Kategorie
Blog

Miał być rejs po Cykladach, sztorm pokrzyżował nam plany – Porta Sailing Team

Grecja wrzesień 2019 – Rejs w Grecji to nie tylko pływanie od portu do portu

O żeglowaniu w Grecji myślałem od dawna, ale wciąż się nie składało. Głównie dlatego, że niemal co roku pojawiał się jakiś ciekawy rejs na innym równie atrakcyjnym akwenie, a urlopy mają ograniczony wymiar. Wreszcie udało się i w przedostatnią sobotę września 2019 roku ranek powitał nas w Atenach. Udało się dzięki temu, iż Fundacja 4 Kontynenty zaplanowała na ostatni tydzień września żeglarską wyprawę. W planach były Cyklady.

Mieliśmy ruszyć z Alimos flotyllą złożoną z 3 jachtów. Ja miałem przyjemność prowadzić jeden z nich, Bavarię 44 o nazwie „Hydra”. Załoga „Hydry” to: Agnieszka, Basia, Bożena, Ewa, Grzesiek, Krzysiek, Mirek i Patryk.

W sobotę około południa znaleźliśmy się w marinie. Trochę czekaliśmy na przekazanie jachtów, a po zaokrętowaniu trzeba było zrobić zakupy produktów niezbędnych do zaprowiantowania Hydry. Warto wspomnieć, że w Marinie Alimos niemal na każdym kroku wciskane są ulotki sklepów, w których można zrobić rejsowe zakupy, a potencjalni klienci są kuszeni darmowym transportem. Nie skorzystaliśmy z żadnej z ofert, poszliśmy do pobliskiego Liedla, a kupione produkty zostały przywiezione do mariny taksówką za ok. 10 EUR. Wyszło sporo taniej.

W niedzielę rano, przy pięknej słonecznej pogodzie szykowaliśmy się do odejścia. Pierwotny plan zwiedzania Cyklad upadł, ponieważ prognozy ostrzegały o wietrze wiejącym w rejonie wysp z prędkością 30 węzłów, który będzie słabł dopiero po 2 – 3 dniach. I rzeczywiście tyle wiało, co potwierdzał zaprzyjaźniony skiper czekający w Lavrio na poprawę pogody. Zmieniliśmy plany. Na jachtach były osoby które jeszcze nigdy nie żeglowały i wyjście w morze przy silnym wietrze byłoby dla nich dużym stresem. Być może na całe życie zniechęcającym do żeglowania.

Postanowiliśmy popłynąć na Eginę, wyspę położoną niemal na środku Zatoki Sarońskiej. Oddaliśmy cumy i opuściliśmy Alimos. Było ciepło, coś niecoś dmuchało, więc od razu postawiliśmy żagle. Po chwili mogliśmy cieszyć się wiatrem i miłym pluskaniem fal przecinanych dziobem naszej Hydry.

Po kilku godzinach przyjemnej żeglugi dotarliśmy do niewielkiego, uroczego porciku o nazwie Perdika, i zacumowaliśmy na jedynym wolnym miejscu. Perdika to istna oaza spokoju, kontrastująca z gwarną i zatłoczoną Mariną Alimos. Ale to pierwsze cumowanie w Grecji kosztowało nas dodatkowe 10 EUR, ponieważ „marinero” który odebrał od nas cumy tyle nam policzył. Właściwy „inkasent” przyszedł godzinę później i wystawił właściwy rachunek za cumowanie na 5,36 EUR. Jednak nie zepsuło nam to humorów i nie wpłynęło w żaden sposób na nasze pozytywne wrażenia, jakich dostarczył nam pobyt w tym miejscu. Do tego wspaniały poranek przeżyty w budzącym się do kolejnego dnia miasteczku … Bajka, warto było tam stanąć.

Kolejnym celem naszej żeglarskiej wyprawy było miasteczko Poros na wyspie o tej samej nazwie. Już po spojrzeniu na mapę można było dostrzec, że jest zdecydowanie większe niż Perdika. Tak jak poprzedniego dnia pchał nas przyjemny wiaterek a jacht niespiesznie pokonywał dystans dzielący Eginę z Poros. My też nie spieszyliśmy się i na kilka mil przed celem stanęliśmy na kotwicy w niewielkiej zatoczce. Zażywaliśmy kąpieli ciesząc się z uroków ciepłego greckiego września. Temperatura powietrza dochodziła do 30 oC w cieniu. Woda w morzu była ciepła, można rzec o optymalnej temperaturze i zanurzając się w niej nie odczuwało się jakiegokolwiek dyskomfortu. Jedynie przyjemne schłodzenie rozgrzanego ciała.

Cumowanie w Poros na pozór wyglądało podobnie jak wcześniej w Perdice. Cumy odebrał kolejny „marinero”, ale tu niespodzianka. Nie chciał złamanego centa i jeszcze zapraszał do oddalonej o kilkadziesiąt metrów restauracji, której był szefem. Oczywiście bez żadnych zobowiązań. Wieczorem skorzystaliśmy z zaproszenia. Jedzenie i wino były znakomite, bawiliśmy się wyśmienicie o co szef dbał osobiście, a rachunek nie popsuł nam nastrojów. Wyszło po 15 EUR na głowę. Rankiem pojawił się inny rachunek – za cumowanie, ale i ten nie wpłynął na nasze samopoczucie. Zapłaciliśmy 4,80 EUR za miejsce przy kei. Jak za darmo, jeśli porównamy to choćby z niezbyt odległą Chorwacją.

Naszym następnym celem była Hydra. Jednak nie chodziło o nasz jacht, tylko o wyspę odległą o kilkanaście mil od Poros. Planowaliśmy oddać cumy o godzinie 11 ale wstrzymaliśmy się bo na niebie zrobiło się dość brzydko. Postanowiłem sprawdzić sytuację ściągając zdjęcia satelitarne z portalu www.sat24.com. Zaniemówiłem, bo nad Peloponezem zobaczyłem superkomórkę burzową o rzadko spotykanych rozmiarach. Decyzja mogła być tylko jedna. Przez najbliższe 2 – 3 godziny stoimy i czekamy aż to wszystko przejdzie. Ale superkomórka zatrzymała się i po 3 – 4 godzinach oczekiwania zaczęliśmy wahać się, czy jednak nie ruszyć. Decyzja niemal zapadła gdy burza jednak ruszyła w naszą stronę. No to stoimy i dalej czekamy. Po kolejnej godzinie komórka burzowa zaczęła się rozpadać i zagrożenie całkiem zniknęło. Tak nam minął dzień w Poros. Ktoś mógłby powiedzieć, że minął na niczym, ale spacery po uliczkach miasteczka przerywane lodami czy kawą wypijaną w jednej z wielu knajpek, pozwoliły całkiem miło spędzić ten dzień. Tak leniwie, urlopowo.

