Kategorie
Blog

Buenos dias, Buenos Aires!

Ostatnia moja relacja zakończyła się na nieudanej próbie porozumienia z                 obsługą lotniska w Sao Paulo. Nie do końca rozumiejąc, zdecydowaliśmy się przesiedziec całe 8 godzin na miejscu. Prawdopodobnie aby wyjść poza terminal należało w specjalny sposób przedstawić się policji na zewnątrz i chyba coś zapłacić. Niechęć do Brazylii za brak możliwości wyjścia oraz niezwykle wysokie ceny towarzyszyła nam przez cały okres oczekiwania. W końcu wsiedliśmy do samolotu i po trwających wieczność 2 godzinach (podczas których nie opuszczała nas  świadomość rychłej śmierci spowodowanej stanem technicznym maszyny) dotarliśmy. 
Buenos Aires to miasto, w którym gubią się nawet lokalsi. Nasz tutejszy host, Edd powiedział nam to od razu po pierwszym spotkaniu. Odbiegając od latynoskiego poczucia czasu, Edd zjawił się na ustalonym miejscu 10 minut za wcześnie. W związku z tym zdecydował że pójdzie zjeść lunch i… spotkaliśmy go wreszcie 1,5 h po ustalonym czasie, wykorzystując wszelkie nasze pomoce elektroniczne aby dotrzeć do nowego miejsca. Edd to wiecznie uśmiechnięty Wenezuelczyk, który w Buenos robi doktorat z farmacji. Obdarzył nas całkowitym zaufaniem zostawiając nam klucze do mieszkania, gdzie mogliśmy znaleźć kawałek swojego kąta.
Rzeczywistość Buenos Aires jest zupełnie inna od wszystkiego, co do tej pory znaliśmy. Ponad 12 milionów mieszkańców. Setki autobusów o wyglądzie przypominającym american dream lat 60 gnają na złamanie karku we wszystkie strony. Kierowcy ścigają się ze sobą, a stojąc na światłach lub w korkach otwierają drzwi, wychodzą z szoferki i plotkują ze sobą w najlepsze. Od razu rozwiewamy wszelkie wątpliwości dotyczące pieniędzy. W Buenos istnieje wiele bankomatów, które są czynne i można z nich korzystać. Jest to mało opłacalne dla nas, Europejczyków, jednak możliwe. Można również wymienić dolary na peso po dobrym kursie, i to nie na niepewnym czarnym rynku, gdzie zło czai się na każdym kroku, ale po prostu w biurze sprzedającym bilety autobusowe międzynarodowe lub na lotnisku. Tak więc pomimo, iż jest tu sporo rzeczy mających wydźwięk komunistyczny (jak punkty telefoniczne do zamawiania rozmów zamiejscowych oraz telewizja na pieniądze na dworcach) to przy odrobinie hiszpańskiego i szczęścia da się tu przeżyć bez uszczerbku na zdrowiu. 
Dużo czasu spędziliśmy zwiedzając oazę przyrodniczą w Puerto Madera. To mocno wysunięty półwysep z parkiem krajobrazowym. Niestety  ani papugi, ani wszędobylskie świnki morskie, ani wielkie jaszczurki nie dały się pogłaskać, mimo moich starań i prób. 


Drobne ciekawostki cieszą:

