Kategorie
Żeglarstwo

Listopadowy Bałtyk z 4K – 12-19.11.2016 r.

Listopad na Bałtyku – to duża niewiadoma. Raczej należy spodziewać się trudnych warunków i zimna. Zebrała się jednak grupka „wariatów”, którzy postanowili zmierzyć się z przeciwnościami i skosztować osławionego niedźwiedziego mięsa. 2 dziewczyny: Aga i Hania, panowie: Maciek, Paweł, Zbyszek oraz József – Węgier z Budapesztu. No i ja, jako kapitan całej imprezy.

Tydzień przed nami w podobny rejs wybrała się również ekipa 4kontynenty, pod komendą kapitana Marka Kapołki, z Mariuszem na pokładzie oraz innymi szaleńcami. Z ich opowieści wynikało, że warunki wiatrowe mieli korzystne, ale zimno, mróz – dało się im ostro we znaki. I że nie raz musieli odgarniać śnieg z pokładu. Dopłynęli do Kłajpedy i wrócili.

Tak więc w sobotę 12 listopada wszyscy spotkaliśmy się w porcie Gdynia, oni kończąc rejs, my wsiadając na ten sam jacht Quantum of Solace. W karcie jachtu: Pleasure Yacht. Przywitało nas zimno oraz nienajlepsze prognozy sztormowe na najbliższy tydzień.

Sobota okazała się być bardzo intensywnym dniem. Wymiana załóg, przejęcie jachtu, zaprowiantowanie. Dodatkowo w ekipie kapitanów zaplanowaną mieliśmy wizytę w Gdańsku, w trakcie której szczegółowo obejrzeliśmy wyciągnięty już na ląd jacht Sifu of Avon – jednostkę na której w przyszłym roku udamy się na wyprawę Arktyka 2017.

W tym dniu również na Darze Młodzieży odbyło się coroczne spotkanie Bractwa Kaphornowców, niestety przez natłok spraw nie udało mi się uczestniczyć – ale miałem okazję spotkać wielu z moich przyjaciół.

Do 18 wszystkie sprawy zostały już pozałatwiane, oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w morze. Nowy jacht, nowa załoga, dużo niewiadomych – kurs w stronę Władysławowa, Łeby. Prognozy dawały nam jedynie szanse na dojście do Bornholmu i wątpliwą opcję na powrót.

Kiedy minęliśmy półwysep Hel i skierowaliśmy się na północny zachód, napotkaliśmy armadę 11 jachtów wracających z „Bałtyku dla odważnych”. Wzajemne pozdrowienia z licznymi znajomymi, kapitanami na radiu UKF. Poczuliśmy się przez chwilę mniej osamotnieni na morzu, to nic, że płynęliśmy przeciwnymi kursami …

Koło północy zaczęliśmy dostrzegać kuszące światła Władysławowa, zachęcające do przespania części nocy w bezpiecznym porcie. Skusiliśmy się, bo było zimno, pojawiła się już też choroba morska. Tuż przed drugą w nocy padła komenda „tak stoimy”. Poza nami nikogo. Jedyny odpowiedniej szerokości dla naszego jachtu y-bom był wolny. Nocleg, ciepło, spokój. Do rana na pewno stoimy. Co dalej? – przyniesie wstający za kilka godzin świt.

Niedziela – 13 listopada. Zdziwiona mina pana, który zamierzał przygotowywać się do demontażu urządzeń portowych, a tu mu jakiś jacht wpłynął. Spokojnie – już wypływamy, kierunek Łeba. Kiedy wychyliliśmy się zza Rozewia, wiatr i fala się wzmogła. Nie znałem wcześniej możliwości tego Dufour’a, ale przy bajdewindowych 4-5 szedł pod falę naprawdę fajnie, momentami pod 10 kt. W między czasie rozstrzygnięty został konkurs na Prezesa, tak więc reszcie trochę ulżyło. Tym bardziej, że niemal połowa z nas była pierwszy raz na morzu. Nie przeszkadzało to jednak wszystkim stawać po kolei za sterem i uczyć się prowadzenia jachtu w tych nieprostych warunkach. Ja testowałem odporność swojego ubrania na zimno. Odzież termiczna, bluza, softshell, kurtka puchowa i na to nowy sztormiak Musto. Na nogach dwie pary ciepłych skarpet oraz ocieplane kalosze Lemigo. Dawałem radę, ale zbyt dużego komfortu nie było. Może również dlatego, że od soboty dopadło mnie przeziębienie i czułem się nie najlepiej oraz byłem dość osłabiony.