W środę rano oddaliśmy cumy i zostawiliśmy miłe Poros za rufą. Naszym celem wciąż była Hydra. Znów kilka godzin przyjemnej żeglugi i dotarliśmy do porciku o tej samej nazwie co wyspa. O tym miejscu jednak trudno mówić, że jest zaciszne. Za falochronem zazwyczaj cumuje w trzech rzędach kilkadziesiąt jachtów, z czego tylko w pierwszym rzędzie da się bezpośrednio zejść na ląd. Załogi pozostałych korzystają z pontonów. Do Hydry zawijają promy dowożące turystów „lądowych”, więc na uliczkach jest dość tłoczno. Ruch jest całkowicie pieszy ponieważ na Hydrze nie wolno poruszać się nawet rowerem, a samochody są 4, z czego 2 to wozy straży pożarnej a 1 to śmieciarka. Transport towarów odbywa się na grzbietach osłów i mułów. A koszty cumowania? Staliśmy w drugim rzędzie jachtów i nikt do nas nie przyszedł po opłatę portową.

Mimo gwaru Hydra także zrobiła na nas miłe wrażenie. Z pewnością warto tu choć raz zawinąć i zobaczyć to oryginalne i niewątpliwie ciekawe miejsce. Warto napić się zimnego wina w niewielkiej knajpce, uczepionej nadmorskich skał, i siedząc na leżaku podziwiać uroki Hydry i kolor morza u podnóża skał.

W czwartkowy poranek opuściliśmy Hydrę i zaczęliśmy wracać do Alimos. Tym razem nawet lekki wiaterek się nie pojawił trzeba było żeglować na „dieselgrocie”. Wracaliśmy tą sama drogą więc mogliśmy jeszcze raz popatrzeć z wody na Poros. Pogoda wciąż dopisywała. Kilka mil za miasteczkiem znów stanęliśmy w zatoczce na kotwicy i pluskaliśmy się w przyjemnej wodzie. Po południu podnieśliśmy kotwicę i już po kolejnych kilku milach cumowaliśmy w miasteczku Nethana przy miejskiej kei. Dość szybko pojawił się „inkasent” który wypisał rachunek na niecałe 10 EUR za keję z wodą i prądem. To nadal tanio.

W piątek musieliśmy dotrzeć do Mariny Alimos. Wyruszyliśmy z Nethana bez zbytniego pośpiechu. Po drodze, u brzegu poprzednio odwiedzonej przez nas Eginy, kolejny raz stanęliśmy na kotwicy na tradycyjną kąpiel, już ostatnią. A później nie pozostało nic innego tylko wtłoczyć się we flotyllę jachtów zmierzających do Alimos. Ich załogi, podobnie jak my, kończyły czarter i piękny grecki tydzień na wodzie. W marinie jeszcze trzeba zatankować jacht z cysterny która podjechała na keję. Kosztowało to nas 79 EUR. To był ostatni wspólny wydatek.

W sumie nie wydaliśmy zbyt dużo. Składka do kasy jachtowej wyniosła po 60 EUR za osobę. Z tych pieniędzy zostały pokryte wydatki związane z zaprowiantowaniem jachtu, opłatami portowymi i paliwem. Do tego oczywiście doszły indywidualne wydatki, choćby w knajpach, ale to już inna bajka.

Nasz rejs się zakończył, ale w pamięci pozostały miłe wspomnienia, piękne widoki i przeświadczenie, że warto było nań poświęcić czas i pieniądze. Ten rejs 4 Kontynentów spowodował, że jestem zauroczony Grecją. Piękną, spokojną i nienachalną, z miłymi, uśmiechniętymi ludźmi. Z pewnością tu wrócę.

Mariusz Główka

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty



Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 Kurs na Lofoty – trekingowa przygoda Porta Sailing Team.

Sail & Trekking po Lofotach – Porta Sailning Team 

W piątek 19 lipca załoga pojawiła się na jachcie popołudniu. 

Przyjechaliśmy z różnych stron Polski. Najsilniejsza grupa pochodziła z Suwałk i okolic, ale była również reprezentacja Krakowa, Poznania i Warszawy. Większa część miała niewielkie doświadczenie na morzu w zamian za to mnóstwo zapału i chęci uczenia się. Oczekiwania też były różne. Chcieli wędrować, podziwiać przyrodę a przy okazji pożeglować.

Po zaształowaniu rzeczy jeszcze wieczorem ruszyliśmy zwiedzać Tromsø. Spacerkiem minęliśmy Arktyczną Katedrę by o północy podziwiać przepiękną panoramę ze szczytu wzgórza Fjøla górującego nad miastem.

Następnego dnia wypłynęliśmy na południe ku Lofotom. Pierwszy postój był w Finnsnes, później popłynęliśmy do polecanego nam przez poprzednią załogę Sjøvegan. Pingwinów już nie było za to sami zamieniliśmy się w morsy. Kąpiel w morzu z widokiem na ośnieżone góry za kołem polarnym to niezapomniane wrażenie. Zaskoczył nas też kolor wody. Turkus kojarzy się zwykle z tropikami a tu tym kolorem przywitała nas Arktyka.

Lødingen to pierwsza miejscowość na Lofotach, którą odwiedziliśmy. Port ma bardzo płytkie wejście natomiast ze wzniesienia przy samej marinie rozciągała się wspaniała panorama okolicy a w poświacie kończącego się dnia wyglądała imponująco. Zdjęcie robiłam tuż po północy i tu nasunęło się pytanie: Czy to zachód, czy wschód słońca? Po długiej dyskusji ustaliliśmy, że jeżeli światło jest pomarańczowe to zachód a jeżeli różowe to wschód. Zatem jeszcze zachód! Nocy tu teraz nie ma. Miejscowi mówią, że będzie w sierpniu ( czyli już po naszym wyjeździe ;))

Rano wyruszyliśmy ku nieformalnej stolicy i największemu miastu Lofotów czyli Svolvær. Po drodze zrobiliśmy sobie postój na połów ryb. Przy wejściu do portu przywitał nas pomnik żony rybaka z niepokojem patrzącej w morze.

Samo miasto zachowało tradycyjną zabudowę i nawet nowe budynki stylizowane są na stare. Tu po raz pierwszy pojawiły się czerwone domki. W dawnych czasach rybacy taką farbą malowali swoje domy, by zapobiec butwieniu drewna. Dzisiaj nawet nowe budynki w nawiązaniu do tradycji mają taki kolor.

Następny dzień wymagał od załogi dużo samozaparcia. Nie dość, że płynęliśmy pod dość silny wiatr, to mgła, mżawka i temperatury poniżej 10 st C nie pozwoliły cieszyć się panoramą najpiękniejszej części Lofotów. Ale nie ma tego złego… popołudniu zawinęliśmy do Henningsvær. To tzw. Wenecja północy. Miejscowość położona jest na kilkunastu wyspach i posiada najpiękniej położone boisko piłki nożnej na świecie. 

Cała miejscowość zachowała tradycyjną zabudowę a uwagę przyciągają jeszcze ciekawe murale. 

Wokół Henningsvær jest wiele szlaków turystycznych, niestety nisko zalegające chmury wyraźnie dały nam do zrozumienia, że nie ma sensu wspinać się na okoliczne wzgórza. Następnego dnia miało się to zmienić.

