Kategorie
Blog

Startujemy z blogiem

Celem blogu jest propagowanie naszych działań, pomysłów, marzeń. Zamierzamy w nim opisywać również to co myślimy, robimy i planujemy – a także poruszać tematy związane z żeglarstwem, górami, podróżami … 

Zapraszamy wszystkie osoby do włączenia się w komentowanie pojawiających się wpisów, chcemy, aby nasz blog żył. Osoby związane z naszą fundacją, mające ochotę współtworzyć blog, pisać własne teksty – proszone są o kontakt na adres: fundacja@4kontynenty.pl

Kategorie
Trekking

Weekendowy wypad na Małą Fatrę

Piątkowa gonitwa w robocie, by jak najszybciej skończyć i wreszcie śmignąć w górki. Prawo Murphy’ego ( „jak coś się może zepsuć, to popsuje się na pewno” ) jest jednak niezawodne, toteż ostatecznie udało się ruszyć dopiero ok. 19.00. Odleciały więc w dal marzenia o sutych zakupach w słowackim sklepie ( czynne do 21.00 ), wykorzystaliśmy ostatnią deskę ratunku w postaci stacji paliw. No! Przynajmniej z pragnienia nie umrzemy 😉 Do Stefanovej obie załogi ( śląska i krakowska ) dotarły w zbliżonym czasie ok. 23.00, więc wieczór integracyjny przeciągnął się w długą noc. Było warto 😀

Czas chyba przedstawić ekipę, bo choć nieliczna była ale za to nadzwyczaj różnorodna:

Fundacja 4kontynenty: Alicja, jej siostra Natalia i tzw. „Młody” oraz Ewa ( przez brata ). No i ja – od jakiegoś czasu;

Chatka Skalanka: Wojtek, Dżeju – no i ja;

Klub Góry-Szlaki: tym razem tyko ja.

Natalia i Młody postanowili przez sobotę pozwiedzać okolicę, a na szlak zostało 5 osób, więc jednym autem zjechaliśmy do Bieleho Potoka, skąd zielonym szlakiem ruszyliśmy w górę. Czas nie gonił, spacerowym tempem można było podziwiać małofatrzańskie widoki – tym razem w jesiennym przebraniu 🙂 Podejście szczytowe na Maleho Rozsutca przysporzyło trochę emocji Ewie, bo pierwszy raz miała kontakt z ołańcuchowanym szlakiem, ale poradziła sobie wzorowo.

Na sedlu Medzirozsutce rozdzielilismy się, gdyż Ala i Ewa już nie chciały na Velkeho a Wojtek i Dżeju chcieli. Ja się nie rozerwę, więc postanowiłem towarzyszyć damom – że niby gentelman jestem 😉 Po powrocie do Stefanovej trzeba było jeszcze drugim autem podjechać po pierwsze, ale przy okazji dało się zaliczyć Lidla w Terchovej, więc……znów z pragnienia nie umrzemy.

W niedzielę krakowska załoga wybrała się w Nizke Tatry, zaś śląska postanowiła zrealizować plan do końca: wycieczkę w Janosikove Diery. Drzewa w jesiennych barwach, potoki, wodospady, wąwozy…….nuuuudy. Nie ma co opisywać 😉 Lepiej spojrzeć na zdjęcia. Na fejsie zamieszczam zajawki tylko, więc jak ktoś chce sobie pooglądać całość to zapraszam tutaj:  (klik)

A….jeszcze podziękować chcę całej ekipie za towarzystwo w czasie tego weekendu. Mam nadzieję, że się podobało.

 Grzegorz Grochowski 

Kategorie
Wspinaczka

Matterhorn zdobyty !!! – 12 – 15.08.2016 r.

14 sierpień 2016 o godz.13 – spełnione marzenie! Dla Arka, mimo że bez niego to jednak z nim…

Matterhorn … ta góra już od wielu lat nas fascynowała, piękna, dostojna i taka nieosiągalna!!!

Jak to się zaczęło?

Po opublikowaniu na youtubie naszego filmu z wejścia na Elbrus napisał do nas Arek, chłopak który kochał góry tak samo jak my. Miał wiele górskich planów, chciał zdobyć i ten szczyt . W tej sprawie się właśnie z nami skontaktował, popytał o szczegóły przygotowania wyprawy , w późniejszym czasie zaprzyjaźniliśmy się z nim, spotykaliśmy się na festiwalach filmów górskich, na kawę, zwyczajnie na pogaduchy.

