Kategorie
Blog

Fiku Miku po Bałtyku, czyli Romki na Końcu Świata, vol. 2

Po raz kolejny mam przyjemność zrelacjonować Wam przebieg naszej ostatniej wyprawy. Tym razem obracający się dookoła glob wytyczył nam nowy kierunek. Nieuchwytny Koniec Świata można było zobaczyć na własne oczy na wodach Bałtyku. Wiedzeni doskonale opracowanym planem, jako pierwszy znaczący cel całej armady pod banderą 4 Kontynenty, obraliśmy Bornholm. A cóż stało się po drodze, z jakimi sztormami mieliśmy się zmierzyć, i czy ziściły się nasze plany… o tym – przeczytajcie.

W sobotę, 29.04.2017 r., nasza dzielna załoga, tak jak 10 pozostałych, zaokrętowała się w Gdyni na jacht. S/Y Ruth miała od tej pory na 8 dni stać się naszym domem na dobre i na złe. I już – ształujemy prowiant, a kapitan Zbynio wydaje komendę na odejście od kei. Wypływamy w krótki rejs rozpoznawczy do Górek Zachodnich. Nowoczesny jacht idzie jak złoto – mamy farta – Ruth to wybitnie szybka jednostka, którą jak się później okaże – będziemy zostawiać wszystkich w tyle.

Górki Zachodnie witają nas wesoło powiewającymi banderami klubowymi 4K – są dosłownie wszędzie, a cała marina przejęta została przez naszych uczestników. Nawiązujemy nowe znajomości a integracji pomaga osławiona kawa po kapitańsku, czyli specjalność naszego osobistego kapitana Zbyszka. Pogoda sprawdzona i jest decyzja – w niedzielę uderzamy na Hel i po krótkim postoju, na noc obieramy kurs na Łebę. Nasze nocne pływanie z niedzieli na poniedziałek skutkuje:

  • Chorobą morską części załogi;
  • Zmęczeniem pozostałej części, która chorobie nie podlegała;
  • Dopłynięciem i przekroczeniem główek portowych w  Łebie;
  • Zadowoleniem i pierwszym porannym toastem z serii „za cudowne ocalenie”.

A dalej – jak to typowe portowe życie – tańce śpiewy i hulanki przy ognisku do białego rana. W Łebie polecamy wyjazd na największe wydmy w Polsce. Zdecydowanie najbardziej korzystnym środkiem transportu jest rower – ogromne tłumy okupują meleksy a kolejki nie mają końca.

Jeżeli byliście już na morzu to wiecie, a jeżeli nie, to w tym miejscu pragnę wszem i wobec uświadomić, jak ważnym elementem żeglarstwa jest pogoda. To właśnie dzięki jej kaprysowi, we wtorek zapada decyzja ligi kapitańskiej – „odpuszczamy Bornholm, bo wiatr nie sprzyja. Zmiana kursu na szwedzką Karlskronę”. Tłumacząc zarządzenie, w naszej obecnej sytuacji płynięcie w kierunku Bornholmu jest po prostu bez sensu. Wiatr wieje idealnie od dziobu, a nie przyjechaliśmy tu nabijać mili na silniku. Tak więc, moi drodzy, pogoda daje nam silnego kopniaka, ale pływając po Bałtyku musimy być elastyczni, zwarci i gotowi na jej kaprysy.

W tym momencie, zgodnie z planem, ma miejsce odłączenie dwóch jachtów, które prowadzą dalej wyprawę Śladami Ginących Lodowców. S/Y Bystrze i S/Y Sifu obierają kurs w kierunku dalekiej północy. Czeka je jeszcze wiele dni żeglugi i zmian wacht zanim dotrą do swego przeznaczenia, czyli granicy północnego lodu.

We wtorek do południa wyruszamy dalej. Dzielna wachta kambuzowa, w osobach Asi i Tomka przygotowuje smakowite danie na pełnym morzu i w pełnym przechyle. Niestety, rozchorowana część załogi oddaje go Neptunowi, nie mając pożytku z jego konsumpcji. Dojście i zacumowanie w Karlskronie zajmuje nam 23 godziny. Dosyć ciężkie 23 godziny – wiatr tężeje, wielokrotnie przekraczamy tory wodne dużych jednostek pływających. Jeżeli będziecie kiedyś na Bałtyku, to zrozumiecie dlaczego trzeba mieć oczy dookoła głowy i ciągle obserwować pozycje innych jednostek. Zdarzyli się już tacy, którzy słono zapłacili za swoją nieuwagę.

Gdy dopływamy do Karlskrony, załoga jachtu Chiron 2, gotując się na zasłużony spoczynek, radośnie świętuje swoją pierwszą pozycję w armadzie, oraz oczywiście „cudowne ocalenie”. Tuż za rufą ostatniej jednostki naszej armady, okno pogodowe zamyka się. Wiatr wzmaga się do ponad 7 w skali Beauforta a przez myśli kilku członków wyprawy przebiega niepokojąca myśl „zostaniemy tu na zawsze!”. Nie zrażeni sztormowymi warunkami, ukryci w cichym porcie, przełączamy się w tryb turystyczno – towarzyski. Zwiedzamy miasto i kosztujemy słynnych lodów. Jacht Faworyt prześciga wszystkich w sztuce kulinarnej, serwując nawet nieproszonym gościom kluski śląskie własnej produkcji z roladą, naleśniki, placki ziemniaczane i zapiekanki. W tamtejszym kambuzie królują rodowite ślązaczki – Kamila i Kasia oraz sam kapitan jednostki, czyli „Bosman”. W oczekiwaniu na kolejne okienko pogodowe zwiedzamy malowniczą wyspę Aspö. Dopiero tam podziwiać się daje typowe szwedzkie budownictwo z kolorowymi drewnianymi domkami. Karlskrona zdecydowanie należy do nowoczesnych, w dużej mierze betonowych miast. Jednak nie zrażajcie się. Gdy tu będziecie, nie zapomnijcie o punktach must be/ must see, czyli:

  • Starówce;
  • Lodach na starówce;
  • Największym w Szwecji drewnianym kościele;
  • Licznych wysepkach z zachowanymi w różnym stopniu fortyfikacjami, połączonymi z lądem mostami;
  • Oraz wypiciu śmieszne woltarzowego piwa.

Morze cichnie – w piątek rano obieramy kurs południowy w kierunku polskiego wybrzeża. Nasz jacht oraz Elektra i Kacyk mają niezwykłe szczęście – po wyjściu z portu mija nasz szwedzki okręt podwodny wracający z rutynowych manewrów. Uwieczniamy to na licznych zdjęciach, ponieważ widok jest niecodzienny. Morze mocno zafalowane, jednak wraz z czasem jego stan uspokaja się, aż do prawie całkowitej flauty koło godziny 0500. Znowu przychodzi nam manewrować między licznymi jednostkami oraz na dodatek rybakami rozkładającymi sieci.