Raniutko ruszyliśmy ku końcowi świata. Najbliżej południowego krańca Lofotów leży porcik w Sørvagen. Stąd malowniczo krętą drogą ruszyliśmy ku ostatniej miejscowości archipelagu – Å. Litera Å jest ostatnią literą alfabetu norweskiego więc nazwa miejscowości jest nieprzypadkowa. 

Sama miejscowość jest niewielka a za nią z półwyspu rozciąga się przepiękny widok. To niezwykłe miejsce sprzyja kontemplacji przyrody i wyciszeniu. Tu uprawialiśmy jogę.

Jeszcze tego samego dnia wypłynęliśmy do leżącego 4 mile na północny wschód Reine. Ta przepiękna niewielka miejscowość rozciągnięta jest na kilkunastu wyspach. Tradycyjnie zabudowana czerwonymi domkami i otoczona rusztowaniami, na których miejscowi rybacy suszą sztokfisza – suszonego dorsza. Na szczęście dla nas ryby zostały już zebrane, bo ich zapach nie należy do najprzyjemniejszych aromatów na świecie. 

Nad Reine góruje Reinebringen – szczyt o wysokości 448 m n.p.m., którego stroma, prawie pionowa ściana opada ku zatoce, nad którą leży Reine. Na szczyt wzniesienia wiodą schody więc wejście mimo, że długie i męczące jest stosunkowo łatwe. Kłopoty mogą mieć jednak osoby z lękiem wysokości. Panoramę Reine i okolicy podziwialiśmy w promieniach zachodzącego ( na pomarańczowo) słońca. Ten widok zrekompensował nam zmęczenie i trudności wspinaczki w dwójnasób. Jest to najpiękniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić. 

Powrót w stronę Tromsø rozpoczął się od zmiany kierunku wiatru. Znów trzeba było płynąć pod wiatr. Ale cóż „jeśliś dzielnym żeglarzem radę sobie dasz” zatem rządni kolejnych wrażeń ruszyliśmy na północny wschód. Niedaleko Reine znajduje się następna perełka Lofotów – maleńki Nusfjord. Niestety jedyne trzy miejsca, gdzie można byłoby stanąć były zajęte, zatem wpłynęliśmy i zaraz wypłynęliśmy z niewielkiej zatoczki, wokół której położona jest miejscowość. Tego dnia nisko zalegające chmury nie pozwoliły nam podziwiać głowy trolla na skale naprzeciwko Nusfjordu. Ciekawy układ naturalnie ukształtowanych skał obserwowany pod odpowiednim kątem pozwala tam rozpoznać wielką, brodatą twarz. Okolica słynie również z orłów ale i tych przy nisko zawieszonych stratusach nie mogliśmy dostrzec. Szukając trolli popłynęliśmy do nomen omen Trollfjordu. Tu widoki były wspaniałe. Wąziutka lecz głęboka polodowcowa zatoczka otoczona jest prawie pionowymi ścianami skalnymi a nad nimi górowały oświetlone promieniami zachodzącego słońca szczyty. To prawie jak pływanie jachtem morskim w Tatrach.

Kolejny postój mieliśmy w Sortland. To spore miasto i port w północnej części Lofotów niestety zabudowane jest raczej nowocześnie. Po krótkim odpoczynku, wiedząc, że nadciąga dość silny wiatr popołudniu ruszyliśmy w stronę Tromsø. Był to jeden z najciekawszych i najdłuższych odcinków naszego rejsu. Koło północy minęliśmy most ( dla jednej z załogantek był to pierwszy most w życiu, pod którym sterowała z wielkimi emocjami) i wpłynęliśmy na wąski ale bardzo dobrze oznakowany tor wodny. Przyświecał nam cieniutki księżyc w nowiu.

Rano wypłynęliśmy na szerokie wody i w końcu można było postawić żagle. Cały dzień przy pięknej pogodzie halsowaliśmy by na wieczór skryć się w cieśniny przed narastającym wiatrem. Postój zrobiliśmy w odwiedzonym już wcześniej Sjøvegan.

Kolejny dzień to przelot do Finnsnes gdzie rano załoga podzieliła się na dwie ekipy. Dziewczyny spragnione trekkingu poszły zwiedzać miasto i wejść na okoliczne wzgórza, kapitan i chłopaki połynęli łowić ryby.

Wieczorem posileni przepyszną kolacją ruszyliśmy na północ. Około 8 mil przed Tromsø jest bardzo ciekawe miejsce. Na środku cieśniny znajduje się wyspa Ryøya. Można ją opłynąć jedynie od północy a w przesmyku tworzą się silne prądy. Tędy również wiedzie tor, którym pływa sporo statków i promów, więc planując przepłynięcie tamtędy należy dobrze sprawdzić, czy nagle nie wyskoczy na nas wielgachny prom czy tankowiec. Pokonanie 3 kabli zajęło nam około godziny a frustrację sternika wzbudzał żółty domek na brzegu, który przez dłuższy czas znajdował się na trawersie jachtu i nie zmieniał swego położenia.

Nad ranem zmarznięci ale bardzo szczęśliwi dopłynęliśmy do mariny w Tromsø. Norwegia pożegnała nas stadami maskonurów ( przez niektórych nazywanych „płaskonurami”) i delfinami.

Cały etap trwał dwa tygodnie. Przepłynęliśmy 461 mil, odwiedziliśmy 9 portów ale najważniejsze, że zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze miejsca na Lofotach. Majestat przyrody, piękne widoki i wspomnienia wędrówek będą najlepszą pamiątką z rejsu.

Dziękuję Wam moja Lofocka Załogo!

Anna Jackiewicz 

Kategorie
Blog

Dzieciaki na Nordkapp – Porta Sailing Team. Rejs ojców z synami.

Nordkapp. Cel geograficzny Rejsu Ojców z Synami. Od wypłynięcia z portu w Tromso Kapitan Maciej Hejna przygotowywał nas do niego długimi przeskokami. Odcinek z Akkarfjord do Nordkapp wynosi 55 mil morskich. Cumy oddaliśmy o północy. Pierwszą dwugodzinną wachtę pełnili 3 synowie – Kacper, Krzysiek i Tomek, oczywiście pod nadzorem Kapitana i jednocześnie Taty – Macieja. O godzinie 02:00 ster przejął duet Maciek (syn) i Rafał (tata). Płynęliśmy na silniku pod wiatr wiejący z północy, wspinając się mozolnie na fale. O czwartej wachtę za sterem przejęli ojcowie Jacek i Mariusz. Rafał został na pokładzie i cała trójka odbyła ciekawą pogawędkę o życiu. Sceneria morza i rejsowe emocje sprzyjały tematyce.

Ciri dzielnie pruła dziobem morze kursem 40-50 stopni w kierunku celu. Wiatr i niesione nim od dziobu krople wody docierały do naszych twarzy. Żywioł budzi szacunek i podziw, zwłaszcza u ludzi, którzy jak większość z nas są na morzu po raz pierwszy. Dużo prawdy jest w twierdzeniu, że kto raz posmakował morskiej wody będzie chciał do niej wrócić.

