Kategorie
Trekking

Babia Góra. Po-pan-demo-niczne rozprostowanie kości

Babia Góra czekała na nas już długo. Otworzyli nam góry i ruszamy na szlak.

Czas najwyższy, bo już w domu usiedzieć się nie dało.

Na tą wieść reakcja mogła być tylko jedna: w najbliższy weekend trzeba wrócić na szlaki! Pod tym wezwaniem błyskawicznie zmontowała się silna – aczkolwiek kameralna z racji antykorona obostrzeń – grupka. Pandemiczny górski “post” wypadało zakończyć z przytupem, dlatego za cel obraliśmy Królową Beskidów.

Niedzielnym rankiem, nie zważając na nieludzko wczesną porę, we dwa auta ruszyliśmy na Przełęcz Krowiarki. Była 9 rano, ale już na pierwszym parkingu był komplet i samochody trzeba było zostawić na tym niższym, który także z każdą chwilą zapełniał się coraz bardziej.

Co do planowanej trasy to bez wydziwiania obstawiliśmy wersję “klasyczną”: Krowiarki – Sokolica – Diablak – Przełęcz Brona – Markowe Szczawiny – Krowiarki.

Ludzi na szlaku umiarkowanie sporo (jak na pogodną niedzielę). W zasadzie to spodziewałem się dużo więcej – z racji pierwszego po otwarciu gór weekendu, ale ponoć w sobotę było tłumniej, to jakoś to się na dwa dni rozłożyło. Poza tym: część ludzi pewnie nie uwierzyła, że znowu tak po prostu można sobie pójść w góry – i zostali w domach.

Śniegu niewiele zostało, ale na podejściu i zejściu przydały się raczki, bo szlak miejscami był mocno oblodzony. Natomiast na samej grani w większości jest już wytopiony. No i nawet nie wiało jakoś specjalnie mocno – jak to ma w zwyczaju na Babiej. Pogoda trafiła się optymalna: ani za zimno, ani za gorąco; słońce tylko sporadycznie przysłaniały jakieś zabłąkane obłoki. Pół godziny na szczycie poświęciliśmy na popas i foto sesję, po czym spacerowym cały czas tempem zaczęliśmy schodzenie. Na zachodnim zboczu było śniegu trochę więcej, to i zabawa się zrobiła w stylu: zjazd na dupolotach bez dupolotów.

Schronisko na Markowych zamknięte na głucho, choć niektórzy liczyli na “catering”.  Niebieski szlak powrotny to wiadomo: monotonny….”daleko jeszcze?” Za plecami znika nam Babia Góra,

Na Krowiarki wróciliśmy po ok. 6 godzinach, wybitnie usatysfakcjonowani i pełni już planów na następne weekendy.

I to by było na tyle na ten pierwszy popandemiczny czas.

Grzegorz Grochu 

Kategorie
Blog

Góry Rodniańskie czyli zakamarki Karpat

Znasz” je (w swym mniemaniu) więc tak dobrze, że sięgasz po Alpy, Pireneje czy Kaukaz w przekonaniu, że jeśli o Karpaty chodzi to: “widziałeś wszystko”. 
Nic bardziej mylnego.

Wystarczy uświadomić sobie, że gdyby nawet zsumować czeskie, słowackie i polskie części Karpat – to razem stanowią one raptem 30% ich całej powierzchni. Geologicznie: łańcuch Karpat przebiega przez terytorium ośmiu państw: od Austrii przez Czechy, Słowację, Polskę, Węgry, Ukrainę, Rumunię aż po Serbię. A najwięcej ich – bo ponad 55% całej powierzchni – znajduje się na terytorium Rumunii. Można by więc powiedzieć, że to właśnie Rumunia jest “ojczyzną” Karpat 😉 Gdy tylko wjedziesz do tego kraju, to widzisz “Góry, góry i gór coraz więcej…”.

Nie wchodząc w szczegóły – można na terenie samej tylko Rumunii wyodrębnić kilkanaście ??? pasm o bardzo zróżnicowanej topografii i geologii: od strzelistych szczytów Fogaraszy po łagodnie falujące, zielone Połoniny Bukowińskie; od bazaltów i granitów, przez piaskowce, wapienie aż po…..góry z soli.

Z tego skarbca rumuńskich Karpat odkryję przed Tobą jedną z takich perełek: Góry Rodniańskie.

Topografia.

Góry Rodniańskie (Munţii Rodnei) – zwane też Alpami Rodniańskimi ze względu na ukształtowanie terenu – znajdują się w obrębie Wewnętrznych Karpat Wschodnich na północy kraju w okręgu Maramureş. Pasmo zbudowane z granitowo-łupkowych skał mierzy ok. 50 km długości:od przełęczy Şetref na zachodzie do przełęczy Rodnei na wschodzie. Zbocza porośnięte od podstawy gęstymi lasami, przechodzą powyżej 1700-1800 m w kosówkowo-trawiasty przeplataniec, by w górnych partiach otworzyć się rozległymi połoninami, porastającymi całkiem strome zbocza – szerokie, porośnięte obficie trawą są wykorzystywane do wypasu niezliczonych stad owiec. Żyją tam też stada wolnych koni. Obserwując je, jak się pasą, chodzą gdzie chcą i kiedy chcą – może człowiek odnieść wrażenie, że jest na Dzikim Zachodzie. Sama grań w dużej części jest skalista, a szczyty wyostrzone. Od głównej grani odchodzi kilka – porozdzielanych głębokimi dolinami – odnóg: na północną i południową stronę pasma. Szczególnie te południowe są porządnie wydłużone. Sporo tam też urokliwych polodowcowych jeziorek. Najwyższe szczyty to Vârful. Pietrosu (2303 npm) i Vf. Ineu (2279 npm) – z których można podziwiać Góry Suhard, Kelimeny, Marmarosze jak i spory kawałek Karpat Ukraińskich. A wszystkie szczyty na grani głównej (jest ich tam kilkanaście) nie schodzą poniżej 2000 npm. W odróżnieniu od rozdzielających je przełęczy. Przewyższeń tam naprawdę sporo. Rodniany więc to takie trochę Tatry w Bieszczadach; tudzież: Bieszczady w Tatrach – jak kto woli.

Trip. Kilka praktycznych wskazówek (nie tylko na Rodniany).

Konfiguracja tych gór pozwala na projektowanie kilku przynajmniej wariantów ich przejścia. Można „po całości” tylko samą grań główną, można część jej odpuścić na rzecz którejś z odnóg, można je też przemierzyć w poprzek: z południa na północ i innym wariantem znów na południe. Za bazę wypadową można obrać jedno z okalających je miast, ale najlepiej się do tego nadają: Borşa czy Săcel na północy lub Rodna czy Şant na południu.

Góry Rodniańskie są objęte terenem parku narodowego, ale nie ma tam problemu z biwakowaniem. Wystarczy tylko znaleźć przyjazne miejsce: w miarę płaskie, osłonięte od wiatru i ze źródłem wody – a takich tam sporo. Biwakować więc można, a nawet trzeba – bo na graniach nie ma żadnej infrastruktury noclegowej. Można też palić ogniska, choć na grani słabo z opałem: jedynie suche gałęzie kosówki, po którą czasem trzeba dość daleko iść. Warto więc mieć ze sobą worek węgla drzewnego – wiele nie waży a dużo lepszy od kosówki, no i zawsze pod ręką. Dobrze też zabrać ze sobą prowiant na cały trip (liofizjolaty: pożywne i lekkie), bo w przeciwnym wypadku trzeba będzie schodzić w dół po zaopatrzenie, a to z reguły cały dzień straty. Za to szlaki oznakowane są bardzo przyzwoicie – i różnorodnie: kolory i paski (jak u nas) urozmaicone są jeszcze trójkącikami, kółeczkami czy kwadracikami. Nie sposób pobłądzić. Co do zagrożeń – zasadniczo są trzy: psy pasterskie, burze i niedźwiedzie. Kolejność nieprzypadkowa.

Psy.

Zajmują pierwsze miejsce na tej krótkiej liście zagrożeń, bo jest ich tam naprawdę sporo. Celem ich życia jest ochrona owiec, więc trzeba wiedzieć jak się zachować, by uniknąć bliskiego kontaktu z kłami. W żadnym razie nie wchodzić pomiędzy psy a owce. Są niezwykle zorganizowane – dużo by o tym mówić. W skrócie: trzeba być „w kupie” i spokojnym marszem omijać stado owiec, lub zatrzymać się i poczekać aż przejdzie. Najczęściej w pobliżu jest pasterz, który odwoła psy. Jak go nie widać a pieski są śmiałe to wystarczy schylić się markując szukanie kamienia – wiedzą co to oznacza i z reguły odsuwają się na bezpieczny dystans. Gdy to nie pomoże trzeba odpalić petardy (niezbędny element ekwipunku!!!). To zawsze jest skuteczne. O wilkach nie wspominam, bo to w końcu też psy.

Burze.

Jak każde góry typu alpejskiego tak i Rodniany miewają kapryśną aurę. Pogoda może zmienić się w kilka minut i czyste niebo nagle „znikąd” zasnuje burzowa chmura. Wtedy trzeba zmykać z grani i zaszyć się w jakimś grajdołku stosując rutynowe środki bezpieczeństwa. Warto na tą okoliczność mieć ze sobą grube worki na śmieci 120 litrowe, którymi uchronimy od zmoknięcia zarówno siebie jak i ekwipunek, bo z dachem nad głową tam bida 😉

Niedźwiedzie.

W Rumunii żyje większość europejskiej populacji niedźwiedzia (nie licząc Rosji chyba), jednak nie taki diabeł straszny. Latem mają dość jagód i owiec by interesować się ludźmi, wystarczy więc nie wchodzić im w drogę i…..hałasować. Gdy z daleka Cię usłyszy to sam się oddali. Kiedy będziesz szedł po cichu i nastąpi wzajemne zaskoczenie (bo świetnie się maskują) bliskim i nagłym spotkaniem – może zareagować agresywnie. Więc….w ekipie mile widziane kobiety i ich nieustający szczebiot niesiony wiatrem przez hale 😉 Natomiast na biwaku śpimy, więc jest cicho, a nasze jedzenie pachnie. Warto więc je odnieść kilkadziesiąt metrów od biwaku i przywalić kupą kamieni (na grani) lub powiesić za pomocą linek na gałęziach (w lesie). Wtedy niedźwiedź (jak się napatoczy) nie będzie zainteresowany namiotami tylko jedzeniem, do którego nie będzie mógł się dostać. A w sytuacjach podbramkowych (czy to w dzień czy w nocy), gdy zanosi się na konfrontację – trzeba odpalić kilka petard. To je zdecydowanie zniechęca do dalszej poufałości.

Zdrowie.

Ważna jest apteczka: bandaż elastyczny, opatrunki na otwartą ranę, altacet, coś na ukąszenia owadów itepe. Z zasięgiem tam nie ma problemu, więc w razie poważniejszej „awarii” trzeba dzwonić po Salvamont (taki ichnieni GOPR). O ubezpieczeniu nie wspominam, bo to rzecz oczywista. Prąd jest tylko z piorunów, więc lepiej mieć powerbank czy solarną ładowarkę.