Na Hel przypływamy jako pierwsi. Jak słyszymy przez radio, nasza najmniejsza jednostka S/Y Kacyk ma problemy techniczne. Dzielna kapitan Aga już drugi raz na tym rejsie boryka się z trudnościami, jednak na pomoc przychodzi S/Y Faworyt, który bezpiecznie eskortuje ich do portu. Pomimo zmęczenia, większość załóg decyduje się wstąpić do najsłynniejszej tawerny na polskim wybrzeżu – Kapitana Morgana. Szanty i morskie opowieści ciągną się do późna w nocy – to w końcu nasza impreza pożegnalna. Komandore Mario zamyka wyprawę przemówieniem, podczas którego przedstawia plany na przyszły rok. 4K nie osiadają na laurach – przyszłoroczna majówka ma być jeszcze świetniejsza niż dwie poprzednie. W doskonałych humorach rozchodzimy się na jachty, aby w niedzielę rano szybko skierować się do portów macierzystych. Wszyscy, oprócz S/Y Bystrze i S/Y Sifu, które są w drodze ku lodowcom, zdają jachty i obierają kurs na dom. Co dobre, szybko się kończy.

Tradycyjnie, mała dawka cyklu „Drobne Ciekawostki Cieszą”:

  • Szwedzi mają ciekawe podejście do sprzedaży produktów spożywczych. Lody sprzedawane są na tony, ale za to Wasz wybór ogranicza się tylko do jednego, dwóch lub trzech smaków. Chcąc więc spróbować trzech z nich (a wybór jest ogromny), musisz zamówić 9 wielkich gałek, a do pomocy w ich konsumpcji zaprosić pumę. Nasza załogantka Kasia określiła to jako „crazy philosophy” (szalona filozofia), za co w geście przyjaźni i na obłaskawienie dostała od obsługi darmową kawę.
  • Piwo w Szwecji to prawdziwie ciekawy przypadek. Aby obywatel nie popadł w nadmierny alkoholizm, opiekuńcze państwo redukuje procenty złotego trunku do wartości 2,8 do 3,5%. Z kolei winogronowy napój bogów, w trosce o szwedów zostaje przekształcony w 0,5% lekko podfermentowany sok. Cóż za szczęśliwy naród, kiedy własne państwo tak opiekuńczo dba o jego zdrowie i dobrą kondycję psychiczną.

I, jak zawsze niezbędne Dobre Rady Wujka Rafała, bez których nie przeżyjecie w trudnych warunkach:

  • Pamiętaj, że wybór kapitana to niezwykle istotna sprawa. Z dobrym kapitanem kawa zawsze smakuje lepiej.
  • Jeśli nie masz żołądka ze stali, przed wyjściem w morze nie przejadaj się rybą ze smażalni. Jeżeli będziesz miał szczęście, zawartość Twojego żołądka wyląduje za burtą, a jeżeli nie, pod własnymi nogami w koi.
  • Ciesz się, kiedy tylko możesz sikaniem na stojąco na lądzie. Na morzu nie będzie Ci to dane, ponieważ zalecenia kapitana są bardzo rygorystyczne w tym względzie.
  • Ciesz się w ogóle każdą chwilą, bo rejs na Bałtyku to zajebista sprawa.

Tak wyglądała wyprawa oczami I oficera jednostki S/Y Ruth. Po raz kolejny uświadomiliśmy sobie, że warto ruszyć z domu, ku przygodzie. Drodzy Czytelnicy, porzućcie choć na chwilę codzienność, wyłączcie atakującą „ziemniakTV” i wyruszcie z nami w kolejną wyprawę w poszukiwaniu Końca Świata. Zawsze pamiętajcie, że chcieć, znaczy móc.




















Kategorie
Blog

Miasto Łeba partnerem wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców

Miasto Łeba partnerem wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców.

Podczas żeglarskiej Majówki 2017 wpłyniemy naszymi jachtami do portu Łeba. Krótki program naszej wizyty w Łebie 
1 maja 2017 
1600: Przewidywane wejście do portu Łeba, jeśli Neptun pozwoli 
1600 – 20.00: Udział w Wielkiej majówce w Łebie 
21.00- do wyczerpania energii ognisko w porcie jachtowym

Mamy wolne miejsca na Majówkę 2017 

Kategorie
Blog

Oficjalne logo wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców

Fundacja 4 Kontynenty dziś obchodzi pierwszy rok swojej działalności. Za nami wiele ciekawych wydarzeń, które mogliśmy przeżyć razem.
Jest to wyjątkowa okazja aby zaprezentować oficjalne logo naszej wspólnej wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców, na pokładach dwóch jachtów SY Sifu of Avon i SY Bystrze.Poznajcie sympatycznego misia z dalekiej Arktyki, którego poprzez Cieśniny Duńskie, Fiordy i Lofoty Norwegii popłyniemy odwiedzić. Sprawdzimy jak daleko sięga granica lodu, czy jeszcze istnieje?. Dołącz do Nas, napiszmy razem nowe karty polskiego żeglarstwa. Jak mówi nasze hasło chcieć znaczy móc. 

Mariusz Noworól 

Kategorie
Blog

4 Kontynenty w tawernie Gniazdo Piratów Warszawa

Pośród słodowieckich bloków, nieopodal wysokiej na kilka metrów bariery dźwiękoszczelnej przy trasie S8 zagnieździła się najprawdziwsza tawerna, gdzie, jak sami właściciele sami piszą, „szanty, folk, rock, blues, jazz…”. Gdzie można a nawet i „trzeba śpiewać i tańczyć (nikt tutaj nie obrazi się za tańce na ławach!). Można „drzeć ryja” nie zapominając o chwili zadumy.

Tym razem w karnawałowej atmosferze w „Pirackim Gnieździe” w Warszawie bawiła się reprezentacja Fundacji 4 Kontynenty ….”

Nela Fleks

Kategorie
Blog

Witamy na Końcu Świata.

Już od samego początku, wjeżdżając do miasta, przekonaliśmy się, że nie jest to mała nadmorska mieścina wepchana pomiędzy ośnieżone szczyty. To spore miasto z własnym przemysłem oraz miejsce przeładunkowe dla transportu morskiego. Miasto, z racji jego odosobnienia praktycznie samowystarczalne.      
Na przystanku rozstajemy się z naszymi kompanami – Anią i Andresem. Ich plan obejmuje pozostanie to w hostelu na 2 dni, a następnie w ekspresowym tempie 10 dni – dotarcie drogą lądową do Buenos Aires. My z kolei chcemy spędzić czas na kampingu oraz odwiedzić słynny Park Narodowy Końca Świata. 
Pobyt zaczynamy bardzo owocnie – przez przypadek udaje nam się złapać stopa i przemili starsi państwo decydują się podrzucić nas na kamping. Jeździmy, po drodze zwiedzamy liczne małe dzielnice na skraju miasta. Wkrótce okazuje się, że kampingu żadnego nie ma. Nasi państwo, którzy ogromnie przejęli się naszą sytuacją  (a główne tym, że jesteśmy z tak daleka), wiozą nas od hostelu do hostelu. Zabawa trwa prawie godzinę – nigdzie nie ma miejsca. Pamiętajcie, i dobrze sobie zapiszcie – obecnie w Ushuai nie ma żadnego kampingu, za wyjątkiem Parku Narodowego, sporo oddalonego od miasta. Wylewnie dziękujemy naszym wybawcom za pomoc (Kali dziękować) i zostajemy w pierwszym wolnym hostelu. A jest on dosyć… nietypowy. Wszyscy goście to Żydzi, a oglądając zdjęcia pamiątkowe i podziękowania za gościnę na ścianach, chyba było tak od zawsze. We wspólnej sali panuje bardzo przyjazna atmosfera i przyjemnie razem spędzamy czas gotując. 

