Kategorie
Blog

Znów przyszedł ten magiczny czas

Dżungla, dzikie plaże na odludziach, palmy kokosowe, dwa oceany, jedno z najpiękniejszych mórz świata, żółwie, małpy, dzikie węże i nietoperze. Jedzenie jako jedne z nielicznych wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, słynące ze swojego piekielnego temperamentu, zakrapiane mezcalem. Aztekowie, Majowie i cała plejada mniej znanych plemion indiańskich wraz ze strzelistymi piramidami w samym sercu dźungli. I oczywiście, najukochańsza w świecie latynoska „mańana”, czyli hołdowanie zasadzie „zrób to jutro”.

To tylko zapowiedź tego, co przed nami. I Wami – Drodzy Czytelnicy. Kolejna seria dobrych rad, jak nie zginąć i co tu zobaczyć, będąc przeciętnym polskim zjadaczem ziemniaków. Po raz kolejny, mając na uwadze okrojony budżet, dysponując średnią ilością czasu, postaramy się umilić Wam życie opowieścią z podróży,

Romki na Końcu Świata wracają do gry. Koniecznie bądźcie tam z nami, bo to będzie PRAWDZIWY MEKSYK.

Kategorie
Blog

Macedonia i Czarnogóra, czyli czas powrotów

Ostatnia prosta. Mimo zbliżającego się nieuchronnego końca, sporo jeszcze przed nami. Gdzie wyjechać, żeby znaleźć się na najbrzydszym campingu w Europie? Gdzie znajduje się najbardziej przejrzyste jezioro? Jak zjeść posiłek za śmieszne pieniądze i nie paść z przejedzenia? Jak nie dostać udaru przy 40- stopniowym upale, zdobywając najwyższy szczyt Korabu? Za oknami pełnia zimy, a was zapraszam po raz kolejny i ostatni do lektury zapisków z tegorocznych wakacji. Przenieście się z nami na Słoneczne Bałkany i poczytajcie.