Moja przygoda z Munţii Rodnei.

W sobotni wieczór docieramy do Borşa, która to miejscowość staje się naszą bazą wypadową. Kieruję się za znakami na camping. Strzał w dziesiątkę. Dostajemy pokój z łóżkami, pościelą i własną łazienką za 30 zł na osobę i darmowy parking dla auta na cały tydzień pod warunkiem, że po powrocie przenocujemy tam ponownie. Poza tym – camping leży tuż przy początku szlaku na nasz pierwszy cel. Niedzielnym rankiem wita nas błękitne niebo. Pakujemy plecaki i krótko po 9.00 ruszamy na szlak. Niebieski szlak prowadzi prosto na najwyższy szczyt Gór Rodniańskich: Vf. Pietrosu – 2303 npm. Ok. 1600 metrów przewyższenia, w zasadzie cały czas pod górę – mniej lub bardziej ostro; i tak przez ponad 11 km. Plecaki po 30 kg i żar lejący się z nieba robią swoje. Pocieszam ekipę, że ten pierwszy to najtrudniejszy dzień. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało.

Jedyne wypłaszczenie – przy stacji meteorologicznej na wysokości 1760 m. Docieramy tam ok. 13.30 i robimy popas. Wyciągamy nasze skromne zupki, lecz po chwili nawiązują z nami kontakt piknikujący tam Rumuni i Bułgarzy. Częstują nas roladkami i stekami z grilla, piwem. My odwdzięczamy się flaszką słowackiej gruszkówki nabytej po drodze. Na koniec zostawiają nam jeszcze sporą ilość tego mięsiwa w stanie surowym. Po posiłku robimy wspólną fotkę i koło 15.00 ruszamy dalej. Pietrosul wydaje się być jeszcze baaaaardzo daleko.  Po mozolnej wspinaczce z niemiłosiernie ciężkimi plecakami docieramy w końcu na przełęcz. Jednak w międzyczasie chmury zgęstniały mocno. Zostawiamy plecaki na przełęczy i po paru minutach – ok. 17.30 zdobywamy na lekko pierwszy – i najwyższy – rodniański dwutysięcznik. Niestety – wcześniej dopadła go chmura, więc nici z widoków.  

W drodze powrotnej na przełęcz rozważamy opcje noclegowe. Dyskusja byłaby zapewne długa, ale pomruk burzy przerwał ją błyskawicznie. Zakładamy plecaki i biegusiem w dół, na widoczne jeszcze siodło z łatami śniegu. Decydujemy z Mariuszem, że na śniegu rozbijemy namioty, bo tam będzie równo i osłonięte z obu stron od wiatru. Dziewczyny przyjmują tą wiadomość z lekkim przerażeniem, ale nadchodząca burza nie daje czasu na protesty. Szybko rozbijamy biwak i chowamy się do namiotów przed podmuchami lodowatego wiatru. Ostatecznie burze przeszły bokami, ale wiało solidnie i błyskało dookoła długo w noc. Mimo osłony z dwóch stron podmuchy były tak silne, że złamały fragment stelaża jednego namiotu.

Poniedziałek. O lewą stronę grani opierają się chmury, ale po prawej otwiera się piękna panorama. Wciąż duje dość mocny wiatr. Po niedzielnej wyrypie planujemy w miarę krótką trasę, by zregenerować siły. Fundujemy sobie więc leniwy poranek i ruszamy na szlak o 11.30. Na pierwszym etapie czekają nas 3 szczyty: Vf. Buhăescu Mare ( 2268 npm ), Vf. Buhăescu Mic ( 2221 npm ) i Vf. Rebra ( 2119 ). O 13.50 docieramy do przełęczy Tarniţa La Cruce ( 1985 npm wg mapy, ale szlakowskaz pokazuje 1710 ??? ), gdzie dochodzimy do czerwonego szlaku, który poprowadzi nas główną granią Gór Rodniańskich. Na przełęczy przerwa obiadowa.
Ok. 15.20 ruszamy dalej – już główną granią, zmieniając kierunek marszu z południowego na wschodni ( z grubsza ). Przed nami kolejne 3 szczyty: Vf. Obărşia-Rebri ( 2052 npm ), Vf. Cormaia ( 2033 npm ) i Vf. Repede ( 2074 ). Po drodze podziwiamy widoki i pasące się stada owiec na rozległych zboczach. Ok. 18.00 dochodzimy do przełęczy Saua Între Izwoare. Źródło wody i osłonięty od wiatru teren sprzyja noclegowi. Rozbijamy biwak i zbieramy drewno na ognisko. Z kamieni układam palenisko – wkrótce na rozgrzanych kamieniach dziewczyny smażą mięsko podarowane nam od Rumunów. Zapraszamy biwakujących nieopodal Węgrów na wspólną konsumpcję posiłków i płynów. Siedzimy długo w noc……..
Wtorek. Pogoda się ustabilizowała – ciepły, bezwietrzny poranek, chmur sporo ale są wysoko i z czasem zanikają. Możemy nacieszyć oczy widokami. Ruszamy o 10.00. Przed nami pierwszy szczyt tego dnia: Vf. Negoiasa Mare ( 2041 npm ).
Podejście jest naprawdę ostre, miejscami czysty pion i naprawdę niebezpiecznie. Poślizg na trawie i ……nieszczęście gotowe . W końcu docieramy do kopuły szczytowej, która nie stanowi już żadnej trudności.  Większość dalszej drogi prowadzi długą granią urozmaiconą trzema przełęczami, na których tracimy wysokość, by za chwilę znów się wspinać do góry. Wędrówka dość monotonna, ale widoki wynagradzają trud. Na przełęczach wyglądamy źródeł, by uzupełnić zapas wody. Przed końcem tego dnia jest jeszcze drugi szczyt: Vf. Galatului ( 2048 npm ). Potem jeszcze przełęcz Saua Galatului ( 1882 npm ), szczyt M. Cailor ( 1922 npm ) i wreszcie przełęcz o nazwie: Saua Gărgălău ( 1907 npm ) – miejsce naszego kolejnego noclegu.
Docieramy tam ok. 17.45 po naprawdę męczącej wędrówce. Wkrótce znajdujemy świetne miejsce na biwak i tam rozbijamy namioty. Środa. Dzień odpoczynku. Dziewczyny serwują sobie opalanko i kąpanko w pobliskim strumyku, a faceci śmigają w dół uzupełnić zaopatrzenie: 1200 metrów przewyższenia. Ale to był dobry pomysł na przerwę, bo dzień był burzowy. Wieczorem burze odeszły i zrobiło się ślicznie. Przed nami pierwszy cel na czwartek: Vf. Gărgălău ( 2159 npm ).
Po dniu przerwy ruszamy żwawo na szlak o 9.30. Przed nami ostatni dzień wędrówki granią. Najpierw gramolimy się z przełęczy na Vf. Gărgălău a potem już granią po kolejne zdobycze: Vf. Clăii ( 2121 npm ), Vf. Omului ( 2134 npm ), Vf. Cişa ( 2036 npm ) i Vf. Coasta Netedă ( 2060 npm )
Podejście na ten ostatni szczyt zajmuje trochę czasu, gdyż jest tam ekspozycja i spore nachylenie, więc trzeba ostrożnie i powoli. A wkrótce potem za plecami zaczyna się robić nieciekawie: ciemne chmury, grzmoty, zaczyna duć wiatr…..wiadomo o co chodzi. Pospiesznie złazimy z grani Coasta Netedă szukając przyjaznego miejsca na przeczekanie burzy. Przycupamy przy jakichś skałkach, mogących dać częściowe schronienie przed deszczem i zaczynamy popas czekając na rozwój wypadków. Okazuje się, że postraszyło tylko trochę i ustabilizowało się, więc po obiedzie ruszamy dalej. Z czasem burza znowu zaczyna straszyć, więc przyspieszamy tempo by znaleźć dogodne schronienie. Tak żeśmy się zagalopowali, że docieramy do ostatniej przełęczy: Saua Ineului ( 2223 npm ) leżącej już o rzut beretem do ostatniego naszego celu – Vf. Ineu ( 2279 npm ) będącego drugim co do wysokości szczytem Gór Rodniańskich. Z trzech stron kłębią się chmury burzowe wydając groźne pomruki; od południa niebo czyste i Ineu wyzywa nas w promieniach słońca. Robimy naradę, obliczając odległość do celu i rozwój chmur. W końcu zapada decyzja ataku szczytowego. Zostawiamy plecaki na przełęczy i ruszany na lekko o 15.55. Zaczyna się wyścig z chmurami. Niestety – chmury były szybsze, dosłownie o kilka minut. Jeszcze 20 metrów przed celem – szczyt jest w błękicie. Gdy jesteśmy na miejscu ( 16.20 ) – mleko.
W ten sposób oba najwyższe szczyty ( Pietrosul i Ineu ) zdobywamy przy zerowej widoczności. Te chmury są burzowe, więc cykamy szybkie fotki i znikamy ze szczytu. Schodzimy “na dziko” do doliny Valea Bilei, gdzie widoczne jest z góry jeziorko – więc: miejsce na biwak. Bardzo duże nachylenie terenu i zdradliwe piargi powodują, że zejście jest diablo mozolne. Do jeziorka docieramy o 17.30. Akurat z drugiej strony dochodzi stado owiec, więc po wymianie grzeczności z pasterzami czekamy, aż przejdą i dopiero gdy nas opuścił ostatni pies pasterski zabieramy się do rozbijania obozu. Zdążamy z sam raz. Ledwie schowaliśmy bety do namiotów – rozpętuje się burza, co nas straszyła od kilku godzin. Okrutna nawałnica z gradem. Po burzy przychodzi…….druga burza. Później jeszcze trzecia i czwarta. Uspokaja się późnym wieczorem i wreszcie możemy spokojnie spożyć ostatnie zapasy szlachetnych płynów.
Piątek. Wygląda na lajcik – trzeba tylko wrócić do cywilizacji. Trzy dolinki, dwie granie……..luzik.
Ruszamy o 9.00, idziemy kawałek w dół doliny Valea Bilei po czym zaczynamy się wspinać na małą przełęcz widoczną w masywie La Cuptor – odchodzącym na północ od głównej grani. Z lekką zadyszką osiągamy przełęcz i dalej na dziko zaczynamy trawersować rozległą dolinę rzeki Putreda.  Trudny i stromy teren daje nam trochę popalić, gdzie się da – wykorzystujemy ścieżki wydeptane przez owce.
Mijamy stada owiec, krów i dzikich koni, by w końcu dotrzeć na przeciwległy kraniec doliny. Tam widzimy bacówkę, do której akurat pasterze spędzają owce. Postanawiamy nabyć pasterskie smakołyki: mleko i owczy ser. Ugoszczeni i nakarmieni przez pasterzy ruszamy na ostatnie podejście. Po drodze straciliśmy dużo wysokości a tu teraz trzeba jeszcze przeskoczyć jedną grań: Picioru Danciului ( 2081 npm ), odchodzącą na północ od masywu Vf. Gargalau, więc: znowu trzeba się wdrapywać. Ale tym razem wciąż na dziko, zmęczeni wielogodzinną już wedrówką na przełaj, zaczynamy wspinaczkę. Zbocze okazuje się diabelnie strome, zarośnięte trawą i jagodowiskami, pełne ukrytych dziur i kamieni. A słońce pali. Po niemożliwie długim czasie wczołgujemy się – ledwie żywi – na grań. Teraz już tylko złapać oddech i zejść do ostatniej już doliny rzeki Bistriţa Aurie. Przy rzece ostatni obiad i schodzimy dalej: przez Poianę Stiol ( 1572 npm ). 
i dalej już wzdłuż wyciągu krzesełkowego do miasteczka Staţiunea Borşa ( 845 npm  Na przystanku autobusowym lądujemy o 19.00 – bite 10 godzin chaszczowania “na przełaj”. Zmordowani do bólu. To ten ostatni dzień był najtrudniejszy, nie pierwszy. Po 2 kwadransach zabiera nas bus do odległej o 10 km Borşa. Po chwili jeszcze tylko zakupy i lądujemy na znajomym campingu. Po pierwsze: gorący prysznic! Ale odjazd! Potem pyszna kolacja i biesiada. 