W następny dzień, w ramach oszczędności decydujemy się na ok. 15 km przechadzkę w pełnym obciążeniu i pełnym deszczu. Należy zwrócić Waszą uwagę na koszt transportu. Jest tutaj tak drogi, że za przejechanie łącznie w dwie strony ok. 30 km dla 4 osób można w Polsce kupić używane, ale na chodzie Cinquecento i do tego zatankowane po korek.
W parku narodowym można kampingować w wybranych miejscach. Nasz pierwszy nocleg wypada na osłoniętym od wiatru terenie nieopodal… prawdziwego końca świata. Niewiele jest takich miejsc, jak ta zatoka z widokiem na Kanał Beagla, wyspy i fiordy Tierra del Fuego. I przy tym wszystkim jedna mała budka pocztowa z blachodachówki. Wybranej osobie, która z racji wieku nie czyta naszego bloga wysyłamy pocztówkę z Końca Świata. A na sam koniec dnia lecimy w tempie ekspresowym po ścieżce edukacyjnej zaznajamiającej nas z pampą. Las jest niezwykły, magiczny. Zastanawiasz się, czy zaraz nie wpadnie na ciebie jakiś elf rodem z Tolkiena. Prześwity zachodzącego słońca oraz porośnięte mchem konary tworzą nierealny obraz a w mojej głowie króluje myśl, żeby tylko dotrzeć do namiotu przed całkowitym mrokiem. Kolejny dzień również spędzamy chodząc szlakami po samym wybrzeżu i po dżungli leśnej. 
Następna ważna informacja o parku. Pomimo przekonywania nas przez strażników parku, tak na prawdę nie ma tu nic. Sanitariaty, sklepy, gastronomia – wszystko to zieje pustkami, zamknięte.
Dla Parku Końca Świata mówimy zdecydowanie tak. Królująca nad całym parkiem Góra Guanako oraz Drzewo Matka czuwają i zapraszają 

do zwiedzenia okolicy.
Pozostałe nam niecałe dwa dni spędzamy poznając okolice Ushuai. Zatrzymujemy się na jedynej plaży, oddalonej ok. 10 km od miasta, ale za to z pięknym na nie widokiem. Poruszamy się stopem, ponieważ mieszkańcy widząc turystów, chętne na zabierają. Jedyne, czego chcą w zamian to krótkiej rozmowy o zamorskim świecie, o jakże oddalonej Europie. Próbujemy również odwiedzić górujący nad miastem lodowiec Glaciar Martial, jednak koszmarna pogoda mocząca nas po czubek nosa karze nam zawrócić. 

Drobne Ciekawostki Cieszą. 

– Jak powiedział nam kierowca busa, pogoda, której właśnie jesteśmy świadkami to najlepsza pogoda roku. Max. 15 st., pada tylko jakieś 50% czasu, na zmianę z wiatrem, który potrafi urwać głowę. Prawdziwa wiosenna przyjemność. 
– Argentyńczycy z innych regionów już tu nie przyjeżdżają. Bez względu na to, z którym lokalsem rozmawiamy, wszyscy zgodnie twierdzą, że jest tu za drogo. Znacznie.
– Jedną z najbardziej niesamowitych roślin, które spotkaliśmy był grzyb pasożytniczy o wdzięcznej nazwie chleb indyjski. Grzyb pasożytuje na drzewach a wyglądem przypomina małe mandarynki. Jest go pełno.
– Tierra del Fuego była pierwotnie zamieszkana przez plemię Yaghan (od 10 tys. lat). Pomimo wszechobecnego zimna ludzie ci nie nosili ubrań, a dla ochrony smarowali skórę tłuszczem zwierzęcym. Spali w pozycji kucającej, aby zachować ciepło w nocy. Podobno sama nazwa Tierra del Fuego wzięła się od mnóstwa ognisk, które ujrzeli przypływający europejczycy. Ciekawe, ponieważ prawie wszyscy sądzą, że nazwa pochodzi od spalonej, jałowej ziemi. A sama ona jest bardziej urodzajna i zielona niż w Patagonii. Niestety plemię Yaghan zostało zdziesiątkowane przez zderzenie z cywilizacją a ostatnia indianka czystej krwi zmarła kilka lat temu.
– Światło dnia jest tutaj obecne niezwykle długo. W Polsce mamy obecne około 10 godzin słońca, podczas gdy tutaj ponad 19.
– Pociąg Końca Świata to atrakcja również umierająca. Kolejka jedzie 3 km po widokowych punktach parku. Dla nas temat do ominięcia ze względu na ogromny koszt. Poza tym, że w cenie dostajesz kanapkę z lampką wina, to jazda trwa tak krótko że chyba nawet nie zdążysz jej skonsumować.

– Po przejechaniu Argentyny wzdłuż nasuwa się jedna myśl. Argentyńczycy (podobnie zresztą jak Chilijczycy) mogą mieszkać w rozpadających się budach- garażach z blachodachówki, ale na podwórku koniecznie musi znaleźć się grill (najczęściej z zardzewiałej beczki przeciętej w pół) oraz samochód typu pickup, którego wartość przekracza wszelkie pozostałe sprzęty razem wzięte wraz z całym domem i działką, na której stoi. To prawdziwi fani motoryzacji.

– W parku Końca Świata ma też koniec droga narodowa nr 3. Ponoć biegnie ona aż z Alaski i tutaj kończy się na 17 tys. kilometrze. Sporo…

W ostatni wieczór wybieramy się spróbować krabów krolewskich. Jak dla mnie trochę szalone. Pozwalają Ci trzymać jeszcze żywego kraba prosto z akwarium a po 15 minutach masz go na stole. Może bestialskie ale… fenomenalne. Rękami i nogami polecamy restaurację El Viejo Marino. Na stoliki trzeba czekać, wszystkie restauracje w mieście puste, a tutaj prawdziwe oblężenie. Sam właściciel rybak nakrywa do stołu i zaprasza gości. Będąc tu nie możecie ominąć.

Ostatnia porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:

– Do Parku Narodowego Końca Świata zabierzcie ze sobą tabletki do uzdatniania wody. Wszystkie rzeki i jeziora uzbrojone są w tabliczki z zakazem picia wody. My jednak poradziliśmy sobie dzięki zakupionym w Polsce tabletkom, które za cenę 50gr za sztukę uzdatniają 1 litr jezioranki.

Zakończenie. 

Podróż była cudowna. Argentyna ciągnie się przez tak wiele kilometrów i dzięki temu jest tak różnorodna. Wspaniała. Czas do domu. Ale nie ma tego złego. Podróże kształcą, wiec wracamy nieco bardziej mądrzy o wiedzę o świecie. 
Przed nami daleka podróż z wieloma przesiadkami i problemami. Podróż do domu. Dziękujemy wszystkim, którzy byli z nami i śledzili nasze poczynania. Jeśli możecie, dajcie znać, czy blog Wam się podobał i co byście zmienili. Wasza opinia jest dla mnie ważna przy kolejnych projektach. Wszystkim dziękujemy i do zobaczenia w kraju.

