Kategorie
Blog

Gdzie wiatr poniesie…

Założenie rejsu było proste, popłynąć z wiatrem jak najwięcej na żaglach. Pierwsze prognozy meteo bardzo mocno nas zaskoczyły. Zgadzało się tylko jedno, mgła i zamknięta strefa 6. Pierwsze halsy na północ bardzo szybko ukazały słabości załogi i pojawiły się syndromy „hołdu dla Neptuna”. Wiatr miał się jeszcze bardziej rozwiać, lista portów do wejścia w gorszych warunkach mocno ograniczona. Najbliższy port to Świnoujście. Zwrot i wracamy do Ustki. Mój osobisty barometr też wskazywał na zmianę pogody dopada mnie migrena. W porcie mocno się zdziwili naszym powrotem ale cóż było to jedyne słuszne wyjście. Mgła gęstniała, w porcie coraz bardziej falowało. Morze głośniej szumiało, aż w końcu zniknął nam cały świat. Mgła skryła jacht, port tak jakbyśmy zostali sami.

Gdzie wiatr poniesie żegluga

Drugi dzień rozpoczynamy entuzjastycznym śniadaniem ale portu wciąż nie widać. Tego dnia wiatr miał się układać korzystnie względem naszego kursu na północ. Podpływamy aby uzupełnić wodę jednak kładki portowej nie widać. Na dzień dobry dostajemy ostrzeżenie przed silna mgłą i pracująca pogłębiarką w główkach portu Ustka. Kapitanat portu chciał nas zatrzymać. Po krótkiej rozmowie dostajemy zezwolenie na wyjście. Wiedziałem, że na morzu z dala od brzegu panują zdecydowanie lepsze warunki.

Gdzie wiatr poniesie. żeglarstwo

Opuszczając port słyszymy o kontroli świateł nawigacyjnych na główkach portu, które miały świecić jednak były ciemne. Krótka komunikacja między nami i portem, który wysłał zespół do zbadania przyczyn ciemności świateł. Przed nami niczym zaginiony żaglowiec w gęstej mgle wyłoniła się pogłębiarka. Krótka rozmowa kto w którą stronę, mijamy się lewymi burtami kierując się na otwarte morze. Ustka pozostaje za rufą. Na szczęście mamy AISa i radar, który wspomaga nas w żegludze. Róg mgłowy przygotowany na deku, nasłuchiwanie otaczających nas dźwięków syren innych statków. Z każdą kolejną milą zyskiwaliśmy coraz to większy horyzont, aż w końcu można było wyłączyć radar.

Gdzie wiatr poniesie. żegluga

Gdzie wiatr poniesie ? To było wciąż otwarte pytanie.
Płyniemy na żaglach, morze spokojne i tu kolejne zaskoczenie wszelkie prognozy meteo się nie sprawdzają. Wiatr wieje z zachodu zamiast z północy więc podjęliśmy decyzję kierując się na północny wschód cel Kłajpeda. Mijają kolejne godziny raz w większej mgle ze słońcem raz w mniejszej mgle ale jednak coraz jaśniej i cieplej. Wieczorem otworzyło się niebo i mogliśmy podziwiać zachód słońca. Na wodach rosyjskich cisza i spokój. Nie widać żadnych jachtów jakby świat zamarł. Tak w samotności i z wiatrem dotarliśmy do podejścia pod port Kłajpeda, gdzie przywitała nas litewska straż graniczna. Tym razem było zupełnie inaczej zapytali tylko o ostani port, narodowość i pozwolili wejść do portu i zamilkli. Nastała cisza na radiu, zawsze rozmowa była dłuższa i prosili aby się odmeldować na wyjściu z portu. No coż czasem może być inaczej.

Gdzie wiatr poniesie.
Gdzie wiatr poniesie

Parkujemy w kanale u wejścia mariny. Krótka wizyta w bosmanacie i most się otwiera. Mieliśmy już ustalone miejsce postoju, a tu nagle zmiana. Stoimy sobie cierpliwie w basenie portowym i czekamy na jakąś decyzję i nic. W końcu parkujemy w nasze miejsce, które okazało się nie naszym i znowu przestawienie jachtu. Parkujemy na lewo od ruchomego mostku i tu kolejna ciekawostka. Kardynał, który był w porcie na zakręcie znikł, zamiast niego jest wbita rura! Uważajcie na nią bo wystaje tylko nad wodę za nią są kamienie. Spędzamy dzień w Kłajpedzie, która nie jest zbyt ciekawym miastem dla żeglarzy. Jednak warto ją odwiedzić i zobaczyć jedyny port morski Litwy.

