Kategorie
Fundacja 4 Kontynenty

Fundacja 4 Kontynenty Team

To my tworzymy zespół Fundacji 4 Kontynenty

Ekipa tworząca zespół Fundacji 4 Kontynenty to osoby pozytywnie zakręcone.  Na co dzień pracujemy w prywatnych firmach. Jesteśmy lekarzami, managerami, nauczycielami, monterami, magazynierami, architektami, programistami, budowlańcami, instruktorami, kierowcami, czy logistykami. Swoje pasje realizujemy poprzez organizację różnych eventów Fundacji 4 Kontynenty, na które zapraszamy każdego chętnego i ciekawego świata oraz przygód. Chętnie dzielimy się swoim doświadczeniem, wiedzą i umiejętnościami. Nasze działania są całkowicie non profit, nikt z nas nie pobiera wynagrodzenia za działalność w Fundacji 4 Kontynenty. 

Poniżej przedstawiamy Wam nasze sylwetki. Każdy napisał sam o sobie, choć nie było to łatwe…

Zarząd Fundacji 4 Kontynenty

Leszek podróżnik

Leszek Warchoł

Zapalony żeglarz i podróżnik. – Lubię brać udział w regatach, preferuje dobrą zabawę. Żeglarstwem zarażam innych i robię to skutecznie jako instruktor. Posiadam praktykę w szkoleniach dzieci i młodzieży Z dobrą kompanią popłynę w każdy rejs. Przy okazji zabiorę ze sobą gitarę i dużo dobrego humoru.

 

Mariusz „Mario” Noworól

Jestem zapalonym podróżnikiem, żeglarzem, rowerzystą. Z pasją angażuję się w projekty, które pomagają innym rozbudzać ciekawość świata. Marzę, aby razem z Fundacją, wielu młodych ludzi przeżyło wspaniałe chwile na morzach i oceanach. Zwłaszcza ci, dla których podobne wyprawy mogą być tylko marzeniem. Wierzę, że wspólnie z przyjaciółmi, którzy zdecydowali się pomóc w realizacji tych wypraw, doprowadzimy projekt do szczęśliwego finału.

Mariusz Noworól podróżnik i skipper

Inicjatorzy naszych przedsięwzięć - Góry , Trekking

ekipa tworząca zespół Aneta Matula podróżnik górski

Aneta Matula

Zwariowana marzycielka, która wyznacza sobie cele i uparcie do nich dąży, szukając wiecznie nowych wyzwań. Fotomodelka, podróżniczka kochająca góry wysokie, plecak i buty trekkingowe oraz adrenalinę. Europę zamierza zwiedzać dopiero na emeryturze. Wesoła, szczera i spontaniczna… Dzięki mężowi spełniła swoje największe marzenie – pilotowała samolot ultralekki. Od niedawna pasjonatka świata podwodnego.

Krzysztof Matula

Jego osobowość oddaje w pełni przysłowie: Cicha woda brzegi rwie. Nie ma chyba rzeczy, których by nie spróbował. Uwielbia wyzwania i ciągle szuka nowych. Twierdzi, że każdy pomysł podróży czy wspinaczki górskiej jest dobry. Wszystko jest do zrobienia, ale tylko wtedy, gdy jest dobrze przemyślane i zorganizowane. Racjonalista, potrafi swoimi pomysłami zaskoczyć nawet samego siebie! Fotograf z zamiłowania, programista z zawodu. Obecnie pracuje nad budową kolejnego drona, którym będzie mógł filmować w locie. 

ekipa tworząca zespół Krzysztof Matula podróżnik
ekipa tworząca zespół Grzegorz Grochowski podróżnik

Grzegorz „Grochu” Grochowski

Z górami miałem styczność „od zawsze’”, gdyż pochodzę z Ziemi Sądeckiej i od dziecka miałem je przed oczyma. W latach szkolnych zacząłem je poznawać bliżej, najpierw przez wyjazdy kolonijne, a w czasach licealnych już samodzielnie z innymi wariatami. Z czasem tak więc się zrobiło, że zamiast patrzeć z dolin na góry – zacząłem z gór patrzeć w doliny. I jakoś tak potem już poszło.

Arek Palczak

Jestem łysy bo testosteronu potrzebuję na wyprawy w wysokie Alpy. Łucznictwo i fotografia to dwie kolejne pasje, w których się odnajduję. Wrażliwy na piękno przyrody i krzywdę innych. Chyba wystarczy. Narcyzem nie jestem.

ekipa tworząca zespół Arek Paluczak podróżnik
ekipa tworząca zespół Asia i Rafał czyli Romki na końcu świata

Romki na końcu Świata – Joanna i Rafał

Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce. Staramy się żyć zgodnie z tą regułą i poznawać cały świat. Na wszelkie dostępne sposoby.

Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 Kurs na Lofoty – trekingowa przygoda Porta Sailing Team.

Sail & Trekking po Lofotach – Porta Sailning Team 

W piątek 19 lipca załoga pojawiła się na jachcie popołudniu. 

Przyjechaliśmy z różnych stron Polski. Najsilniejsza grupa pochodziła z Suwałk i okolic, ale była również reprezentacja Krakowa, Poznania i Warszawy. Większa część miała niewielkie doświadczenie na morzu w zamian za to mnóstwo zapału i chęci uczenia się. Oczekiwania też były różne. Chcieli wędrować, podziwiać przyrodę a przy okazji pożeglować.

Po zaształowaniu rzeczy jeszcze wieczorem ruszyliśmy zwiedzać Tromsø. Spacerkiem minęliśmy Arktyczną Katedrę by o północy podziwiać przepiękną panoramę ze szczytu wzgórza Fjøla górującego nad miastem.

Następnego dnia wypłynęliśmy na południe ku Lofotom. Pierwszy postój był w Finnsnes, później popłynęliśmy do polecanego nam przez poprzednią załogę Sjøvegan. Pingwinów już nie było za to sami zamieniliśmy się w morsy. Kąpiel w morzu z widokiem na ośnieżone góry za kołem polarnym to niezapomniane wrażenie. Zaskoczył nas też kolor wody. Turkus kojarzy się zwykle z tropikami a tu tym kolorem przywitała nas Arktyka.

Lødingen to pierwsza miejscowość na Lofotach, którą odwiedziliśmy. Port ma bardzo płytkie wejście natomiast ze wzniesienia przy samej marinie rozciągała się wspaniała panorama okolicy a w poświacie kończącego się dnia wyglądała imponująco. Zdjęcie robiłam tuż po północy i tu nasunęło się pytanie: Czy to zachód, czy wschód słońca? Po długiej dyskusji ustaliliśmy, że jeżeli światło jest pomarańczowe to zachód a jeżeli różowe to wschód. Zatem jeszcze zachód! Nocy tu teraz nie ma. Miejscowi mówią, że będzie w sierpniu ( czyli już po naszym wyjeździe ;))

Rano wyruszyliśmy ku nieformalnej stolicy i największemu miastu Lofotów czyli Svolvær. Po drodze zrobiliśmy sobie postój na połów ryb. Przy wejściu do portu przywitał nas pomnik żony rybaka z niepokojem patrzącej w morze.

Samo miasto zachowało tradycyjną zabudowę i nawet nowe budynki stylizowane są na stare. Tu po raz pierwszy pojawiły się czerwone domki. W dawnych czasach rybacy taką farbą malowali swoje domy, by zapobiec butwieniu drewna. Dzisiaj nawet nowe budynki w nawiązaniu do tradycji mają taki kolor.

