmy z Bornholmu na Hel. Mieliśmy bardzo długi przelot bo aż trzydzieści godzin. Czas leciał, a wyspa cały czas była na horyzoncie i nie znikała. O dziwo czas mijał naprawdę za szybko. 3 godziny wachta, potem zmiana i znowu, i tak w kółko. Ale nam się nie nudziło, mógłbym stać przy sterze godzinami i patrzeć na horyzont. Nastała noc, księżyc świecił jak nigdzie indziej, jakby chciał nam oświetlić drogę. Pogoda była idealna, wiało ani nie za słabo, ani nie za mocno. Było dużo cieplej niż w czasie minionych nocy, więc ręce nie drżały tak z zimna. Noc minęła bardzo szybko i już prawie byliśmy na Helu. Zrobiło mi się smutno, że rejs tak szybko się skończył. W sobotę wieczorem pożegnaliśmy się z Wszystkimi, o czwartej rano trzeba było wyjeżdżać.

Naprawdę dziękuję wszystkim za ten miły czas spędzony z Wami, będę go miło wspominał.

Łukasz

Facebook
Tweet
Google
16
Październik
2017

Czas na podsumowanie akcjiMłodzi żeglarze z Mikołowa czekają na Twoją pomoc” Ada opisuje jakie przygody spotkała na pierwszym w życiu rejsie po morzu. Warto dodać że Ada i Łukasz byli najmłodszymi uczestnikami wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców. Dziękim zebranym środkom wyruszyli na przygodę życia.

RELCJA Z REJSU – ARKTYKA 2017 „ Śladami ginących lodowców” etap Świnoujście – Gdańsk na pokładzie SY Bystrze 

Na początku bardzo chcę podziękować Panu Mariusz Noworól z Fundacji 4 Kontynenty za Jego inicjatywę oraz wszystkim życzliwym darczyńcom którzy przyczynili się do tego, że miałam możliwość popłynąć na ten rejs, a tym samym spełnić marzenie o wzięciu udziału w rejsie morskim.

To był mój pierwszy w życiu rejs morski - płynęliśmy ze Świnoujścia na Bornholm, a z Bornholmu na Hel.

Wypłynęliśmy we wtorek koło południa, było świetnie, wiatr we włosach, słońce nad nami, morze kołysało jachtem, bardzo mi się to podobało jak tak podskakiwaliśmy na falach. Już od pierwszych godzin rejsu stałam za sterem. Na początku trochę się wystraszyłam, że pierwszy raz jestem na morzu i już mi ster dają, ale okazało się, że w sumie to nic strasznego i że to w miarę proste i przyjemne. Przez cały dzień było mi bardzo dobrze, byłam szczęśliwa, że jestem właśnie tutaj.

Zapowiadała się fantastyczna noc z uwagi na pełnię księżyca, który oświetlał nas i morze niczym wielki reflektor.

Pod wieczór jednak wiatr zaczął się wzmagać a fale rosnąć - wtedy nie było mi już tak cudownie. Rozpoczął się pierwszy w moim życiu sztorm, a żeby go przeczekać leżałam na pokładzie próbując zasnąć, choć żeby leżeć prosto, na plecach, trzeba było leżeć praktycznie na oparciu ławki, a nie na siedzeniu. Tej nocy nie wzięłam już steru do rąk. W pewnym momencie zaczęłam drżeć, ale nie było mi nawet aż tak zimno, więc podejrzewam, że to raczej ze zmęczenia i strachu jednocześnie. Bo szczerze mówiąc jak zaczęło nami coraz mocniej kołysać to trochę się wystraszyłam, ale żeby się uspokoić powtarzałam sobie w myślach: „Ada, pamiętaj co ci mówili na kursie, że największy moment prostujący dla jachtów balastowych występuje przy kącie przechyłu ok. 75° - na pewno się nie wywrócimy.”

Teraz jak sobie to przypomnę to myślę, że przecież nie było aż tak strasznie i chyba nie miałam się czego bać, ale wtedy, w nocy, w tych okolicznościach, strachu opanować nie dało się tak prosto.

Do Ronne na Bornholmie dopłynęliśmy po czwartej nad ranem. Byłam padnięta. W czasie przelotu ze Świnoujścia udało mi się zasnąć tylko na 1,5 h. No i jesteśmy w końcu w tym porcie, wstawiamy wodę, już tylko herbata i spać. A tu nagle taki zwrot akcji, „Sifu” straciło manewrowość, dodatkowo ster przestał im działać i dryfowało na mieliznę. Trzeba wracać jakoś im pomóc. Mnie już wystarczyło przygód jak na ten moment, więc zostaliśmy z Łukaszem w porcie. Zmęczeni oczywiście, zasypialiśmy prawie na stojąco, w końcu położyliśmy się na ziemi przy jakimś budynku, który osłaniał nas od wiatru i zasnęliśmy, a jak się obudziliśmy to było już jasno. Koło siódmej rano, patrzymy – „Bystrze” wraca, ale bez „Sifu”. Okazało się, że przy tej pogodzie pomóc im nie było tak prosto i trzeba było ”kogoś większego i silniejszego”. Opowiadania o tym, jak to momentami jedni drugich przez fale nie widzieli, co praktycznie zupełnie uniemożliwiło „akcję ratunkową” były dla mnie zupełnie wystarczające aby utwierdzić się w przekonaniu, że pozostanie w porcie i spanie na betonie było jednak lepszym wyborem. W każdym razie jak nasi tylko wrócili stwierdziłam, że w końcu nadeszła pora na prawdziwe spanie.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Ronne czekając aż wiatr trochę ucichnie. Pierwszego dnia- w środę- odpoczywaliśmy w porcie i odsypialiśmy sztormową noc, a przynajmniej ja. Wieczorem graliśmy w karty, a później siedzieliśmy wszyscy na „Sifu”, rozmawialiśmy o tzw. życiu popijając cieple napoje . W czwartek poszliśmy przejść się po Ronne. Całkiem urocze miasto, z kolorowymi domkami charakterystycznymi dla Danii i ogólnie Skandynawii. W centrum miasta fontanna zdobiona ślimakami. Według przesądu należy pocałować jednego ze ślimaków, żeby kiedyś tu wrócić – postanowiłam obcałować wszystkie jak nikt nie będzie widział . Wieczorem po spojrzeniu na pogodę na najbliższe dni, zapadła decyzja – wypływamy jutro rano.

Tak więc w piątek rano wypłynęliśmy z portu, kierunek- Hel! Nareszcie!

Oddalaliśmy się już od wyspy, jednak ciągle jeszcze mieliśmy jej brzeg w zasięgu wzroku, kiedy na naszym pokładzie pojawił się malutki, uroczy ptaszek. Biedak jak na swoje siły miał ląd już trochę za daleko, chyba niestety nie miał zbyt dużych szans gdzieś dolecieć, więc zatrzymał się na chwilę u nas. Przez parę minut skakał gdzieś po pokładzie, a później odfrunął.

Tym razem pogoda dopisywała w czasie całego przelotu z Bornholmu na Hel. Nawet jakoś nie specjalnie dłużyły mi się godziny na wachcie, doszłam nawet do wniosku, że tu na morzu 1,5 h mija mi chyba szybciej niż 45 min. w szkole. Siedzenie za sterem było cudowne, miało się takie poczucie, że teraz to ja mam władzę nad tą łódką, która jest tak mała dla morza, a tak duża dla mnie, czułam się prawie jak bym była władcą całego świata, tutaj i teraz to ja dowodzę, ja trzymam ten ster i jestem za to odpowiedzialna.

Słońce jeszcze nie do końca zaszło za nami, a przed nami już wstaje księżyc - niesamowity, bo również pomarańczowy. To był naprawdę piękny wieczór. I tego właśnie pięknego wieczoru, siedząc za sterem doznałam szoku, a mianowicie po paru radach i wskazówkach kapitana okazało się, że aby utrzymać kurs wystarczą lekkie wychylenia steru by skontrować falę, a nie trzeba kręcić tym kołem zamaszyście jak szalona, jak robiłam to do tej pory. Od tego momentu wszystko okazało się jeszcze przyjemniejsze i łatwiejsze. Kapitanie Arturze, wielkie dzięki! W czasie tego przelotu stałam za sterem każdą połowę naszej wachty, również w nocy, byłam naprawdę szczęśliwa.

Po 30-sto godzinnym przelocie w sobotę późnym południem dotarliśmy na Hel.

Następnego dnia rano dla nas wszystko miało się skończyć (no bo nie wszyscy mogli spóźnić się do pracy w poniedziałek, jak ja do szkoły. To trwało za krótko, chciałabym jeszcze zostać, jeszcze pożeglować, spędzić więcej czasu z tymi wspaniałymi ludźmi. Ale niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy.

Jeszcze ostatni wspólny wieczór w cudownym, bardzo klimatycznym pubie, gdzie gościu grał jednocześnie chyba na dwóch, w porywach do trzech instrumentów, a do tego jeszcze śpiewał szanty. Na ścianach, pod sufitem i gdzie się dało pozawieszane były różne przyrządy żeglarskie, rybackie, obrazy, mapy… dosłownie wszystko, włącznie z zasuszonymi rybimi głowami. A rano pociąg.

Nigdy nie zapomnę tego rejsu i zawsze będę go bardzo miło wspominać.

Na pewno będę poszukiwać kolejnych sposobności pozwalających mi doskonalić umiejętności żeglarskie, oswajać się z morzem i przeżywać kolejne wspaniałe przygody.

Wszystkim serdecznie dziękuję za ten wspaniały czas spędzony razem.   

Ada

Facebook
Tweet
Google
27
Lipiec
2017

Clean up Svalbard 2017

Podczas naszych rejsów na Svalbardzie w ramach wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców nasze załogi biorą udział w akcji Clean up Svalbard 2017. Od lokalnych władz otrzymaliśmy specjalne worki , naszywki i odznaki, które potwierdzają nasz udział w akcji. Otrzymaliśmy zgodę na odwiedzenie wielu niedostępnych rezerwatów na które przeprowadzaliśmy desant. Oprócz czystej nieskazitelnej przyrody, często podczas naszych trekingów wzdłuż wybrzeża spotykaliśmy mnóstwo zalegających na brzegu śmieci. Najczęściej spotykamy reszty sieci rybackich, mnóstwo pasków spinających pp , odpadów w postaci resztek skrzynek LDPE / PP, pływaków z aluminium. To wszystko zalega na brzegach i w samym Oceanie Arktycznym. Każdy z nas czekał na spotkanie wielorybów, foki, morsów , białego misia jednak łatwiej dostrzec zalegające na brzegach śmieci.

Było nam niezmiernie miło wziąć udział w akcji Help Preserve Svalbard's Wilderness, wszak natura wiele daje i trzeba o nią dbać.

Zaloga etapu S7 

Magda, Małgosia, Jarek, Tomek, Zbyszek, Marek, Mariusz 

 

Facebook
Tweet
Google
27
Lipiec
2017

Miło nam poinformować, że po 79 dniach żeglugi Wyprawa Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców na pokładzie Sifu Of Avon dotarła do granicy arktycznego lodu, dalej już była tylko "droga" lodowa na Biegun Północny. Już za niedługo szersza relacja. Przed załogą Fundacji 4 Kontynenty kolejne wyzwanie - opłynąć wokół Spitsbergen, co w tym roku będzie bardzo trudne ze względu na sytuację lodową wschodniej części Spitsbergenu. Zapraszamy do udziału w kolejnych etapach wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców na pokładach Sifu of Avon oraz SY Bystrze 

Mariusz Noworól 

Facebook
Tweet
Google
20
Czerwiec
2017

Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców  - etap B4 z Trondheim do Bodo  

Dla większości załogi s/y Bystrze etapu B4 była to pierwsza wizyta w Norwegii i wizja żeglowania wzdłuż norweskiego wybrzeża stanowiła dodatkową atrakcję.
Zaokrętowaliśmy się na s/y Bystrze w Trondheim w porcie “Skansen” - pomimo tej ciekawej nazwy sam port nie przypominał muzealnego obiektu - wszystko było funkcjonalne i w miarę nowoczesne. Po uzupełnieniu żywności przywiezionej z Polski o dodatkowe produkty wypłynęliśmy z Trondheim na północ.

Wiał mocny wiatr od południa więc na samej genui i bezanie dość szybko i sprawnie dopłynęliśmy do Uthaug. Od razu po zacumowaniu wybraliśmy się na zwiedzanie miasteczka. Poza samymi krajobrazami urzekły nas zadbane kolorowe domki z typową drewnianą zabudową. Z samym “łapaniem widoków” nie musieliśmy się spieszyć ze względu na białe noce, które występują latem w północnej Norwegii. Słońce nieznacznie zaszło za horyzont dopiero przed północą, wschód słońca był chyba 3 godziny później - a to co było pomiędzy to tzw. zmierzch cywilny (ang. civil twilight) . Po powrocie na łódkę mieliśmy jeszcze możliwość obserwowania ćwiczeń wojskowych na lądzie i morzu norweskiej armii - trzeba przyznać, że robiło to duże wrażenie. Na koniec dnia kapitan zrobił nam ciekawy wstęp na temat astronawigacji wprowadzając nas w podstawowe pojęcia z tego tematu.

Następnego ranka wypływamy dalej. Pogoda i wiatr dopisują. Z pokładu s/y Bystrze podziwiamy mijane wysepki. Wieczorem postanawiamy zrobić przerwę na wyspie Villa. Jesteśmy tutaj jedynym jachtem przycumowanym do pomostu, a w zatoczce niedaleko nas stoi szwedzki jacht na kotwicy. Opłacało się zrobić postój w tym miejscu. Na wyspie jest nieczynna latarnia - dawniej opalana węglem. Światło zachodzącego słońca w połączeniu z soczystą roślinnością wyspy dawało niesamowite efekty wizualne. Wypływamy przed północą i podziwiamy zachód słońca o północy na otwartym morzu norweskim. Po ok. 3 godzinach docieramy do Rørvik i cumujemy burtą do s/y Sifu of Avon ze względu na brak miejsca w porcie.

Następnym punktem zwiedzania i miejscem na kolację jest port Vennesund na wyspie Kvaløya. Spotykamy tam Polkę pracującą w portowej restauracji, a poza tym jest WiFi więc jest wypas :) ! Co jakiś czas przypływają tutaj duże promy z gromadą turystów. Odpływamy przed północą mijając słynną górę Torghatten na wyspie Torget z charakterystyczną dziurą po środku. Nad ranem wiatr ustaje kompletnie, więc włączamy silnik zamieniając nasze s/y Bystrze w motorówkę. Nie trwa to jednak zbyt długo gdyż na południu wytworzył się rozległy niż, który przynosi wiatr z północy - a to co oznacza dla nas wielogodzinne halsowanie.

Po kilkunastu godzinach zatrzymujemy się w porcie w Sleneset koło pięknej repliki łodzi Wikingów. Sam port położony jest w malowniczej scenerii - więc cieszymy się pięknymi widokami oraz wygraną Polski w meczu z Rumunią! W tym dniu spłynęło wiele jachtów do Sleneset z okazji odbywających się regat więc w porcie jest dość tłoczno. Nie stanowi to jednak problemu gdyż Norwegowie, jak zwykle, są dla nas bardzo sympatyczni.

Mamy to !!! -północne koło podbiegunowe.
Następnego dnia przekraczamy północne koło podbiegunowe - w czym utwierdza nas pokładowy GPS pokazując 66°33'39"N. Świętujemy to kąpiąc się w morzu norweskim. Orzeźwiająca kąpiel w wodzie morskiej o temp. 6°C poprawia wszystkim humor i potęguje apetyt przed obiadem. Białe noce panujące na tej szerokości geograficznej o tej porze roku znacznie ułatwiają żeglugę nocną. Przypływamy o północy do Støtt Brygge - nieopodal

wyspy Svenningen. Przy wejściu do portu widać w oddali na horyzoncie Lofoty - niesamowity widok! Po późnej kolacji wyruszamy na punkt widokowy. Ze szczytu wyspy rozciąga się niesamowity widok na okoliczne wysepki skąpane w czerwonym świetle wschodzącego słońca. Dość atrakcji na dzisiaj, trzeba się w końcu wyspać - wracamy na jacht o 4-ej nad ranem.

Przed wyruszeniem do końcowego portu w Bødo jemy śniadanie na tarasie w przystani jachtowej - jakże wspaniała odmiana w porównaniu z jachtową messą.Wypływamy nieśpiesznie na północ przy słonecznej pogodzie. Kapitan uczy astronawigacji przy użyciu sekstantu, tabeli i obliczeń. Do Bødo przypływamy przed północą cumując blisko s/y Sifu of Avon. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i razem świętujemy zakończenie rejsu!
Czas się pożegnać. To był bardzo udany rejs !!!!
Ja na pewno kiedyś jeszcze wrócę do Norwegii, żeby pożeglować wzdłuż jej wybrzeży. 

Daniel Kitel 

 

Facebook
Tweet
Google
11
Maj
2017

Fiku Miku po Bałtyku – Majówka 2017 Fundacji 4 Kontynenty i start wyprawy Arktyka 2017– śladami ginących lodowców

 

To już druga edycja majówkowego rejsu po Bałtyku organizowana przez Fundację 4 Kontynenty. Pierwsza odbyła się w 2016 roku. Wzięło w niej udział 70 osób. Tym razem grono się powiększyło do 90. A i okazja trochę się zmieniła. Razem z majówką ruszyła wyprawa na Arktykę pod tytułem Arktyka 2017 – Śladami Ginących Lodowców oraz Arktyka 2017 – Nordkapp.

Uczestnicy imprezy spotkali się 28 kwietnia w sobotę w marinie w Górkach Zachodnich – Gdańsk, aby w niedzielę z rana ruszyć flotyllą 10 jachtów na zachód.

W sobotę nastąpiło zaokrętowanie uczestników, zaprowiantowanie, szkolenia BHP oraz integracja. Część uczestników znała się już z wcześniejszych rejsów, jednak dołączyło do nas sporo nowych osób, które szybko zintegrowały się z pozostałymi. 3 jachty dopłynęły popołudniem do mariny, aby z wszystkimi wystartować następnego dnia z tego samego miejsca.

W niedzielę o 1100 wszystkie 10 jachtów wyruszyło z Mariny za pierwszy punkt obierając Hel. Droga przebiegła na silniku, gdyż prawie nie wiało i kierunek wiatru na domiar złego był północny. Niby niewielka martwa fala dała się niektórym załogantom we znaki. Byli i tacy, co chcieli zrezygnować, ale ich silna wola płynięcia pozwoliła przezwyciężyć strach przed chorobą morską. Postój na Helu trwał tylko 4 godziny. O 2000 wszystkie jachty wyszły na nocny przelot do Łeby, w której czekały nas kolejne atrakcje. Osoby pierwszy raz płynące w morski rejs miały okazję zapoznać się ze światłami na wodzie. Niektórzy nawet organizowali quizy jak rozróżnić, w którą stronę płynie jacht, po światełku zielonym/czerwonym/białym, w którym miejscu jesteśmy określając na podstawie świateł latarni itp. Wiało na tyle przyjemnie z północnego-wschodu, że mogliśmy płynąć na żaglach. Kilka załóg urządziło sobie mini regaty.

Do Łeby dotarliśmy nad ranem około 0900. Część osób postanowiła odpocząć, większość jednak ruszyła na miasto wziąć udział w wydarzeniach organizowanych z okazji majówki w Łebie, m.in. koncert. Można było również wypożyczyć za darmo rowery i wybrać się na przejażdżkę. Wieczorem o 2100 rozpoczęło się ognisko. Prezes Mariny – Adam Krupa oficjalnie wszystkich przywitał, męski chór LeonVoci zainaugurował śpiewy i impreza rozpoczęła się na dobre trwając do samego rana.

We wtorek czas było ruszać dalej. W planie wszyscy mieliśmy płynąć do Ronne na Bornholmie, jednakże prognoza na kolejne dni nie była sprzyjająca na powrót do Gdańska. Dlatego kapitanowie podjęli decyzję o rozłączeniu się na wyjściu z Łeby. Jacht s/y Sifu of Avon i s/y Bystrze skierowały się na zachód, s/y Abeba z najmłodszym załogantem Piotrusiem – niespełna dwulatkiem – pozostała przy polskim wybrzeżu, a pozostałe jachty popłynęły na północ do szwedzkiego portu Karlskrona. Na Bornholm i do Karlskrony z Łeby było mniej więcej po 110 Mm. Początkowo wiała mocna 6 co pozwoliło na szybkie płynięcie na żaglach. Byliśmy ciekawi, której ekipie uda się dotrzeć na miejsce jako pierwszej. Przez długi czas udawało nam się utrzymać łączność na radiu. Gdy flotylla naszych jachtów dotarła do Karlskrony po niespełna dobie, daliśmy znać, że jesteśmy na miejscu i okazało się, że s/y Bystrze i s/y Sifu of Avon przybyli na Bornholm niemalże w tym samym czasie.

W Karlskronie odebraliśmy kolejne prognozy pogody i ostrzeżenia o sztormie. Podjęliśmy decyzję, że dwa dni zostajemy w porcie. Ustawiliśmy się wszyscy obok siebie przy jednym pomoście. Wolny czas wykorzystaliśmy na zwiedzanie miasta, zakupy, odwiedzenie najlepszej lodziarni na rynku, wizytę w muzeum morskim (wstęp darmowy a eksponaty bardzo ciekawe) w czwartek nawet na wycieczkę na wyspę Aspö – jedną z piękniejszych wysp archipelagu Karlskrony, na której znajduje się twierdza Drottningsskär oraz charakterystyczne drewniane domki. W przerwach na zwiedzanie załoga s/y Faworyt przygotowywała przepyszne posiłki (placki ziemniaczane, naleśniki, kluski śląskie), na które zbiegały się załogi innych jachtów. To niesamowite, ale dla każdego starczyło jedzenia.