Gdzie wiatr poniesie żeglarstwo

Gdzie wiatr poniesie kolejny plan z deszczem i burzami.
Znowu zonk. Pogoda nie sprawdza się. Wiatr miał być z kierunku północno zachodniego, a wiał z północno wschodniego. Halsujemy się w kierunku Lipaji niby 50 mil, które okazało się długim rejsem. Co kilka godzin zmiana halsu aby oderwać się od brzegu ale nic z tego. Wiatr nie odkręca wychodzimy w morze. Na horyzoncie pojawił się pierwszy front znad Finlandii, który zwiastował mocniejsze podmuchy. Byliśmy już zarefowani ze względu na ostrzeżenia burzowe wzdłuż lądu. Podmuch przyszedł od morza na krótką chwilę postraszył i zgasł. Wiatr na szczęście odkręcił i mogliśmy płynąć kursem prosto na Lipaje. Jacht sunął 7-8 knt niczym deska serfingowa, sama radość żeglowania. Co dobre jednak długo nie trwa. Kolejne dwa fronty burzowe tym razem jeden od morza drugi od lądu. Na naszej prawej burcie rozwijał się duży wałek wiatru, który zwiastował mocny podmuch. Zarefowaliśmy dodatkowo „Gienovefę” do połowy masztu i spokojnie czekaliśmy na dalsze wydarzenia. Dwa fronty i my, w którą stronę popłynąć? Obserwacja nieba dała odpowiedź. Jeden front z Finlandii był bardzo ciężki i deszczowy w końcu trochę morza miał do przebycia, drugi znad lądu suchy ale za to z silnym wiatrem. Lądowy okazał się bardzo szybki i przeleciał nad nami w kilkanaście minut, otwierając korytarz którym podążyliśmy. I to się okazało trafną decyzją. Dopadł nas w nocy jeszcze silny deszcz, który nie zmienił naszego planu. Wiatr znowu okręcił na połnócny wschód i trzeba było się halsować. Po około 17 h żeglugi meldujemy się na podejściu do portu Lipaja.

Wpuszcza nas lub nie? Była to zagadka, którą po chwili rozwiązaliśmy.
W poniedziałek władze Łotwy i Estonii wprowadziły zamknięcie granic dla Polaków. Myśmy wyruszyli z Kłajpedy we wtorek. Wchodzimy do portu spoglądając na pogłębiarkę, żadnych komunikatów cisza w eterze. Mogliśmy wejść do Lipaji odpocząć po ciekawej nocy. Rano nasz jacht wyglądał jak obóz cygański i to dosłownie. Suszyliśmy nasze ubrania. Słońce coraz wyżej na horyzoncie sprzyjało suszeniu naszych ubrań. 18 euro opłaty i ruszamy w miasto. Uwaga na keje w Lipaji są w fatalnym stanie. Pamiętacie Spa w Lipaji za 2 euro? Obecnie jest zamknięte i trwa tam remont. W marinie jest tylko dostępny jeden klucz do prysznica i toalety, który znajdował się na jednym z fińskich jachtów. Kto by tam go szukał. W Yacht Resort była otwarta toaleta. Prysznic mamy przecież na jachcie.
Przypłynęliśmy do Lipaji w dniu ich święta tak zwanego zrównania dnia z nocą. Miasto opustoszałe, wszelkie eventy odwołane. Tak trochę smutno ale cóż przynajmniej nie ma tłumów. Spacer starym miastem, małe zakupy i udajemy się posiedzieć nad jezioro Lipaja, które jest siedliskiem ptactwa.
Fajny akwen do popływania kajakiem. Wieczorem spacer na plażę, którą dobrze pamiętamy z „Niedźwiedziego Mięsa”. Jest po godzinie 01.00 jednak tu jeszcze jest jasno.

Jezioro Lipaja żeglarstwo rejsy

Z Lipaji ruszamy następnego dnia wczesnym rankiem w kierunku Helu. Miało powiać 6 B w bagsztagu. Początkowo coś wiało ale tylko do granic z Rosją. Po dobie żeglugi odpalamy katarynę wspomagając się żaglami, aż w końcu morze zrobiło się płaskie i żagle tylko przeszkadzały. Słońce coraz bardziej grzało, gdy tylko wpłynęliśmy na polskie wody zatrzymaliśmy jacht. Załoga ochoczo zażyła morskiej kąpieli na otwartym akwenie. I tak powoli docieramy do Helu, meldujemy się parkujemy i tu niespodzianka, gorące powitanie jednego z naszych załogantów.
Tradycyjnie wnosimy opłaty, niezachęcająca cebula do wizyty. Co tu komentować Hel jak Hel czyli piekło dla żeglarzy jeśli chodzi o infrastrukturę. Udajemy się na obiad do Kutra, po którym wracamy na jacht. Małe porządki i jesteśmy gotowi na tradycyjny wieczór w Kapitanie Morganie. Tym czasem do portu zawitał „Zawias”. Na jego pokładzie duża grupa znajomych. Świat żeglarski jest jednak mały.

Rejsy po Bałtyku żeglarstwo

Noc zapadła po niej świt ruszamy na katarynie do Gdyni. Słońce grzeje, na plaży tłumy.

Gdzie wiatr poniesie to był fajny rejs z fajną załogą i kapitalnym jedzeniem. Powiadam wam, takiej kuchni niczym najbardziej wykwintne dania świata jeszcze nie jadłem. Zachwyt nad kunsztem kulinarnym całej załogi Kończymy rejs ze wskaźnikiem 111 h 450 Nm w te kilka dni pod żaglami i trochę na katarynie. Szamanom nie sprawdziła się pogoda ale to tylko były prognozy. Rzeczywistość bywa jednak inna.