W nagrodę za nasze trudy przywitał nas przepiękny zachód słońca, a gdy już  zapadł zmrok za rufą, przez chmury przebijał się rekordowej wielkości księżyc, który rozjaśniał noc. Jednak brak słońca oznaczał dla nas równocześnie znaczący spadek temperatury i zrobiło się bardzo zimno. Całe szczęście główki Łeby były w odległości kilkunastu mil, a kierunek wiatru nie wymuszał halsowania. Kiedy byliśmy już w rejonie boi podejściowej nawiązaliśmy kontakt z Kapitanatem prosząc o zgodę na wejście do mariny. Otrzymaliśmy ją, jednakże z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem, że w ostatnim czasie wejście do portu bardzo, ale to bardzo się wypłyciło i że wewnątrz portu mamy niemal ocierać się burtą o wschodni falochron. To wąskie wejście urozmaiciła mi rozmowa z Kapitanatem portu na temat naszej bandery: Saint Vincent and the Grenadines. Czy jesteśmy polskim jachtem? O co z tym chodzi? Kiedy na koniec na pytanie czy na pokładzie wszyscy są Polakami – odparłem, że nie – to już zdziwienie było pełne … Dlatego w nagrodę przy pomoście czekał na nas partol Służby Celnej. Ale i tak wszystkie nasze kontakty z władzami portowymi były bardzo dobre. W odwiedzanych przez nas portach byliśmy jedynym jachtem. Wszyscy zauważyliśmy, że jesteśmy traktowani bardzo uprzejmie, jakby z szacunkiem, tak jakby druga strona rozumiała, że w tych warunkach pływają ludzie, którzy mają pojęcie co robią. Lub być może odwrotnie – że z wariatami nie ma co dyskutować 😉

Poniedziałek 14 listopada przywitał nas w Łebie. Noc i przedpołudnie poświęcone na integrację. Życie na jachcie ze względu na obecność Jozefa oraz to, że już bardzo zdążyliśmy go polubić zmieniło charakter. Większość rozmów, konwersacji zaczęła biec po angielsku. Jozef w mig łapał polskie słówka i z wielkim wrażeniem obserwowaliśmy jego postępy, ale podstawowym językiem stał się angielski. Szczególnie dla mnie to była niezła szkoła, bo większość rozmów prowadziłem ja, a Jozef ciekawy kwestii żeglarskich zadawał mi wiele pytań. Kolejne więc postanowienie o nauce w zimie …

Wcześniejsze ostrzeżenia o silnym wietrze zmieniły się na ostrzeżenie o sztormie, 8 w porywach do 9. Tak więc o Bornholmie nie było już mowy, z Łeby postanowiliśmy wrócić do Władka. „Czy znacie prognozę pogody?” zapytał na wyjściu Kapitanat i po otrzymaniu potwierdzenia wyraził zgodę na wyjście. A na zewnątrz czekały na nas fale jak domy, stan morza 5 (6), ale bardzo fajna długa, niemal atlantycka fala. Co ciekawe – kierunek fali i wiatru różnił się o kilkanaście stopni, w my szliśmy bagsztagami. Zapis w dzienniku po węgiersku: Nagy hullámok. Boldog legénység (duże fale, szczęśliwa załoga). Tak było, jazda fajna, uciekanie przed doganiającymi nas górami z wodą, góra dolina – tak aż do Rozewia, które znowu żegnało nas zachodzącym słońcem. Do Władka niedaleko, a morze zaczęło się wypłaszczać. Ze względu na sztorm ominęła nas opłata za postój, jednakże ani tu, ani w Łebie nie mieliśmy możliwości zatankowania wody, która była już wyłączona. A zbiorniki jachtowe na ukończeniu. Wieczorem kolejna partia w kości, 2 poprzednie wygrał kapitan, ale cóż – ponieważ jego kości 😉  – tym razem odpuścił zwycięstwo w ręce pierwszego oficera, więc hierarchia zapewniona. Po dzisiejszym dniu Jozef dyktuje do dziennika jachtowego po polsku, „kurs szto szterdzieści”. Jako załoga zgrywamy się coraz bardziej, i w manewrach portowych i w życiu pod pokładem. Dzięki webasto jest bardzo ciepło. Gdyby jeszcze nie te limity na wodę …

Wtorek 15 listopada to kolejny sztormowy dzień. Ale odcinek do pokonania krótki. Do Helu wzdłuż wybrzeża. W zasadzie wymarzona żegluga, bardzo silny wiatr, ale jeszcze bez wybudowanej fali. Mimo pełnych refów mkniemy szybko, chodź do zimna zaczął dokładać się deszcz. Brr … Jak jest na morzu mogliśmy się przekonać wychylając się zza półwyspu na te ostatnie 10 Nm. Wytrzepało nas bardzo i ze względu na falę zakręt wykonaliśmy z pominięciem półwiatru. Przed nami zabieliła się helska „cebula”, a wraz z nią poszło kilka zabawnych opowieści o przygodach w tym porcie. Niemal na pełnej prędkości minęliśmy główki, aby fala nie rzuciła nas na falochron. W środku portu trochę się uspokoiło, ale nie na tyle na ile liczyliśmy. Wszystkie kutry tańczyły przy pirsach, nawet wewnątrz basenów portowych, trochę nas to zdziwiło, ale i tak musieliśmy tu zostać na noc. Y-boomy szalały, dlatego zdecydowałem się na postój long side wzdłuż wewnętrznego pirsu w basenie jachtowym. Wszystkie odbijacze na lewą burtę, cumy, szpringi i brest, ale jacht i tak bardzo skakał. Bardzo pomocny okazał się bosman mariny, który swoim samochodem przywiózł kilka opon od wulkanizatora, w bardzo dobrym stanie, tak, że mogliśmy je bez obawy wykorzystać. Pół godziny jeszcze strojenia lin wiążących nas z pirsem i to wszystko co mogliśmy zrobić. Jacht dalej się bujał do takiego stopnia, że 2 osoby zaczęły łapać chorobę morską, ale burty były bezpieczne. Zadowoleni więc i uwzględniając życzenia chorujących osób zeszliśmy na ląd i udaliśmy się na podbój Helu. Capitan Morgan niestety zamknięty, ale pozostał jeszcze Kuter. W górę szkło, znów za „cudowne ocalenie”.   I za wodę na pomoście, którą udało się napełnić puste już zbiorniki.