Epilog.

Wracałem z Gór Rodniańskich w głębokim przekonaniu, że koniecznie muszę tam wrócić. Z trochę innym wariantem trasy, by zobaczyć czego nie widziałem. No i by nadrobić widoki z tych dwóch najwyższych szczytów. Ale w tylu innych miejscach Karpat jeszcze wtedy nie byłem, że co roku szkoda mi było urlopu na „to samo”. I tak minęło już 7 lat. A Pietrosul coraz głośniej woła: „Wróć do mnie”…. 

Grzegorz Grochowski 

Kategorie
Fundacja 4 Kontynenty

Fundacja 4 Kontynenty Team

To my tworzymy zespół Fundacji 4 Kontynenty

Ekipa tworząca zespół Fundacji 4 Kontynenty to osoby pozytywnie zakręcone.  Na co dzień pracujemy w prywatnych firmach. Jesteśmy lekarzami, managerami, nauczycielami, monterami, magazynierami, architektami, programistami, budowlańcami, instruktorami, kierowcami, czy logistykami. Swoje pasje realizujemy poprzez organizację różnych eventów Fundacji 4 Kontynenty, na które zapraszamy każdego chętnego i ciekawego świata oraz przygód. Chętnie dzielimy się swoim doświadczeniem, wiedzą i umiejętnościami. Nasze działania są całkowicie non profit, nikt z nas nie pobiera wynagrodzenia za działalność w Fundacji 4 Kontynenty. 

Poniżej przedstawiamy Wam nasze sylwetki. Każdy napisał sam o sobie, choć nie było to łatwe…

Zarząd Fundacji 4 Kontynenty

Leszek podróżnik

Leszek Warchoł

Zapalony żeglarz i podróżnik. – Lubię brać udział w regatach, preferuje dobrą zabawę. Żeglarstwem zarażam innych i robię to skutecznie jako instruktor. Posiadam praktykę w szkoleniach dzieci i młodzieży Z dobrą kompanią popłynę w każdy rejs. Przy okazji zabiorę ze sobą gitarę i dużo dobrego humoru.

 

Mariusz „Mario” Noworól

Jestem zapalonym podróżnikiem, żeglarzem, rowerzystą. Z pasją angażuję się w projekty, które pomagają innym rozbudzać ciekawość świata. Marzę, aby razem z Fundacją, wielu młodych ludzi przeżyło wspaniałe chwile na morzach i oceanach. Zwłaszcza ci, dla których podobne wyprawy mogą być tylko marzeniem. Wierzę, że wspólnie z przyjaciółmi, którzy zdecydowali się pomóc w realizacji tych wypraw, doprowadzimy projekt do szczęśliwego finału.

Mariusz Noworól podróżnik i skipper

Inicjatorzy naszych przedsięwzięć - Góry , Trekking

ekipa tworząca zespół Aneta Matula podróżnik górski

Aneta Matula

Zwariowana marzycielka, która wyznacza sobie cele i uparcie do nich dąży, szukając wiecznie nowych wyzwań. Fotomodelka, podróżniczka kochająca góry wysokie, plecak i buty trekkingowe oraz adrenalinę. Europę zamierza zwiedzać dopiero na emeryturze. Wesoła, szczera i spontaniczna… Dzięki mężowi spełniła swoje największe marzenie – pilotowała samolot ultralekki. Od niedawna pasjonatka świata podwodnego.

Krzysztof Matula

Jego osobowość oddaje w pełni przysłowie: Cicha woda brzegi rwie. Nie ma chyba rzeczy, których by nie spróbował. Uwielbia wyzwania i ciągle szuka nowych. Twierdzi, że każdy pomysł podróży czy wspinaczki górskiej jest dobry. Wszystko jest do zrobienia, ale tylko wtedy, gdy jest dobrze przemyślane i zorganizowane. Racjonalista, potrafi swoimi pomysłami zaskoczyć nawet samego siebie! Fotograf z zamiłowania, programista z zawodu. Obecnie pracuje nad budową kolejnego drona, którym będzie mógł filmować w locie. 

ekipa tworząca zespół Krzysztof Matula podróżnik
ekipa tworząca zespół Grzegorz Grochowski podróżnik

Grzegorz „Grochu” Grochowski

Z górami miałem styczność „od zawsze’”, gdyż pochodzę z Ziemi Sądeckiej i od dziecka miałem je przed oczyma. W latach szkolnych zacząłem je poznawać bliżej, najpierw przez wyjazdy kolonijne, a w czasach licealnych już samodzielnie z innymi wariatami. Z czasem tak więc się zrobiło, że zamiast patrzeć z dolin na góry – zacząłem z gór patrzeć w doliny. I jakoś tak potem już poszło.

Arek Palczak

Jestem łysy bo testosteronu potrzebuję na wyprawy w wysokie Alpy. Łucznictwo i fotografia to dwie kolejne pasje, w których się odnajduję. Wrażliwy na piękno przyrody i krzywdę innych. Chyba wystarczy. Narcyzem nie jestem.

ekipa tworząca zespół Arek Paluczak podróżnik
ekipa tworząca zespół Asia i Rafał czyli Romki na końcu świata

Romki na końcu Świata – Joanna i Rafał

Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce. Staramy się żyć zgodnie z tą regułą i poznawać cały świat. Na wszelkie dostępne sposoby.

Kategorie
Trekking

Dzień Kobiet w Alpach

Wiecie jak to jest z dobrymi przyjaciółmi, którzy razem już niejedną parę butów na szlakach schodzili. Nie trzeba wiele czasem wystarczy pół zdania. I tak też było tym razem. W ciągu godziny był gotowy plan a w ciągu kolejnych 12 godzin ekipa była skompletowana. A pomysł – na weekend góry. Nie byle jakie góry bo tak lubiane przez naszą fundację Alpy. Międzynarodowy Dzień Kobiet w Alpach – taką roboczą nazwę nadaliśmy temu cholernie pozytywnemu szalonemu pomysłowi.

W piątek 06.03.2020 późnym popołudniem dwa samochody wyruszyły w stronę Austrii. Napędzane nie tylko paliwem ale i pozytywną energią ludzi pozytywnie nakręconych. Po sześciu godzinach jazdy przez Polskę, Czechy i Austrię spotkanie na umówionym parkingu. Szybkie przepakowanie i ostatni etap. Droga do małej ale położonej w malowniczym otoczeniu gór miejscowości. Mimo ciemności wyraźnie widać szczyty gór. Jesteśmy w Alpach.Kiedy piszemy, że 4 Kontynenty łączą ludzi to to nie jest pusty frazes. W tym evencie wiele osób widziało się pierwszy raz w życiu. A jak miało się jeszcze poźniej okazać tylko 3 osoby były już w Alpach.

Dania 07.03.2020 około 01:00 w nocy zmęczeni drogą ale adrenalina zrobiła swoje. Nikt nawet nie myśli o tym aby iść spać. Omawiamy plan na kolejne dni. W wesołej atmosferze opowiadamy swoje historie związane z górami, od tych od których włos taje na głowie po te zabawne. O 3:30 pukanie w ścianę – może to i racja, idziemy spać.W końcu za kilka godzin będziemy już na szlaku.

Zbieramy się o godzinie 08.00 na parkingu, samochody załadowane, ruszamy. Przed nami do pokonania około 100 km i około 1100 m przewyższenia. Mimo, iż w dolinach śniegu nie ma to podjazd na końcowy parking jest już małym wyzwaniem dla aut i kierowców a oblodzona, wąska i kręta droga tego zadania nie ułatwia. Rozglądamy się wokół siebie, śnieg, śnieg i jeszcze więcej śniegu, w którym odbija się słońce. Idealna pogoda.

Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i zaczynamy podejście. Przed nami około 2,5 godziny wspinaczki, podczas której oczy i dusza mogą się cieszyć przepięknymi widokami. Najpierw ma być ostro pod górę, potem pod górę a końcówka to bardzo ostro pod górę. Wtedy jeszcze nie sądziliśmy, że będą to nasze najmniejsze zmartwienia. 

Relatywnie szybko dochodzimy do pierwszego przystanku, skały przy której urządzamy sobie małą sesję fotograficzną. Powiedzieć, że zdjęcia wyszły fantastycznie to jak nie powiedzieć nic.Uśmiechy na naszych twarzach nawet na chwilę nie znikają. Zaczynamy odczuwać podmuchy wiatru ale góry bez wiatru to jak morze bez wody. Szlak wytyczały wysokie na 2 metry tyczki i nimi się kierowaliśmy gdyż ścieżka nie była w zasadzie widoczna. Śnieg pchany przez wiatr skutecznie zacierał wszelkie ślady. Nie wszędzie śnieg był twardy i ubity. Zdarzały się miejsca, w których zapadaliśmy się po kolana. 

Starszy pan, który schodził ze szczytu spojrzał się na naszą rozbawioną grupę – lepiej zawróćcie tam na szczycie panuje sztormowa pogoda, wiatr osiąga w porywach prędkość 90 km/h, ciężko jest ustać na nogach. Grzecznie podziękowaliśmy ale stwierdziliśmy, że spróbujemy zdobyć ten najwyższy szczyt Alp Seetalskich – Zirbitzkogel 2396 m. n.p.m. Wiedzieliśmy, że na szczycie jest schronisko i co ważne jest otwarte. Ta świadomość dodawała nam energii i determinacji w dążeniu do celu. Wiedzieliśmy, że istnieje tylko jedna droga i to jest droga na szczyt. Wiatr zmagał się z każdą chwilą i z każdym metrem pokonanej wysokości. Od pewnego momentu kiedy już minie się jeden ze szczytów widać schronisko. Tak blisko i tak daleko. Gdyby ten dystans ułożyć w lini prostej to dojście tam zajęłoby maksymalnie 15 min. My mając porywisty wiatr, który wiał nam prosto w twarze plus ostatnie bardzo ciężkie podejście potrzebowaliśmy na to jeszcze godziny. Długiej godziny w śnieżnym piekle. Kominiarki, maski i gogle mieliśmy już dawno ubrane a wiatr, ten cholernie zimy wiatr wkradał się w każdą część ubrania. Całkiem sporawe bryłki zmrożonego śniegu śmigały wokół nas. O ironio, świecące słońce, wiatr który jak się potem okazało chwilami dochodził do prędkości 115 km/h a temperatura spadła do -15`C.