W piątek wiatr już tak mocno nie wiał a prognozy mówiły nawet o okresach ciszy. O 1100 oddaliśmy cumy i udaliśmy się w drogę powrotną do Polski. Kapitanowie zdecydowali się na obranie kursu na Hel. Przy wyjściu wiała znowu mocna 6. Między wysepkami archipelagu Karlskrony mijaliśmy się ze szwedzkim U-Bootem. Niespotykane zdarzenie mijać się z taką łodzią w ruchu. Wieczorem wiatr osłabł do 3 Bft aż w końcu nad ranem niemalże przestał wiać i musieliśmy wspomagać się silnikiem. Do rana załoga s/y Elektra eskortowała jacht s/y Kacyk z powodu ich podartego foka. Kiedy s/y Kacyk postanawił powędkować, rozdzieliliśmy się. Jak się później okazało, s/y Kacyk musiał prosić o pomoc w związku z problemami z silnikiem (niespodzianki tej załogi nie omijały). Na szczęście s/y Faworyt był w miarę blisko i wzięli Kacyka na hol aż do Gdańska. Na wieczór bez załogi s/y Kacyk i s/y Faworyt spotykaliśmy się na Helu w Pubie Morgan na imprezie pożegnalnej. Czekała tam również na nas załoga s/y Abeba z wspomnianym wcześniej najmłodszym uczestnikiem Piotrusiem. Ciekawostka – najstarszy uczestnik majówki zgodnie z patentem był urodzony w 1051 (to nie żart, taka data widnieje na patencie). Niezależnie od wieku, wszyscy świetnie się bawili i nikomu nie chciało się wracać.

Niestety w niedzielę rano wyruszyliśmy w drogę przez Zatokę do Gdyni (s/y Ruth i s/y Impression) oraz Górek. Wiało przyjemnie w plecy, więc trasę pokonaliśmy w nieco ponad 3 godziny. Chciałoby się popływać więcej... W porcie pakowanie, pożegnania i czas na powroty do domów.

Dziękujemy załogom: s/y Xela, s/y Abeba, s/y Ruth, s/y Faworyt, s/y Kacyk, s/y Elektra, s/y Impression, s/y Chiron 2 za spędzony wspólnie tydzień i życzymy powodzenia załogom s/y Bystrze i s/y Sifu of Avon w dalszej podróży na Arktykę.

Dołącz do wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców, informacje dostępne na stronie www.4kontynenty.pl

 

Agnieszka Zahorska

Facebook
Tweet
Google
20
Kwiecień
2017

Z największą przyjemnością informujemy, że firma TEEKANNE została Partnerem naszej wyprawy. TEEKANNE jest producentem bardzo smacznych herbat i postanowiło wesprzeć wyprawę Arktyka 2017 ofiarowując nam i wszystkim uczestnikom wyprawy zapas 6 tys. sztuk. Dzięki temu na naszych obu wyprawowych jachtach, na każdym z 29 etapów będziemy mogli każdego dnia delektować się smakiem pysznych herbat (czarnych, earl grey, owocowych) wśród przepięknych norweskich fiordów, Lofotów oraz rozgrzewać zmarznięte ciała wśród lodów Arktyki.

Dodatkowo otrzymaliśmy kubki termiczne i zarówno na Sifu, jak i na Bystrzu, każdy z nas będzie na poszczególnych etapach z nich korzystać.

Dziękujemy TEEKANNE za wsparcie nas i obiecujemy pamiętać z każdym łykiem wypijanej herbaty.

Facebook
Tweet
Google
28
Marzec
2017

Patronat Honorowy

Wyprawa Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców została objęta patronatem Honorowym Burmistrza Miasta Trzebini p. Adama Adamczyk. 

Miasto Trzebinia obchodzi w tym roku jubileusz 200 lecia  nadania praw miejskich 

Datę nadania Trzebini praw miejskich potwierdza zapis w księdze uchwał Senatu Wolnego Miasta Krakowa, datowany na 6 września 1817 roku„Uchwalono przywilej wynoszący kolonię Trzebini do rzędu miasteczek w należnej formie wydać, zapłaty stempla w kwocie złotych polskich sto dwadzieścia pięć. Wydziałowi Spraw Wewnętrznych polecić wezwanie dziedzica do złożenia planu, wedle którego dom urzędnika miejscowej policji chce wystawić i przedstawienia ukwalifikowanego kandydata na zastępcę wójta; zaprowadzenie administracji i targowego i jarmarcznego, tudzież przypisanie taryfy tego poboru na wzór taryfy miasteczka Nowy Górze udzielanej; razem zalecenie inspektorowi dróg i mostów, ażeby plan drogi murowanej przez dziedzica zrobić się mającej przygotował. Zresztą wyniesienie to kolonii Trzebini ma być pismami publicznymi ogłoszonym. Wydział zaś dochodów publicznych wszelkie prawa, przepisy i rozporządzenia, ażeby się wyłącznie do miast i miasteczek ściągały, ma do miasteczka Trzebinia zastosować” (Archiwum Państwowe w Krakowie, Akta Wolnego Miasta Krakowa IV-3, s. 147).

www.trzebinia.pl

Facebook
Tweet
Google
27
Marzec
2017

Był taki czas, gdy w Polsce jachty były tylko klubowe, a dalekie rejsy nieliczne, gdyż paszport, po wielu wysiłkach, otrzymywało się tylko na czas określonego wyjazdu. Nie było wtedy telefonów komórkowych, gps, na stole nawigacyjnym królowało radio tranzystorowe do odbioru prognoz pogody. Posiadanie większej ilości jakiejkolwiek waluty wymienialnej było rzadkie i nielegalne, więc nawet wysłanie pocztówki z zagranicznego portu stawało się znaczącym wydatkiem. Był na to sposób- korespondencja ze stemplem „ poczta otwartego morza” oraz z pamiątkowym stemplem jachtu mogła być wysyłana z całego świata ze znaczkiem kraju bandery jachtu bez jakichkolwiek dodatkowych opłat. Słali je więc żeglarze ze wszystkich portów przez długie lata, z jakże rzadkich, wymarzonych rejsów. Pocztówki takie były wspaniałą pamiątką, często także podstawą długich domowych „morskich opowieści” po powrocie z rejsu.

Fundacja 4 Kontynenty w ramach wyprawy „Arktyka 2017 – Śladami ginących lodowców postanowiła wskrzesić tę, już mocno zapomnianą „ dobrą praktykę żeglarską” w nowej, odświeżonej formie. Każdy, kto wesprze naszą wyprawę kwotą choć dziesięciu złotych, otrzyma z wyprawy tak ostemplowaną kartkę z jednego z jachtów naszej wyprawy wraz z podpisami kapitana i załogi etapu z którego zostanie wysłana.

Nie jest to oczywiście jedyne podziękowanie jakiego możecie spodziewać się za wsparcie wyprawy, mamy także do rozlosowania kubki, koszulki i wiele innych gadżetów wyprawowych.

Tych zaś, którzy chcą nas wesprzeć instytucjonalnie, zapraszamy do zapoznania się z propozycjami Fundacji 4 Kontynenty  

kapitan Igor Godlewski

Jak otrzymać kartkę z podróży ?

Wesprzyj Fundację 4 Kontynenty cegiełką i wyślij swoje zgłoszenie na adres kartka.z.podrozy@4kontynenty.pl 

Czas trwania akcji do  19.09.2017

10 zl otrzymasz kartkę z podróży 

35 zl otrzymasz kartkę z podróży i koszulkę wyprawy Arktyka 2017 

40 zl otrzymasz kartkę z podróży i kubek wyprawy Arktyka 2017 

50 zl otrzymasz kartkę z podróży i chustę wielofunkcyjną wyprawy Arktyka 2017 

100 zl otrzymasz kartkę z podróży, kubek, chustę wielofunkcyjną, koszulkę - z logo wyprawy Arktyka 2017 

500 zł otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu Twoją nazwą  

( za wyjątkiem S7, S8, B6, B8 )

1 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  B6 lub B8  Twoją nazwą

3 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  S8  Twoją nazwą 

5 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania etapu  S7 Twoją nazwą 

10 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania  etapów SY Bystrze Twoją nazwą  oznaczenie B ( za wyjątkiem etapów B6, B8 ) 

15 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i możliwość nazwania  etapów  SY Sifu of Avon  Twoją nazwą  oznaczenie S ( za wyjątkiem etapów S7, S8 ) 

20 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i zostajesz sponsorem Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców 

30 000 zl otrzymasz kartkę z podróży i zostajesz sponsorem tytularnym Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców 

Dodatkowo 

Wśród wszystkich uczestników wspierających Fundację 4 Kontynenty wylosujemy 

20 koszulek Wyprawy Arktyka 2017  Śladami Ginących Lodowców
20 koszulek Fundacji 4 Kontynenty
20 kubków Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców
10 koszulek ufundowanych przez Sail24.pl
10 ręczników  PackTow PERSONAL w rozmiarze S ufundowanych przez Sportada.pl
2 koje na etap s 14 z uczestnikami i kapitanem etapu S7

 

Dane do przelewu 

Tytułem  "wspieram Fundację 4 Kontynenty - kartka z podróży" 

Fundacja 4 Kontynenty
Oś ZWM 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01

Kontakt
Mariusz Noworól

 

 

 

Facebook
Tweet
Google
20
Marzec
2017

Targi Wiatr i Woda 2017 w Warszawie za nami.

Możemy dziś podsumować targi, które naszym zdaniem powinny zmienić nazwę na Woda i Motorówki. Już na wejściu witały nas wielkie motorowe monstra, które mają swoich sympatyków, jednak nie w naszych osobach. Kolorowe łodzie motorowe prawie w całości wypełniały największą halę targów.W dwóch pozostałych halach zobaczyć można było zaledwie kilka jachtów żaglowych i bazar żeglarski.

Ale to właśnie targi Wiatr i Woda w Warszawie mają chyba największą magię i spotyka się na nich cały „wodny świat”. Tym razem można było natrafić na wiele osobistości żeglarstwa, posłuchać kilku ciekawych prezentacji czy pooglądać nowości w odzieży żeglarskiej. Spędziliśmy na targach dwa dni, głównie na spotkaniach, rozmowach i integracji.

Światowy dzień morza 17 marca – warto tę datę zapisać.

Tego dnia w Tawernie Korsarz odbył się koncert zespołów Z dala od Zgiełku oraz Mietek Folk Olsztyn. Przybyliśmy dość sporą ekipą i była to nasza pierwsza oficjalna wizyta w tym miejscu. Od samego początku było czuć żeglarski klimat. Gdy na scenę wkroczył zaprzyjaźniony zespół Z dala od Zgiełku, zaczęły się wspólne śpiewy. Anka (wokalistka zespołu) jak zawsze dała czadu a Misiek dzielnie walczył na akordeonie. Pomiędzy utworami odbywały się konkursy, na których jako nagrody rozdawaliśmy koszulki ufundowane przez Sail24.pl.

Na „Mietków”, którzy jadąc do Warszawy mieli przygodę, musieliśmy cierpliwie poczekać. Zepsuł im się bus pod Modlinem, ale w końcu dużo spóźnieni dotarli na miejsce i to jest najważniejsze. Mietkowie przenieśli nas na morza i oceany. Cała Tawerna Korsarz falowała w rytmie szant. Mietek Folk Olsztyn wymiatał na scenie. Nazwa zespołu jest odzwierciedleniem ich muzycznego talentu, który doceniła cała publiczność. Dla Nas też to była wyjątkowe wydarzenie, gdyż „Mietki” wystąpili w koszulkach Wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców. Jak się zapewne domyślacie, zabawa trwała do samego rana, a to dopiero był pierwszy dzień targów.

Drugiego dnia pogoda się strasznie popsuła, za oknem dosłownie szalały wiatr i woda, zrobiło się zimno. Oj coś ta Warszawa nie gościnna :) Sobotni targowy dzień przebiegał pod dyktando spotkań.

Uważam, że największą gwiazdą targów była Laura Dekker, dziewczyna która wyruszyła w wyprawę dookołoa Ziemi w wieku 14 lat i sama opłynęła świat. Świetna prelekcja sprowadziła tłumy, które oczekiwały w długiej kolejce na autograf młodej żeglarki. Wydawnictwo Nautica wydało książkę Laury pt „Marzenie pewnej dziewczyny”, której nazwa bardzo znajomo brzmi dla Fundacji 4 Kontynenty. My wierzymy, że „Chcieć, znaczy móc!” a Laura to udowodniła.

Po długim targowym dniu, wieczorową porą udaliśmy się na koncert grupy Mechanicy Shanty w Tawernie Gniazdo Piratów. Od samego początku panowała żeglarska atmosfera.  Akustykiem koncertu był Krzysztof Kłos - jeden z naszych kapitanów, który poprowadzi jacht SY Bystrze podczas etapu B6: Tromso – Nordkapp – Tromso w naszej Wyprawie Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców.

Po długim koncercie w tawernie nie zostało wiele osób. Zaczęliśmy integrację, podczas której Anka - wokalistka zespołu Z dala od Zgiełku - wykonała koncert unplugged sławnego utworu „jagódki”. I jak to bywa na takich spotkaniach zabawa trwała jeszcze do białego rana.

Po tak intensywnym weekendzie rozjechaliśmy się w niedzielę w 4 strony świata z kolejnymi planami na niedaleką przyszłość.

Targi Wiatr i Woda to rozpowszechnione już miejsce spotkań braci żeglarskiej. Niestety powoli z roku na rok stają się targami motorowodnymi. Może doczekamy się w naszym kraju prawdziwie żeglarskich targów kierowanych i dedykowanych żeglarzom.

Ekipa Fundacji 4 Kontynenty jak zawsze dopisała, integracja w Tawernach Korsarz i Gniazdo Piratów daje potencjał na kolejne działania.Mamy nadzieję, że już w nadchodzącym tygodniu spotkamy się z Wami na targach Forum Sportu i Biznesu Sportbiz 23-24 Marca na Stadionie Narodowym w Warszawie. Nasze stoisko znajdziecie w hali A.

Galeria foto na FB 

 

Facebook
Tweet
Google
15
Marzec
2017

Jest to relacja Anii, będącej oficerem na rejsie 4 Kontynenty: Gdańsk - Kopenhaga - Goteborg - Oslo - Skagen, który odbył się w dniach 28.08 - 10.09.2016 r. Kapitanem jachtu był Marek Rajtar

Znacie to uczucie, kiedy podejmujecie nowe wyzwanie, kiedy czekacie na ten kolejny przypływ adrenaliny we krwi, kiedy chcecie kolejny raz zmierzyć się sami ze sobą? Tak właśnie było ze mną i pierwszym długim rejsem. Podróżuję od wielu lat, ale świat zawsze odkrywałam drogą lądową. Autostopowe wyprawy nauczyły mnie odwagi i sprawiły, że dorosłam. Stałam się silną i niezależną kobietą, która radzi sobie niemal
w każdych warunkach. Ląd jednak stał się zbyt duszny i ciasny, a niektóre miejsca nieosiągalne wyłącznie samochodem.

Postanowiłam, że trzeba się przygotować. Już kilka tygodni wcześniej próbowałam przebranąć przez lekturę podstaw żeglarstwa zawartych w podstawowej branżowej literaturze. Szczerze? Na początku czułam się jakbym czytała po chińsku. Tysiące nowych definicji i nazw. Po kilku długich wieczorach z książką udało się nauczyć  kilku sztandarowych pojęć. Następnie warsztaty nawigacyjne organizowane przez Kapitana. Szkolenie zaplanowane było na tydzień przed rejsem i miało przybliżyć nam podstawy nawigacji i meteorologii, nauczyć pracy na mapach morskich, obliczania pływów. Ciężkie, ale i bardzo owocne sześć godzin pracy całej załogi i poczuliśmy się nieco bardziej gotowi na wyjazd.

Nasza trasa to, zaplanowana przez Fundację 4 Kontynenty, część rejsu etapowego. Zaokrętowanie: Amsterdam, później wybrzeża Morza Wattów i wyczekiwane przez wszystkich, norweskie fiordy.

Tydzień do wyjazdu..Jak zwykle na wszystko zbyt mało czasu, praca wyciąga z nas siły i wieczorami ciężko
się zabrać do pakowania niezbędnych na wyprawę rzeczy. Udaje nam się skompletować plecaki około środy wieczorem i już pojawia się na naszych twarzach zarys uśmiechu, nabieramy energii..

Czwartek i pierwszy dzień urlopu, praktycznie siedząc na bagażach czekamy na telefon od Kapitana.
Po wieczornej rozmowie nie mamy już złudzeń, na pewno nie popłyniemy zaplanowaną trasą. Jacht, którym mieliśmy wypływać z Amsterdamu utknął gdzieś w brytyjskim porcie z zepsutym silnikiem. A my cóż, też utknęliśmy w centrum Krakowa, pierwszego dnia urlopu, z tęsknotą za daleką podróżą i może nutą nadziei, że uda się coś jeszcze ocalić z naszych planów.

Piątek- więc jednak płyniemy, co prawda innym jachtem, co prawda inną trasą, ale wciąż na fiordy. Będziemy walczyć, żeby dotrzeć jak najdalej na północ, jak najszybciej przedostać się przez Bałtyk i spokojnie nacieszyć się odkrywaniem dalekich lądów.

Skandynawia została dla mnie ostatnią niezwiedzoną częścią Europy. Nigdy nie czytałam przewodników, stron internetowych i opinii na forach na temat regionów w które zmierzałam wyjechać. To wszystko nie pozwoliłoby mi zbudować własnego zdania na temat odwiedzanych miejsc. Tym razem też chciałam spotkać się z tą kulturą osobiście, porozmawiać z mieszkańcami, zgubić się w otaczających centrum uliczkach i znaleźć się w  małej lokalnej restauracji na pysznej miejscowej kawie i tradycyjnych daniach. Słuchać muzyki granej na ulicy, poodychać wolnością w przepięknych parkach i dopiero na koniec zadecydować, czy polubiłam to miejsce.

Sobota- dzień ostatnich przygotowań, dopychamy  ciepłe bluzy do plecaków i późnym wieczorem wraz z prawie kompletną załogą ruszamy z Krakowa do Gdańska w długą i nużącą podróż Polskim Busem.

Budzimy się nad ranem na Dworcu Autobusowym w Gdańsku, niecałe 30 minut później udaje nam się w kompletnym składzie stanąć na kei. Małą grupą ruszamy jeszcze na zakupy rejsowe. Wcześniej postaraliśmy się przygotować listę, ale uwierzcie, że nie jest łatwo zaplanować jadłospis na 2 tygodnie
dla 9 osób. Zakupy pochłaniają nam jakieś 3 godziny czasu, samochodem wypchanym po brzegi wracamy do portu.  Chyba w końcu jesteśmy gotowi do wyjazdu....walczyliśmy dzielnie.

Pogoda pozwala nam tego wieczoru wypłynąc na kilka godzin i przesunąć się chociaż o kilkadziesiąt mil dalej. Zaczynamy życie na pokładzie, nie jest łatwo z obiadem przygotowywanym na fali i dużym niedoborem snu, mimo to wszyscy z szerokimi uśmiechami na twarzach. Jesteśmy na morzu, można zostawić na lądzie wszystkie problemy i cieszyć się szumem fal.

We Władysławowie czeka nas co najmniej jednodniowa przerwa. Na wieczornym posiedzeniu Kapitan informuje, że wypłynąć na drugi dzień możemy, tylko że na morzu 7-8 B i oczywiście pod wiatr. Wszyscy z dużymi pokładami energii do żeglowania decydujemy się wypłynąć, niech się dzieje co chce.

Wypływamy ku żywiołowi. Po 2 godzinach większość załogi nieprzytomna ląduje pod pokładem. Ja jeszcze nigdy nie czułam się gorzej, choroba morska przypomina mi cięższą wersję grypy żołądkowej. Udaje mi się trochę uspokoić żołądek na krótkiej drzemce. W końcu decyduję się powalczyć, przecież wszystko tak naprawdę zaczyna się w naszych głowach. Pomagam przy żagalach, stoję za sterem i wymiotuję przypięta na linie do deku. Denerwuję się już okropnie, przy każdym wychylaniu sie za burtę dostaję zimną i słoną wodą prosto w twarz, ciężko się poruszać, doskwiera ból głowy i przemoczone ubrania. Ktoś tu mówił, że żeglowanie jest nudne?  Zostaje nas już tylko czwórka włącznie z Kapitanem, prowadzimy jacht na zmiany, morze nie chce uspokoić się ani na chwile, za nami 8 godzin. Czuje, że powoli wygrywam sama ze sobą, zaczynam robić się głodna, odzyskuję energię i siły. Teraz mogę już płynąć choćby całą kolejną dobę. Po 14 godzinach trudnej żeglugi Kapitan podejmuje decyzję o wejściu do portu w Łebie. My może dalibyśmy radę, ale reszta załogi potrzebuje przerwy i regeneracji. O 2 nad ranem rzucamy cumy i schodzimy na chwilę na stały ląd. Jeszcze szybka kalkulacja strat, na szczęście niewielkich i zbawienny dla wszystkich sen..

Rano trzeba naprawić zerwaną podczas sztormu taśmę od foka, nasz jacht nie jest specjalnie zaopatrzony w sprzęt do małych napraw, więc staramy się wygrać kreatywnością. Do szycia wykorzystujemy własnoręcznie zrobioną w bosmanacie igłę. Szybkie tankowanie paliwa i ruszamy dalej.

Dziś jest już nieco łatwiej, Neptun nieco łaskawszy, 6 B, ale wiatr wciąż w twarz. Chyba już trochę przyzwyczajeni do warunków, dzielnie prowadzimy kolejne wachty. Przed nami wyzwanie- co najmniej kilka dni ciągłej żeglugi. Nasz następny cel to Kopenhaga, dziś wydaje się daleka i nieosiągalna.

Wczorajszy dzień wiele mnie nauczył. Morze to żywioł, wobec którego my jesteśmy bezsilni, w obliczu jego mocy jesteśmy mali i bezbronni. W codziennym życiu często wydaje nam się, że potrafimy być niepokonani, że jeśli włożymy w coś sto procent energii to uda nam się wygrać. Co zmienia się zatem gdy z naszych oczu znika ląd? Zostajemy niewielką kropką poruszającą się na ploterze. Zależni od fali, wiatru, zdani na łaskę natury. Dziwne to dla mnie uczucie zostać bezsilną, zwykle nie pozwalam sobie na to. Pozwala mi to jednak zapomnieć, o tym co zostało kilkadziesiąt mil za nami i skupić się na rzeczach naprawdę istotnych, zastanowić
się o co w moim życiu walczę i  czego oczekuję.