Środa 16 listopada – sytuacja na morzu i zatoce zaczęła się uspokajać. Na 10 rano zapowiedzieliśmy specjalne pozdrowienia dla 4k przez kamerę on-line skierowaną na basen portowy. Poubieraliśmy więc wszyscy koszulki rejsowe i odstawiliśmy niezłą szopkę 😉 Kto nas oglądał – ten wie …

Chwilę później już opuszczaliśmy gościnny port w kierunku Jastarni. Warunki panujące na zatoce pozwoliły na wykonanie szkoleń ze stawania w dryfie oraz podejścia do człowieka. Człowiekiem testującym okazał się Stefan, czyli obijacz z dowiązaną cumą. Jozef z niedowierzaniem wyrzucił go do zimnej wody, ale kiedy dostał ster, żeby go ratować metodą półwiatrową – zrozumiał w czym rzecz. Kilka manewrów się udało, kilka razy został niemal rozjechany. Cóż – tylko trening czyni mistrza.

Podbudowani ruszyliśmy do Jastarni i mijając lewą burtą Kaszycę po chwili byliśmy w basenie portowym. Nigdy tu jeszcze nie byłem, ale miejsca mieliśmy sporo. Parkowanie, toast za „cudowne ocalenie” i „won na ląd”. Wieczór w jedynej czynnej knajpie o zastanawiającej nazwie Łóżko. Nie skusiliśmy się jednak na nocleg, tylko pognaliśmy na drugą stronę półwyspu na plażę. To zaledwie dzień temu gnaliśmy tędy jachtem. Teraz to morze – oglądane od drugiej strony wyglądało inaczej. Osoby będące pierwszy raz na rejsie – wiedziały, że już ich życie zostało zmienione. Będąc kiedyś na plaży nigdy nie będą patrzyć na wodę, fale, widnokrąg w ten sam sposób. Zostały zarażone żeglarstwem, mam nadzieję, że ląd będzie ich już zawsze parzyć, tak jak mnie – taka zemsta kapitana. Nawet w noc tak chłodną jak ta. Gwiazdy nad nami, rozmowy, szum fal, a w co niektórych rękach smartfony i aplikacja marine traffic – „Widzisz te światła na morzu, tankowiec – 80 m długości, 10 kt i płynie do Gdańska”. Wszystkie światła na morzu zostały po chwili rozpoznane. A my cóż – wróciliśmy niechętnie na jacht.

Bo czwartek 17 listopada to trasa do Gdańska. Pogoda już znacznie lepsza. I temperatura zaczęła się podnosić – 7 st. To już istne szaleństwo. Spokojnie dopłynęliśmy do główek portu, w ostatnim momencie podziwiając stojące na redzie statki. Przy Westerplatte opuściliśmy banderę do połowy masztu i oddaliśmy honory na lewej burcie. Przy okazji Jozef dowiedział się, że to właśnie tu rozpoczęła się II wojna światowa i o polskim Termopile. Kanałem portowym dopłynęliśmy do zabytkowej części miasta i po minięciu Starego Żurawia stanęliśmy w marinie. Okazało się, że wybrany został niewłaściwy pomost, bo po mimo skrzynek prądu nie było. Całe szczęście w innym miejscu już był – więc po przeparkowaniu pół szczęścia po naszej stronie. Drugie pół to woda – ale jej już nie było nigdzie. Cóż – w strojach żeglarskich musieliśmy ruszyć na zwiedzanie miasta. Nasz widok przyciągał uwagę, w tym pań zapraszających/naganiających do night clubów. Skąd ten przesąd, że marynarz po to schodzi na ląd w porcie? Mężczyźni gratis, ale panie po 320 zł za obowiązkową  lampkę szampana. Nie skusiliśmy się z wielu powodów, ot choćby z braku czasu …

Gdańsk nocą wywarł duże wrażenie na Jozefie, który  wprawdzie był wcześniej 3 razy w Polsce, ale nigdy powyżej Warszawy. Powrót na jacht, tym razem gra w oczko i zielona noc, cokolwiek by to nie znaczyło … W praktyce trochę późniejszą pobudkę następnego dnia.

Ostatni dzień rejsu, czyli piątek 18 listopada zapowiadał się sztormowo. Znowu w prognozach powróciły 9. Z południa, tak więc pewni byliśmy ochrony od strony lądu. Nie było źle. Trochę wiało, ale bez przesady. Decyzja, żeby wpaść na kawę na sopockie molo pojawiła się spontanicznie i nagle. Czemu nie? Jeśli to komuś dostarczy kolejnych wrażeń. Do tego kolejna porcja manewrów portowych, która przy tej załodze stawała się przyjemnością. Ktoś nam zrobił parę zdjęć, jakiś „wywiad”, pyszna kawa. Obok resztki rozwalonego ponad miesiąc temu mola. Wszechmoc morskiego żywiołu. Ja w tym czasie pływałem w innej części Bałtyku – na trasie Gotlandia – Lipawa i też swoje odebrałem – ale nie tak. Jednak docierały do nas relacje z Polski. Bo jeśli ludzie w Krakowie nie związani z żeglarstwem wiedzieli, że na morzu sztorm – to już dużo znaczyło.