Przejście graniczne między Albanią a Macedonią to istny Meksyk. Stoisz w kolejce bez ładu i składu. Kiedy w końcu przekraczasz magiczny punkt, okazuje się, że zanim jest tylko gorzej. Sprytni macedończycy wykoncypowali sobie, że na weekend jeździć należy właśnie do swoich albańskich sąsiadów, ponieważ jest tam znacznie taniej. Jest późny niedzielny wieczór i niestety zmierzamy w tym niekorzystnym kierunku. Niekorzystnym, bo tym samym co wszyscy, czyli w kierunku Ochrydy. Znajdujemy się tu, aby poznać rejony ogromnego Jeziora Ochrydzkiego i na krótko zatrzymać się na macedońskim campingu. Docieramy do niego grubo po 22:00, jednak od razu jesteśmy zaskoczeni jakością obsługi, i tak naprawdę najbardziej samym faktem jej istnienia o tej godzinie. Nasza radość ustępuje jednak bardzo szybko, a jej miejsce zajmują kolejno rozczarowanie, zwątpienie a nawet obrzydzenie. Staramy się znaleźć sobie miejsce na namioty. Nasz krążownik błądzi w czymś na miarę osiedli przyczep i domków campingowych, łączonych ze sobą czym się da. Efekt przypomina slumsy, ponieważ pomysłowość ludzka w doborze materiału budowlanego nie zna granic. Dodatkowo gęsta zabudowa powoduje wszechobecny zaduch, a odczuwalność zapachów od zawsze towarzyszących ludzkości kilkukrotnie przekracza dopuszczalne stężenie. Robi się coraz ciekawiej – mamy kolejny off-road. Tym razem rolę przeszkód terenowych odgrywają leżaki, pranie i wymyślny sprzęt campingowy, porozrzucany po całej okolicy. Jest tak ciasno, że droga określona jako przejezdna, blokuje nas otwartymi na całą szerokość oknami prowizorycznych domostw. Szybko staje się jasne, że w tej części kempingu miejsca nie znajdziemy. Wyjeżdżamy na małe wzniesienie nad samym jeziorem i naszym oczom ukazują się podobni nieszczęśliwcy, spędzający wakacje pod namiotem. Wymarzone miejsce na  biwak jest niewielkim skrawkiem terenu z jednym rachityczny drzewkiem oliwkowym i całkowicie wydeptaną trawą. Jednak nic nie jest takie złe, jak fakt, że jest to jednocześnie jedyny punkt na całym kempingu, gdzie wszyscy wyprowadzają swoje psy. Tak więc, teren stanowiący nasz dom na najbliższy czas usłany był odpadkami, wyschniętymi opadłymi oliwkami oraz produktami przemiany materii wszystkich okolicznych burków z campingu. Z samego rana. z uwagi na ograniczoną ilość drzew, budzi nas skwar. Idziemy wykąpać się w Jeziorze Ochrydzkim. I tutaj czeka nas cudowna odmiana- to jeden z najczystszych zbiorników, w jakim mieliśmy okazji się kąpać. Życie podwodne kwitnie pełną parą. Pod powierzchnią wygrzewa się tysiące srebrzystych rybek. Po wyjściu z wody okazuje się że na wysypanym kamyczkami nabrzeżu nie ma już ani pół miejsca. Szybka zmiana planów i już nas nie ma. Zabieramy cały dobytek i mkniemy w kierunku Ochrydy. Czeka nas tam w pełni muzułmańskie miasto, podobne zresztą do całej Macedonii. To tutaj zostajemy po królewsku ugoszczenie w jednej z lokalnych restauracji. Dwudaniowy obiad dla trzech osób z podwójnymi napojami wyskokowymi kosztuje nas w przeliczeniu niewiele ponad 50 zł. Za całość. Miasto posiada na wzgórzu ciekawą średniowieczną warownie Cara Samuela z fenomenalnym widokiem na całą okolicę i pobliskie wybrzeże. Okolica obfituje w targi, na których za bardzo przyzwoitą cenę można nabyć produkty o smaku Macedonii. A słynie ona, jak całe Bałkany, z serów, win, oliwek i owoców. Przed nami poważne zadanie – postawić stopę na najwyższym szczycie zarówno Macedonii jak i Albanii – Korabie. Samochodem przemieszczamy się nad jezioro w niedalekim oddaleniu gór, aby jak najwcześniej zbić obóz i ruszyć na podbój szczytu. Decydujemy się zdobyć go od strony Macedonii. Na drodze dojazdowej napotykamy posterunek graniczny, gdzie każdy turysta mający zamiar dostać się na szczyt powinien się wpisać. Na miejscu przeznaczonym do parkowania spotykamy ekipę Słowaków. Uprzedzają nas, że droga na szczyt jest całkowicie pozbawiona wody nadającej się do picia. Temperatura sięga 40 stopni Celsjusza i łatwo o udar i odwodnienie. Z braku większych zapasów, zabieramy około dwóch litrów wody na głowę i zaczynamy drogę przez mękę. Szczyt osiągamy po około 5 godzinach. Szlaki całkowicie puste. Z góry rozciąga się przejrzysty widok na… nic. Poczuć i na własne oczy zobaczyć, że wokół ciebie znajdują się jedynie twory natury – bezcenne. Warto było tu dotrzeć, aby przekonać się że stanowimy jedyny ośrodek cywilizacji w zasięgu wzroku. Być może Korab nie będzie dla Was stanowił najwyższego punktu, w jakim do tej pory się znaleźliście. Jednak dla nas, górołazów średniozaawansowanych, to zdecydowanie najwyższe miejsce we wszechświecie. Korab bowiem jest ponad 200 metrów wyższy niż nasze rodzime Rysy. Bez wody i sił, ale wyposażeni w upolowaną na szczycie dumę i samozadowolenie kierujemy się do samochodu. Pora nam znowu się przemieścić.

Na dwa ostatnie dni wybieramy kolejne nowe dla nas państwo – Czarnogórę. Cóż wspomnieć o tym miejscu? Mała miejscowość, w której decydujemy się zatrzymać to miejsce niestety dość komercyjne. Z w miarę czystego Morza Adriatyckiego korzysta cała chmara turystów. No i jak to w takich miejscach bywa – chmara zostawia liczne ślady swojego bytowania. Wieczorem, przechadzając się po opustoszałym już nabrzeżu, zastanawiamy się, czy niedopałów i innych drobnych śmieci nie jest więcej niż piasku. W nocy następuje zmiana pogody – Król Neptun sprawia wszystkim amatorom morskich kąpiel ogromną radość i zsyła fale jak domy. Kąpiąc się przy samym brzegu czujemy potęgę natury. Jesteśmy pełni podziwu dla odwagi równającej się już z głupotą ludzi, którzy bez skrupułów i zastanowienia oddalają się znacznie od brzegu. Być może jeszcze bardziej chcą poczuć siłę morza. Nie słyszeliśmy tamtego dnia o żadnych przypadkach utonięć, jednak gdyby takie zaistniały, z całą pewnością by nas to nie zdziwiło.