Pierwszy raz zostało mi powierzone prowadzenie wachty. Stwierdziłam, że to dla mnie szansa na naukę stawiania żagli, podszkolenie się z nawigacji i sztuki manewrowania jachtem. Wiedziałam, że to też duży kredyt zaufania, dlatego szczególnie do nocnych wacht starałam się podchodzić bardzo odpowiedzialnie. Udowodniłam sobie, że wyzwania motywują do działania, konsekwentnie uczyłam się nowych rzeczy.

Takie kilkudniowe przeloty między portami to ogromny wysiłek dla załogi. Wiecie, okazało się, że najprostsze czynności potrafią być bardzo trudne. O umyciu się praktycznie nie ma mowy, przy przygotowywaniu obiadu dla 9 osób można poćwiczyć gimnastykę, a przejście 3 metrów z koi do toalety bez nabicia sobie po drodze ogromnej liczby siniaków o wszystkie stoły i szafki to już całkiem duży wyczyn. Są też chwile relaksu przy kawie i książce. Zwykłe życie na jachcie to jednak ciągła praca.

Po 56 godzinach na morzu docieramy do Kopenhagi, wpływamy do małego portu praktycznie w centrum miasta, nieco zmęczeni stawiamy pierwsze kroki na lądzie. Szczerze mówiąc kołysa mną jeszcze dobre kilka godzin przy zwiedzaniu miasta. Uciekamy z Kamilem zgubić się w mieście. Znajdujemy śliczną małą kawiarnię, gdzieś daleko od tłumów turystów przemierzających ścisłe centrum miasta. Pijemy przepyszną kawę, obserwujemy toczące się dookoła życie. Postanawiamy ruszyć na spacer, trafiamy na ogromne ogrody zamkowe- pełne zieleni i kwiatów, miejsce w którym mieszkańcy zatrzymują się na gry terenowe, rodzinne pikniki i spotkania towarzyskie. Mijamy plenerowy koncert i trafiamy do kolejnego parku tym razem prowadzącego do terenów zabudowy wojskowej. Przychodzi wieczór, podświetlone fontanny nad brzegiem rzeki wyglądają magicznie. Spacer kontynuujemy poszukując „Nomy“. Chcemy choć z zewnątrz zobaczyć tą gwiazdkę światowej gastronomii. Przekraczamy mieniący się tysiącem świateł most i po kilku minutach stajemy przed drzwiami restauracji. Wszyscy pracują jak w zegarku, każdy zna swoje miejsce, tu nic nie dzieje się przypadkiem, potrawy wyglądaja jak wycięte ze zdjęć najlepszego branżowego czasopisma , a uśmiechnięte twarze gości świadczą o wysokim poziomie lokalu i wysokiej jakości serwowanych tu potraw. Na stolik  w „Nomie“ czeka się kilka miesięcy, może przy kolejnej wyprawie uda się zobaczyć tą perełkę też od środka. Swoje kroki kierujemy na miejscowy„Street Food“, gromadzące się wokół tego miejsca tłumy młodych ludzi świadczą o tym, że trafiliśmy do jednego z bardziej popularnych miejsc. Wieczorami robi się tu głośno i kolorowo, koncerty Dj-ów na wolnym powietrzu, a we wnętrzu ogromnej blaszanej hali można odkrywać smaki niemal całego świata. Kilkadziesiąt food tracków i barów, serwujących kuchnie europejskie,a miejscami też te bardziej egzotyczne. Bierzemy do rąk po butelce miejscowych trunków i rozsiadamy się na leżakach nad brzegiem rzeki. Ogrzewani ciepłem rozpalonego ogniska, zasłuchani w rozbrzmiewającej wokół muzyce cieszymy się, że udało się odkryć serce kolejnego kraju, poszerzyć horyzonty.

Nieco zmęczeni po całym dniu wędrówki wracamy na jacht. Każdy z nas potrzebuje chwili wytchnienia i odpoczynku. Nazajutrz ruszamy dalej. Kolejnym way pointem ma zostać szwedzki Goeteborg. Liczymy, że uda się dopłynąć jeszcze na odbywający się tam właśnie Zlot Żaglowców.

Nasze plany rozpływają się niestety zaraz po wyruszeniu z portu. Stawiamy foka, który okazuje się być rozerwany na długości niemal pół metra i zamiast spełniać swą funkcję zostaje naszą dyszą powietrzną, łapiącą wiatr dosłownie do środka żagla. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zmienić kurs na największy możliwy port w Kopenhadze i szukać pomocy..

Pewnie myślicie, że to już koniec naszych problemów? Otóż nic bardziej mylego, dopływając do portu orientujemy się, że mamy dziś sobotę ...najgorszy z wszystkich możliwych dni na naprawę jachtu. Mało nam szczęście dopisuje, ale załoga Xeli się nie poddaje. Postanawiamy, pozbawieni innych możliwości, wykorzystać zapasowe nici do szycia żagli i zacząć cerować. Kilka godzin mozolnej pracy Kapitana oraz czterech dzielnych załogantów i fok wygląda jak nowy. Może po powrocie zaczniemy zarabiać na drobnych, weekendowych naprawach jachtów?? Cały czas do przodu- zgodnie z tym hasłem przemierzamy kolejne morskie mile.

Na jachcie czas mierzy się w jakichś nieco innych jednostkach, nie mają dla Ciebie specjalnego znaczenia noc i dzień. Wszystko odmierzasz na wachty za sterem albo kambuzowe. Nic poza tym nie musisz, za to możesz wszystko, uczyć się, szkolić, pracować na jachcie, ucinać sobie drzemki, odrabiać literackie zaległości, pisać dzienniki, a przy spokojnym morzu wygrzewać się po prostu na deku w blasku promieni odbijających się od tafli wody.

Późnym wieczorem któregoś tam dnia wpływamy do szewdzkiego Goeteborgu. Wejście do portu mieniące się tysiącami kolorów wywiera na nas ogromne wrażenie. Pomimo zmęczenia postanawiamy podjąć się jeszcze małego spaceru po okolicy i znaleźć przystań w przyjemnym, klimatycznym pubie gdzieś w centrum. Okazuje się, że niepotrzebnie narzekamy na „krakowskie wysokie ceny“, bo wyobraźcie sobie, że piwo w zwykłym barze może też kosztować 40 zł/0,5 l- uwierzcie mi, że doceniacie wówczas każdy łyk.

Kolejny dzień postanawiamy poświęcić na zwiedzanie żaglowców. Z bliska wyglądają naprawdę imponująco, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Dopiero udało mi się opanować nazwy wyposażenia prostego jachtu i lin za które trzeba pociągać, a tu przed moimi oczami ogromy żaglowiec z sto razy większą liczbą lin, haków, kabestanów i innych akcesoriów- nieprawdopodobne, że chodzą po tym świecie ludzie, którzy znają te statki jak własny dom i potrafią bezpiecznie prowadzić je przez morza i oceany. Jako grupa polskich amatorów żeglarstwa, jakimś zrządzieniem losu znajdująca się akurat w Szwecji , dostajemy szansę postawienia swoich stóp na pokładzie słynnego Frederyka Chopina. Monumentalny, mieniący się dziesiątkami białych żagli w blasku słonecznych promieni, piękny i wywałoby się- niezniszczalny. Stając za kołem sterowym zaczęłam zastanawiać się jak perfekcyjne wyczucie statku należy mieć, żeby trzymać tutaj idealny kurs na wiatr. ( Może dla mnie wydawało się to bardziej niemożliwe, gdyż ster zdawał się być wielkościowo równy mnie ). W nieskończoność trwały nasze okrzyki zachwytu nad kolejnymi mijanymi w porcie żaglowcami. Może któregoś dnia i nam uda się zostać załogą jednego z nich.

Tymczasem ruszamy na ekspresowe zwiedzanie pozostałej części miasta. Nasze kroki kierujemy w stronę słynnego ogrodu botaniczego. Miasteczko okazuje się być przepiękne, urokliwa zabudowa, uśmiechnięci mieszkańcy i wysprzątane uliczki. Wszystko tu do siebie pasuje. Ogród botaniczny
i tamtejsza palmiarnia to rzeczywiście jedne z pięknieszych rezerwatów natury jakie widziałam. Ogromne zadaszone ogrody gromadzące dziesiątki gatunków egzotycznych roślin, przenoszą nas na chwilę w podróż w jeszcze odleglejsze krainy niż te do których udało się dotrzeć. Cel postawiony- kolejnym razem wszystko to trzeba zobaczyć w naturalnym środowisku. W drodze powrotnej na jacht musimy uzupełnić braki w wyposażeniu naszej lodówki. Ja, Kamil i Małgosia dzielnie biegając po szwedzkim hipermarkecie staramy się skompletować wszystkie najpotrzebniejsze produkty. Po niecałej godzinie nasz koszyk jest prawie pełny. Z niecierpliwością czekamy na rachunek, patrząc po cenach na półkach- zostawimy tu majątek. Oczekiwania stają się rzeczywistością, w Polsce za te same pieniądze mielibyśmy jakieś 4 razy więcej produktów. Przez chwilę zastanawiamy się więc jak dużo więcej musi zarabiać tutaj przeciętny obywatel, żeby było go stać na chleb za 8 zł i wodę mineralną za 10? W lekkim szoku wracamy z zakupami na jacht, to już czas ruszyć znów na morze. Przed nami szkiery, których już wszyscy nie mogą się doczekać. Paweł w wycieczce po szkierach wywęszył swą kolejną szansę na złowienie jakiejś świeżej rybki na obiad.

Pływamy wśród pięknych powulkanicznych wysepek z dziką przyrodą i ślicznymi małymi domkami, wydaje się jakby mieszkający tu ludzie żyli w raju. Pogoda jak na obecną porę roku naprawdę nas rozpieszcza, wiatry sprzyjają. Nie możemy oderwać się od aparatów, każdy z nas chce choć na chwilę zatrzymać dla siebie ten obraz. Udaje nam się znaleźć dogodne miejsce na zatrzymanie się na kotwicy. Paweł próbuje szczęścia z wędkowaniem, Gosia i Ania odważnie wskakują popływać w błękitnej tafli wody. Jest czas na przygotwanie obiadu- chociaż raz bez dodatkowej atrakcji w postaci kołyszącej fali. Najedzeni i wygrzani promieniami słońca wracamy do wieczornej żeglugi. Zaczarowani urokiem jednej z wysp, zatrzymujemy się jeszcze na wieczorny spacer. Na lądzie jest zaskakująco cicho i spokojnie. Opustoszałe miasteczko z małym zamkiem i willami ze snów. Każdy tu zamiast samochodu posiada swój własny jacht. Miejsce wydaje się być idealne na chwilę odpoczynku od zgiełku miasta.

Nocne żeglowanie po szkierach pozstanie w naszej pamięci jako wyzwanie dla odważnych. Wąskie szczeliny między skałami, gdzieniegdzie święcące tyczki wskazujące drogę. Mieścimy się na centymetry, pilnując kursu z dokładnością do 1 stopnia. Całonocną walkę z perspektywy poranka, wszyscy zgodnie uznajemy za dobrą przygodę. Kolejny dzień spędzamy na dotarciu do Oslo. Norwegię zaczynamy zwiedzać od widocznych z deku niewielkich fiordów otaczających drogę morską wejścia do portu w stolicy. Kilkanaście godzin później lądujemy w porcie w sercu miastu. Zmęczeni wyprawą znajdujemy siłę jedynie na prysznic, kolację i szklaneczkę rumu albo dwie...Przy dźwiękach gitary, na której Kamil wygrywa dla nas dźwięki ulubionych szant, zapadamy w upragniony sen. Kolejny dzień chcemy poświęcić na zwiedzanie miasta.

Pierwsze kroki kierujemy na wodny tramwaj mający dostarczyć nas do Muzeum Fram. Ogromna wystawa poświęcona jest wyprawom polarnym. Statki z żeglugi na najdalsze krańce świata, świetnie zakonserwowane, otwarte są do zwiedzania. Można na chwilę przenieść się w inne czasy, poczuć się jak odkrywca,  wyobrazić sobie jak musiało wyglądać tamto życie. Twórcy muzeum zadbali nie tylko o dokształcenie nas z obszernej histrorii owych wypraw, jak i przybliżenie nam z najdrobniejszymi szczegółami życia codziennego na jednostkach ekspedycyjnych, ale pokazali też warunki atmosferyczne panujące w obszarach biegunowych. Specjalnie przygotowana komora, imituje temperaturę i wizualizuje nam prawdziwie polarne, surowe warunki. Po kilku godzinach wychodzimy naprawdę usadysfakcjonowani. Miejsce warte odwiedzenia.

Organizujemy jeszcze kilkugodzinny spacer po centrum. Znajdujemy tu z Kamilem schowane w cieniu zabytków magiczne miejsce. „Drzewko szczęścia“, na którym każdy może umieścić swoje marzenie spisane na małym bileciku. Są tu kartki z całego świata, spisane z różnych językach. Uwierzyliśmy, że działa, pewnie zrobimy teraz wszystko, żeby nasze marzenie też się spełniło.

Wieczorową porą trafiamy na zamek na wzgórzu. Widok stąd jest nieziemski, miasto mieni się tysiącami świateł. Port z powiewającymi żaglami dziesiątek jachtów, wygląda z tej perspektywy wyjątkowo imponująco. Xela jest już gotowa do dalszej podróży....

Sam zamek ma w sobie też odrobinę magii, ukryte komnaty z grającymi, błyszczącymi pozytywkami w kształcie statków, figury postaci broniących każdej bramy fortecy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na małą kawę i piwo. Znów jest to jedna z naszych najdroższych przyjemności w tym mieście. Tak tylko rozwiewając wątpliwości- kawa czarna- 20 zł, piwo lane- 50 zł.

Szykujemy Xelę do wyjścia z portu. Gdy już jesteśmy praktycznie gotowi, okazuje się, że jacht z jakiegoś powodu nie ma zasilania. Zaczynają się problemy. Męska część załogi zaczyna rozkręcać jednostkę, szukając źródła problemu. Bezskutecznie próbujemy wszystkich swoich sił, żeby udało się wyruszyć jeszcze dziś.
Po 3 godzinach znajdujemy źródkło braku wystarczającego zasilania, szkoda, że jacht musieliśmy rozłożyć już prawie na części. Szczęśliwi jak nigdy, odpalamy silnik, światła i ruszamy w drogę powrotną do Danii. Wracamy do powadzenia wacht. Śpię w dzień, żyję w nocy. Warunki męczą nas okropnie. Morze znów nas nie oszczędza. Praktycznie cały czas płyniemy pod wiatr, do tego mgła tak gęsta, że decydujemy się co 5 minut meldować swoją pozycję na radiu. Próbujemy dać znać innym jednostkom o naszym istnieniu. Zagrożenie rozpływa się po kilku godzinach razem z mgłą. Wiatr nie ustaje. Udaje mi się w nocy postawić żagle i odpuścić trochę prowadzenie na silniku. Rano lądujemy bezpiecznie w porcie w Skagen. Nie marzymy właściwie o niczym innym, jak tylko o porządnym śniadaniu. Inwestujemy w pyszne świeże ryby w porcie i ucinamy sobie kilkugodzinną drzemkę. Skagen jest przeciętnym, małym, duńskim miasteczkiem. Robimy sobie małą wycieczkę po plaży. Z tęskoty chyba za włoskim jedzeniem, którego jesteśmy z Kamilem ogromnymi fanami, na kolację wybieramy się do włoskiej restauracji na pizzę i pyszną kawę. Reszta załogi, wciąż głodna morskich smaków decyduje się na smażone ryby i owoce morza w portowej tawernie.

Kolejnego dnia rano wczesną pobudkę zapewnia nam Mariusz, który wraz ze swoją załogą zabiera Xelę w drogę powrotną do Polski.

Wyprawa nauczyła nas wszystkich pokory, radzenia sobie w najtrudniejszych warunkach. Dzięki niezwykłemu Kapitanowi wszyscy zdobyliśmy nowe umiejętności, mieliśmy okazję rozwijać się pod jego czujnym okiem. Miłość do żeglarstwa jest trudna i wymagająca, a jej prawdziwe piękno tkwi w pokonywaniu swoich barier i słabości. No i w czymś oczywistym, ale najbardziej wartościowym w odkrywaniu świata
i samego siebie...

Anna Dróżdż

Facebook
Tweet
Google
16
Styczeń
2017

Rejs Sylwestrowo - Noworoczny Grecja 2016 / 2017
Najlepszy rejs na jakim byłam, pełen ciekawych doświadczeń - pływanie w sztormie i najbardziej zgrana załoga SY Milos z Kapitanem Mariuszem. Parę słów o tym jak było na rejsie.


Ateny przywitały nas śniegiem i silnym wiatrem. Chociaż każdy myślał że będzie ok 15 stopni na plusie. Spędziliśmy tam dodatkową noc, którą przeznaczyliśmy na integrację z innymi załogami oraz robienie tostów na jachcie o 6:40 rano.

Następnego dnia o godzinie 11.50 wychodzimy z portu. Zaraz za główkami portu czekał na Nas jacht SY Rinia z kapitanem Zbyszek Marek. Rozpoczęły się regaty sylwestrowe na trasie Ateny – Milos.
Po mniej więcej 14 godzinach, gdzie większość czasu płynęliśmy w sztormie, co prawda baksztagiem, wiec większość załogi zniosła to dobrze. Uciekająca załoga SY Rinia została wyminięta 20 mil przed metą na Milos. Niczym motorówka na żaglach docieramy do mety na Milos. Port przywitał nas wietrznie, wiatr sprawił nam trochę problemów przy cumowaniu, sprawna załoga stanęła na wysokości zadania. Jak to w Grecji okazało się że nie będzie prądu ani wody.Nad ranem dotarły kolejne załogi. Po porannych oględzinach przestawiamy się na keję bliżej miasta gdzie mamy prąd i wodę. Jachty stoją majestatycznie jeden obok drugiego pod salingiem flaga 4 Kontynenty.

Czas przygotować się na przywitanie Nowego Roku. Na wszystkich jachtach ruch, nasze załogantki wrzucają na siebie makijaż i w drogę do tawerny. Lidka wita wszystkich gości, załoga po załodze zajmuje stoły i chodź jeszcze nie było oficjalnego rozpoczęcia sylwestra już jest gwarno i wesoło. Z każdą minutą zapominamy o trudach rejsu na Milos wokół panuje żeglarski klimat, pozytywnie nastawieni ludzie, jest wesoło, nowe znajomości..... :) Wszystkie załogi bawiły się świetnie do białego rana, co niektórzy poszli nawet prosto do piekarni. Ranek na Milos przywitał nas słonecznie, do jachtów zapukał Arek Stefaniak przekazując prezenty od burmistrza Milos.Grecy bardzo docenili nasze przybycie i hart ducha, dla nich byliśmy wielkimi żeglarzami, którzy przybyli by z nimi spędzić Nowy Rok. Mieli ku temu podstawy gdyż morze pokazało swoje oblicze.

Odpoczywamy i ruszamy dalej Mykonos. 8.00 SY Rinia, SY Milos oddają cumy.Mykonos to kolejny port na naszej mapie, podążamy leniwie na żaglach w promieniach słońca. Na deku SY Milos rozbrzmiały gorące rytmy, załoga ładowała akumulatory, zachód słońca rozbudził marzenia. Widoki niczym widokówki na długo zapisały się w naszej pamięci. Na Mykonos docieramy wieczorem, w porcie cisza, rybackie łodzie, zimujące jachty i my. Stajemy znowu jeden za drugim, robiąc miejsce dla kolejnych jachtów które podążają z IOS.

Niespodzianka na Mykonos. Nad rankiem do naszej lewej burty dostawił się jacht SY Mykonos. Nasz Kapitan i tak wszystkich obudził krzycząc jaka to piękna pogoda i jak jest ciepło. Faktycznie to był najcieplejszy dzień rejsu. Grecy patrzyli na nasze załogi ze zdziwieniem. My krótkie spodenki, t-sherty oni zimowe kurtki. Tego samego dnia ruszamy na Paros

W drodze do Paros mieliśmy bardzo łagodne warunki pozwalające na żeglugę pod pełnymi żaglami.Pogoda nam wciąż dopisywała ale najważniejsze że mieliśmy siebie. Załogi, które wspólnie spędzały czas pływały razem we flocie, atmosfera podążającego flow. Chyba już w tym miejscu mogę powiedzieć iż załoga SY Milos wyróżniała się na tle innych załóg. Panujący klimat naszego jachtu udzielił się innym. Nasz jacht tętnił życiem od rana do rana. Niesamowite przeżycie.