  • Jeżeli przybędziecie do Buenos, musicie spróbować prostego dania serwowanego w wielu barach i podobnych wyszynkach kiepskiej renomy- kanapki z wołowiną (sandwich con vacio). Co w niej takiego siedzi, zapytacie? Odpowiem prosto – prawie połowa krowy. Argentyna sprawia wrażenie, jakby chleb był na wagę złota (dlatego dają jego skromne racje), w przeciwieństwie do mięsa, którego ilości w jednej porcji zaspokoją zapotrzebowanie dla niewielkiej rodziny i to z psem.
  • Całuśny Rafał. Po całowaniu girońskiego lwa w tyłek, przyszedł czas na całowanie mężczyzn. Niech nikt się nie dziwi, w kulturze latynoskiej całowanie na powitanie mężczyzn w policzek (nawet tych nowo poznanych) leży na porządku dziennym. Tak się zdarzyło, że podczas naszego pobytu Edd przedstawił nas całkiem licznej grupie kolegów.
  • Buenos Aires to miasto kierujące się własnym poczuciem smaku i gustu. To jednocześnie mekka dla kundli i wszelkich bezrasowych psów. Podczas naszych wielogodzinnych przechadzek nie uświadczyłam żadnych psów rasowych.
  • Yerba mate na każdym kroku. Do kupienia zarówno na straganach dla turystów, w marketach, sklepach z drobnym agd. Ciekawie wygląda paczka tej dla nas egzotycznej  herbaty, jako jeden z produktów wykonywanych jako „pewniak” Carrefoura oferowany w promocyjnej cenie ok. 4 zł.

Drugi z wieczorów przyszło nam spędzić w wesołym towarzystwie Wenezuelczyka i Francuza. Podczas popijania wina wymienialiśmy się opowieściami o swoich państwach. Dowiedzieliśmy się, że Wenezuela jest aktualnie najniebezpieczniejszym państwem na świecie. Na porządku dziennym jest znikanie ludzi bez śladu i zabójstwa spowodowane skrajnym ubóstwem. Dodatkowo panuje tam ustrój w rodzaju post-komuny gdzie dobra i żywność nadal są racjonowane. Nasz gospodarz obiecał nam, że na drugi dzień zabierze nas do dzielnicy robotniczej La Boca, twierdząc iż lepiej będzie jeśli będziemy mieć lokalsa za przewodnika, bo z bezpieczeństwem tam bywa różnie, o czym mogliśmy się później przekonać.


Jak Edd obiecał, tak zrobił. W nasz ostatni dzień zabrał nas do La Boca. To miejsce, gdzie  dawniej mieszkała biedota, miejsce straganów ulicznych i tanga pod gołym niebem. Bajecznie kolorowa. Dlaczego? Ponieważ gdy zbudowano ją w większości z blachy falistej, była tak brzydka, że mieszkańcy nie mogli na nią patrzeć i użyli wszystkich dostępnych kolorów, żeby nie była taka posępna. W La Boca jest tylko niewielka część turystyczna. Pozostała część to slumsy, gdzie lepiej się nie zapuszczać. Z Eddem wyszliśmy z oazy turystyki dosłownie ulice dalej. Przy sklepie pierwsza banda „ese” pijących piwo, i złowrogo na nas spoglądających. Druga banda na przeciwko, leniwie rozłożona na chodniku. Pytanie do Edda: „dlaczego idziemy środkiem ulicy, czy nie szukamy tym zaczepki?”. I jego odpowiedź, z lekkim czarnym humorem: „W La Boca chodzisz środkiem drogi, bo jest trudniej wciągnąć cię w ciemny zaułek albo też przycisnąć do którejkolwiek ściany budynku.” W sumie rozsądne…

W ten dzień mieliśmy również okazję zobaczyć demonstrację na Plaza del Mayo, czyli sercu miasta. Tym razem feministki, że swoim „La marche de las putas”. Jak słyszeliśmy z kilku źródeł, Argentyńczycy uwielbiają protestować. Gdy tu będziecie, zajrzyjcie na Plaza del Mayo- coś ciekawego, o co trzeba walczyć, na pewno da Wam o sobie znać w formie krzykliwego protestu, piosenek, bębniarzy, nagości i wymalowanych transparentów i ciał. Poza tym Argentyna boryka się z podobnymi problemami, co Polska. Hasła nawołują: „obalić rząd”, „stop przemocy wobec kobiet”, „większe płace”, „uwolnić Janinę” (że co? „Libertad a Yanina!” patrz zdjęcie poniżej”).
Po ciekawych i wyczerpujących przeżyciach zostawiamy żywotne miasto tanga i kanapek z wołowiną. Wsiadamy w autobus i wyruszamy w dalszą podróż w nieznane, aby na końcu dotrzeć do osławionego Końca Świata.