Nordkapp ukazał się nam przed godziną 11. Linię dzielącą Morze Norweskie z Morzem Barentsa, czyli najwyżej położony na północy punkt lądu (wyspy Mageroya) przecięliśmy kilka minut przed dwunastą. To był fantastyczny moment i wspaniałe przeżycie dla całej załogi. Pan Kapitan zaprosił wszystkich na pokład, żeby w ten symboliczny sposób każdy mógł poczuć żeglarskie emocje. Nasi nastoletni synowie będą mieli dobre wspomnienia w przyszłości. Dla nas ojców to przyjemne drżenie w sercu i myśl, że ja i mój syn zrobiliśmy razem coś, na co nie każdy się zdecyduje. W końcu sierpień w Polsce kojarzy nam się z ciepłem. Tutaj temperatura w okolicach 7 stopni Celsjusza, wiatr z północy przenika ciało. Jednak duszę człowieka rozgrzewa radość. Zrobiliśmy to! W ciągu 12 godzin pokonaliśmy 55 mil morskich. 6 dnia wyprawy osiągnęliśmy cel. Trzeba to uczcić 😉

Rejs Ojców z Synami to nie tylko Nordkapp. Znacznie istotniejsze jest spędzanie czasu razem. Wspólne gotowanie kiedy jest wachta kambuzowa. Prace pokładowe i bosmańskie, kiedy płyniemy lub stoimy w porcie. Budowanie poczucia odpowiedzialności za innych członków załogi i jacht. Wspólne łowienie ryb kiedy stajemy w dryfie. Poznawanie przyrody. Dwa razy niedaleko przepłynęły delfiny, cicho i spokojnie. Po raz pierwszy widzieliśmy maskonury, niewielkie ptaki nurkujące w wodzie i przelatujące nad nią w kluczach niczym nasze kormorany. Każdy port czy zatoka to jakaś historia. Poznawanie świata z jachtu jest wspaniałym przeżyciem, a żeglarstwo fantastyczną szkołą. A ogniwem idealnie to wszystko spajającym jest Kapitan. Maciej Hejna. Najważniejszy człowiek na pokładzie.

Rafał 

Wspieraj remont  jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty




Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 – relacja z fiordów.

Czy żeglarstwo to tylko woda, wiatr i fale ? Wielu z nas zadaje sobie to pytanie, jak można przygotować rejs tak aby był ciekawszy dla uczestnika. Fundacja 4 Kontynenty zorganizowała kolejną wyprawę „I Love Norway Sail & Trekking – Porta Sailing Team jachtem SY Ciri do ciekawych zakątków tego skandynawskiego kraju. Warto dodać, że uczestnikami rejsów Fundacji 4 Kontynenty są dzieci w wieku od 7 do 12 lat. Już niedługo młodzi adepci żeglarstwa wraz ze swoimi rodzicami wyruszą na „męski” etap „ Fiordy północy Sail & Trekking – dzieciaki w drodze na Nordkapp”. Zachęcamy do przeczytania tekstu z etapu „Fiordy na wyciągnięcie ręki” 

W drugiej połowie czerwca 2019 roku miałem sposobność po raz kolejny wziąć udział w wyprawie żeglarskiej organizowanej przez Fundację 4 Kontynenty, prowadząc jeden z etapów rejsu I Love Norway Sail & Trekking. Przypadło mi w udziale prowadzenie etapu „Fiordy na wyciągnięcie ręki”, ze Stavanger do Bergen. Trasa krótka, a czasu sporo – mieliśmy aż dziesięć dni. Trudno nie wykorzystać takiej sposobności! Wszak w tym rejonie wybrzeża Norwegii znajdują się jedne z najpiękniejszych fiordów i jedne z najciekawszych atrakcji przyrodniczych: wysoki, stromy klif Preikestolen, znajdujący się tuż przy brzegu pięknego fiordu Lysefjord oraz słynny język trolla, czyli Trolltunga – niezwykła, spektakularna formacja skalna w postaci wysuniętego „języka” o długości kilku metrów, wisząca na wysokości 700 metrów nad sztucznym, ale malowniczym jeziorem Ringedalsvatnet. Żelaznym punktem wyprawy był również lodowiec Folgefonna.

Skompletowanie załogi na tak atrakcyjny rejs nie było szczególnie trudne. Tym bardziej, że rejs w założeniu nie miał być specjalnym wyczynem żeglarskim. Przypominał raczej rejs mazurski albo chorwacki, tylko bez upałów, ale żeglowanie po spokojnej wodzie fiordów, nocowanie w portach (a raczej w cichych, klimatycznych przystaniach), osłonięcie od silnych wiatrów i wysokich fal sprawiały, że pod względem nautycznym rejs był raczej łatwy. Za to widoki z pokładu jachtu zapierały dech w piersiach. Strome skały wystające wprost z morza na wysokość ponad tysiąca metrów, chmury nisko żeglujące wśród stoków i szczytów górskich, majestatyczne lodowce, niezliczone potoki i wodospady… A jeśli chodzi o wycieczki górskie… Ale o tym może za chwilę. Najpierw przedstawmy jacht i załogę!

Dwunastometrowy jacht s/y Ciri miałem okazję już obejrzeć wcześniej, podczas majówki 4 Kontynentów „Fiku Miku po Bałtyku”. Jacht nie jest nowy, ale za to nowy jest armator. Jak to bywa w przypadku różnego rodzaju pojazdów, zmiana właściciela zwykle przynosi poprawę stanu technicznego. Tak było również w tym przypadku. Niedawno zakupiony przez armatora jacht został gruntownie wyremontowany i przygotowany do dalekich wypraw. Oczywiście nigdy nie jest tak, że na jachcie już wszystko jest zrobione i nie da się czegoś poprawić, więc armator uważnie wsłuchuje się w głosy kapitanów prowadzących Ciri i zapowiada dalsze zmiany. Moim zdaniem jacht jest godny zaufania. Każdy marynarz powinien kochać statki, a te na pewno mu się odwdzięczą.

Asia – doświadczona żeglarka, pełniła funkcję zastępcy kapitana i była moją prawą ręką na jachcie. Grzesiek i Krzysiek – wytrawni piechurzy górscy. Ich górskie doświadczenie przydało się całej ekipie. W załodze były też Klara, Kasia i Klaudyna. Trzeba podkreślić obecność dwóch dwunastolatek: Igi, córki Kasi, i Julki, mojej rodzonej córki. Dziewczyny dokazywały, do czego miały prawo z racji swojego młodego wieku. Ale ogólnie dawały radę, co trzeba zaakcentować zwłaszcza, że organizator rejsu, Fundacja 4 Kontynenty, szczególnie promuje udział dzieci w rejsach morskich.

