Kategorie
Blog

Chiapas

Naszą najdłuższą, ponad 15 godzinną podróż rozpoczynamy z Puerto Escondido w stanie Oaxaca. Dużo nasłuchaliśmy się wcześniej o tym, że stan Chiapas to niebezpiecznie miejsce. Na bramkach do autokaru wykrywacze metalu. Przed wejściem sprawdzają bagaże podręczne, a gdy wszyscy pasażerowie zajmują swe miejsca, są nagrywani kamerą tuż przed odjazdem. Duże środki ostrożności dają do myślenia. Jednak mimo to na drodze permanentnie nic się nie dzieje i szczęśliwie docieramy do San Cristobal de las Casas. 
Miasteczko jest zdecydowanie godne uwagi. Oprócz tradycyjnych jak w każdej średniej wielkości zabytkowej metropolii budynków, mamy tu do dyspozycji ogromny market z lokalnymi specjałami oraz plac pełen rękodzieła z całego Meksyku. Ludzie, pisząc o San Cristobal nie mogą się go nachwalić. Piszą przykładowo, że przyjechali tu na 3 dni, a zostali na 3 tygodnie. Albo że mieli zostać na 3 tygodnie, a zostali ma całe życie. Pędze z tłumaczeniem, skąd ten ewenement. San Cristobal po prostu żyję przez całą dobę. Pełno tu barów, restauracji, pizzerii, knajpek i wszelkiego innego wyszynku otwartego praktycznie non stop. Dlatego być może nie do końca podzielamy zdanie turystów, ponieważ na codzień mieszkamy w Krakowie, gdzie jest to norma. 
W San Cristobal spędzamy 3 dni. Miasteczko jest bazą wypadową do ogromnej ilości wycieczek. Pierwsza z nich zabiera nas do dwóch niewielkich wiosek w okolicy. W pierwszej- Zinacantan, chcą pokazać nam codzienne życie pozostałych przy życiu komun indiańskich, które na codzień zajmują się głównie tkaniem. Ich religia nadal nosi ślady tej wcześniejszej, sprzed krystianizacji. Tutejsi szamani potrafią uleczyć chorobę po rozpoznaniu jej źródła. A rozróżniają trzy rodzaje przypadłości: chorobę ciała, ducha lub alter – ego. Alter- ego to zwierzęcy prywatny duch, odpowiednik każdego człowieka, który żyje na niedalekiej świętej górze. Tak to zgodnie z naturą żyją ludzie z dawnych plemion w wiosce Zinacantan. 
Ale prawdziwy „kosmos” widzimy w kolejnym mieście- Chamula. Znajduje się tu chyba jeden z najsłynniejszych kościołów w Meksyku (oprócz oczywiście Guadelupe). Kościół Jana Baptysty poraża wręcz zderzeniem dwóch religii. 
Wchodzimy do strzelistego budynku, gdzie podłoga w całości pokryta jest igliwiem sosny. Podobno jednym z wierzeń jest, że będąc w kościele, stopy modlących nie powinny dotykać ziemi, żeby mieć lepszy kontakt z duchami, świętymi i Bogiem. Pod ścianami, wzdłuż obydwu ścian, aż do ołtarza ciągną się prawie naturalnej wielkości figury świętych. Ogromne i całkowicie przerażające. Dlaczego? A dlatego, że wszyscy święci są przedstawieni w taki sposób, w jaki przywieźli ich setki lat temu Hiszpanie. Są inni – bladzi, smutni, europejscy, ze złymi twarzami. Zamknięci w skalnych gablotach, niczym w trumnach. Żeby było choć trochę mniej obcy, przed złożeniem ich do trumiennych gablot, mieszkańcy obwiesili te postacie lusterkami, koralikami, wstążkami, aby choć trochę bardziej tu pasowali. Ale niestety- zabieg nie do końca się udał i jak dla mnie jeszcze bardziej mają mroczny nastrój. 
W kościele Jana Baptysty pali się tysiące świec. Grupa przybyłych modlących wybiera świętego, u którego będą prosić o wstawiennictwo. Pod wybraną figurą rozpala swój szpaler świec. Przynoszą Poch, Coca Cole i żywego koguta. Poch to specjalny trunek z kukurydzy, który służy do spełniania ofiar. Długo klęczą i modlą się całą rodziną. Piją Poch i Cole. Co do następnego elementu, nie jesteśmy z nim za bardzo zaznajomieni, ponieważ przyglądając się jedynie z kąta nie wszystko można zrozumieć. Pan domu łapie koguta za nogi i szepcząc modlitwy kreśli znaki na ciele swego najstarszego syna. Ceremonia poświęcona jest właśnie temu potomkowi. Odzywa się cichy dźwięk piszczałki mający przyzwać duchy. Sam kogut pozostaje w miarę spokojny, nawet gdy szybkim, prawie miłosiernym ruchem zostaje mu skręcony kark. Jego wyjątkowo długie pośmiertne drgawki wtórowały dopijaniu ostatnich porcji Pochu oraz znakom ponownie kreślonych martwym już kogucim ciałem. Jesteśmy tylko biernymi obserwatorami, nie nam oceniać tego typu obrzędy. Wiedzcie jednak, że w kościele Jana Baptysty panuje bezwzględny i bardzo przestrzegany zakaz fotografowania. Same koguty składane są w różnych intencjach- w celu wypędzenia zła, uleczenia, błogosławieństwa. Ich pośmiertne drgawki na wyłożonej zielenią posadzce ma długo zapadną mam w pamięci. 
Na ostatni dzień w San Cristobal wybieramy wycieczkę do Kanionu Sumidero, tak bardzo polecaną przez wszystkich obytych w temacie. Atrakcja bardzo turystyczna – w przydziałowych kapokach mkniemy 200 konną motorówką po kanionie. Co jakiś czas nasz przewodnik dobija do brzegu z okrzykiem „krokodilo!” i 30 par oczu zwraca się we wskazanym kierunku, aby ujrzeć to cudo. I rzeczywiście- krokodyli jest tu niemało. Na posterunku są nawet dwie zaobrączkowane małpki. Na ogromnej wręcz górze śmieci, z której czubka chciwie wyciągają małe łapki, licząc na ciastka, którymi radośnie karmią je turyści. To zaczyna być lekko makabryczne. Kanion jest piękny ze swoją ciekawą dla nas fauną i florą oraz formacjami skalnymi o wysokości ponad 200 m tuż nad nami. Jednak tony śmieci – wyrzuconych na brzeg, pływających i pewnie zatopionych, po raz kolejny utwierdza nas w przekonaniu, że Meksyk jest zanieczyszczony i nikt nie spieszy, żeby coś z tym zrobić. 
Kolejnym przystankiem w Chiapas jest miasto Palenque. Położone w samym sercu dżungli, jest całkowicie podzielone na strefę lokalną i turystyczną. Jest jednak pewna różnica- tutaj nie chcą nas zupełnie poza przynależną nam częścią. Ochroniarze lokalnych barów wręcz zgadzają nam drogę, nie dając złudzeń. Tutaj nikt nie jest dumny z turysty, który odważył się wyjść ze swojego sanktuarium. Niestety- Palenque odmówiła nam swej gościnności, dlatego decydujemy się na najważniejszą atrakcję – wycieczkę po ruinach i cudach wodnych. I jest to chyba najlepsza tego typu atrakcja, jaka spotkała nas w całym kraju. Najpierw odwiedzamy słynne Ruiny Palenque, położone w samym sercu dżungli. Mają same zalety- są dobrze zachowane, mają cudowną lokalizację i niewiele ludzi zwiedzających. W porównaniu z niezbyt lubianą przez nas Chitzen Itza, nie ma tu nachalnych wręcz sprzedawców wszystkiego. Następne dwa punkty wycieczki to prawdziwy wodny raj. Nasze zdjęcia marnie oddają ich urok. Ta część Meksyku słynie z kaskadowych wodospadów, które w połączeniu z roślinnością daje ten niezwykły efekt. Agua Azul i jego mniejszy krewny będą rajem dla wszystkich Was, którzy lubią pomoczyć się w przejrzystej, rwącej wodzie. Podziwiając oczywiście zapierające dech w piersiach widoki. 
Etap w stanie Chiapas był dosyć krótki, ale z pewnością bardzo intensywny. Niestety- coraz mocniej następujący nam na pięty czas nie pozwala zatrzymać się tu na dłużej. Pora wyruszyć do ostatniego etapu- stanu Quintana Roo, miasta Tulum oraz aby podjąć wyzwanie dotarcia do cypla Końca Świata- Punta Allen. 

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Ogromnie pozytywnym zaskoczeniem było odwiedzenie kościoła, położonego na wzgórzu nad San Cristobal. I bynajmniej nie chodzi tu o sam widok miasto, który zapewnia nie lada atrakcję. Najlepszą rzeczą z nim związaną było wykonanie „Ave Maria” w stylu meksykańskim, prawie przez el mariachi, w tym właśnie kościele. Warto przebyć tyle drogi, żeby to usłyszeć. 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Nawet będąc na Końcu Świata musicie pamiętać, że coraz więcej Polaków podróżuje i emigruje. Na jednej z wycieczek pewna Niemka, słysząc nasze rozmowy, przyłączyła się do konwersacji. Jej znajomość naszego języka mogłaby zawstydzić niejedną osobę. Warto więc uważać na dwie komentarze, mając na uwadze, że nawet Niemiec może przemówić ludzkim głosem.

Kategorie
Trekking

Góry – Szlaki i My

Na zaproszenie klubu Góry – Szlaki, Fundacja 4 Kontynenty uczestniczyła w tegorocznym zlocie klubowym. Wspólną przygodę rozpoczęliśmy w piątkowe popołudnie, 23 lutego 2018. Na zlot, do schroniska SSM Rycerka – Kolonia, przyjechało 60 osób z różnych stron Polski.

„Królik” powitał nas i rozlokował w wieloosobowych pokojach. Ekipa gromadziła się w schronisku do późnego wieczora. Gdy już prawie wszyscy byliśmy na miejscu przyszła pora na górską integrację przy dźwiękach gitary, do późnych godzin wieczornych, a może wczesnych rannych…. W końcu jednak czas iść spać, spod drzwi słychać eskadrę przelatujących F16, czasem dołącza kilka Jumbo Jettów :)))

Plan dnia

Jak łatwo się domyślić, rano ciężko było oderwać się od poduszki, ale przecież góry na nas czekały! Po sowitym śniadaniu zebraliśmy się przed schroniskiem i wyruszyliśmy na szlak. Podzieliliśmy się na dwie ekipy. Jedna wybrała się na trasę Wielka Racza- Przegibek- schronisko SSM. Natomiast druga poszła trasą Przegibek- Rycerzowa- Przegibek- schronisko SSM.

„Grochu” w akcji

Punktualnie o godzinie 9:00 wyruszyliśmy spod schroniska na szlak, podążając za „Grochem”. To On opracował trasę i prowadził nas zimową drogą. Towarzyszyła nam zmienna pogoda i niezmiennie dobry humor, który sprawiał, że było przyjemnie i wesoło. Niebo wprawdzie zachmurzone, ale dające nadzieję na fajne widoki.

Pierwszy etap naszej wędrówki przebiegł dość szybko, dotarliśmy do schroniska na Przegibku, gdzie zrobiliśmy krótką przerwę na drugie śniadania. Zaczęło lekko wiać i sypać śniegiem. Rozgrzani pozytywnymi emocjami wyruszyliśmy na kolejną część trasy, czerwonym szlakiem w kierunku Rycerzowej. Przedzierając się krok po kroku przez śnieg po kolana dążyliśmy ku szczytowi, mijając po drodze turystów i skitourowców. Czuliśmy na dłoniach jak spada temperatura, śniegu było coraz więcej. Benia trzymała dość szybkie tempo, więc nasza trasa szybko mijała. Po drodze tylko mały przystanek na kanapkę i dalej w drogę. Cały czas towarzyszyła nam piękna zimowa sceneria. Kilka fotek, aby zapamiętać te widoki i krok po kroku, coraz wyżej nad poziom morza. Po około godzinie i 40 minutach dotarliśmy do szczytu Rycerzowej. Ku naszej radości słońce spojrzało na nas zza chmur. Teraz do bacówki na Rycerskiej gdzie oczekiwała na nas reszta ekipy. Zejście do bacówki nie było łatwe, nasze stopy zapadały się głęboko w śniegu, było bardzo zimno, a wiatr rozwiewał się coraz bardziej. Dotarliśmy do bacówki na krótki posiłek regeneracyjny.