Tradycyjnie, na końcu, ale nie mniej ważne: 


Dobre rady Wujka Rafała:
1. Nie zniechęcajcie się wyglądem lokalu, w którym chcecie zjeść. I porzućcie wszelkie nauki odebrane z domu dotyczące lokalizacji i higieny tych miejsc. Najlepszą jadłodajnię znaleźliśmy przy dworcu. Wyglądała jak wyszynk z czasów komuny. Brud, smród i ubóstwo, drzwi toalety najlepiej otwierać z buta, ale liczba lokalsów sugeruje, że należy tu zostać. Piwo podawane w czarnym kuflu wykonanym z zabawnego materiału 

ABS (dla niewtajemniczonych, to materiał, z którego w Polsce robi się pokrywy akwariowe oraz skrzynki narzędziowe) „prawdopodobnie” nie nadającym się do kontaktu z żywnością. 
Reasumując:
– piwo pyszne
– jedzenie niebiańskie
– brak rewelacji żołądkowych (szczepienia i probiotyki dają radę)

2. Dawaj napiwki. Mina kelnera po ich nieotrzymaniu śni się po nocach. A do lokalu boisz się wrócić, w obawie przed zemstą kelnera. Za zwyczajowe 10% kupujesz czyste sumienie. 

Kategorie
Blog

Girona – nasz pierwszy przystanek

Girona  – miasto otoczone kamiennymi murami miejskimi, z dostojną katedrą w samym sercu. Urocze zakamarki, place oraz tradycyjne wąziutkie ulice, w których nie zmieści się dwójką ludzi pokaźnych rozmiarów. Palmy, wszędobylski (kwitnący obecnie) rozmaryn oraz kaktusy o kształcie gigantycznych pająków. To właśnie tu przyszło nam zacząć. 

Strzałem w dziesiątkę okazało się skorzystanie z couchsurfingu (dla niewtajemniczonych, to portal zbierający ludzi, którzy chcą gościć podróżników w swoim domu). Po raz pierwszy korzystaliśmy z jego możliwości. Nasz host (gospodarz) – Robert to rezolutny katalończyk dobrze mówiący po angielsku. Odebrał nas z przystanku, zaprowadzil do domu i zaproponował nocny spacer po mieście. 

Jeżeli będziecie zastanawiać się nad wyborem couchsurfingu – nie wahajcie się. Robert zafundował nam fantastyczny kawałek wiedzy historycznej, współczesnej, topologicznej i gastronomicznej dotyczącej Girony i całego regionu. 

Drobne ciekawostki cieszą:

  • Katalończycy na śniadanie zamiast masła wsmarowywują w pieczywo połowę pomidora specjalnego gatunku (dającego się przechowywać w odpowiednich warunkach nawet pół roku),a następnie dodają kilka kropel oliwy. Pomysł kupiony- od tej pory masłu i masło podobnym mówimy NIE. 
  • Pewnego dnia do naszej uroczej Girony przybył cały plan filmowy Gry o Tron. Ciekawostka dla fanów (od nas  – również fanów ). Połowa starówki została zamknięta, aby naga Cersei  Lannister z ogólną głową mogła kroczyć jej ulicami w „pochodzie wstydu” dla odkupienia swych win. Schody katedry w Gironie zastąpiły nam schody przed wielkim septem w Kings Landing. Powstał pomysł, aby Rafał odegrał rolę Cersei w celu wykonania niezapomnianej sesji zdjęciowej, jednak ze względu na warunki pogodowe mogłoby to być mało widowiskowe. 
  • Jeżeli przyjedziecie do Girony, musicie dać się ponieść tutejszemu zwyczwyczajowi . Na jednym z placów znajduje się niewielka figurka lwa, która trzyma się kamiennej kolumny. Robert wytłumaczył nam, że nie można tu być i nie podtrzymać odwiecznej tradycji. .. całowania lwa w tyłek. Aby każdemu umożliwić spełnienie powinności  (lew trzyma się kijka na wysokości 3m), zbudowane zostały specjalne schody stalowe,dzięki czemu nawet dzieci mogą dosięgnąć zadniej części figury.  Na zdjęciach widać lekkie wahanie i niedowierzanie w oczach Rafała, jednak aby nie obrazić gospodarza tradycji musiało stać się zadość .