Kategorie
Blog

Torres del Paine, czyli jak Polak potrafi.

Jeżeli zamierzacie odwiedzić park Torres del Paine, musicie od razu zdecydować się na konkretny termin oraz wybrać jedną z dwóch tras. Krótsza z nich, to przejście ok. 50 km i zaliczenie kilku najważniejszych punktów w górach, zajmuje ok 5 dni. Dłuższa, to ok. 100 km wokół całego parku, zajmuje 10 dni. Dla naszej czwórki została jedynie specjalna trasa, czyli dwa dni noclegu na jedynym dostępnym kempingu z wolnymi miejscami. Nie marudząc wzięliśmy, co było nam dane. 
Tu warto się zatrzymać, aby opowiedzieć trochę o nowościach, jakie stały się naszą codziennością. Po pierwsze Chile. Państwo bardzo różni się od sąsiadującej Argentyny. Jest dużo biedniejsze, a co za tym idzie, dużo tańsze. Na granicy należy deklarować każdą posiadaną żywność. Moja dobra rada – róbcie to. Zaznaczajcie na formularzu,że przewozicie jedzenie. Nas jedynie zapytali, co dokładnie mamy (zakazane bezwzględnie są owoce i warzywa) i nie było żadnych problemów. Co by się stało, gdybyśmy się nie przyznali, nie mam pojęcia, jednak podpisując dokument na granicy, dostajesz informację o karach za brak deklaracji. 
Nasze pierwsze miasto w Chile to Puerto Natales. Jest niesamowite – małe, z niską zabudową w różnych kolorach. A budują tu ze wszystkiego. Elewacje z płyt osb to luksus. Biedniejsze domy z blachodachówki, resztek drewna i czegoś w rodzaju sidingu. Typowe miasteczko portowe ze świeżymi owocami morza. Nasi obecni towarzysze to Polka i Kolumbijczyk. Są w podróży od ponad dwóch miesięcy, zaczynając z Kolumbii, przez Peru, Chile i Argentynę. Dzięki Andresowi i jego znajomości hiszpańskiego jest nam dużo łatwiej. W miasteczku znajdujemy kamping (a właściwie miejsce, gdzie możemy się rozbić w czymś ogródku). Z samego rana wyruszamy do Torres del Paine. Po 2,5 godzinach jazdy autobusem i prawie godzinnym wypełnianiu dokumentów wjazdowych i szkoleniu, jak zachowywać się w parku, możemy wreszcie rozbić namioty. Ponieważ pogoda dopisuje, od razu decydujemy się ruszyć w kierunku najsłynniejszej atrakcji – samego trójgłowego Torre del Paine. Po drodze składamy dzięki za fakt, że nie jesteśmy w pełni obciążeni a większość rzeczy została na kampingu. Z początku lekka i przyjemna trasa, co chwilę przecinana ciekami wodnymi, staje się coraz bardziej stroma i wymagająca. Ale… od czego ma się kompanów podróży. Pamiętacie, jak w Buenos Aires, u Edda poznaliśmy jego kolegę, Francuza? Długo śmialiśmy się wtedy ze stereotypów dotyczących krajów, szczególnie kiedy wspomniany Francuz wyciągnął z plecaka worek pełen sera i ochoczo nas częstował. Historia lubi zataczać kręgi, znowu przyszło nam się zmierzyć z kolejnym stereotypem. Co mógł mieć ze sobą Andres, nasz poznany Kolumbijczyk? Oczywiście, woreczek pełny liści koki, którymi również zostaliśmy poczęstowani. To zwykłe liście, które mieszane w ustach ze śliną, w dużej mierze przyczyniły się do odzyskania przez nas sił. W takich ilościach i formie  (naturalnej), nie mają one żadnych właściwości halucynogennych, a w Ameryce Południowej są całkowicie legalne.
Widok na Torre del Paine mówi nam, że dobrze wybraliśmy kolejny cel naszej podróży. Cała droga zajęła nam ok 10 godzin, wiec po szybkim posiłku wszyscy zapadamy w zasłużony sen. Z rana budzi nas pierwszy poważny deszcz. Typa patagońska pogoda daje się we znaki i decydujemy się odpuścić planowaną 14 godzinną marszrutę na poczet wegetacji w 

namiocie. Jeśli chcecie znać nasze zdanie w tym temacie – do chilijskiego parku narodowego warto przyjechać, aby zobaczyć Torre del Paine. I głównie to. W ogólnym zestawieniu, jeśli musicie dokonać wyboru, zdecydowanie bardziej plecami park Los Glaciares w Argentynie. Po najzimniejszej jak dotąd nocy, następny dzień to piesza podróż do autobusu i ponownie nasze zapomniane przez świat Puerto Natales. 

Drobne ciekawostki cieszą:
 
– Parki narodowe odwiedzanych przez nas państw są na prawdę pełne zwierzyny wszelkiej maści. Aż roi się tu od łownych ptaków, które szybując nisko nad tobą, wydają dźwięki podobne do odrzutowca.

– Wszędobylskie guanako niestety nie 

nadaje się do głaskania. Dobrze pozuje do zdjęć, jednak zbliżyć się do niego można maksymalnie na 2 m. Później ucieka. 

– Kolejny raz mieliśmy niebywałe szczęście z pogodą. Widzieliśmy Torre del Paine w pełni okazałości, z jego wodospadami z topniejącego lodowca. Widok był dosłownie oślepiający, ponieważ naga skała polewana wodą odbijała każdy najmniejszy promyk słońca. 
                                                                 

 – W Puerto Natales w sklepie z artykułami domowymi, obok piły spalinowej możesz kupić siodło, ostrogi i bicz na konia. No cóż… nigdy nie wiadomo, co może się przydać w domu.

Kolejny przystanek to chilijskie miasto Punta Arenas. Nieubłaganie przypomina nam to o celu i jednocześnie końcu naszej podróży – Ushuaii, czyli Końcu Świata. Jak tam dotrzemy i co wydarzy się po drodze – wszystko pokaże czas. A więc brnijmy dalej, skoro raz zaczęliśmy.

Na koniec, tradycyjnie, kolejna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała.

– Chcąc przyjechać do Torres del Paine musicie zaopatrzyć się w dobry namiot. Nie wystarczy weekendowy namiot z Biedronki. Musi być odporny na wiatr o prędkości ok 100 km/h i wysokiej wodoszczelności, ponieważ ulewy mogą trwać po kilkanaście godzin. Nasz namiot, na szczęście jak do tej pory się sprawdza. Tych kilka w pobliżu nie przeszło próby i złożyło się jak domki z kart. 
– Dla oszczędności i przyjemności zabrać ze sobą niewielką kuchenkę turystyczną. Obiad dla 1 osoby waha się między 70 a 120 zł. Gotowanie na wietrze to prawdziwa atrakcją. Pamiętajcie, że używanie kuchenek dozwolone jest w ściśle określonych miejscach. 
– Po raz kolejny uwaga na opaleniznę. Tablice ostrzegają o niebezpieczeństwie. W skali 1 do 11, promieniowanie jest na poziomie 9, wiec po raz kolejny – dbajcie o siebie i używajcie kremów. 
– Kolejny podkoszulek wylądował w śmietniku. A za nim ten służący jako ręcznik (muszę nauczyć się otrzepywać po kąpieli jak pies). Dobra rada mówi – nie przeładowujcie się rzeczami, bo plecak będzie ciążył niemiłosiernie. Codziennie można coś przeprać i od razu wysuszyć podczas wieczornych wichur.