Dziękuję całej załodze za wspólny rejs i czas spędzony na morzu, za nasze wspólne obiady i psoty na jachcie.

skipper  Mario 

Kategorie
Żeglarstwo

Z pamiętnika młodego żeglarza

Z pamiętnika młodego żeglarza – kolejna garść opowieści z wyjątkowego rejsu

Dnia 03.00 marca we wtorek wieczorem siedziałam w pociągu w drodze do domu. Przeglądając facebooka wpadło mi w oko pewne ogłoszenie „Propozycja tylko dla Pogoriantów, którzy chodzą po rejach w trudnych warunkach. Rejs Nicea – Gdynia non-stop. Wyjazd już w ten czwartek 5 marca.” Cudownie było by móc się stąd wyrwać na taki rejs, ale przecież szkoła, obowiązki, rodzice na pewno się nie zgodzą. Ale zrobiłam screena i wysłałam mamie w ramach żartu z pytaniem co ona na miesięczny rejsik. I odpisała mi „spoko”. Byłam w szoku. Tata też nie miał nic przeciwko (niewątpliwie z uwagi na pewne wcześniejsze historie z mojego życia … [żeby nie było, że mam nienormalnych rodziców ]). Jeszcze tego samego dnia zadzwoniliśmy aby zgłosić moją chęć udziału w rejsie. A więc miałam tylko dwa dni, żeby spakować się na miesięczny rejs wokół Europy!

Sytuacja była taka, że z powodu korona wirusa zostało odwołanych wiele rejsów, które jak co roku etapowo miały sprowadzić Pogorię do Gdyni i potrzebna była na szybko załoga która zrobiłaby to w jednym rejsie bez zawijania do portów. Finalnie udało się zebrać załogę 16-sto osobową, gdzie normalnie załoga Pogorii liczy ok 50 osób. Więc zapowiadał się niełatwy rejs. Załoga dzielona na cztery wachty liczy przy pełnej obsadzie po ok. 10 osób, u nas zaledwie po 2-3 plus oficer.

Z Nicei wyruszyliśmy w sobotę 7 marca pod wieczór, przed nami Morze Śródziemne, planowany szybki postój na tankowanie w Maladze, a później już tylko Gdynia.

Słoneczne dni na Morzu Śródziemnym mijały nam spokojnie i przyjemnie w towarzystwie delfinów. Są niesamowicie towarzyskie, podpływają do nas i ścigają się skacząc przed dziobem. Przypływa ich zawsze kilka, tak 3-5 przeciętnie. Urzekająco pocieszne stworzenia, miałam ochotę leżeć na dziobie zawsze kiedy tylko przypływały i obserwować jak się bawią. Chyba nigdy by mi się to nie znudziło. Więc jestem oryginałem jak na dzisiejsze czasy, gdyż jak powiedział kapitan, kiedyś, aby zwołać załogę na pokład wystarczyło zawołać „delfiny przed dziobem!”, a teraz wszyscy się zbiegają tylko jak się woła „jest zasięg!”.

Praca w tak wakacyjnym klimacie, na przykład na rejach, gdzie na wysokości ponad 20 metrów widok jest niesamowity, to również czysta przyjemność. Spokojne i ciepłe dni pierwszego tygodnia były też okazją do zajęcia się pracami bosmańskimi. Wymiana lin, odrdzewianie, szycie żagli, czyszczenie pokładu z soli, a kto wolny korzysta ze słońca i dwudziestu paru stopni na termometrze. W pobliżu Ibizy mieliśmy okazję uczestniczyć w treningu śmigłowca hiszpańskich służb ratowniczych, który chciał przećwiczyć z nami akcję podjęcia człowieka z pokładu. Oj niezłe umiejętności musi mieć pilot takiego helikoptera, aby nie zaplątać liny z koszem ratunkowym o maszty i wanty żaglowca – szacun!

Do Malagi dopłynęliśmy 14.03 przed 4-tą nad ranem. Pogoda nadal rozpieszczała nas temperaturą, ale my mieliśmy zakaz schodzenia na ląd . Więc planowaliśmy zatankować jak najszybciej i ok. południa z powrotem wyjść w morze. Niestety paliwo nie dojechało na 9.00 tak jak miało. Godziny mijają, a my czekamy, czekamy i nadal czekamy. Okazało się, że cysterna specjalnie dla nas jedzie aż z Barcelony! W końcu dotarła na 19.00 i po perypetiach z poszukiwaniem złączki do węża cysterny pasującej do naszej Pogorii, finalnie udało nam się opuścić Malagę dopiero po 23.00