Odpływamy, przed nami ostatnie 8 Nm do Gdyni. Delikatna nostalgia, ostatnie kilka mil na morzu w tym roku. Nasze humory zdecydowanie poprawił Jozef, który przed wejściem do mariny zapytał o możliwość zgłoszenia jachtu. Kapitanat portu, bosmanat portu i w końcu marina Gdynia byli świadkami jego krasomówczych popisów po polsku. Z pełnym sukcesem. „Jacht Quantum of Solace możecie wchodzić”.  Ile w nas było dumy i radości z jego postępów trudno opisać. Nie pozostało nam już nic innego jak dopasować się do jego poziomu i błyskawicznie przy silnym wietrze zaparkować jacht. Koniec rejsu. Ostatni raz cumy na ląd. Stoimy. By z wielkim żalem następnego dnia, kiedy zdaliśmy jacht, rozstać się z sobą na wzajem i pożegnać morze.

Ten rok był intensywny. Dobrze się też zakończył. Kilkanaście rejsów, głównie po zimnym, kilka po ciepłym. Morza i oceany, wiele państw, portów, wysp. Nocy spędzonych na wachtach, zachodów i wschodów słońca i księżyca. Ciepła, deszczu, burz i sztormów oraz wspaniałego pływania. Wielu, bardzo wielu poznanych nowych wspaniałych ludzi. Planów na przyszłość. Załóg z którymi trudno się rozstać.

Z wielką wdzięcznością dla wszystkich załóg, które powierzyły w moje ręce swój czas, bezpieczeństwo, a często i życie – kończę ten rok ze szczególnym podziękowaniem dla ostatniej ekipy: Agata, Hania, Paweł, Maciek, Zbyszek, Jozef – do zobaczenia na wspólnych trasach w przyszłym roku.

MR

Kategorie
Żeglarstwo

Niedźwiedzie mięso 2016 – etap 1 – 01-08.10.2016 r. relacja oficera

Decyzję o udziale w “Niedźwiedzim Mięsie 2016” organizowanym przez Sailforum podjęłam w zasadzie rok temu. Chciałam wtedy wziąć udział w rejsie do Rygi, ale już nie było miejsc i ostatecznie zostało mi weekendowe żeglowanie po Zatoce Gdańskiej. Rok temu nie wiedziałam jeszcze, że spotka mnie tak miła niespodzianka i że będę pływać pod banderą 4K i dowództwem Marka Rajtara.

Zasztauowanie (polecam zakupy on-line z dowozem do mariny), krótkie szkolenie i czas było ruszyć w drogę. Pierwszym zaplanowanym portem było Kuressaare na wyspie Sareemaa, później Kaerdla na wyspie Hiuma, a docelowo Tallinn. W sumie ok. 450 NM w linii prostej. 4 jachty miały wypłynąć razem,ale okazało się to trudne do zrealizowania i my jako pierwsi minęliśmy główki portu.

Z tego co pamiętam, październik 2015 był dość spokojnym i słonecznym miesiącem. W tym roku zaczęło się podobnie, na niebie pięknie świeciło słońce. Jedyne co nam przeszkadzało to brak wiatru. Po wypłynięciu z Górek Zachodnich, przez kilka godzin staraliśmy się rozmowami zagłuszyć dźwięk silnika. Jako że całą ekipą spotkaliśmy się po raz pierwszy, był to czas na powiedzenie przysłowiowych kilku zdań o sobie. Od samego początku darzyliśmy się ogromną sympatią i już wtedy zaczęliśmy stanowić zgraną załogę. Ach to wbijanie szpileczek, z których każda zamiast kłuć, wywoływała coraz więcej śmiechu 🙂

Pierwsze godziny przebiegały spokojnie. Gdy mijaliśmy rosyjską strefę ekonomiczną, zaczęło wiać, a my mogliśmy w końcu postawić postawić żagle i cieszyć się już tylko szumem morza. Wiatr zaczął przybierać na sile, fale bujały, a Neptun zebrał swe pierwsze żniwa.Kapitan zdecydował, że zamiast halsować się w kierunku północno-wschodnim, popłyniemy w stronę Gotlandii.