Kategorie
Blog

Przyspieszamy kroku- El Calafate, El Chalten i Perito Moreno, czyli park Los Glaciares

Po wyjątkowo komfortowej podróży dotarliśmy do Rio Gallegos i stamtąd do El Calafate. Miejsce bardzo turystyczne, baza wypadowa do El Chalten.
Podczas niekończących się podróży oglądamy zmieniający się krajobraz. Jak dotrzecie do Patagonii, sami się przekonacie, że wszystko wygląda tu inaczej. Jest prawie pustynnie, z niewielkimi suchymi krzaczkami pojawiającymi się to tu, to tam. W tle majaczą Andy. Po niekończących się równinach snują się setki lamowatych guanako i strusiowatych nandu. Kości tych, którym nie dane było ujrzeć jutra bieleją w palącym słońcu. 
W El Calafate spędzamy jedynie 2h (wrócimy tu za 2 dni) i przesiadamy się do El Chalten.
Towarzystwo również się zmienia – miejsce bogatych turystów (głównie Niemców) z walizkami na kółkach zajmują bardziej bądź mniej zamożni trekkingowcy. Jedni wynajmują hotele i przechadzają się podziwiając widoki, drudzy rozbijają się po kampingach, sami gotują i niewiele korzystają z „dobrodziejstw” samego El Chalten.
Od razu po wyjściu z autobusu uderza nas piorunujący widok – małe miasteczko z głównie drewnianymi zabudowaniami u podnóża ogromnego królewskiego Fitz Roya wraz z otaczającym go orszakiem mniejszych szczytów i schodzących do jezior lodowców. Jeżeli nie wyobrażacie sobie, jak wygląda kolor mleczno – błękitny, musicie choć raz tu być. Rozległe jeziora i pieniące się wściekle rzeki, wszystkie pochodzenia lodowcowego, mają tu właśnie taką barwę. Wszystko, co płynie, nadaje się do picia, a woda nabrana do butelki, pomimo że ujarzmiona, nadal zachowuje swój niezwykły odcień mlecznego błękitu. Jest diabelnie zimna i niebiańsko pyszna.

Na dwa przewidziane tu noclegi wybieramy kwitnący wiosną niewielki kamping. I juz pierwszego dnia wiemy, że popełniliśmy błąd. Słuchając rad i czytając informacji o parku narodowym Los Glaciares zaplanowaliśmy, że spędzimy tu 1 pełny dzień. Będziemy trekkingować po parku, aż dotrzemy do obranych przez nas punktów widokowych. Nie popełnijcie tego błędu co my – park Los Glaciares jest tak urokliwy, że poświęcenie mu tylko tyle czasu to obraza majestatu. 
Aby obejrzeć wszystkie 3 najważniejsze punkty (Laguna Torre, Laguna de los Tres, Paso del Cuadrado) warto tu być na 3 noce. Najlepiej z własnym namiotem i wszelkimi precjozjami outdoorowymi wyjść do parku i nocować na wyznaczonych darmowych miejscach biwakowych.

Dzięki temu w czasie 3 dni będziecie mieli okazję podziwiać Fitz Roya z bardzo bliska i do woli raczyć się wodą z lodowca (za którą, swoją drogą, bogacze płacą krocie).
Widząc nasz błąd organizacyjny zdecydowaliśmy, że w nasz jedyny pełny dzień pozbędziemy się wszystkich nagromadzonych sił i zobaczymy wszystko. Kto wie, czy kiedykolwiek będzie nam dane być tu jeszcze raz – trzeba się napatrzeć. 
Wyprawę, na szczęście mało obciążeni,  zaczynamy przed 0800. Nasz pierwszy cel – Laguna de los Tres, czyli same podróże Fitz Roya wraz z błękitnym jeziorem. Punkt osiągamy po 1200 – ostatni kilometr prawie czołgamy się na czworakach w korytarzach między głazami. Widok na końcu rekompensuje wszystkie niewygody. Po chwili wypoczynku w słońcu rozpoczyna się pogoda patagońska. Masz wrażenie, że chce strącić cię do jednej z licznych przepaści. Schodzimy ta samą drogą i jesteśmy już porządnie wyczerpani. Na nasz drugi punkt – Laguna Torre docieramy pod wieczór, po drodze mijając dzikie kampingi. Ostatnie kilomery do celu pokonujemy znowu praktycznie się czołgając, tym razem jednak z powodu warunków pogodowych. Wiatr wieje z taką siłą, że miota tobą na wszelkie strony a na dodatek rozpoczyna się kąsający deszcz. Powtórnie jednak, pomimo anomalii pogodowych, przekonujemy się, że warto. Gigantyczny lodowiec schodzi do dołu, a jego jęzor kończy się jeziorem pełnym lodowych odlamków. Tu możemy próbować wody lodowcowej w wersji instant,  czyli jeszcze przed rozmrożeniem, w formie stałej (co też ochoczo wykonujemy).
To był trudny dzień – ponad 30 km po różnych przewyższeniach (max 400 m w górę na odległości 1 km) i 13 godzin trekkingu w szybkim tempie, aby zdarzyć. 
Pisząc ten tekst mam przed sobą niezwykły widok. Musze cały czas przerywać, żeby obserwować. Na wprost mnie, jakieś 200m jeden z największych lodowców świata – Perito Moreno. Cały czas musze zerkać w jego stronę, gdyż nigdy nie wiadomo, kiedy kolejna bryła oderwana od całości z hukiem runie w dół, do wody. Perito Moreno trzeszczy, wybucha i jęczy cały czas, jednak widowiskowe skoki brył do wody zdarzają się rzadziej. I zwykle, odwieczną zasadą złośliwości, zawsze wtedy, gdy odwrócisz wzrok. W momencie, gdy Rafał po godzinnym wpatrywaniu się w lodowiec odkładał aparat do plecaka, z Perito Moreno ospadł „kawałek” wielkości 11 – piętrowego budynku i spektakularnie 

rozbił się o taflę wody. Fakt uwieczniony jedynie w naszych głowach. 

Dobre ciekawodtki cieszą:
 
– Nie będę przytłaczać Was, drodzy czytelnicy, liczbami dotyczącymi lodowca Perito Moreno. Dla mnie najciwkawszym jest fakt, że lodowiec ten jest chyba jedynym na świecie, który ma złość globalnemu ociepleniu rośnie – ok 0,5 m na rok. 