Z pamiętnika młodego żeglarza

A więc płyniemy dalej już prosto do kraju. 15.03 przeszliśmy przez Cieśninę Gibraltarską, niestety ja przespałam ten moment, bo akurat odsypiałam wtedy „świtówkę”. Atlantyk przywitał nas sporą martwą falą. Już na wcześniejszych rejsach, jako młody żeglarz, dość szybko, odkryłam, że sterowanie na jachcie nie jest tak do końca oczywistą sprawą. Fakt, są momenty kiedy nie trzeba się zbytnio wysilać by trzymać kurs, ale nierzadko bywa i tak, że ster nie chce współpracować ani trochę (na przykład przy silnych wiatrach, wysokich falach czy niesprzyjających prądach morskich). Na Atlantyku zaczęły się te gorsze warunki do sterowania, trzeba patrzeć na wiatr, żeby nie zrobić niekontrolowanego zwrotu, na kurs, by trzymać się możliwie jak najbliżej wyznaczonego, a koło sterowe nie wyraża chęci współpracy przy delikatnym wychyleniu steru. Kurs spada w dół, kręcisz szybko w prawo, zaczyna wracać, kontrujesz w lewo. Chwilkę jest stabilnie, a zaraz znowu gdzieś ucieka. Jak tyle trzeba się tym kołem nakręcić to człowiek faktycznie się namęczy, napoci, ręce zaczynają boleć, a czas zmiany sternika wydaje się wcale nie zbliżać. Ale nawet w tym zmęczeniu jest coś pozytywnego, poza tym, kiedyś w końcu nadchodzi z odsieczą kolega z wachty i ma się chwilę odpoczynku. Wtedy siadałam najczęściej na ławeczce na rufie i patrzyłam… w wodę, w dal, w niebo. Obserwowałam mijające nas statki, fale, chmury, delfiny, albo ptaki w scenach polowania rodem z filmów przyrodniczych. A nocą patrzyłam w gwiazdy, których na morzu jest tak niesamowicie dużo i świecą tak jasno, jakby ktoś zdjął jakąś gęstą zasłonę z nocnego nieba znanego nam na co dzień, przez którą przebija się tylko kilka jaśniejszych gwiazd. Na mnie ten widok robił wrażenie za każdym razem kiedy wychodząc na nocną wachtę otwierałam drzwi zejściówki i witało mnie czarne, czyste niebo usiane gwiazdami. Noce na morzu potrafią być niesamowicie piękne i magiczne. Kiedy na przykład wschodzi wielki czerwony księżyc, który blednie z czasem – najpierw robi się pomarańczowy, później żółty, a na końcu biały. I spływa srebrnym promieniem na fale, które niosą jego światło pod same burty.

Z pamiętnika młodego żeglarza

17.03 na liczniku mamy 1000 mil morskich. Za tzw. przylądkiem ciepłych gaci pogoda faktycznie się trochę pogorszyła. Zrobiło się chłodniej, szarzej i bardziej deszczowo.

Z pamiętnika kolejna kartka  zapisana.

20.03 mijamy przylądek Finisterre i zaczyna się Zatoka Biskajska. Tutaj, na Atlantyku też pojawiają się co jakiś czas delfiny, ale mniejsze od tych na Morzu Śródziemnym i mniej towarzyskie. Rzadko kiedy podpływają przed dziób, zazwyczaj poskaczą chwilę gdzieś z boku i odpływają. Pewnej nocy miałam szczęście obserwować też inne interesujące morskiej stworzenia. To znaczy, nie jestem pewna co to właściwie było, ale raczej było to coś żyjącego. Miałam wachtę nawigacyjną i siedziałam akurat na ławeczce na rufie. Nagle tak patrzę, a przy burcie sporo takich migających, mętnych, żółtawych światełek. Aż wstałam, podeszłam do relingu, a ich się robi coraz więcej i gęściej. Taki pas fosforyzujących plamek przy samej burcie. Jakbyśmy w jakąś ławicę świecących meduz wpłynęli, albo zwykłych meduz do których poprzylepiały się jakieś inne świecące mikro stworzonka. Niesamowity widok! Nocne wachty potrafiły być naprawdę piękne i fascynujące. Ale były też i takie kiedy zasypiałam praktycznie na stojąco, a za sterem próbowałam robić cokolwiek, żeby nie zasnąć, jakieś skręty, przysiady, podskoki, byle oczy mieć otwarte i myśleć nad tym co robię.

24.03 żegnamy Biskaje, przed nami Kanał Angielski. W nocy udało się nam złapać sygnał polskiego radia, i o 2 nad ranem słuchamy wiadomości z kraju, co prawda jakość bardzo słaba i trzeba się mocno skupić, żeby coś zrozumieć. Ja wtedy przy tym radiu nagle uświadomiłam sobie, że przecież jest jeszcze jakiś inny świat, coś poza tym szczęśliwym tutaj. Życie na statku to jak przeniesienie się w całkiem inny wymiar. Człowiek zapomina o całym bożym świecie, wszystkich jego sprawach i problemach, jest tylko tu i teraz.

Z pamiętnika młodego żeglarza

25.03 za nami już 2000 mil. Robi się też coraz chłodniej. Zimno jest już nie tylko na górze, ale i pod pokładem. Koniec spania w krótkim rękawku, grzejniki cały czas na maksa, a i tak czasem ciężko się zagrzać.