Kijki w dłonie i ruszamy.

Wygląda na to, że żarty się skończyły i przyjdzie nam zmierzyć się z szalejącą zimą. Wiatr wieje nam prosto w twarz, sypiący śnieg to już prawdziwa śnieżyca, momentami osoba przed nami znika i pojawia się jak duch. Agzi poprowadziła nas niebieskim szlakiem prosto na Przegibek.

Mijamy wiele połamanych drzew, na szlaku mnóstwo śniegu. Raz w górę raz w dół podążamy do celu, tempo kosmiczne. Agnieszka tak się rozpędziła, że można było za nią wręcz biec. Pierwszy raz myślałem że wyzionę ducha na szlaku. Momentami zadawałem sobie pytanie: gdzie ona tak pędzi, może jest głodna i chce szybko zjeść obiad? Szybko docieramy do schroniska na Przegibku, gdzie spotykamy drugą grupę – tę, która wybrała drogę przez Wielką Raczę. Zamawiamy pierogi, zasiadamy do stołu i dzielimy się swoimi wrażeniami ze szlaku.

Za oknem śnieżyca, mróz i wiatr…..

Powrót do schroniska przyniósł nam prawdziwie ekstremalne warunki. Wiatr prosto w twarz, temperatura spadająca z minuty na minutę i śnieg zdmuchiwany z drzew uprzykrzały nam drogę. Na szlaku pojawiły się oblodzenia, momentami było bardzo, bardzo ślisko. Trzymając się w grupie szybko schodziliśmy w dół, gdzie czekało nas zaskoczenie – drogi całkiem zniknęły, był tylko świst lodowatego wiatru, mróz i my.

Krótko po godzinie 18 byliśmy już w schronisku, kończąc nasz zimowy trekking.

Wieczorną porą odbyła prezentacja wyprawy na Kamczatkę autorstwa Joli. Warto było wysłuchać tej opowieści. Pełna emocji i wrażeń przygoda. Gratulacje za profesjonalne przygotowanie.

Czy warto było ?

Każde spotkanie z nowymi ludźmi przynosi bardzo wiele sympatycznych chwil. Wymiana doświadczeń, opowieści sprawiają, że wiemy coraz więcej, o górach, świecie, o sobie…

Okazuje się, że są tu prawdziwi zapaleńcy, zakochani w górach, którzy każdy wolny czas przeznaczają na swoją pasję. Jesteśmy pełni podziwu dla tych ambitnych ludzi, którym nieobce są nawet Himalaje, a trekking tam, to prawdziwe wyzwanie. Grupa ma wielu aktywnych członków i wciąż się rozwija. Nieformalny klub ludzi pełnych pasji to gwarancja sukcesu.

Wszystkim naszym nowym i mniej nowym znajomym dziękujemy ze wspólnie spędzone radosne chwile. Warto było pobyć z Wami przez weekend. Niedługo zaprosimy Was do nas:)

Szczególne podziękowania dla „Królika” i „Groszka” za organizację.

Mariusz Noworól

Kategorie
Blog

Wybrzeże Pacyfiku

Przystanek pierwszy- Zipolite. Największa ostoja współczesnych hippiesów wraz z najsłynniejszą plażą nudystów w Meksyku. Żeby to dotrzeć, z Pochutli należy skorzystać z kolejnego dziwnego transportu- pickupa przystosowanego do przewozu ludzi. Trzęsący, rozklekotany, ale całkiem przewiewny, co w tych upalnych warunkach jest zdecydowanie na miejscu. 
Zipolite jest tak małe, że ciężko nawet dostrzeć go na mapie. W 10 minut jesteś na obrzeżu. I koniec. Ludzi tu przybywających podzieliliśmy umownie na dwie grupy. Pierwsza to napływowa rzesza turystów, w tym ci, którzy mieszkają w jedynym w mieście hotelu z basenem, oraz wszyscy ci, którzy bardziej przyjechali popatrzeć, cóż tu się dzieje i skąd ten fenomen. Druga grupa to ludzie, którzy zdają się doskonale wiedzieć, czego chcą i po co tu przybyli. Obejmuje ona osoby w każdym wieku- zarośniętych, z dreadami, obwieszonych masą biżuterii w szamańskim stylu, zrobioną z darów morza i ziemi. I obowiązkowo – bosych. Tu,  aby poczuć się częścią społeczności musisz zrzucić wszelkie obuwie. Za opłatę równa pokojowi w hostelu wynajmujemy nasz własny domek na plaży. Zbity z przypadkowych, średnio pasujących do siebie desek, z dachem z liści palmowych.
W pierwszy dzień chcemy poznać uroki tego miejsca. Niestety, trochę za bardzo zaufaliśmy tutejszej społeczności. Daliśmy się wciągnąć w uliczne tańce z lokalsami przed jedynym sklepem (i jednocześnie barem) z piwem. Byliśmy zahipnotyzowani podrygami w rytmie mambo boso na chodnikach, że nie zauważyliśmy, jak nasz największy „przyjaciel” przywłaszcza sobie jeden z naszych mini plecaków. Taki sobie „przyjaciel” w postaci 50- letniego, nadmiernie wyluzowanego pana, któremu bardzo imponował fakt, że jesteśmy z Polski. Na szczęście w porę spostrzegliśmy, jak delikwent raźnie zarzuca plecak na siebie i prawie że tanecznym krokiem powoli się oddala. Cóż robić- wewnątrz połowa dokumentów i trochę elektroniki- trzeba było działać. Lekka przepychanka, awantura i rzeczy ponownie są w naszym posiadaniu. Lokalni znajomi wydają się całym zajściem nieporuszeni. Jednak nic bardziej mylnego- właścicielka lokalu- Christina tłumaczy, że pan więcej nie będzie nas niepokoił. Dzięki temu doświadczeniu, oprócz poznania się na własnej głupocie, dowiadujemy się, jak działa tutejsze prawo. Brak policji w tak małej osadzie to rzecz oczywista. Poza tym Zipolite słynie również z marihuany, którą w różnej formie można tu nabyć pewnie wszędzie i za bezcen. Dla Waszej wiadomości- w Meksyku jest ona także towarem nielegalnym. Dlatego, dla społeczności, która przymyka oko na zamiłowanie turystów do takich specyfików, policja byłaby zdecydowanie nie na rękę. W związku z tym mieszkańcy sami muszą radzić sobie z osobami, które zagrażają biznesowi turystycznemu. Samosąd, jak śmiało można to określić, sprawił że nasz złodziej zniknął z ulicy a wraz z tym faktem pojawił się tajemniczy uśmiech Christiny i zapewnienie, że będzie ok.
W Zipolite czas płynie powoli- pory roku przechodzą praktycznie niezauważalnie ze względu na specyfikę klimatu. Ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają, a niektórzy nie mogąc znieść rozstania – po prostu zostają. Jak wspomniana wcześniej Christina, która jest Włoszką, a jej pobyt- wraz z założeniem własnego biznesu- przeciąga się już o ponad rok. Tak samo nam, nie wiadomo jak szybko przeleciały nam 3 dni w Zipolite.
Jeszcze w San Jose poznajemy parę Meksykanów, którzy opisują nam pewne miejsce, wydające się być rajem. Poznajemy od nich zaledwie kilka szczegółów- że jest to laguna, która słynie z bioiluminescencji. Że to miejsce, gdzie mieszkają najbardziej czarni Meksykanie. Że trudno tam dotrzeć, trzeba się przesiadać, wielokrotnie zmieniając środek transportu, łącznie z łódką. Że jest gdzieś tam (tu nastąpił wielce mówiący ruch ręką w dowolnym kierunku), za Puerto Escondido. I najważniejsze- że nazywa się Chacahua.
Cóż było robić- internet milczy na temat tego miejsca. Zostawić Zipolite i nasz domek na palach, czy znowu spakować dobytek i ruszyć tym razem w prawdziwe nieznane, o którym tylko się zasłyszało i którego nie było w planach? Decyzja podejmuje się sama, ręce bezwiednie spakowały już to nic, co jest w naszym posiadaniu, a nogi we własnym zakresie sprowadziły nas w dół, z naszej cabani.
Dotarcie do Laguna de Chacahua to wyzwanie na cały dzień- 6 razy zmieniamy środki transportu, i rzeczywiście- 5 z kolei to łódka, wiodącą wśród krokodylich namorzyn, do części całkowicie odciętej od stałego lądu. Gdy wreszcie docieramy na miejsce i wysiadamy z ostatniego już pickupa, brakuje nam słów. Tu czas zatrzymał się na oko jakieś 200 lat temu. Z jedyną tylko różnicą, że do wioski ktoś kiedyś wspaniałomyślnie doprowadził prąd. Droga, w firmie pylącego się klepiska prowadzi przez kilkukilometrową wieś, meandrując pomiędzy niziutkimi domkami z desek, trzciny i liści palmowych. Droga kluczy, ponieważ domki stały tam zapewne długo przed nią, w zabudowie swobodnie rozproszonej. Bardzo rozproszonej. Upodobania budowlane mieszkańców są specyficzne. W małej chacie z klepiskiem, miejsce jest jedynie na wspólną sypialnię oraz oddzieloną łazienkę. Pozostałe czynności, jak gotowanie, pranie, i inne obowiązki, łącznie z przymusowym nic-nie-robieniem na hamaku- wykonywane jest na osłoniętym jedyne lichym dachem terenie bezpośrednio przed domem. Z nogami wyciągniętymi na wspomnianą krętą drogę. 
Udaje nam się odnaleźć polecany nocleg. Cabańas „el piojo” położone są na samej plaży. Pacyfik, swymi zdecydowanie niespokojnymi, wzburzonymi falami wita nas ponownie. Pani gospodyni proponuje nam „luksusowy” domek z łazienką. Ta część łazienkowa to przegroda w rogu, ułożona z bloczków betonowych do wysokości klatki piersiowej, przywodząca na myśl aranżację więzienną. W związku z tym, nie tylko z oszczędności, wybieramy wersję ekonomiczną, że wspólną łazienką za niecałe 27 zł za parę za noc. 
Tego wieczora cała wieś aż huczy od przygotowań. Kobiety stroją się, mężczyźni chodzą wybitnie czymś zaabsorbowani. Nie wiedząc, co się dzieje- rozpytujemy. Przy okazji dowiadujemy się lokalnej ciekawostki geograficznej. Chacahua podzielona jest na dwie części rzeką wpływającą z laguny. I na drugą stronę trzeba płynąć łódką. A co jest tej nocy na przeciwległym brzegu? W końcu, primo, jest środa, czyli mały weekendzik. A secundo, święto miłości, 14 lutego, walentynki. Nie pozostało nam nic innego, jak wziąć miejsce na łódce i niczym na skrzydłach miłości mknąć ku nieznanemu brzegowi. Jest już dobrze po zmroku. Podróż niewielką łódeczką pod rozgwieżdżonym niebem, tuż przy ujściu rzeki do oceanu to rzecz niezapomniana. A po drugiej stronie same dziwy. Więcej murowanych budynków, to pierwsza zauważalna zmiana. I druga – coś o czym słyszeliśmy, ale nie przywiązywaliśmy uwagi w natłoku informacji- tutaj mieszkańcy są na prawdę czarni. Ich skóra przypomina kolor rodowitych afrykańczyków. I tak właśnie, jako jedyni ludzie o bladej twarzy, wraz z rzeką tłumu niosącą nas z nabrzeża, docieramy do epicentrum całego zamieszania- na betonowe boisko. To tam – po uiszczeniu niewielkiej opłaty wejściowej można wyszaleć się na całonocnej potańcówce z okazji walentynek. Czujemy się lekko zdezorientowani i zagubieni. Jednak po zjedzeniu lokalnego taco z czyjegoś ogródka, kilku małych odświeżających piwkach oraz oddtańczeniu kilku bardzo latynoskich tańców, odzyskujemy werwę. Lokalsom chyba podoba się nasza obecność, ponieważ darzą nas swym zainteresowaniem a co odważniejsi chcą z nami porozmawiać. Impreza trwa w najlepsze, piwo leje się litrami, a bawiący się coraz bardziej zabiegają o naszą uwagę. Atmosfera staje się coraz gęstsza. Dlatego wycofujemy się, nie chcąc się narażać. Zupełnym rzutem na taśmę wpadamy na właśnie odpływającą łódkę i szczęśliwie wracamy na naszą stronę. A tam- kilku turystów ze znudzeniem sączy kolejne drinki. Żyją w totalnej nieświadomości, ile przygód i wrażeń jest praktycznie na wyciągnięcie ręki- trzeba jedynie wykonać mały krok w ciemność, z własnej strefy komfortu i bezpieczeństwa i przekroczyć rzekę. 
Dni mijają nam leniwie na próbach przetrwania ogromnych upałów. Drugiego wieczora, kierując się wyczulonym na lokalne rozrywki nosem- trafiamy pod jeden z trzech murowanych budynków w Chacahua- siedziby sołtysa. Na prześcieradle wyświetlany jest, tradycyjnie z meksykańskim dubbingiem- Hombre Araña (Spiderman). Dzieciaki wrzeszczą ze szczęścia, zjadając się specjałami lokalnej garkuchni, jak zwykle rozstawionej naprędce z byle czego, specjalnie na każde wydarzenie publicznie. Tym razem, z nowości nabyć można wielką prażynkę o wymiarach 15×25 cm, sowicie smarowaną majonezem, posypaną kapustą i pomidorami, polaną ostrymi sosami i chili. Skoro dzieciaki mogą o żyją- to my też. Nasze układy pokarmowe od 4 tygodni wiedzą, że to nie one tutaj rządzą i niech nawet nie żartują z jakimiś zatruciami. 
Następny dzień jest pełny emocji. Pierwszy raz próbujemy surfingu. Wypożyczamy deski i brniemy w ocean, czekając na najlepsze fale. Cóż- wychodzi nam dość mizerne, żeby nie powiedzieć, że totalnie beznadziejnie. Nawet jeżeli udaje nam się złapać falę, to powstanie do pozycji pionowej, na jadącej według mnie z prędkością światła desce, graniczy z niemożliwym. 
Za to pod wieczór mamy to, z czego słynie położony na styku 5 płyt tektonicznych Meksyk. Trzęsienie ziemi. Takie prawdziwe, 7.2 w 9 stopniowej skali Richtera. To nasz oficjalny pierwszy raz. Wszyscy rzucają się, będąc w różnym stopniu paniki w stronę plaży, aby być jak najdalej od zabudowań.  Cabañe trzęsą się na boki niczym galareta, a na ziemi praktycznie nie da się ustać. Jesteśmy chyba najbardziej spanikowanymi osobami, ponieważ dla lokalsów jest to całkiem normalne. My wybiegamy poza zabudowania dzięki przeszkoleniu, jakie w Ciudad de Mexico daje nam Ana, przy okazji zastanawiając się, czy ziemia zaraz nie rozstąpi się przed nami i nie wyjdzie z niej Pan Ciemności. A oni leniwie wychodzą spod dachu, martwiąc się jedynie o to, czy szklanka z mezcalem nie jest w polu rażenia. Oczekiwane przez nas tsunami, jako wyimaginowane przez nas następstwo trzęsienia, rodem z filmów katastroficznych nie nadchodzi jednak. Ale, pomimo tego pozornego bezpieczeństwa, znajdujemy się mniej niż 50 km od epicentrum trzęsienia. W konsekwencji tej anomalii elektryczność w całej wiosce, po obydwu stronach żegna się z nami na kolejne dni. Zapada prawdziwa, namacalna wręcz ciemność. Ale dobry Meksykanin to przygotowany Meksykanin. Kto ma- włącza pod wieczór generator. Kto nie ma- zapala świeczkę. Dla nas- obcych, wprowadza to nastrój. Dla nich- tutejszych, kilkudniowa przerwa w dostawie prądu zbywana jest przeciągłym westchnieniem. I oczywiście zapewnieniem, że maniana będzie ok. 
Ostatni dzień w raju. Chcąc zrobić coś nowego, pożyczamy od okolicznych mieszkańców kajaki. Przy użyciu struganych ręcznie z drewna palmowego wioseł, mkniemy w głąb laguny. Aby dodać sobie emocji, wpływamy w jeden z cienkich dopływów i już nawet nie wiosłujemy, a odpychamy się od korzeni drzew zanużonych w wodzie. Lasy namorzynowe to coś, czego u nas nie ma, a co zdecydowanie warto wielokrotnie zobaczyć.
Wieczorem wyruszamy jeszcze mała łódką na podbój bioiluminescencji. Na malutkiej jednostce płyniemy głęboko w lagunę. Tam właśnie najwięcej jest alg, które świecą przy każdym poruszeniu wody. Im więcej wody na raz jesteś w stanie wychlapać, tym lepszy efekt uzyskasz. Zgodnie z wytycznymi- efekty świetlne alg najlepiej oglądać w bezksiężycowe noce. Wyjazd na „połów” alg to zdecydowanie gra warta świeczki. 
Resztę czasu spędzamy w naszym „el piojo”. Przy jednym z plastikowych stolików zasiada towarzystwo przyjaciół właścicieli, rączc się trunkami i grając na gitarze. Przez chwilę słuchamy koncertu naszych własnych „el Mariachi”. A potem przypominamy sobie o zapomnianej mikro buteleczce polskiej wiśniówki, którą mamy na specjalną okazję. Ta okazja to właśnie dziś. Naszym rodzimym trunkiem hojnie częstujemy naszych już od tej chwili kompanów. Do późnych godzin nocnych dyskutujemy o tym i owym. 
Czasem natrafiamy w swoim życiu na takie miejsca. Na pewno każdy z Was przeżył taki moment, kiedy serce wyło z żalu a rozum wtórował mu myślą „Nie możesz stąd wyjechać. Składam weto, nie godzi się!”. Taką właśnie chwilę rozterki przeżywam, gdy musimy ruszać dalej. Ale, pomimo że ciężko, to przygoda musi trwać. I opowieść prowadzić należy do końca. A będzie o czym opowiadać, bo teraz zagłębiamy się w dżunglę i szamańskie obrzędy, gdzie nawet kogut składany w ofierze w kościele katolickim nie będzie dziwić. 