– Wschodnia część Argentyny, z miastem Bariloche na czele, to miejsce tłumnie odwiedzane przez Niemców. Podobno samo Bariloche wygląda w niektórych miejscach, jak wypisz wymaluj miasto naszych zachodnich sąsiadów.                                      

– Kolejna ciekawostka o politycznych korzeniach. Niedaleko wschodniego wybrzeża Argentyny, prawie na samym południu kontynentu leżą Falklandy (Malwiny), które należą do Wielkiej Brytanii. Cała Argentyna jest bardzo niezadowolona z tego faktu, dlatego też szczególnie tu, w Patagonii i na Ziemi Ognistej nie lubi się Brytyjczyków. Byliśmy świadkami, jak w Rio Gallegos, na dworcu autobusowym policja zarządała od starszych państwa paszportów. Okazało się, że to Anglicy, którzy do tego jeszcze nie znają ana słowa po hiszpańsku. Starszy pan, dosyć obraźliwym gestem machał portfelem przed twarzą policjanta, krzycząc „I will pay you” („mogę ci zapłacić”). Policja zawinęła ich do samochodu i odjechali. Wielkiego problemu z tego nie było, ponieważ po pół godzinie zostali odstawieni na poprzednie miejsce, jednak przez całe zajście pewnie musieli najeść się trochę strachu.

– W Patagonii widzimy przeważającą liczne jednego gatunku katłowarego drzewa. Jego cechą charakterystyczną są niezwykle małe liście (w pełni wyrośnięte, nie młode). Jego drobny rozmiar pozwala drzewu przetrwać dzalejące tu wiatry, gdyż zmniejsza powierzchnię, która jest barierą dla wiatru. 

– Krzyż Południa. Nareszcie widzimy go w pełni, i udaje nam się w miarę zdjęcie. To najważniejszy gwiazdozbiót nieba półkuli południowej. Tak istotny, że widnieje na flagach wielu państw (na zdjęciu Australia).

– Po drodze do Laguna Torres mijamy dwa jeziora o niesamowitym zielonym kolorze. Woda okazuje się płytka a swój kolor zawdzięcza małym roślinom porastającym żwirowe dno.

Po ostatnich przeżyciach następnym naszym celem będzie przekroczenie granicy i postawienie stopy w Chile. Mamy drobne problemy techniczne, gdyż założona przez nas marszruta może ulec zmianie, jednak i z tym musimy sobie poradzić. Czas zostawić juz Perito Moreno i zagłębić się w jeszcze dzikszą Patagonię.

No koniec tradycyjna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:

– Ze względu na szalejące tu podmuchy, postaraj się zabezpieczyć mld rzeczy oraz ręczniki do suszenia przed porwaniem przez wiatr. Od dziś, po kąpieli wycierać się będę podkoszulkiem.       

– Jeśli jesteś w restauracji,  w której podają grilowaną baraninę, zamów porcję dla jednej osoby na każdą dwójkę. Porcja spokojnie wystarcza. Chyba że idziesz na obiad z pumą, wtedy jedzenia jest akurat. My we dwójkę nie daliśmy rady, reszta zostawiona na jutro.

Kategorie
Blog

„Znów na wieloryby, wyruszysz jak ja”

Kolejny przystanek na drodze. Puerto Madryn. Miasto od setek lat żyjące dzięki obecności wielorybów. Jednak jakże bardzo zmieniło się podejście do tych legendarnych ssaków. 
Do 19 wieku polowano tu na wszelkie morskie stworzenia- wieloryby, lwy i słonie morskie oraz foki. Ze wszystkiego wytapiano tłuszcz, służący potem jako paliwo. Ze względu na to Puerto Madryn było jednym głównych portów przeładunkowych tamtych czasów. 
Co teraz? Zakaz połowu i ochrona ssaków morskich spowodowały… ogromny rozrost turystyki. Puerto Madryn to brama do mekki turystyki oceanicznej- oddalonego ok. 100 km miasteczka Puerto Piramides. To ścisły park narodowy.

Aby w pełni cieszyć się wszystkimi atrakcjami, warto wykupić całodniową wycieczkę. Impreza dosyć droga, jednak za cenę ok. 120 USD za osobę otrzymacie:
– przejazd wycieczkowym busem tam i z powrotem, 
– pomocne informacje od kierownika wycieczki (mówiącego po hiszpańsku, francusku i angielsku),
– ok.  2 godzinny rejs motorówką, podczas którego „wieloryby jedzą ci z ręki”,
– wycieczkę dookoła całego półwyspu, podczas której odwiedza się kolonię pingwinów, lwów i słoni morskich oraz fok, 
– atrakcje niezapowiedziane w formie nandu, guanako, kapibaro- podobnych, pancerników, wszelkiego ptactwa, jaszczurek, czarnych wdów i skorpionów.

Czy warto, zapytacie? Wycieczka jest wygodna i turystyczna. Nie licząc wielorybów i nieplanowanych atrakcji, znajdujemy się w dość dużym oddaleniu od zwierząt. Wszyscy patrzą nam na ręce, żeby czegoś przypadkiem nie dokarmić i nie pogłaskać. Jednak, pomimo tych dla nas oczywistych wad, nie ma tu innej możliwości zażycia dzikiej przyrody i poznania cudów natury. Dlatego wycieczce do Puerto Piramides mówimy zdecydowanie TAK. 
Nie sposób opisywać tu naszego zadowolenia ze spotkania wszystkich zwierząt, dlatego robić tego nie będziemy. Zdjęcia poniżej, w delikatnym stopniu mogą pokazać to, co dane nam było ujrzeć. Jednak, jeżeli kiedykolwiek rozważaliście poznanie takiej przyrody i macie ku temu środki- nie wahajcie się i przybywajcie tłumnie do Puerto Piramides.

Nasze dwa noclegi wpadły na bardzo przyjemnym kampingu za miastem. To stała tendencja- jeżeli jako nocleg wybierasz kamping, do centrum masz bardzo daleko. Pomimo tego, ok. 4 km spacer wzdłuż wybrzeża można spokojnie zaliczyć do przyjemności. 

Drobne ciekawostki cieszą:

– Pancernik ze zdjęcia to ponoć tamtejsza gwiazda. Pozwala się fotografować z bardzo bliska i pomimo znaku zakazu („Nie karmić pancerników! „) zawsze trafi mu się coś dobrego.     

– Pod koniec tutejszego lata (ok. marca) do Puerto Piramides przybywają orki. Można wtedy podziwiać ich spektakularne polowanie na pozostałe ssaki morskie.

– Wieloryby przypływają do zatoki w lipcu, gdzie rodzą młode. Okres naszego tu pobytu to ostatni dzwonek, aby podziwiać rodziny matki z dziećmi. W okolicach grudnia każdy szanujący się wieloryb migruje w stronę Antarktydy.

– Cel „głaskanie pingwinów” tym razem nie został osiągnięty. Juan, nasz przewodnik, pozostał nieugięty i śledził każdy nasz ruch. Pingwin (pomimo że w odległości na wyciągnięcie ręki) leżący bezpośrednio pod znakiem „Nie głaskać pingwinów!” stanowi dość kontrowersyjny cel.

Zadowoleni z kolejnych owocnych przeżyć mkniemy okazjonalnie tanim i luksusowym autobusem ku kolejnej przygodzie. Porzucamy wschodnie wybrzeże i ruszamy ku zachodniemu. Lodowce czekają na nas już od wieków, najwyższy czas odpowiedzieć na ich wołanie.