Następny dzień wymagał od załogi dużo samozaparcia. Nie dość, że płynęliśmy pod dość silny wiatr, to mgła, mżawka i temperatury poniżej 10 st C nie pozwoliły cieszyć się panoramą najpiękniejszej części Lofotów. Ale nie ma tego złego… popołudniu zawinęliśmy do Henningsvær. To tzw. Wenecja północy. Miejscowość położona jest na kilkunastu wyspach i posiada najpiękniej położone boisko piłki nożnej na świecie. 

Cała miejscowość zachowała tradycyjną zabudowę a uwagę przyciągają jeszcze ciekawe murale. 

Wokół Henningsvær jest wiele szlaków turystycznych, niestety nisko zalegające chmury wyraźnie dały nam do zrozumienia, że nie ma sensu wspinać się na okoliczne wzgórza. Następnego dnia miało się to zmienić.

Raniutko ruszyliśmy ku końcowi świata. Najbliżej południowego krańca Lofotów leży porcik w Sørvagen. Stąd malowniczo krętą drogą ruszyliśmy ku ostatniej miejscowości archipelagu – Å. Litera Å jest ostatnią literą alfabetu norweskiego więc nazwa miejscowości jest nieprzypadkowa. 

Sama miejscowość jest niewielka a za nią z półwyspu rozciąga się przepiękny widok. To niezwykłe miejsce sprzyja kontemplacji przyrody i wyciszeniu. Tu uprawialiśmy jogę.

Jeszcze tego samego dnia wypłynęliśmy do leżącego 4 mile na północny wschód Reine. Ta przepiękna niewielka miejscowość rozciągnięta jest na kilkunastu wyspach. Tradycyjnie zabudowana czerwonymi domkami i otoczona rusztowaniami, na których miejscowi rybacy suszą sztokfisza – suszonego dorsza. Na szczęście dla nas ryby zostały już zebrane, bo ich zapach nie należy do najprzyjemniejszych aromatów na świecie. 

Nad Reine góruje Reinebringen – szczyt o wysokości 448 m n.p.m., którego stroma, prawie pionowa ściana opada ku zatoce, nad którą leży Reine. Na szczyt wzniesienia wiodą schody więc wejście mimo, że długie i męczące jest stosunkowo łatwe. Kłopoty mogą mieć jednak osoby z lękiem wysokości. Panoramę Reine i okolicy podziwialiśmy w promieniach zachodzącego ( na pomarańczowo) słońca. Ten widok zrekompensował nam zmęczenie i trudności wspinaczki w dwójnasób. Jest to najpiękniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić. 

Powrót w stronę Tromsø rozpoczął się od zmiany kierunku wiatru. Znów trzeba było płynąć pod wiatr. Ale cóż „jeśliś dzielnym żeglarzem radę sobie dasz” zatem rządni kolejnych wrażeń ruszyliśmy na północny wschód. Niedaleko Reine znajduje się następna perełka Lofotów – maleńki Nusfjord. Niestety jedyne trzy miejsca, gdzie można byłoby stanąć były zajęte, zatem wpłynęliśmy i zaraz wypłynęliśmy z niewielkiej zatoczki, wokół której położona jest miejscowość. Tego dnia nisko zalegające chmury nie pozwoliły nam podziwiać głowy trolla na skale naprzeciwko Nusfjordu. Ciekawy układ naturalnie ukształtowanych skał obserwowany pod odpowiednim kątem pozwala tam rozpoznać wielką, brodatą twarz. Okolica słynie również z orłów ale i tych przy nisko zawieszonych stratusach nie mogliśmy dostrzec. Szukając trolli popłynęliśmy do nomen omen Trollfjordu. Tu widoki były wspaniałe. Wąziutka lecz głęboka polodowcowa zatoczka otoczona jest prawie pionowymi ścianami skalnymi a nad nimi górowały oświetlone promieniami zachodzącego słońca szczyty. To prawie jak pływanie jachtem morskim w Tatrach.

Kolejny postój mieliśmy w Sortland. To spore miasto i port w północnej części Lofotów niestety zabudowane jest raczej nowocześnie. Po krótkim odpoczynku, wiedząc, że nadciąga dość silny wiatr popołudniu ruszyliśmy w stronę Tromsø. Był to jeden z najciekawszych i najdłuższych odcinków naszego rejsu. Koło północy minęliśmy most ( dla jednej z załogantek był to pierwszy most w życiu, pod którym sterowała z wielkimi emocjami) i wpłynęliśmy na wąski ale bardzo dobrze oznakowany tor wodny. Przyświecał nam cieniutki księżyc w nowiu.

Rano wypłynęliśmy na szerokie wody i w końcu można było postawić żagle. Cały dzień przy pięknej pogodzie halsowaliśmy by na wieczór skryć się w cieśniny przed narastającym wiatrem. Postój zrobiliśmy w odwiedzonym już wcześniej Sjøvegan.

Kolejny dzień to przelot do Finnsnes gdzie rano załoga podzieliła się na dwie ekipy. Dziewczyny spragnione trekkingu poszły zwiedzać miasto i wejść na okoliczne wzgórza, kapitan i chłopaki połynęli łowić ryby.

Wieczorem posileni przepyszną kolacją ruszyliśmy na północ. Około 8 mil przed Tromsø jest bardzo ciekawe miejsce. Na środku cieśniny znajduje się wyspa Ryøya. Można ją opłynąć jedynie od północy a w przesmyku tworzą się silne prądy. Tędy również wiedzie tor, którym pływa sporo statków i promów, więc planując przepłynięcie tamtędy należy dobrze sprawdzić, czy nagle nie wyskoczy na nas wielgachny prom czy tankowiec. Pokonanie 3 kabli zajęło nam około godziny a frustrację sternika wzbudzał żółty domek na brzegu, który przez dłuższy czas znajdował się na trawersie jachtu i nie zmieniał swego położenia.

Nad ranem zmarznięci ale bardzo szczęśliwi dopłynęliśmy do mariny w Tromsø. Norwegia pożegnała nas stadami maskonurów ( przez niektórych nazywanych „płaskonurami”) i delfinami.

Cały etap trwał dwa tygodnie. Przepłynęliśmy 461 mil, odwiedziliśmy 9 portów ale najważniejsze, że zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze miejsca na Lofotach. Majestat przyrody, piękne widoki i wspomnienia wędrówek będą najlepszą pamiątką z rejsu.

Dziękuję Wam moja Lofocka Załogo!

Anna Jackiewicz 

Kategorie
Blog

Dzieciaki na Nordkapp – Porta Sailing Team. Rejs ojców z synami.

Nordkapp. Cel geograficzny Rejsu Ojców z Synami. Od wypłynięcia z portu w Tromso Kapitan Maciej Hejna przygotowywał nas do niego długimi przeskokami. Odcinek z Akkarfjord do Nordkapp wynosi 55 mil morskich. Cumy oddaliśmy o północy. Pierwszą dwugodzinną wachtę pełnili 3 synowie – Kacper, Krzysiek i Tomek, oczywiście pod nadzorem Kapitana i jednocześnie Taty – Macieja. O godzinie 02:00 ster przejął duet Maciek (syn) i Rafał (tata). Płynęliśmy na silniku pod wiatr wiejący z północy, wspinając się mozolnie na fale. O czwartej wachtę za sterem przejęli ojcowie Jacek i Mariusz. Rafał został na pokładzie i cała trójka odbyła ciekawą pogawędkę o życiu. Sceneria morza i rejsowe emocje sprzyjały tematyce.