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Policja w Chacahua to zupełnie inna bajka, niż w Zipolite. Sołtys, który urzęduje we wspomnianym już budynku, którego ściana służy za kino, raz do roku wybiera 8 szczęśliwców, którzy pełnić będą funkcję policji obywatelskiej. Budynek zaopatrzony jest też w karcel, który za dom posłużyć może bezprawnym zwyrodnialcom.

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Zdecydowanie odradzam wszystkim dobrym chrześcijanom chowania przed trzęsieniem ziemi w kościele. Dom Pański to kolejny w Chacahua, wyliczony przez nas budynek murowany, który schronienie stanowi bardzo niebezpieczne. Widać na nim wiele spękań, co świadczy o fakcie, że natura nie oszczędza nawet przybytku Bożego. Pamiętajcie, że lepiej żeby na głowę spadło Wam kilka palmowych liści z własnej strzechy, niż kilkutonowy blok betonowy. Bez względu na to ilukrotnie poświęcony. 
– Jeżeli będziecie nad meksykańskim Pacyfikiem, koniecznie zamówicie zupę „de marisco”. Zazwyczaj zawiera krewetki i inne owoce morza, oraz obowiązkowo całą rybę bez flaków. Kunszt polega na tym, że ogon wystawać ma ponad zwierciadło zupy. W przybytku, w którym ją zamówiliśmy była również opcja hamburgera z rybą, ale wizja ogona wystającego z sezamowej bułki nie wydała się nam kusząca. 
– Działania mające na celu odstraszene komarów są tu bardzo nowatorskie. Jednym z nich jest podpalenie kartonu po jajkach. Po rozżarzeniu dym jest tak okrutny, że odstrasza wszystkie żywe istoty, łącznie z ludźmi. Ale, tym samym- komary również.

Kategorie
Blog

Oaxaca – stan w Meksyku i stan ducha.