Czarnogóra to kraj wina i owoców morza, gdzie w związku z wprowadzeniem waluty Euro zrobiło się dosyć drogo. Jak na nasze dotychczasowe doświadczenia z Bałkanami – zdecydowanie za drogo. Dlatego też z ulgą odbieramy wiadomość od Darka i Eli, którzy proponują ponowne spotkanie. Tym razem ma to być jednodniowe pożegnanie wakacji na Węgrzech, nad Balatonem. Bez zająknięcia pakujemy nasz dobytek i wyruszamy.

A jak na Węgrzech, to już większość z Was, Drodzy Czytelnicy na pewno wie. W końcu to nasi ulubienie prawie- sąsiedzi, od setek lat związani z nami historią i odwieczną przyjaźnią. Balaton, nazywany węgierskim morzem ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Jest ogromnym zbiornikiem słodkiej wody, jednak niestety bardzo płytkim. Woda balatońska jest mleczna, o cudownym zabarwieniu błękitu, jednak całkowicie pozbawiona przejrzystości pod wodą. Te niedogodności rekompensują na pewno piękne widoki na historyczne miasteczka rozsiane wokół całego jeziora. Bardzo dobrze rozwinięta komunikacja w postaci pociągu jeżdżącego praktycznie dookoła zbiornika ułatwia codzienne wycieczki turystyczne. To jednocześnie raj dla rowerzystów, ze względu na doskonałą infrastrukturę ścieżek dla jednośladów.

Tak właśnie kończy się nasza bałkańska przygoda. Szczęśliwi, pełni wrażeń i nowych doświadczeń wracamy do domu. Mam nadzieję, że nasza opowieść, czasem może bez ładu i składu, przyczyni się do decyzji niektórych z Was, aby odwiedzić ten magiczny koniec Europy, pogranicze Chrześcijaństwa i Muzułmanizmu. To nasza dobra rada, nie tylko Wujka Rafała, ale również Aśki i Władka – jedźcie na Bałkany, bo to istny raj. Bez względu na to, czy jesteście amatorami turystyki offroadowej, trekkingów, biwakowania na dziko czy też wolicie wycieczki organizowane i poznawanie splendoru innych państw i kultur – zdecydowanie każdy z Was znajdzie tam coś dla siebie. Magiczne Bałkany z otwartymi ramionami witają turystów wszelkiej maści, nie pozostaje więc nic innego jak dać się im porwać w szaleńczy wakacyjny wir.

Kategorie
Trekking

Noworoczny rozruch w Beskidzie Żywieckim

Pierwotnie, to miała być moja tradycyjna urodzinowa włóczęga listopadowa, ale w wyniku splotu różnorodnych okoliczności wyszło jak wyszło.

Przy okazji wychodzi i na to, że ludziska przez Święta solidnie się obżarli, bo na hasło zrzucania świątecznych kalorii zebrał się całkiem spory 30-osobowy tłumek. Początek przygody zaczął się w Rycerce – od razu z przygodami 😉 Bo niektórzy najpierw pogubili się na drogach dojazdowych pod szlak, a potem na samym szlaku. Koniec końców: wszyscy szczęśliwie dotarli do schroniska na Przegibku. Wieczór był…..wesoły 😀

Sobotni poranek obudził się mocno chmurno-mglisty. I tak mu już zostało do popołudnia, toteż nie za bardzo było co focić. Ale spacer na Wielką Raczę należy zaliczyć do przyjemnych, jak najbardziej 🙂

Dość szybko okazało się, kto ile wmłócił przez Święta, bo peleton rozciągnął się niemiłosiernie: dbający o linię wystrzelili het do przodu, zaś obżartuchy robiły za czerwoną latarnię 😉

Ponowna integracja nastąpiła w schronisku, lecz na drugim etapie drogi sytuacja się powtórzyła.