Pewnego dnia Arek powiedział, że marzy o zdobyciu Matterhornu, góry o wielkiej sławie wśród alpinistów, góra która już samym wyglądem sieje postrach. Lodowo – skalna piramida prezentuje się bardzo wzniośle i okazale a jednocześnie napawa strachem. Arek zaproponował nam wspólne zdobycie tej pięknej piramidy. Zaczęliśmy się coraz bardziej interesować czy to w ogóle będzie w zasięgu naszych możliwości, kondycji i oczywiście umiejętności!

Matterhorn to nie jest łatwa góra, im więcej na jej temat czytaliśmy, tym więcej wiedzieliśmy ile jeszcze nauki i pracy przed nami by móc w ogóle o niej zacząć myśleć. Nadszedł jednak taki czas kiedy podjęliśmy pierwsze nieśmiałe plany związane z wyprawą, miała odbyć się za rok czyli w 2015 roku. Ze względu na kontuzję barku Arka przełożyliśmy planowanie wyjazdu na rok 2016. Nieprzewidziana i jakże dla nas przykra sytuacja sprawiła, że wszystko się zmieniło, nasz górski przyjaciel i doświadczony taternik zginął w Tatrach podczas jednego z zimowych swoich wejść, szok ogromny i niedowierzanie, smutek i rozpacz po stracie kogoś, kogo niby nie znaliśmy od zawsze ale kto już zaskarbił sobie nasze serca. To właśnie wtedy postanowiliśmy już na 100%, że teraz to musimy zdobyć tę  górę, dla Arka bo to było jego marzenie a potem dopiero nasze. Po przeszukaniu w intrenecie informacji na temat trudności wspinaczkowych wiedzieliśmy, że w naszym przypadku wchodzą w grę dwie drogi. Grań szwajcarska Hörnli albo nieco trudniejsza od włoskiej strony grań Lion, zdecydowaliśmy się na grań włoską Lion z powodu tego, że jest nieco mniej oblegana przez innych wspinaczy przez co i bezpieczniejsza ze względu na spadające kamienie po stronie szwajcarskiej.

Przygotowania do wyprawy trwały niemal dwa lata, budowanie kondycji poprzez niezliczone ilości sportów oraz doszkalanie się wspinaczkowe na ściance czy to w skałach oraz kompletowaniu potrzebnego sprzętu. Po drodze postanowiliśmy jeszcze sprawdzić swoja odporność na sporą ekspozycję, więc treningowo wybraliśmy się na Grossglockner i Gerlach drogą Martina. Krzysiek miał w swoim górskim dorobku jeszcze Mont Blanc Aconcague i Kilimandżaro, potem był wspólnie Elbrus.

Dopiero w tym momencie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy gotowi by ruszać w drogę po spełnienie swoich i Arka marzeń.

Tuż przed wyjazdem okazało się, ze mamy jeszcze jednego kompana, chłopaka który miał takie samo marzenie jak my, Piotrek okazał się wartościowym ogniwem naszego zespołu. wiedzieliśmy, ze w trójkę będziemy musieli bardziej sie sprężać bo takie zespoły  zawsze są wolniejsze od dwójkowych. Postanowiliśmy podjąć ryzyko i to był dobry strzał. Szybko złapaliśmy wspólny kontakt a współpraca podczas wspinaczki szła bardzo płynnie, uzupełnialiśmy się w 100%, nawet tak samo myśleliśmy!

Początkowo mieliśmy w planach zrobić aklimatyzację na pobliskim czterotysięczniku Breithorn, jednak patrząc na to że nie mamy za dużo czasu a okno pogodowe jeszcze tylko miało nam sprzyjać przez kolejne 3 dni od naszego przyjazdu do Cervinii, podjęliśmy (jak się potem okazało) słuszną decyzję o wolniejszym wchodzeniu i aklimatyzacji po drodze.

Pierwszy nocleg odbyliśmy w schronisku Abruzzi na wysokości 2800m.n.p.m, kolejnego dnia przeszliśmy do Carrel Hut na wysokości 3800m.n.p.m. już sama droga do tego schroniska dała nam do zrozumienia co będzie się działo dalej. W kilku ostatnich odcinkach przed Carrelem są  dwie pionowe, kilkumetrowe ściany po których trzeba było wspiąć się do góry, ta ostatnia to już wymiatała…  😀 Co prawda były założone grube liny poręczowe ale nie szło się w nie niczym wpiąć, trzeba było liczyć na swoje możliwości i siłę w rękach by móc na niej wejść. Daliśmy radę. Dotarliśmy do schroniska. Tutaj było założenie, że obserwujemy jak się będziemy czuć do wieczora i w nocy, postanowiliśmy, że jeśli wszystko pójdzie dobrze to wstajemy ok 4.00 rano i wychodzimy na atak szczytowy.