Podsumowując, udało nam się fantastycznie rozpocząć tripa. Przekonałam się, że 3 semestry nauki hiszpańskiego wystarczają, żeby kupić 200 gr szynki serano, bułę i 3 piwa. Rafał twierdzi, że każdy dałby radę, wykonując zamaszyste gesty w kierunku pożądanych produktów, posiłkując się przy tym wykrzykiwaniem samogłosek (e,a), jednak fakt pozostaje faktem- Hiszpania trochę mnie rozumie. Rzecz miała się „delikatnie” inaczej w przypadku próby wyjścia z lotniska w Sao Paulo (na którym aktualnie przebywamy w oczekiwaniu na lot do Buenos). Brazylia rozumie mnie trochę mniej, ale to już zupełnie inna historia. 
Na koniec dobre rady Wujka Rafała:
– Mając lot trwający 11,5 h (jak my) ŚPIJ – możesz korzystać z dobrodziejstw poduszek i kocy oferowanych przez przewoźnika. Nie oglądaj 4 filmów, jakbyś nigdy nie widział telewizora. Bo później będziesz odsypiał (widok poglądowy na ostatnim zdjęciu).

Kategorie
Blog

Podążając kursem wyznaczonym przez kompas igłą magnetyczną………

„Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej”

Siedzisz na sofie przeglądając kolejne strony atlasu nabierasz ochoty do podróży. Myśli sprawiają, że zastanawiasz się jak wyruszyć w świat mając parę groszy. Cokolwiek robisz powstaje bariera, kolejne problemy sprawiają że marzenia odkładasz na półkę i zamykają się jak kolejna opowieść. Opowieści mają to do siebie, że powracają niepostrzeżenie i znowu pobudzają fantazję. Spotykasz ludzi podobnych do siebie, niewiele się różniących się od Ciebie. W głowie rodzi się pomysł może razem coś wspólnie zróbmy ?  Może małymi  krokami dotrzemy do celu ?  Przekładając kolejne strony książki odkrywasz swoje możliwości, magiczny scenariusz, który krok po kroku pisze kolejne sceny, plany i fantazje zmieniają się w realną scenografię Ty stajesz się podróżnikiem i naszym współtowarzyszem podróży.

Już nie zastanawiasz się czy ograniczają Cię bariery, problemy. Wspólnie działając odkrywamy swoje możliwości, podążając kursem wyznaczonym przez kompas igłą magnetyczną wyruszyłeś w daleką podróż. Podróż, która będzie trwać, będzie trwać tak długo jak sam będziesz tego chciał .

Tak powstał pomysł aby stworzyć grupę 4 kontynenty w 2015 roku i kiedy się wydawało, że wszystkie plany zostaną odłożone na półkę jak niespełnione marzenia, spotkałem ludzi podobnych sobie. Kilka miesięcy później powstała Fundacja 4 Kontynenty – chcieć znaczy móć, wyruszyliśmy razem w podroż, która będzie trwać tak długo jak będziemy przemierzać świat.

Wspierając Fundację 4 Kontynenty sprawiasz, że inny tacy jak Ty mają szanse wyruszyć w podróż jak my. Podaj dalej tę wiadomość, odszukajmy razem ludzi podobnych sobie. Spraw byś sam uwierzył w siebie, znajdź Tych którzy podążą za Tobą.