Ciri dzielnie pruła dziobem morze kursem 40-50 stopni w kierunku celu. Wiatr i niesione nim od dziobu krople wody docierały do naszych twarzy. Żywioł budzi szacunek i podziw, zwłaszcza u ludzi, którzy jak większość z nas są na morzu po raz pierwszy. Dużo prawdy jest w twierdzeniu, że kto raz posmakował morskiej wody będzie chciał do niej wrócić.

Nordkapp ukazał się nam przed godziną 11. Linię dzielącą Morze Norweskie z Morzem Barentsa, czyli najwyżej położony na północy punkt lądu (wyspy Mageroya) przecięliśmy kilka minut przed dwunastą. To był fantastyczny moment i wspaniałe przeżycie dla całej załogi. Pan Kapitan zaprosił wszystkich na pokład, żeby w ten symboliczny sposób każdy mógł poczuć żeglarskie emocje. Nasi nastoletni synowie będą mieli dobre wspomnienia w przyszłości. Dla nas ojców to przyjemne drżenie w sercu i myśl, że ja i mój syn zrobiliśmy razem coś, na co nie każdy się zdecyduje. W końcu sierpień w Polsce kojarzy nam się z ciepłem. Tutaj temperatura w okolicach 7 stopni Celsjusza, wiatr z północy przenika ciało. Jednak duszę człowieka rozgrzewa radość. Zrobiliśmy to! W ciągu 12 godzin pokonaliśmy 55 mil morskich. 6 dnia wyprawy osiągnęliśmy cel. Trzeba to uczcić 😉

Rejs Ojców z Synami to nie tylko Nordkapp. Znacznie istotniejsze jest spędzanie czasu razem. Wspólne gotowanie kiedy jest wachta kambuzowa. Prace pokładowe i bosmańskie, kiedy płyniemy lub stoimy w porcie. Budowanie poczucia odpowiedzialności za innych członków załogi i jacht. Wspólne łowienie ryb kiedy stajemy w dryfie. Poznawanie przyrody. Dwa razy niedaleko przepłynęły delfiny, cicho i spokojnie. Po raz pierwszy widzieliśmy maskonury, niewielkie ptaki nurkujące w wodzie i przelatujące nad nią w kluczach niczym nasze kormorany. Każdy port czy zatoka to jakaś historia. Poznawanie świata z jachtu jest wspaniałym przeżyciem, a żeglarstwo fantastyczną szkołą. A ogniwem idealnie to wszystko spajającym jest Kapitan. Maciej Hejna. Najważniejszy człowiek na pokładzie.

Rafał 

Wspieraj remont  jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty




Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 – Za koło podbiegunowe do bram Arktyki Porta Sailing Team

I Love Norway 2019 – Za koło podbiegunowe do bram Arktyki

29.06.2019 r. po całonocnej podróży, o godzinie 8:00 wylądowaliśmy na lotnisku w Bergen. Pozostał nam już tylko zajęczy skok tramwajem, by znaleźć się w porcie, gdzie czekała już na nas załoga poprzedniego etapu “I love Norway” i s/y Ciri, która na nadchodzące półtora tygodnia miała stać się naszym domem. Norwegia przywitała nas słoneczną pogodą na lądzie, jednak Szanowny Pan Neptun miał wobec nas nieco inne plany. Po zwiedzeniu miasta, zdobyciu (kolejką) góry Floyen i solidnym posiłku, nadszedł nareszcie czas, by rozpocząć naszą przygodę. O godzinie 19:00 oddajemy cumy i ruszamy na północ do bram Arktyki, czyli równoleżnika 66°33’39” N. Kolejna doba minęła nam na żegludze w strugach nieustającego deszczu, w którym to żarliwie składaliśmy do morza “ofiary” Neptunowi, w modlitwie o odrobinę słońca.

30.06. o godzinie 21:00 dobijamy do Maloy znajdującego się na południowej stronie wyspy Vagsoy i będącego jednym z najważniejszych portów rybackich w regionie. Nieustający deszcz niestety pokrzyżował nam szyki i nie pozwolił nam zwiedzić Maloy Kystfort – zabytkowych fortyfikacji znajdujących się nieopodal portu. Postój uprzyjemniła nam jednak zupa z ryb złowionych przez kapitana Mietka Jakubowskiego, a dzieła dokonał rozśpiewany wieczór przy dźwiękach gitary, która jak się później okazało, lepiej pełniła funkcję perkusji, aniżeli instrumentu strunowego.

01.07. o godzinie 11:00 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Deszcz nie zamierzał przestać padać, a choroba morska postanowiła pozostać z nami na dłużej. Zaszczytu zmartwychwstania dostąpiła na szczęście, najbardziej dotknięta wczorajszą chorobą Bożenka – przesympatyczna załogantka, a zarazem jedyna dziewczyna w załodze, a co najważniejsze, od tej chwili samozwańczy kuk, co jak sądze bardzo odpowiadało pozostałym członkom załogi! Mimo odkręcających się relingów, zerwanego szota foka i braku nadziei na skrawek czystego nieba lub kilka promieni norweskiego słońca, które tak dobrze pamiętaliśmy z zeszłorocznej majowej wyprawy na Lofoty, płynęliśmy dalej, a wszystkie niedogodności wynagradzały nam przepiękne widoki rozpościerające się wokół nas.

02.07 o godzinie 6:30 docieramy do Alesund, w którym zabawiliśmy odrobinę dłużej. Mimo niezbyt zachęcającej do spacerów pogody, całą załogą udaliśmy się na wzgórze Aksla słynące (słusznie) z cudownych widoków i zwiedziliśmy okolice portu. Wieczorem Mariusz Noworól, czuwający z brzegu nad naszym bezpieczeństwem, poinformował nas o froncie znad północy, w centrum którego mieliśmy znaleźć się w godzinach, na które planowaliśmy wyjście w morze. Wiatr miał uderzyć z prędkością do 60kt, więc noc postanowiliśmy spędzić w porcie. Zasłużony skądinąd solidny sen na postoju, okazał się tej nocy nieunikniony.

03.07. o godzinie 04:00 z wiatrem i falami ruszamy na północ. Skok zaczyna się spokojnie, a piękno otaczających nas fiordów zapiera dech w piersiach. Po wyjściu w morze wiatr znacząco przybrał na sile. Na małej “gieni” jacht mknął z zawrotną dla niego prędkością 8,5kt niczym morski bolid F1, przyprawiając niektórych z nas o kolejną porcję wrażeń od naszych błędników. Gdy wiatr przybierał wciąż na sile, postanowiliśmy kontynuować podróż fiordami, do czego jednak skutecznie zniechęciły nas warunki, przy których wąskie przejścia między skałami stawały się pozornie jeszcze węższe. Awaria urządzenia sterowego, która w dużej mierze utrudniała manewrowanie Ciri i kolejne zerwane szoty nie ułatwiały sprawy. Problemem okazał się tego dnia również ploter na deku, do pokrowca którego zgodnie z prawem Murphy’ego dostała się woda i na jakiś czas po prostu odmówił pracy.

04.07. o godzinie 10:00 docieramy do Garten. Jakaś magiczna uzdrawiająca moc spłynęła na załogę jak remedium na wszystkie bolączki, a zza chmur jak zaczarowane, uśmiechęło się do nas słońce. Nareszcie! Dzięki życzliwości mieszkańców Tej urokliwej miejscowości szybko naprawiliśmy drobne usterki, rozwiesiliśmy przemoknięte ciuchy i po chwili już mogliśmy napawać się cudowną pogodą, obiadem przyrządzonym wreszcie poza kambuzem i zwiedzaniem tego malowniczego, spokojnego miejsca. Po krótkiej regeneracji, nadszedł czas by ruszyć dalej.