Sauna na pięterku do spania nie dała nam zmrużyć oka, jednak adrenalina sprawiła że wstaliśmy w porę, szybkie jedzonko, herbatka i o 4.45 wyruszyliśmy w górę.

Pomimo panujących ciemności nasze czołówki spisały się nieźle, nie pogubiliśmy drogi choć tyle o tym się naczytaliśmy, pewnie to dlatego, że staraliśmy się trzymać blisko przewodników ze swoimi klientami.

Całkiem dobrze nam szło, mieliśmy dobre tempo, czasem spowalniali nas inni, którzy zastanawiali się zbyt długo jak pokonać pewne trudniejsze odcinki, budowanie stanowisk, wpinanie się i asekuracja zajmowała im sporo czasu a my go traciliśmy. Większą część drogi szliśmy na lotnej, od czasu do czasu wpinając się w stałe punkty asekuracyjne.

Najtrudniejsze miejsca ubezpieczone były w stalowe liny, łańcuchy, lub grubą linę poręczową jak w przypadku pionowych kilkumetrowych ścian.

Jedną z najtrudniejszych ponoć „atrakcji” jest tzw drabinka Jordana, znajduje się ona tuż przed wejściem na szczyt i w rzeczy samej patrząc jak inni na niej „walczą’ wygląda groźnie. Myśmy pokonali ją dość płynnie, potem jeszcze ok 10 min drogi wąziutką granią z nawisem śnieżnym i jeeeeest, udało się! Na szczycie zameldowaliśmy się o 13.00.

Wykonujemy kilka pamiątkowych zdjęć i czas ruszać w dół. Już tutaj wiedzieliśmy, że przyjdzie nam schodzić po ciemku ale i nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego co nas jeszcze czeka.

Początkowo była szansa na dość szybki powrót jednak zjazdy na linach w 3 osoby trochę czasu nam pożarły, kolejne zatory, mijanki z innymi wspinaczami i znów o godzinę czasu byliśmy w tyle. Przez moment spotykamy Włochów, których pamiętamy ze schroniska, zjeżdżamy na ich linie a oni na naszej,  niby fajna współpraca ale czas nam nadal uciekał! Staraliśmy się spieszyć na tyle, by robić to bezpiecznie ale jednak praca przy zdejmowaniu liny i jej klarowaniu oraz wyszukiwaniu kolejnych ringów zjazdowych to znów trochę czasu, w pewnym momencie zauważyliśmy że chyba wypadałoby już wyjąć czołówki – robiło się ciemno…

Na oko szacowaliśmy, że dotrzemy do Carrela o północy ale przyszło nagłe załamanie pogody, sypiący śniego-grad z odgłosem piorunów nie wróżył dobrze. Kilka zjazdów wykonaliśmy nie będąc zupełnie pewnym czy zmierzamy w dobrym kierunku, wyszukiwanie spitów i ringów robiło się coraz trudniejsze, zdecydowaliśmy jednogłośnie że dalej nie idziemy.

Jako, że przestało grzmieć a śnieg przestał sypać zrobiło się trochę cieplej, temperatura oscylowała w granicach obstawiamy -2st.C, tragedii więc nie było. Była 2.00 w nocy. W zasadzie lepszy kibel niż ryzyko zostania już tam na zawsze. Wyciągnęliśmy folię NRC, usiedliśmy razem w trójkę blisko siebie, wpięliśmy się asekuracyjnie do jakiegoś stanowiska i wyjęliśmy mapkę, teraz już wiedzieliśmy że jesteśmy bardzo blisko łóżeczka i ciepłej herbatki, no  i że to tędy rano poprzedniego dnia musieliśmy iść. Z tego miejsca widok na oświetlone miasteczko Cervinia oraz gwiazdy i księżyc zapierał dech w piersiach. Decyzja była znów jednogłośna, czekamy tutaj na kolejne ekipy ruszające z Carrel Hut na szczyt żeby zobaczyć którędy idą i tą drogą zejdziemy. Znów trafna decyzja, około 4.00 rano, zobaczyliśmy światełka czołówek, szli dokładnie tak jak przypuszczaliśmy, teraz upewniliśmy się jak wracać.

Zjazdy w dół zajęły nam jakieś półtorej godziny, około 5.45 weszliśmy do schroniska, szczęśliwi, bezpieczni i uśmiechnięci. Włosi na których linie zjeżdżaliśmy w okolicach Pic Tyndall chyba spisali już nas na straty bo jak tylko usłyszeli nasz piękny polski język to wyskoczyli z łózek jak poparzeni by upewnić się że to my, że żyjemy. Zapytali jak było i czy wszystko ok i dalej poszli spać (to było nawet miłe).