Do miasta Oaxaca przejeżdżamy z samego rana. Jest dużo przed wschodem słońca. Ponieważ nasz hostel otwarty będzie dopiero od 7, ponad 2 godziny spędzamy na dworcu, aby na wszelki wypadek się nie narażać. 
Miasto, przez dni naszego tam pobytu pokazuje nam swoje dwa zupełnie różne oblicza. Pierwsze z nich rozpoczyna się od wschodu słońca. Na ulicę wychodzą normalni ludzie pracy. Tutaj większość obywateli spożywa swoje śniadanie na mieście, dlatego aż roi się od kramów ze śniadaniowym wyszynkiem. Każdy podążający niespiesznie (w końcu to Meksyk) do pracy przystaje na chwilę przy swoim ulubionym sprzedawcy śniadaniowym. Powoli, ponieważ turyści na ulicę dopiero po 10. O tej godzinie zacznie się wielka walka o klienta, polegająca na zapraszaniu do sklepu i zachwalaniu swojego towaru. Taki stan rzeczy trwać będzie do popołudnia, kiedy Oaxaca zacznie przezbrajać się w swoje oblicze nocne. Miejsce porannych sprzedawców kanapek z kaszą zajmą sprzedawcy kukurydzy i esquites (zupy z ziarna kukurydzy). Na ulice wyjdą artyści i amatorzy łatwego zarobku. Będą wśród nich kuglarze, kabareciarze oraz różni uliczni grajkowie. Wśród nich dumni Mariachi, z których słynie cały kraj. Niestety, gdy chodzi i tych ostatnich- jeżeli słono nie zapłacisz, nie usłyszysz od nich nawet jednej nuty. Są chyba zbyt dumni, żeby grać za darmo, nawet jeżeli tym samym zrobiliby sobie reklamę. 
Odkrywamy kolejną tajemnice Meksyku- bez względu na region, środa jest zawsze dniem fiesty. Taki mały weekendzik. U nas mówi się „środa minie, tydzień zginie” a u nich po prostu się imprezuje. W mieście Oaxaca przykładowo, ponad połowa placu centralnego zamienia się w parkiet do tańczenia. Z ogromnych głośników rozbrzmiewa mambo, wiec wszyscy poruszają się w rytm muzyki. Zdecydowany prym wiodą emeryci, którzy elegancko ubrani tańczą dostojnie wraz ze swoimi pięknie wyszykowanymi partnerkami.
W końcu zostawiamy rzeczy w hostelu i idziemy zawiedzić miasto. A jest co zwiedzać i oglądać. Żeby zdobyć kalorie, zasiadamy przy obleganym kramie z ulicznym jedzeniem. Zajmujemy nasze ulubione miejsce na krawężniku i spożywamy tutejszą specjalność- tamale, czyli bułkę z kaszą, sosem i kurczakiem. Jedna porcja wystarcza spokojnie na naszą dwójkę. 
Ciekawa rzecz odnosi się do samych krawężników w Meksyku. Każdy jest inny, są chyba odlewane na miejscu. Dodatkowo potrafią mieć od 10 cm do 1 m wysokości. Jak się akurat ułoży. A siedzi się na nich przednio- im wyższy krawężnik, tym wygodniej. 
Miasto tradycyjnie podzielone jest na cześć turystyczną i lokalną. Staramy się ogarnąć jedną i drugą. W części turystycznej mamy do dyspozycji plac główny wraz z droższymi wyszynkami. Oraz chyba jeden z najbardziej złoconych kościołów w całym Meksyku. Na samym placu i licznych odchodzących od niego uliczkach znajdują się kramy pełne rękodzieła. Odnoszę wrażenie, że są to w większości rzeczy oryginalne, gdyż import chińszczyzny byłby nieopłacalny. 
W lokalnej części miasta znajdujemy ogromny market- tradycyjnie ze wszystkim. Wieczorem zjemy tutaj bardzo ciekawy posiłek pt. „za wszystko płać osobno”. Ale po kolei, dojdziemy i do tego. 
Oaxaca to stan słynący z Alebriche. Spieszę z wyjaśnieniem, co to takiego. To lokalne rękodzieło w postaci bajeczne kolorowych, skomplikokowanych figurek, przedstawiających zwierzęta i podobne im stworzenia. Alebriche z Oaxaca jest słynne na cały świat. Tak się składa, że dwie wioski, w których są one wytwarzane znajdują się w niewielkiej odległości od naszej lokalizacji. Wsiadamy w busa pełnego roześmianych lokalsów i jedziemy do jednej z nich- San Martin. Zostajemy wysadzeni na samym środku rozgrzanej drogi. I idziemy. Skwar leje się z nieba, pył wznosi się w powietrzu, małe iguany wyskakujące nam spod nóg chowają się w kaktusowych zaroślach. Docieramy do miasteczka rodem jak z westernów. W samym sercu karcel, czyli więzienie, zaraz obok coś na miarę lokalu gastronomicznego. I tyle. Wszystkie pozostałe usługi to warsztaty Alebriche. Figurek jest całe miliony, każdy wytwórca ma swój własny styl. Kunszt polega na tym, żeby wyrzeźbić figurkę ze specjalnego drewna, a cały warsztat przechodzi z pokolenia na pokolenie wraz z odziedziczonymi zdolnościami. Rozglądamy się po miasteczku i pora nam wracać. Wsiadamy do naszego ulubionego transportu, czyli trajki, który w tym przypadku nie wygląda jak hybryda złożona z różnych wehikułów. Jest to znacznie lepszy sposób, niż brnięcie w upale pieszo. 
Pod wieczór zjadamy się wspomnianym wcześniej obiadem, w samym centrum marketu. Sam zakup posiłku jest to sztuką. Podczas gdy obsługa wybiera dla Was stolik, chodzisz pomiędzy straganami z surowym mięsem. Jeżeli któraś buda lub towar się Wam spodoba- zamawiacie i wracacie na miejsce. Podchodzą kolejno: panie z warzywami (wybierasz, które chcesz); tortillą i napojami. W magiczny sposób wszystkie wybrane elementy składowe posiłku lądują na Waszym stole, wraz z kawałkiem grillowanego mięsa, przyniesionym przez 8 letniego kelnera. Później każdy ze sprzedawców upomina się o swoją dolę należną za posiłek. 
Drugiego dnia w Oaxaca wyjeżdżamy na całodzienną wycieczkę w celu poznania okolicznych atrakcji. Jego pierwsze oglądamy największe drzewo w Meksyku- Arbol de Tule. Obwód pnia to 45m a wysokość to 42m. Wiek drzewa szacowany jest nawet na 2000 lat. Gigantyczna roślina musi być ciągle nawadniana, ponieważ samodzielnie nie mogłaby egzystować. Drugim punktem jest tkalnia, w której w tradycyjny sposób wyrabiane są dywany, chodniki i inne produkty tekstylne. Dzięki prezentacji poznajemy metody powstawania samej włóczki ze skręconej oczyszczonej wełny oraz sposoby ich barwienia przy użyciu naturalnych składników. Wszystko tutaj, wliczając oczywiście sam proces tkania odbywa się bez użycia żadnej automatyki. Zwiedzamy również fabrykę Mezcalu, który chętnie pity jest w całym kraju. Tutaj z kolei możemy prześledzić cały proces produkcyjny. Od wypalania agaw zakopanych w dole z kamieniami, przez rozgniatanie ich na ogromnym kamiennym żarnie, aż po fermentację i destylację. Wszystko działa tu „na oko”, bo przewodnik zapytany o sposób utrzymania stałej temperatury destylacji, odpowiada „jak leci, to znaczy ze jest ok”. Dodatkowo- dla Waszej informacji- tequila jest rodzajem mezcalu, tylko wytwarzanym w stanie Tequila. Dokładnie taka sama sprawa, jak z Champagne. Dość marnym punktem są ruiny okolicznej świątyni i mauzoleum, które po zdobytych przez nas wcześniejszych doświadczeniach są po prostu mało atrakcyjne. I ostatni- ale chyba najpiękniejszy punkt- Hierve el Agua, czyli naturalne twory skalne, które swą fantastyczną formę zawdzięczają ciągłemu przepływowi wody z okolicznych źródeł. Ich położenie w samym centrum gór Sierra Madre daje razem piorunujące wrażenie. 
Tak kończy się nasz intensywny pobyt w stolicy stanu Oaxaca. Jest ona zdecydowanie punktem godnym polecenia dla każdego żądnego podróży człowieka. 
Kolejnego dnia przeżywamy ciężką przeprawę do samego środka gór- niewielkiej mieściny o nazwie San Jose del Pacifico. Zmieniamy odrobinę nasze preferencje dotyczące wyboru odwiedzanych miejsc. Kierujemy się trudnymi do odnalezienia ścieżkami podróżników szukających, jak górnolotnie twierdzą  „sensu życia”. Czyli kogoś na miarę nowoczesnych hippiesów, wiecznie będących w podróży, lub wieczne na te podróże oszczędzających.
I nie zawodzimy się, po raz kolejny mamy nosa i wielogodzinne przygotowania do podróży owocują w sukces. San Jose del Pacifico to jedno z tych miejsc, gdzie diabeł mówi dobranoc. Przy głównej ulicy 20 domów z blachodachówki. Dwa sklepy, kilka restauracji. I co najważniejsze- najlepszy widok na góry Sierra Sur. Aby tu dotrzeć- pokonać musicie ponad 3 gościnną trasę w busie, w którym oprócz kierowcy nie ma nikogo, kto czułby się dobrze. Droga jest tak kręta, że wszyscy są zieloni jak salsa habanero.
San Jose del Pacifico nie istnieje na portalach turystycznych. Nie zabookujecie żadnych noclegów, ani nic w tym rodzaju. Ale nie ma problemu- ktoś zawsze Wam pomoże. Nas przykładowo, niedługo po przybyciu, złapał pewien szalony długowłosy Meksykanin. Jego niewątpliwym urokiem był totalny brak miejsca na ciele na więcej tatuaży. Z braku tegoż miejsca nasz nowopoznany przewodnik wytatuowane miał nawet gałki oczne. Cóż, jak to dawniej było mawiane- „Nie to dobre, co dobre, a co się komu podoba”. Jednak dzięki tej znajomości odchodzimy od pierwotnego zamiaru noclegu w hostelu „Catelina” na poczet wynajęcia cabana w „El cumbre”. Cóż takiego można robić iz czego znane jest San Jose? Amatorzy szamańskich wizji przyjeżdżają tu z odległych zakątków na grzybki halucynogenne. W okresie naszego tu pobytu ilość turystów jest tu zdecydowanie licha. Dlaczego? Ponieważ teraz nie ma sezonu na wspomniane specyfiki. Jednak wszystkim Wam, Drodzy Czytelnicy- amatorom lub przeciwnikom halucynacji, hippiesów i podobnych komun- polecam przybyć tu i chwilę pochylić głowę nad zachodem słońca w górach Sierra Sur. Bo tutaj, w małej, przyklejonej do zboczy gór, zapomnianej przez Boga mieścinie- zatrzymał się czas. 

Drobne Ciekawostki Cieszą :
– Podczas jazdy powrotnej z San Jose przekonujemy się, że mezcal jest również wyrabiany poza fabrykami, na modłę naszego polskiego bimbru. Dowiadujemy się o tym, ponieważ nasz bus zapakowany jest kanistrami wypełnionymi ponad 200 l tego trunku, który na ostrych zakrętach wesoło jeździ po całej kabinie, podcinając nogi i odbijając się od podróżujących. 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Koniecznie spróbujcie smażonych koników polnych, sprzedawanych z wielkich worków na targu. Mają one dziwny, kwaśny smak. Wolę nie wiedzieć, skąd on się wziął, ponieważ do przyrządzania tego specyfiku nie używa się żadnych przypraw. Smak można złamać, przegryzając lekko gorzkawymi ziarnami kakaowca.
– Oaxaca pełna jest biur turystycznych, które oferują całodzienne wycieczki do okolicznych atrakcji. Jeśli jednak chcecie trochę przyoszczędzić, szukajcie biur nieco oddalonych od centrum. Różnica może wynosić nawet 30%.
– Podczas wspomnianej wycieczki zostaniecie zabrani do restauracji w stylu bufetu, gdzie za około 30 zł od osoby będziecie mogli jeść do woli. Nie zachowujcie się jak przysłowiowi Janusz i Grażyna na wakacjach, i nie zabierajcie tony kanapek dla oszczędności. 
– Będąc w Oaxaca chłońcie czekoladę wszystkimi zmysłami, ponieważ z tego właśnie słynie region. Można ją dostać jako ziarna, zmielone ziarna z dodatkiem cukru, w formie czekolady lub pysznego ciepłego napoju z mlekiem.

Kategorie
Blog

Ciudad de Mexico- stolica ludźmi płynąca.