Jeszcze kilka miesięcy przed rejsem patrząc na mapy pilotowe, nie sądziłam, że po raz kolejny w tym roku odwiedzę Szwecję. Statystycznie był to dość mało prawdopodobny wariant. W październiku powinniśmy się raczej spodziewać wiatru z południowego-zachodu, więc płynąc baksztagiem szybko powinniśmy dotrzeć do Kuressaare. Statystyki jednak bywają mylne i aby osiągnąć zamierzony cel, mielibyśmy “mordewind”. Nasz cel zaczął się oddalać, a my chwilę później poznaliśmy prawdziwy powód takiej sytuacji. Dwóm naszym kolegom w ciągu kilku ostatnich rejsów nie udało się zrealizować planowanej trasy, więc tym razem nie mogło być inaczej 🙂

Warunki robiły się cięższe, prędkość wiatru wzrastała, a my się refowaliśmy. Po wielu godzinach żeglugi, naszym oczom ukazał się ląd. Było już ciemno i padał deszcz, więc był to idealny moment na przybicie do portu. Przy samym podejściu kapitan zaangażował większość z nas. Boje podejściowe nie świeciły, więc wyszukiwaliśmy ich za pomocą latarek. Porcik, do którego dopłynęliśmy – Roneham był raczej portem rybackim i daleko mu do Visby leżącego po przeciwnej stronie wyspy. Nam jednak zdecydowanie bardziej odpowiadał, ze względu na dalszą część naszej trasy.

W ciągu kilku minut od zacumowania, przy naszym jachcie zjawiła się szwedzka policja. Sami jednak nie wiedzieli, co z nami zrobić i musieli wykonać telefon do przyjaciela (patrz szefa). Po sprawdzeniu dokumentów, chwilę porozmawialiśmy i policyjna para musiała nas opuścić. Nam udało się znaleźć prysznic z ciepłą wodą, więc mogliśmy się wykąpać. Chcieliśmy wyjść z portu o świcie, więc trzeba było szybko iść spać, by trochę odpocząć.

Gdy się obudziliśmy, było jeszcze ciemno. Kolejny dzień powitał nas tęczą i cudownym wschodem słońca już na morzu. Przy każdym wschodzie przypominają mi się słowa z Małego Księcia: gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca (Antoine de Saint-Exupéry). Na morzu już tak mam, że bardziej kocham wschody. Może dlatego, że tam wszyscy przeważnie są jacyś tacy szczęśliwsi i mimo zmęczenia bardziej uśmiechnięci, a może po prostu przez to, że wkrótce nastanie dzień i powinno zrobić się cieplej, a ja jestem raczej ciepłolubna 😉

Z każdą minutą oddalaliśmy się od portu i rozwiewało się coraz bardziej. Siła wiatru wzrosła do 8-9B. Za sprawą kilkumetrowych fal, stanie za sterem nie było już takie proste. Prawdziwe niedźwiedzie mięso: wiatr, fale, bryzgi, zimno i morko.  Fale zalewały sternika schowanego za sprayhoodem, kapitana zmoczyło przy refowaniu żagli. Była to walka nie tylko z żywiołem i własnym zmęczeniem, ale i jachtem, który nie chciał płynąć tak ostro jak my byśmy chcieli. Posiadał on dość duży kąt martwy i dopłynięcie na żaglach do zaplanowanego Ventspils (Windawa) było nieosiągalne. Dla wachty każde światełka pojawiające się na horyzoncie były nadzieją na port.

W taki właśnie sposób dotarliśmy do Liepiaji (Lipawa). Na mapach nie było zaznaczonej mariny, więc przenocowaliśmy w porcie rybackim. Niezbyt ciekawe otoczenie i brak prysznica skłoniło nas do poszukiwania lepszego miejsca, tym bardziej że prognozy pogody zapowiadały dłuższy postój. Znaleźliśmy marinę i przestawiliśmy się do niej. Jak się okazało cumował tam również Wołodyjowski i od razu zrobiło się raźniej. Przyjaciele odebrali od nas cumy i poinformowali o centrum SPA za 1 euro. Basen, sauna i jacuzzi były idealnym pomysłem.   

Pogoda przez kolejne dni nas nie rozpieszczała i zatrzymała w porcie. Tylko tawerny mogą kiwać nas bezpiecznie, więc wychodzenie w sztorm 10-11B nie wchodziło w grę. Mimo dłuższego postoju, spędzony czas wspominam bardzo miło… Spacery po okolicy i na plażę, dobre jedzenie w knajpie i pyszne ciasta na jachcie, wieczorne integracje załóg, śpiewanie szant na UKF-ce (spokojnie, nie na 16-tce), a później spotkania w mesach.

Jednego dnia wypożyczyliśmy samochód, żeby zwiedzić trochę Rygę. Odwiedziliśmy również załogi pozostałych 2 jachtów, które dotarły do Ventspils. Na nudę nie mogliśmy narzekać, a zaleźliśmy też czas na zakupy.

Nasz kapitan wspominał, że z każdego portu przywozi magnes na lodówkę. Dziwnym trafem w rozmowie zrozumiałam że chodzi o magnez taki z apteki i chciałam go tam wysłać, żeby kupił sobie lekarstwo-pamiątkę. Pokładowa loża szyderców nabijała się z tego do ostatniej chwili, ale dzięki temu nasz niepowtarzalny kapitan ma coś co się odróżnia na jego lodówce- niepowtarzalną pamiątkę z niepowtarzalnego rejsu z niepowtarzalną no i raczej skromną ekipą.

Po stosunkowo niedużej ilości godzin jakie spędziliśmy na morzu- było ich 52, można by czuć żeglarski niedosyt, ale nie jest to aż tak ważne, bo najważniejsze to w odpowiedniej być załodze 🙂 Nastąpiła chwila pożegnań, ostatnich zdjęć i powrotu do domu. Niektórzy z nas mają już zaplanowane kolejne rejsy, inni dopiero na spokojnie o nich myślą.