Tymczasem my mieliśmy się całkiem dobrze i humory ciągle nam dopisywały.

Nasz cały atak szczytowy z powrotem i kiblowaniem w ścianie trwał 25 godzin a my zamiast od razu pójść spać zaczęliśmy robić wyczekaną herbatkę i śniadanie, potem 3 godzinki snu i jeszcze tylko bezpiecznie zejść na dól… Po zdecydowanie za krótkim śnie żegnamy się z pięknie usytuowanym schroniskiem Carrel i ruszamy dalej w dół. Droga wyjątkowo nam się dłużyła, sprowadzaliśmy w dół poznanego w schronisku Polaka, który w zasadzie przypadkowo znalazł się na tej górze, jak się okazuje to właśnie nadmierna ekspozycja go sparaliżowała. Chłopak zostawił swojego znajomego, który tego dnia wchodził na szczyt a sam poprosił byśmy pomogli mu zejść. Asekurowaliśmy go przy zjazdach na wędkę. W połowie drogi pada kolejna dobra decyzja, śpimy na 2800 w Abruzzi i kolejnego dnia jedziemy odpocząć nad morze w okolice Wenecji i tak też zrobiliśmy. Jesolo przywitało nas cudownym, ciepłym słońcem, teraz nadszedł czas by uczcić zdobycie wymarzonego przez całą naszą trójkę szczytu, pyszne włoskie winko świetnie się do tego nadawało. Opalanie, kąpiel w ciepłym w ciągu dnia Adriatyku i kolejna w nocnej ulewie dopełniło tej wspaniałej wyprawy z happy endem. Matterhorn już na zawsze pozostanie w naszej pamięci, góra marzeń, góra która nie przyszła z łatwością, do której tak długo się przygotowywaliśmy, która nas tak wiele nauczyła i o o której tak marzył Arek – ” Nasza Góra”

Aneta Kaniut-Matula

Kategorie
Wspinaczka

Gerlach – 06-07.08.2016 r.

Wyprawę na Gerlach zaplanowaliśmy dość spontanicznie, nie żebyśmy nigdy o nim nie myśleli ale pomysł wyjazdu nastąpił błyskawicznie. Wiedząc, że chcemy potrenować jeszcze wspinaczkę i zjazdy na linie, postanowiliśmy wejść na najwyższy szczyt Tatr drogą Martina. Niestety całej tzw.

Martinki nie udało się nam zaplanować ponieważ droga tamtędy jest bardzo długa (idąc z Tatrzańskiej Polanki jak my) i nie chcieliśmy schodzić po zmroku. Większość ludzi wybierających Martinkę nocuje w Śląskim Domu ( za jedyne 1000zł za pokój 2 os. nota bene :D) albo też nielegalnie nocuje pod chmurką.

My jednak postanowiliśmy „wbić” się na Martinkę idąc od Wałowego Żlebu na Przełęcz Tetmajera. Pomysł okazał się być świetny poza drobnym szczegółem…

Szukając wejścia na żleb krążyliśmy trochę (jakąś godzinę), by je znaleźć, nie było ono jednoznaczne!

Po dwóch wcześniej nieudanych próbach i straceniu czasu znaleźliśmy wreszcie coś, co mogło być miejscem którego szukamy 😛 Krzysiek prowadził, tutaj już poruszaliśmy się w kaskach i z asekuracją lotną. Wałowy Żleb to bardzo niepewne i nieprzyjazne miejsce, wszystko na czym się stanie i czego złapie jest ruchome, spadające kamienie (tzw. telewizory – jak powiedzieli nam napotkani po drodze Czesi). Schodzący w dół i mijający nas Polacy żartobliwie mnie ostrzegali, że tutaj czego się użyje trzeba odłożyć (mieli na myśli kamień lub skałkę, której się łapaliśmy by wspiąć się wyżej). Wielokrotnie zdarzało się nam złapać skały na której chcieliśmy się podciągnąć a ona zwyczajnie zostawała w ręce, trzeba było się tutaj poruszać naprawdę bardzo czujnie!