Wyjście z kanału wita nas silnymi wiatrami w dziób, więc halsujemy się powoli, ledwo posuwając się na północ. Ja się obawiałam Atlantyku, bo to jednak coś nowego dla mnie no i w końcu jakby nie było to ocean, ale jednak Morze Północne, to Morze Północne – niezawodne. Wali w nas wiatrem i wodą z całych sił, fale zalewają pokład i bryzgają wszędzie. Przechyłomierz dochodzi prawie do końca swojej przedziałki (czyli 45 stopni), wszystko lata po kabinach, a ja jeżdżę po koi cały czas z prawej na lewą. Od samego początku Morza północnego sztormowa pogoda utrzymywała się przez dobre kilka dni. Jednego dnia, to była niedziela, nawet jajecznicy na śniadanie nie było, chociaż to tradycja, ale nasz kucharz stwierdził, że nie będzie jej robił, aby zaraz mieć wszystkie te jajka na ścianie. Zupy na obiad też nie było. Mimo tych zmian w menu, przy kolacjach i śniadaniach sztormowe fale zbierały żniwo, nie raz zdarzało się że ktoś nie przypilnował swojej herbaty przy przechyle. Na naszej wachcie kambuzowej, żebyśmy za dużo powylewanych herbat nie musieli sprzątać, ogłosiłam naszemu stołowi, że każdy ma jeść tak żeby jedną ręką trzymać jedzenie a drugą herbatę, a jak zobaczę kogoś kto nie trzyma swojej herbaty to nie je. Oczywiście czyja herbata się wylała pierwsza?… Moja. Natomiast na wachtach nawigacyjnych walczę z morzem przy sterze, ręce już bolą, już mi gorąco, tylko stopy i ręce mi zaraz z zimna odpadną, ale jak zejdę to wszędzie zacznie mi być zimno. Raz falą taką dostałam, jakby ktoś tak ze trzy spore wiadra z wodą na raz na mnie wylał. Nawet jej nie zauważyłam jak na mnie idzie tylko nagle poczułam coś ciężkiego na głowie i cała byłam zlana wodą. A fale są tak spore, że czasem jak się na jakąś wejdzie i zaczyna z niej schodzić to mam wrażenie że zaraz pod takim kątem runiemy w dół że mnie przed dziób do wody katapultuje, jak się nie będę mocno trzymać steru. Na Morzu Północnym były chyba najbardziej męczące te godziny za sterem. Raz jak stałam tak wymęczona ciągłym kręceniem, udało mi się chwilowo utrzymywać kurs, a tu nagle wskaźnik wychylenia steru skoczył mi z ok 5 do 30 stopni. Byłam wtedy tak przerażona, zaczęłam kręcić szybko sterem, mówiłam sobie w głowie żeby tylko nie spanikować. Nagle Kapitan do mnie macha i krzyczy, że on steruje teraz na manetce do zwrotu i mam puścić koło. A ja po prostu przez ten szum wiatru i fal nie słyszałam jak mówił mi to wcześniej i tak się przeraźliwie wystraszyłam. Po wachcie już nawet nie chowam ubrań do szafki, tylko rzucam je w kąt koi i sama się na nią od razu pakuję i zasypiam.

Morze jest czymś niesamowitym, niepowtarzalnym i jedynym w swoim rodzaju. Czasem kołysze łagodnie do snu, czasem rzuca brutalnie z kąta w kąt nie dając zasnąć. Czasem niesie na fali prosto do celu, czasem pluje solą w oczy nie dając odpocząć przy sterze.

31.03 pod wieczór minęliśmy Helgoland i rzuciliśmy kotwicę przed wejściem do Kanału Kilońskiego. Silniki wyłączone, dziwna cisza zapadła na statku, teraz już tylko drewno skrzypi. Nie wieje nic, woda jest płaska, stoimy między kontenerowcami i cieszymy się ze można sobie w końcu nalać bezpiecznie pełną szklankę herbaty.

Po kanale już Bałtyk, rejs nieubłaganie zbliża się do końca. Zaczynają wiać zachodnie wiatry, więc nad polskim wybrzeżem szybko mkniemy na samych żaglach. Tak niewiele było w tym rejsie chwil kiedy można było wyłączyć silnik. Wiatry były prawie cały czas przeciwne.

W momencie rzucenia cum na nabrzeże w Gdyni nagle zaczął padać grad, który po paru minutach ustał. Oryginalne powitanie.

Przed wyjazdem na ten rejs, miesiąc na morzu to było dla mnie COŚ, teraz gdy to już za mną, ma się chęć na coś jeszcze bardziej COSIOWEGO. Jak to mówią, apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Ale niewątpliwie był to wyjątkowy rejs, przygoda, której nigdy nie zapomnę, niepowtarzalna możliwość zdobycia doświadczenia, nowej wiedzy i umiejętności.

Dla mnie żeglarstwo to radość, wolność, spokój, szczęście, poczucie spełnienia i wiatr we włosach. Mimo wszelkich niedogodności i niebezpieczeństw jest w tym wszystkim coś pociągającego, kuszącego.

Z pamiętnika młodego żeglarza 
Adrianna Krysiak 

 

Kategorie
Eventy

Rejsy po Bałtyku 2020

Hej me Bałtyckie Morze......

Rejsy po Bałtyku w nowej rzeczywistości. Morze Bałtyckie wciąż skrywa wiele ciekawych miejsc, do których rzadko zaglądają żeglarze – My je odwiedzimy!!!. Tajemnicza Zatoka Botnicka, Olandia, Laponia, malownicze porty i miasteczka, tysiące wysp i wysepek, gdzie przyroda rządzi się swoimi prawami, niesamowite wschody i zachody słońca, wapienne klify – to wszystko czeka nas podczas rejsów w nowej rzeczywistości. Pewnie wielu z was zadaje sobie pytanie dokąd oni płyną ? Odpowiedź brzmi tam gdzie nas wiatr zaniesie , gdzie granice dla nas będą otwarte. W planach mamy miejsca takie jak Alandy, Zatoka Fińska, Zatoka Ryska, Zatoka Botnicka, Dookoła Rugii, Bornholm. Kraje  Dania, Szwecja, Finlandia, Niemcy, Litwa, Łotwa, Estonia i może na koniec sezonu rejs chellenge do Flekkefiord Norwegia.