Pogoda to czynnik któremu należy się poddać Wypływamy z Paros wiedząc że zmieni się pogoda, trasę tego etapu byliśmy zmuszeni skrócić. Kapitan śledząc zmieniające się warunki meteo podjął decyzję o szybkiej zmianie kursu i skróceniu trasy na Kythnos.Zrzucamy żagle odpalamy disla i kierunek port Kythnos. Fala systematycznie się rozbudowywała, wiatr przybierał na sile do portu około 20 mil które zrobiły się długie. I tak powoli mila po mili posuwaliśmy się do przodu. Im bliżej brzegu tym fala mniejsza ale wiatr nie słabł. Dostajemy komunikat, że w porcie jest silny wiatr dopychający i mało miejsca na manewry. Na kei już czekały na nas inne załogi. W ciemnościach widać latarki i ludzi, parkujemy za SY FERRY. Wiatr dopchał nas do kei dość gwałtownie. Odbijacze zapracowały cumy poszły stoimy. Schroniliśmy się przed niekorzystnym meteo. I tak tą noc spędzamy w miarę spokojnie. Najgorsze jednak przed nami. W nocy miał przyjść jeszcze silniejszy wiatr. W dzień przygotowaliśmy dodatkowe cumy, lepszy rozłożenie odbijaczy. Można powiedzieć, że przygotowaliśmy się do nadejścia wichury. Właściciel tawerny jak usłyszał ile jachtów tu przypłynie troszkę się przeraził. Nie był przygotowany na naszą skromną wizytę. Spadł deszcz, zabrzmiały gromy z nieba, na jachtach pozostały wachty portowe, każdy kapitan z okna tawerny rozglądał się za swoim jachtem będąc w kontakcie telefonicznym. Za oknem pogoda nie rozpieszczała, za to w tawernie był gorący klimat. Uprzejmi Grecy dostarczyli nam gitarę rozbrzmiały polskie szanty i melodie oraz kolędy. Polski dzień w greckiej tawernie na Kythnos sprawił, że na wyspie zabrakło prowiantu i napoi. Stajemy przed trudnym wyborem, ze względu na dość dynamicznie rozwijającą się prognozę meteo wykorzystujemy okienko pogodowe ruszamy do Aten. Za cyplem na Kythnos dostajemy mocną boczną falę, powiewy wiatru wskazują że nie będzie łatwo. Są chwile kiedy zapada spokój ale to złudne zjawisko. Za naszą rufą rozbudowuje się silny front, który niósł 10 B. Po między wyspami dopadają nas szkwały do 45 knt. Załoga dzielnie znosi ostani etap naszego rejsu. Przed samym portem mamy obawy czy uda się nam stanąć przy kei przy tak dużych porywach. Wspólnie z kapitanem SY Mykonos Maciej Kurowski ustalamy wariant awaryjny. Podmuchy coraz bardziej dają w burtę za nami błyskawice. Jak bardzo szybko zmienia się pogoda na morzu, mogliśmy się sami przekonać.Zapada decyzja SY Milos wchodzi jako pierwszy sprawdzić sytuację w porcie. Następuje wielkie zaskoczenie, port okazuje się cichą przystanią, na ukf leci komunikat na Sy Mykonos. Port nam dał schronienie i znowu jachty stały obok siebie. Czekamy w porcie na SY Rinia, która walczyła dzielnie na morzu. Kiedy my już spokojnie odpoczywamy czekamy na załogę SY Rinia, która dotarła do nas o drugiej w nocy. W końcu można znów się cieszyć wspólnym towarzystwem. W sobotę robiliśmy obiad na 2 załogi na naszym jachcie, później tradycyjnie i tak wszyscy siedzieli u nas i zabawa była do rana. Mogę każdemu śmiało polecić pływanie z Fundacją 4 Kontynenty. Doświadczeni Kapitanowie od których można się wiele nauczyć. Do tego pływanie w miłym towarzystwie. Po pierwszym rejsie z nimi każdy złapie bakcyla do żeglarstwa. 

Galeria foto z rejsu klik 

Video z rejsu klik 

Joanna Basiak 

Facebook
Tweet
Google
27
Grudzień
2016

Tym razem zmieniamy akwen wodny, wyruszamy do malowniczej Grecji. Kilka jachtów pokona trasę:
Ateny - Poros - Hydra- Milos (sylwester z Grekami w nowo otwartej tawernie) - następnie Naxos - Kytnos ( gorące źródła w zimowy wieczór ) - Ateny.
Samoloty obecnie są w cenie 305 zł w obie strony.
Na dzień dzisiejszy są pewne już 3 jachty kolejne dołączą w najbliższych dniach ma być ich 6.
27.12 Lądujemy w Atenach, które planujemy zwiedzić. 29.12  ruszamy razem w morze.

Oto opis planowanych miejsc:

Poros (gr. Πόρος) – grecka wyspa położona 48 km od portu w Pireusie, należy do archipelagu Wysp Sarońskich. Wyspa jest oddzielona od Peloponezu 200-metrowej szerokości kanałem. Jej powierzchnia wynosi 31 km². Na wyspie żyje ponad 4 tys. mieszkańców w tym większość mieszkających w stolicy wyspy - Poros. Poros składa się z dwóch wysp: Sphairi oraz Sferia. Obie są połączone ze sobą mostem. Leży w administracji zdecentralizowanej Attyka, w regionie Attyka, w jednostce regionalnej Wyspy, w gminie Poros. Poros jest wyspą o bogatej i bujnej roślinności. Północne i zachodnie krańce wyspy są pokryte głównie krzewami oraz drzewami o niedużej wysokości. W centrum wyspy znajduje się las pokryty drzewami iglastymi, głównie starymi sosnami. Wyspa posiada dobrą sieć dróg i infrastrukturę turystyczną, co czyni Poros bardzo popularnym kurortem turystycznym. Brak lotniska powoduje, że dostęp na wyspę gwarantują promy oraz wodoloty, które odpływają regularnie z Aten.

Hydra (gr. Υδρα, Idra) – wyspa grecka należąca do archipelagu Wysp Sarońskich. Położona jest na południe od Półwyspu Argolidzkiego, który jest częścią Peloponezu. Charakterystyczna dla wyspy jest doskonale zachowana XIX wieczna i wcześniejsza zabudowa. Na wyspie jest niewiele dróg, gdyż obowiązuje ściśle przestrzegany zakaz używania pojazdów mechanicznych, a nawet rowerów. Jedyne samochody jakie są używane to karetki pogotowia i nieliczne pojazdy gospodarcze, np. służb komunalnych. Do transportu towarów i ludzi mieszkańcy używają jucznych zwierząt - koni, mułów i osłów. Wyspa jest licznie odwiedzana przez miłośników sztuki i historii. Po części wiąże się to z funkcjonowaniem filii ateńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Poza niewielkimi pensjonatami brak jest większych hoteli, a co za tym idzie masowej turystyki zorganizowanej. Co roku na Hydrze odbywa się festiwal upamiętniający wyzwolenie wysp greckich z osmańskiej niewoli. Leży w administracji zdecentralizowanej Attyka, w regionie Attyka, w jednostce regionalnej Wyspy, w gminie Hydra.

Milos  (gr. Μήλος) – wyspa w archipelagu Cyklady na Morzu Egejskim. W starożytności zamieszkiwana przez Dorów. Głównym portem Milos jest Adamas. Leży w administracji zdecentralizowanej Wyspy Egejskie, w regionie Wyspy Egejskie Południowe, w jednostce regionalnej Milos, w gminie Milos. W środku wyspy powstała na skutek wybuchu wulkanu zatoka Ormos Milu.
Największą atrakcją turystyczną jest wioska Tripiti z katakumbami i amfiteatrem z okresu hellenistycznego. W 1820 r. odnaleziono na wyspie posąg Afrodyty, znany jako Wenus z Milo.
Na wyspie odbyć się miał dialog melijski, opisany przez Tukidydesa w jego Wojnie peloponeskiej

Naos- Naksos (gr. Νάξος, też : Náxia lub Áxia) to wyspa na Morzu Egejskim, największa wyspa archipelagu Cyklady, pow. 448 km², 12089 mieszkańców (2001), choć ich liczba zmienia się silnie w zależności od pory roku. Wschodnie wybrzeże Náxos jest strome, zachodnie płaskie. w kierunku pn. – pd. przebiega przez nią granitowy łańcuch górski (z najwyższym szczytem Oxia 1001 m.). Klimat i roślinność śródziemnomorskie. Słynna ze złóż marmuru, eksploatowanych już w III tysiącleciu p.n.e. (kamienne figurki bóstw - idole). Osadnictwo protocykladzkie i mykeńskie.
Leży w administracji zdecentralizowanej Wyspy Egejskie, w regionie Wyspy Egejskie Południowe, w jednostce regionalnej Naksos, w gminie Naksos i Mikres Kiklades.
Ludność zajmuje się głównie uprawą (zboża, winna latorośl, cytrusy, oliwki), hodowlą (owce, kozy), rybołówstwem oraz obsługą ruchu turystycznego. Główne miejscowości: Naxos, Koronis. Naksos stanowi część greckiego okręgu administracyjnego Cyklady. Zabytki: resztki osady protocykladzkiej i późnominojskiej. Obwarowania weneckie z XIII w. Katedra i kościół św. Antoniego. W okolicach Sangri archaiczna świątynia Demeter i Kory (zamieniona w VI wieku na bazylikę chrześcijańską).
Główną miejscowością (tzw. chora (gr. χώρα)) na wyspie jest miasteczko portowe Naksos, które mimo swej wielkości jest siedzibą rzymskokatolickiego arcybiskupstwa i grecko-ortodoksyjnego biskupstwa.
Wyspa zasiedlona przez Karów, Kreteńczyków i Jonów z Attyki. Centrum kultu Dionizosa i uprawy wina. W 499 roku p.n.e. nastąpiło Oblężenie Naksos przez Persów, które zostało odparte. Wyspa została zdobyta i spustoszona przez Persów (490 p.n.e.); po wyparciu Persów, członek Ateńskiego Związku Morskiego. Od końca I wieku p.n.e. pod rządami Rzymu. Od roku 1207 centrum weneckiego księstwa Naksos. W 1566 zdobyta przez Turków. Od 1830 roku w granicach Grecji.
Według mitologii greckiej to właśnie na Naksos Tezeusz porzucił Ariadnę; motyw ten w sztuce został utrwalony m.in. w operze Ariadna na Naksos Porpory.
Kythnos - Wyspa spalona przez słońce i mało chroniona od wiatru pozwala poczuć się blisko natury, liczy prawie 100 km. kw. powierzchni (i tyleż długą linię brzegową!), a zamieszkuje ją 1500 mieszkańców. Oprócz plaż (średnie) osobliwością wyspy są nadbrzeżne groty. Swą drugą nazwę wyspa zawdzięcza gorącym źródłom (gr. loutro). Stolica wyspy - Chora (zwana czasami Messaria) leży w centralnej części wyspy i jest przykładem tradycyjnej architektury cykladzkiej. Biało tu i niebiesko.... Najwspanialsze zabytki chory to kościoły: Aghias Savvas (z 1613 r.) i Aghia Triada z pięknymi płaskorzeźbami. Głównym ośrodkiem turystyki jest port Merchias leżacy na zachodnim brzegu wyspy. To tutaj koncentruje się ruch turystyczny (połączenia promowe z Pireusem i wyspami). Obok Merichas leżą najpiękniejsze plaże Kithnos np. Martinaki z najpiękniejszą - ławicą (łączącą ląd z wysepką) - Koloną. Najciekawszym zabytkiem Merichas jest kościół Panagia Flambouriani. Innym miasteczkiem, które warto odwiedzić jest jest Loutra uzdrowisko leżące na północy wyspy 4 km od Chory. Ciągle funkcjonują tu dwa źródła Kakavos i Aghia Anargyri. Nieliczni kuracjusze leczą tu m.in. reumatyzm i choroby kobiece. Mieszkańcy Kithnos czerpią dochody głównie z turystyki, rybołówstwa oraz rolnictwa (choć gleby kiepskie). do 1940 roku wydobywano tu rudę żelaza. Większą miejscowością leząca na południu wyspy jest porcik Kanala.
Historia osadnictwa na Kithnos rozpoczęła się ponad 7000 p.n.e. Wyspa była ważnym centrum handlowym minoanczyków. W czasie trwania kultury myceńskiem osiedlili się tu na wpół legendarni Driopidzi (do dziś jest tu miejscowość o nazwie Driopida - w centrum wyspy). W historii nowożytnej bardzo długo władał wyspą wenecki ród Cozzadinich. Opłacając się Turkom sprawowali władzę aż do 1617 roku. Na Kithnos wygnany został król Grecji Otton I.

Jacht pierwszy prowadzi kpt Zbyszek Marek
Jacht drugi prowadzi kpt Maciej Kurowski
Jacht trzeci prowadzi kpt Mariusz Noworól
w razie dużego zainteresowania dołączymy kolejne jachty które poprowadzą kpt z Fundacji 4 Kontynenty.
Wsparcie sylwestrowego rejsu : 175 euro plus kasa jachtowa i kaucja

Mariusz Noworól

mariusz@4kontynenty.pl

tel. 696914676

 

Facebook
Tweet
Google
14
Grudzień
2016

W grudniowy, piątkowy wieczór zgrany zespól Fundacji 4 Kontynenty zebrał się w Krakowskiej Tawernie- Starym Porcie, który jest jednym z naszych ulubionych żeglarskich miejsc w końcu to jaskinia żeglarstwa. Celem naszego spotkania był koncert zaprzyjaźnionego zespołu Z Dala od Zgiełku. Od osiemnastej do dwudziestej czas spędziliśmy na wspólnych rozmowach i żartach. Punkt dwudziesta rozpoczął się koncert. Na początku jeszcze z pewną nieśmiałością ludzie z lekka kołysali się siedząc na ławeczkach, ale żeglarskie, wesołe dźwięki dosyć szybko co poniektórych podniosły z miejsc siedzących i zaczęło się hulanie. Jedni tańczyli na ławkach, inni przed sceną śpiewając z zespołem znane żeglarskie szlagiery. Tak bawiliśmy się cztery godziny czyli przez trzy kolejne sety i siedem bisów. Około północy, po zakończeniu koncertu, popstrykaliśmy kilka pamiątkowych fotek, pożegnaliśmy się z zespołem, po czym cześć z nas rozjechała się do domów, a cześć poszła na Krakowski Rynek na karaoke. Niestety szanto-wanie w Starym Porcie tak mocno nas wykończyło, że nikt już nie był w stanie śpiewać i zakończyliśmy spotkanie o trzeciej w nocy. Koncertowanie uważamy za bardzo udane i z pewnością jeszcze wiele takich spotkań przed nami na które Was zapraszamy.

Ewa Marczyk

( Ewka Marchewka )

Facebook
Tweet
Google
21
Listopad
2016

Listopad na Bałtyku – to duża niewiadoma. Raczej należy spodziewać się trudnych warunków i zimna. Zebrała się jednak grupka „wariatów”, którzy postanowili zmierzyć się z przeciwnościami i skosztować osławionego niedźwiedziego mięsa. 2 dziewczyny: Aga i Hania, panowie: Maciek, Paweł, Zbyszek oraz József – Węgier z Budapesztu. No i ja, jako kapitan całej imprezy.

Tydzień przed nami w podobny rejs wybrała się również ekipa 4kontynenty, pod komendą kapitana Marka Kapołki, z Mariuszem na pokładzie oraz innymi szaleńcami. Z ich opowieści wynikało, że warunki wiatrowe mieli korzystne, ale zimno, mróz – dało się im ostro we znaki. I że nie raz musieli odgarniać śnieg z pokładu. Dopłynęli do Kłajpedy i wrócili.

Tak więc w sobotę 12 listopada wszyscy spotkaliśmy się w porcie Gdynia, oni kończąc rejs, my wsiadając na ten sam jacht Quantum of Solace. W karcie jachtu: Pleasure Yacht. Przywitało nas zimno oraz nienajlepsze prognozy sztormowe na najbliższy tydzień.

Sobota okazała się być bardzo intensywnym dniem. Wymiana załóg, przejęcie jachtu, zaprowiantowanie. Dodatkowo w ekipie kapitanów zaplanowaną mieliśmy wizytę w Gdańsku, w trakcie której szczegółowo obejrzeliśmy wyciągnięty już na ląd jacht Sifu of Avon – jednostkę na której w przyszłym roku udamy się na wyprawę Arktyka 2017.

W tym dniu również na Darze Młodzieży odbyło się coroczne spotkanie Bractwa Kaphornowców, niestety przez natłok spraw nie udało mi się uczestniczyć – ale miałem okazję spotkać wielu z moich przyjaciół.

Do 18 wszystkie sprawy zostały już pozałatwiane, oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w morze. Nowy jacht, nowa załoga, dużo niewiadomych – kurs w stronę Władysławowa, Łeby. Prognozy dawały nam jedynie szanse na dojście do Bornholmu i wątpliwą opcję na powrót.

Kiedy minęliśmy półwysep Hel i skierowaliśmy się na północny zachód, napotkaliśmy armadę 11 jachtów wracających z „Bałtyku dla odważnych”. Wzajemne pozdrowienia z licznymi znajomymi, kapitanami na radiu UKF. Poczuliśmy się przez chwilę mniej osamotnieni na morzu, to nic, że płynęliśmy przeciwnymi kursami …

Koło północy zaczęliśmy dostrzegać kuszące światła Władysławowa, zachęcające do przespania części nocy w bezpiecznym porcie. Skusiliśmy się, bo było zimno, pojawiła się już też choroba morska. Tuż przed drugą w nocy padła komenda „tak stoimy”. Poza nami nikogo. Jedyny odpowiedniej szerokości dla naszego jachtu y-bom był wolny. Nocleg, ciepło, spokój. Do rana na pewno stoimy. Co dalej? – przyniesie wstający za kilka godzin świt.

Niedziela – 13 listopada. Zdziwiona mina pana, który zamierzał przygotowywać się do demontażu urządzeń portowych, a tu mu jakiś jacht wpłynął. Spokojnie – już wypływamy, kierunek Łeba. Kiedy wychyliliśmy się zza Rozewia, wiatr i fala się wzmogła. Nie znałem wcześniej możliwości tego Dufour’a, ale przy bajdewindowych 4-5 szedł pod falę naprawdę fajnie, momentami pod 10 kt. W między czasie rozstrzygnięty został konkurs na Prezesa, tak więc reszcie trochę ulżyło. Tym bardziej, że niemal połowa z nas była pierwszy raz na morzu. Nie przeszkadzało to jednak wszystkim stawać po kolei za sterem i uczyć się prowadzenia jachtu w tych nieprostych warunkach. Ja testowałem odporność swojego ubrania na zimno. Odzież termiczna, bluza, softshell, kurtka puchowa i na to nowy sztormiak Musto. Na nogach dwie pary ciepłych skarpet oraz ocieplane kalosze Lemigo. Dawałem radę, ale zbyt dużego komfortu nie było. Może również dlatego, że od soboty dopadło mnie przeziębienie i czułem się nie najlepiej oraz byłem dość osłabiony.

W nagrodę za nasze trudy przywitał nas przepiękny zachód słońca, a gdy już  zapadł zmrok za rufą, przez chmury przebijał się rekordowej wielkości księżyc, który rozjaśniał noc. Jednak brak słońca oznaczał dla nas równocześnie znaczący spadek temperatury i zrobiło się bardzo zimno. Całe szczęście główki Łeby były w odległości kilkunastu mil, a kierunek wiatru nie wymuszał halsowania. Kiedy byliśmy już w rejonie boi podejściowej nawiązaliśmy kontakt z Kapitanatem prosząc o zgodę na wejście do mariny. Otrzymaliśmy ją, jednakże z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem, że w ostatnim czasie wejście do portu bardzo, ale to bardzo się wypłyciło i że wewnątrz portu mamy niemal ocierać się burtą o wschodni falochron. To wąskie wejście urozmaiciła mi rozmowa z Kapitanatem portu na temat naszej bandery: Saint Vincent and the Grenadines. Czy jesteśmy polskim jachtem? O co z tym chodzi? Kiedy na koniec na pytanie czy na pokładzie wszyscy są Polakami – odparłem, że nie – to już zdziwienie było pełne … Dlatego w nagrodę przy pomoście czekał na nas partol Służby Celnej. Ale i tak wszystkie nasze kontakty z władzami portowymi były bardzo dobre. W odwiedzanych przez nas portach byliśmy jedynym jachtem. Wszyscy zauważyliśmy, że jesteśmy traktowani bardzo uprzejmie, jakby z szacunkiem, tak jakby druga strona rozumiała, że w tych warunkach pływają ludzie, którzy mają pojęcie co robią. Lub być może odwrotnie – że z wariatami nie ma co dyskutować ;-)

Poniedziałek 14 listopada przywitał nas w Łebie. Noc i przedpołudnie poświęcone na integrację. Życie na jachcie ze względu na obecność Jozefa oraz to, że już bardzo zdążyliśmy go polubić zmieniło charakter. Większość rozmów, konwersacji zaczęła biec po angielsku. Jozef w mig łapał polskie słówka i z wielkim wrażeniem obserwowaliśmy jego postępy, ale podstawowym językiem stał się angielski. Szczególnie dla mnie to była niezła szkoła, bo większość rozmów prowadziłem ja, a Jozef ciekawy kwestii żeglarskich zadawał mi wiele pytań. Kolejne więc postanowienie o nauce w zimie …

 Wcześniejsze ostrzeżenia o silnym wietrze zmieniły się na ostrzeżenie o sztormie, 8 w porywach do 9. Tak więc o Bornholmie nie było już mowy, z Łeby postanowiliśmy wrócić do Władka. „Czy znacie prognozę pogody?” zapytał na wyjściu Kapitanat i po otrzymaniu potwierdzenia wyraził zgodę na wyjście. A na zewnątrz czekały na nas fale jak domy, stan morza 5 (6), ale bardzo fajna długa, niemal atlantycka fala. Co ciekawe – kierunek fali i wiatru różnił się o kilkanaście stopni, w my szliśmy bagsztagami. Zapis w dzienniku po węgiersku: Nagy hullámok. Boldog legénység (duże fale, szczęśliwa załoga). Tak było, jazda fajna, uciekanie przed doganiającymi nas górami z wodą, góra dolina – tak aż do Rozewia, które znowu żegnało nas zachodzącym słońcem. Do Władka niedaleko, a morze zaczęło się wypłaszczać. Ze względu na sztorm ominęła nas opłata za postój, jednakże ani tu, ani w Łebie nie mieliśmy możliwości zatankowania wody, która była już wyłączona. A zbiorniki jachtowe na ukończeniu. Wieczorem kolejna partia w kości, 2 poprzednie wygrał kapitan, ale cóż – ponieważ jego kości ;-)  - tym razem odpuścił zwycięstwo w ręce pierwszego oficera, więc hierarchia zapewniona. Po dzisiejszym dniu Jozef dyktuje do dziennika jachtowego po polsku, „kurs szto szterdzieści”. Jako załoga zgrywamy się coraz bardziej, i w manewrach portowych i w życiu pod pokładem. Dzięki webasto jest bardzo ciepło. Gdyby jeszcze nie te limity na wodę …

Wtorek 15 listopada to kolejny sztormowy dzień. Ale odcinek do pokonania krótki. Do Helu wzdłuż wybrzeża. W zasadzie wymarzona żegluga, bardzo silny wiatr, ale jeszcze bez wybudowanej fali. Mimo pełnych refów mkniemy szybko, chodź do zimna zaczął dokładać się deszcz. Brr … Jak jest na morzu mogliśmy się przekonać wychylając się zza półwyspu na te ostatnie 10 Nm. Wytrzepało nas bardzo i ze względu na falę zakręt wykonaliśmy z pominięciem półwiatru. Przed nami zabieliła się helska „cebula”, a wraz z nią poszło kilka zabawnych opowieści o przygodach w tym porcie. Niemal na pełnej prędkości minęliśmy główki, aby fala nie rzuciła nas na falochron. W środku portu trochę się uspokoiło, ale nie na tyle na ile liczyliśmy. Wszystkie kutry tańczyły przy pirsach, nawet wewnątrz basenów portowych, trochę nas to zdziwiło, ale i tak musieliśmy tu zostać na noc. Y-boomy szalały, dlatego zdecydowałem się na postój long side wzdłuż wewnętrznego pirsu w basenie jachtowym. Wszystkie odbijacze na lewą burtę, cumy, szpringi i brest, ale jacht i tak bardzo skakał. Bardzo pomocny okazał się bosman mariny, który swoim samochodem przywiózł kilka opon od wulkanizatora, w bardzo dobrym stanie, tak, że mogliśmy je bez obawy wykorzystać. Pół godziny jeszcze strojenia lin wiążących nas z pirsem i to wszystko co mogliśmy zrobić. Jacht dalej się bujał do takiego stopnia, że 2 osoby zaczęły łapać chorobę morską, ale burty były bezpieczne. Zadowoleni więc i uwzględniając życzenia chorujących osób zeszliśmy na ląd i udaliśmy się na podbój Helu. Capitan Morgan niestety zamknięty, ale pozostał jeszcze Kuter. W górę szkło, znów za „cudowne ocalenie”.   I za wodę na pomoście, którą udało się napełnić puste już zbiorniki.