W końcu jednak docieramy do schroniska. Przedsionek, który ochrania nas przed tym wiatrem wydaje nam się najcudowniejszym miejscem na świecie. Samo schronisko położone jest jakieś 100 metrów od samego szczytu. Wychodzimy ze schroniska aby wejść na sam wierzchołek. I tak po dodatkowych 5 minutach wspinaczki ekipa 4 Kontynentów staje na szczycie góry. Zirbitzkogel 2396 m. n.p.m – zdobyty. 

Udajemy się ponownie do schroniska gdzie zamawiamy gorąca herbatę z rumem, grzane wino, piwo oraz gorącą zupę. Teraz siedząc i pisząc tę relację nie mogę przypomnieć sobie smaku tej zupy ale wiem, że wtedy na wysokości 2400 m n.p.m. była najlepszą zupą na świecie.

Po tej godzinnej regeneracji zapada decyzja. Zbieramy się do powrotu. I jeśli ktoś myśli, że było łatwiej, to jest w wielkim błędzie. Wiatr nie ustawał ani na chwilę, przy stromym oblodzonym zejściu trzeba było być maksymalnie skoncentrowanym. W końcu po kolejnych 2 godzinach walki z zaspami, śmigającymi w powietrzu bryłkami śniegu i z narastającym zmęczeniem zostajemy otoczeni zbawiennym lasem. Już tak nie wieje do parkingu mamy około 15 min. 

Silniki zaskoczyły natychmiast, ogrzewanie włączone na maksymalną temperaturę. Wracamy cali bezpieczni do naszej kwatery. Nikt nie narzeka, uśmiechy na twarzy są najlepszym dowodem że pomimo trudności było super. Nowicjusze przeszli prawdziwy chrzest alpejski. Gratulujemy bo naprawdę nie było łatwo. Na ten wieczór mieliśmy zaplanowane nocne wejście na pobliski szczyt ale po wspólnym głosowaniu ustalamy, że dziś już nigdzie się nie ruszamy. Dnia 08.03.2020 o godzinie 9:00 samochody ponownie zapakowane i ruszamy w kierunku Nationalpark Gesäuse, przepiękne miejsce z górami, które zapierają dech w piersiach. Tu mała informacja – żadne zdjęcie nie oddaje piękna i majestatu tego miejsca. Udajemy się na spacer wokół malowniczego jeziora Leopoldsteiner See. Widoki jakimi rozpieszcza nas okolica są balsamem, lekarstwem dla duszy na codzień zamkniętej w czterech ścianach biura. Widać pływające w jeziorze ryby, a turkusowy kolor wody krzyczy do nas – wskakujcie. Odwiedzamy kolejne punkty widokowe. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że my ludzie jesteśmy tylko gośćmi na tej pięknej planecie. Na koniec udajemy się na wspólny obiad, pożegnania kilka słów i obietnica, że znów spotkamy się gdzieś na szlaku. Szlaku z Fundacją 4 Kontynenty. Nie jest możliwym opisanie piękna tego miejsca,a fotografie tylko w ułamku procenta je pokazują. Jedynym co możemy zrobić to zabrać Was w ciekawe miejsca ponownie i to Wam obiecujemy. Wrócimy tam jeszcze raz gdyż mapa skrywa wiele tajemniczych miejsc.

 Arek

 

Kategorie
Blog

Miał być rejs po Cykladach, sztorm pokrzyżował nam plany – Porta Sailing Team

Grecja wrzesień 2019 – Rejs w Grecji to nie tylko pływanie od portu do portu

O żeglowaniu w Grecji myślałem od dawna, ale wciąż się nie składało. Głównie dlatego, że niemal co roku pojawiał się jakiś ciekawy rejs na innym równie atrakcyjnym akwenie, a urlopy mają ograniczony wymiar. Wreszcie udało się i w przedostatnią sobotę września 2019 roku ranek powitał nas w Atenach. Udało się dzięki temu, iż Fundacja 4 Kontynenty zaplanowała na ostatni tydzień września żeglarską wyprawę. W planach były Cyklady.

Mieliśmy ruszyć z Alimos flotyllą złożoną z 3 jachtów. Ja miałem przyjemność prowadzić jeden z nich, Bavarię 44 o nazwie „Hydra”. Załoga „Hydry” to: Agnieszka, Basia, Bożena, Ewa, Grzesiek, Krzysiek, Mirek i Patryk.

W sobotę około południa znaleźliśmy się w marinie. Trochę czekaliśmy na przekazanie jachtów, a po zaokrętowaniu trzeba było zrobić zakupy produktów niezbędnych do zaprowiantowania Hydry. Warto wspomnieć, że w Marinie Alimos niemal na każdym kroku wciskane są ulotki sklepów, w których można zrobić rejsowe zakupy, a potencjalni klienci są kuszeni darmowym transportem. Nie skorzystaliśmy z żadnej z ofert, poszliśmy do pobliskiego Liedla, a kupione produkty zostały przywiezione do mariny taksówką za ok. 10 EUR. Wyszło sporo taniej.

W niedzielę rano, przy pięknej słonecznej pogodzie szykowaliśmy się do odejścia. Pierwotny plan zwiedzania Cyklad upadł, ponieważ prognozy ostrzegały o wietrze wiejącym w rejonie wysp z prędkością 30 węzłów, który będzie słabł dopiero po 2 – 3 dniach. I rzeczywiście tyle wiało, co potwierdzał zaprzyjaźniony skiper czekający w Lavrio na poprawę pogody. Zmieniliśmy plany. Na jachtach były osoby które jeszcze nigdy nie żeglowały i wyjście w morze przy silnym wietrze byłoby dla nich dużym stresem. Być może na całe życie zniechęcającym do żeglowania.

Postanowiliśmy popłynąć na Eginę, wyspę położoną niemal na środku Zatoki Sarońskiej. Oddaliśmy cumy i opuściliśmy Alimos. Było ciepło, coś niecoś dmuchało, więc od razu postawiliśmy żagle. Po chwili mogliśmy cieszyć się wiatrem i miłym pluskaniem fal przecinanych dziobem naszej Hydry.

Po kilku godzinach przyjemnej żeglugi dotarliśmy do niewielkiego, uroczego porciku o nazwie Perdika, i zacumowaliśmy na jedynym wolnym miejscu. Perdika to istna oaza spokoju, kontrastująca z gwarną i zatłoczoną Mariną Alimos. Ale to pierwsze cumowanie w Grecji kosztowało nas dodatkowe 10 EUR, ponieważ „marinero” który odebrał od nas cumy tyle nam policzył. Właściwy „inkasent” przyszedł godzinę później i wystawił właściwy rachunek za cumowanie na 5,36 EUR. Jednak nie zepsuło nam to humorów i nie wpłynęło w żaden sposób na nasze pozytywne wrażenia, jakich dostarczył nam pobyt w tym miejscu. Do tego wspaniały poranek przeżyty w budzącym się do kolejnego dnia miasteczku … Bajka, warto było tam stanąć.

Kolejnym celem naszej żeglarskiej wyprawy było miasteczko Poros na wyspie o tej samej nazwie. Już po spojrzeniu na mapę można było dostrzec, że jest zdecydowanie większe niż Perdika. Tak jak poprzedniego dnia pchał nas przyjemny wiaterek a jacht niespiesznie pokonywał dystans dzielący Eginę z Poros. My też nie spieszyliśmy się i na kilka mil przed celem stanęliśmy na kotwicy w niewielkiej zatoczce. Zażywaliśmy kąpieli ciesząc się z uroków ciepłego greckiego września. Temperatura powietrza dochodziła do 30 oC w cieniu. Woda w morzu była ciepła, można rzec o optymalnej temperaturze i zanurzając się w niej nie odczuwało się jakiegokolwiek dyskomfortu. Jedynie przyjemne schłodzenie rozgrzanego ciała.

Cumowanie w Poros na pozór wyglądało podobnie jak wcześniej w Perdice. Cumy odebrał kolejny „marinero”, ale tu niespodzianka. Nie chciał złamanego centa i jeszcze zapraszał do oddalonej o kilkadziesiąt metrów restauracji, której był szefem. Oczywiście bez żadnych zobowiązań. Wieczorem skorzystaliśmy z zaproszenia. Jedzenie i wino były znakomite, bawiliśmy się wyśmienicie o co szef dbał osobiście, a rachunek nie popsuł nam nastrojów. Wyszło po 15 EUR na głowę. Rankiem pojawił się inny rachunek – za cumowanie, ale i ten nie wpłynął na nasze samopoczucie. Zapłaciliśmy 4,80 EUR za miejsce przy kei. Jak za darmo, jeśli porównamy to choćby z niezbyt odległą Chorwacją.

Naszym następnym celem była Hydra. Jednak nie chodziło o nasz jacht, tylko o wyspę odległą o kilkanaście mil od Poros. Planowaliśmy oddać cumy o godzinie 11 ale wstrzymaliśmy się bo na niebie zrobiło się dość brzydko. Postanowiłem sprawdzić sytuację ściągając zdjęcia satelitarne z portalu www.sat24.com. Zaniemówiłem, bo nad Peloponezem zobaczyłem superkomórkę burzową o rzadko spotykanych rozmiarach. Decyzja mogła być tylko jedna. Przez najbliższe 2 – 3 godziny stoimy i czekamy aż to wszystko przejdzie. Ale superkomórka zatrzymała się i po 3 – 4 godzinach oczekiwania zaczęliśmy wahać się, czy jednak nie ruszyć. Decyzja niemal zapadła gdy burza jednak ruszyła w naszą stronę. No to stoimy i dalej czekamy. Po kolejnej godzinie komórka burzowa zaczęła się rozpadać i zagrożenie całkiem zniknęło. Tak nam minął dzień w Poros. Ktoś mógłby powiedzieć, że minął na niczym, ale spacery po uliczkach miasteczka przerywane lodami czy kawą wypijaną w jednej z wielu knajpek, pozwoliły całkiem miło spędzić ten dzień. Tak leniwie, urlopowo.