Z lotniska odbierają nas Mauricio i Ana. Historia zbyt długa, żeby ją przytaczać, jednak dzięki mojemu kuzynowi i jego znajomościom tych dwoje wspaniałych ludzi zaproponowało nam gościnę. Obydwoje już nie pracują i przez kolejne dni poświęcają nam praktycznie cały swój czas. Porozumiewamy się w łamanych dwóch językach- hiszpańskim i angielskim. Ale dogadujemy się cudownie. W pierwszy dzień wyruszamy, aby poznać miasto. Jest niedziela, plac centralny pęka w szwach. Tuż przed główną katedrą swe tańce i obrzędy rytualne odprawiają indiańskie grupy artystyczne. Wszystko tu dzieje się chaotycznie, ale nikomu to nie przeszkadza. Gwarantuję Wam, że jeżeli kiedyś znajdziecie się na placu głównym Ciudad de Mexico, albo którejś drogowej arterii do niego prowadzącej, nie będziecie wiedzieć, w którą stronę patrzeć. Wszystko będzie na każdy dostępny sposób próbowało przyciągnąć Waszą uwagę, żeby tylko sypnąć jakimś groszem. Pierwszy dzień zachwytów kończymy grubo po 2 w nocy, ponieważ Mauricio i Ana goszczą nas fenomenalnym jadłem i napitkiem i nie możemy przestać wymieniać się spostrzeżeniami na temat różnic naszych krajów. 
Nasi hostowie mają cudowne podejście do życia. Wspaniale gotują, dużo zwiedzają i co mi się ogromnie podoba- większość elementów wystroju robią z własnych projektów. Czujemy się u nich jak w domu. 
Drugi dzień w Ciudad de Mexico obfituje w ogromną ilość nowości. Z samego rana wyjeżdżamy, aby zwiedzić Teotihuacan – najsłynniejsze w całym Meksyku ruiny dawnych cywilizacji. Dzięki opowieściom przewodnika dowiadujemy się, że pozostałości miasta nie należą do Azteków, Majów, ani żadnych innych. Teotihuacan to metropolia multikulturowa. W czasach swej świetności dawała schronienie tysiącom ludzi o przeróżnymi pochodzeniu. Była jednocześnie największym miastem epoki pre- kolimbijskiej. Ruiny tego pradawnego miasta całkowicie nas oczarowały. Zostały one odkopane dopiero na początku XX wieku. Teotihuacan, które widzimy w dzisiejszej formie zostało w znacznym stopniu zrekonstruowane. Posiada dwie wysokie piramidy- Słońca i Księżyca, na które możemy się wdrapać. Tysiące turystów czeka na swoją kolej, aby na własne oczy zobaczyć budowlaną potęgę zamierzchłych cywilizacji. Z czubka Piramidy Słońca rozpościera się wspaniały widok na okolicę. Nigdy nie zastanawiajcie się nad zwiedzaniem ruin Teotihuacan- według nas są one zdecydowanie bardziej warte zachodu niż Chichen Itza, a do tego ponad 3 razy tańsze. Podczas gdy wpisana na listę UNESCO Chichen Itza to kilka budowli, pod Ciudad de Mexico macie całe starożytne miasto. Nie możecie tego ominąć! 
Nasz następny punkt to cel pielgrzymek całego chrześcijańskiego świata. Guadelupe. No i Matka Boska z Guadelupe. Cały kompleks składa się z 4 kościołów.  Nowego- w którym znajduje się właściwy obraz, starego- wybudowanego w miejscu objawienia i dwóch tak na prawdę niewiadomo po co. Jeżeli nie czujesz uniesienia religijnego, miejsce nowej bazyliki nie będzie zachwycać. Jest po prostu całkowicie nowoczesny. Co warte uwagi, kościół jest tutaj równie skomercjalizowany, jak przykładowo w krakowskich Łagiewnikach. Dużą część kompleksu zajmują kramy z pamiątkami. Dodatkowo to wszystko, co zakupicie możecie poddać procesowi poświęcenia. I masz juz stoją własną świętą pamiątkę z Guadelupe.
Ostatnim, ale dla mnie ogromnie ważnym przystankiem tego dnia jest Torre Latinoamericana. Na pierwszy rzut oka to zwykły drapacz chmur, z zegarkiem i antenką na szczycie. Nic bardziej mylnego- gdy znajdziecie się już na 47 piętrze, będziecie wiedzieć, że pomyliliście się w osądzie. Z platformy rozpościera się widok warty przemierzenia tylu kilometrów. Widzimy oświetlone centrum miasta ze wszystkimi ulicami wjazdowymi i wyjazdowym. Widzimy góry, które tworzą dla tego miasta rodzaj wygodnego gniazda, w którego zagłębieniu powstało. Ze zboczy tych gór oraz z przesmyków pomiędzy nimi spływają, niczym lawa, światła okolicznych wiosek. Cześć z nich to już oficjalne dzielnice tego wielomilionowego miasta. Tutaj mówi się, że serce Ciudad de Mexico pożerane jest przez okoliczne wioski. Codziennie miliony ludzi z okolic przyjeżdża tu za pracą. To lekko dołujące, że często muszą spędzać w przeróżnych środkach transportu ponad 2 godziny w każdą stronę. Ten dzień pełen wrażeń kończymy właśnie tutaj- na urbanistycznym dachu gigantycznej stolicy Meksyku, w której codziennie przeżywane są osobiste telenowele dwudziestu milionów ludzi. 
Kolejny dzień rozpoczynamy od doświadczenia przejażdżki metrem. Wbrew wszelkim przeczuciom jest to teren bardzo bezpieczny a kilkanaście linii bez problemu dowiezie Was w prawie każde miejsce. Naszym celem jest muzeum antropologiczne- najsłynniejsze w całym kraju. Przed samym gmachem jesteśmy świadkami rytuału indiańskiego, który w dawnych czasach służył uzyskaniu przychylności bogów. 4 Indian opuszcza się na linach z wieży kręcącej się dookoła własnej osi w rytm muzyki z piszczałek. Spektakl wygląda zaskakująco. Jedyna różnica pomiędzy oryginałem to brak strzelania z łuku do wiszących, aby ich krew przy wykorzystaniu siły odśrodkowej rozbryzgana została po całej okolicy, zapewniając tym samym bogate plony. 
Samo muzeum jest ogromne. Aby dokładnie poznać kulturę i pochodzenie Indian musielibyście spędzić tu cały dzień. My jednak nie mamy tyle czasu. Po 3 godzinach wracamy do metra i naszych kochanych gospodarzy. Po oszałamiającym obiedzie ruszamy do ostatniego punktu wycieczki- dzielnicy Xochimilco. To miejsce, w którym odbywają się fiesty dla całych rodzin. A na czym to polega? Zbierasz tylu znajomych i członków rodziny, ile chcesz. Na miejscu wybierasz jedną z barko- łódek, o imieniu rodem z telenoweli, malowanej w ultra tandetne i odblaskowe emblematy. Barka posiada przeciwsłoneczne zadaszenie a pod nim ogromny stół i krzesła, mogące pomieścić około 20 osób. Na wyposażeniu pan z kijem, który steruje barką po ponad 80 kilometrach kanałów. I fiesta trwa. Na pokład wnosisz własne jedzenie, alkohol, muzykę, psy, koty i czego dusza zapragnie. I imprezujesz. Chcesz do łazienki lub coś ci się skończyło? Twój flisak dobija do odpowiedniego miejsca i już możesz zaczynać od nowa. Jeżeli nie masz potrzeby zejścia na ląd, jedzenie może przypłynąć do ciebie na jednej z mniejszych łódek. 
Ze względu na to, że czas wiecznie nas goni, w Xochimilco lądujemy pod sam wieczór. W środku tygodnia praktycznie nie ma tu ludzi, dlatego mamy jedynie przedsmak tego, co może dziać się tutaj w weekend. 
To już nasze ostatnie chwile w Ciudad de Mexico. Zostaliśmy tu wspaniale przyjęci przez Ane i Mauricia, zobaczyliśmy bardzo wiele i będziemy mieli co wspominać. Czas przenieść się w dziksze rejony- Oaxaca przywita nas z samego rana następnego dnia. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jak wygląda ta część Meksyku- zostańcie z nami do następnego wpisu. 

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Przemieściliśmy się jedynie około 1500 km na północny-zachód, a zmienił się nie tylko klimat, ale również sami mieszkańcy. Tutaj ludzie są w porównaniu z jukatańczykami znacznie wyżsi i jaśniejśi. Populacja Ciudad de Mexico jest mniej podobna do darwinowskiego przodka niż sąsiedzi ze wschodu. Dodatkowo wszyscy dotkliwie odczuwają tu „zimę”. Podczas gdy my, przy 25 stopniach chodzimy w krótkich spodniach i koszulkach, meksykanie zakładają kurtki puchowe i płaszcze. 
– W  Ciudad de Mexico panuje kult Jana Pawła II. Praktycznie przy każdym obiekcie sakralnym jest jego pomnik. Co ciekawe, że przez papieża, każdy meksykanin, który słyszy o naszym pochodzeniu kiwa porozumiewawczo głową, mając jako takie wyobrażenie, co to w ogóle jest ta Polska. Większość zdaje sobie nawet sprawę, że obecnie jest tam zimno. Najciekawszy napotkany przez nas pomnik papieża znajduje się przy Catedra Metropolitana, w samym sercu historycznej części miasta. Szata Karola Wojtyły przedstawiona została, jako złożona z tysięcy kluczy, obrazując w ten sposób, że Jan Paweł II posiada klucz do serca wszystkich mieszkańców Meksyku. 
– Korzystając z metra miejskiego, czujemy się trochę jak w innym świecie. Do zatłoczonych przedziałów, na każdym przystanku wsiadają kolejni spryciarze, chcący zarobić. Od żebraka, po sprzedawcę wszystkich możliwych rzeczy, jak słodycze, maści, śrubokręty i może do tapet. Każdy znajdzie coś dla siebie. Co ciekawe, metro nie posiada kół metalowych, tylko normalne, takie jak w samochodzie. Mówi się, że to po to, aby nie hałasowało aż tak bardzo, ponieważ spora część linii jeździ nad ziemią. 
– Historia Gringo. Pewnie wielu z was zastanawiała się, skąd ta nazwa. Wreszcie udało nam się posiąść tą tajemnicę i możemy się nią z Wami podzielić. W czasie wojny pomiędzy USA a Meksykiem, ci pierwsi nosili mundury w kolorze zielonym. Zielony to po angielsku „green”. Uciskani meksykanie skandowali „Green go”, czyli „Zieloni wynocha”. Z tego właśnie wyszło mam znane określenie Gringo, które do dziś używane jest w stosunku do mieszkańców kraju hamburgerów.

Dobre Rady Wujka Rafała
– Jak już zakupicie swoje precjoza w świątyni w Guadelupe, koniecznie musicie je poświęcić. Tuż przed bazyliką znajduje się budka z księdzem, który to dla Was zrobi. W normalnym przypadku ksiądz działa automatycznie- trochę jak robot z ramieniem do święcenia. Gdy duchowny nas zobaczył, postanowił chyba bardziej się postarać, albo ujrzał w nas wyjątkowych grzeszników. Wstał ze swojego krzesełka i oblał nas taką ilością wody święconej, że poczuliśmy się jakbyśmy przeszli ponowny chrzest, jak za danych czasów- w rzece. 
– Cieszcie się, że piłkę nożną oglądacie tylko w telewizji lub gracie w nią okazjonalnie na regułach europejskich. Indiańska piłka nie była piłką nożną, ale –biodrową, gdyż właśnie tą częścią ciała trzeba było ją odbić. Żeby wygrać mecz, należało posłać piłkę przez kamienne kółko z dziurką, coś jak duży bake rolls, znajdujący się na bocznej linii boiska. Zadanie bardzo trudne, jednak warto było się starać. Drużyna przegrana była zwyczajowo składana w ofierze. 
– Zamawiając taco, dobrze przemyśl, z czym masz zamiar je zjeść. Są tak na prawdę ze wszystkim. Najlepsze- z pastorem. Ale nie ma to nic wspólnego z kanibalizmem- to po prostu wieprzowina z kawałkami pieczonego ananasa. Z kolei uważajcie na taco z „tripa”- to nasze magiczne flaki, tym razem w formie smażonej. Lubisz? Weź dwa!

Kategorie
Blog

Merida, a właściwie Celestun. No i trochę Campeche.