Po wejściu na słynną Przełęcz Tetmajera dopiero ukazały się nam fantastyczne widoki, ekspozycja w tym miejscu i później na grani aż do szczytu jest tutaj naprawdę ogromna, robi wrażenie. Z tego miejsca już samą granią na szczyt Gerlacha zostaje jakieś 30 min. przyjemnej wspinaczki. Na szczycie robi kilka zdjęć, wpisujemy się do księgi pamiątkowej wyjętej z metalowej skrzynki, odpoczywamy i podziwiamy widoki jakieś pół godzinki i wracamy już inną drogą, Batyżowieckim Żlebem, doganiamy Czechów spotkanych na szczycie, dogadujemy się z nimi i wykonujemy kilka zjazdów po linie w dół (pierwsza lina 30m nasz a potem tyle samo na linie Czechów). Normalnie tutaj zjazdów nie trzeba tutaj robić, są klamry na pionowej ścianie po których można zejść, nam jednak przydał się trening a i szybciej pokonaliśmy tę odległość od tych, którzy zdecydowali się schodzić. Docieramy do Doliny Batyżowieckiej i na dół do Tatrzańskiej Polanki, na parkingu jednak jesteśmy dość późno bo ok. godziny 21.40, w drodze powrotnej robiliśmy jednak kilka postojów na zdjęcie uprzęży, nalanie wody z rzeki (bo już nam się skończyła), zjedzenie czegoś, wyjęcie czołówek, cieplejszych ciuchów i tak nam zeszło 🙂

Aneta Kaniut – Matula

Kategorie
Trekking

Góry Stołowe 22-24.07.2016

Góry Stołowe to masyw górski w Sudetach Środkowych na pograniczu polsko – czeskim. Zbudowane są z piaskowców, o rzadko spotykanej strukturze płytowej. Mają 30 mln lat. I są najmłodszymi górami w Polsce

Hasło „Góry Stołowe” pojawiło się krótko po wyprawie do Wąwozu Homole. Krzysztof Zdechlik to hasło rzucił. Ja podchwyciłem i zaczęliśmy dzielić się tym pomysłem z innymi członkami Fundacji 4 Kontynenty. Od słów trzeba było przejść do czynów. Krzysiu opracował trasę, zarezerwował 20 miejsc w schronisku „Pasterka” i udostępnił wydarzenie na Facebooku w grupie 4 Kontynenty.

I tak w piątek, 22 lipca wieczorem, tuż przed zachodem słońca 21 członków Fundacji 4 Kontynenty zameldowało się w schronisku „Pasterka”. Po rozpakowaniu się, poszliśmy podziwiać piękny zachód słońca. Ale to nie była jedyna niespodzianka tego wieczoru. Na polance obok schroniska zagościli młodzi wodniacy ze Szczepu ZHP Czarna Trzynastka Strzebielino, Hufiec ZHP Lębork. Mieliśmy okazję z tymi młodymi adeptami sztuki żeglarskiej podzielić się swoim doświadczeniem. Kolega Artur opowiedział o majówce 4 Kontynentów na Bałtyku. Po wspólnych fotografiach nastąpiła część „artystyczna”. Wspólne śpiewanie szant i piosenek turystycznych.

Następnego dnia obudziła nas ładna pogoda. Słoneczna z bezchmurnym niebem. Po śniadaniu wymaszerowaliśmy w stronę widocznego z naszego schroniska płaskowyżu. Jest to Szczeliniec Wielki o wysokości 919 m. npm. Najwyższy szczyt Gór Stołowych. Po wejściu na szczyt i krótkim odpoczynku w schronisku „Na Szczelińcu” poszliśmy podziwiać tą piękną górę, której krawędzie opadają 300 m. w dół. A sama nazwa góry wzięła się od popękań, gdzie najgłębsze ma 30m. Nie jest to trudna góra. Nie ma tam trudnych podejść. W poruszaniu się po niej pomagają schodki. Niektóre wykute w litej skale. Ale były odcinki gdzie człowiek musiał wciągnąć brzuch, głęboko się pochylić, a nawet upaść na kolana, aby przejść do następnej komnaty. Całe szczęście nikt z uczestników nie miał aż takiej nadwagi, aby gdzieś po drodze się zaklinować J

Rozochoceni ładnymi widokami zapragnęliśmy zobaczyć inne atrakcję Gór Stołowych. Okazałe bastiony skalne, zwane Radkowskimi Skałami, oraz skupisko efektywnych skał piaskowych, zwane Skalnymi Grzybami. Przez miliony lat skały te podlegały erozji i dzisiaj jak sama nazwa wskazuje większość z nich przybrała kształt grzybów. Rozciągają się na bardzo dużym obszarze. Niestety nie zdołaliśmy wszystkiego zobaczyć. Czas szybko mijał i trzeba było wracać do miejsca naszego zakwaterowania.

W drodze powrotnej cześć uczestników w tym i ja, zapragnęła zobaczyć jeszcze grupę skalnych filarów zwanych Białymi Skałami. Po powrocie do schroniska okazało się, że w ten dzień przeszliśmy 33 km.

Wieczorkiem przy schronisku nastąpiła dalsza część integracji ze wspólnym ogniskiem i pieczeniem kiełbasek.