Aby tradycji stało się zadość, na koniec kolejna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała, które z całą pewnością pozwolą Wam odnaleźć się w trudnych sytuacjach:

– W każdego typu lokalu zamawiaj butelkowe piwo o pojemności 1 litra. Będziesz miał podwójną przyjemność: z dzielenia piwa z towarzyszem oraz z ciężaru peso pozostałych w twojej kieszeni. 

– Na wszelkie zaczepki typów spod ciemnej gwiazdy (prawdopodobnie chcących od ciebie pieniędzy) odpowiadaj „no espanol, only english”. Sprawdza się praktycznie zawsze, ponieważ niewiele osób mówi tu po angielsku. Jedyny raz zasada nie sprawdziła się w Buenos Aires, gdy lokalny menel zaskoczył nas poprawną angielszczyzną na wysokim poziomie.

– Argentyna, którą widzimy, nie zna pojęcia konkurencji. Po odwiedzeniu większości biur, oferujących wycieczki wielorybnicze, stwierdzamy że ceny nie różnią się ani o 1 peso. W momencie zmiany lub końca sezonu można próbować prosić o rabat. W przypadku autobusu zyskaliśmy 150 zł zniżki, a wycieczki 200 zł. 
– Argentyna składa się w dużej mierze z imigrantów pochodzenia hiszpańskiego i włoskiego. Mężczyźni w szczególności, jak nakazuje kultura latynoska, niezwykle dbają o swój wygląd. Prawdopodobnie przez używanie dezodorantów oraz lakierów do włosów stworzyli dziurę ozonowa :). Słońce, nawet przy średniej temperaturze piecze tu na skwarki, a życie staje się pasmem cierpienia (szczególnie przy 20 kg plecaku na spalonych ramionach). Europejczycy- smarujcie się tu kremem bez opamiętania! W moim przypadku piekło, piecze i będzie piekło. Flaga polski na udach delikatnie traci na kontraście.

– Nie bójcie się zamawiać owoców morza. Są tu na prawdę świeże. W Puerto Piramides jedliśmy najlepsze w życiu krewetki. Dla odważnych można wybrać mieszankę owoców morza, wyglądającą na talerzu jak obcy z kosmosu. Skład to niespodzianka zależna od lokalizacji. Brawa dla Argentyńczyków za termos na butelkowane piwo wykonany ze styropianu.

Kategorie
Blog

Ratamatata, czy to Koniec Świata? Nie – to Mar del Plata.

Pan Stanisław i Pani Eduarda to małżeństwo polonijne mieszkające tu od ponad 50 lat. Zgotowali nam wręcz królewskie przyjęcie, pokazując swoje okolice przez 3 dni. 

Obydwoje są patriotami: tworzą zgromadzenia Polonii Argentyńskiej, interesują się historią i aktualnościami naszego kraju. Obydwoje wyjechali z kraju jako dzieci.                            
Mar del Plata żyje głównie z turystyki i rybołówstwa. Poza sezonem większość nadmorskich apartamentów stoi pusta. Prócz kosztownych siedzib na czas wakacyjny, dla lepszego sampoczucia  (bądź też z innych bliżej mi niezrozumiałych  powodów) w dobrym tonie jest wynająć jedna z tysięcy budek na plaży (zdjęcie poniżej). 

W pierwszym dniu pobytu pojechaliśmy do portu oraz na nabrzeże. Wspaniała okazja, aby oglądać kolonię lwów morskich. Zwierzaki wylegiwały się na lądzie, pozwalając się oglądać z pewnej odległości. To naprawdę duży kawałek ssaka. Pomimo moich chęci do głaskania wszelkich zwierzaków- temu wolałabym się nie narażać. 
Gdy tu będziecie, nie możecie ominąć najważniejszego w mieście punktu kulinarnego. W bliskiej okolicy portu każda większa firma rybacka ma swoją restaurację. Podawane w niej specjały pływały sobie jeszcze w najlepsze w oceanie tego samego dnia. Zdecydowanie jedliśmy tu najlepsze owoce morza w swoim życiu. Pomimo, iż wołowina argentyńska jest chyba najlepszym mięsem na świecie, to przy popołudniowych frutti di mare popijanych białym winem z lodem, w wyśmienitym towarzystwie naszych gospodarzy… wołowina wypada odrobinę słabiej.
Pan Stanisław wraz z żoną od 38 lat są właścicielami kampingu oddalonej o około 100 km od Mar del Platy. Znajduje się on w jednej z kilku ekskluzywnych kurortów nadmorskich, gdzie urlop spędza duża część  Argentyny. Nasi gospodarze na czas sezonu wakacyjnego (od grudnia do marca) uciekają z Mar del Platy, aby prowadzić swój kamping. Jest to dla nas zrozumiałe- w tym czasie w Mar del Plata z 750 tys mieszkańców robi się nagle 4 miliony. 
Argentyna, jak się powoli przekonujemy to dość niebezpieczny kraj. Mieszkańcy mają swoje sposoby, aby unikać zagrożeń. Wszyscy właściciele domów jednorodzinnych po godzinie 20 opuszczają rolety antywłamaniowe, włączają alarmy i monitoring. W domu robi się ciemno i czujesz się jak w schronie przeciwatomowym. Telewizja to również koncert skrajności. Wiadomości są przytłaczające i przerażające. Na zmianę morderstwa, strajki i korupcja w polityce. Jak już się człowiek nasłucha tych wieści, jako rozrywkę oferują zawiłe telenowele z „doskonałą” grą aktorską. I jeszcze na poprawę humoru (seriale są również dosyć dołujące) niezwykle modny show, czyli taniec w kieliszkach wody. Główny performer, Flavio to pomieszanie mężczyzny z „Drag Queen” rodem z Las Vegas. Na zewnątrz zło i występek, ale ludzie ze swoich bunkrów kibicują Flavio… Show must go on.

Pierwsza kąpel w Oceanie Atlantyckim. Woda raczej zimna (18st.), diabelnie słona, z ogromnymi falami. Zawsze pamiętajcie o zabezpieczeniu swoich rzeczy na czas kąpieli. Kradzieże są tu na porządku dziennym.          

Z cyklu Drobne Ciekawości Cieszą :
– Dwie najpopularniejsze marki yerba mate Amanda i Rosamote to firmy założone przez przybyłych tu ok. 19 wieku Polaka i Ukraińca     
– Również związane z przybyszami- skąd tu tyle owczarków niemieckich, hmm?            
– W drodze na kemping Pana Stanisława widzimy ogromne połacie terenów przeznaczonych pod hodowle krów, koni oraz nandu (rodzaj strusi). Ciekawostka, która cieszy (przynajmniej mnie)  to fakt, że ptaki te zawsze pozostawiają jedno jajo poza gniazdem. Gdy pozostałe młode się wyklują, wspomniane jajo zostaje rozbite, a muchy i inne robactwo, które przychodzi do suto zastawionego zgnilizną koryta, staje się tym samym żywą karmą dla młodych nandu.
– Ostatnia Dobra Rada Wujka Rafała dotycząca dawania napiwków nabiera dużego znaczenia, im bardziej zagłębiamy się w ten ciekawy kraj. Przekonaliśmy się o tym po raz kolejny, jeszcze w Buenos na dworcu autobusowym. Do autobusu podchodzi facet spoza obsługi, zabiera twój bagaż i wrzuca do luku. Po czym odwraca się do Ciebie i czeka. Czeka dłużej, a po braku reakcji krzyczy „Pagar! Pagar!” (Płacić! Płacić!). „Porque?” (Dlaczego?). Niedoszlifowany hiszpański nie pozwala zrozumieć odpowiedzi. Robi się delikatny młyn i dwójką młodych za nami tłumaczy w prostych słowach, że trzeba dać napiwek… bo trzeba. To samo w przypadku nieoficjalnego parkingowego, który pomaga w lokalizacji miejsca, zatrzymuje dla Ciebie ruch i chroni przed mandatem za parkowanie. Takich profesji jest pewnie znacznie więcej, jednak jak na razie poznaliśmy tylko te. 