Pod wieczór docieramy do stolicy Jukatanu – Meridy. W sumie miasto, jak każde inne, tylko znacznie większe. Po drodze do centrum, jeszcze siedząc w autobusie, na obrzeżach miasta widzimy kilka miejsc ogrodzonych przez policję. Od razu zastanawiamy się, czy na pewno będzie tu dla nas bezpiecznie. 
Mieliśmy mieć hosta z Coachsurfingu. Długie rozmowy zaskutkowały na końcu tym, że nie skorzystamy z gościny Erica. Po pierwsze, nasz niedoszły host nie mógł zdecydować się, czy po nas przyjedzie, czy nie. W końcu podał swój adres, sugerując żebyśmy dotarli na własną rękę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wskazany adres znajdował się na samym obrzeżu miasta, w zdecydowanie niebogatych dzielnicach.  To niestety przesadziło o wszystkim. Grzecznie podziękowaliśmy, odmówiliśmy i zarezerwowaliśmy hostel. Chyba zabrakło nam śmiałości na nocną podróż niewiadomo czym przez całe miasto.
Tym razem nasz pokój jest zdecydowanie bardziej przestronny, z finezyjnie malowaną w czerwone ciapki ścianą. Decydujemy się na nocny spacer po mieście. Tutaj wieczorami trzeba się spieszyć. Zmierzch zapada tu o 18. Po nastaniu ciemności, miasto przez najbliższe 2 godziny zaczyna się wyludniać. Zauważamy, że najlepiej zniknąć z ulicy wraz z rodowitymi mieszkańcami. 
Chodząc po większych meksykańskich miastach nocą, zadbajcie o swoje bezpieczeństwo. Wybierajcie tylko oświetlone i pełne ludzi ulice, licząc na to, że doprowadzą Was one do celu. Muszę szczerze przyznać, że po zmroku lepiej mieć oczy dookoła głowy, bo jest dosyć groźnie. 
Niestety, sama Merida nas nie urzekła. W ogóle. Warto tu jednak zobaczyć siedzibę gubernatora, z obrazami przedstawiającymi ucisk Majów przez przybyłą przed wiekami cywilizację ze starego kontynentu. Autor krwawych i wyrazistych obrazów, z rozmachem przedstawia powstania plemion przeciwko Hiszpanom oraz sądy inkwizycji nad Indianami.
Decydujemy, że uciekamy tam, gdzie będzie nam najlepiej. Zbieramy rzeczy, kupujemy bilety na lokalny autobus i przenosimy się do Celestun. Niewielka osada rybacka, położona w pobliżu delty rzeki o tej samej nazwie staje się naszym rajem na 3 dni. Gdy przybywamy na miejsce, nie znamy tu nic. Nie wiemy, czy są tu hostele, campingi albo cokolwiek. Z Meridy uciekamy praktycznie na ślepo, byle jak najdalej od dużego miasta z jego mało dla nas porywającymi atrakcjami. 
W Celestun panuje okres przed sezonu. Turystów jak na lekarstwo. Mamy jednak ogromne szczęście. Na samej plaży znajdujemy niewielki camping w gaju palmowym. Rozbijamy namiot i zostajemy. Rafał własnoręcznie i z sukcesem zapolował na kokosa czającego się w pobliskiej głuszy. Mamy więc praktycznie nieograniczony dostęp do pysznej wody kokosowej. Właściwie to kokosy występują tu w każdym stadium rozwoju. Nie tylko w stanie nadającym się do picia, ale także do jedzenia oraz do niczego (bo są za młode lub za stare). 
Ten dzień do końca spędzamy na plaży, grzejąc tyłki, pływając, pijąc kokosy z tequilą i podziwiając zachód słońca. 
Kolejnego dnia dajemy się namówić na największą atrakcję turystyczną- wycieczkę motorówką w głąb delty Rzeki Celestun do parku biosfery, w celu zapoznania się z flamingami. Mieliśmy szczęście, że daliśmy się namówić- wycieczka jest warta każdego wydanego peso. Najpierw przez godzinę mkniemy przez ocean wzdłuż wybrzeża. W pewnym momencie wpływamy w deltę i kierujemy się wgłąb lądu. Nagle naszym oczom ukazuje się widok niezwykły- cały horyzont mieni się kolorem pomarańczym. Gdy podpływamy bliżej, widzimy że są to setki flamingów, które tutaj właśnie mają swoje żerowiska. Ptaki są smukłe i wysokie, a ich kolor przekracza ludzkie pojęcie. Do tej pory mieliśmy okazję podziwiać te ptaki w kolorze różowym. Jednak w pełnym słońcu flamingi spod Celestun mienią się na pomarańczowo. Dalsza część wycieczki jest równie atrakcyjna, o ile nawet nie bardziej. Z delty, w pewnym momencie wpływamy w jedną z wielu odnóg. I płyniemy przez las namorzynowy. Drzewa zanurzają swe korzenie w ciemnej i słonej wodzie. Gniazda termitów i… aligator. Nie znowu taki duży, ale jest- wygrzewa się leniwie na brzegu z otwartą paszczą. Dopływamy do ostatniego punktu wycieczki- Ojo del Azul, czyli miejsca, gdzie bije źródło zasilające Rzekę Celestun. Woda jest krystalicznie czysta, pełna bytujących tam ryb. Turyści nie wykazują zainteresowania kąpielą, my wręcz przeciwnie. Jednak będąc już chwilę w wodzie, przypominamy sobie o niewielkim aligatorku, który wygrzewał się w okolicy i zastanawiamy się, czy przypadkiem w pobliżu nie ma jego mamy. Pomimo czarnych myśli kąpiel jest warta zachodu. Szczęśliwi, wsiadamy z powrotem na łódkę i przy pomocy 60 konnego silnika mkniemy z powrotem. Podsumowując- jeżeli tylko będziecie w Celestun, potargujcie się trochę z lokalnymi nagabywaczami i zabierzcie się na wycieczkę na flamingi. Ta rozrywka warta jest każdego wydanego peso. 
Niestety ta część naszej podróży dobiega końca. Nie mając wyjścia, przemieszczamy się do Meridy a stamtąd do Campeche. 
Campeche to stolica regionu o tej samej nazwie. Jest zupełnie inne niż Merida. Jest wspaniałe. Otoczone świetnie zachowanymi murami obronnymi, z najbardziej kolorowymi domami, jakie do tej pory widzieliśmy. Turystyczna cześć miasta oferuje całą gamę restauracji, barów, sklepów ze wszystkim i niczym, straganów z jedzeniem i co tylko sobie człowiek wymarzy. Trafiamy na obrzeżu do lokalnej restauracji serwującej pechugas, czyli kieszonki z kurczaka z nadzieniem wewnątrz, w sosie śmietanowym. Zupełnie niespotykany typ dania w Meksyku, bardziej przypomina kuchnie francuską i za grosz nie ma w nim chili. Wreszcie nasze płonące trzewia mają chwilę wytchnienia. 
Punktualnie o godzinie 20 znajdujemy się w sercu miasta- na głównym placu przed katedrą. Wraz z tłumem przybyłych rozsiadamy się, gdzie popadnie i czekamy na pokaz. Na budynku głównej biblioteki publicznej, z projektorów i głośników ustawionych na środku, wyświetlony zostaje materiał pokazujący powstanie kultury Majów wyraz z Campeche. Feeria barw i dźwięków, jaka nas otacza jest krzykliwa, meksykańska i odbierająca rozum. Jednak tłum unosi się z radości, bo podobało się każdemu. Nam również. 
Przechodzimy się po mieście, ostatni raz starając się zachować w pamięci jego klimat, który tak nam przypadł do gustu. Jutro, z samego rana naszym zadaniem będzie dostać się na lotnisko, aby samolotem dolecieć do Ciudad de Mexico.  Osławiona stolica, największe miasto Ameryki Łacińskiej. Jak tam będzie? O tym przeczytacie w kolejnym odcinku. 

Drobne ciekawostki cieszą:
– Jak wygląda mała palma kokosowa? Wydawałoby się, że powinna ona być idealną pomniejszoną kopią dużej palmy kokosowej. Ale to nieprawda. Jak zapewne wiecie, dorosła roślina posiada ponad 2 metrowe liście z głęboko poszarpanymi krawędziami. Nie pomylicie jej z niczym. Z kolei liście małej wersji są idealnie równe, o kształcie owalnym. Wraz ze wzrostem, liście zaczynają pękać i rozszczepiać się na boki i dopiero wtedy mają wygląd pióropusza.
– W Meridzie znajdujemy jeszcze trochę czasu, aby zajrzeć na lokalny targ miejski. Na własne oczy widzimy, w jaki sposób wyrabiana jest wszechobecna tortilla. W połowie zautomatyzowana produkcja wypluwa co minutę dziesiątki życiodajnych placków. Zauważamy również, że rozbiór i sprzedaż mięsa na stoiskach jest zdecydowanie domeną mężczyzn. 
– I o co chodzi z tymi piratami? Po powstaniu, Campeche było celem ataków piratów. Wielokrotne najazdy zadecydowały o konieczności powstania murów obronnych. Teraz Campeche chełpi się faktem okazyjnych odwiedzin piratów. Mamy tutaj pirackie wyszynki z jedzeniem i piciem, sklepy z pamiątkami oraz nawet sztuki uliczne. Czy to na prawdę powód do dumy? 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Jeżeli będąc w Meksyku macie do wyboru dwa rodzaje śniadań- zdecydowanie zamówcie to nie na słodko.  Po raz pierwszy od wyjazdu, w Meridzie mogłem rozkoszować się prawie swojskim śniadaniem. Jajecznica z szynką to ta część znana. Meksyk dorzucił od siebie tortille, pastę fasolową, nachosy i tradycyjnie nielimitowaną ilość ostrego sosu habanero.
– W upał nie macie ochoty za dużo chodzić, a musicie się przemieszczać? Nic prostszego! Ten kraj oferuje najtańsze taksówki w postaci trajek. A jak są one zrobione? Do produkcji wystarczy nam tylko kolega Paco ze spawarką, trochę metalowych pozostałości z różnych motocykli i już macie. Korzystajcie, bo w Europie nie doświadczycie, a kurs dla 1 osoby to około 1 zł.
– Rada w ramach powtórki. Szukajcie jadłodajni lokalnych okupowanych przez mieszkańców. Kantyna w Celestun, niepozorne ukryta pomiędzy sklepami w okolicach placu głównego, serwowała zdecydowanie najlepsze i najtańsze smażone ryby z surówką, ryżem, marynowaną cebulą i tortillą. Wszystko to za porywającą cenę 23 zl za dwie osoby. Nieskończona ilość ostrości, jak zawsze wliczona w cenę. 
– Obudź w sobie instynkt łowcy i zapoluj na kokosa. Aby dostać się do życiodajnej wody kokosowej wystarczy ci jedynie scyzoryk lub multitool. Kokos z wodą nie posiada twardej skorupy. Jeżeli jednak interesuje cię starszy orzech z miąższem do jedzenia, musisz trochę bardziej nad tym popracować. 

Kategorie
Trekking

Pędzimy saniami ze swoimi marzeniami … – Istebna 2018

Działo się w tym roku, działo… na naszym corocznym spotkaniu Fundacji 4 Kontynenty w Istebnej. Podobnie jak w zeszłym roku i w tym, gościł nas Ośrodek Maria. Oficjalnie spotkanie rozpoczęło się ogniskiem w piątek 02 lutego, ale już w czwartek pierwsi amatorzy górskich szlaków i tras narciarskich pojawili się by przygotować miejsca innym. Część osób zdecydowała się przyjechać około południa w piątek tak aby móc wykorzystać jeszcze czas na szaleństwa na stoku narciarskim, a co poniektórzy nawet na górce saneczkowej. Oficjalnie spotkanie rozpoczęliśmy o 20 gorącym ogniskiem w naszym ośrodku, gdzie wszyscy zajadali się pieczoną kiełbaską i świetnie bawili się śpiewając. Po ognisku przenieśliśmy się do przygotowanej Sali w głównym budynku ośrodka, gdzie zabawa trwała przez resztę wieczoru w najlepsze. Były tańce i śpiewanie, było dużo śmiechu i dobrej zabawy. Bo przecież towarzystwo było doborowe.

Sobota od rana zachęcała na wyjście w góry, na narty i na wszelaką inną aktywność fizyczną, tak więc każdy znalazł dla siebie coś dogodnego i po wspólnym śniadaniu, nasi towarzysze rozpierzchli się by miło spędzać czas. Po obiedzie, przyszła chwila na krótki odpoczynek. No i nadeszła chwila, na którą wszyscy czekaliśmy, wyruszyliśmy po zmroku autokarem by odbyć kolejny punkt tegorocznego programu w postaci kuligu po zaśnieżonych szlakach górskich. Naszych dobrych humorów nie było wstanie nic zachwiać, nawet spóźnienie naszych konnych zaprzęgów, które poniosły nas później po górskich drogach. Na wozach było mroźno, ale bardzo wesoło i wszystkim dopisywał wspaniały humor.

Po powrocie do ośrodka czekała nas niespodzianka w postaci Kapeli Góralskiej, która umilała nam swoim śpiewem czas w trakcie pysznej kolacji.

Nasze coroczne spotkanie uczciło również II Urodziny Fundacji 4 Kontynenty i jak to na urodzinach, nie mogło zabraknąć tortu, a tort mogła kroić tylko jedna osoba, czyli nasz Prezes Mariusz i trzeba przyznać poszło mu to całkiem sprawnie.

Reszta wieczoru była równie wspaniała co poprzednia. Były tańce, śpiewy, dobra zabawa i wspaniałe towarzystwo do białego rana.