Harmonogram rejsów 2020 –  W miarę napływających pozytywnych komunikatów o otwarciu granic dla ruchu turystycznego będziemy uzupełniać miejsca w które się wybierzemy.

Jacht Sun Fizz 40 SY Ciri został w tym roku przygotowany pod rejsy w Norwegii do której wrócimy za rok na wyprawę I Love Norway 2021.
7 osób załogi do wygodnej żeglugi

Zapraszamy na wspólne rejsy po Bałtyku.

1. Szczecin – Gdańsk
Data rozpoczęcia: 05.06.2020
Data zakończenie: 17.06.2020
Kapitan Igor Morye
●●●●●●   (zajęte wolne)

2. Trasa  800 mil po morzu Gdynia – gdzie wiatr poniesie – Gdynia.
Na naszą mapę trafia Litwa, Łotwa , Estonia.  Państwa Bałtyckie otwarły granice do obywateli RP bez kwarantanny. Po powrocie do Polskie nie będzie kwarantanny!
Data rozpoczęcia: 17.06.2020
Data zakończenie: 26.06.2020
Kapitan – Mariusz Noworól 
●●●●●●   (zajęte wolne)
Formularz na dole strony

3. Trasa – Gdynia gdzie wiatr poniesie Gdynia
Data rozpoczęcia: 26.06.2020
Data zakończenie: 02.07.2020
Kapitan Marek Sosnowski
●●●●●●   (zajęte wolne)

4. Trasa – wyruszamy do krajów Bałtyckich. Popłyniemy do takich miejsc jak Kłajpeda , Lipaja , Pavilosta, Ventspils, Montu, Ruhnu Ryga  może się uda zatoka Fińska i Tallinn
Na naszą mapę trafia Litwa, Łotwa , Estonia.  Państwa Bałtyckie otwarły granice do obywateli RP bez kwarantanny. Po powrocie do Polskie nie będzie kwarantanny!
Data rozpoczęcia: 02.07.2020 Gdynia 
Data zakończenie: 16.07.2020 Gdynia 
Kapitan Jacek Jaworski
●●●●●   (zajęte wolne )
Formularz na dole strony

5. Trasa – wyruszamy do krajów Bałtyckich i Finlandii . Popłyniemy do takich miejsc jak Kłajpeda , Lipaja , Pavilosta, Ventspils, Montu, Ruhnu Ryga  może się uda zatoka Fińska i Tallinn
Na naszą mapę trafia Litwa, Łotwa , Estonia.  Państwa Bałtyckie otwarły granice do obywateli RP bez kwarantanny. Po powrocie do Polskie nie będzie kwarantanny!
Data rozpoczęcia: 16.07.2020  Gdynia 
Data zakończenie: 25.07.2020 Gdynia 
Kapitan Anna Jackiewicz
●●●●●●   (zajęte wolne)
Formularz na dole strony

5a. Trasa – Zatoka Gdańska 
Krótki rejs po Zatoce Gdańskiej  Gdynia – Jastarnia- Hel – Gdynia 
Data rozpoczęcia: 25.07.2020  Gdynia 
Data zakończenie: 28.07.2020 Gdynia 
Kapitan Anna Jackiewicz
●●●●●●   (zajęte wolne)
Formularz na dole strony

Postój techniczny
Data rozpoczęcia: 28.07.2020
Data zakończenie: 31.08.2020

6. Trasa – Gdynia – Zatoka Fińska – Tallinn lub Ryga
Data rozpoczęcia: 01.08.2020 Gdynia 
Data zakończenie:13.08.2020 Tallinn lub Ryga
Mietek Jakubowski 
●●●●   (zajęte wolne)

Transport bus z Polski do portu  Tallinn lub Ryga

6 a. Trasa – Tallin Zatoka Fińska – Zatoka Ryska –  Pavilosta –  Lipaja- Kłajpeda – Gdynia 
Data rozpoczęcia:     13.08.2020 Tallin lub Ryga 
Data zakończenie:    24.08.2020  Gdynia 
Jurek Marcinkiewicz
●●●   (zajęte wolne)
Formularz na dole strony 

7. Trasa – wyruszamy na zachód  dużo pływania mało portowania czyli jak wiatr poniesie.
Data rozpoczęcia: 24.08.2020  Gdynia 
Data zakończenia: 31.08.2020 Szczecin
Kapitan Mariusz Noworól 
●●●●●   (zajęte wolne)
Formularz na dole strony

 

Zgłoszenie na rejs po Bałtyku 

 Mariusz Noworól

Fundacja 4 Kontynenty

Fundacja 4 Kontynenty

Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebinia

KRS: 0000595255 NIP: 6282265680

Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01

www.4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Astronawigacja żeglarstwo pośród gwiazd

Astronawigacja – czy to na pewno wiedza tajemna?

Jeszcze w latach 90-tych XX wieku umiejętność obsługi sekstantu i wyznaczania własnej pozycji przy pomocy ciał niebieskich, nie była niczym nadzwyczajnym. Zarówno kapitanowie statków komercyjnych jak też i kapitanowie jachtów oceanicznych posiadali tę wiedzę. Ale wtedy też szybko wielu zachłysnęło się niesamowitą wygoda jaką dawała możliwość natychmiastowego odczytu własnej pozycji z ekranu GPSa i niebawem okazało się, że znajomość astronawigacji już nie jest niezbędna.