I nastał ostatni dzień naszego wypadu w Góry Stołowe. I została ostatnia przewidziana przez program atrakcja. Błędne Skały. Labirynt skalnych korytarzy otoczony przez skalne grzyby, maczugi i słupy. I znowu od czasu do czasu pojawiały się „problemy” z przeciśnięciem przez węższe przejścia. Ale podobnie jak to było w przypadku Wielkiego Szczelińca wszyscy uczestnicy w doskonałych humorach i z uśmiechem na ustach przebrnęli przez ten labirynt.

Ale wszystko ma swój finisz. Nastał czas powrotów. Koledzy i koleżanki z Wielkopolski i Małopolski oraz cześć Ślązaków po serdecznych pożegnaniach pojechała do swoich domów. Ale nie wszyscy. Niektórzy postanowili zobaczyć jeszcze coś ciekawego w drodze powrotnej. I tak narodził się pomysł, aby odwiedzić kopalnie-muzeum złota w Złotym Stoku.

I to była dobra decyzja. Nie dość że zobaczyliśmy coś ciekawego, to mieliśmy okazję dłużej ze sobą przebywać. A nasz nastrój, który i tak mieliśmy dobry, dodatkowo podnosił nam przewodnik tego muzeum.  Człowiek o dużej wiedzy i dużym poczuciu humoru. Zobaczyliśmy podziemia kopalni. Podziemny wodospad. A zakończyliśmy zwiedzanie kopalni przejażdżką kolejką, którą górnicy poruszali się w chodnikach kopalni.

I tylko na końcu tego pobytu w Złotym Stoku pojawił się żal że już trzeba wracać do domu. Bo tyle atrakcji trzeba było tam zostawić. Podziemny spływ łódkami, park linowy czy też paintball. Ale to już następnym razem J

Mirek Stolarski

Kategorie
Wspinaczka

Wyprawa na Matterhorn 4478 m n.p.m – sierpień 2016 r.

Szukamy osób z DOŚWIADCZENIEM , DOBRĄ KONDYCJĄ, I DUŻĄ ODPORNOŚCIĄ FIZYCZNĄ I PSYCHICZNĄ, na wyprawę na jedną z najpiękniejszych gór świata!. Każdy wspinacz zna tę górę i wie, że to już nie przelewki więc wyżej wymienione cechy obowiązkowo powinien posiadać by się z nami wybrać! Termin podany w wydarzeniu jest tylko czysto orientacyjny, ponieważ i tak wszystko będzie zależało od pogody, wiemy jednak, że planujemy atakować tę górę na przełomie lipca/sierpnia.Szczególnie mile widziane osoby, które były juz na podobnej wysokości i wiedza jak reaguje ich organizm, minimum wspinaczkowe które kandydat powinien mieć to opanowana asekuracja i zjazdy na linie. Z racji niebezpieczeńsw jakie niesie ze sobą, najprostsze wejście granią Hörnli (skala trudności -III) takie jak : osypujące się kamienie, niestabilna skała, dużo ludzi – plan wstępny jest na atak nieco trudniejszą granią Lion. (skala trudności IV+) Jesli masz doświadczenie we wspinaczce, masz potrzebny sprzęt i już od jakiegoś czasu myślisz o tym by stanąć na szczycie Mata, a może już tam byłeś i chciałbyś wejśc np. inną drogą to moze wreszcie nadszedł czas 🙂 Film prezentujący to co nas czeka:
PAMIĘTAJ! Matterhorn to nie spacer bo Tatrach, tutaj jeden zły ruch może kosztować życie! Aneta Kaniut-Matula
Kategorie
Trekking

Trekking w Górach Stołowych – 22-24.07.2016 r.