O godzinie 16:00 Ciri wyszła z portu w pięknym słońcu, przy spokojnym wietrze około 3B. Pogoda w końcu nam sprzyjała, co dało się zauważyć po uśmiechach rysujących się nieustannie na twarzach najedzonej, odzianej w suchą odzież załogi. Niestety około północy deszcz przypomniał sobie o naszym istnieniu, a wiatr znów zaczął przybierać na sile. Na nasze szczęście, Neptun znudzony już ofiarami, pomachał nam z uśmiechem na pożegnanie i pozwolił nam w pełnym zdrowiu kontynuować naszą podróż do bram Arktyki.

05.07. o godzinie 8:00 dotarliśmy do Rorvik. Niestety znów przemoknięci. Na lądzie czeka na nas jednak miła niespodzianka – gorący prysznic. Wiadomość o nim wzbudziła niemałe poruszenie wśród uczestników rejsu, co bardzo szybko zaowocowało hucznym szturmem załogi na sanitariaty portu! Rorvik był jednak tylko krótkim epizodem podróży. Po zwiedzeniu okolicy, zakupów w lokalnym markecie, naprawie zepsutej farelki (minutę po kupnie nowej) i przyrządzeniu gorącego posiłku o godzinie 17:00 znów pożegnaliśmy ląd, by choć trochę zbliżyć się jeszcze tego dnia do naszego celu.

Noc przebiegła bardzo spokojnie, choć nadal w deszczu. Wąskimi, pięknymi fiordami toczyliśmy się od brzegu do brzegu, niekończącą się halsówką w stronę Berg. Rano zrobiliśmy krótki postój na płytszej wodzie, w celu uzupełnienia zapasów dorsza i o 10:30 turystyczny palnik na kei w Berg, służył nam już za restauracyjną kuchnię, której szefem był znów sam kapitan Mietek. Restauracyjną, bo chyba każdy kto choć raz smażył rybę wprost z morza wie, że miano kuchni polowej bardzo urąga temu wyśmienitemu daniu.

Po spokojnym wieczorze i długim, całonocnym śnie, czas wziąć się do pracy. Mimo, że w niedzielę nie przystoi grzebać się w smarach, wymiana oleju w silniku, uzupełnienie uszczelek i naciągnięcie paska alternatora, to główne zadania tegoż poranka. Andrzej spisał się w nich na złoty medal! (My na srebrny – pomagaliśmy!) Janek z kolei postanowił dzień święty święcić i udał się do miasteczka na poszukiwania Norweskiej niewiasty, która to odwiedziła nas rowerem na pogawędki dzień wcześniej. Niestety – bezowocne.

07.07. o godzinie 11:00 z poczuciem pozostawienia na brzegu fiordu wielkiej historii miłosnej oddaliliśmy się powoli od Berg. Nadszedł czas, by skupić się na prawdziwym celu naszej wyprawy czyli przekroczeniu magicznego 66°33’39” N. Wiatr o sile ok 1B, prosto w dziób nie ułatwiał nam jednak zdobycia wyczekiwanego przez nas równoleżnika. Tym razem jednak, nikt z nas nie liczył godzin, a ilość przebytych mil w stosunku do odcinka pokonanego w linii prostej do celu, nie zaprzątała nikomu głowy. W suchych ubraniach, z całą załogą na deku, upajaliśmy się słońcem i pięknymi widokami, a odmierzanie czasu pozostawiliśmy ludziom z realnego świata.
Po ponad dobie “kręcenia się” w poprzek fiordów, stwierdziliśmy zgodnie, że o ile naprawdę koło podbiegunowe nieustannie przemieszcza się po kuli ziemskiej, to od nas zdecydowanie ucieka. Po kilku zwrotach i dokładnym zbadaniu kolejnych linii brzegowych, nadszedł czas na wędkowanie. Wędkowanie nietypowe, gdyż w towarzystwie ciekawskich delfinów skutecznie płoszących nam ryby. Nikt jednak nie miał im tego za złe. Te piękne ssaki przysparzały nam chyba o wiele więcej radości, niż kolejne złowione dorsze, a i tych kilka udało się chwycić na haczyki. Bez gazu w butli nie udałoby nam się niestety nic z nich przyrządzić, więc udaliśmy się na poszukiwania cywilizacji. Kapitan nakreślił na ploterze kurs na pobliski port Aldersund Brygger znajdujący się w As, a po krótkiej chwili naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Port ukryty w wąskim fiordzie otoczony wysokimi górami u podnóży których domki wydawały się być dosłownie zabawkowymi makietami. Myślę, że każdemu z nas dech w piersi zamarł na chwilę, na widok tego miejsca. Trudno uwierzyć, że znaleźliśmy się tam niemal przypadkiem.

08.07. o 16:30 dobiliśmy do kei tej pięknej przystani. Sielanka musiała się jednak w końcu zakończyć. Samoobsługowy dystrybutor paliwa był uszkodzony, punktu wymiany gazu brak. Na szczęście spożywczy sklep jeszcze przez chwilę był otwarty, więc przynajmniej kawa, pieczywo i kilka świeżych warzyw wylądowało tego dnia na pokładzie Ciri. Panowie nie zapomnieli również o zapasach na wieczór kapitański, w końcu “jesteśmy bogaci”.
pod owym sklepem napotkaliśmy dwójkę Polaków pracujących aktualnie w tej miejscowości. Rodacy byli bardzo pomocni i życzliwi. Obwieźli nas nawet autem po okolicznych miejscowościach w poszukiwaniu choćby otwartej stacji benzynowej jednak w tych rejonach o godzinie 17:00 można już zapomnieć o jakichkolwiek zakupach poza “spożywką”. Zjedliśmy więc to, co udało nam się upichcić na resztkach z turystycznej butli i ruszyliśmy na północ. W końcu od zdobycia koła dzieliło nas zaledwie kilka mil. Podróż przebiegała spokojnie, w dobrych nastrojach, ale we względnej ciszy. Chyba każdy z nas czuł, że zachwilę znajdziemy się u symbolicznych bram Arktyki. Nagle naszym oczom ukazał się przepiękny pomnik Kuli Ziemskiej na wyspie Vikingen, nieopodal Tonnes, symbolizujący właśnie nasz wyczekany cel. Po chwili z nawigacyjnej dał się słyszeć krzyk kapitana. “Dawać tu aparat, szybko do plotera! mamy to!”. Mimo, że woda pod nami była wciąż taka sama a brzeg nie obsypał się śniegiem, emocje w nas były ogromne. Myślę, że dla każdej osoby kochającej nie tylko żeglarstwoale szeroko pojęte podróże, ten symboliczny moment, przekroczenia koła podbiegunowego byłby ważnym przeżyciem.
Krótka chwila na zdjęcia, symboliczna lampka szampana, budyń – dla nas niczym królewski tort – tylko tyle i aż tyle pozostanie w nas bardzo mocnym wspomnieniem i tkwić będzie w każdym z nas do końca życia.
Po kilku chwilach wszystko wróciło do normy. Jedni poszli spać, inni pozostali na deku podziwiać uroki Norwegii. Ja siedziałem przez kolejne dwie wachty “wlepiony”
w skalne formacje na brzegach fiordów jak w telewizor i nie mogłem uwierzyć, że już jutro znajdziemy się w Bodo – ostatnim porcie naszego etapu “I love Norway”.