Po porządnym odpoczynku, jaki zafundowali nam nasi polonijni gospodarze przyszło nam porzucić komfort. Udajemy się w 15 godzinną podróż do Puerto Madryn. Od tej pory pozostajemy juz bez opieki hostów i innych pomocnych nam ludzi. Mam nadzieję, że nabraliśmy już na tyle śmiałości i choć trochę poznaliśmy tutejsze zwyczaje, żeby poradzić sobie w dalszej drodze. Do dzieła! 

Na koniec, tradycyjna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:       
 – Zawsze wciągaj brzuch do zdjęć na plaży.           
– Kiedy jesteś na plaży w słoneczny i gorący dzień, chociaż raz, raz jeden jedyny spróbuj zabrać ze sobą i użyć kremu do opalania. Styl opalenizny „na raka” albo „flaga Polska” nadal pozostanie pase w tym sezonie
Kategorie
Blog

Kiedy zimna Babia daje mnóstwo ciepła

NATCHNIENIE
Nie zawsze dostajemy od życia, to czego byśmy chcieli…
Pamiętam, że to był długi, sobotni,  samotny wieczór przed komputerem (właśnie dlatego, że nie dostałam tego czegoś od życia) 
Wszyscy znajomi gdzieś,  każdy z kimś, a ja sama,  nagle zobaczyłam wpis o wyprawie na Babią Górę z Fundacjią 4Kontynenty…  CHCĘ!
 
Nie wiele myśląc, nie wiele wiedząc na temat grupy (w zasadzie nic nie wiedząc) szybki klik, że biorę udział i… POSZŁO! 
Dopiero następnego dnia zaczął się odzywać zdrowy rozsądek:  „dziewczyno, przecież ty nie chodzisz po górach w zimie,  tylko latem, jak to będzie, nie dasz rady, odwołaj…”
Ale wszelkie moje wątpliwości rozwiał pewien gość, który pisał co zabrać, jak się ubrać, jak przygotować, zapewniał,  że mogę mu zaufać co do tego wyjazdu, a że był to sam prezes 4K,  no toż mu zaufałam…
Kolejnym moim problemem była kwestia dojazdu na miejsce spotkania w Krowiarkach…
I tu miła niespodzianka,  bo okazało się,  że wszystko sprawnie działa, ludzie potrafią się dogadać kto kogo zabiera, więc i ja miałam zapewnione miejsce.
 
Wreszcie nadszedł TEN dzień, lekki nerw, szalona ekscytacja, nowe mordki…
Jadę z dwiema Aśkami, strasznie fajne dziewczyny… Po drodze każda z nas dostaje wiadomości,  każda od tej samej osoby… Pomyślałam, że ten prezes to taki ciut nadopiekuńczy 😉 No, ale pewnie starszy, poważny, przynudnawy Pan. I zapewnie będzie smęcić po drodze, ale wytrzymam 😉 W końcu dość tolerancyjna ze mnie bestia 😉 
DOCIERAMY NA MIEJSCE 
Ok 30 osób, a więc spora grupka ludzi czeka w zasadzie już tylko na nas,  więc szybko podchodzimy, witamy się, poznajemy… Hmmm… SZOK! Prezes nie jest starszym Panem, ale młodym, bo w moim wieku, sympatycznym blondynem, z uśmiechem na facjacie… Pozytywnie 😉
 
NO TO RUSZAMY W GÓRĘ… 
Pomimo tego, iż na dole zero śniegu, nasza trasa robi się coraz bielsza… Co jakiś czas zatrzymujemy się podziwiać ośnieżone formacje drzewne,  ja – jak to ja- zdążyłam po drodze wszystkich poznać, z każdym trochę porozmawiać… 
Dopóki osłania nas las, jest całkiem ciepło, ale w momencie wyjścia na otwartą przestrzeń robi się bardzo zimno, wiatr smaga po pyszczkach i nadciągnęła spora mgła, więc grupa musi być w miarę blisko siebie… Wreszcie docieramy na szczyt.
DIABLAK ZDOBYTY! 
Jest pięknie, tymbardziej,  że zrobiło nam się okienko pogodowe, więc kilka fotek i z uśmiechem idziemy do schroniska na obiad… A, że droga prowadzi w dół, a warunki sprzyjają, szybko oceniając poziom bezpieczeństwa, klapnęłam na tyłek i ziuuuu zjeżdżam… Innym również pomysł się spodobał,  wiec mamy mega śmieszną zabawę do samego schroniska… Obiad, uzupełnienie płynów, odpoczynek…
 RUSZAMY W DROGĘ POWROTNĄ 
Co pewien czas zatrzymujemy się robiąc śmieszne zdjęcia,  orzełki na śniegu,  kreśląc różne napisy,  rysunki…
 I właśnie wtedy, taka skupiona nad tym śniegiem, kończąc swój śnieżny rysunek, nagle czuję,  że moja twarz znalazła się w tym mokrym, zimnym śniegu!
 NOSZ KURDE!
Co jest grane? Mój szok i niedowierzanie miały wielkie oczy. Ciekawe kto ma taaaakie pomysły?! Niezdarnie,  bo jednak jeszcze w lekkiej konsternacji, wygrzebuję się z zaspy, przecieram twarz, rozmazując tusz (pewnie wyglądam jak Panda.Odwracam się i widzę uchachaną, zadziorną twarz prezesa… No tak, teraz już wiem, że Mariusz zdecydowanie nie jest starszym, poważnym, przynudnawym Panem… I pewnie dłuuugo nie będzie… Co to to nie. 
Resztę drogi do samego parkingu idziemy śpiewając góralskie i żeglarskie piosenki, śmiejąc się i rozmawiając… 
Przez kolejne dwa dni miałam zakwasy na policzkach od tego naszego uśmiechu. Aż żal, że tak szybko wszystko się skończyło… 
CHOCIAŻ NIE! 
Jednak nie wszystko… Wycieczka okazała się być początkiem czegoś wyjątkowego w moim życiu…
Wyjazd dał nowych pozytywnie zakręconych znajomych, dał mi wiarę w ludzi, w dobre serducha, dał przyjaźń jednej z Asiek, dał mi miłość do wypraw w góry zimą. 
Teraz wiem, że trzeba szukać sposobu a nie przyczyny…
Że warto spróbować czegoś, czego nawet nie jesteśmy pewni… 
Do zobaczyska na szlaku 🙂
 
Ewa