Tymczasem na szczycie Wielkiej Raczy trafiło się w końcu chwilowe okienko pogodowe, co skwapliwie wykorzystaliśmy do nadrobienia braków w fotograficznej aktywności 😉

Częścią zejściową szło się równie miło, jak wejściową. Wraz z nadchodzącym zmierzchem zaczęło się nawet nad głowami całkiem fajnie przecierać, więc choć przynajmniej zachód słońca przyniósł nieco więcej estetycznych wrażeń 🙂 Do Chatki Skalanki doszliśmy już w głębokich ciemnościach. Po napełnieniu żołądków nadszedł wreszcie czas na to, czym chatka żyje: poszła w ruch gitara, poszły w ruch śpiewniki, zabrzęczało szkło….no – i było jak trzeba 🙂

A w niedzielę jak zwykle: robił człowiek co mógł, by jak najbardziej odwlec moment pożegnania z górami.

Jakby nie było – cel został osiągnięty: udało się nowo rocznie rozruszać i zrzucić trochę kalorii.

Dziękując wszystkim za aktywny udział: do rychłego następnego 🙂

Grzegorz Grochowski

Kategorie
Trekking

Joga w Tatrach

Wyjazd górsko-jogowy to specyficzny wyjazd, ciężko znaleźć grupę ludzi, która zarówno chodzi po górach jak i praktykuje jogę,jak więc to pogodzić?

Trzeba obmyślić taki plan by górołazom jak i joginom obie opcje spędzenia wspólnie weekendu przypadły do gustu. Ekipa jak zawsze była bardzo mieszana, a mimo to, wszystko co zaplanowane zostało zrealizowane, ba nawet sporo ponadto!

W piątek po przyjeździe do PTTK Hotel Górski Kalatówki mieliśmy wspólną „jogową” integrację, gdzie poznaliśmy się podczas jogowej zabawy. Sobotę zaczęliśmy od medytacji, technik oddechowym (pranayam) po czym praktyka bardziej dla ciała – asany. Ok godziny 13.30 wspólnie poszliśmy na spacer w kierunku Hali Kondratowej, gdzie w schronisku postanowiliśmy zjeść obiad, kilka foto ujęć na śniegu w pozycjach drzewa, tancerza, stania na głowie czy rękach, no i powrót na Kalatówki.

O 18.00 ponownie odbyła się praktyka asan, później kolacja, wieczorna zabawa w „wyścigi” 🙂 (kto był ten wie), 15 minutowa medytacja, a potem pogaduchy do późnego wieczora.

Niedzielny plan na rano równie jogowo jak w sobotę, medytacja, pranayamy i praktyka, wspólne śniadanko, obiad, mała sesja zdjęciowa na śniegu i wyruszyliśmy w stronę Kuźnic, a stamtąd dalej do domów.

Weekend pełen cudownych wrażeń, spędzania wspólnego czasu z fantastycznymi ludźmi przy czym trochę bardziej duchowo, niż wszystkie inne wyjazdy do tej pory. Były osoby, które nie praktykowały jogi wcześniej,  a jednak we wszystkich zajęciach intensywnie brały udział i świetnie się w nich odnalazły.

To był pierwszy lecz nie ostatni tego typu pomysł, jako że jest prośba o więcej to kolejny już jest w trakcie realizacji. Wszystkich serdecznie zapraszam 🙂

Aneta Matula

Kategorie
Wspinaczka

Sylwester na Zirbitzkogel

A miało być tak pięknie….

I było!!! 🙂

Przedostatniego dnia ubiegłego roku grupka nie do końca normalnych ludzi, dzielnie przemierzyła ciągi komunikacyjne Centralnej Europy, by pod wieczór zacumować przy schronisku Wiechtalhaus, nieopodal Kaiserbrun w Górach Rax. Tam był czas na relaks, nawodnienie organizmów i wieczorek muzyczno-śpiewany w blasku czołówek 😉

W Alpach z reguły grudniową porą jest śniegu pod dostatkiem. Z reguły. Tym razem trafił się wyjątek, tą regułę potwierdzający. Wybrawszy się więc w sylwestrowy poranek na zwiedzanie Wąwozu Wiechtalklamm, grupka nie do końca normalnych ludzi, przemierzała ową formację skalną w nie do końca normalnych okolicznościach przyrody: zasadniczo jesiennych.