09.07. o godzinie 15:00 w gęstej mgle weszliśmy do Bodo. Tu nasza załoga właściwie skończyła swoją podróż. Pozostało nam tylko odnaleźć punkt wymiany gazu, przygotować jacht do przekazania naszym kolegom, którzy mieli pojawić się na nim już nazajutrz i spakować własne graty, co po udanym rejsie nigdy nie przychodzi z łatwością.
Wieczorem zasiedliśmy przy ostatniej na rejsie wspólnej kolacji, czyli wieczorze kapitańskim. Podczas sprzątania okazało się nawet, że mamy jeszcze czym celebrować nasze osiągnięcia. Kapitan Mieczysław jakubowski wygłosił kilka wzruszających słów, podsumował i przedstawił nam swoje spostrzeżenia, po czym uczciliśmy nasze wojaże jak należy. Jako, że w Polsce przywykliśmy celebrować przynajmniej do momentu, gdy robi się ciemno, tym razem nie łatwo było nam zakończyć ten wieczór, gdyż słońce w tym terminie nie ma w zwyczaju chować się za horyzontem w Bodo. Udaliśmy się więc na koncert lokalnego gitarzysty, do jednego z pobliskich barów, gdzie na prawdę poczuliśmy klimat tego wspaniałego, choć zupełnie innego niż nasz kraju.

Środa 10.07. przebiegała w ciszy. Energia, która towarzyszyła nam wszystkim do wczoraj, dziś jakby zgasła. Chyba każdy z nas mimo zmęczenia nie mógł uwierzyć w to, że już za chwilę znajdzie się w samolocie a rejs “Za koło podbiegunowe – do bram Arktyki” pozostanie tylko wspomnieniem już na zawsze. Sprzątanie jachtu, torby na kei, pamiątkowe zdjęcie, drobiazgi dla rodzin w lokalnym sklepie z pamiątkami, wspólny posiłek i spacer na lotnisko – tak szybko jak to powyżej opisałem, przebiegł ostatni dzień naszego niezapomnianego rejsu.
Mamy nadzieję, że nie po raz ostatni mogliśmy być gośćmi tych urokliwych jak i tajemniczych miejsc i doczekamy się w przyszłości wielu powrotów, bo dla takich chwil, miejsc i ludzi, warto czekać, podążać za tym i wracać.

Michał  Osyda

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty


Kategorie
Blog

Fiordy północy Sail & Trekking, dzieciaki w drodze na Nordkapp Porta Sailing Team

Przylatujemy do Tromso po 21 godzinie wszystko przez to, że Wizzair zmienił godzinę wyloty z rana na wieczór. Oznacza to, że mamy o jeden dzień mniej na rejs. Ale co mamy planować kiedy i tak wszystko będzie dyktowane przez pogodę. Generalnie płyniemy na północ.Z lotniska odbiera nas Kuba młody chłopak, który przyjechał dorobić sobie na kolejny rok nauki. Przyjechał na miesiąc akurat ma dzień wolny więc nam pomaga. My płacimy mniej za transport do mariny a on dostaje w zamian rzeczy warte w Norwegii krocie i nie takie łatwe do kupienia… Dzięki niemu bardzo szybko możemy się zainstalować na jachcie. Kapitan odbierał jacht poprzedniego dnia i właśnie zakończył zmywanie pokładu.

– Wiecie właśnie oprawiałem ryby i postanowiłem spłukać tą całą krew z kokpitu żebyście nie myśleli bógwico…

– Kapitan wyszedł do nas w T shircie i crocsach na bosych nogach (ale w czapce na głowie) Na zewnątrz jest około 12 stopni i wieje przykry wiatr z północy. Jak on to wytrzymuje?

– Głodni jesteście? Jest świeża ryba…

Dopiero teraz czujemy, że po całym dniu w podróży jesteśmy porządnie głodni. Odpalamy zatem lokalną kuchenkę żeby usmażyć ryby a w tym czasie płyną opowieści. Maciek odebrał jacht i po przeglądzie jednostki postanowił odbyć próby morskie. Wyskoczył godzinę drogi z portu i zarzucił wędkę. W ciągu godziny złowił wiadro dorsza, którego właśnie skończył oprawiać. Ciężko nam co prawda idzie ich smażenie – na pomoście wieje i płomień jest mizerny, szukamy jakiegoś miejsca bardziej osłoniętego od wiatru, ale nie bardzo nam się to udaje… W końcu coś tam udaje się nam upiec i zasiadamy do kolacji. Sączymy opowieści i snujemy plany – ot zawsze tak jak jest na początku nieznanego…

Po kolejnym dniu pełnym załatwiania różnych ważnych i mniej ważnych spraw w Tromso wypływamy. Na razie na silniku bo wiatr wieje nam centralnie w dziób. W ten sposób powoli oswajamy się z jednostką i przyzwyczajamy nas i nasze dzieci do rutyny na jachcie. Osłonięci od morza przez ciąg wysp nie czujemy dużego falowania więc na razie nastroje są dobre. Siadają dopiero jak musimy przeskoczyć przez odcinek otwarty na falowanie morza. Wtedy nastroje gwałtownie spadają. Pojawia się trochę zieleni na twarzach szczególnie na tych najmłodszych, ale chłopcy dzielnie się trzymają. Nawet namawiani przez kapitana, który mówi im , że wymioty naprawdę pomogę, każdy zaciska zęby i nie chce wypuścić nic z żołądka…

Aby poprawić nastroje kapitan wybiera najciekawsze przejścia pomiędzy wyspami – widoki rzeczywiście powalają – kształty wysp na północy ozdobione płatami pól śniegowych i zasłonięte lekkimi chmurkami formującymi się na naszych oczach. A jednocześnie ostre północne słońce, które zgaśnie dopiero za kilka tygodni…

Załoga jednak chce więcej – dwunastolatki chcą łowić ryby! Kapitan już się na to przygotował, specjalnie prowadzi rejs między wyspami, ponieważ chce znaleźć się w miejscu, które ma taką charakterystykę dna, która szczególnie odpowiada dorszom. Wypływamy na szeroki akwen pomiędzy wyspami – coś jest na rzeczy ponieważ widać przynajmniej dwie inne łodzie ewidentnie łowiące ryby. Chłopcy odprzodkowywują swoje wędki i rzucają. Wydawało mi się, że takie rzeczy przytrafiają się tylko na filmach. Już za pierwszym zarzuceniem wyciągają po solidnym dorszu – każdy około 3 kg wagi. W ciągu pół godziny mamy siedem ryb i myślę że już po zabawie. Nie znam jednak wędkarzy – oni dopiero się rozkręcają. Rzucają a ryby ciągle nie przestają brać. W pewnej chwili Mariusz prosi o pomoc ponieważ wyraźnie czuje, że złapał coś cięższego. – Może to dwa albo trzy dorsze na raz? Nie – to się strasznie rzuca. Czekamy aż podciągnie zdobycz bliżej dna. Ja mam nadzieję, że to stary koc, albo opona. Nie dlatego, żebym źle życzył Mariuszowi czy wędkarzom w ogólności tylko jestem przerażony ilością mięsa, które będziemy musieli zużytkować. Jest nas co prawda ośmiu chłopa w tym czterech w wieku nastoletnim, ale nawet oni nie wytrzymają takiej obfitości…

Jednak Neptun postanowił nas obsypać rybami – Mariusz wyciąga 3 razy dłuższą rybę niż dorsz. – Co to jest? Krzyczy. To chyba zębacz. No to na pewno zębacz – popatrz jakie mu kły wystają z pyska. Rzuca się niemożebnie i trudno go wciągnąć na pokład, od razu się wywija ale w końcu udaje się go wciągnąć do kokpitu. Ale to jeszcze bardziej zagrzewa wędkarzy do walki. Ciągną i ciągną i przestać nie mogą. W końcu kapitan daje znak, że wystarczy. Mamy napełnione wszystkie wiadra i jeszcze kilka ryb z zębaczem na czele poza wiadrami. Sami nie chodzimy po gretingu kokpitu unikając zębów ryby, która od czasu do czasu jeszcze podskoczy i ziewnie ale tak, że łatwo sobie wyobrazić jak by to się mogło skończyć, gdyby w pobliżu była jakaś stopa lub ręka…

Po oprawieniu ryb mamy ponad 15 kg rybich tusz więc spieszymy do portu żeby je w spokoju skonsumować. Wachta kambuzowa Rafał z synem smażą je na głębokim tłuszczu. Jak smakowały? Napiszę tylko tyle: teraz rozumiem, wędkarzy, którzy nie jedzą ryb. Poza tymi których nie złowią sami.