Zgodnie z planem, przybyłem do Stavanger dzień przed rozpoczęciem naszego etapu rejsu. Grunt to dobra i przemyślana organizacja. Mogłem zapoznać się dokładnie z jachtem, by następnego dnia na spokojnie, formalnie przejąć dowodzenie jachtem. Poprzednia, czteroosobowa załoga ugościła mnie, a także Grześka i Krzyśka oraz Julkę, jak należy, po żeglarsku. Załoga Igora (notabenearmatora Ciri) ugościła nie tylko nas, ale też grupkę polskich żeglarzy mieszkających w Stavanger. Okazuje się, że polskie załogi mogą nie tylko spotkać w Norwegii żeglarzy-rodaków, ale w razie potrzeby liczyć na ich pomoc. Przekonaliśmy się o tym nie po raz pierwszy, i jak się szybko okazało pod koniec rejsu, nie po raz ostatni. Serdecznie pozdrawiamy polskich żeglarzy mieszkających w różnych zakątkach Norwegii!

Następnego dzień rano (29 czerwca) pożegnaliśmy poprzednią załogę, a wkrótce na miejsce przybyła moja ekipa. Zasztauowaliśmy przywieziony z Polski prowiant (wysokie ceny w Norwegii sprawiają, że warto zapłacić za dodatkowy bagaż w samolocie i większość zakupów zrobić w Polsce), a następnie przeprowadziliśmy szkolenie. Pozostał jeszcze czas na zwiedzanie urokliwego miasta.

Kolejnego dnia rano pożeglowaliśmy do portu Forsand, aby za radą miejscowych polskich żeglarzy właśnie w tym porcie zatankować jacht. Miejscowość leży u wejścia do ponoć najpiękniejszego norweskiego fiordu Lysefjorden. Stąd mieliśmy nadzieję wyruszyć na zwiedzanie Preikestolen. Okazało się, że jest to możliwe, ale dość kłopotliwe. Należało skorzystać ze szkolnego autobusu, bez gwarancji kursu powrotnego. Dlatego postanowiliśmy opuścić gościnny skądinąd porcik, by na chwilę wpłynąć do Lysefjorden i rzucić okiem na potężne skały wspinające się pionowo z wody na wysokość ponad tysiąca metrów. Fiord ciągnie się na odległość kilkudziesięciu mil morskich, dlatego nie zapuszczaliśmy się w głąb zatoki. Spotkanie ze stadkiem figlujących fok dostarczyło dodatkowych emocji. Z wód zatoki można podziwiać nie tylko Preikestolen, które znajduje się mniej więcej w połowie fiordu, ale również Kjeragbolten, czyli głaz wiszący na niewiarygodnej wysokości 900 metrów nad poziomem morza, zakleszczony między dwoma skałami. Ten cud natury miałem okazję zwiedzić rok wcześniej. Szkoda, że reszta załogi, z braku czasu, nie mogła tego zobaczyć na własne oczy. Jest więc powód, żeby tu jeszcze wrócić. Tymczasem my zawróciliśmy jacht do pobliskiego portu Tau, skąd następnego dnia wyruszyliśmy autobusem na początek trasy do Preikestolen.

Bilet autobusowy do Preikestolen nie jest tani. Jednak są rzeczy, które się nie opłacają, ale i tak warto je zrobić. Wszyscy jesteśmy miłośnikami pieszych wędrówek, dlatego perspektywa wspinaczki do słynnej skalnej ambony nie była dla nas przerażająca. Niestraszne były również przelotne deszcze. Liczne chmury co prawda czasem przysłaniały widoki, ale z drugiej strony dawały tajemniczy nastrój. Julka i Iga cały czas szukały dowodów na istnienie trolli w różnych formach skalnych. Klaudyna, Grzegorz i Krzysztof podczas całej trasy towarzyszyli Klarze, którą bolała noga i musiała iść nieco wolniej. Jakiś duch gór, a może i tajemniczy troll, wynagrodził im za to piękniejszą pogodą u celu wycieczki. Widok z góry na przepiękny fiord mieli niezasłonięty chmurami i mgłami, dzięki czemu zrobili świetne zdjęcia.

Podejście do krawędzi Preikestolen przyprawia o zawrót głowy. Najbezpieczniej po prostu położyć się na skale i wystawić nieco głowę poza krawędź skały. Wrażenia niesamowite… Zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy na jacht.

Kolejny dzień spędziliśmy na wodzie. Tym razem celem był lodowiec Folgefonna. W ciągu tego przelotu tylko na chwilę, to jest zaledwie na około 10 mil, musieliśmy wystawić nos jachtu na „pełne morze”. Nasi dzielni załogowi piechurzy nie są zwykłymi szczurami lądowymi. Są twardzi i robili co mogli, żeby nie pokazać po sobie, że Neptun upomina się o swoją daninę. Na szczęście szybko schowaliśmy się z powrotem w fiordy, a już wieczorem staliśmy przycumowani przy kei w porciku Uskedal. Chociaż miejsce było bardzo klimatyczne, rano popłynęliśmy dalej, do Sunndal.

Powiedzieć, że to miejsce jest piękne, to tak jakby nic nie powiedzieć. Majestatyczne góry odbijają się w spokojnej wodzie fiordu. Górska, rwąca rzeka wpada do morza. A u szczytu doliny widoczny jest jęzor lodowcowy.

Wyruszyliśmy na spotkanie z lodowcem. Na trasie spełniło się marzenie Igi: spotkaliśmy wreszcie fiordy, czyli konie o pięknej, długiej grzywie. I to właśnie te fiordy jedzą z ręki! Na drodze pod górę ustawione są bramy, które należy za sobą zamykać, a to dlatego, że w okolicy pasą się luzem kozy i owce, które do końca wycieczki co chwilę nam towarzyszyły.

Wreszcie dotarliśmy do malowniczego jeziora zasilanego zimną, jasnoniebieską wodą z pobliskiego lodowca. Tutaj urządziliśmy sesję fotograficzną. Przesłaliśmy również specjalne życzenia naszym ojcom, jako że był to Dzień Ojca. Następnie rozdzieliliśmy się. Grzesiek i Krzysiek postanowili wyruszyć w długą i trudną trasę na szczyt góry Fonnabu, skąd mogli podziwiać lodowiec górski Folgefonna w pełnej okazałości. Natomiast ja, Klaudyna, Kasia, Iga i Julka wyruszyliśmy pod czoło jęzora lodowcowego. Trasa była trudniejsza, niż przypuszczaliśmy (wcale nie była „family fun”, jak to określał przewodnik). Dodatkowo była fatalnie oznakowana. Później okazało się, dlaczego. Otóż wiele lat temu wytyczono szlak pod czoło lodowca, ale od tego czasu lodowiec bardzo mocno się cofnął. Teraz czoło jęzora jest znacznie wyżej, a dotrzeć tam jest nie tylko trudno, ale i niebezpiecznie, o czym informują ustawione tablice ostrzegawcze. Niemniej podeszliśmy tak blisko, jak to było możliwe, a naszym oczom ukazała się jaskinia lodowa! Wejście do niej byłoby bardzo niebezpieczne, dlatego oglądaliśmy ją z daleka, ale i tak to, co zobaczyliśmy wewnątrz, było piękniejsze, niż można by przypuszczać. Błękitny lód mieniący się niczym kryształ, świecący światłem przenikającym przez pokrywę lodową. Z bramy lodowej wysokiej na ok. 5 metrów wypływa rzeka lodowcowa w postaci wodospadu. Zobaczyć to na żywo to zupełnie co innego, niż znać zjawisko z podręcznika akademickiego.