Astronawigacja sekstantem

Od tamtego czasu minęło grubo ponad 20 lat. System GPS całkowicie zawładnął nawigacją i to nie tylko oceaniczną, ale nawet tą na śródlądziu. A sekstanty leżą bezużytecznie w szafach i tylko nieliczni wciąż wiedzą jak nimi się posługiwać.

Czy warto je stamtąd wyciągać? Czy warto uczyć się astronawigacji, jeśli na współczesnym GPSie odczytamy nie tylko bieżąca pozycję, ale możemy wytyczyć trasę po której autopilot będzie prowadził jacht? Warto. Choćby dlatego, bo w 1992 roku podczas Wojny w Zatoce Amerykanie wyłączyli system GPS dla użytkowników cywilnych. Znane też są całkiem świeże przypadki, gdy jacht w sztormie utracił wszelkie źródła zasilania i tym samym przestały działać urządzenia elektroniczne znajdujące się na pokładzie. W takich sytuacjach pozostaną do dyspozycji tylko tradycyjne metody, nawigacja zliczeniowa i astronawigacja. Jest też jeszcze jeden argument za. Kapitan który umie, który posiadł tą „tajemną” wiedzę wyznaczania pozycji z astro, będzie się cieszył autentycznym podziwem załogi

Jak wyznaczyć pozycję korzystając z tego, iż na niebie widzimy Słońce, gwiazdy czy planety? Zawsze wykonujemy pomiar wysokości danego ciała niebieskiego nad linią widnokręgu. To pozwala na wykreślenie linii pozycyjnej, czyli linii na której się znajdujemy. Jeśli wykonamy drugi pomiar wysokości innego ciała niebieskiego (czy nawet tego samego, ale po kilku godzinach), to będziemy mogli wykreślić druga linię pozycyjną. Punkt przecięcia obu linii pozycyjnych wskaże naszą pozycję.

Warunkiem koniecznym do wykreślenia linii pozycyjnej jest znajomość pozycji ciała niebieskiego, a dokładniej znajomość pozycji jego rzutu na powierzchnię Ziemi. Dla lepszego zrozumienia wyobraźmy sobie, że Słońce czy gwiazda znajduje się na wierzchołku gigantycznej wieży prostopadłej do powierzchni kuli ziemskiej. Do wyznaczenia linii pozycyjnej potrzebujemy współrzędne podstawy owej wieży. Na szczęście współrzędne Słońca, Księżyca, planet i kilkudziesięciu gwiazd są skatalogowane i możemy je znaleźć w odpowiednim almanachu. Zamieszczone tam dane umożliwiają obliczenie dokładnego położenia rzutu danego ciała niebieskiego dla chwili pomiaru.

 

Nieco upraszczając można powiedzieć, że pomiar wysokości ciała niebieskiego pozwoli na wykreślenie okręgu o średnicy zależnej od zmierzonej wysokości, którego środkiem będzie punkt nad którym znajdowało się ciało niebieskie. Pomiar wysokości drugiego ciała niebieskiego da nam drugi taki okrąg. Z pewnością znajdujemy się w jednym z dwóch punktów przecięcia obu okręgów. A w którym? To dość łatwo można określić.

Pomiar ciała niebieskiego

Tak w zarysie wygląda idea wyznaczania pozycji z pomiarów wysokości ciał niebieskich. W książce „Astronawigacja krok po kroku” mojego autorstwa, wydanej przez wydawnictwo „W może”, tak jak w tytule „krok po kroku”, opisałem wszystko co jest niezbędne do wyznaczenia własnej pozycji. Po jej przeczytaniu bez większych problemów będziecie posługiwać się sekstantem, wykonywać pomiary i samodzielnie wyznaczać swoje położenie bez posługiwania się elektroniką. Takie ćwiczenia można to robić niemal na każdym morskim rejsie, wystarczy poczekać aż w miejscu linii brzegowej pojawi się widnokrąg.

Doskonałą okazją do sprawdzenia swoich umiejętności w praktyce, są coroczne bałtyckie regaty „Classic Cup” (zazwyczaj na trasie Hel – Olandia i Olandia – Hel), których podstawową zasadą jest nawigowanie bez elektroniki. Zapewniam was, że to olbrzymia frajda i satysfakcja tak przepłynąć Bałtyk i dotrzeć do celu. Później z takimi umiejętnościami praktycznymi ewentualne awarie elektroniki jachtowej wydadzą się mniej straszne.

Podczas większości moich rejsów mam na pokładzie sekstant i almanach. Dzięki temu każdy kto tylko zechce może zgłębiać ową „wiedzę tajemną” jaką jest wyznaczanie własnej pozycji bez wszechobecnego systemu GPS. 