Może kiedyś znów będzie nam dane popłynąć gdzieś razem i zjeść ciasto upieczone tym razem przez męską część załogi.

Agata Kos

Kategorie
Żeglarstwo

Niedźwiedzie Mięso 2016 – etap 2. Rejs SailForum i Fundacji 4 Kontynenty. 07-16.10.2016 r.

W drodze do domu.

Wczesnym rankiem 07.10.2016 r. Marcin  Grabias odbiera busa w Krakowie i wyruszamy w kierunku Lipawa  gdzie oczekuje na nas jacht SY Chiron 2.  Po drodze zbieramy kolejnych członków załogi z naszego deku jak i z zaprzyjaźnionego SY Wołodyjowski. Mijając korki w Warszawie kierujemy się ku granicy z Litwą. Jest już ciemno i późna noc. Mamy spory zapas czasowy, nocna runda przez centrum Kowna sprawia, że nasze chęci do żeglugi coraz to bardziej rosną. W tym samym czasie na Chironie trwają przygotowania do wymiany załóg.

Poranek  08.10 zastajemy Chirona 2 jak i SY Wołodyjowski w porcie. Stoją majestatycznie przy kei, niby się nic nie dzieje jednak na obydwóch dekach ktoś nie śpi. Szybko się organizujemy i zaczyna się wspólne śniadanie na Chironie.  Zaczynają się morskie opowieści z etapu pierwszego. Ostatnie chwile wspólnych załóg, meteo niestety jest niezbyt przychylne żeglarzom. Bus odjedża  my zostajemy oficjalnie przejmując jacht i zaczynając etap drugi.

Niestety na Bałtyku wysoka fala w porcie wiatr, decyzja zostajemy.  Plan dnia upiec ciasto, odpocząć i wędrówka na koncert  do pobliskiego Pubu. Integracja z narodem Łotewskim wyszła nam niespodziewanie dobrze, warto było. Łotwa to przyjazny kraj dla żeglarzy z Polski :)). W tym samym czasie Polacy ogrywają Danie 3:2 powód do kolejnego świętowania z Łotyszami. Polska atmosfera udzieliła się Łotyszom otrzymaliśmy dedykację od zespołu. Fajna chwila że ktoś docenił małą grupę żeglarzy z Polski.

Kiedy część załogi śpi, druga część bawi się na koncercie. O 2.35 odchodzi SY Wołodyjowski w kierunku Gotlandii cel Visbi. Oddajemy cumy Wołodii, ruszają. Zostajemy sami w porcie.

Kiedy się budzimy 9.10  w porcie cisza pogoda się zbytnio nie poprawia wiatr jakby odpuścił, jednak rozkołysany Bałtyk trzyma nas dalej w porcie. Mamy jacht więc aby bardziej sobie umilić czas zaczynamy manewry portowe oficerów i chętnych załogantów z Chirona. Tak przez 2 godziny robimy zacieśnioną cyrkulację i podejście do kei, świetnie nam to wychodziło nawet Tym, którzy pierwszy raz podchodzili jachtem morskim do kei nie wspominając o Tych, którzy byli pierwszy raz na morzu. Mając chwilę czasu robimy poprawki na jachcie rozwijając genuę i dokładając jej długość szotów na rollerze. To już ostanie przygotowanie portowe. Wieczorem odwiedza nas Mara. Jemy razem kolację i się żegnamy gdyż wiemy już, że ruszamy do Pawarosty. 

Przyszedł na nas czas,10.00 rano ostanie przymiarki do startu rzucamy cumy, ruszamy. Wiemy już, że czeka nas żegluga na żaglach. Wiatr nie odpuszcza ale my już stać w porcie nie chcemy. Meteo po drodze się poprawia, wychodzi słońce:),  kilka halsów i widzimy już port  3 mile do celu. Jak się okazało 3 mile to 1 h orki na silniku pod wiatr, wszyscy odwiedzamy  ten port pierwszy raz, który się charakteryzuje prądami poprzecznymi przy wejściu oraz głębokością 3 metrów. Tu znowu się okazało, że  3 GPS na pokładzie i każdy wskazuje co innego. Wszyscy w skupieniu celujemy w główki portu kierując się na nabierzniki.  W trudnych warunkach radzimy Wam odpuścić ten port.

Mijamy główki jacht dalej nosi. Wzdłuż betonowego falochronu około 60 metrów długości są najmocniejsze zawirowania woda wręcz się gotuje. Szczęśliwie wchodzimy w dalszą część portu szukamy miejsca dla naszego jachtu.  Cumujemy przy jachcie na lewej stronie portu  niedaleko kutrów.  Idziemy do biura portu gdzie spotykamy oficera straży granicznej. Witamy się w języku angielskim i pytamy czy możemy tu stać. Oficer nie widzi żadnego problemu i dość mocno był zdziwiony naszą wizytą. W pewnym momencie zaczynamy mówić po rosyjsku i …………

Nie uwierzycie ze sztywnego oficera zrobił się przyjazny człowie, który powiedział że nam pomorze abyśmy dostali się do Mariny Pawarosta na drugim wybrzeżu. Kilka telefonów i otrzymujemy informacje, że czekają na nas w marinie, będzie prąd, woda, prysznic. Na kei Mariny wita nas  Bosman z uśmiechem i też lekko zdziwiony co my tu robimy :))

Ma przygotowany formularz crew list do wypełnienia jednak my mamy swój, w końcu jesteśmy przygotowani  do rejsu pod kątem formalnym. Krótka wizyta u bosmana,  krótka rozmowa i wiemy co gdzie jest w Pawaroście. Idziemy na szybkie zakupy i oględziny miasta. W sezonie widać, że to miasto ma duży potencjał szerokie czyste plaże i las.  Kolacja toast za cudowne ocalenie idziemy spać. Robi się chłodno odpalamy webasto.