W środę rano oddaliśmy cumy i zostawiliśmy miłe Poros za rufą. Naszym celem wciąż była Hydra. Znów kilka godzin przyjemnej żeglugi i dotarliśmy do porciku o tej samej nazwie co wyspa. O tym miejscu jednak trudno mówić, że jest zaciszne. Za falochronem zazwyczaj cumuje w trzech rzędach kilkadziesiąt jachtów, z czego tylko w pierwszym rzędzie da się bezpośrednio zejść na ląd. Załogi pozostałych korzystają z pontonów. Do Hydry zawijają promy dowożące turystów „lądowych”, więc na uliczkach jest dość tłoczno. Ruch jest całkowicie pieszy ponieważ na Hydrze nie wolno poruszać się nawet rowerem, a samochody są 4, z czego 2 to wozy straży pożarnej a 1 to śmieciarka. Transport towarów odbywa się na grzbietach osłów i mułów. A koszty cumowania? Staliśmy w drugim rzędzie jachtów i nikt do nas nie przyszedł po opłatę portową.

Mimo gwaru Hydra także zrobiła na nas miłe wrażenie. Z pewnością warto tu choć raz zawinąć i zobaczyć to oryginalne i niewątpliwie ciekawe miejsce. Warto napić się zimnego wina w niewielkiej knajpce, uczepionej nadmorskich skał, i siedząc na leżaku podziwiać uroki Hydry i kolor morza u podnóża skał.

W czwartkowy poranek opuściliśmy Hydrę i zaczęliśmy wracać do Alimos. Tym razem nawet lekki wiaterek się nie pojawił trzeba było żeglować na „dieselgrocie”. Wracaliśmy tą sama drogą więc mogliśmy jeszcze raz popatrzeć z wody na Poros. Pogoda wciąż dopisywała. Kilka mil za miasteczkiem znów stanęliśmy w zatoczce na kotwicy i pluskaliśmy się w przyjemnej wodzie. Po południu podnieśliśmy kotwicę i już po kolejnych kilku milach cumowaliśmy w miasteczku Nethana przy miejskiej kei. Dość szybko pojawił się „inkasent” który wypisał rachunek na niecałe 10 EUR za keję z wodą i prądem. To nadal tanio.

W piątek musieliśmy dotrzeć do Mariny Alimos. Wyruszyliśmy z Nethana bez zbytniego pośpiechu. Po drodze, u brzegu poprzednio odwiedzonej przez nas Eginy, kolejny raz stanęliśmy na kotwicy na tradycyjną kąpiel, już ostatnią. A później nie pozostało nic innego tylko wtłoczyć się we flotyllę jachtów zmierzających do Alimos. Ich załogi, podobnie jak my, kończyły czarter i piękny grecki tydzień na wodzie. W marinie jeszcze trzeba zatankować jacht z cysterny która podjechała na keję. Kosztowało to nas 79 EUR. To był ostatni wspólny wydatek.

W sumie nie wydaliśmy zbyt dużo. Składka do kasy jachtowej wyniosła po 60 EUR za osobę. Z tych pieniędzy zostały pokryte wydatki związane z zaprowiantowaniem jachtu, opłatami portowymi i paliwem. Do tego oczywiście doszły indywidualne wydatki, choćby w knajpach, ale to już inna bajka.

Nasz rejs się zakończył, ale w pamięci pozostały miłe wspomnienia, piękne widoki i przeświadczenie, że warto było nań poświęcić czas i pieniądze. Ten rejs 4 Kontynentów spowodował, że jestem zauroczony Grecją. Piękną, spokojną i nienachalną, z miłymi, uśmiechniętymi ludźmi. Z pewnością tu wrócę.

Mariusz Główka

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty



Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 Kurs na Lofoty – trekingowa przygoda Porta Sailing Team.

Sail & Trekking po Lofotach – Porta Sailning Team 

W piątek 19 lipca załoga pojawiła się na jachcie popołudniu. 

Przyjechaliśmy z różnych stron Polski. Najsilniejsza grupa pochodziła z Suwałk i okolic, ale była również reprezentacja Krakowa, Poznania i Warszawy. Większa część miała niewielkie doświadczenie na morzu w zamian za to mnóstwo zapału i chęci uczenia się. Oczekiwania też były różne. Chcieli wędrować, podziwiać przyrodę a przy okazji pożeglować.

Po zaształowaniu rzeczy jeszcze wieczorem ruszyliśmy zwiedzać Tromsø. Spacerkiem minęliśmy Arktyczną Katedrę by o północy podziwiać przepiękną panoramę ze szczytu wzgórza Fjøla górującego nad miastem.

Następnego dnia wypłynęliśmy na południe ku Lofotom. Pierwszy postój był w Finnsnes, później popłynęliśmy do polecanego nam przez poprzednią załogę Sjøvegan. Pingwinów już nie było za to sami zamieniliśmy się w morsy. Kąpiel w morzu z widokiem na ośnieżone góry za kołem polarnym to niezapomniane wrażenie. Zaskoczył nas też kolor wody. Turkus kojarzy się zwykle z tropikami a tu tym kolorem przywitała nas Arktyka.

Lødingen to pierwsza miejscowość na Lofotach, którą odwiedziliśmy. Port ma bardzo płytkie wejście natomiast ze wzniesienia przy samej marinie rozciągała się wspaniała panorama okolicy a w poświacie kończącego się dnia wyglądała imponująco. Zdjęcie robiłam tuż po północy i tu nasunęło się pytanie: Czy to zachód, czy wschód słońca? Po długiej dyskusji ustaliliśmy, że jeżeli światło jest pomarańczowe to zachód a jeżeli różowe to wschód. Zatem jeszcze zachód! Nocy tu teraz nie ma. Miejscowi mówią, że będzie w sierpniu ( czyli już po naszym wyjeździe ;))

Rano wyruszyliśmy ku nieformalnej stolicy i największemu miastu Lofotów czyli Svolvær. Po drodze zrobiliśmy sobie postój na połów ryb. Przy wejściu do portu przywitał nas pomnik żony rybaka z niepokojem patrzącej w morze.

Samo miasto zachowało tradycyjną zabudowę i nawet nowe budynki stylizowane są na stare. Tu po raz pierwszy pojawiły się czerwone domki. W dawnych czasach rybacy taką farbą malowali swoje domy, by zapobiec butwieniu drewna. Dzisiaj nawet nowe budynki w nawiązaniu do tradycji mają taki kolor.

Następny dzień wymagał od załogi dużo samozaparcia. Nie dość, że płynęliśmy pod dość silny wiatr, to mgła, mżawka i temperatury poniżej 10 st C nie pozwoliły cieszyć się panoramą najpiękniejszej części Lofotów. Ale nie ma tego złego… popołudniu zawinęliśmy do Henningsvær. To tzw. Wenecja północy. Miejscowość położona jest na kilkunastu wyspach i posiada najpiękniej położone boisko piłki nożnej na świecie. 

Cała miejscowość zachowała tradycyjną zabudowę a uwagę przyciągają jeszcze ciekawe murale. 

Wokół Henningsvær jest wiele szlaków turystycznych, niestety nisko zalegające chmury wyraźnie dały nam do zrozumienia, że nie ma sensu wspinać się na okoliczne wzgórza. Następnego dnia miało się to zmienić.

Raniutko ruszyliśmy ku końcowi świata. Najbliżej południowego krańca Lofotów leży porcik w Sørvagen. Stąd malowniczo krętą drogą ruszyliśmy ku ostatniej miejscowości archipelagu – Å. Litera Å jest ostatnią literą alfabetu norweskiego więc nazwa miejscowości jest nieprzypadkowa. 

Sama miejscowość jest niewielka a za nią z półwyspu rozciąga się przepiękny widok. To niezwykłe miejsce sprzyja kontemplacji przyrody i wyciszeniu. Tu uprawialiśmy jogę.

Jeszcze tego samego dnia wypłynęliśmy do leżącego 4 mile na północny wschód Reine. Ta przepiękna niewielka miejscowość rozciągnięta jest na kilkunastu wyspach. Tradycyjnie zabudowana czerwonymi domkami i otoczona rusztowaniami, na których miejscowi rybacy suszą sztokfisza – suszonego dorsza. Na szczęście dla nas ryby zostały już zebrane, bo ich zapach nie należy do najprzyjemniejszych aromatów na świecie. 

Nad Reine góruje Reinebringen – szczyt o wysokości 448 m n.p.m., którego stroma, prawie pionowa ściana opada ku zatoce, nad którą leży Reine. Na szczyt wzniesienia wiodą schody więc wejście mimo, że długie i męczące jest stosunkowo łatwe. Kłopoty mogą mieć jednak osoby z lękiem wysokości. Panoramę Reine i okolicy podziwialiśmy w promieniach zachodzącego ( na pomarańczowo) słońca. Ten widok zrekompensował nam zmęczenie i trudności wspinaczki w dwójnasób. Jest to najpiękniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić. 

Powrót w stronę Tromsø rozpoczął się od zmiany kierunku wiatru. Znów trzeba było płynąć pod wiatr. Ale cóż „jeśliś dzielnym żeglarzem radę sobie dasz” zatem rządni kolejnych wrażeń ruszyliśmy na północny wschód. Niedaleko Reine znajduje się następna perełka Lofotów – maleńki Nusfjord. Niestety jedyne trzy miejsca, gdzie można byłoby stanąć były zajęte, zatem wpłynęliśmy i zaraz wypłynęliśmy z niewielkiej zatoczki, wokół której położona jest miejscowość. Tego dnia nisko zalegające chmury nie pozwoliły nam podziwiać głowy trolla na skale naprzeciwko Nusfjordu. Ciekawy układ naturalnie ukształtowanych skał obserwowany pod odpowiednim kątem pozwala tam rozpoznać wielką, brodatą twarz. Okolica słynie również z orłów ale i tych przy nisko zawieszonych stratusach nie mogliśmy dostrzec. Szukając trolli popłynęliśmy do nomen omen Trollfjordu. Tu widoki były wspaniałe. Wąziutka lecz głęboka polodowcowa zatoczka otoczona jest prawie pionowymi ścianami skalnymi a nad nimi górowały oświetlone promieniami zachodzącego słońca szczyty. To prawie jak pływanie jachtem morskim w Tatrach.

Kolejny postój mieliśmy w Sortland. To spore miasto i port w północnej części Lofotów niestety zabudowane jest raczej nowocześnie. Po krótkim odpoczynku, wiedząc, że nadciąga dość silny wiatr popołudniu ruszyliśmy w stronę Tromsø. Był to jeden z najciekawszych i najdłuższych odcinków naszego rejsu. Koło północy minęliśmy most ( dla jednej z załogantek był to pierwszy most w życiu, pod którym sterowała z wielkimi emocjami) i wpłynęliśmy na wąski ale bardzo dobrze oznakowany tor wodny. Przyświecał nam cieniutki księżyc w nowiu.

Rano wypłynęliśmy na szerokie wody i w końcu można było postawić żagle. Cały dzień przy pięknej pogodzie halsowaliśmy by na wieczór skryć się w cieśniny przed narastającym wiatrem. Postój zrobiliśmy w odwiedzonym już wcześniej Sjøvegan.

Kolejny dzień to przelot do Finnsnes gdzie rano załoga podzieliła się na dwie ekipy. Dziewczyny spragnione trekkingu poszły zwiedzać miasto i wejść na okoliczne wzgórza, kapitan i chłopaki połynęli łowić ryby.