Środa 16 listopada – sytuacja na morzu i zatoce zaczęła się uspokajać. Na 10 rano zapowiedzieliśmy specjalne pozdrowienia dla 4k przez kamerę on-line skierowaną na basen portowy. Poubieraliśmy więc wszyscy koszulki rejsowe i odstawiliśmy niezłą szopkę ;-) Kto nas oglądał – ten wie …

Chwilę później już opuszczaliśmy gościnny port w kierunku Jastarni. Warunki panujące na zatoce pozwoliły na wykonanie szkoleń ze stawania w dryfie oraz podejścia do człowieka. Człowiekiem testującym okazał się Stefan, czyli obijacz z dowiązaną cumą. Jozef z niedowierzaniem wyrzucił go do zimnej wody, ale kiedy dostał ster, żeby go ratować metodą półwiatrową – zrozumiał w czym rzecz. Kilka manewrów się udało, kilka razy został niemal rozjechany. Cóż – tylko trening czyni mistrza.

Podbudowani ruszyliśmy do Jastarni i mijając lewą burtą Kaszycę po chwili byliśmy w basenie portowym. Nigdy tu jeszcze nie byłem, ale miejsca mieliśmy sporo. Parkowanie, toast za „cudowne ocalenie” i „won na ląd”. Wieczór w jedynej czynnej knajpie o zastanawiającej nazwie Łóżko. Nie skusiliśmy się jednak na nocleg, tylko pognaliśmy na drugą stronę półwyspu na plażę. To zaledwie dzień temu gnaliśmy tędy jachtem. Teraz to morze – oglądane od drugiej strony wyglądało inaczej. Osoby będące pierwszy raz na rejsie – wiedziały, że już ich życie zostało zmienione. Będąc kiedyś na plaży nigdy nie będą patrzyć na wodę, fale, widnokrąg w ten sam sposób. Zostały zarażone żeglarstwem, mam nadzieję, że ląd będzie ich już zawsze parzyć, tak jak mnie – taka zemsta kapitana. Nawet w noc tak chłodną jak ta. Gwiazdy nad nami, rozmowy, szum fal, a w co niektórych rękach smartfony i aplikacja marine traffic – „Widzisz te światła na morzu, tankowiec – 80 m długości, 10 kt i płynie do Gdańska”. Wszystkie światła na morzu zostały po chwili rozpoznane. A my cóż – wróciliśmy niechętnie na jacht.

Bo czwartek 17 listopada to trasa do Gdańska. Pogoda już znacznie lepsza. I temperatura zaczęła się podnosić – 7 st. To już istne szaleństwo. Spokojnie dopłynęliśmy do główek portu, w ostatnim momencie podziwiając stojące na redzie statki. Przy Westerplatte opuściliśmy banderę do połowy masztu i oddaliśmy honory na lewej burcie. Przy okazji Jozef dowiedział się, że to właśnie tu rozpoczęła się II wojna światowa i o polskim Termopile. Kanałem portowym dopłynęliśmy do zabytkowej części miasta i po minięciu Starego Żurawia stanęliśmy w marinie. Okazało się, że wybrany został niewłaściwy pomost, bo po mimo skrzynek prądu nie było. Całe szczęście w innym miejscu już był – więc po przeparkowaniu pół szczęścia po naszej stronie. Drugie pół to woda – ale jej już nie było nigdzie. Cóż – w strojach żeglarskich musieliśmy ruszyć na zwiedzanie miasta. Nasz widok przyciągał uwagę, w tym pań zapraszających/naganiających do night clubów. Skąd ten przesąd, że marynarz po to schodzi na ląd w porcie? Mężczyźni gratis, ale panie po 320 zł za obowiązkową  lampkę szampana. Nie skusiliśmy się z wielu powodów, ot choćby z braku czasu …

Gdańsk nocą wywarł duże wrażenie na Jozefie, który  wprawdzie był wcześniej 3 razy w Polsce, ale nigdy powyżej Warszawy. Powrót na jacht, tym razem gra w oczko i zielona noc, cokolwiek by to nie znaczyło … W praktyce trochę późniejszą pobudkę następnego dnia.

Ostatni dzień rejsu, czyli piątek 18 listopada zapowiadał się sztormowo. Znowu w prognozach powróciły 9. Z południa, tak więc pewni byliśmy ochrony od strony lądu. Nie było źle. Trochę wiało, ale bez przesady. Decyzja, żeby wpaść na kawę na sopockie molo pojawiła się spontanicznie i nagle. Czemu nie? Jeśli to komuś dostarczy kolejnych wrażeń. Do tego kolejna porcja manewrów portowych, która przy tej załodze stawała się przyjemnością. Ktoś nam zrobił parę zdjęć, jakiś „wywiad”, pyszna kawa. Obok resztki rozwalonego ponad miesiąc temu mola. Wszechmoc morskiego żywiołu. Ja w tym czasie pływałem w innej części Bałtyku – na trasie Gotlandia – Lipawa i też swoje odebrałem – ale nie tak. Jednak docierały do nas relacje z Polski. Bo jeśli ludzie w Krakowie nie związani z żeglarstwem wiedzieli, że na morzu sztorm – to już dużo znaczyło.

Odpływamy, przed nami ostatnie 8 Nm do Gdyni. Delikatna nostalgia, ostatnie kilka mil na morzu w tym roku. Nasze humory zdecydowanie poprawił Jozef, który przed wejściem do mariny zapytał o możliwość zgłoszenia jachtu. Kapitanat portu, bosmanat portu i w końcu marina Gdynia byli świadkami jego krasomówczych popisów po polsku. Z pełnym sukcesem. „Jacht Quantum of Solace możecie wchodzić”.  Ile w nas było dumy i radości z jego postępów trudno opisać. Nie pozostało nam już nic innego jak dopasować się do jego poziomu i błyskawicznie przy silnym wietrze zaparkować jacht. Koniec rejsu. Ostatni raz cumy na ląd. Stoimy. By z wielkim żalem następnego dnia, kiedy zdaliśmy jacht, rozstać się z sobą na wzajem i pożegnać morze.

Ten rok był intensywny. Dobrze się też zakończył. Kilkanaście rejsów, głównie po zimnym, kilka po ciepłym. Morza i oceany, wiele państw, portów, wysp. Nocy spędzonych na wachtach, zachodów i wschodów słońca i księżyca. Ciepła, deszczu, burz i sztormów oraz wspaniałego pływania. Wielu, bardzo wielu poznanych nowych wspaniałych ludzi. Planów na przyszłość. Załóg z którymi trudno się rozstać.

Z wielką wdzięcznością dla wszystkich załóg, które powierzyły w moje ręce swój czas, bezpieczeństwo, a często i życie – kończę ten rok ze szczególnym podziękowaniem dla ostatniej ekipy: Agata, Hania, Paweł, Maciek, Zbyszek, Jozef – do zobaczenia na wspólnych trasach w przyszłym roku.

Marek Rajtar

Facebook
Tweet
Google
25
Październik
2016

W drodze do domu.

Wczesnym rankiem 07.10.2016 r. Marcin  Grabias odbiera busa w Krakowie i wyruszamy w kierunku Lipawa  gdzie oczekuje na nas jacht SY Chiron 2.  Po drodze zbieramy kolejnych członków załogi z naszego deku jak i z zaprzyjaźnionego SY Wołodyjowski. Mijając korki w Warszawie kierujemy się ku granicy z Litwą. Jest już ciemno i późna noc. Mamy spory zapas czasowy, nocna runda przez centrum Kowna sprawia, że nasze chęci do żeglugi coraz to bardziej rosną. W tym samym czasie na Chironie trwają przygotowania do wymiany załóg.

Poranek  08.10 zastajemy Chirona 2 jak i SY Wołodyjowski w porcie. Stoją majestatycznie przy kei, niby się nic nie dzieje jednak na obydwóch dekach ktoś nie śpi. Szybko się organizujemy i zaczyna się wspólne śniadanie na Chironie.  Zaczynają się morskie opowieści z etapu pierwszego. Ostatnie chwile wspólnych załóg, meteo niestety jest niezbyt przychylne żeglarzom. Bus odjedża  my zostajemy oficjalnie przejmując jacht i zaczynając etap drugi.

Niestety na Bałtyku wysoka fala w porcie wiatr, decyzja zostajemy.  Plan dnia upiec ciasto, odpocząć i wędrówka na koncert  do pobliskiego Pubu. Integracja z narodem Łotewskim wyszła nam niespodziewanie dobrze, warto było. Łotwa to przyjazny kraj dla żeglarzy z Polski :)). W tym samym czasie Polacy ogrywają Danie 3:2 powód do kolejnego świętowania z Łotyszami. Polska atmosfera udzieliła się Łotyszom otrzymaliśmy dedykację od zespołu. Fajna chwila że ktoś docenił małą grupę żeglarzy z Polski.

Kiedy część załogi śpi, druga część bawi się na koncercie. O 2.35 odchodzi SY Wołodyjowski w kierunku Gotlandii cel Visbi. Oddajemy cumy Wołodii, ruszają. Zostajemy sami w porcie.

Kiedy się budzimy 9.10  w porcie cisza pogoda się zbytnio nie poprawia wiatr jakby odpuścił, jednak rozkołysany Bałtyk trzyma nas dalej w porcie. Mamy jacht więc aby bardziej sobie umilić czas zaczynamy manewry portowe oficerów i chętnych załogantów z Chirona. Tak przez 2 godziny robimy zacieśnioną cyrkulację i podejście do kei, świetnie nam to wychodziło nawet Tym, którzy pierwszy raz podchodzili jachtem morskim do kei nie wspominając o Tych, którzy byli pierwszy raz na morzu. Mając chwilę czasu robimy poprawki na jachcie rozwijając genuę i dokładając jej długość szotów na rollerze. To już ostanie przygotowanie portowe. Wieczorem odwiedza nas Mara. Jemy razem kolację i się żegnamy gdyż wiemy już, że ruszamy do Pawarosty. 

Przyszedł na nas czas,10.00 rano ostanie przymiarki do startu rzucamy cumy, ruszamy. Wiemy już, że czeka nas żegluga na żaglach. Wiatr nie odpuszcza ale my już stać w porcie nie chcemy. Meteo po drodze się poprawia, wychodzi słońce:),  kilka halsów i widzimy już port  3 mile do celu. Jak się okazało 3 mile to 1 h orki na silniku pod wiatr, wszyscy odwiedzamy  ten port pierwszy raz, który się charakteryzuje prądami poprzecznymi przy wejściu oraz głębokością 3 metrów. Tu znowu się okazało, że  3 GPS na pokładzie i każdy wskazuje co innego. Wszyscy w skupieniu celujemy w główki portu kierując się na nabierzniki.  W trudnych warunkach radzimy Wam odpuścić ten port.

Mijamy główki jacht dalej nosi. Wzdłuż betonowego falochronu około 60 metrów długości są najmocniejsze zawirowania woda wręcz się gotuje. Szczęśliwie wchodzimy w dalszą część portu szukamy miejsca dla naszego jachtu.  Cumujemy przy jachcie na lewej stronie portu  niedaleko kutrów.  Idziemy do biura portu gdzie spotykamy oficera straży granicznej. Witamy się w języku angielskim i pytamy czy możemy tu stać. Oficer nie widzi żadnego problemu i dość mocno był zdziwiony naszą wizytą. W pewnym momencie zaczynamy mówić po rosyjsku i ….........

Nie uwierzycie ze sztywnego oficera zrobił się przyjazny człowie, który powiedział że nam pomorze abyśmy dostali się do Mariny Pawarosta na drugim wybrzeżu. Kilka telefonów i otrzymujemy informacje, że czekają na nas w marinie, będzie prąd, woda, prysznic. Na kei Mariny wita nas  Bosman z uśmiechem i też lekko zdziwiony co my tu robimy :))

Ma przygotowany formularz crew list do wypełnienia jednak my mamy swój, w końcu jesteśmy przygotowani  do rejsu pod kątem formalnym. Krótka wizyta u bosmana,  krótka rozmowa i wiemy co gdzie jest w Pawaroście. Idziemy na szybkie zakupy i oględziny miasta. W sezonie widać, że to miasto ma duży potencjał szerokie czyste plaże i las.  Kolacja toast za cudowne ocalenie idziemy spać. Robi się chłodno odpalamy webasto.

Ranek 11.10 wita nas słoneczną pogodę i  zamarznięta keją. W nocy był mróz. Trzeba ostrożnie schodzić z jachtu jest totalna ślizgawica, nie wszystkim udaje się szczęśliwie zejść. Tomasz zaliczył przygodę wywrotką między keją i jachtem jego klejnoty ocalały uff nic mu się nie stało.Podział obowiązków jachtowych, kambuz, zakup pieczywa, zwiedzanie miasta, poszukiwanie grzybów w lesie.

Nasz kapitan Marek wraz z Marcinem zrobili pierwszy rekonesans-portowy są grzyby i poszli w las.Heniek, Krzysiek, Mariusz ruszyli na zakupy i zwiedzanie, extra pogoda jak na zamówienie słonecznie chodź chłodno ale klimat świetny. Druga część załogi Grzesiek, Darek, Marcin, Tomek zostali na jachcie oddając się rękom morfeusza. Mijają godziny czas płynie na zegarku 13,00 czasu lokalnego zaczynamy przygotowania do obiadu.

Na  jacht wpada Kapitan z Marcinem z wielką torbą grzybów. Po obiedzie załoga obiera grzyby by je przygotować na kolację. My w tym czasie przygotowujemy się do kolejnego etapu kierunek Kłajpeda. Meteo sprzyjać ma wiać max 6 i w baksztagu sobie dolecimy do portu. 

Kiedy jesteśmy już gotowi do wyjścia napotykamy przeszkodę, w główkach portu na mieliźnie osiadł duży kuter rybacki.  No to wyszliśmy......... Jak się okazało był to lokalny kuter i wiedział co robić. Przez około 40 minut walczył aż w końcu zeszedł z mielizny i z całym impetem ruszył do portu. Na jego zanurzeniu odczytujemy głębokość 2,7 m. 

Ciekawa sytuacja w naszych głowach rodzą się wątpliwości, udajemy się na drugi brzeg do oficera, podpływamy i prosimy by nas nasłuchiwał na radiu kanał 12. Okazało się, że oficer ma też podgląd na kamerę i będzie nas obserwował.  Ruszamy  wzdłuż kamiennego falochronu rzeka spokojnie płynie dość słaby nurt, zaczyna się betonowy falochron i tu jacht znowu zaczyna tańczyć, pilnujemy się wzrokowo jak i patrzymy na  nasz track wejścia do portu.  Woda pod nami i wokół nas się gotuje, nam udaje się bezpiecznie wyjść około 0,5 mili słyszmymy na radiu oficera czy wsio charaszo?. Podziękowaliśmy za asystę i dozór naszego wyjścia udając się w kierunku odchłani morza.

Zapada zmrok wiatr się znowu rozwiewa, znowu meteo się nie sprawdza. Jacht zasuwa jak motorówka więc refujemy żagle fala się wzmaga. Część załogi poległa dopadła ich choroba morska. Na noc zostaje 4 oficerów i Kapitan. Kapitan śpi, a my podążamy do celu. Wiatr rozwiewa się coraz bardziej, na niebie gwiazdy tak już ciągniemy do rana.

Kłajpeda na horyzoncie jest  12.10.2016 r.,godziny popołudniowe, spod pokładu wyłaniają się  „ chorzy” załoganci  nabierając rumieńców: )) Czy wy też tak macie na innych rejsach ? Mijamy po kolei statki na kotwicowisku i promy, które nas mijają. Znowu mamy niespodzianki mapa mówi, że mają być boje a ich nie ma. W tym monecie można było się poczuć jak w locji Grecji :))

Wchodzimy bezpiecznie długim kanałem do portu a tu nas woła cost guard, krótka rozmowa skąd płyniemy, jaka bandera, ile ludzi na pokładzie i na koniec Welcome in Kłajpeda. Jesteśmy na Litwie.  Mijamy kolejne etapy portowego kanału zakręcając w  wąski kanał do mariny. I tu zonk most zamknięty, cumujemy obok mostu udając się do Mariny.  Tam niespodzianka miłe powitanie i za 5 eurasów w promocji otwierają nam most.  Wchodzimy bardzo wąskim kanałem do Mariny, stoi wiele jachtów, dobrze że Chiron 2 jest dobrze manewrującą łódką. W ciasnym porcie kapitan wprowadził jacht na miejsce wskazane przez bosmana gdzie czekał na nas. Pokazał gdzie się mamy podłączyć i zaprosił do mariny. 

Marin Kłajpeda Castel fajna miejscówka za 20 euro do tego otrzymujemy 2 karty jedną do sanitariatów drugą do prądu. Prąd 1 kw 1 euro kaucja za 2 karty 20 euro. Wskazano nam miejsce gdzie możemy sobie zrobić zakupy co można zwiedzić, operator mostu za to świetnie mówił po Polsku. Szybki posiłek i ruszamy na wieczorny rekonesans na miasto.  Miasto  nocą  jakby puste wracamy na jacht. Nasz jacht zawsze tętni życiem układamy plan dnia.

Przewracamy kolejną kartkę dziennika pokładowego jest 12+1.10.2016. Po śniadaniu ruszamy do muzeum zegarów. Bilet grupowy po 2,5euro wchodzimy.  Spokojnie oddając się czasowi historii mijamy kolejne etapy rozwoju czasomierzy. Nas też czas goni kończymy wizytę udając się do parku na spacer. Na koniec drobne zakupy pamiątki, widokówki, skrzynka pocztowa i ruszamy na jacht. Kambuz ogarnia obiad, reszta załogi przygotowuje jacht do wyjścia w kierunku Helu, z SMS wiemy już że będzie czekał w porcie Hel na nas SY Wołodyjowski. Przed nami wody ekonomiczne Rosji.

Godzina 17.00 most się otwiera Chiron wychodzi z mariny. Bosman i operator mostu żegnają nas my dziękujemy za pomoc :).  W kanale portowym już rozkładamy genie może nas nie przegonią odmeldowujemy się w cost guard i ruszamy w kierunku  port Hel przez wody ekonomiczne Rosji.

Rejs przebiega spokojnie kilka kutrów trzeba było minąć szerokim łukiem, wiatr jakby na zamówienie na samej genui 6 knt. Troszkę nas martwiła prognoza pogody gdyż nad ranem miało być flauta. Staramy się jak najszybciej naganiać w kierunku Helu. Noc znowu dała nam w kość trzeba było refować genie, rozwiało się i to dość mocno.

Około 10 na horyzoncie Hel. Jest 14.10.2016  wieje nieustanie i nic się nie zmienia.  W pewnym momencie słyszymy na radiu mayday mayday mayday tu jacht Moraya, upsss, szybko obliczamy pozycję na mapie gdzie jesteśmy i nasłuchujemy radio, wiemy że jacht jest gdzieś w okolicach Jastarni i poza naszym zasięgiem. Mamy do Helu jakieś 15 mil, wiatr nabiera na sile, wiemy już że czeka na nas załoga Wołodii))).

Ostatni zwrot za kardynałem i kierunek na port. Zwijamy żagle, po jacht Moraye wyrusza Sztorm 2.

My kierujemy się do główek portu.  Bosmanat portu Hel tu jacht Chiron 2 prosimy o zgodę wejścia do portu.  Bosmanat portu Hel macie zgodę, jak długo zamierzacie zostać ?  Sprawdzimy meteo damy znać. Bosmanat portu Hel jest ostrzeżenie przed sztormem ….........  dziękuję za informacje ower.  No i wszystko jasne, myślimy co robić. Cumujemy za Wołodią zdzwaniamy się i ruszamy na wspólny obiad do Maszoperii. 

Serdeczne powitanie u drzwi Maszoperii dwóch załóg, znów razem, omawiamy plan na dalszą część dnia i przedstawiamy wizję sztormu.  Załoga Chirona postanowiła spędzić noc w porcie macierzystym  jachtu więc kierunek Górki Zachodnie.  Wołodia nie miał jeszcze bliżej sprecyzowanych planów więc była duża niewiadoma czy się jeszcze spotkamy.