Ranek 11.10 wita nas słoneczną pogodę i  zamarznięta keją. W nocy był mróz. Trzeba ostrożnie schodzić z jachtu jest totalna ślizgawica, nie wszystkim udaje się szczęśliwie zejść. Tomasz zaliczył przygodę wywrotką między keją i jachtem jego klejnoty ocalały uff nic mu się nie stało.Podział obowiązków jachtowych, kambuz, zakup pieczywa, zwiedzanie miasta, poszukiwanie grzybów w lesie.

Nasz kapitan Marek wraz z Marcinem zrobili pierwszy rekonesans-portowy są grzyby i poszli w las.Heniek, Krzysiek, Mariusz ruszyli na zakupy i zwiedzanie, extra pogoda jak na zamówienie słonecznie chodź chłodno ale klimat świetny. Druga część załogi Grzesiek, Darek, Marcin, Tomek zostali na jachcie oddając się rękom morfeusza. Mijają godziny czas płynie na zegarku 13,00 czasu lokalnego zaczynamy przygotowania do obiadu.

Na  jacht wpada Kapitan z Marcinem z wielką torbą grzybów. Po obiedzie załoga obiera grzyby by je przygotować na kolację. My w tym czasie przygotowujemy się do kolejnego etapu kierunek Kłajpeda. Meteo sprzyjać ma wiać max 6 i w baksztagu sobie dolecimy do portu. 

Kiedy jesteśmy już gotowi do wyjścia napotykamy przeszkodę, w główkach portu na mieliźnie osiadł duży kuter rybacki.  No to wyszliśmy……… Jak się okazało był to lokalny kuter i wiedział co robić. Przez około 40 minut walczył aż w końcu zeszedł z mielizny i z całym impetem ruszył do portu. Na jego zanurzeniu odczytujemy głębokość 2,7 m. 

Ciekawa sytuacja w naszych głowach rodzą się wątpliwości, udajemy się na drugi brzeg do oficera, podpływamy i prosimy by nas nasłuchiwał na radiu kanał 12. Okazało się, że oficer ma też podgląd na kamerę i będzie nas obserwował.  Ruszamy  wzdłuż kamiennego falochronu rzeka spokojnie płynie dość słaby nurt, zaczyna się betonowy falochron i tu jacht znowu zaczyna tańczyć, pilnujemy się wzrokowo jak i patrzymy na  nasz track wejścia do portu.  Woda pod nami i wokół nas się gotuje, nam udaje się bezpiecznie wyjść około 0,5 mili słyszmymy na radiu oficera czy wsio charaszo?. Podziękowaliśmy za asystę i dozór naszego wyjścia udając się w kierunku odchłani morza.

Zapada zmrok wiatr się znowu rozwiewa, znowu meteo się nie sprawdza. Jacht zasuwa jak motorówka więc refujemy żagle fala się wzmaga. Część załogi poległa dopadła ich choroba morska. Na noc zostaje 4 oficerów i Kapitan. Kapitan śpi, a my podążamy do celu. Wiatr rozwiewa się coraz bardziej, na niebie gwiazdy tak już ciągniemy do rana.

Kłajpeda na horyzoncie jest  12.10.2016 r.,godziny popołudniowe, spod pokładu wyłaniają się  „ chorzy” załoganci  nabierając rumieńców: )) Czy wy też tak macie na innych rejsach ? Mijamy po kolei statki na kotwicowisku i promy, które nas mijają. Znowu mamy niespodzianki mapa mówi, że mają być boje a ich nie ma. W tym monecie można było się poczuć jak w locji Grecji :))

Wchodzimy bezpiecznie długim kanałem do portu a tu nas woła cost guard, krótka rozmowa skąd płyniemy, jaka bandera, ile ludzi na pokładzie i na koniec Welcome in Kłajpeda. Jesteśmy na Litwie.  Mijamy kolejne etapy portowego kanału zakręcając w  wąski kanał do mariny. I tu zonk most zamknięty, cumujemy obok mostu udając się do Mariny.  Tam niespodzianka miłe powitanie i za 5 eurasów w promocji otwierają nam most.  Wchodzimy bardzo wąskim kanałem do Mariny, stoi wiele jachtów, dobrze że Chiron 2 jest dobrze manewrującą łódką. W ciasnym porcie kapitan wprowadził jacht na miejsce wskazane przez bosmana gdzie czekał na nas. Pokazał gdzie się mamy podłączyć i zaprosił do mariny. 