Wieczorem posileni przepyszną kolacją ruszyliśmy na północ. Około 8 mil przed Tromsø jest bardzo ciekawe miejsce. Na środku cieśniny znajduje się wyspa Ryøya. Można ją opłynąć jedynie od północy a w przesmyku tworzą się silne prądy. Tędy również wiedzie tor, którym pływa sporo statków i promów, więc planując przepłynięcie tamtędy należy dobrze sprawdzić, czy nagle nie wyskoczy na nas wielgachny prom czy tankowiec. Pokonanie 3 kabli zajęło nam około godziny a frustrację sternika wzbudzał żółty domek na brzegu, który przez dłuższy czas znajdował się na trawersie jachtu i nie zmieniał swego położenia.

Nad ranem zmarznięci ale bardzo szczęśliwi dopłynęliśmy do mariny w Tromsø. Norwegia pożegnała nas stadami maskonurów ( przez niektórych nazywanych „płaskonurami”) i delfinami.

Cały etap trwał dwa tygodnie. Przepłynęliśmy 461 mil, odwiedziliśmy 9 portów ale najważniejsze, że zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze miejsca na Lofotach. Majestat przyrody, piękne widoki i wspomnienia wędrówek będą najlepszą pamiątką z rejsu.

Dziękuję Wam moja Lofocka Załogo!

Anna Jackiewicz 

Kategorie
Blog

Dzieciaki na Nordkapp – Porta Sailing Team. Rejs ojców z synami.

Nordkapp. Cel geograficzny Rejsu Ojców z Synami. Od wypłynięcia z portu w Tromso Kapitan Maciej Hejna przygotowywał nas do niego długimi przeskokami. Odcinek z Akkarfjord do Nordkapp wynosi 55 mil morskich. Cumy oddaliśmy o północy. Pierwszą dwugodzinną wachtę pełnili 3 synowie – Kacper, Krzysiek i Tomek, oczywiście pod nadzorem Kapitana i jednocześnie Taty – Macieja. O godzinie 02:00 ster przejął duet Maciek (syn) i Rafał (tata). Płynęliśmy na silniku pod wiatr wiejący z północy, wspinając się mozolnie na fale. O czwartej wachtę za sterem przejęli ojcowie Jacek i Mariusz. Rafał został na pokładzie i cała trójka odbyła ciekawą pogawędkę o życiu. Sceneria morza i rejsowe emocje sprzyjały tematyce.

Ciri dzielnie pruła dziobem morze kursem 40-50 stopni w kierunku celu. Wiatr i niesione nim od dziobu krople wody docierały do naszych twarzy. Żywioł budzi szacunek i podziw, zwłaszcza u ludzi, którzy jak większość z nas są na morzu po raz pierwszy. Dużo prawdy jest w twierdzeniu, że kto raz posmakował morskiej wody będzie chciał do niej wrócić.

Nordkapp ukazał się nam przed godziną 11. Linię dzielącą Morze Norweskie z Morzem Barentsa, czyli najwyżej położony na północy punkt lądu (wyspy Mageroya) przecięliśmy kilka minut przed dwunastą. To był fantastyczny moment i wspaniałe przeżycie dla całej załogi. Pan Kapitan zaprosił wszystkich na pokład, żeby w ten symboliczny sposób każdy mógł poczuć żeglarskie emocje. Nasi nastoletni synowie będą mieli dobre wspomnienia w przyszłości. Dla nas ojców to przyjemne drżenie w sercu i myśl, że ja i mój syn zrobiliśmy razem coś, na co nie każdy się zdecyduje. W końcu sierpień w Polsce kojarzy nam się z ciepłem. Tutaj temperatura w okolicach 7 stopni Celsjusza, wiatr z północy przenika ciało. Jednak duszę człowieka rozgrzewa radość. Zrobiliśmy to! W ciągu 12 godzin pokonaliśmy 55 mil morskich. 6 dnia wyprawy osiągnęliśmy cel. Trzeba to uczcić 😉

Rejs Ojców z Synami to nie tylko Nordkapp. Znacznie istotniejsze jest spędzanie czasu razem. Wspólne gotowanie kiedy jest wachta kambuzowa. Prace pokładowe i bosmańskie, kiedy płyniemy lub stoimy w porcie. Budowanie poczucia odpowiedzialności za innych członków załogi i jacht. Wspólne łowienie ryb kiedy stajemy w dryfie. Poznawanie przyrody. Dwa razy niedaleko przepłynęły delfiny, cicho i spokojnie. Po raz pierwszy widzieliśmy maskonury, niewielkie ptaki nurkujące w wodzie i przelatujące nad nią w kluczach niczym nasze kormorany. Każdy port czy zatoka to jakaś historia. Poznawanie świata z jachtu jest wspaniałym przeżyciem, a żeglarstwo fantastyczną szkołą. A ogniwem idealnie to wszystko spajającym jest Kapitan. Maciej Hejna. Najważniejszy człowiek na pokładzie.

Rafał 

Wspieraj remont  jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty




Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 – relacja z fiordów.

Czy żeglarstwo to tylko woda, wiatr i fale ? Wielu z nas zadaje sobie to pytanie, jak można przygotować rejs tak aby był ciekawszy dla uczestnika. Fundacja 4 Kontynenty zorganizowała kolejną wyprawę „I Love Norway Sail & Trekking – Porta Sailing Team jachtem SY Ciri do ciekawych zakątków tego skandynawskiego kraju. Warto dodać, że uczestnikami rejsów Fundacji 4 Kontynenty są dzieci w wieku od 7 do 12 lat. Już niedługo młodzi adepci żeglarstwa wraz ze swoimi rodzicami wyruszą na „męski” etap „ Fiordy północy Sail & Trekking – dzieciaki w drodze na Nordkapp”. Zachęcamy do przeczytania tekstu z etapu „Fiordy na wyciągnięcie ręki” 

W drugiej połowie czerwca 2019 roku miałem sposobność po raz kolejny wziąć udział w wyprawie żeglarskiej organizowanej przez Fundację 4 Kontynenty, prowadząc jeden z etapów rejsu I Love Norway Sail & Trekking. Przypadło mi w udziale prowadzenie etapu „Fiordy na wyciągnięcie ręki”, ze Stavanger do Bergen. Trasa krótka, a czasu sporo – mieliśmy aż dziesięć dni. Trudno nie wykorzystać takiej sposobności! Wszak w tym rejonie wybrzeża Norwegii znajdują się jedne z najpiękniejszych fiordów i jedne z najciekawszych atrakcji przyrodniczych: wysoki, stromy klif Preikestolen, znajdujący się tuż przy brzegu pięknego fiordu Lysefjord oraz słynny język trolla, czyli Trolltunga – niezwykła, spektakularna formacja skalna w postaci wysuniętego „języka” o długości kilku metrów, wisząca na wysokości 700 metrów nad sztucznym, ale malowniczym jeziorem Ringedalsvatnet. Żelaznym punktem wyprawy był również lodowiec Folgefonna.

Skompletowanie załogi na tak atrakcyjny rejs nie było szczególnie trudne. Tym bardziej, że rejs w założeniu nie miał być specjalnym wyczynem żeglarskim. Przypominał raczej rejs mazurski albo chorwacki, tylko bez upałów, ale żeglowanie po spokojnej wodzie fiordów, nocowanie w portach (a raczej w cichych, klimatycznych przystaniach), osłonięcie od silnych wiatrów i wysokich fal sprawiały, że pod względem nautycznym rejs był raczej łatwy. Za to widoki z pokładu jachtu zapierały dech w piersiach. Strome skały wystające wprost z morza na wysokość ponad tysiąca metrów, chmury nisko żeglujące wśród stoków i szczytów górskich, majestatyczne lodowce, niezliczone potoki i wodospady… A jeśli chodzi o wycieczki górskie… Ale o tym może za chwilę. Najpierw przedstawmy jacht i załogę!

Dwunastometrowy jacht s/y Ciri miałem okazję już obejrzeć wcześniej, podczas majówki 4 Kontynentów „Fiku Miku po Bałtyku”. Jacht nie jest nowy, ale za to nowy jest armator. Jak to bywa w przypadku różnego rodzaju pojazdów, zmiana właściciela zwykle przynosi poprawę stanu technicznego. Tak było również w tym przypadku. Niedawno zakupiony przez armatora jacht został gruntownie wyremontowany i przygotowany do dalekich wypraw. Oczywiście nigdy nie jest tak, że na jachcie już wszystko jest zrobione i nie da się czegoś poprawić, więc armator uważnie wsłuchuje się w głosy kapitanów prowadzących Ciri i zapowiada dalsze zmiany. Moim zdaniem jacht jest godny zaufania. Każdy marynarz powinien kochać statki, a te na pewno mu się odwdzięczą.

Asia – doświadczona żeglarka, pełniła funkcję zastępcy kapitana i była moją prawą ręką na jachcie. Grzesiek i Krzysiek – wytrawni piechurzy górscy. Ich górskie doświadczenie przydało się całej ekipie. W załodze były też Klara, Kasia i Klaudyna. Trzeba podkreślić obecność dwóch dwunastolatek: Igi, córki Kasi, i Julki, mojej rodzonej córki. Dziewczyny dokazywały, do czego miały prawo z racji swojego młodego wieku. Ale ogólnie dawały radę, co trzeba zaakcentować zwłaszcza, że organizator rejsu, Fundacja 4 Kontynenty, szczególnie promuje udział dzieci w rejsach morskich.

Zgodnie z planem, przybyłem do Stavanger dzień przed rozpoczęciem naszego etapu rejsu. Grunt to dobra i przemyślana organizacja. Mogłem zapoznać się dokładnie z jachtem, by następnego dnia na spokojnie, formalnie przejąć dowodzenie jachtem. Poprzednia, czteroosobowa załoga ugościła mnie, a także Grześka i Krzyśka oraz Julkę, jak należy, po żeglarsku. Załoga Igora (notabenearmatora Ciri) ugościła nie tylko nas, ale też grupkę polskich żeglarzy mieszkających w Stavanger. Okazuje się, że polskie załogi mogą nie tylko spotkać w Norwegii żeglarzy-rodaków, ale w razie potrzeby liczyć na ich pomoc. Przekonaliśmy się o tym nie po raz pierwszy, i jak się szybko okazało pod koniec rejsu, nie po raz ostatni. Serdecznie pozdrawiamy polskich żeglarzy mieszkających w różnych zakątkach Norwegii!

Następnego dzień rano (29 czerwca) pożegnaliśmy poprzednią załogę, a wkrótce na miejsce przybyła moja ekipa. Zasztauowaliśmy przywieziony z Polski prowiant (wysokie ceny w Norwegii sprawiają, że warto zapłacić za dodatkowy bagaż w samolocie i większość zakupów zrobić w Polsce), a następnie przeprowadziliśmy szkolenie. Pozostał jeszcze czas na zwiedzanie urokliwego miasta.