– Czego dodaliście do tych ryb, że są takie dobre?

– Przede wszystkim świeżej ryby!

Nigdy nie zjadłem tak dobrego dorsza. Nigdy już nie zjem dorsza w smażalni w kraju. Miękki, delikatny w smaku, kruchy i rozpływający się w ustach. Tak powinien smakować dobry dorsz, a ja dowiedziałem się o tym dopiero teraz kiedy już skończyłem 50 lat!

Za nami pierwsze 70 mil drogi. Następne odcinki to okazja do żeglowania na żaglach i coraz trudniejsze warunki. Prognoza mówi o pełnym zachmurzeniu, niższych temperaturach i nieustannym wietrze. Ale w sumie po to tu przyjechaliśmy. Nie tylko po dorsze, ale po to, żeby poczuć co znaczy wiatr we włosach i kawał niedźwiedziego mięsa.

Jacek

Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 – Porta Sailing Team

SY Ciri wśród fiordów – I Love Norway 2019 Porta Sailing Team. Rozpoczął się długi, bo prawie trzymiesięczny rejs jachtu Ciri po norweskich fiordach.

Wyruszyliśmy ze Szczecina 8 czerwca 2019 r., po drodze do Stavanger odwiedzając Kopenhagę, wyspę Anholt, Skagen i Flekkefjord. Był to pierwszy etap armatorski rejsu I love Norway 2019 zorganizowanego przez Fundację 4 Kontynenty.

Pierwsze godziny rejsu przebiegły spokojnie. Wiał niezbyt silny wiatr z kierunków wschodnich, bez wysiłku żeglowaliśmy wzdłuż niemieckiego wybrzeża Morza Bałtyckiego do pierwszego portu – Kopenhagi. Jacht płynął spokojnie kołysany niezbyt dużymi falami. Czas płynął leniwie, nocne wachty załoga urozmaicała rozmowami i przekąskami, które oferował bogato zaopatrzony kambuz, zaprowiantowany jak stołówka w modnym kurorcie. Szafki, jaskółki i lodówkę wypełniały po brzegi różnorodne potrawy gotowe, półprodukty, smakołyki oraz napoje.

Podejście do Kopenhagi wywołało poruszenie dość rozleniwionej spokojną żeglugą załogi. Dziesiątki jachtów, motorówek, statków, kontenerowców i wycieczkowców przecinały cieśninę Sund w różnych kierunkach i jachtowy AIS nieustannie alarmował o możliwości bliskiego kontaktu z którąś z jednostek. Na brzegu górowała potężna spalarnia odpadów, z igielitowym torem dla narciarzy, na dachu. W Kopenhaskiej marinie panował spory ruch. Na szczęście łatwo znaleźliśmy miejsce do cumowania. W manewrach portowych pomógł klubowicz mariny, przez żeglarzy zwany niedźwiedziem, ze względu na okazałą sylwetkę. Stanęliśmy u wylotu ścieżki wiodącej do syrenki, co jak się okazało miało swoje konsekwencje, o których z chwilę.

Kopenhaga – królewsko i odlotowo

W Kopenhadze akurat odbywał się Royal Run – biegi na 1 milę i na 10 km. Na odcinku 10 km przez miasto tradycyjnie biegł przedstawiciel królewskiego rodu, książę Danii Frederik z rodziną. Z powodu biegów większość ulic w centrum pozamykano, a chodniki zapełnione były biegaczami i turystami. Na szczęście nad głównymi arteriami komunikacyjnymi przerzucono mostki dla pieszych. Klucząc wśród barierek i tłumów dotarliśmy do restauracji Ankara, która bywa żelaznym punktem załóg Fundacji 4 Kontynenty. Restauracja ….Oferuje bogate menu open table. Wieczorem odwiedziliśmy wyjątkowe miejsce: Christianię – dzielnicę artystów i wszelkiej maści odszczepieńców. W Christianii, zajmującej miejsce po wojskowych koszarach, obowiązuje jakaś niepisana umowa z władzami miasta. Tuż po ósmej rano falami nadciągnęli japońscy turyści. Traktem od kopenhaskiej syrenki wysypywali się wprost na nabrzeże, przy którym stała Ciri i ustawiali do zdjęć tuż przy burcie. Czasami, dla efektowniejszych kadrów, wchodzili nam na jacht. Niektórych sami zapraszaliśmy, co kończyło się zazwyczaj dodatkową sesją fotograficzną z załogą, i głębokimi ukłonami.Nie łatwo było zostawiać Kopenhagę, odpuściliśmy kilka miejsc, które wypada zobaczyć. Ale czas naglił, spieszyliśmy do Flekkefjord, chcieliśmy zahaczyć o Anholt. Do tego prognozy pogody często nie pokrywały się ze rzeczywistością, nie gwarantując, że dotrzemy do celu w zaplanowanym terminie. Przed południem oddaliśmy cumy i przez Sund popłynęliśmy na północ, by wkrótce dotrzeć do zamku Kronborg znajdującego się w Helsingor. Płynąc z dość silnym prądem stoczyliśmy pojedynek na nerwy z kursującymi między Helsingor. a Helsingborgiem promami. Dwa promy mijały się w odległości 200-300 metrów od siebie, a my pomiędzy nimi kręciliśmy kółka czekając, aż przepłyną. Kronborg, zwany zamkiem Hamleta jest bramą Sundu. Za nim zaczyna się Kattegat. Potężna forteca, wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco, stanowiła kiedyś symbol panowania Danii na tych wodach. Przez wieki żeglarze musieli tu uiścić opłatę, aby przedostać się z Kattegatu do Sundu. Opłata która zasilała królewski skarbiec.