Marin Kłajpeda Castel fajna miejscówka za 20 euro do tego otrzymujemy 2 karty jedną do sanitariatów drugą do prądu. Prąd 1 kw 1 euro kaucja za 2 karty 20 euro. Wskazano nam miejsce gdzie możemy sobie zrobić zakupy co można zwiedzić, operator mostu za to świetnie mówił po Polsku. Szybki posiłek i ruszamy na wieczorny rekonesans na miasto.  Miasto  nocą  jakby puste wracamy na jacht. Nasz jacht zawsze tętni życiem układamy plan dnia.

Przewracamy kolejną kartkę dziennika pokładowego jest 12+1.10.2016. Po śniadaniu ruszamy do muzeum zegarów. Bilet grupowy po 2,5euro wchodzimy.  Spokojnie oddając się czasowi historii mijamy kolejne etapy rozwoju czasomierzy. Nas też czas goni kończymy wizytę udając się do parku na spacer. Na koniec drobne zakupy pamiątki, widokówki, skrzynka pocztowa i ruszamy na jacht. Kambuz ogarnia obiad, reszta załogi przygotowuje jacht do wyjścia w kierunku Helu, z SMS wiemy już że będzie czekał w porcie Hel na nas SY Wołodyjowski. Przed nami wody ekonomiczne Rosji.

Godzina 17.00 most się otwiera Chiron wychodzi z mariny. Bosman i operator mostu żegnają nas my dziękujemy za pomoc :).  W kanale portowym już rozkładamy genie może nas nie przegonią odmeldowujemy się w cost guard i ruszamy w kierunku  port Hel przez wody ekonomiczne Rosji.

Rejs przebiega spokojnie kilka kutrów trzeba było minąć szerokim łukiem, wiatr jakby na zamówienie na samej genui 6 knt. Troszkę nas martwiła prognoza pogody gdyż nad ranem miało być flauta. Staramy się jak najszybciej naganiać w kierunku Helu. Noc znowu dała nam w kość trzeba było refować genie, rozwiało się i to dość mocno.

Około 10 na horyzoncie Hel. Jest 14.10.2016  wieje nieustanie i nic się nie zmienia.  W pewnym momencie słyszymy na radiu mayday mayday mayday tu jacht Moraya, upsss, szybko obliczamy pozycję na mapie gdzie jesteśmy i nasłuchujemy radio, wiemy że jacht jest gdzieś w okolicach Jastarni i poza naszym zasięgiem. Mamy do Helu jakieś 15 mil, wiatr nabiera na sile, wiemy już że czeka na nas załoga Wołodii))).

Ostatni zwrot za kardynałem i kierunek na port. Zwijamy żagle, po jacht Moraye wyrusza Sztorm 2.

My kierujemy się do główek portu.  Bosmanat portu Hel tu jacht Chiron 2 prosimy o zgodę wejścia do portu.  Bosmanat portu Hel macie zgodę, jak długo zamierzacie zostać ?  Sprawdzimy meteo damy znać. Bosmanat portu Hel jest ostrzeżenie przed sztormem …………  dziękuję za informacje ower.  No i wszystko jasne, myślimy co robić. Cumujemy za Wołodią zdzwaniamy się i ruszamy na wspólny obiad do Maszoperii. 

Serdeczne powitanie u drzwi Maszoperii dwóch załóg, znów razem, omawiamy plan na dalszą część dnia i przedstawiamy wizję sztormu.  Załoga Chirona postanowiła spędzić noc w porcie macierzystym  jachtu więc kierunek Górki Zachodnie.  Wołodia nie miał jeszcze bliżej sprecyzowanych planów więc była duża niewiadoma czy się jeszcze spotkamy.

Chiron 2 opuszcza Hel, zaraz za główkami widzimy schodzące kutry i jachty do portu a przed nami kolejne mile do domu. Wiatr zdecydowanie nabrał na sile stawiamy zrefowanego grota i genie lecimy  lewym halsem mocząc prawą burtę w wodzie. Ostatni etap przebiegał na mocnej fali i z dynamicznym kursem, jacht szedł nadal ostro na dużej prędkości. Były to bardzo emocjonujące chwile i prawdziwe żeglarstwo. W końcu trzeba było grota zrzucić za mocno wiało, gienia znowu otrzymała kolejne refy, na horyzoncie główki portu lecz podejście jeszcze długie. Odpalamy sinik genia precz i idziemy w bocznej fali, jacht co jakiś czas dostaje falę z boku. Trzymamy się lewej strony falochronu wchodzimy do portu. Chiron 2 w Górkach Zachodnich czyli w domu  tu zakończył się nasz  drugi etap  Niedźwiedziego Mięsa. Do rana były rozmowy plany na przyszłość i niespodzianka. SY Wołodyjowski znowu przycumował obok nas :)))).

Nie ma to jak integracja między zaprzyjaźnionymi jachtami i jej załogami. Późna noc może ranek, idziemy spać.

Anno Domini 15.10.2016 – budzimy się rano żegnając kolejnych załogantów. Porządki na jachcie, szybkie dokładne sprzątanie zdajemy jacht. Mamy wszyscy świadomość, że to już koniec naszej przygody i było widać smutek oraz duże zadowolenie Kapitana z postawy całej załogi. Żegnając się wiemy, że znów się spotkamy z Wami na morzu, napiszemy wspólnie kolejną morską opowieść.

Ahoj żeglarze.

Mariusz Noworól