Kapitan Mariusz Główka

Mariusz Główka 

Autor kilkudziesięciu artykułów o tematyce żeglarskiej opublikowanych w miesięczniku „Żagle” oraz książek: „Poradnik żeglarski” i Astronawigacja krok po kroku”. Jestem żeglarzem uniwersalnym. Żegluję po wielu akwenach, od Wisły po ocean. Dwukrotnie przepłynąłem Atlantyk, ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód. Ale uwielbiam też relaksowe żeglowanie po Mazurach moją łódką „Szaman3”. Bakcyl żeglowania dopadł mnie w 1988 roku i zawsze wszystkich ostrzegam, to choroba na którą nie ma antidotum. Trzyma do końca życia. A mówiąc już serio, to żeglowanie jest dla mnie najfajniejszym sposobem spędzania urlopu i generalnie wolnego czasu. Pozwala poznawać świat i co najważniejsze, wspaniałych ludzi

Prowadzone rejsy w ramach Fundacji 4 Kontynenty:

Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców
Wyprawa Dookoła Wysp Brytyjskich 2018
Atlantyk 2019  Kuba – Palma de Mallorca
Wielka Flota Małych Ludzi – rejs w Grecji 2019
I Love Norway 2020

Rejs z astronawigacją
Kategorie
Fundacja 4 Kontynenty

Fundacja 4 Kontynenty Team

To my tworzymy zespół Fundacji 4 Kontynenty

Ekipa tworząca zespół Fundacji 4 Kontynenty to osoby pozytywnie zakręcone.  Na co dzień pracujemy w prywatnych firmach. Jesteśmy lekarzami, managerami, nauczycielami, monterami, magazynierami, architektami, programistami, budowlańcami, instruktorami, kierowcami, czy logistykami. Swoje pasje realizujemy poprzez organizację różnych eventów Fundacji 4 Kontynenty, na które zapraszamy każdego chętnego i ciekawego świata oraz przygód. Chętnie dzielimy się swoim doświadczeniem, wiedzą i umiejętnościami. Nasze działania są całkowicie non profit, nikt z nas nie pobiera wynagrodzenia za działalność w Fundacji 4 Kontynenty. 

Poniżej przedstawiamy Wam nasze sylwetki. Każdy napisał sam o sobie, choć nie było to łatwe…

Zarząd Fundacji 4 Kontynenty

Leszek podróżnik

Leszek Warchoł

Zapalony żeglarz i podróżnik. – Lubię brać udział w regatach, preferuje dobrą zabawę. Żeglarstwem zarażam innych i robię to skutecznie jako instruktor. Posiadam praktykę w szkoleniach dzieci i młodzieży Z dobrą kompanią popłynę w każdy rejs. Przy okazji zabiorę ze sobą gitarę i dużo dobrego humoru.

 

Mariusz „Mario” Noworól

Jestem zapalonym podróżnikiem, żeglarzem, rowerzystą. Z pasją angażuję się w projekty, które pomagają innym rozbudzać ciekawość świata. Marzę, aby razem z Fundacją, wielu młodych ludzi przeżyło wspaniałe chwile na morzach i oceanach. Zwłaszcza ci, dla których podobne wyprawy mogą być tylko marzeniem. Wierzę, że wspólnie z przyjaciółmi, którzy zdecydowali się pomóc w realizacji tych wypraw, doprowadzimy projekt do szczęśliwego finału.

Mariusz Noworól podróżnik i skipper

Inicjatorzy naszych przedsięwzięć - Góry , Trekking

ekipa tworząca zespół Aneta Matula podróżnik górski

Aneta Matula

Zwariowana marzycielka, która wyznacza sobie cele i uparcie do nich dąży, szukając wiecznie nowych wyzwań. Fotomodelka, podróżniczka kochająca góry wysokie, plecak i buty trekkingowe oraz adrenalinę. Europę zamierza zwiedzać dopiero na emeryturze. Wesoła, szczera i spontaniczna… Dzięki mężowi spełniła swoje największe marzenie – pilotowała samolot ultralekki. Od niedawna pasjonatka świata podwodnego.

Krzysztof Matula

Jego osobowość oddaje w pełni przysłowie: Cicha woda brzegi rwie. Nie ma chyba rzeczy, których by nie spróbował. Uwielbia wyzwania i ciągle szuka nowych. Twierdzi, że każdy pomysł podróży czy wspinaczki górskiej jest dobry. Wszystko jest do zrobienia, ale tylko wtedy, gdy jest dobrze przemyślane i zorganizowane. Racjonalista, potrafi swoimi pomysłami zaskoczyć nawet samego siebie! Fotograf z zamiłowania, programista z zawodu. Obecnie pracuje nad budową kolejnego drona, którym będzie mógł filmować w locie. 

ekipa tworząca zespół Krzysztof Matula podróżnik
ekipa tworząca zespół Grzegorz Grochowski podróżnik

Grzegorz „Grochu” Grochowski

Z górami miałem styczność „od zawsze’”, gdyż pochodzę z Ziemi Sądeckiej i od dziecka miałem je przed oczyma. W latach szkolnych zacząłem je poznawać bliżej, najpierw przez wyjazdy kolonijne, a w czasach licealnych już samodzielnie z innymi wariatami. Z czasem tak więc się zrobiło, że zamiast patrzeć z dolin na góry – zacząłem z gór patrzeć w doliny. I jakoś tak potem już poszło.

Arek Palczak

Jestem łysy bo testosteronu potrzebuję na wyprawy w wysokie Alpy. Łucznictwo i fotografia to dwie kolejne pasje, w których się odnajduję. Wrażliwy na piękno przyrody i krzywdę innych. Chyba wystarczy. Narcyzem nie jestem.

ekipa tworząca zespół Arek Paluczak podróżnik
ekipa tworząca zespół Asia i Rafał czyli Romki na końcu świata

Romki na końcu Świata – Joanna i Rafał

Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce. Staramy się żyć zgodnie z tą regułą i poznawać cały świat. Na wszelkie dostępne sposoby.