Anholt – raj fok i samotników

Wyspa Anholt jest doskonałym miejscem do wypoczynku. I jak się okazuje także do życia. Niestety niewielu stać na tak odważny krok i ucieczkę z miasta, chociaż Dania wprowadziła program zasiedlenia wyspy oferując dom i zwolnienie z wszelkich opłat przez kilka miesięcy. Na wyspie mieszka około 130 osób(dane z 2017 roku). Turyści docierają tu promem i jachtami, których w marinie w sezonie cumuje nawet kilkadziesiąt.Na wiatry w Kattegacie narzekać nie możemy. Nocne podejście do Anholt, przez rozległe mielizny, przy dużym zafalowaniu, i dość silnym wietrze od strony wejścia do portu okazało się trochę stresujące. Siła wiatru wzrosła, w porywach osiągając 6B, do tego z chmur, które podążały za nami od południa zaczął padać deszcz. Podejście do Anholt nie jest oświetlone. Nie ma wyznaczonego toru, nie ma nabieżników, świecą się jedynie główki portowe.W nocy, przy zafalowaniu i wschodnim wietrze robi się nieciekawie. Aby dostać się do mariny od południa, należy minąć kardynałkę zachodnią, następnie wybrać kurs północno wschodni i po jakimś czasie wschodni. Nas, silny, przeciwny wiatr zmusił do halsowanie pośród płycizn, więc uważnie wpatrywaliśmy się w ekran plotera. Na szczęście, kiedy dopadła nas burza, byliśmy już o dwie mile od mariny. Uruchomiliśmy silnik i w strugach deszczu, z błyskawicami za rufą doczłapaliśmy się za główki falochronu.Rano na Anholt zaświeciło słońce. Było przyjemnie ciepło. Załatwiliśmy formalności portowe w automacie, który wydał nam też kartę do prysznica, zjedliśmy śniadanie i pieszo wyruszyliśmy na mierzeję znajdującą się po drugiej stronie wyspy. Szybkim marszem po schodkach, krętych ścieżkach, pośród nielicznych domów, drzew i krzaków dotarliśmy na wzgórza, skąd rozpościerał się widok na piękną plażę i błękitną wodę oraz kolonię przyczep kempingowych, otoczonych płotem. Chaotycznie rozstawione przyczepy wraz z krzywymi budkami podręcznych magazynków, stolikami, parasolkami nie pasowały do urody wyspy. Sam błękit morza dla wypoczywających w Międzyzdrojach, czy na Helu może być zaskoczeniem. Pomijając czystość tutejszych plaż, czy stan infrastruktury, kolor wody przypomina ten znany z Chorwacji. Dno widać na głębokości kilku metrów. Trudno uwierzyć w nasz ogólnonarodowy brak szacunku do przyrody i przyzwolenie, by w Polsce ścieki z pól i zakładów nadal bezkarnie trafiały do morza. Kontynuowaliśmy wędrówkę wewnętrznymi ścieżkami wyspy. Jej północno-wschodnia część okazała się pustynna i pozbawiona wysokiej roślinności. Jak podaje Wikipedia pustynia na Anholt, podobno największa w północnej Europie, jest dziełem człowieka. Drzewa w tej części wyspy wycięto pod budowę latarnii morskiej. Obecnie postępuje dalsza erozja gleb, dlatego tereny te częściowo zamknięte są dla turystów, których tu zresztą spotykaliśmy niewielu.Niechcący zboczyliśmy ze szlaku i na skróty dotarliśmy na wydmy przy mierzei. Z góry dostrzegliśmy, że cała mierzeja zajęta jest przez foki. Focze rodziny z małymi, wylegiwały się na piasku, a pośród nich spacerowały mewy. Raczej nie powinno nas tu być, tu musi być rezerwat. Zawróciliśmy więc i plażą, mijając symboliczne barierki broniące dostępu do rezerwatu, dotarliśmy do latarni morskiej.Przy latarni stoi drewniana budka, a w niej fantastycznie wielka lorneta. Jej zasięg pozwala podglądać życie fok na mierzei. Ale foki spotkać można także pod latarnią, gdzie bawią się i polują w bliskiej odległości od brzegu. Czasami nawet odpoczywają na plaży pozwalając ludziom zbliżyć się na kilka metrów. Do mariny wracaliśmy plażą. Miałem ochotę pobiegać, więc zostawiłem załogę i po plaży, na przemian po grząskim piasku i kamieniach, boso, buty trzymając w rękach pobiegłem do mariny. Wyszło prawie prawie 10 km. Choć nie biegam od ponad pół roku, nie czułem zmęczenia, bolały tylko nogi, od nierównego i grząskiego terenu.

Skagen – ładniejszy Hel

Kolejnym punktem jest Skagen. Nazwa fonetyczna to „skejen”, na co zwracają nam uwagę Polacy mieszkający w Danii. Niestety z racji opóźnienia, w Skagen stoimy tylko kilka godzin. Zwiedzamy centrum i kupujemy zaopatrzenie bo przed nami tylko już Norwegia

14 czerwca po południu ruszamy na najdłuższy odcinek rejsu. 180 Nm do Flekkefjord.Wiatru nie ma, godzinami bujamy się na silniku. Mijamy miejsce gdzie wody Bałtyku stykają się z Morzem Północnym. Podobno różnica w zasoleniu powoduje, że morza nie mieszają się ze sobą, dlatego w miejscu styku widać różne odcienie wody i dziwne falowanie, jakby fale trafiały na tkwiące pod powierzchnią wody skały.Parę godzin później wiatr rośnie do 3B, z kierunków wschodnich, co pozwala już na minimalną żeglugę na żaglach, które, z racji sporego zafalowania i słabego wiatru, niemiłosiernie strzelają. Usztywniamy grot kontraszotem. Od dłuższego czasu od strony duńskiej obserwujemy ciemne chmury. W pewnym momencie gęstą mgłą rozlewają się po morzu zakrywając brzegu i płynące statki. Refujemy żagle i za chwilę dostajemy silny boczny wiatr. Mimo refów log pokazuje, że pędzimy 8 węzłów. Mocno pada deszcz. Na szczęście w falami radzi sobie autopilot, a my chowamy się w zejściówce.Od tej pory Morze Północne serwuje nam regularnie dość wysokie fale i mocny wiatr w okolicach 6B, który jak po sznurku prowadzi nas do Flekkefjord.

Flekkefjord – polskie miasteczko, jak nigdy wcześniej

Niecałe dwie doby później wpływamy między fiordy. Do Flekkefjord mamy około 10Nm. Podziwiamy drewniane domy, tuż nad lustrem wody, wciśnięte pomiędzy skaliste zbocza, z pomostami, przy których cumują łodzie. Nad domami górują lasy. Cudowne miejsce na wypoczynek, choć dla niektórych Norwegów to także stałe miejsce do życia.. Przed Flekkefjord mijamy jeszcze dwie kosmiczne platformy naftowe.Po g. 22 jest nadal jasno. Wprost z mariny udajemy się do miasta, gdzie odbywa się festiwal szantowy zorganizowany przez polskie małżeństwo, od lat mieszkające w Norwegii. Niewielka scena i spory tłumek widzów. Tańczą, albo popijają drinki i piwo. Na lewo i prawo od sceny znajdują się tarasy restauracji, zajęte są chyba wszystkie stoliki. Na scenie polski Banana Boat. Krzyczy ze sceny lider zespołu: – „A może tak, a może nie” – it’s mean: „maybe not, maybe yes” – singing together in polish. – Wiemy, wiemy co to znaczy – odkrzykuje mu ktoś po Polsku. Czujemy się jak u siebie. Wspaniała atmosfera. Języki: norweski, angielski i polski mieszają się ze sobą. I tylko cena piwa, ok. 40 zł za plastikowy kubek 0,4ltr, sprzedawana w foodtrucku, przypomina, że to jednak inny kraj. Koncerty kończą się przed północą występem gwiazdy festiwalu -Pyrates. Na nas czeka jeszcze impreza na cumującym obok Roztoczu. Na jachcie świetna atmosfera i załoga, której kapitanem jest Marek Popiel, wspaniały człowiek, o ciepłym charakterze. Rano dostajemy MMSa: zdjęcie gazety z Flekkefjord. W niej relacja z festiwalu, na zdjęciu część naszej załogi.Dzień zaczynamy od wspinaczki na taras widokowy górujący nad całą zatoką. Zawracam jednak w pół drogi, żeby przeprowadzić przegląd jachtowych urządzeń. Wieczorem u Pawła i Agnieszki zaczyna się pofestiwalowe afterparty. Nadal grzebię pod pokładem, dołączam więc do załogi dopiero wieczorem. Na stole pierogi, sałatki, ciasto, wszystko jest dziełem Agnieszki. Pierogi wegańskie są najsmaczniejsze, więc kiedy przychodzę, zastaję już tylko ich wspomnienie. Wszyscy w doskonałych humorach, szanty, w wykonaniu Pawła, lecą jedna za drugą. Są też rozmowy o kolejnej edycji festiwalu w przyszłym roku. Impreza przeciąga się do zmierzchu, czyli sporo po północy.Rano, podśpiewując „Rolling to Stavanger” szykujemy się do ostatniego etapu rejsu. Do Stavanger jutro przylatuje nasza zmiana: Marcin z załogą. My 19 czerwca odlatujemy do Polski.Płyniemy wygodnie południowym wiatrem. Po 80 Nm jesteśmy u celu. Przed Stavanger, do którego płynie się w kierunku południowym, podobnie jak na Anholt towarzyszą nam silny wiatr w nos, deszcz i temperatury w granicach 10-12 stopni C.Rano Stavanger znów wita nas słońcem i ciepłem. Sprzątamy, odpoczywamy i gościmy norweską Polonię. Mówią, że dobrze im się tu żyje. Zwiedzają Ciri i zapewniają, że słoneczna pogoda, jest jednak wyjątkiem i mamy szczęście, bo zazwyczaj pada. Przyjeżdża Marcin – kapitan drugiej załogi.Marcina wprowadzam w tajniki obsługi jachtu. Mamy jeszcze czas na zwiedzanie, zakup pamiątek. Na koniec nocne Polaków rozmowy do trzeciej rano. Przed czwartą siedzimy już w autobusie na lotnisko. W Polsce podobno upały, ale do samolotu wsiadamy w kurtkach.