Żądni nowych przygód spotykamy się w Karłowie na parkingu pod Szczelincem o godzinie 19. Tam zostawiamy nasze autka i maszerujemy do schroniska na Pasterce (czas przejścia ok 1 godz). Tam czekać będą na nas pokoiki, ciepły prysznic, oraz możliwość dokupienia dobrego jadła i napitków. No i oczywiście jak zwykle będziemy się integrować.
W sobotę około godziny 9 ruszamy w trasę.
Idziemy szlakiem żółtym w kierunku Szczelinca Wielkiego. Na szczycie zwiedzamy rezerwat, delektujemy się pięknymi widokami, nie zapominamy o sweet fociach i po krótkim wypoczynku maszerujemy dalej. Idziemy szlakiem czerwonym w kierunku Radkowskich skał, tam zmieniamy szlak na niebieski i maszerujemy w kierunku Gminy Radków. Dalej szlakiem żółtym mijając wodospad Pośny i skalne wrota maszerujemy do schroniska na Pasterce. Wykąpani i pojedzeni zaczynamy wieczorną część integracji. Koło schroniska jest możliwość zrobienia ogniska więc proszę o zabranie kiełbasek.
W niedziele zabieramy nasze tobołki i koło godziny 10 maszerujemy zielonym szlakiem do rezerwatu błędne skały. Po zwiedzeniu rezerwatu idąc szlakiem czerwonym wracamy do Karłowa do naszych autek.
Informacje dodatkowe.
Koszty:
– dojazd i wyżywienie we własnym zakresie (doświadczenie pokazuje, że uczestnicy naszych imprez doskonale sobie pomagają w organizacji dojazdu)
– nocleg w schronisku 60 zł w tytule „imię, nazwisko, opłata za nocleg – Góry stołowe” na konto Krzysztof Zdechlik BANK MILLENNIUM 06 1160 2202 0000 0001 8110 0181
PROSZĘ NIE WPŁACAĆ ZA NOCLEGI NA KONTO FUNDACJI!!!!
UWAGA! ilość miejsc ograniczona! (20 miejsc)
Liczy się kolejność wpłat.
– 5zł na cele Fundacji 4Kontynenty. (symboliczna kwota, która dla nas znaczy wiele); wpłata na konto:
Fundacja 4 Kontynenty
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
– Wejścia do rezerwatów szczelinie Wielki (7 zł) i Błędne skały (7 zł) płatne indywidualnie na miejscu
– pościel dodatkowo płatna 10 zł w schronisku, ewentualnie można zabrać śpiwór – wedle własnego uznania, płatne indywidualnie na miejscu.
– Zastrzegamy sobie możliwość zmian trasy lub programu, z przyczyn od nas nie zależnych takich jak pogoda, awaria w schronisku itp. Zaznaczam, że my jesteśmy nieustraszeni i dopóki nie będzie trzęsienia ziemi, to idziemy!
– Każdy idzie na własną odpowiedzialność, a osoby niepełnoletnie pod opieką osoby pełnoletniej, która za nią bierze odpowiedzialność!
– Jeżeli ktoś ma jakieś problemy zdrowotne, proszę je zgłaszać dla własnego dobra. Nie jest to jednak obowiązek, ale w razie pojawienia się kłopotów zdecydowanie ułatwi nam zareagowanie.
– Prosimy o punktualność, zawsze można zadzwonić, gdyby wydarzyło się po drodze coś nieoczekiwanego.
– Prosimy o zabranie ze sobą latarek czołówek, mogą się przydać
– Prosimy o dokładne zapoznanie się z trasą.
– Idziemy razem w myśl zasady „wszyscy za jednego, jeden za wszystkich”!!!
– LICZY SIĘ DOBRY HUMOR, POZYTYWNE NASTAWIENIE I DOBRA ZABAWA!!!

kontakt
Krzysztof Zdechlik tel 665 625 172
Mirosław Stolarski tel 605 263 414

Kategorie
Wspinaczka

Grossglockner – 25-27.05.2016 r.