Chiron 2 opuszcza Hel, zaraz za główkami widzimy schodzące kutry i jachty do portu a przed nami kolejne mile do domu. Wiatr zdecydowanie nabrał na sile stawiamy zrefowanego grota i genie lecimy  lewym halsem mocząc prawą burtę w wodzie. Ostatni etap przebiegał na mocnej fali i z dynamicznym kursem, jacht szedł nadal ostro na dużej prędkości. Były to bardzo emocjonujące chwile i prawdziwe żeglarstwo. W końcu trzeba było grota zrzucić za mocno wiało, gienia znowu otrzymała kolejne refy, na horyzoncie główki portu lecz podejście jeszcze długie. Odpalamy sinik genia precz i idziemy w bocznej fali, jacht co jakiś czas dostaje falę z boku. Trzymamy się lewej strony falochronu wchodzimy do portu. Chiron 2 w Górkach Zachodnich czyli w domu  tu zakończył się nasz  drugi etap  Niedźwiedziego Mięsa. Do rana były rozmowy plany na przyszłość i niespodzianka. SY Wołodyjowski znowu przycumował obok nas :)))).

Nie ma to jak integracja między zaprzyjaźnionymi jachtami i jej załogami. Późna noc może ranek, idziemy spać.

Anno Domini 15.10.2016 – budzimy się rano żegnając kolejnych załogantów. Porządki na jachcie, szybkie dokładne sprzątanie zdajemy jacht. Mamy wszyscy świadomość, że to już koniec naszej przygody i było widać smutek oraz duże zadowolenie Kapitana z postawy całej załogi. Żegnając się wiemy, że znów się spotkamy z Wami na morzu, napiszemy wspólnie kolejną morską opowieść.

Ahoj żeglarze.

Mariusz Noworól

Facebook
Tweet
Google
11
Październik
2016

Decyzję o udziale w “Niedźwiedzim Mięsie 2016” organizowanym przez Sailforum podjęłam w zasadzie rok temu. Chciałam wtedy wziąć udział w rejsie do Rygi, ale już nie było miejsc i ostatecznie zostało mi weekendowe żeglowanie po Zatoce Gdańskiej. Rok temu nie wiedziałam jeszcze, że spotka mnie tak miła niespodzianka i że będę pływać pod banderą 4K i dowództwem Marka Rajtara.

Zasztauowanie (polecam zakupy on-line z dowozem do mariny), krótkie szkolenie i czas było ruszyć w drogę. Pierwszym zaplanowanym portem było Kuressaare na wyspie Sareemaa, później Kaerdla na wyspie Hiuma, a docelowo Tallinn. W sumie ok. 450 NM w linii prostej. 4 jachty miały wypłynąć razem,ale okazało się to trudne do zrealizowania i my jako pierwsi minęliśmy główki portu.

Z tego co pamiętam, październik 2015 był dość spokojnym i słonecznym miesiącem. W tym roku zaczęło się podobnie, na niebie pięknie świeciło słońce. Jedyne co nam przeszkadzało to brak wiatru. Po wypłynięciu z Górek Zachodnich, przez kilka godzin staraliśmy się rozmowami zagłuszyć dźwięk silnika. Jako że całą ekipą spotkaliśmy się po raz pierwszy, był to czas na powiedzenie przysłowiowych kilku zdań o sobie. Od samego początku darzyliśmy się ogromną sympatią i już wtedy zaczęliśmy stanowić zgraną załogę. Ach to wbijanie szpileczek, z których każda zamiast kłuć, wywoływała coraz więcej śmiechu :-)

Pierwsze godziny przebiegały spokojnie. Gdy mijaliśmy rosyjską strefę ekonomiczną, zaczęło wiać, a my mogliśmy w końcu postawić postawić żagle i cieszyć się już tylko szumem morza. Wiatr zaczął przybierać na sile, fale bujały, a Neptun zebrał swe pierwsze żniwa.Kapitan zdecydował, że zamiast halsować się w kierunku północno-wschodnim, popłyniemy w stronę Gotlandii.

Jeszcze kilka miesięcy przed rejsem patrząc na mapy pilotowe, nie sądziłam, że po raz kolejny w tym roku odwiedzę Szwecję. Statystycznie był to dość mało prawdopodobny wariant. W październiku powinniśmy się raczej spodziewać wiatru z południowego-zachodu, więc płynąc baksztagiem szybko powinniśmy dotrzeć do Kuressaare. Statystyki jednak bywają mylne i aby osiągnąć zamierzony cel, mielibyśmy “mordewind”. Nasz cel zaczął się oddalać, a my chwilę później poznaliśmy prawdziwy powód takiej sytuacji. Dwóm naszym kolegom w ciągu kilku ostatnich rejsów nie udało się zrealizować planowanej trasy, więc tym razem nie mogło być inaczej :-)

Warunki robiły się cięższe, prędkość wiatru wzrastała, a my się refowaliśmy. Po wielu godzinach żeglugi, naszym oczom ukazał się ląd. Było już ciemno i padał deszcz, więc był to idealny moment na przybicie do portu. Przy samym podejściu kapitan zaangażował większość z nas. Boje podejściowe nie świeciły, więc wyszukiwaliśmy ich za pomocą latarek. Porcik, do którego dopłynęliśmy - Roneham był raczej portem rybackim i daleko mu do Visby leżącego po przeciwnej stronie wyspy. Nam jednak zdecydowanie bardziej odpowiadał, ze względu na dalszą część naszej trasy.

W ciągu kilku minut od zacumowania, przy naszym jachcie zjawiła się szwedzka policja. Sami jednak nie wiedzieli, co z nami zrobić i musieli wykonać telefon do przyjaciela (patrz szefa). Po sprawdzeniu dokumentów, chwilę porozmawialiśmy i policyjna para musiała nas opuścić. Nam udało się znaleźć prysznic z ciepłą wodą, więc mogliśmy się wykąpać. Chcieliśmy wyjść z portu o świcie, więc trzeba było szybko iść spać, by trochę odpocząć.

Gdy się obudziliśmy, było jeszcze ciemno. Kolejny dzień powitał nas tęczą i cudownym wschodem słońca już na morzu. Przy każdym wschodzie przypominają mi się słowa z Małego Księcia: gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca (Antoine de Saint-Exupéry). Na morzu już tak mam, że bardziej kocham wschody. Może dlatego, że tam wszyscy przeważnie są jacyś tacy szczęśliwsi i mimo zmęczenia bardziej uśmiechnięci, a może po prostu przez to, że wkrótce nastanie dzień i powinno zrobić się cieplej, a ja jestem raczej ciepłolubna ;-)

Z każdą minutą oddalaliśmy się od portu i rozwiewało się coraz bardziej. Siła wiatru wzrosła do 8-9B. Za sprawą kilkumetrowych fal, stanie za sterem nie było już takie proste. Prawdziwe niedźwiedzie mięso: wiatr, fale, bryzgi, zimno i morko.  Fale zalewały sternika schowanego za sprayhoodem, kapitana zmoczyło przy refowaniu żagli. Była to walka nie tylko z żywiołem i własnym zmęczeniem, ale i jachtem, który nie chciał płynąć tak ostro jak my byśmy chcieli. Posiadał on dość duży kąt martwy i dopłynięcie na żaglach do zaplanowanego Ventspils (Windawa) było nieosiągalne. Dla wachty każde światełka pojawiające się na horyzoncie były nadzieją na port.

W taki właśnie sposób dotarliśmy do Liepiaji (Lipawa). Na mapach nie było zaznaczonej mariny, więc przenocowaliśmy w porcie rybackim. Niezbyt ciekawe otoczenie i brak prysznica skłoniło nas do poszukiwania lepszego miejsca, tym bardziej że prognozy pogody zapowiadały dłuższy postój. Znaleźliśmy marinę i przestawiliśmy się do niej. Jak się okazało cumował tam również Wołodyjowski i od razu zrobiło się raźniej. Przyjaciele odebrali od nas cumy i poinformowali o centrum SPA za 1 euro. Basen, sauna i jacuzzi były idealnym pomysłem.   

Pogoda przez kolejne dni nas nie rozpieszczała i zatrzymała w porcie. Tylko tawerny mogą kiwać nas bezpiecznie, więc wychodzenie w sztorm 10-11B nie wchodziło w grę. Mimo dłuższego postoju, spędzony czas wspominam bardzo miło... Spacery po okolicy i na plażę, dobre jedzenie w knajpie i pyszne ciasta na jachcie, wieczorne integracje załóg, śpiewanie szant na UKF-ce (spokojnie, nie na 16-tce), a później spotkania w mesach.

Jednego dnia wypożyczyliśmy samochód, żeby zwiedzić trochę Rygę. Odwiedziliśmy również załogi pozostałych 2 jachtów, które dotarły do Ventspils. Na nudę nie mogliśmy narzekać, a zaleźliśmy też czas na zakupy.

Nasz kapitan wspominał, że z każdego portu przywozi magnes na lodówkę. Dziwnym trafem w rozmowie zrozumiałam że chodzi o magnez taki z apteki i chciałam go tam wysłać, żeby kupił sobie lekarstwo-pamiątkę. Pokładowa loża szyderców nabijała się z tego do ostatniej chwili, ale dzięki temu nasz niepowtarzalny kapitan ma coś co się odróżnia na jego lodówce- niepowtarzalną pamiątkę z niepowtarzalnego rejsu z niepowtarzalną no i raczej skromną ekipą.

Po stosunkowo niedużej ilości godzin jakie spędziliśmy na morzu- było ich 52, można by czuć żeglarski niedosyt, ale nie jest to aż tak ważne, bo najważniejsze to w odpowiedniej być załodze :-) Nastąpiła chwila pożegnań, ostatnich zdjęć i powrotu do domu. Niektórzy z nas mają już zaplanowane kolejne rejsy, inni dopiero na spokojnie o nich myślą.

Może kiedyś znów będzie nam dane popłynąć gdzieś razem i zjeść ciasto upieczone tym razem przez męską część załogi.

Agata Kos

Facebook
Tweet
Google
7
Październik
2016

" Pływałem pod prąd, pod wiatr, przeto wierzę w rzeczy niemożliwe" (Bronisław Miazgowski)

9 września, wczesnym rankiem wyruszyliśmy w długa podróż z Krakowa do Skagen - nadmorskiej, duńskiej miejscowości. Miejsca, gdzie morze Bałtyckie wita się z Północnym. Wiele godzin spędzonych w zaształowanym po brzegi busie zbliżyły do siebie grupę ludzi, którzy zaraz mieli stać się jednym ciałem - załogą SY Xela. W porcie zawitaliśmy tuż przed świtem. Jedni łapali ostatnie chwile snu, podczas gdy ci najwytrwalsi udali się przywitać z morzem, które przez najbliższe dwa tygodnie dzielnie znosiło nasze towarzystwo, dając nam spełnienie i nie ograniczoną radość żeglowania.

Nasze wczesnoporanne towarzystwo dzielnie zniosła także załoga kpt Marka Rajtara - humanitarnie poczekaliśmy ze zrobieniem im pobudki do przyzwoitej godziny oraz w geście żeglarskiego miłosierdzia, nie odebraliśmy im ich ostatniego w tym rejsie jachtowego śniadania. Zgodnie z planem odebraliśmy jacht o godz. 9:00, żegnając poprzednią załogę - rozpoczęliśmy nasza morską przygodę. Pierwszy dzień był dniem luzu. Zaształowaliśmy nasze rzeczy, zapoznaliśmy się z jachtem i odpoczęliśmy po męczącej podróży.

Drugiego dnia, zaraz po przebudzeniu mogliśmy wreszcie poczuć po co żyjemy!!! Ryczący wiatr zdradzał nam, co też nas czeka, gdy tylko miniemy bezpieczne główki portu... Naszym celem był Varberg. Neptun nie odpuścił...

Dając nam 6B, upomniał się o należyte mu honory! Varberg okazał się miejscem reperowania pierwszych szkód. Gitara dostała nową strunę, a dziewczyny z naszej załogi okazały się najlepszymi żagielmistrzami na świecie. Za dnia trasa z Varbergu do Kopenhagi minęła nam spokojnie i leniwie- w rytmie szant, w akompaniamencie gitary, silnika i próbujących dojść czasem do głosu żagli. W godzinach nocnych Neptun znów przypomniał nam o swoim istnieniu.

Zmieniający się co chwilę kierunek wiatru pozwolił nam poczuć smak żeglarstwa. Ciągła zmiana halsu skutecznie stawiała na nogi śpiących pod pokładem załogantów. Kopenhaga urzekła każdego. Jednych po raz pierwszy, drugich po raz kolejny. Mieliśmy wspaniała przewodniczkę - Elize . Nasza sympatyczna koleżanka pokazała nam miasto, opowiedziała kilka ciekawych anegdot i legend. Z Kopenhagi obraliśmy kurs w kierunku Falsterbokanalen - czyli z premedytacją postanowiliśmy trochę "pomieszkać" pod mostem. Kanał Falsterbo znajdujący się pomiędzy Danią a Szwecją ma długość 1 Mm. Wejścia z obu stron osłonięte są obszernymi awanportami. W całym kanale obowiązuje ograniczenie prędkości do 5 węzłów oraz zakaz używania kotwicy. Od strony południowej znajduję się pokaźny, betonowy most zwodzony. Pod mostem nie ma możliwości aby przepłynęły nawet najmniejsze jednostki. Należy czekać na otwarcie. Okolice kanału są wspaniałym miejscem do zwiedzania i rekreacji. Następnym, trochę nieoczekiwanym celem naszej żeglugi było Sassnitz. Ale, czyż to nie jest cudowne w żeglarstwie, że port, do którego się dopłynęło, nie zawsze musi być portem, do którego się zmierzało? Niewielka, nadmorska niemiecka miejscowość' otoczona klifami i dość trudnym podejściem do portu -  zwłaszcza w godzinach nocnych - naszą uwagę zwróciły liczne ukryte w morzu skały. Sassnitz było także miejscem, gdzie do załogi dołączyła jedenasta osoba - tajemnicza Amba. Nikt jej nie widział, nikt jej nie słyszał, ale każdy wiedział, że jest to ktoś kto niepostrzeżenie podkrada nam nutelle, kawę i zapalniczki! Opuszczając Sassnitz, pożeglowaliśmy w kierunku Polskich wód Bałtyku, kolejno goszcząc w portach Kołobrzegu i Władysławowa, obserwując piękną, rodzimą linię brzegową naszego kraju, kończąc naszą przygodę po 17 dniach w Górkach Zachodnich...

Katarzyna  Jugo

https://www.youtube.com/watch?v=WD4Z6ioJWek

Facebook
Tweet
Google
1
Październik
2016

Fundacja 4 Kontynety i SailForum zapraszają na wspólny rejs na Wschód na trasie Gdańsk – Tallin – Gdańsk. Rejs będzie odbywał się na 4 jachtach. 4 Kontynenty popłyną na „Bystrze”.

I etap: Gdańsk – Tallin w dniach 01.10 – 07.10 poprowadzi kpt. Marek Rajtar. II etap: Tallin – Gdańsk w dniach 08.10 – 15.10 poprowadzi kpt. Marek Kapołka.

Planujemy w 4 jachty wspólnie dopłynąć do stolicy Estonii - pięknego Tallina, nazywanego przez niektórych miastem szpiegów i cynamonu. W trakcie obu tras przemierzymy Morze Bałtyckie wzdłuż Obwodu Kaliningradzkiego, Litwy, Łotwy, Finlandii i wreszcie Estonii przepływając przez Zatokę Fińską oraz prawdopodobnie Ryską.

Określenie „niedźwiedzie mięso” pochodzi z książki "Bellew Zawierucha" Jacka Londona, a oznacza pokonywanie trudności ponad codzienną miarę. Tego można się spodziewać po rejsach na Bałtyku w tym okresie. Może być wietrznie, sztormowo i kapryśnie. Jednakże doborowe towarzystwo, dzielne jachty oraz doświadczeni na pokładach żeglarze postarają się sprostać wyzwaniom. Wszak to właśnie kiedy do skandynawskich portów jesienią wpływają jachty, gospodarze są już przekonani, że najprawdopodobniej muszą to być Polacy.

Miesiąc później 4 Kontynenty na SIFU planuje kolejne 2 rejsy na po naszym morzu, pozostaje więc je nazwać „stare niedźwiedzie mięso”.

Dla nas te rejsy są jednym z ostatnich sprawdzianów przed planowaną na przyszły rok wyprawą Arktyka 2017.

MR.

Facebook
Tweet
Google
27
Wrzesień
2016

Ostatni weekend września i zarazem pierwszy jesieni. Na dworze zrobiło się już chłodno, w Tatrach ponoć spadł śnieg. Nam to jednak nie przeszkodziło i spędziłyśmy weekend pod żaglami. Nasz początkowy skład: 3 dziewczyny z Wrocławia i 2 z Krakowa dotarł na miejsce w piątek wieczorem. Czekało tam na nas ognisko w towarzystwie studentów i żeglarzy. Miałyśmy okazję obejrzeć pokaz tańca z ogniem oraz przyjrzeć się przygotowywaniu ośmiornicy po chorwacku. Następnym razem warto pomyśleć o czymś więcej niż kiełbaski. Temperatura w nocy spadła do kilku stopni, ale ciepło ogniska nie pozwoliło nam zmarznąć. W domku było trochę gorzej, choć jakoś to przetrwałyśmy. W sobotę rano udałyśmy się do bosmana na kawkę i po jakiś jacht. W końcu pojechałyśmy na żagle. Pływałyśmy sigmą- taką 6-metrową łódeczką. Ćwiczyłyśmy zwroty oraz pracę na żaglach. Był czas na rozmowy o rejsach, żeglarskich planach na przyszłość, zainteresowaniach i zwykłych głupotach. Po paru godzinach zaczął nam doskwierać głód: szybki obiad, zakupy i kolejne ognisko. Poszłyśmy spać dość późno, ale nie udało nam się dotrwać do wschodu słońca. Poranna mgła sprawiła, że na wodę wyszliśmy dopiero około południa. Tym razem była nas 7: nieco zmieniony damski skład i 1 rodzynek. Pływaliśmy trenerem (a przynajmniej mi się tak wydaje). Część z nas uczyła się podchodzenia do kei na żaglach. Z zewnątrz musiało to wyglądać dość zabawnie, ale my również się uśmialiśmy. Niestety czas minął bardzo szybko i trzeba było wracać do domu. Po krótkim pożegnaniu udałyśmy się na obiad i w drogę.

Agata Kos

Facebook
Tweet
Google
16
Wrzesień
2016

Przygotowany przez ostatnie 2-3 miesiące rejs na trasie Amsterdam – Fryzja – Jutlandia – Norwegia – Skagen (wszystko zapięte na ostatni guzik)  jak domek z kart rozbiła w jednej chwili poważna awaria silnika na Bystrzu. Zamieszanie, kilkadziesiąt telefonów i szybkie decyzję na kilkanaście godzin przed wyjazdem. Płyniemy z Gdańska do Skagen odwiedzając po drodze najwięcej ile się da: Danię, Szwecję, Norwegię. Załoga w składzie: Kamil, Bartek, Gosia, Weronika, Paweł, Kamila, Ania i Ania – potwierdziła. Mimo zmiany trasy, jachtu – płyniemy !!!

Tak więc poranek niedzielny 28 sierpnia po całonocnej podróży zastał nas w marinie Górki Zachodnie, gdzie czekała już  Xela, która dzień wcześniej z ekipą z 4K wróciła ze Szwecji. Szybkie powitania, znajome twarze, zaprowiantowanie, przygotowanie jachtu do wyjścia – bo czas nas goni. Dziś w nocy ma przyjść sztorm, który jeśli szybko nie ruszymy – przytrzyma nas na kilka dni.  Prognoza na najbliższy czas niekorzystna – wiatry zachodnie – a więc „w mordę”, ale to jak się później okaże standard tego etapu. Oddajemy cumy i ruszamy, w planie: dojść do Władysławowa.

Po kilku godzinach lądujemy w przyjaznym Władku, który z racji ostrzeżeń przed sztormem staje się portem schronienia. Poniedziałek upływa więc pod znakiem integracji, sabotażysty, nalewek Weroniki,  zapoznania z sobą i jachtem, ostatnich zakupów. Meteo na najbliższe dni wciąż bezlitosne: 6-7 W, stan morza 4-5. Wybór dogodnej trasy, jakby nie kombinować ostra halsówka i wychodzi, że żeby dojść do Sundu musimy w poprzek przepłynąć Bałtyk 7 razy ;-). Ale cóż – może coś odkręci, może uda się pójść ostrzej …

Tak więc we wtorek 30 sierpnia o godzinie 10 żegnamy gościnną marinę we Władysławowie i ruszamy w morze. Warunki ciężkie, kładziemy się lewym bajdewindem na w pełni zrefowanych żaglach i  walcząc z kilkumetrową falą idziemy NNW. Kto z załogi nie zdążył wyjść na pokład już mu się to nie udało … Neptun zebrał żniwo niemal od wszystkich, na pokładzie pracujące cały dzień 2-3 osoby. Oj rzucało nami ostro i po 6 godzinach zrobiliśmy zwrot przez sztag kierując się w stronę Łeby. Decyzja co dalej podjęta będzie w nocy. Kilka usterek, pęknięte szekle, mocowania sztagu oraz bardzo zły stan większości załogi, dla której był to pierwszy poważny „chrzest morski” sprawiły, że zdecydowałem się na kilkugodzinny postój w Łebie. Cumujemy po 1 w nocy. Wreszcie odpoczynek i czas na konieczne naprawy. Te kilka godzin pozwoliły przywrócić do życia wszystkich …

Środa 31 sierpnia, żeby nie tracić zbędnego czasu po 9 ruszamy w morze. Wiatr już trochę słabszy, morze spokojniejsze, jednak kierunek dalej niekorzystny. No i jak tu twierdzić, że gentelmani nie pływają pod wiatr? Jednak, przy wcześniejszych dniach, już wszystko wygląda łagodniej. Wachty normalnie pracują, udaje się ugotować obiad, przepiękny zachód słońca, Kamil nawet wyciągnął gitarę. Kiedy słońce gaśnie w morzu nad nami rozpościera się malowniczy pejzaż gwiazd, którym wyścielone jest całe niebo … Ech, jest pięknie.