Jako że z wykształcenia jestem geografem, wycieczka przypomniała mi wszystkie wiadomości o lodowcach, które zdobyłem na studiach wiele lat temu. Mogłem podziwiać młodą rzeźbę postglacjalną i porównywać ją z rzeźbą naszych Tatr, a nawet z rzeźbą mojego rodzinnego Krakowa. U nas stara rzeźba ze zlodowacenia krakowskiego, a tam świeżutkie moreny i sandry odsłonięte przez lodowiec zaledwie przed kilkunastoma – kilkudziesięcioma latami! Chętnie pokazałbym tempo deglacjacji wszystkim tym niedowiarkom, którzy wątpią w ocieplenie klimatu. Niestety, ten lodowiec, jak i wiele innych, w ciągu kilkudziesięciu lat zniknie z powierzchni Ziemi.

Kolejnym punktem wyprawy był język trolla, czyli Trolltunga. Aby tam dotrzeć, studiowaliśmy przewodniki, rady miejscowych polskich żeglarzy oraz fora internetowe. Wynikało z nich jasno, że trasa jest trudna i lepiej wybrać się przy ładnej pogodzie. Deszczowe dni, ale i prognozy pogody przyczyniły się do tego, że decyzję o wyruszeniu na wycieczkę przełożyliśmy aż na środę (27 czerwca). Dało to nam jednak sposobność do zwiedzenia wielkiego, pięknego wodospadu Tveitafossen w pobliżu portu Konsarvik. Potężne masy wody, pył wodny w otoczeniu wodospadu… To po prostu trzeba zobaczyć. Oczywiście Grzesiek, najlepszy piechur z naszej załogi, pobiegł pod górę zobaczyć trzy pozostałe wodospady… Ale nie każdy jest maratończykiem. Większość z nas zadowoliła się tym jednym. W wiosce po drodze nad wodospad zwiedziliśmy niewielki, trzynastowieczny kościółek. Wokół niego cmentarz, gdzie nowe groby sąsiadują ze starymi, kilkusetletnimi. Naszą uwagę zwróciło również malowidło na ścianie wewnątrz kościoła. U stóp anioła namalowany był nie tyle zwykły diabeł, co… goblin! To ślad przenikania się religii chrześcijańskiej z wcześniejszymi, pogańskimi wierzeniami w czasach chrystianizacji.

Na końcu przepięknego fiordu Hardangerfjord spodziewalibyśmy się równie klimatycznego porciku jak te, które mijaliśmy do tej pory. Niestety, zarówno Tyssedal, skąd wyruszają wycieczki do Trolltungi, jak i Odda, to niewielkie, ale przemysłowe miasta z dymiącymi kominami. W Tyssedal jest jedna przystań, ale dla miejscowych żeglarzy, więc nas wyproszono. W Oddzie podobna marina tylko dla autochtonów, i tylko jedna maleńka kejmiejska – maksymalnie na wa jachty – bez prądu i bez wody, na szczęście wolna. Trudno, dobre i to. W końcu przypłynęliśmy tutaj nie po to, aby stać w porcie, a iść na wycieczkę. Świecące słońce zachęcało właśnie do tego, dlatego w środę rano wyruszyliśmy autokarem do Skjeggedal, potem jeszcze busem 4 kilometry stromo pod górę po asfalcie, aby rozpocząć kilkugodzinną, pieszą, górską wycieczkę do jednego z najsłynniejszych miejsc w Norwegii. Początkowo trasa pnie się w górę, ale nie jest aż tak trudna, jak to opisują przewodniki. Niejedna tatrzańska trasa jest znacznie trudniejsza. Po około 2 kilometrach szlak wiedzie rozległym płaskowyżem. Niemniej szlak jest bardzo długi, więc ostrzeżeń nie należy lekceważyć. To w końcu góry. Pogoda może się zmienić bardzo szybko, może na przykład przyjść mgła (nam to się przytrafiło w drodze powrotnej!), więc nawet tutaj można zgubić drogę. Znowu niezawodne okazało się doświadczenie Grześka, który pewnie prowadził nas nawet przy ograniczonej widoczności. A do tego niósł dodatkowy prowiant, wodę (i inne niezbędne rzeczy…).

Widoki z góry są obłędne. A sama Trolltunga… Nie bez przyczyny kolejka do zrobienia zdjęcia na języku trolla jest bardzo długa. Niestety, część z nas miała pecha, bo zanim przyszła ich kolej do pamiątkowej fotki, całą okolicę osnuła mgła. Za to spełniło się marzenie Julki – mogła wreszcie „zjeść chmurę”!

Wkrótce po powrocie na jacht okazało się, że mimo iż Odda jest osłonięta ze wszystkich stron, to silny wiatr, który się podniósł wieczorem, utworzył krótką, spiętrzoną falę. Jacht zaczął skakać niebezpiecznie przy maleńkiej kei. Nie było innego wyjścia – trzeba było opuścić port. Do końca rejsu było już mało czasu, więc płynęliśmy prawie dobę przez fiordy przy dość silnym wietrze w pobliże portu docelowego.

Zatrzymaliśmy się w porcie Kleppholmen. Według mapy głębokość wejścia wynosi w nim 0,5m. Trochę dziwne, bo widać, że w porcie stoją jachty. Telefon do bosmana utwierdził nas jednak w przekonaniu, że wejście jest bezpieczne i głębokie. Porcik prowadzony jest przez starsze małżeństwo, których zdjęcia i pamiątki z wypraw rozwieszone są w salce klubowej udostępnionej gościom. Tutaj spędziliśmy resztę wieczoru w miłej atmosferze.

Rano już krótki przeskok do Bergen na spotkanie z Mietkiem, kapitanem następnej załogi. Tutaj odwiedził nas również Grzegorz – kolejny polski żeglarz mieszkający w Norwegii. Podarował dla jachtu kilka drobiazgów, m. in. wkrętarkę, awaryjne żagle i inne przydatne przedmioty. Załoga zwiedziła miasto –między innymi słynny targ rybny i dzielnicę starych magazynów portowych Bryggen –a także wjechała kolejką na górę, skąd rozciągał się piękny widok na miasto i okolicę.

I tak zakończył się kolejny udany rejs, z wesołą załogą, tym razem rejs żeglarsko-trekkingowy. Udało się osiągnąć wszystkie założone cele, wspomnienia pozostaną na zawsze. Dla mnie osobiście najważniejsze jest to, że żeglarstwo chyba spodobało się mojej córce, Julce.