W niedzielny poranek, po śniadaniu, część osób pozwoliła się porwać białemu szaleństwu narciarskiemu, zaś część osób wolała inną aktywność… w budynku głównym ekipa dorwała stół do piłkarzyków i rozpoczęła się pełna napięcia walka. To podsunęło nam pomysł, że w przyszłym roku zrobimy turniej i przekonamy się, kto jest mistrzem.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i przyszedł czas pożegnań ze starymi i nowymi przyjaciółmi, którzy wraz z nami świętowali urodziny Fundacji.

Wszystkim Wam dziękujemy za wspaniałą zabawę i serdecznie zapraszamy w przyszłym roku!

Niech nas będzie więcej za rok!

Marzena Szyszka  

Kategorie
Blog

Cancun, czyli szkoła życia, jak nie dać się ocyganić.

O samym tranzycie niewiele można powiedzieć. Bagaże, o dziwo, doleciały na miejsce. My też. 12 godzin spędzonych na lotnisku w Toronto w większości przespaliśmy. My, znaczy ja, poniewaz Rafal nie potrafi spać w niewygodnych pozyciach. 
Po tylu godzinach jazdy,  gdy wysiedlismy u celu podróży,  każde z nas miało ochotę ucałować meksykańską ziemię obiecaną na podobieństwo papieża. 
Do Cancun przybywają tłumy. Codziennie,  praktycznie bez przerwy,  pasujące samoloty wyrzucają ze swych mechanicznych czeluści tysiące pragnących zażyć luksusu turystów. Odprawa na lotnisku trwa godzinami. Moczenie w niekończących się kolejkach, wraz z przedstawicielami chyba każdej nacji świata, można zamiast wzdychać i  wołać o pomstę do nieba, zobaczyć przedsmak prawdziwego Meksyku. Bagaże porozrzucane po całym lotnisku. Szzekające chichuauy, które ktoś zabrał do bagażu podręcznego. Dzieci i  turyści głaskający psa, który zamiast węszyć i szukać narkotyków, przmila się i domaga pieszczot. Błonie wszędobylskich żołnierzy spoczywają w pogotowiu na karabinach i pistoletach, a palce na wszelki wypadek na spustach. Być może, jak pisał pan Wojciech Cejrowski, to rzeczywiście tutaj zaczyna się wolność.
Tuż za bramkami zaczyna się prawdziwy Meksyk. Dopadają nas kolejni ludzie oferujący transport. Wszyscy chcą skupić naszą walutę po najlepszej cenie. Uciekamy od tego kupując bilet na autobus. Aby dostać się do naszego hostelu przechodzimy przez dużą część miasta. Ludzie trochę boją się bezprawia. Okna tradycyjne kraty, po zmroku mało kto wychodzi. Kierując się radami Wenezuelczyka Eda, który rok temu gościł nas w Buenos Aires, staramy się chodzić środkiem ulicy, aby nie być wciągniętym w zaułki. Masz hotel to bardzo przyjemne miejsce. Mam własny pokój, co prawda bez okien, ale za to z otworem w ścianie, z którego wieje nam zimne powietrze z klimatyzacji. A jest co chłodzić –  temperatura około 30 stopni z wilgotnością powietrza na totalnie tropikalnym poziomie. 
Decydujemy, że ostatnią rzeczą, jaką tego dnia zrobimy będzie zjedzenia czegoś meksykańskiego. Pobliska restauracja „Taco Rigo” totalnie nas zaskakuje. Miejsce pełne samych localsów. Niedawno minione święta zaskakują pozostałościami q postaci dużej instalacji szopki, tuż obok figurek ludzkiej wielkości, przedstawiających uśmiechnięte tortille z nadzieniem. Zostajemy ugoszczeni po królewsku. Jedzenie jest dokładnie takie jakiego oczekiwaliśmy. UNESCO się nie pomyliło w swoim osądzie. Jedzenie meksykańskie jest najlepsze na świecie. Do każdego zamówienia do woli możesz otrzymać placków tortilli, limonek oraz ostrych sosów. Już wiemy, że na pewno to nie schudniemy, bo boski Meksyk nam na to nie pozwoli. Na drugi dzień rozglądamy się po mieście. Cancun dzieli się na ogromną strefę hotelową, położoną wzdłuż całego wybrzeża oraz tak zwany Downtown, w którym obecnie przebywamy. Kto mieszka w strefach hotelowych – oczywiście głównie Amerykanie. Jak dowiadujemy się od przypadkowo spotkanych obywateli USA – z niektórych stanów leci się tu około godzinę, wiec przybywają do Cancun nawet na weekend. Downtown to w skrócie tereny lokalnych mieszkańców. Hostele, podobne do naszego, oferują tu bardziej odważnym noclegi za niewielką cenę. Jak to się dzieje, że Amerykanie są tutaj tak bardzo nielubiani? To bardzo proste – oprócz wyższości,  która wiecznie towarzyszy mieszkańcom kraju Pana Donalda, nie znają oni magicznego słowa,  a właściwie żadnych magicznych słówek. Mówię tu znowu o hiszpańskim. Uśmiech człowieka,  który służy swój język z ust osoby zdecydowanie nietutejszej jest wart każdej godziny poświęconej na naukę. Zadowolenie a jednocześnie zdziwienie,  jakie wywołujemy, robi nam tak na prawdę bardzo dużo roboty w postaci pomocy a czasem zniżek. 
Gdy będziecie w Cancun, nawet zamieszkując w strefie hotelowej, zdecydujecie się na odwiedziny w slynnym „Mercado 28”. To miejsce, do którego udają się nawet Amerykanie, pomimo „ogromnych niebezpieczeństw”, które czekają ich poza hotel zone. Zobaczycie tu prawdziwe cuda. Moja uwielbiana talavera, czyli meksykańska ceramika, wala się w nieogranuczonych ilościach po straganach. Czaszki, kolorowy i chochoczący kult śmierci, jest dokładnie tak wspaniały,  jakim go przedstawiają w prograch telewizyjnych. Nie – tutaj jest lepszy, ponieważ możesz go dotknąc,  popić wodą ze świeżego młodego kokosa, wąchając feerię zapachów tłuszczu i towarzyszących mu składników. Prawdziwy Meksyk czeka na Was, jeżeli tylko pokonacie strach i opuście luksusową strefę hotelową.  
Po wycieczce do Mercado 28 wsiadamy w autobus i przemieszczamy się na rekomendowaną plaże publiczną. Oczywiście jazda autobusem przebiega w podobnym beztroskim klimacie, co w Argentynie.  Naraz potrafią jechać 3 pojazdy tej samej linii, żeby później przez długi czas nie było żadnego. W samym autobusie panuje tłok i musisz koniecznie trzymać się wszystkimi kończynami, żeby szaleńcza jazda nie miotała tobą po całym wnętrzu. 
I wreszcie widzimy jeden z cudów świata – Morze Karaibskie. Tak błękitne i egzotyczne,  jak żadne inne na świecie. Jego błękit w pełnym słońcu aż boli w oczy. Horyzont psują jednak strzeliste budowle molochów hotelowych. Temperatura wody nie przekracza temperatury Morza Adriatyckiego, jest więc zupełnie przyjemnie. 
Po kilkugodzinnym odpoczynku na plaży i krótkich zakupach w markecie, kierujemy się do hostelu. Na naszym stole lądują tradycyjne produkty, których nie może zabraknąć w Meksyku. Tequila za cenę całych 12 zl za litr, najlepsze we wszechświecie mikro banany, opływające sokiem i słodyczą dojrzałe mango, bezcenne papryki jalapeno, nachosy i smażone świńskie skórki.
Zastanawiając się,  co zrobić z resztą wieczora, poznajemy nowo przybyłych gości hotelowych. Para młodych meksykanów przyjechała tu ze stolicy, aby przez 3 dni nacieszyć się ciepłem i plaża. Ze względu na dziwne sytuacje, które miały miejsce z udziałem naszych nowych znajomych, ich imiona i wizerunki nie zostaną ujawnione.  Wspólnie męczymy naszą butelkę tequili i proponujemy wyjście na tańce do słynnej w całej części downtown „mambo cafe”. L i C przyjechali tu samochodem i proponują przejazd do klubu. Gdy wsiadamy do auta, dziewczyna odnosi do pokoju nielegalnie posiadaną broń. „Tak na wszelki wypadek, gdyby po drodze kontrolowała nas policja”. Jesteśmy delikatnie zaskoczeni i próbujemy nie dać wykiełkować i urosnąć do rozmiarów baobaba zasianej w nas panice. Sam klub Mambo Cafe to jak dla mnie centrum nieco burżuazyjnej, ale wciąż widocznej kultury latynoskiej. Po raz kolejny mamy to szczęście, bo miejsce nie obfituje w turystów z całego świata, tylko gromadzi samych rdzennych mieszkańców. Mambo na żywo. Nie jesteśmy królami parkietu, z tańcem nie jesteśmy nawet za pan brat. Ale tutaj, pomimo braku umiejętności, zostaliśmy porwani przez magię chwili. Meksykanie świecą w tańcu nagością i bielą zębów wyszczerzonych w szczerym uśmiechu. Tutaj w dobrym takcie jest ubiór możliwie jak najbardziej skąpy i obcisły. Bez względu na figurę i płeć. Nasz kolega, L ma dla nas litość i wracamy do domu jedynie po 3 nad ranem. My jesteśmy martwi, oni lekko ubawieni. Oczywiście mamy szczęście – w drodze powrotnej zatrzymuje nas pickup policyjny. „Za co” – pomyśleliśmy. Okazało się,  że nasz „conductore” nie zapiął pasów. Niestety przy dalszych oględzinach naszego towarzysza, okazuje się że jest pijany. Zaczyna robić się zamieszanie. K wciąż  mówi „Ah ta policja”. W końcu L prosi nas o 100 pesos. Wraca do radiowozu rodem z amerykańskiego rancza i po chwili wracamy juz do domu. W drodze powrotnej panuje grobowa atmosfera. Wraz z Rafałem snujemy w pokoju historie o tym, jaką karę dostał L. Rano wszystko się wyjaśnia. Za dwa przewinienia, czyli prowadzenie pod wpływem oraz brak pasów kara wynosi 5000 peso, czyli równowartość 1000 zł. Oprócz tego 1 dzień w areszcie. Jednak L opowiada, że Meksyk to kraj bardzo skorumpowany. Nasze 100 peso spotyka swojego brata bliźniaka z portfela L i lądując w kieszeni policjanta załatwia sprawę. 5000 peso i dzień w areszcie albo 200 peso (40 zl) – co tu wybrać? 
To tyle, jeśli chodzi o Cancun. Na drugi dzień, z głową jeszcze pełna trquili, odprowadzeni przez mądrych przyjaciół,  wyruszamy w dalszą drogę. Do Cancun wrócimy za ponad miesiąc, na koniec naszej podróży. Ale tymczasem zagłębiamy się w Meksyk.

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Ciekawym zjawiskiem jest widoczny w wielu sytuacjach wpływ USA. Po raz pierwszy mamy możliwość zrobienia zakupów w słynnej na cały świat sieci sklepow Wallmart. Sklep trzyma ogromny poziom. Z myślą o ludziach niemówiących po hiszpańsku zatrudniany jest nawet specjalny pomocnik, który tłumaczy wszystko na angielski. 
– Po kilkugodzinnym pobycie na plaży miejskiej pełnej lokalnych mieszkańców stwierdzić można,  że mają oni duży respekt do wody. Nikt nie wchodzi głębiej poza obszar płytkiej wody, czyli około 20 metrów od brzegu. Dodatkowo meksykanie w wielu przypadkach nie potrafią po prostu pływać. 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Jadąc do Kanady ubierz się schludnie, aby wyglądać, jak na europejczyka przystało. Ja niestety nie zastosowałem się do tej zasady, aby w Meksyku nie zwracać na siebie uwagi bogatym strojem. W związku z tym na odprawie zapytany zostałem, jaki zawód wykonuję i czy długo nam zamiar przebywać na terenie Kanady. Myślę, że uchodźcy miewają bardziej eleganckie stronę i tym samym mniej pytań związanych z planami zawodowymi w danym kraju. 
– Władze USA ostrzegają przed opuszczaniem strefy hotelowej nocą. Być może będziesz dzięki temu bardziej bezpieczny. Jednak 100 % bezpieczeństwa nie będziesz miał nawet w domu, więc po co jechać na wakacje na drugi koniec świata, jeżeli zamierzasz siedzieć w hermetycznej strefie hotelowej. Wyjdź do ludzi, nawet jeśli nie znasz języka, twój szeroki uśmiech i szczery zachwyt zrobią za ciebie robotę. 
– Nie bój się mówić po polsku, i tak nikt Cię nie zrozumie. W przeciwieństwie do obywateli USA, którym w szybkim tempie uświadomiliśmy, że rozumiemy co mówią na nasz i innych temat.