Sam wąwóz, nie jest co prawda jakimś ósmym cudem świata, ale kilka stopni skalnych i przewężeń potrafi zaskoczyć dość dynamiczną zmianą pejzażu. Do tego gdzieniegdzie jakieś łańcuszki czy drabinki – ku uciesze gawiedzi, szczególnie tej włóczącej się po zamorskich krainach 😀

Generalnie: taka namiastka Słowackiego Raju, ale całkiem przyjemna i na pewno godna polecenia. Szczególnie wiosną czy latem musi tam być bardzo kolorowo.

Za to zakończenie było „z przytupem”, bo ostatnia drabinka jest ustawiona centralnie pod dość soczystym wodospadem, więc każdy – chcąc nie chcąc – musiał zażyć odświeżającej kąpieli 🙂

W drodze powrotnej niemalże jednogłośnie uchwalono, że było warto. Co cieszy 🙂

Po zejściu na dół, nastąpiło szybkie przemieszczenie do pewnego hotelu w Judenburgu. Pan recepcjonista (jak najbardziej normalny) na widok grupki nie do końca normalnych ludzi, porozumiewających się egzotyczną, szeleszczącą mową – stawiał lekki opór. Opór jednak został dość szybko przełamany i po chwili można było już rozgościć się na pokojach. W zasadzie to bardziej chodziło o kaloryfery w tych pokojach, by do wieczora wysuszyć wyprane w wodospadzie ciuchy, a buty zwłaszcza.

Niebawem w hotelu pojawiła się austriacka frakcja z Wodzem na czele 🙂

Nastąpiło spotkanie integracyjne, a gdy rozpoczęła się ostatnia noc 2017 roku – wszyscy (prawie) zabrali się do realizacji głównego zadania: powitania Nowego Roku na szczycie Zirbitzkogel.  Wkrótce po wyruszeniu nastąpiła chwila refleksji i padło z ust Wodza kluczowe pytanie:

„No dobra. To teraz powiedzcie: co Wam się stało, że tam idziecie?”

Po czym padło szczere wyznanie: „Bo jesteśmy pop***eni.”

Z oczyszczonym sumieniem można było już ruszyć na szlak. Całkiem przyjemny, bez żadnych technicznych trudności. Wódz pomyślał o wszystkim, nawet o oknie pogodowym, które otwarło się na całą sylwestrowo – noworoczną noc. Dzięki temu można było podziwiać wyłaniające się z mroku ośnieżone łańcuchy okolicznych alpejskich pasm. Niestety, sprzęt fotograficzny, nie był w stanie dostrzec tego, co ludzkie oko. Toteż te widoki zostały tylko w pamięci. O północy, niektórzy byli już na szczycie, niektórzy poniżej. Nastąpiło podziwianie noworocznych fajerwerków z nienormalnej strony: czyli z góry zamiast z dołu – jak na grupkę nienormalnych ludzi przystało.

Potem jeszcze szampański toast: „Oby nam się…” w schroniskowej kotłowni (jednym dostępnym pomieszczeniu), coś dla ciała i ducha. Wreszcie droga powrotna. W hotelu jeszcze kilka chwil integracji i do łóżeczek. Pierwszy dzień Nowego Roku upłynął na drodze powrotnej na Ojczyzny łono.

Dobra. Będzie dość. Podziękowania dla Wodza za pomysł i organizację całokształtu 🙂

Grzegorz Grochowski

Kategorie
Żeglarstwo

4 Kontynenty i jeden ocean, płyniemy do Polski

Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział „Stary czy masz czas?”. Spontanicznie zorganizowana załoga, trasa Amsterdam – Świnoujście, decyzja podjęta z minuty na minutę. Krótki bilans czasowy i byłem w załodze. Pojechaliśmy.