Kolejnego dnia rano pożeglowaliśmy do portu Forsand, aby za radą miejscowych polskich żeglarzy właśnie w tym porcie zatankować jacht. Miejscowość leży u wejścia do ponoć najpiękniejszego norweskiego fiordu Lysefjorden. Stąd mieliśmy nadzieję wyruszyć na zwiedzanie Preikestolen. Okazało się, że jest to możliwe, ale dość kłopotliwe. Należało skorzystać ze szkolnego autobusu, bez gwarancji kursu powrotnego. Dlatego postanowiliśmy opuścić gościnny skądinąd porcik, by na chwilę wpłynąć do Lysefjorden i rzucić okiem na potężne skały wspinające się pionowo z wody na wysokość ponad tysiąca metrów. Fiord ciągnie się na odległość kilkudziesięciu mil morskich, dlatego nie zapuszczaliśmy się w głąb zatoki. Spotkanie ze stadkiem figlujących fok dostarczyło dodatkowych emocji. Z wód zatoki można podziwiać nie tylko Preikestolen, które znajduje się mniej więcej w połowie fiordu, ale również Kjeragbolten, czyli głaz wiszący na niewiarygodnej wysokości 900 metrów nad poziomem morza, zakleszczony między dwoma skałami. Ten cud natury miałem okazję zwiedzić rok wcześniej. Szkoda, że reszta załogi, z braku czasu, nie mogła tego zobaczyć na własne oczy. Jest więc powód, żeby tu jeszcze wrócić. Tymczasem my zawróciliśmy jacht do pobliskiego portu Tau, skąd następnego dnia wyruszyliśmy autobusem na początek trasy do Preikestolen.

Bilet autobusowy do Preikestolen nie jest tani. Jednak są rzeczy, które się nie opłacają, ale i tak warto je zrobić. Wszyscy jesteśmy miłośnikami pieszych wędrówek, dlatego perspektywa wspinaczki do słynnej skalnej ambony nie była dla nas przerażająca. Niestraszne były również przelotne deszcze. Liczne chmury co prawda czasem przysłaniały widoki, ale z drugiej strony dawały tajemniczy nastrój. Julka i Iga cały czas szukały dowodów na istnienie trolli w różnych formach skalnych. Klaudyna, Grzegorz i Krzysztof podczas całej trasy towarzyszyli Klarze, którą bolała noga i musiała iść nieco wolniej. Jakiś duch gór, a może i tajemniczy troll, wynagrodził im za to piękniejszą pogodą u celu wycieczki. Widok z góry na przepiękny fiord mieli niezasłonięty chmurami i mgłami, dzięki czemu zrobili świetne zdjęcia.

Podejście do krawędzi Preikestolen przyprawia o zawrót głowy. Najbezpieczniej po prostu położyć się na skale i wystawić nieco głowę poza krawędź skały. Wrażenia niesamowite… Zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy na jacht.

Kolejny dzień spędziliśmy na wodzie. Tym razem celem był lodowiec Folgefonna. W ciągu tego przelotu tylko na chwilę, to jest zaledwie na około 10 mil, musieliśmy wystawić nos jachtu na „pełne morze”. Nasi dzielni załogowi piechurzy nie są zwykłymi szczurami lądowymi. Są twardzi i robili co mogli, żeby nie pokazać po sobie, że Neptun upomina się o swoją daninę. Na szczęście szybko schowaliśmy się z powrotem w fiordy, a już wieczorem staliśmy przycumowani przy kei w porciku Uskedal. Chociaż miejsce było bardzo klimatyczne, rano popłynęliśmy dalej, do Sunndal.

Powiedzieć, że to miejsce jest piękne, to tak jakby nic nie powiedzieć. Majestatyczne góry odbijają się w spokojnej wodzie fiordu. Górska, rwąca rzeka wpada do morza. A u szczytu doliny widoczny jest jęzor lodowcowy.

Wyruszyliśmy na spotkanie z lodowcem. Na trasie spełniło się marzenie Igi: spotkaliśmy wreszcie fiordy, czyli konie o pięknej, długiej grzywie. I to właśnie te fiordy jedzą z ręki! Na drodze pod górę ustawione są bramy, które należy za sobą zamykać, a to dlatego, że w okolicy pasą się luzem kozy i owce, które do końca wycieczki co chwilę nam towarzyszyły.

Wreszcie dotarliśmy do malowniczego jeziora zasilanego zimną, jasnoniebieską wodą z pobliskiego lodowca. Tutaj urządziliśmy sesję fotograficzną. Przesłaliśmy również specjalne życzenia naszym ojcom, jako że był to Dzień Ojca. Następnie rozdzieliliśmy się. Grzesiek i Krzysiek postanowili wyruszyć w długą i trudną trasę na szczyt góry Fonnabu, skąd mogli podziwiać lodowiec górski Folgefonna w pełnej okazałości. Natomiast ja, Klaudyna, Kasia, Iga i Julka wyruszyliśmy pod czoło jęzora lodowcowego. Trasa była trudniejsza, niż przypuszczaliśmy (wcale nie była „family fun”, jak to określał przewodnik). Dodatkowo była fatalnie oznakowana. Później okazało się, dlaczego. Otóż wiele lat temu wytyczono szlak pod czoło lodowca, ale od tego czasu lodowiec bardzo mocno się cofnął. Teraz czoło jęzora jest znacznie wyżej, a dotrzeć tam jest nie tylko trudno, ale i niebezpiecznie, o czym informują ustawione tablice ostrzegawcze. Niemniej podeszliśmy tak blisko, jak to było możliwe, a naszym oczom ukazała się jaskinia lodowa! Wejście do niej byłoby bardzo niebezpieczne, dlatego oglądaliśmy ją z daleka, ale i tak to, co zobaczyliśmy wewnątrz, było piękniejsze, niż można by przypuszczać. Błękitny lód mieniący się niczym kryształ, świecący światłem przenikającym przez pokrywę lodową. Z bramy lodowej wysokiej na ok. 5 metrów wypływa rzeka lodowcowa w postaci wodospadu. Zobaczyć to na żywo to zupełnie co innego, niż znać zjawisko z podręcznika akademickiego.

Jako że z wykształcenia jestem geografem, wycieczka przypomniała mi wszystkie wiadomości o lodowcach, które zdobyłem na studiach wiele lat temu. Mogłem podziwiać młodą rzeźbę postglacjalną i porównywać ją z rzeźbą naszych Tatr, a nawet z rzeźbą mojego rodzinnego Krakowa. U nas stara rzeźba ze zlodowacenia krakowskiego, a tam świeżutkie moreny i sandry odsłonięte przez lodowiec zaledwie przed kilkunastoma – kilkudziesięcioma latami! Chętnie pokazałbym tempo deglacjacji wszystkim tym niedowiarkom, którzy wątpią w ocieplenie klimatu. Niestety, ten lodowiec, jak i wiele innych, w ciągu kilkudziesięciu lat zniknie z powierzchni Ziemi.

Kolejnym punktem wyprawy był język trolla, czyli Trolltunga. Aby tam dotrzeć, studiowaliśmy przewodniki, rady miejscowych polskich żeglarzy oraz fora internetowe. Wynikało z nich jasno, że trasa jest trudna i lepiej wybrać się przy ładnej pogodzie. Deszczowe dni, ale i prognozy pogody przyczyniły się do tego, że decyzję o wyruszeniu na wycieczkę przełożyliśmy aż na środę (27 czerwca). Dało to nam jednak sposobność do zwiedzenia wielkiego, pięknego wodospadu Tveitafossen w pobliżu portu Konsarvik. Potężne masy wody, pył wodny w otoczeniu wodospadu… To po prostu trzeba zobaczyć. Oczywiście Grzesiek, najlepszy piechur z naszej załogi, pobiegł pod górę zobaczyć trzy pozostałe wodospady… Ale nie każdy jest maratończykiem. Większość z nas zadowoliła się tym jednym. W wiosce po drodze nad wodospad zwiedziliśmy niewielki, trzynastowieczny kościółek. Wokół niego cmentarz, gdzie nowe groby sąsiadują ze starymi, kilkusetletnimi. Naszą uwagę zwróciło również malowidło na ścianie wewnątrz kościoła. U stóp anioła namalowany był nie tyle zwykły diabeł, co… goblin! To ślad przenikania się religii chrześcijańskiej z wcześniejszymi, pogańskimi wierzeniami w czasach chrystianizacji.

Na końcu przepięknego fiordu Hardangerfjord spodziewalibyśmy się równie klimatycznego porciku jak te, które mijaliśmy do tej pory. Niestety, zarówno Tyssedal, skąd wyruszają wycieczki do Trolltungi, jak i Odda, to niewielkie, ale przemysłowe miasta z dymiącymi kominami. W Tyssedal jest jedna przystań, ale dla miejscowych żeglarzy, więc nas wyproszono. W Oddzie podobna marina tylko dla autochtonów, i tylko jedna maleńka kejmiejska – maksymalnie na wa jachty – bez prądu i bez wody, na szczęście wolna. Trudno, dobre i to. W końcu przypłynęliśmy tutaj nie po to, aby stać w porcie, a iść na wycieczkę. Świecące słońce zachęcało właśnie do tego, dlatego w środę rano wyruszyliśmy autokarem do Skjeggedal, potem jeszcze busem 4 kilometry stromo pod górę po asfalcie, aby rozpocząć kilkugodzinną, pieszą, górską wycieczkę do jednego z najsłynniejszych miejsc w Norwegii. Początkowo trasa pnie się w górę, ale nie jest aż tak trudna, jak to opisują przewodniki. Niejedna tatrzańska trasa jest znacznie trudniejsza. Po około 2 kilometrach szlak wiedzie rozległym płaskowyżem. Niemniej szlak jest bardzo długi, więc ostrzeżeń nie należy lekceważyć. To w końcu góry. Pogoda może się zmienić bardzo szybko, może na przykład przyjść mgła (nam to się przytrafiło w drodze powrotnej!), więc nawet tutaj można zgubić drogę. Znowu niezawodne okazało się doświadczenie Grześka, który pewnie prowadził nas nawet przy ograniczonej widoczności. A do tego niósł dodatkowy prowiant, wodę (i inne niezbędne rzeczy…).

Widoki z góry są obłędne. A sama Trolltunga… Nie bez przyczyny kolejka do zrobienia zdjęcia na języku trolla jest bardzo długa. Niestety, część z nas miała pecha, bo zanim przyszła ich kolej do pamiątkowej fotki, całą okolicę osnuła mgła. Za to spełniło się marzenie Julki – mogła wreszcie „zjeść chmurę”!

Wkrótce po powrocie na jacht okazało się, że mimo iż Odda jest osłonięta ze wszystkich stron, to silny wiatr, który się podniósł wieczorem, utworzył krótką, spiętrzoną falę. Jacht zaczął skakać niebezpiecznie przy maleńkiej kei. Nie było innego wyjścia – trzeba było opuścić port. Do końca rejsu było już mało czasu, więc płynęliśmy prawie dobę przez fiordy przy dość silnym wietrze w pobliże portu docelowego.