Pełną relację z całej wyprawy Fundacji 4 Kontynenty „I Love Norway 2019” Sail & Trekking – Porta Sailing Team można śledzić dzień po dniu na blogu 

Marcin Filipiak

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty


Kategorie
Blog

Fiordy północy Sail & Trekking, dzieciaki w drodze na Nordkapp Porta Sailing Team

Przylatujemy do Tromso po 21 godzinie wszystko przez to, że Wizzair zmienił godzinę wyloty z rana na wieczór. Oznacza to, że mamy o jeden dzień mniej na rejs. Ale co mamy planować kiedy i tak wszystko będzie dyktowane przez pogodę. Generalnie płyniemy na północ.Z lotniska odbiera nas Kuba młody chłopak, który przyjechał dorobić sobie na kolejny rok nauki. Przyjechał na miesiąc akurat ma dzień wolny więc nam pomaga. My płacimy mniej za transport do mariny a on dostaje w zamian rzeczy warte w Norwegii krocie i nie takie łatwe do kupienia… Dzięki niemu bardzo szybko możemy się zainstalować na jachcie. Kapitan odbierał jacht poprzedniego dnia i właśnie zakończył zmywanie pokładu.

– Wiecie właśnie oprawiałem ryby i postanowiłem spłukać tą całą krew z kokpitu żebyście nie myśleli bógwico…

– Kapitan wyszedł do nas w T shircie i crocsach na bosych nogach (ale w czapce na głowie) Na zewnątrz jest około 12 stopni i wieje przykry wiatr z północy. Jak on to wytrzymuje?

– Głodni jesteście? Jest świeża ryba…

Dopiero teraz czujemy, że po całym dniu w podróży jesteśmy porządnie głodni. Odpalamy zatem lokalną kuchenkę żeby usmażyć ryby a w tym czasie płyną opowieści. Maciek odebrał jacht i po przeglądzie jednostki postanowił odbyć próby morskie. Wyskoczył godzinę drogi z portu i zarzucił wędkę. W ciągu godziny złowił wiadro dorsza, którego właśnie skończył oprawiać. Ciężko nam co prawda idzie ich smażenie – na pomoście wieje i płomień jest mizerny, szukamy jakiegoś miejsca bardziej osłoniętego od wiatru, ale nie bardzo nam się to udaje… W końcu coś tam udaje się nam upiec i zasiadamy do kolacji. Sączymy opowieści i snujemy plany – ot zawsze tak jak jest na początku nieznanego…

Po kolejnym dniu pełnym załatwiania różnych ważnych i mniej ważnych spraw w Tromso wypływamy. Na razie na silniku bo wiatr wieje nam centralnie w dziób. W ten sposób powoli oswajamy się z jednostką i przyzwyczajamy nas i nasze dzieci do rutyny na jachcie. Osłonięci od morza przez ciąg wysp nie czujemy dużego falowania więc na razie nastroje są dobre. Siadają dopiero jak musimy przeskoczyć przez odcinek otwarty na falowanie morza. Wtedy nastroje gwałtownie spadają. Pojawia się trochę zieleni na twarzach szczególnie na tych najmłodszych, ale chłopcy dzielnie się trzymają. Nawet namawiani przez kapitana, który mówi im , że wymioty naprawdę pomogę, każdy zaciska zęby i nie chce wypuścić nic z żołądka…

Aby poprawić nastroje kapitan wybiera najciekawsze przejścia pomiędzy wyspami – widoki rzeczywiście powalają – kształty wysp na północy ozdobione płatami pól śniegowych i zasłonięte lekkimi chmurkami formującymi się na naszych oczach. A jednocześnie ostre północne słońce, które zgaśnie dopiero za kilka tygodni…

Załoga jednak chce więcej – dwunastolatki chcą łowić ryby! Kapitan już się na to przygotował, specjalnie prowadzi rejs między wyspami, ponieważ chce znaleźć się w miejscu, które ma taką charakterystykę dna, która szczególnie odpowiada dorszom. Wypływamy na szeroki akwen pomiędzy wyspami – coś jest na rzeczy ponieważ widać przynajmniej dwie inne łodzie ewidentnie łowiące ryby. Chłopcy odprzodkowywują swoje wędki i rzucają. Wydawało mi się, że takie rzeczy przytrafiają się tylko na filmach. Już za pierwszym zarzuceniem wyciągają po solidnym dorszu – każdy około 3 kg wagi. W ciągu pół godziny mamy siedem ryb i myślę że już po zabawie. Nie znam jednak wędkarzy – oni dopiero się rozkręcają. Rzucają a ryby ciągle nie przestają brać. W pewnej chwili Mariusz prosi o pomoc ponieważ wyraźnie czuje, że złapał coś cięższego. – Może to dwa albo trzy dorsze na raz? Nie – to się strasznie rzuca. Czekamy aż podciągnie zdobycz bliżej dna. Ja mam nadzieję, że to stary koc, albo opona. Nie dlatego, żebym źle życzył Mariuszowi czy wędkarzom w ogólności tylko jestem przerażony ilością mięsa, które będziemy musieli zużytkować. Jest nas co prawda ośmiu chłopa w tym czterech w wieku nastoletnim, ale nawet oni nie wytrzymają takiej obfitości…

Jednak Neptun postanowił nas obsypać rybami – Mariusz wyciąga 3 razy dłuższą rybę niż dorsz. – Co to jest? Krzyczy. To chyba zębacz. No to na pewno zębacz – popatrz jakie mu kły wystają z pyska. Rzuca się niemożebnie i trudno go wciągnąć na pokład, od razu się wywija ale w końcu udaje się go wciągnąć do kokpitu. Ale to jeszcze bardziej zagrzewa wędkarzy do walki. Ciągną i ciągną i przestać nie mogą. W końcu kapitan daje znak, że wystarczy. Mamy napełnione wszystkie wiadra i jeszcze kilka ryb z zębaczem na czele poza wiadrami. Sami nie chodzimy po gretingu kokpitu unikając zębów ryby, która od czasu do czasu jeszcze podskoczy i ziewnie ale tak, że łatwo sobie wyobrazić jak by to się mogło skończyć, gdyby w pobliżu była jakaś stopa lub ręka…

Po oprawieniu ryb mamy ponad 15 kg rybich tusz więc spieszymy do portu żeby je w spokoju skonsumować. Wachta kambuzowa Rafał z synem smażą je na głębokim tłuszczu. Jak smakowały? Napiszę tylko tyle: teraz rozumiem, wędkarzy, którzy nie jedzą ryb. Poza tymi których nie złowią sami.

– Czego dodaliście do tych ryb, że są takie dobre?

– Przede wszystkim świeżej ryby!

Nigdy nie zjadłem tak dobrego dorsza. Nigdy już nie zjem dorsza w smażalni w kraju. Miękki, delikatny w smaku, kruchy i rozpływający się w ustach. Tak powinien smakować dobry dorsz, a ja dowiedziałem się o tym dopiero teraz kiedy już skończyłem 50 lat!

Za nami pierwsze 70 mil drogi. Następne odcinki to okazja do żeglowania na żaglach i coraz trudniejsze warunki. Prognoza mówi o pełnym zachmurzeniu, niższych temperaturach i nieustannym wietrze. Ale w sumie po to tu przyjechaliśmy. Nie tylko po dorsze, ale po to, żeby poczuć co znaczy wiatr we włosach i kawał niedźwiedziego mięsa.