Fundacja 4 Kontynenty                                                                                                                                                                  

Konto: Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01

Os. Widokowe 8/7 , 32-540 Trzebina (małopolskie)

KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740

www.4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Odliczanie Czas Zacząć

Nastał taki czas, że trzeba zrobić coś ze swoim życiem. Najwyższy czas wyjść ze swojej strefy komfortu, pozostawić codzienność i… wyjechać na Koniec Świata. Czy to kryzys wieku średniego? Być może, jednak kimże bym była, gdybym mimo wszystko nie zaryzykowała i nie spróbowała… Do dzieła więc!!!

Na początku warto się przedstawić. Nazywam się Aśka Romek i pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł, aby pojechać na Koniec Świata. Dlaczego tam? Powodów jest wiele. Po pierwsze jest to Koniec Świata. Pomimo, że Wikipedia pod tym hasłem przedstawia nam: 

„polski zespół muzyczny powstały w roku 2000 w Katowicach…”,

dla mnie (jak i pewnie dla dużej ilości innych osób) jest to ten malutki skrawek ziemi leżący na terytorium Argentyny z miastem najbardziej wysuniętym na południe naszej Kuli Ziemskiej – Ushuaią.

Moim jedynym i nieodłącznym towarzyszem podróży, znalezionym ponad 12 lat temu będzie mój prywatny i własny mąż 😉 Pomimo, iż wyjazd na drugi koniec świata nie jest spełnieniem jego najskrytszych marzeń, to wiem, że nikt nie sprawdzi się na miejscu, nawet w najtrudniejszych warunkach lepiej niż on. A warunki mogą być trudne…

Nasza wyprawa przewiduje przebycie 4,5 tys.km drogą lądową z Buenos Aires do Ushuaii. Jako miłośnicy natury i lekkiego surviwalu (w ciężkim jeszcze się nie sprawdziliśmy), największą uwagę skupiamy na poznaniu krajobrazów oraz otaczającej przyrody. Chcemy odbyć 10- dniowy trekking po dwóch najsłynniejszych parkach krajobrazowych Chile i Argentyny, na własne oczy zobaczyć wieloryby z młodymi, foki, lwy morskie, lamy, pumy, pancerniki oraz podjąć próbę głaskania pingwinów. To tylko nieliczne punkty „must see” naszej wyprawy, jednak o wszystkich planuję napisać na bierząco. 

Większość noclegów przewidujemy w namiocie. Gromadzenie sprzętu outdoorowego pochłonęło nas do reszty, dlatego też nie ma możliwości, aby nie przetestować jego wytrzymałości 😉 Po wielu staraniach udało mi się również nawiązać kontakt z Argentyńczykami, którzy zdecydowali się gościć nas u siebie przez parę nocy.

Na całą wyprawę mamy miesiąc czasu. To bardzo niewiele, jednak nasze życie codzienne nie pozwala nam na wzięcie dłuższych urlopów. Uważam, że czas, jaki został nam dany to i tak niemało, i zupełnie nie ma na co narzekać.

Niniejszy blog jest pierwszym w moim życiu zapisem stworzonym na podobieństwo dziennika podróży. Cieszę się, że mogę go prowadzić w tym miejscu, czyli z ramienia fundacji 4 Kontynenty. To tutaj przekonałam się, że „CHCIEĆ ZNACZY MÓC”. Do dzieła więc, czas zacząć ostateczne przygotowania. Wyjazd już za tydzień.

Romki na Końcu Świata

Kategorie
Blog

Startujemy z blogiem

Celem blogu jest propagowanie naszych działań, pomysłów, marzeń. Zamierzamy w nim opisywać również to co myślimy, robimy i planujemy – a także poruszać tematy związane z żeglarstwem, górami, podróżami … 

Zapraszamy wszystkie osoby do włączenia się w komentowanie pojawiających się wpisów, chcemy, aby nasz blog żył. Osoby związane z naszą fundacją, mające ochotę współtworzyć blog, pisać własne teksty – proszone są o kontakt na adres: fundacja@4kontynenty.pl