W sobotnie popołudnie postawiliśmy pierwsze kroki na 12 metrowym jachcie o nazwie Gandalf, jacht, który wyruszy w wielomiesięczną podróż po morzach i oceanach pod banderą Fundacji 4 Kontynenty. Trochę pracy przed nami, więc po kolei, począwszy od wymiany fałów i szotów, skończywszy na doprowadzeniu silnika do stanu używalności, uwinęliśmy się z większością zadań do zmierzchu. A wieczór, no cóż, jest port wielki jak świat, wycieczka do centrum Amsterdamu. Weekend sprzyjał tłumom, mimo pogody, która nie rozpieszczała nas za bardzo. Następnego dnia prace bosmańskie i ostateczny klar do wypłynięcia. Na jachcie pozostała już tylko docelowa załoga, która miała zmierzyć się z warunkami panującymi na morzach. A była nas szóstka. Staszek-kapitan, Kajetan- I oficer, Piotrek II oficer i załoganci Kuba, Ola i Natalia. Po wstępnej integracji z dnia poprzedniego postanowiliśmy odwiedzić jeszcze raz Amsterdam nocą, tym razem jednak wycieczka skończyła się zdecydowanie wcześniej, gdyż rano trzeba było oddać cumy. W poniedziałek wyruszyliśmy o świcie. Boje toru wodnego oświetlone wschodzącym słońcem wyznaczały nam drogę między mieliznami. Minęliśmy pierwszą śluzę, warunki pozwoliły na rozwinięcie genui. Do drugiej śluzy dopłynęliśmy w środku nocy, tu pozwoliliśmy sobie na krótki odpoczynek. Przekroczyliśmy ją nad ranem i rozpoczęliśmy przeprawę slalomem między wyspami i płyciznami i ostateczne wyszliśmy z odpływem na morze północne. Wiatr wcale nie był dla nas taki łaskawy i wraz z Gandalfem przeszliśmy pierwszą próbę sprawności i współpracy, gdyż dwadzieścia kilka węzłów w bajdewindzie na dość płytkim obszarze nie należało do najspokojniejszych. W końcu jednak pokonaliśmy tą barierę i ustawiliśmy się na kursie w kierunku Helgolandu. I nagle, z rozbryzgujących się fal, morze zmieniło się w spokojnie oddychający organizm i baksztagiem pomknęliśmy przed siebie. Prawie dwie doby w morzu spędziliśmy na wspólnym poznaniu się, morskich opowieściach, szantując pod bezchmurnym niebem pełnym gwiazd, których nie szło zliczyć nikomu. Rano we środę przekroczyliśmy rutę i na horyzoncie pojawił się Helgoland. Po dopłynięciu zapoznaliśmy się bliżej z niemiecką policją, którzy pouczyli nas jak się powinno prawidłowo przechodzić ruchliwe drogi. Dostaliśmy od nich nawet mapę morską i cenne wskazówki, jak bezpiecznie poruszać się po wodach morskich. Zapamiętamy to zdecydowanie na zawsze. To jednak nie było ostatnie wyzwanie dzisiejszego dnia. Okazało się bowiem, że koniec sezonu na wyspie to akurat trzy dni najbliższe dni, a my trafiliśmy na jeden z nich, co wiązało się z tym, że stacja benzynowa, na którą liczyliśmy niezmiernie jest po prostu zamknięta i nie ma żadnej możliwości, aby zatankować. A zbiorniku się nie przelewało. Gorączkowe poszukiwania zakończyły się sukcesem, bowiem Kuba zagadał do jednego z tubylców i dostaliśmy w dobrej cenie zapas diesla na całą trasę. Po uzupełnieniu zapasów nie tylko dla jachtu pod wieczór przeszliśmy główki portu. I znowu ruta. Tym razem jednak, mimo znajomości wśród stróżów prawa, postanowiliśmy nie fatygować ich do nas po raz kolejny i zgodnie z ich wytycznymi przecięliśmy autostradę dla statków sztywniutko niczym od linijki. Cuxhaven to kolejny port, który odwiedziliśmy, ale dosłownie na kilka minut, żeby wysadzić Natalię, która musiała niestety zakończyć wcześniej rejs. A my mieliśmy przed sobą kilka godzin do pierwszej śluzy w Kanale Kilońskim. Tak nam się tylko wydawało, bo prąd mocno spowalniał nas, co miało decydujący wpływ na dalsze losy rejsu. Podczas gdy my ledwo co poruszaliśmy się do przodu, obok nas przepływały olbrzymie statki ukryte we mgle , która spowiła wszystko wokoło. Rano wpłynęliśmy do Kanału. Kilka godzin do zmierzchu przesądziło o tym, że nie pokonamy całej trasy tego dnia i koniec końców zatrzymaliśmy się w Rendsburgu o zmierzchu, bo jak wiadomo, w kanale obowiązuje zakaz ruchu w godzinach nocnych. W piątek o świcie oddaliśmy cumy. Wschodzące słońce i ścieląca się po wodzie mgła nadawała klimat spokoju. Solidne kapitańskie śniadanie , bomba kaloryczna złożona z połowy zapasów, uzupełniła nasz zapas energii na najbliższą dobę, która miała być dość intensywna żeglarsko. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Po południu druga śluza otwierająca nam bramy Bałtyku, prognoza z ostrzeżeniem przed silnym wiatrem z kierunku południowo-zachodniego obiecywała szaloną żeglugę baksztagami. Pod wieczór zaczęło się rozwiewać, a jacht zaczął serfować na fali osiągając nierzadko prędkość 9 węzłów. Bajka. Marzyliśmy sobie po cichu, że idealnie byłoby gdyby jeszcze było bezchmurne niebo tej nocy. I jakby na zamówienie po zmierzchu zniknęły chmury i mogliśmy żeglować podziwiając bardzo mocno świecące gwiazdy. Gitara zawitała znowu w kokpicie i mimo przenikliwego zimna, ręce nie odmówiły posłuszeństwa i nocna wachta mogła wspólnie zaśpiewać, że kołysał nas zachodni wiatr, a ląd gdzieś za rufą został, czy pieśń o naszym pięknym Bałtyku, że nas wychowało i szkołę dostaliśmy twardą. Rano czarna chmura dogoniła nas jednak i o słońcu mogliśmy już tylko pomarzyć. Gdy minęliśmy Sassnitz na trawersie, wiedzieliśmy już, że do Polski będziemy płynąc bajdewindem. Rozwiało się jeszcze mocniej, zgodnie z prognozą wiało nam 6 Bf z silnymi szkwałami. Mimo trudnych warunków, fal wchodzących na pokład i zalewających sternika co chwilę, Gandalf dzielnie walczył z Bałtykiem i wieczorem zameldowaliśmy się w główkach portu w Świnoujściu, mokrzy, zmarznięci ale z uśmiechami na twarzy.