Noc upływa na trawersowaniu Bornholmu od północy. Ze względu na prowadzone na wschód od wyspy manewry statków NATO - dość szerokim łukiem.  Nasłuchiwanie komunikatów z radio Witowo, ale cóż tu słuchać – jak i tak wiemy, że od zachodu ;-). Świt wita nas na rucie, zaczyna się czytanie światełek statków, kursów kolizyjnych, zabawa – coś się dzieje. No i powoli zaczynamy zbliżać się do wybrzeży Szwecji – za kilka godzin, halsują się mamy szansę osiągnąć wysokość Ystad. Inną opcją kurs na Kołobrzeg. Trzymając się jednak szwedzkiego wybrzeża powoli pniemy się na zachód. Po drodze jakaś burza, ale jak już utarło się powiedzenie na pokładzie: konsekwentnie, cały czas naprzód.  Tak mija czwartek, pierwszy dzień września.

Piątek, 2 września – niektórzy z nas powinni właśnie witać się ze szkołą, ale nocne godziny i z nimi upływające mozolnie mile, sprawiły, że wreszcie osiągnęliśmy Sund i idąc wzdłuż ruty wreszcie możemy zmienić kurs na N. Pierwszy raz korzystne wiatry, nabieramy szybkości i zbliżając się do wybrzeży Danii obserwujemy z daleka majestatyczny Oresund Bridge oraz farmy wiatrowe. Podejście do Kopenhagi jest niesamowite. Slalom pomiędzy promami z mnóstwem samolotów nad głową, ocierających się niemal o maszt – zrobił na nas duże wrażenie. Nasza wsparcie brzegowe (dzięki Mariusz!) wskazało nam kameralną marinę Langeline, w samym centrum Kopenhagi, tuż przy syrence. Krótkie manewry portowe, cumy na ląd i „tak stoimy”. Godzina 12 – czyli po ponad 2 dobach non stop w morzu suchy ląd. Trzeba było to uczcić toastem, no i oczywiście ciepłym prysznicem w marinie. Miejsce bardzo nam się spodobało, marina w kształcie okręgu, w którym jachty parkowały wzdłuż jego promieni, zakładając cumy rufowe na bojkę, a dziobowe na ląd. A więc Dania i jej stolica, na której zwiedzanie planowaliśmy poświęcić niecałą dobę (cóż, czas nas gonił).

Kopenhaga okazała się być ładnym miastem, pociętym jak Amsterdam licznymi kanałami. Jednakże dla osób które tak jak ja niedawno odwiedzały Sztokholm może być delikatnym rozczarowaniem. Zrobiliśmy jednak długi, do godzin późnowieczornych spacer po jej najważniejszych częściach. Klimatyczny kanał Nyhavn, zamki, katedry, główne ulice, Street Food oraz ogrody Tivoli. Tam znaleźliśmy lokalną knajpkę, która specjalizowała się w stekach. Jedzenie smaczne, ceny wygórowane, ale rozczarował nas poziom obsługi. Cóż ….

W drodze powrotnej spotkaliśmy na mieście załogę Barlovento II, która wraz z kpt. Rysiem Wyką wracała z Norwegii. Kilkanaście minut rozmowy, bardzo miłe spotkanie zakończone zaproszeniem na ich jacht, który przycumował w tej samej co my marinie. Tak więc następnego dnia rano odwiedziliśmy gościnne Barlovento, gdzie poczęstowano nas kawą i czymś do niej. Miałem również przez to okazję odszukać w każdym zakamarku jachtu wspomnienia z rejsu po wodach wschodniej Grenlandii.

Jednakże zbliżało się już południe, a przed nami trasa do Goteborgu. Trzeba było pożegnać znajomych i ruszyć dalej. Po wyjściu z portu postawiliśmy genuę i okazało się, że jej klejone warstwy puściły i żagiel nie nadaje się do dalszej żeglugi. Cóż, trzeba było zawrócić i szukać pomocy w pobliskich marinach. Pierwsza nic, druga również, sobota po południu nie jest dobrym czasem do poszukiwań kogoś, kto poskleja nam żagle. Mając w perspektywie 2-dniowy postój sami przystąpiliśmy do naprawy. Przydały się przyrządy nawigacyjne do precyzyjnego wyznaczenia miejsc dziur do ściegu i po chwili na 2 igły rozpoczęliśmy szycie. Ktoś zanucił: „Hej, me bałtyckie morze … żagle pięknie cerować” i po 2 godzinach pracy byliśmy gotowi do dalszej żeglugi. Warunki świetne, połwiatrowo-baksztagowe 4-6, co jakiś czas fala zalewająca kokpit,  Kamila przelatującą przez całą messę, jednak prawdziwa jazda, radość z pływania. W środku nocy mijamy wrota pomiędzy Helsinborgiem  a Helsingorem z mitycznym zamkiem Kronborg. Po jakimś czasie zaczyna prowadzić nas latarnia na przylądku Kullen, płynąc skrajem ruty mijamy się z licznymi statkami. Po kilku godzinach wypływamy na szerokie wody Kattegatu. Wiatr sprzyja, fala coraz większa, kurs na Goteborg, przed nami jeszcze jakieś 90 mil. Późnym popołudniem w pobliżu półwyspu Moenster znajdujemy zaciszną zatoczkę, w której łapiemy trochę odpoczynku cumując do boi, jemy obiad, a zauroczone miejscem Gosia i Ania biorą kąpiel, w odczuciu mojego zanurzonego małego palca, w lodowatej wodzie.

Wieczór  4 września – zastał nas przy wejściu do Goeteborga, udało się skrócić trasę płynąc pomiędzy szkierowymi wysepkami. Zaplanowaliśmy znowu postój w samym centrum, w marinie Lilla Bommen, a więc czekała nas prawie 2h podróż w gorę rzeki Gota. Zachwyciliśmy się tym podejściem, podświetlone zachodzącym słońcem oraz rozpalającymi się latarniami i światłami rzędy kamienic i instalacji portowych. Nad nami most Alvsborgbron, który zmusił ze względu na swój niewystarczający prześwit do postoju na redzie Dar Młodzieży w trakcie odbywającego się właśnie Nord Sea Tall Ships Regatta. O godzinie 22 przycumowaliśmy w bezpośrednim towarzystwie żaglowca Viking. I nadszedł czas na nocny spacer po Goteborgu, zakończony wizytą w jedynym otwartym pubie, gdzie udało nam się kosztować miejscowe piwa. Goteborg nocą bardzo nam się spodobał, jednak zdziwiły nas totalnie wyludnione ulice. Powrót na jacht i szybka, krótka drzemka.

Poniedziałek, 5 września– zaplanowaliśmy dalszy start na godzinę 14, a więc było kilka dobrych godzin na zwiedzanie. Rozpoczęliśmy od parady żaglowców, gdzie wśród licznie zgromadzonych jednostek wyróżniał się Fryderyk Chopin. Uzyskaliśmy zgodę kapitana na zwiedzanie, paru znajomych na pokładzie, kilka pamiątkowych zdjęć i dalej. Darmowym promem na drugą stronę rzeki i spacer głównymi ulicami w stronę palmiarni. Po drodze polowanie na magnesy z nazwą miasta. Część załogi wybrała się do marketu celem doprowiantowania, cóż – już tu musieliśmy się pogodzić, że będzie coraz drożej. Ja musiałem przeznaczyć niemal 2h na wprowadzenie karkołomnej trasy przez leżące na północy szkiery, które planowaliśmy pokonać nocą. Wyszło koło 300 waypointów. Będzie fajnie.

Wystartowaliśmy o 14. Jeszcze rundka honorowa wzdłuż wszystkich żaglowców i czas ruszać w morze. W dali, na końcu ujścia rzeki Gota zamigotał nam Dar Młodzieży. Ostry skręt w prawo, no i wpływamy w strefę szkierów. Ta trasa zostanie nam na długo w pamięci. Zaczęło się sielankowo, krajobrazem wysepek z malowniczo położonymi mieścinami, czas zaczął płynąć powoli. Trudno było się nam oprzeć temu urokowi, więc najpierw w lokalnej marinie zaparkowaliśmy na szybki obiad. Potem trasa stawała się coraz bardziej malownicza, coraz węższe przejścia, wypłycenia, wszystko to w zachodzącym słońcu wyglądało niesamowicie. Kiedy zapanował zmrok znaleźliśmy kolejny porcik na wyspie Marstrandson, z górującym nad nim zamkiem. Kolacja, szybkie zwiedzanie – no i czas ruszać dalej. Przygoda dopiero się rozpoczęła. Kilkaset skrętów pomiędzy maleńkimi wyspami, skałami, wszystko już w totalnych ciemnościach. A ponieważ ploter był na dole w messie zaczęło się precyzyjne sterowanie. „2 stopnie w prawo, kolejne 2 stopnie w prawo, trzymaj, teraz 90 stopni w lewo”. Szlak był częściowo oznaczony, jednak zdecydowana większość boi nie świeciła. Dlatego jedna osoba z latarką cały czas przeszukiwała wodę przed nami. „Widzisz ten zielony odblask? Prawą burtą. Za nim następny – czerwony.  Jego lewą i za nim ostry skręt”. Były miejsca gdzie musieliśmy się zatrzymać i bardzo powoli pokonywać ostre zakręty. Czasami latarnie sektorowe, a o tym, że ktoś nie potrafi zinterpretować kardynałek – nawet nie można było myśleć. Prawdziwa szkoła nawigacji, zaufania, precyzyjnego sterowania. I tak do 4 rano. Bardzo, bardzo męczące, przez te 8 h pełne skupienie. Ale wielka frajda, szczególnie kiedy ze świtem opuściliśmy ten slalom i już bardziej pełnym morzem skierowaliśmy się ku Oslo.

Tam na zewnątrz odebraliśmy nagrodę od Neptuna. Baksztagowa 7 poniosła jak na skrzydłach naszą dzielną Xelę. Lecąc na samej genule momentami rozwijaliśmy prędkości  prawie 12 węzłów. Tak więc szybko, pod wieczór, uciekając przed burzą weszliśmy w Oslo Fiord. Po obu stronach pojawił się ląd, a na nim malownicze norweskie domki, latarnie, przystanie. Przed dziobem pojawili się wind i kite surferzy. Okrążyli nas kilkukrotnie, a my pognaliśmy dalej. Wraz z zachodem, za kolejnym zakrętem zaczęło wyłaniać się Oslo. Położone na opadających do morza wzgórza wyglądało dostojnie. Jeszcze kilka zwrotów i wpłynęliśmy do samego centrum, w pobliżu Ratusza, Opery, przepięknie wkomponowanych w to nowoczesnych budynków. Czyli do mariny Aker Brydgge. Porwisty wiatr i fakt, że nasz jacht poprzez nietypowe umiejscowienie śruby nie lubi manewrów portowych nie specjalnie przeszkodził nam w parkowaniu. Godzina 20 – ostatnia cuma na lądzie. Co było dalej, niewiele pamiętam. Zmęczony kolejną nieprzespaną nocą, tym razem w szkierach oraz bardzo intensywnym dnie po prostu padłem. Zycie na jachcie rządzi się swoimi prawami, szczególnie na Xeli. Jedna przeciekająca kabina dziobowa, a w niej najtwardsze dziobaki: Gosia i Weronika, 2 kabiny rufowe z Anią, Kamilem, Kamilą i Bartkiem, no i oczywiście messa. Czyli z jednej strony miejsce do spania dla Ani (grzecznie ułożonej na górnej półeczce), Pawła i mnie. No i oczywiście centrum wszystkiego co się da, zaczynając od życia jachtowego, miejsca spożywania posiłków i imprez, poprzez bakisty wypełnione jedzeniem oraz składowisko sztormiaków, aparatów, mnóstwa różnego rodzaju szpejów – gdzie walka o utrzymanie porządku jest pracą niemal syzyfową. Tym bardziej gdy przez cały czas rzuca, sztorm fartuchy sprawują się średnio i często próbując przymknąć na chwilę oko kładłem się na podłodze, gdzie po za kapiącą z forluków  wodą i ryzykiem bycia rozdeptanym można było znaleźć jakiś spokojny kąt. W takich oto okolicznościach, pomimo tego, że załoga świętowała tradycyjne już „cudowne ocalenie” tuż nad moją głową usnąłem. Ktoś tam jeszcze próbował przez sen częstować mnie wędliną, ale z marnym skutkiem. Sen – przyjaciel żeglarza, kapitana …

Środa, 6 września. Oslo. Trudno porównać dotychczas odwiedzone miasta. Ale chyba Oslo wywarło na nas największe wrażenie. Już od samego rana, po dobrym śniadaniu rozpoczęliśmy zwiedzanie. To co w nocy, oświetlone światłami wyglądało pięknie – nie straciło swojego uroku za dnia. Jak ułożyć plan zwiedzania, mając niespełna jedne dzień?  Ze względu na to, że planujemy w przyszłym roku wyprawę Arktyka 2017 oraz jakiś czas później wyprawę na Antarktydę musieliśmy rozpocząć od zwiedzania muzeum wypraw polarnych i arktycznych Fram. Tam, pośrodku różnych ekspozycji stoi zachowany w całości legendarny statek Fram (Naprzód), na pokładzie którego odbyły się wyprawy do Arktyki i Antarktyki. Cóż – trzeba przyznać, że oglądając osiągnięcia norweskich polarników jest czego zazdrościć. Jednak – współczesna nam historia stawia polskich żeglarzy na czele odkrywców biegunów, a przecież wszystko jeszcze przed nami. Nie przypadkowo wśród Norwegów, Duńczyków, Szwedów zrodziło się przekonanie, że wchodzący w trudne listopadowe, grudniowe miesiące do ich marin jacht musi być z Polski.

Wracamy promikiem znowu do centrum i rozpoczynamy dalszy spacer. Magnes upolowany (hurra), klimatyczne uliczki, mnóstwo pięknych zabytków, sporo zieleni, no i ludzie. W naszym przekonaniu „wylajtowani”, spokojni, siedzących w licznych knajpkach, rozmawiający … Taki mija popołudnie i wieczór. W nocy znowu płyniemy, więc czas musimy spędzać intensywnie. W końcu znajdujemy pub, w którym piję swoje najdroższe do tej pory piwo. Norwegia jest bardzo droga …

Kiedy o północy przygotowujemy jacht do wyjścia odkrywamy poważna awarię. Nie działają światła nawigacyjne, przyrządy, ploter, siada oświetlenie. No i zaczyna się zabawa. Najpierw panel kontrolny, bezpieczniki, styki, kable. Gdy to nie daje efektu zaczynamy wędrować tropem rozchodzących się po jachcie we wszystkie strony kabli. Kiedy po dwóch godzinach intensywnej pracy i rozebraniu niemal całego jachtu znajdujemy przyczynę – nie wiem czy śmiać się czy płakać. Ktoś przez pomyłkę wyłączył ukrytą w jednej z bakist wtyczkę do ładowania akumulatorów, zamiast sąsiadującej z nią wtyczki od bojlera. No cóż – ale poznaliśmy jacht niemal od podszewki ;-). Szybkie podładowanie akumulatorów i płyniemy. Druga w nocy.

Rankiem wychodzimy z fiordu i szukamy wśród norweskich wysepek miejsca na chwilowe stanięcie na kotwicy. Obiecałem Pawłowi okazję do łowienia dorszy. Ma to być też nasze pożegnanie z Norwegią. W trakcie postoju piszemy list z podaniem miejsca, czasu, kim jesteśmy oraz z kontaktem. Obiecując sowitą nagrodę temu kto odnajdzie butelkę z umieszczonym w niej listem. List napisany, potrzebna butelka. Całe szczęście zapodział się gdzieś Capitan Morgan, nie pusty. Tak więc toasty za nasz rejs, pożegnalne z Norwegią i zalakowania butelka ląduje w morzu. Gdzie dojdzie i czy ktoś ją znajdzie – czas pokaże.

Przed nami ponad sto mil do Skagen. Na południe. To dobrze się składa, bo właśnie wiatr wieje z południa. I pogoda ma się pogarszać. Po kilku godzinach, gdzieś na środku Skagerrak’u oraz przy okazji trasy statków dopada nas gęsta mgła. Widoczność spada do minimum. Nasz jacht nie posiada ani AIS’a, ani radaru.  Wydaje się, że z każdej strony może wychylić się jakiś prom i nie będzie wiele czasu na reakcję. Dlatego podwajamy wachty i dzieli widnokrąg na sektory dla poszczególnych obserwatorów. Włączamy wszystkie możliwe światła i zaczynamy co 10-15 minut przez UKF meldować ostrzeżenie, swoją pozycję, kurs i prędkość. Nic więcej nie możemy zrobić. Jest napięcie. Po 2-3 h całe szczęście wychodzimy z mgły i widoczność się poprawia. Równocześnie rozbudowuje się fala i tężeje wiatr. Niestety od dziobu. Czeka nas ciężka noc oraz niezły rollercoaster. Pewne jest, że nikt nie ma szansy na spanie. Godzina za godziną, mozolna walka, powoli ubywające mile. Wypatrujemy przed sobą latarni na przylądku przy Skagen. Zaczyna się zabawna dyskusja, że ponoć na łączeniu mórz tworzy się gigantyczna ściana z fal, nawet wypiętrzająca się do kilku metrów. No i jak my to przejdziemy ;-). Wiatr wciąż 5-6 S, stan morza 5. Odliczamy sekundy pomiędzy kolejnymi dużymi górami i dolinami. Ktoś chciał góry na morzu? W jednym pakiecie wszystko.

Ja jednak z podziwem patrzę na swoją załogę. Bo prawie 2 tygodnie wcześniej w podobnych warunkach zmiotło niemal wszystkich pod pokład. Dziś to co innego, po prostu: trudne marynarskie życie …

Piątek, 9 września. Wraz ze świtem pojawia się w oddali ląd, jesteśmy blisko. Dostrzegamy kilka statków stojących na redzie. Podejście do Skagen, coś się nie zgadza, nie pasują światła, główki portu jakby w innym miejscu. Płynąc po chwili przypominam sobie, że ktoś mi mówił, że dobudowano cały nowy pirs. A więc należy zaufać oznakowanemu szlakowi i zapomnieć na chwilę o nieaktualnych w tym miejscu mapach nawigacyjnych. Wreszcie port, tankowanie paliwa i o 0920 stajemu longside w marinie przy ul. Fiskehuskajen, w miejscu z charakterystycznymi dla Skagen domkami, sklepikami, restauracyjkami. Mamy niecałą dobę do przyjazdu następnej ekipy 4K. Pyszne śniadanie z wędzonymi rybami zakupionymi w pobliskim sklepiku. Zarządzony do 14 sen dla wszystkich. Trzeba trochę odpocząć, by móc resztę czasu przeznaczyć na spakowanie i klar na jachcie. W nagrodę fundujemy sobie długi spacer na zachód słońca na przylądku, który jest końcem Danii oraz tam gdzie stykają się wody Skagerrak’u i Kattegat’u. Jest pięknie, a dodatkową atrakcją jest stado wylegujących się beztrosko fok, którym niemal wszyscy staramy się nie zakłócać spokoju. Wracamy do miasta i na pożegnanie siadamy w knajpce bezpośrednio położonej przy naszym jachcie. Zamawiamy kolację, pyszną zupę z krewetkami oraz rybę. Duńskie piwo smakuje również wyśmienicie.

Sobota, 10 września. Obudziło nas wczesnoranne dreptanie po naszym pokładzie. Przyjechali, kilka godzin wcześniej. Wymiana umówiona została na godzinę 9, trudno, pomimo przerwanego snu, nie cieszyć się widokiem przyjaciół i znajomych. Mariusz, Paweł, Kasia, Aga, inni. Za nimi też długa i męcząca podróż. Cześć z nich poszła na spacer, cześć dosypia w samochodzie, a z resztą dzielimy się naszymi wrażeniami.  O 9 przekazujemy jacht, życzymy powodzenia. Koniec naszego rejsu. Wsiadamy do busa, a przed nami powrót do Polski.

Dziękuję moje ekipie za wspólny rejs. Oficerom: Kamil, Gosia, Paweł, Ania – dzięki Wam nie raz mogłem spokojnie i bezpiecznie próbować spać, nawet w tych trudniejszych warunkach. Bartek, Weronika, Kamila i Ania – za dobrą atmosferę, współpracę. Wam wszystkim za to, że udało nam się stworzyć fajną załogę i rejs się udał. No i ekipie 4 Kontynenty (przede wszystkim Mariusz, Marek) za wsparcie z brzegu.