Jacek

Kategorie
Blog

Pingwiny z Madagaskaru – Porta Sailing Team

Jak ten czasy szybko ucieka  już 17 lipca. Podróż do Medby rozpoczęliśmy już z samego rana. Okazało się że nowo zbudowany pirs w Harstad do którego byliśmy zacumowani jest „resident area”. Czyli dla jachtów, które wcześniej dokonały rezerwacji miejsca. Jednak mentalność norweska jest inna niż w Polsce i nie mieli tego nam za złe. Dalsza podróż mijała spokojnie na ciężkiej pracy manewrowania żaglami aby złapać wiatr. Mijając od południa wyspy Rolla oraz Androja odbijaliśmy na północny wschód. Po drodze piękne widoki górzystych terenów wysp. Koło 17.00 dotarliśmyw okolice Medby. Na miejscu okazało się że nie ma już dla nas miejsca w porcie. Kierujemy sięw głąb fiordu Sagfjorden. Zatoczki otoczonej strumykami, wodospadami wysokimi górami. Na samym końcu znajduje sięmiasteczko Sjøvegan. Spokojna miejscowość zaskakiwała nas od samego początku. Na mapach to mały porcik w rzeczywistości duży pirs oddany w tym lub maksymalnie zeszłym roku. Port jest otoczony falochronem, z którego wpływających wita stadko pingwinów (pewnie zwiały z Madagaskaru) . Przy samym porcie jest dużo sklepów, stacja disla, łazienka. W mieście znajduje się mały kościółek a nawet duże boisko. Będąc tutaj czujemy się jak odkrywcy na nowych lądach. Wracając wieczorkiem z miasta znalazłem sklep z asortymentem „niezbędnym” żeglarzom. Podobno takich sklepów jest tylko 120 na całą Norwegię, uwaga otwarte od 11 w środę. Sądzę że jutrzejsze poranne wypłynięcie trzeba będzie przełożyć.

ps. Jemy tak intensywnie ryby aż w pompie kingstona wyrobiła się uszczelka, jakieś kwasy czy jak?  Nowy zestaw dotrze jutro. Na marinetrafick podobno nas nie widać ? Wszytsko działa dobrze więc nie wiemy w czym jest problem i staramy się go rozwiązać. Z ogłoszeń parafialnych jutro przylatuje panie kapitan Ania która poprowadzi kolejny etap i może przywiezie nowy zestaw uciech portowych. 

Edwin 

Kategorie
Blog

Ryga stolica Łotwy

Rankiem skoro świt ruszmy do Rygi ( 13 lipca). Przed nami zatoka Ryska, płyniemy fordewindem. Po drodze ścigaliśmy się z jachtem Challenger. Przyjmujemy wyzwanie i tak 1,5 h wcześniej cumujemy w Rydze. Jak się okazuje jacht Faworyt jest dość szybki. Świeci słońce a w Polsce podobno pada? Cała załoga wyrusza na miasto, czas na zwiedzanie. Ja wskakuje w stój kucharki gdyż dziś obiad kapitański. Na obiad ziemniaki, marchewka z groszkiem i ogórki kuszone oraz mięso. Jutro obiecane naleśniki kapitańskie na śniadanie. Miasto Rygę obeszliśmy z trzy razy dookoła. Znajomy widok pałac kultury jak w Warszawie, koty na dachu które strzegą miasta. Jest tu wiele uroczych uliczek, kamienic i kościołów wielu wyznań. Nachodziliśmy się co niemiara ale Ryga jest tego warta. W poniedziałek ruszamy do Kuivastu. 

Justyna

Kategorie
Blog

Cywilizacja na horyzoncie – Porta Sailing Team

Ostanie dwa dni spędziliśmy na wodzie, jacht kołysał nas do snu. Prąd wody niósł szybko jacht i tak 15 lipca trafiamy do Harstad. Duże miasto w porównaniu do tych odwiedzonych do tej pory na Lofotach. Do portu zawitaliśmy wczesnym świtem koło szóstej. Port jakby opustoszały. Nie ma co się dziwić skoro jest poniedziałkowy poranek. Poranna kawka i wybieramy się na zakupy. Udaje się nam zlokalizować sklep bunnprise dwie uliczki od portu w którym ceny są bardzo niskie. Śniadanko a po nim poranna toaleta (otwarta dopiero od 11) i popas. Reszta dnia upłynęła na odpoczynku i zbieraniu sił na dalszą podróż. Wieczorem przestudiowaliśmy mapę. Zostały nam z 4 dni i około 90 mil do Tromso. Mamy duży zapas więc następnego dnia udamy się do Medby.

ps. Czy ktoś to czyta ?

Edwin

Kategorie
Blog

W krainie Trolli – Porta Sailing Team

W krainie Trolli czyli Trollfjord ( 13 lipca). Pełni nadziei wyruszyliśmy na poszukiwanie Trolli. Legenda mówi, że fiord jest ich domem. Na wszelki wypadek włączamy google tranlsator. Legendarnego Trolla niestety nie znaleźliśmy. Spotkaliśmy Trolle w ludzkiej skórze, krótki opis: szalik Lechi Gdańsk, po angielsku nie mówił, znał nasza polska mowa, drugi starszy wiekiem i doświadczeniem posługiwał się mową naszych wschodnich sąsiadów. Niechętnie z nami rozmawiali. Bojąc się aby Trolle nie wrzuciły na nasz jacht głazów z gór oddaliśmy się na południe by stanąć w zatocze na kotwicy. Spędzamy noc na wachtach kotwicznych w doborowym towarzystwie. Wizyta mew i maskonurów w oddali zza domów obserwowały nas 2 renifery. Za naszą rufa skakały dwa delfiny. Pewnie był to zwiad wysłany przez legendarne stwory. Wikingów tez brak, obserwowaliśmy osady ich krewniaków podczas podróży. Teraz wracamy do bardziej współczesnych czasów i płyniemy do Harstad

Edwin

Kategorie
Blog

Krótka wizyta w Reine – Porta Sailing Team

Dziś jeszcze jedna krótka notka (12 lipca) słońce świeci jest bardzo przyjemnie. Góry przykuwają nasz wzrok i zachęcaja by je zobaczyć z bliska. Przestawiamy się po południu do Reine. Jestem tu pierwszy raz i zamurowało mnie to co tu widzę. Pod naszym jachtem chmary ryb turkusowa woda, strzeliste góry. Czuje się jak na Karaibach. Surowy klimat Norwegii naprawdę powala z nóg. Nie potrafię wam opisać swoich przeżyć po protu tu trzeba być! Naładowani pozytywną energia wyciągamy wędki i łowimy kolejne dorsze. Nawet początkujący wędkarz nie ma żadnego problemu aby wyciągnąć rybę. Kilka minut i na deku „ląduje” kilka dorodnych dorszy. Nasze brzuszki działają jak wielka przetwórnia ryb. Codziennie pyszna świeża ryba. Cumujemy w Reine klimat niczym odyseja kosmiczna. Cisza spokój i te góry. Idziemy na spacer bo przecież nie tylko rybami i żeglugą człowiek żyje. Jesteśmy tu aby odnaleźć legendarne Trolle. Jutro o świcie popłyniemy do Trollfjord.

Edwin