Kategorie
Blog

Znów przyszedł ten magiczny czas

Dżungla, dzikie plaże na odludziach, palmy kokosowe, dwa oceany, jedno z najpiękniejszych mórz świata, żółwie, małpy, dzikie węże i nietoperze. Jedzenie jako jedne z nielicznych wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, słynące ze swojego piekielnego temperamentu, zakrapiane mezcalem. Aztekowie, Majowie i cała plejada mniej znanych plemion indiańskich wraz ze strzelistymi piramidami w samym sercu dźungli. I oczywiście, najukochańsza w świecie latynoska „mańana”, czyli hołdowanie zasadzie „zrób to jutro”.

To tylko zapowiedź tego, co przed nami. I Wami – Drodzy Czytelnicy. Kolejna seria dobrych rad, jak nie zginąć i co tu zobaczyć, będąc przeciętnym polskim zjadaczem ziemniaków. Po raz kolejny, mając na uwadze okrojony budżet, dysponując średnią ilością czasu, postaramy się umilić Wam życie opowieścią z podróży,

Romki na Końcu Świata wracają do gry. Koniecznie bądźcie tam z nami, bo to będzie PRAWDZIWY MEKSYK.

Kategorie
Blog

Macedonia i Czarnogóra, czyli czas powrotów

Ostatnia prosta. Mimo zbliżającego się nieuchronnego końca, sporo jeszcze przed nami. Gdzie wyjechać, żeby znaleźć się na najbrzydszym campingu w Europie? Gdzie znajduje się najbardziej przejrzyste jezioro? Jak zjeść posiłek za śmieszne pieniądze i nie paść z przejedzenia? Jak nie dostać udaru przy 40- stopniowym upale, zdobywając najwyższy szczyt Korabu? Za oknami pełnia zimy, a was zapraszam po raz kolejny i ostatni do lektury zapisków z tegorocznych wakacji. Przenieście się z nami na Słoneczne Bałkany i poczytajcie.

Przejście graniczne między Albanią a Macedonią to istny Meksyk. Stoisz w kolejce bez ładu i składu. Kiedy w końcu przekraczasz magiczny punkt, okazuje się, że zanim jest tylko gorzej. Sprytni macedończycy wykoncypowali sobie, że na weekend jeździć należy właśnie do swoich albańskich sąsiadów, ponieważ jest tam znacznie taniej. Jest późny niedzielny wieczór i niestety zmierzamy w tym niekorzystnym kierunku. Niekorzystnym, bo tym samym co wszyscy, czyli w kierunku Ochrydy. Znajdujemy się tu, aby poznać rejony ogromnego Jeziora Ochrydzkiego i na krótko zatrzymać się na macedońskim campingu. Docieramy do niego grubo po 22:00, jednak od razu jesteśmy zaskoczeni jakością obsługi, i tak naprawdę najbardziej samym faktem jej istnienia o tej godzinie. Nasza radość ustępuje jednak bardzo szybko, a jej miejsce zajmują kolejno rozczarowanie, zwątpienie a nawet obrzydzenie. Staramy się znaleźć sobie miejsce na namioty. Nasz krążownik błądzi w czymś na miarę osiedli przyczep i domków campingowych, łączonych ze sobą czym się da. Efekt przypomina slumsy, ponieważ pomysłowość ludzka w doborze materiału budowlanego nie zna granic. Dodatkowo gęsta zabudowa powoduje wszechobecny zaduch, a odczuwalność zapachów od zawsze towarzyszących ludzkości kilkukrotnie przekracza dopuszczalne stężenie. Robi się coraz ciekawiej – mamy kolejny off-road. Tym razem rolę przeszkód terenowych odgrywają leżaki, pranie i wymyślny sprzęt campingowy, porozrzucany po całej okolicy. Jest tak ciasno, że droga określona jako przejezdna, blokuje nas otwartymi na całą szerokość oknami prowizorycznych domostw. Szybko staje się jasne, że w tej części kempingu miejsca nie znajdziemy. Wyjeżdżamy na małe wzniesienie nad samym jeziorem i naszym oczom ukazują się podobni nieszczęśliwcy, spędzający wakacje pod namiotem. Wymarzone miejsce na  biwak jest niewielkim skrawkiem terenu z jednym rachityczny drzewkiem oliwkowym i całkowicie wydeptaną trawą. Jednak nic nie jest takie złe, jak fakt, że jest to jednocześnie jedyny punkt na całym kempingu, gdzie wszyscy wyprowadzają swoje psy. Tak więc, teren stanowiący nasz dom na najbliższy czas usłany był odpadkami, wyschniętymi opadłymi oliwkami oraz produktami przemiany materii wszystkich okolicznych burków z campingu. Z samego rana. z uwagi na ograniczoną ilość drzew, budzi nas skwar. Idziemy wykąpać się w Jeziorze Ochrydzkim. I tutaj czeka nas cudowna odmiana- to jeden z najczystszych zbiorników, w jakim mieliśmy okazji się kąpać. Życie podwodne kwitnie pełną parą. Pod powierzchnią wygrzewa się tysiące srebrzystych rybek. Po wyjściu z wody okazuje się że na wysypanym kamyczkami nabrzeżu nie ma już ani pół miejsca. Szybka zmiana planów i już nas nie ma. Zabieramy cały dobytek i mkniemy w kierunku Ochrydy. Czeka nas tam w pełni muzułmańskie miasto, podobne zresztą do całej Macedonii. To tutaj zostajemy po królewsku ugoszczenie w jednej z lokalnych restauracji. Dwudaniowy obiad dla trzech osób z podwójnymi napojami wyskokowymi kosztuje nas w przeliczeniu niewiele ponad 50 zł. Za całość. Miasto posiada na wzgórzu ciekawą średniowieczną warownie Cara Samuela z fenomenalnym widokiem na całą okolicę i pobliskie wybrzeże. Okolica obfituje w targi, na których za bardzo przyzwoitą cenę można nabyć produkty o smaku Macedonii. A słynie ona, jak całe Bałkany, z serów, win, oliwek i owoców. Przed nami poważne zadanie – postawić stopę na najwyższym szczycie zarówno Macedonii jak i Albanii – Korabie. Samochodem przemieszczamy się nad jezioro w niedalekim oddaleniu gór, aby jak najwcześniej zbić obóz i ruszyć na podbój szczytu. Decydujemy się zdobyć go od strony Macedonii. Na drodze dojazdowej napotykamy posterunek graniczny, gdzie każdy turysta mający zamiar dostać się na szczyt powinien się wpisać. Na miejscu przeznaczonym do parkowania spotykamy ekipę Słowaków. Uprzedzają nas, że droga na szczyt jest całkowicie pozbawiona wody nadającej się do picia. Temperatura sięga 40 stopni Celsjusza i łatwo o udar i odwodnienie. Z braku większych zapasów, zabieramy około dwóch litrów wody na głowę i zaczynamy drogę przez mękę. Szczyt osiągamy po około 5 godzinach. Szlaki całkowicie puste. Z góry rozciąga się przejrzysty widok na… nic. Poczuć i na własne oczy zobaczyć, że wokół ciebie znajdują się jedynie twory natury – bezcenne. Warto było tu dotrzeć, aby przekonać się że stanowimy jedyny ośrodek cywilizacji w zasięgu wzroku. Być może Korab nie będzie dla Was stanowił najwyższego punktu, w jakim do tej pory się znaleźliście. Jednak dla nas, górołazów średniozaawansowanych, to zdecydowanie najwyższe miejsce we wszechświecie. Korab bowiem jest ponad 200 metrów wyższy niż nasze rodzime Rysy. Bez wody i sił, ale wyposażeni w upolowaną na szczycie dumę i samozadowolenie kierujemy się do samochodu. Pora nam znowu się przemieścić.

Na dwa ostatnie dni wybieramy kolejne nowe dla nas państwo – Czarnogórę. Cóż wspomnieć o tym miejscu? Mała miejscowość, w której decydujemy się zatrzymać to miejsce niestety dość komercyjne. Z w miarę czystego Morza Adriatyckiego korzysta cała chmara turystów. No i jak to w takich miejscach bywa – chmara zostawia liczne ślady swojego bytowania. Wieczorem, przechadzając się po opustoszałym już nabrzeżu, zastanawiamy się, czy niedopałów i innych drobnych śmieci nie jest więcej niż piasku. W nocy następuje zmiana pogody – Król Neptun sprawia wszystkim amatorom morskich kąpiel ogromną radość i zsyła fale jak domy. Kąpiąc się przy samym brzegu czujemy potęgę natury. Jesteśmy pełni podziwu dla odwagi równającej się już z głupotą ludzi, którzy bez skrupułów i zastanowienia oddalają się znacznie od brzegu. Być może jeszcze bardziej chcą poczuć siłę morza. Nie słyszeliśmy tamtego dnia o żadnych przypadkach utonięć, jednak gdyby takie zaistniały, z całą pewnością by nas to nie zdziwiło.

Czarnogóra to kraj wina i owoców morza, gdzie w związku z wprowadzeniem waluty Euro zrobiło się dosyć drogo. Jak na nasze dotychczasowe doświadczenia z Bałkanami – zdecydowanie za drogo. Dlatego też z ulgą odbieramy wiadomość od Darka i Eli, którzy proponują ponowne spotkanie. Tym razem ma to być jednodniowe pożegnanie wakacji na Węgrzech, nad Balatonem. Bez zająknięcia pakujemy nasz dobytek i wyruszamy.

A jak na Węgrzech, to już większość z Was, Drodzy Czytelnicy na pewno wie. W końcu to nasi ulubienie prawie- sąsiedzi, od setek lat związani z nami historią i odwieczną przyjaźnią. Balaton, nazywany węgierskim morzem ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Jest ogromnym zbiornikiem słodkiej wody, jednak niestety bardzo płytkim. Woda balatońska jest mleczna, o cudownym zabarwieniu błękitu, jednak całkowicie pozbawiona przejrzystości pod wodą. Te niedogodności rekompensują na pewno piękne widoki na historyczne miasteczka rozsiane wokół całego jeziora. Bardzo dobrze rozwinięta komunikacja w postaci pociągu jeżdżącego praktycznie dookoła zbiornika ułatwia codzienne wycieczki turystyczne. To jednocześnie raj dla rowerzystów, ze względu na doskonałą infrastrukturę ścieżek dla jednośladów.

Tak właśnie kończy się nasza bałkańska przygoda. Szczęśliwi, pełni wrażeń i nowych doświadczeń wracamy do domu. Mam nadzieję, że nasza opowieść, czasem może bez ładu i składu, przyczyni się do decyzji niektórych z Was, aby odwiedzić ten magiczny koniec Europy, pogranicze Chrześcijaństwa i Muzułmanizmu. To nasza dobra rada, nie tylko Wujka Rafała, ale również Aśki i Władka – jedźcie na Bałkany, bo to istny raj. Bez względu na to, czy jesteście amatorami turystyki offroadowej, trekkingów, biwakowania na dziko czy też wolicie wycieczki organizowane i poznawanie splendoru innych państw i kultur – zdecydowanie każdy z Was znajdzie tam coś dla siebie. Magiczne Bałkany z otwartymi ramionami witają turystów wszelkiej maści, nie pozostaje więc nic innego jak dać się im porwać w szaleńczy wakacyjny wir.