To był niezły spontan, szybka decyzja…. gdy zadzwoniła Ola z zapytaniem czy mielibyśmy z Krzyśkiem ochotę zdobyć najwyższy szczyt Austrii i Tyrolu Grossglockner (3798m) to od razu wiedziałam, że mam chęć pojechać> Krzyśka również nie musiałam do tego przekonywać. Stwierdziliśmy, że potraktujemy tę wyprawę jako rozgrzewkę przed Matterhornem. Było tylko wahanie, którą drogą iść, ponieważ Ola i Paweł chcieli pójść lodowcem, a nam po głowie początkowo chodziła grań. Stwierdziliśmy, że zobaczymy na miejscu jakie będą warunki i wtedy zdecydujemy. Wyjechaliśmy wieczorem w środę poprzedzającą Boże Ciało, na miejscu w Kals przywitała nas piękna pogoda, więc bez zbędnych ceregieli ruszyliśmy w górę. Doszliśmy do schronu na ok. 2800 m i postanowiliśmy następnego dnia o świcie z tego miejsca atakować szczyt. Wstaliśmy ok 3.30, zjedliśmy coś i zrobiliśmy sobie herbatkę, by się rozgrzać przed wyjściem. Warunki w górach były jeszcze bardzo zimowe, zalegało mnóstwo śniegu. Jako, że słonko grzało od kilku dni dość mocno śnieg był rozmiękły i opcja wyjścia o tak wczesnej porze bardzo nam się spodobała, gdyż śnieg po nocy był jeszcze zmrożony. Ułatwiło nam to bezpieczne przejście przez lodowiec. Spięliśmy się w czwórkę liną i ruszyliśmy w górę. Cała droga na szczyt zajęła nam ok. 5,5 godziny, strome podejścia, asekuracja na grani i postoje na picie i robienie zdjęć swoje zrobiło. Trasa w warunkach zimowych do łatwych i zupełnie bezpiecznych nie należy, doświadczenie i umiejętności asekuracji lotnej jest tutaj bardzo ważne. Paweł po przejściu grani i dojściu do schroniska na ok 3.500 chciał zrezygnować z wchodzenia na szczyt, ale za naszą namową i opisaniu dalszej drogi zdecydował się pójść dalej. Jak się później okazało to była słuszna decyzja! Droga na szczyt nie była łatwa, bardzo duże nachylenie, czasem niemal pionowa ściana po której się szło, lecące kawały zmrożonych brył śniegu, którymi się czasem obrywało i ekspozycja na którą tutaj akurat trzeba było być bardzo odpornym. To jednak nas tylko nakręcało, że tym bardziej zmierzymy się z tą górą. No i udało się! Na szczycie stanęliśmy o 10.40, wszyscy razem, cała nasza czwórka. To był piękny moment, szczęśliwi ale i ostrożni, bo przecież najwięcej wypadków zdarza się przy zejściu. Kilka zdjęć i zaczęliśmy schodzić w dół. Pierwszą część ściany pokonaliśmy częściowo zjeżdżając, a potem aż do schroniska asekuracja lotna, przypinanie do poręczówek i słupków w tym celu przygotowanych. Na grani nie wszędzie były stalowe liny czy poręczówki  – trzeba było bardzo ostrożnie schodzić i uważać by się nie pośliznąć. Raki mieliśmy ciągle założone, ale zdarzało się, że spod nogi cały nawis śnieżny odpadał co mogło skończyć się lotem w dół razem z nawisem. Do schroniska szliśmy 5 godzin. Na miejscu herbatka, spakowanie śpiworów oraz reszty tych rzeczy, których nie braliśmy na górę. Podjęliśmy decyzje o schodzeniu do samochodu. Tę noc postanowiliśmy spędzić w hotelu, a następnego dnia wracać do domu. Tak też zrobiliśmy.
Aneta Kaniut – Matula
Kategorie
Trekking

Piknik i trekking we Wąwozie Homole – 04-05.06.2016 r.

Słonko, radość, śmiech i zabawa! Tak najtrafniej, w kilku słowach można określić nasz weekend. Było wesoło! Dwa wspaniałe dni, które jeszcze bardziej nas zintegrowały. Nie przemęczaliśmy się za bardzo 😀 W sobotę było nas pełno we Wąwozie Homole, a w niedziele poszerzyliśmy naszą ekspansję o Sokolicę. Cóż, kto nie był może tylko żałować

Kategorie
Trekking

Sudety – 15-17.04.2016 r.

To był NASZ weekend! Długo wyczekiwany i utęskniony, w gestej i białej jak mleko mgle, ciężkich i jeszcze zimowych warunkach, z kłującym po twarzy spadającym, zmrożonym śniegiem, ulewnym deszczem i wiatrem tak hulającym, że sam pchał w przód iz miało się wrażenie unoszenia w powietrzu…
A jednak…. jednak był to piękny czas, cudownie spędzonych tych kilku dni razem, z ekipą poszerzających się o uczestników i przyjaciół 4 Kontynentów! Rośniemy w siłę, ilość i jakość! Każdy jest wyjątkowy, każdy ma marzenia, które chce spełniać. W Sudetach było 21 fantastycznych osób, wspaniałych, ciepłych i uśmiechniętych ludzi z pasją. W większości jeszcze sie nie znaliśmy a jednak tak zgodnie współpracowaliśmy! Czy to żeglarz, czy górołaz, tancerz, kolarz, tutaj – wsród nas każdy znajdzie swoje miejsce, każdy odkryje jakąś cząsteczkę siebie jakiej jeszcze nie znał. Nieważne czy chodzisz po górach od lat, czy nigdy w nich nie byłeś, z nami nie zostaniesz sam, bo taką mamy zasadę, tempo zawsze dopasowujemy do najwolniejszego 🙂
Wieczorne gry w policjanta i mafię oraz kalambury, taki mieliśmy sposób na wspólną integrację. Zaprzyjaźnieni, szczęśliwi i z wielkim żalem, że nadszedł czas rozstania wyruszyliśmy w niedzielę do swoich domów.
Kolejny szczyt, tym razem Śnieżkę możemy już wpisać na listę „naszych” szczytów!

„Każde marzenie jest nam dane wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia.”

fot: Krzysztof Matula