Zatrzymaliśmy się w porcie Kleppholmen. Według mapy głębokość wejścia wynosi w nim 0,5m. Trochę dziwne, bo widać, że w porcie stoją jachty. Telefon do bosmana utwierdził nas jednak w przekonaniu, że wejście jest bezpieczne i głębokie. Porcik prowadzony jest przez starsze małżeństwo, których zdjęcia i pamiątki z wypraw rozwieszone są w salce klubowej udostępnionej gościom. Tutaj spędziliśmy resztę wieczoru w miłej atmosferze.

Rano już krótki przeskok do Bergen na spotkanie z Mietkiem, kapitanem następnej załogi. Tutaj odwiedził nas również Grzegorz – kolejny polski żeglarz mieszkający w Norwegii. Podarował dla jachtu kilka drobiazgów, m. in. wkrętarkę, awaryjne żagle i inne przydatne przedmioty. Załoga zwiedziła miasto –między innymi słynny targ rybny i dzielnicę starych magazynów portowych Bryggen –a także wjechała kolejką na górę, skąd rozciągał się piękny widok na miasto i okolicę.

I tak zakończył się kolejny udany rejs, z wesołą załogą, tym razem rejs żeglarsko-trekkingowy. Udało się osiągnąć wszystkie założone cele, wspomnienia pozostaną na zawsze. Dla mnie osobiście najważniejsze jest to, że żeglarstwo chyba spodobało się mojej córce, Julce.

Pełną relację z całej wyprawy Fundacji 4 Kontynenty „I Love Norway 2019” Sail & Trekking – Porta Sailing Team można śledzić dzień po dniu na blogu 

Marcin Filipiak

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty


Kategorie
Blog

Fiordy północy Sail & Trekking, dzieciaki w drodze na Nordkapp Porta Sailing Team

Przylatujemy do Tromso po 21 godzinie wszystko przez to, że Wizzair zmienił godzinę wyloty z rana na wieczór. Oznacza to, że mamy o jeden dzień mniej na rejs. Ale co mamy planować kiedy i tak wszystko będzie dyktowane przez pogodę. Generalnie płyniemy na północ.Z lotniska odbiera nas Kuba młody chłopak, który przyjechał dorobić sobie na kolejny rok nauki. Przyjechał na miesiąc akurat ma dzień wolny więc nam pomaga. My płacimy mniej za transport do mariny a on dostaje w zamian rzeczy warte w Norwegii krocie i nie takie łatwe do kupienia… Dzięki niemu bardzo szybko możemy się zainstalować na jachcie. Kapitan odbierał jacht poprzedniego dnia i właśnie zakończył zmywanie pokładu.

– Wiecie właśnie oprawiałem ryby i postanowiłem spłukać tą całą krew z kokpitu żebyście nie myśleli bógwico…

– Kapitan wyszedł do nas w T shircie i crocsach na bosych nogach (ale w czapce na głowie) Na zewnątrz jest około 12 stopni i wieje przykry wiatr z północy. Jak on to wytrzymuje?

– Głodni jesteście? Jest świeża ryba…

Dopiero teraz czujemy, że po całym dniu w podróży jesteśmy porządnie głodni. Odpalamy zatem lokalną kuchenkę żeby usmażyć ryby a w tym czasie płyną opowieści. Maciek odebrał jacht i po przeglądzie jednostki postanowił odbyć próby morskie. Wyskoczył godzinę drogi z portu i zarzucił wędkę. W ciągu godziny złowił wiadro dorsza, którego właśnie skończył oprawiać. Ciężko nam co prawda idzie ich smażenie – na pomoście wieje i płomień jest mizerny, szukamy jakiegoś miejsca bardziej osłoniętego od wiatru, ale nie bardzo nam się to udaje… W końcu coś tam udaje się nam upiec i zasiadamy do kolacji. Sączymy opowieści i snujemy plany – ot zawsze tak jak jest na początku nieznanego…

Po kolejnym dniu pełnym załatwiania różnych ważnych i mniej ważnych spraw w Tromso wypływamy. Na razie na silniku bo wiatr wieje nam centralnie w dziób. W ten sposób powoli oswajamy się z jednostką i przyzwyczajamy nas i nasze dzieci do rutyny na jachcie. Osłonięci od morza przez ciąg wysp nie czujemy dużego falowania więc na razie nastroje są dobre. Siadają dopiero jak musimy przeskoczyć przez odcinek otwarty na falowanie morza. Wtedy nastroje gwałtownie spadają. Pojawia się trochę zieleni na twarzach szczególnie na tych najmłodszych, ale chłopcy dzielnie się trzymają. Nawet namawiani przez kapitana, który mówi im , że wymioty naprawdę pomogę, każdy zaciska zęby i nie chce wypuścić nic z żołądka…

Aby poprawić nastroje kapitan wybiera najciekawsze przejścia pomiędzy wyspami – widoki rzeczywiście powalają – kształty wysp na północy ozdobione płatami pól śniegowych i zasłonięte lekkimi chmurkami formującymi się na naszych oczach. A jednocześnie ostre północne słońce, które zgaśnie dopiero za kilka tygodni…

Załoga jednak chce więcej – dwunastolatki chcą łowić ryby! Kapitan już się na to przygotował, specjalnie prowadzi rejs między wyspami, ponieważ chce znaleźć się w miejscu, które ma taką charakterystykę dna, która szczególnie odpowiada dorszom. Wypływamy na szeroki akwen pomiędzy wyspami – coś jest na rzeczy ponieważ widać przynajmniej dwie inne łodzie ewidentnie łowiące ryby. Chłopcy odprzodkowywują swoje wędki i rzucają. Wydawało mi się, że takie rzeczy przytrafiają się tylko na filmach. Już za pierwszym zarzuceniem wyciągają po solidnym dorszu – każdy około 3 kg wagi. W ciągu pół godziny mamy siedem ryb i myślę że już po zabawie. Nie znam jednak wędkarzy – oni dopiero się rozkręcają. Rzucają a ryby ciągle nie przestają brać. W pewnej chwili Mariusz prosi o pomoc ponieważ wyraźnie czuje, że złapał coś cięższego. – Może to dwa albo trzy dorsze na raz? Nie – to się strasznie rzuca. Czekamy aż podciągnie zdobycz bliżej dna. Ja mam nadzieję, że to stary koc, albo opona. Nie dlatego, żebym źle życzył Mariuszowi czy wędkarzom w ogólności tylko jestem przerażony ilością mięsa, które będziemy musieli zużytkować. Jest nas co prawda ośmiu chłopa w tym czterech w wieku nastoletnim, ale nawet oni nie wytrzymają takiej obfitości…

Jednak Neptun postanowił nas obsypać rybami – Mariusz wyciąga 3 razy dłuższą rybę niż dorsz. – Co to jest? Krzyczy. To chyba zębacz. No to na pewno zębacz – popatrz jakie mu kły wystają z pyska. Rzuca się niemożebnie i trudno go wciągnąć na pokład, od razu się wywija ale w końcu udaje się go wciągnąć do kokpitu. Ale to jeszcze bardziej zagrzewa wędkarzy do walki. Ciągną i ciągną i przestać nie mogą. W końcu kapitan daje znak, że wystarczy. Mamy napełnione wszystkie wiadra i jeszcze kilka ryb z zębaczem na czele poza wiadrami. Sami nie chodzimy po gretingu kokpitu unikając zębów ryby, która od czasu do czasu jeszcze podskoczy i ziewnie ale tak, że łatwo sobie wyobrazić jak by to się mogło skończyć, gdyby w pobliżu była jakaś stopa lub ręka…

Po oprawieniu ryb mamy ponad 15 kg rybich tusz więc spieszymy do portu żeby je w spokoju skonsumować. Wachta kambuzowa Rafał z synem smażą je na głębokim tłuszczu. Jak smakowały? Napiszę tylko tyle: teraz rozumiem, wędkarzy, którzy nie jedzą ryb. Poza tymi których nie złowią sami.

– Czego dodaliście do tych ryb, że są takie dobre?

– Przede wszystkim świeżej ryby!

Nigdy nie zjadłem tak dobrego dorsza. Nigdy już nie zjem dorsza w smażalni w kraju. Miękki, delikatny w smaku, kruchy i rozpływający się w ustach. Tak powinien smakować dobry dorsz, a ja dowiedziałem się o tym dopiero teraz kiedy już skończyłem 50 lat!

Za nami pierwsze 70 mil drogi. Następne odcinki to okazja do żeglowania na żaglach i coraz trudniejsze warunki. Prognoza mówi o pełnym zachmurzeniu, niższych temperaturach i nieustannym wietrze. Ale w sumie po to tu przyjechaliśmy. Nie tylko po dorsze, ale po to, żeby poczuć co znaczy wiatr we włosach i kawał niedźwiedziego mięsa.

Jacek

Kategorie
Blog

Pingwiny z Madagaskaru – Porta Sailing Team

Jak ten czasy szybko ucieka  już 17 lipca. Podróż do Medby rozpoczęliśmy już z samego rana. Okazało się że nowo zbudowany pirs w Harstad do którego byliśmy zacumowani jest “resident area”. Czyli dla jachtów, które wcześniej dokonały rezerwacji miejsca. Jednak mentalność norweska jest inna niż w Polsce i nie mieli tego nam za złe. Dalsza podróż mijała spokojnie na ciężkiej pracy manewrowania żaglami aby złapać wiatr. Mijając od południa wyspy Rolla oraz Androja odbijaliśmy na północny wschód. Po drodze piękne widoki górzystych terenów wysp. Koło 17.00 dotarliśmyw okolice Medby. Na miejscu okazało się że nie ma już dla nas miejsca w porcie. Kierujemy sięw głąb fiordu Sagfjorden. Zatoczki otoczonej strumykami, wodospadami wysokimi górami. Na samym końcu znajduje sięmiasteczko Sjøvegan. Spokojna miejscowość zaskakiwała nas od samego początku. Na mapach to mały porcik w rzeczywistości duży pirs oddany w tym lub maksymalnie zeszłym roku. Port jest otoczony falochronem, z którego wpływających wita stadko pingwinów (pewnie zwiały z Madagaskaru) . Przy samym porcie jest dużo sklepów, stacja disla, łazienka. W mieście znajduje się mały kościółek a nawet duże boisko. Będąc tutaj czujemy się jak odkrywcy na nowych lądach. Wracając wieczorkiem z miasta znalazłem sklep z asortymentem „niezbędnym” żeglarzom. Podobno takich sklepów jest tylko 120 na całą Norwegię, uwaga otwarte od 11 w środę. Sądzę że jutrzejsze poranne wypłynięcie trzeba będzie przełożyć.

ps. Jemy tak intensywnie ryby aż w pompie kingstona wyrobiła się uszczelka, jakieś kwasy czy jak?  Nowy zestaw dotrze jutro. Na marinetrafick podobno nas nie widać ? Wszytsko działa dobrze więc nie wiemy w czym jest problem i staramy się go rozwiązać. Z ogłoszeń parafialnych jutro przylatuje panie kapitan Ania która poprowadzi kolejny etap i może przywiezie nowy zestaw uciech portowych. 

Edwin