Marek Rajtar

Foto: Marek Rajtar i Małgorzata Sokołowicz

Facebook
Tweet
Google
9
Wrzesień
2016

Start: Skagen 09. wrzesień 2016 r. Koniec: Gdańsk 23. wrzesień 2016 r. 
Trasa: 700 – 750 Nm
4 Kontynenty na SY Bystrze pod dowództwem kpt. Mariusza Noworól wyruszają w trasę odwiedzając 4 państwa Danię , Norwegię , Szwecję , Polska
Opływamy Cieśninę Sund przez miasta które maja swoje walory historyczne i turystyczne. Wczesnojesienne zachody słońca budzące rozbudzają marzenia niejednego żeglarza . Gdzieś tam za horyzontem kryje się kolejny port który dotrzemy .
Skagen - To właśnie w tym miejscu spotykają się wody cieśnin Skagerrak (kolor szary) i Kattegat (kolor zielony), oddzielające Morze Północne od Morza Bałtyckiego. Nacierające na sobie dwie masy wodny nie mieszają się ze sobą, ponieważ mają różną gęstość.
Varberg - miasto w południowo-zachodniej Szwecji, nad cieśniną Kattegat, w hrabstwie Halland. 50 tys. mieszkańców (1993). Stara osada handlowa. W XIII w. obwarowane. Od 1578 prawa miejskie. Przemysł maszynowy, chemiczny, metalowy, spożywczy. Ośrodek turystyczny, kąpielisko morskie. Zamek-twierdza (XIII, XVII w.).
Helsingborg - Oficjalnie ustanowiony 21 maja 1085 roku (ówcześnie na terytorium Danii), Helsingborg jest jednym z najstarszych miast w Szwecji. Lokalizacja przy najwęższym miejscu Sundu przyczyniła się do szybkiego wzrostu jego znaczenia. Najprawdopodobniej w XII wieku została wybudowana twierdza, po której do dziś pozostała jedynie wieża, zwana Kärnan. Od 1429 roku Dania pobierała cła od wszystkich jednostek przepływających pomiędzy Helsingborgiem i Helsingør, co było jednym z głównych wpływów do skarbca korony duńskiej.
Kopenhaga -stolica Danii jest droga nawet dla Duńczyków, ale odwiedzają ją bardzo chętnie, bo wiele oferuje. Jest metropolią, liczącą ponad półtora miliona mieszkańców, ale jednocześnie charakteryzuje się kameralnością, której brakuje wielu europejskim miastom. Panują tam specyficzne zwyczaje, które jednak mają na celu ułatwienie życia mieszkańcom i turystom. Poza tym jest to jedno z największych miast Skandynawii, położone malowniczo nad cieśniną Sund, na dwóch wyspach: Zelandia i Amager, a strzeże go najsłynniejsza na świecie duńska Syrenka.
Ystad- Jednym z lepiej znanych Polakom szwedzkich miast jest pewnie Ystad. No, w każdym razie przynajmniej z nazwy, chociażby dlatego, że do Ystad kursują promy ze Świnoujścia. Kiedy jako mała dziewczynka podróżowałam z rodzicami nad polskie morze, zastanawiała mnie zawsze ta (wtedy) dziwnie wyglądająca i brzmiąca nazwa na znakach drogowych. Rok temu malownicze krajobrazy miasteczka zupełnie skradły moje serce.
Hasle Bornholm -ma zabudowę podobną do innych miasteczek na wyspie: kolorowe, niskie domki, wąskie uliczki. Ważnym miejscem miasta jest port, ale to co pierwsze przyciąga wzrok to nie wspaniałe jachty cumujące w dokach, ale rząd nowoczesnych, piętrowych budynków usytuowanych przy samej marinie - te nowoczesne budynki to prywatne mieszkania majętnych turystów i apartamenty przeznaczone na wynajem. Stały się one kością niezgody pomiędzy władzami a mieszkańcami - każdy miał swoje racje, jednak zwyciężyła wizja dopływu gotówki do kasy miasta. Czy budowle te rzeczywiście szpecą krajobraz - to już każdy musi sam ocenić.
Tutaj się zastanowimy czy kontynuujemy naszą skandynawską przygodę jak pozwoli meteo
Możemy jeszcze odwiedzić Ronne - Sveneke wyspę Christianso - popłynąć do Szwecji Utklippan - Gdańsk
Lub kierujemy się ku wybrzeża polski Kołobrzeg ,Łeba - Gdańsk

Mariusz Noworol

Facebook
Tweet
Google
30
Sierpień
2016

Każdego żeglarza można określić mianem odkrywcy, bo czymże jest żeglarstwo jeśli nie chęcią poznania nowych miejsc i zmierzeniem się z nieznanym? Takie nastawienie towarzyszyło mi podczas poszukiwań pomysłu na tegoroczny urlop. Wybór padł na rejs po Bałtyku. Gdańsk - Karlskrona- Bornholm-Gdańsk? Jasne, że tak! Tego jeszcze nie było! Decyzja podjęta, miejsce na jachcie zapewnione, odliczanie rozpoczęte. I co teraz? Spędzę tydzień na jachcie 13m na max 4m? Z obcymi ludźmi? Tak się da? Oczywiście! Sama przekonałam się, płynąc z ekipą 0ffczego wypasu, że żeglarze to ludzie z pasją, zawsze skorzy do pomocy i umiejący dopasować się do różnych warunków, nie tylko pogodowych. Te to potrafią nauczyć spontaniczności, kiedy przychodzi do zmiany trasy, tak jak miało to miejsce z rezygnacją z kursu na Bornholm na rzecz Olandii. Dobra zmiana? Dzięki temu i spotkaniu Szwedki Kajsi, poznałam jak życzliwi potrafią być Szwedzi oraz jak szybko potrafią jeździć swoimi Saabami ;) Wobec czego można mieć jeszcze wątpliwości przed morskim rejsem? Choroba morska? Nie jestem pierwszą i nie ostatnią osobą z tą przypadłością. Pogoda? Na nią wpływu nie ma, choć Bałtyk zaskoczył mnie swoim spokojem. Czy rejs będzie bezpieczny? Mając na pokładzie ludzi tak bogatych w doświadczenie jak Mariusz i Agnieszka oraz widząc ogrom wyposażenia jachtu ani przez chwilę nie martwisz się czy jeszcze zobaczysz ląd... I najważniejsze pytanie. Czy to jest odpowiednie miejsce dla mnie, żółtodzioba na morzu? Widząc przygotowanie jachtu do rejsu, perfekcyjnie opracowany kurs, całe oprzyrządowanie ( zwłaszcza tą początkowo obcą elektronikę ), pewną siebie panią kapitan i załogę, która z uśmiechem wita cię na pokładzie S/Y Xela wiem, że będzie to niezapomniany tydzień, który rozpoczyna moją przygodę z morzem.

https://www.youtube.com/watch?v=5p9NBQgNmt4

Agnieszka Klimkowska

Facebook
Tweet
Google
30
Sierpień
2016

Trzeci etap wyprawy z „Bystrzakiem” miał się planowo rozpocząć  31 lipca w Dublinie, jednak gdy w czwartek 28 lipca dostaliśmy informację o awarii silnika cała wyprawa stanęła pod znakiem zapytania. Od razu rozdzwoniły się telefony i rozpoczęły się konsultacje czy jest sens płynąć.

Wstępnie otrzymaliśmy informację, że naprawa może potrwać nawet tydzień i musimy się dostać na wyspę Man (która znajduje się pomiędzy Walią a Irlandią) skąd miałby się rozpocząć nasz etap. Mimo wielu niewiadomych postanowiliśmy, że jedziemy. Zgodnie z planem w Dublinie mieliśmy być 31 lipca w niedzielę, a na wyspę Man mogliśmy się dostać jedynie promem dopiero we wtorek 2 sierpnia. Jak się później okazało czas spędzony w Dublinie wcale nie był stracony. Zwiedziliśmy całe miasto, niektórzy wybrali się na wycieczkę po mieście połączoną z degustacją whisky. Włóczyliśmy się po dzielnicy dublińskich pubów – Temple Bar. Odkryliśmy niesamowity pub na obrzeżach miasta z muzyką na żywo.

Nim się zorientowaliśmy nadszedł wtorek i czas na przeprawę na wyspę Man. Do Peel gdzie czekał na nas Kapitan przyjechaliśmy ok godz. 14:30. Po zasztauowaniu Bystrza przyszedł czas na rozmowę i informacje dotyczące stanu silnika. Kapitan poinformował nas, że mechanik już rozebrał silnik, znalazł usterkę i zamówił część zamienną. Planowana data naprawy i dostarczenia silnika to piątek 5 sierpnia. Tak więc mieliśmy przed sobą trzy dni na wyspie. Warto wiedzieć, że wyspa Man jest znana z organizowanych od 1907 r ulicznych wyścigów motocyklowych Isle of Man TT zaliczanych do jednych z najbardziej widowiskowych i niebezpiecznych imprez tego typu na świecie. Wyspa jest jedynym terytorium brytyjskim na którym nie obowiązuje ograniczenie prędkości. Zjechanie i zwiedzenie całej wyspy z północy na południe zajęło nam dwa dni. Odwiedziliśmy porty Ramsey, Laxey, Douglas, St Mary, Port Erin, zwiedzaliśmy klify, widzieliśmy foki i delfiny, wspięliśmy się na najwyższy szczyt – górę Snaefell 621 m. n p. m i oczywiście zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową z Joey Dunlopem – brytyjskim wyścigowym kierowcą motocyklowym, który jako jedyny osiągnął rekordową liczbę 26 wygranych wyścigów Isle of Man TT, a w 2005 r został uznany za piątą osobistość wszech czasów wyścigów motocyklowych.

W piątek 5 sierpnia zgodnie ustaleniem przyjechał mechanik i zainstalował z powrotem naprawiony silnik. To był przełomowy moment naszej wyprawy. Po zamontowaniu silnika i jego odpaleniu już wiedzieliśmy, że w końcu wypłyniemy w morze. Po tygodniowym pobycie na wyspie każdy z nas nie mógł się już tego doczekać. Jednak musieliśmy uzbroić się w cierpliwość, bo niż azorski przyniósł nam niekorzystny wiatr. Żeglarstwo uczy umiejętności czekania i szacunku do żywiołów jakim są woda i wiatr. Okno pogodowe otworzyło się w poniedziałek 8 sierpnia. Po ugotowaniu olbrzymiego gara zupy ogórkowej i przelaniu jej według wskazówek kapitana do baniaka pięciolitrowego wyruszyliśmy ok godz. 15:00 na morze.

Kapitan zaplanował przelot do portu Plymouth co oznaczało spędzenie trzech dób na morzu. Dla części załogi w tym dla mnie był to pierwszy pełnomorski rejs i w związku z tym mieliśmy pewne obawy czy damy sobie radę zwłaszcza jeśli będziemy chorować. Jak się okazało strach ma wielkie oczy, a załoga dzielnie się spisała zwłaszcza w Kanale Angielskim gdzie jest zawsze duży ruch. Do Plymouth jednego z największych portów Wielkiej Brytanii dopłynęliśmy w czwartek 12 sierpnia. Pierwsze co zrobiliśmy po zejściu na ląd to poszukiwanie prysznicy. W końcu płynęliśmy trzy doby bez możliwości kąpieli, a przy wysokiej fali nawet korzystanie z wc staje się nie lada wyzwaniem! Po niecałej dobie ruszyliśmy dalej do Cherbourga, portu w którym zakończył się nasz etap na Bystrzu.

 

Ines Negro

Facebook
Tweet
Google
27
Sierpień
2016

4 Kontynenty na SY Bystrze pod dowództwem kpt. Marka Rajtara wyruszają z Amsterdamu w trasę odwiedzając 4 państwa basenu Morza Północnego: Holandię, Niemcy, Danię i Norwegię. 2 tygodnie rejsu w trudnym akwenie (prądy i pływy, routy, tysiące znaków, świateł nawigacyjnych) to doskonała nauka nawigacji i bardzo praktyczne jej zastosowanie. Nagrodą za to będą piękne, klimatyczne miejsca. Po drodze zamierzamy odwiedzić cudowne wyspy wschodniej i zachodniej Fryzji oraz Morza Wattów (na liście UNESCO).
Po postoju na Helgolandzie zwiedzamy wyspy fryzyjskie, tym razem ich północna część. A następnie wzdłuż zachodniej Jutlandii, nazywanej „perłą Morza Północnego” na północ.
Jeśli czas i Neptun pozwoli – to przez Skagerrak – do przepięknych norweskich fiordów. Czy wystarczy sił i możliwości by na północ dojść aż do Stavanger?
Rejs kończymy znów pokonując Skagerrak, w duńskim końcu świata – Skagen. Tam następna ekipa 4K rozpoczenie kolejny etap w drodze do Polski.

(brak wolnych miejsc)

MR.
 

Facebook
Tweet
Google
19
Sierpień
2016

Od lipca trwa wyprawa s/y „Bystrze” dookoła Wielkiej Brytanii. Właśnie rozpoczyna się ostatni etap rejsu. Żeglarze Fundacji 4 Kontynenty zmierzają w kierunku Londynu.

Od początku sierpnia jesteśmy już po irlandzkiej stronie Wysp. Urzekająca wyspa Man sprawiła, że kilkudniowy postój techniczny nikogo nie zmartwił. Zdobyliśmy najwyższą górę, odwiedziliśmy wszystkie krańce wyspy z malowniczą Calf of Man na południu i Maughold Head na północy.

Wraz z nadejściem dobrej wyżowej pogody, ruszyliśmy dalej na południe. Gnani północnym wiatrem, przeszliśmy baksztagiem Morze Irlandzkie i Kanał Świętego Jerzego, czując długą atlantycką falę na styku Morza Celtyckiego z Kanałem Angielskim. Po trzech dobach żeglugi non stop osiągnęliśmy Plymouth, miasto, które żyje żeglarstwem i jest często pierwszym europejskim portem dla jachtów przybywających zza wielkiej wody.

Jeden dzień postoju i płyniemy dalej w kierunku Cherbourga. Francja powitała nas piękną pogodą, prawdziwymi bagietkami i różowym winem. W tym porcie zakończyła się przygoda dla trzeciego etapu wyprawy, a wspaniale położony Port Chantereyne to miejsce wymarzone do wymiany załóg.

Czwarty etap rozpoczyna się od skoku na północ do Cieśniny Solent, mekki brytyjskich żeglarzy. To ruchliwe miejsce przy Wyspie Wight, aż roi się od jachtów, bardziej przypominając zatłoczoną Chorwację, niż wody zachodniej, czy wschodniej Szkocji, gdzie jachtów spotykaliśmy naprawdę niewiele. Żeby poczuć atmosferę tego rejonu, na dwa postoje wybraliśmy mariny w Yarmouth na wyspie Wight i w Gosport leżącą tuż obok Portsmouth, do którego można było się dostać gęsto kursującymi portowymi promami.

Dziś ruszamy dalej na wschód w kierunku Londynu, który ma być ostatnim, ale chyba najważniejszym brytyjskim portem naszej wyprawy dookoła Wielkiej Brytanii.

A już za tydzień spotkamy się w Amsterdamie, gdzie nowa załoga pod dowództwem kpt. Marka Rajtara weźmie kurs na północ wzdłuż wybrzeży Fryzji, Jutlandii i w duńskim porcie Hanstholm zamknie wielką pętlę po Morzu Północnym

Marek Kapołka

Facebook
Tweet
Google
16
Sierpień
2016

Wyjazd dla mnie zaczął się dość spontanicznie. Bardziej chciałam spędzić czas ze znajomymi na świeżym powietrzu niż ciągnęło mnie do pływania. Z biegiem szykowania się do wyjazdu powiedziałam sobie: „A cóż mi szkodzi. Do odważnych świat należy” i pomimo obaw wypadnięcia za burtę (a pływać pływam raczej słabo) postanowiłam, że wejdę na tą łódkę skoro wszyscy tak zachwalają, że to takie faaaaajne.

Jako osoba zielona z wiedzy żeglarskiej nie ukrywam byłam lekko zestresowana. Grzecznie zatem założyłam kapok i wielkimi z zaciekawienia oczami przyglądałam się jak wygląda przygotowywanie łodzi do wypłynięcia. Samo wejście na pokład było wyzwaniem, ale bardzo szybko przekonałam się, że takie duże coś tak łatwo się nie wywróci.

Z biegiem rejsu po Jeziorze Dziećkowice przestawałam się bać, a zaczynałam przeżywać miłe chwile. Wiatr we włosach, promienie słońca przebijające się przez chmury, uśmiechnięte twarze znajomych i takie poczucie lekkiego odrealnienia i ucieczki od cywilizacji. Wspaniały relaks. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym zaraz po oswojeniu się z podstawowymi komendami nie zaczęłabym zadawać miliona pytań, na które na szczęście Mariusz i Ola cierpliwie odpowiadali. Spodobało mi się i to bardzo. Jak to Ola mawia taki „chillout” nawodny jest naprawdę super. Nie wiem jeszcze czy stanę się zapalonym żeglarzem, ale kto to wie co życie i 4 Kontynenty przyniosą

Facebook
Tweet
Google
11
Sierpień
2016

Spotykamy sie w Opty. Rozlokowujemy sie w przyjemnych domkach i spotykamy się przy ognisku. W sobote żeglujemy. O 14.00 przerwa obiadowa i pływamy dalej. W niedziele potencjalnie ruszamy polatac na paralotni na górze Żar. :)
Domek na 2 doby od osoby ok 30 zl
Przed nami noc pełna meteorów, będzie je można oglądać na kei :)
Paralotnia ok 250 zł osoba
Łódka za free :)

Adres
Yacht Club “Opty”
41-403 Chełm Śląski,
ul. Leonida Teligi 2

Aleksandra Dindorf

Facebook
Tweet
Google
3
Lipiec
2016

Na pokładzie s/y Wołodyjowski na organizowanym przez Agatę Kos (4K) rejsie zebrała się ekipa 4K oraz zaprzyjaźnione z nią osoby. Tak więc pod salingiem zawisła bandera Fundacji i w nocy z piątku na sobotę zaczął się rejs, którego zwieńczeniem miał być udział w paradzie jachtów i żaglowców w ramach Baltic Sail 2016.

Sobota okazała się dość ciekawym dniem. Po wyjściu z Jacht Klub Północny pożeglowaliśmy za Hel. Zaczęło się od upalnego południa, ale w ciągu dnia przetaczały się nad nami burze. Nie przeszkodziło to nam jednak fajnie pożeglować, poćwiczyć „człowieka za burtą” oraz wypróbować środki pirotechniczne. Ale późnym wieczorem przyszedł sztormowy front. Już witaliśmy się z Helem, by przeczekać trudne warunki, kiedy nagle, w jednej chwili uderzyła w nas 9. Grot poszedł w strzępy, urwana dryfkotwa. No i poszło za burty na cumach wszystko co było: opony, drabinka, pojemnik na wodę, skrzynki na warzywa, a nawet kosz na śmieci. Wszystko po to, aby zmniejszyć dryfowanie i uzyskać niezbędny czas na konieczne naprawy. Po 4 h dryfowania założyliśmy zapasowego grota, no i podjęliśmy próbę powrotnego halsowania do Helu. Udało się tego dokonać o świcie następnego dnia, kiedy o 4 rano weszliśmy do portu.

Po 2 godzinach szybkiego postoju i niewystarczającego odpoczynku musieliśmy opuścić gościnną keję i ruszyć w drogę powrotną. Warunki zdecydowanie się poprawiły i można było bezpiecznie zmierzać na Motławę w Gdańsku, gdzie miały się odbyć główne uroczystości. Wchodząc w główki portu z dumą mijaliśmy wychodzące w morze jachty, gdyż mieliśmy za sobą wspaniałą żeglarską przygodę.

Po zrobieniu kursu aż pod sam Żuraw i pozdrowieniu tłumów turystów oraz znajomych z pozostałych jachtów obraliśmy kurs powrotny i późnym popołudniem dobiliśmy do naszej macierzystej mariny. Cumy na ląd, bagaże na pirs, no i czas wracać do domu.

Marek Rajtar

Foto: Marek Rajtar

Facebook
Tweet
Google
27
Czerwiec
2016

Po czerwcowej żegludze po norweskich fiordach, w lipcu i sierpniu 4 Kontynenty zamierzają „Bystrzakiem” zakręcić się wokół Wielkiej Brytanii.

Zielona Szkocja i Irlandia, spowite mgłą szczyty wyrastające prosto z wody i mroczne zamczyska, pamiętające czasy Robin Hooda to klimat krain, przez które będzie prowadziła nasza „brytyjska” wyprawa.

Już czekają na spakowanie niezbędne locje, obowiązkowo nowiutki Almanach, no i kilkadziesiąt klasycznych map Admiralicji, które zadziałają zawsze, niezależnie od stanu akumulatorów. Cóż, my starej daty żeglarze oprócz wszystkich GPSów  lubimy też mapy papierowe…

A będzie gdzie nawigować.

Trasa pierwszego etapu to kawał wody do przepłynięcia. Zaplanowaliśmy go specjalnie tak, żeby rzadko było widać ląd na horyzoncie. Poprowadzi z Danii przez Szetlandy i Orkady do Inverness w Szkocji. Przed dużym skokiem przez morze, zamierzamy jeszcze wejść do norweskiego Stavanger, żeby uzupełnić wodę i niezbędne zapasy. A później kilkudniowy przelot do Lervick na Szetlandach, obowiązkowo malutka wysepka Fair i dalej przez Orkady do szkockiego Inverness, gdzie ma nastąpić wymiana załogi.

Na drugim etapie chcemy posmakować Szkocji. Wybraliśmy trasę przez trochę zapomniany Kanał kaledoński, który łączy Morze Północne z Morzem Irlandzkim. Ten piękny szlak śródlądowy prowadzi przez 29 śluz i trzy jeziora, w tym najważniejsze – Loch Ness.  Załoga chciałaby spotkać słynnego potwora, chociaż szczerze mówiąc, wolałbym, żeby potwór nie zamierzał spotkać załogi „Bystrza”… Po wyjściu z kanału, za Fort William, nie odpuścimy wyspy Islay słynącej z destylarni whisky, a potem popłyniemy na południe do Dublina, dokąd przylecą kolejni uczestnicy wyprawy.

Trzeci etap ma być symbolicznym „dotknięciem” oceanu. Z Dublina pożeglujemy przez Kanał Świętego Jerzego, Morze Celtyckie i Kanał Angielski do St. Malo we Francji. Te akweny, znane z silnych prądów i wysokich pływów, będą nie lada wyzwaniem dla nawigatorów, ale jestem spokojny – nasza dzielna załoga już z niejednego żeglarskiego pieca chleb jadła.

Z St. Malo z kolejną ekipą planujemy ruszyć przez Kanał Angielski na wschód. A przed Londynem oficerów czeka trudne zadanie nawigacyjne: policzyć, jak dopłynąć Tamizą do samego Tower Bridge na jednym cyklu pływowym, bez konieczności przeczekiwania odpływu na boi. Nagrodą będzie dwudniowy postój w Dokach Świętej Katarzyny – pięknej marinie, położonej niemal w samym centrum Londynu.

Naszą dwumiesięczną wyspiarską przygodę zamierzamy zakończyć w ostatnim tygodniu sierpnia w Amsterdamie. Ale to nie koniec żeglugi. Na „Bystrzu” zagości kolejna załoga, która wciąż pod banderą 4 Kontynentów, przez Danię i Cieśniny popłynie we wrześniu w kierunku macierzystego Gdańska.

Już dobiegają końca przygotowania, załogi prawie skompletowane. Plan jest ambitny, a jak będzie – jeden Neptun to wie…

Marek Kapołka

Foto: Marta Kapołka

Facebook
Tweet
Google
26
Czerwiec
2016

W dniach 25 do 26.06 na wodach YC Opty odbyły się zawody Opty Race 2016 klasy omega,katamaran i 470. Naszą obserwację rywalizacji obserwowaliśmy z pokładu klubowej sigmy.

https://www.facebook.com/yachtclubopty/videos/10154293909332878/

Facebook
Tweet
Google