Igor Morye – armator jachtu SY Ciri

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty



Kategorie
Blog

Pingwiny z Madagaskaru – Porta Sailing Team

Jak ten czasy szybko ucieka  już 17 lipca. Podróż do Medby rozpoczęliśmy już z samego rana. Okazało się że nowo zbudowany pirs w Harstad do którego byliśmy zacumowani jest “resident area”. Czyli dla jachtów, które wcześniej dokonały rezerwacji miejsca. Jednak mentalność norweska jest inna niż w Polsce i nie mieli tego nam za złe. Dalsza podróż mijała spokojnie na ciężkiej pracy manewrowania żaglami aby złapać wiatr. Mijając od południa wyspy Rolla oraz Androja odbijaliśmy na północny wschód. Po drodze piękne widoki górzystych terenów wysp. Koło 17.00 dotarliśmyw okolice Medby. Na miejscu okazało się że nie ma już dla nas miejsca w porcie. Kierujemy sięw głąb fiordu Sagfjorden. Zatoczki otoczonej strumykami, wodospadami wysokimi górami. Na samym końcu znajduje sięmiasteczko Sjøvegan. Spokojna miejscowość zaskakiwała nas od samego początku. Na mapach to mały porcik w rzeczywistości duży pirs oddany w tym lub maksymalnie zeszłym roku. Port jest otoczony falochronem, z którego wpływających wita stadko pingwinów (pewnie zwiały z Madagaskaru) . Przy samym porcie jest dużo sklepów, stacja disla, łazienka. W mieście znajduje się mały kościółek a nawet duże boisko. Będąc tutaj czujemy się jak odkrywcy na nowych lądach. Wracając wieczorkiem z miasta znalazłem sklep z asortymentem „niezbędnym” żeglarzom. Podobno takich sklepów jest tylko 120 na całą Norwegię, uwaga otwarte od 11 w środę. Sądzę że jutrzejsze poranne wypłynięcie trzeba będzie przełożyć.

ps. Jemy tak intensywnie ryby aż w pompie kingstona wyrobiła się uszczelka, jakieś kwasy czy jak?  Nowy zestaw dotrze jutro. Na marinetrafick podobno nas nie widać ? Wszytsko działa dobrze więc nie wiemy w czym jest problem i staramy się go rozwiązać. Z ogłoszeń parafialnych jutro przylatuje panie kapitan Ania która poprowadzi kolejny etap i może przywiezie nowy zestaw uciech portowych. 

Edwin 

Kategorie
Blog

Cywilizacja na horyzoncie – Porta Sailing Team

Ostanie dwa dni spędziliśmy na wodzie, jacht kołysał nas do snu. Prąd wody niósł szybko jacht i tak 15 lipca trafiamy do Harstad. Duże miasto w porównaniu do tych odwiedzonych do tej pory na Lofotach. Do portu zawitaliśmy wczesnym świtem koło szóstej. Port jakby opustoszały. Nie ma co się dziwić skoro jest poniedziałkowy poranek. Poranna kawka i wybieramy się na zakupy. Udaje się nam zlokalizować sklep bunnprise dwie uliczki od portu w którym ceny są bardzo niskie. Śniadanko a po nim poranna toaleta (otwarta dopiero od 11) i popas. Reszta dnia upłynęła na odpoczynku i zbieraniu sił na dalszą podróż. Wieczorem przestudiowaliśmy mapę. Zostały nam z 4 dni i około 90 mil do Tromso. Mamy duży zapas więc następnego dnia udamy się do Medby.

ps. Czy ktoś to czyta ?

Edwin

Kategorie
Blog

W krainie Trolli – Porta Sailing Team

W krainie Trolli czyli Trollfjord ( 13 lipca). Pełni nadziei wyruszyliśmy na poszukiwanie Trolli. Legenda mówi, że fiord jest ich domem. Na wszelki wypadek włączamy google tranlsator. Legendarnego Trolla niestety nie znaleźliśmy. Spotkaliśmy Trolle w ludzkiej skórze, krótki opis: szalik Lechi Gdańsk, po angielsku nie mówił, znał nasza polska mowa, drugi starszy wiekiem i doświadczeniem posługiwał się mową naszych wschodnich sąsiadów. Niechętnie z nami rozmawiali. Bojąc się aby Trolle nie wrzuciły na nasz jacht głazów z gór oddaliśmy się na południe by stanąć w zatocze na kotwicy. Spędzamy noc na wachtach kotwicznych w doborowym towarzystwie. Wizyta mew i maskonurów w oddali zza domów obserwowały nas 2 renifery. Za naszą rufa skakały dwa delfiny. Pewnie był to zwiad wysłany przez legendarne stwory. Wikingów tez brak, obserwowaliśmy osady ich krewniaków podczas podróży. Teraz wracamy do bardziej współczesnych czasów i płyniemy do Harstad

Edwin

Kategorie
Blog

Krótka wizyta w Reine – Porta Sailing Team

Dziś jeszcze jedna krótka notka (12 lipca) słońce świeci jest bardzo przyjemnie. Góry przykuwają nasz wzrok i zachęcaja by je zobaczyć z bliska. Przestawiamy się po południu do Reine. Jestem tu pierwszy raz i zamurowało mnie to co tu widzę. Pod naszym jachtem chmary ryb turkusowa woda, strzeliste góry. Czuje się jak na Karaibach. Surowy klimat Norwegii naprawdę powala z nóg. Nie potrafię wam opisać swoich przeżyć po protu tu trzeba być! Naładowani pozytywną energia wyciągamy wędki i łowimy kolejne dorsze. Nawet początkujący wędkarz nie ma żadnego problemu aby wyciągnąć rybę. Kilka minut i na deku „ląduje” kilka dorodnych dorszy. Nasze brzuszki działają jak wielka przetwórnia ryb. Codziennie pyszna świeża ryba. Cumujemy w Reine klimat niczym odyseja kosmiczna. Cisza spokój i te góry. Idziemy na spacer bo przecież nie tylko rybami i żeglugą człowiek żyje. Jesteśmy tu aby odnaleźć legendarne Trolle. Jutro o świcie popłyniemy do Trollfjord.

Edwin