Podsumowując, rejs listopadowy na dwóch wymagających akwenach jakimi są Bałtyk i Północne dał nam dużą dawkę adrenaliny, doświadczenia. Warunki były bardzo sprzyjające, mimo silnych wiatrów, które towarzyszyły nam przez cały rejs. Jacht przeszedł bardzo dobrze sprawdzian swojej dzielności morskiej i daje dużą nadzieję na sprawdzenie się w przyszłorocznej wyprawie. A załoga? Wszyscy wróciliśmy zadowoleni z workiem pełnym przygód i morskich opowieści.  

Piotr Dumanowski 

Kategorie
Żeglarstwo

II Ślaskie Targi Wiatr i Woda w Katowicach za nami

II Śląskie Targi Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR I WODA – 4 Kontynenty i Mariner Yachts na szerokich wodach.

W dniach 10-12 listopada 2017 roku w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach odbyła się druga edycja Śląskich Targów Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR I WODA i oczywiście nie zabrakło na nich i nas. Fundacja 4 Kontynenty była obecna na tej imprezie wraz z Mariner Yachts gdzie było nas słychać, dzięki pięknemu głosowi koleżanki z Mariner Yachts, która przez trzy dni przez mikrofon opowiadała o naszej Fundacji. Było nas też widać, ponieważ jako jedyni na targach wyświetlaliśmy film na rozwiniętym foku  i to jaki film, stworzony z przepięknych i magicznych zdjęć zrobionych przez nasze wspaniały załogi SY Sifu of Avon oraz SY Bystrze.

Kochani, zainteresowanie było ogromne, ludzie zatrzymywali się, oglądali zdjęcia i z podziwem słuchali, gdy nasza ekipa opowiadała o wyprawie na Arktykę. Pytano o kolejne plany, rejsy, wyprawy i pomysły. Chętnych do dołączenia w nasze szeregi było sporo, zwłaszcza jeśli o naszej fundacji opowiada z wypiekami na twarzy jedna z naszych podopiecznych Adrianna Krysiak która wzięła udział w jednym z etapów wyprawy Arktyka po tym, jak niestety w tym roku, nie udało się zorganizować „Szkoły pod Żaglami”. Pomogliśmy spełnić marzenie,  teraz ona wspiera naszą ideę.

W trakcie targów spotkaliśmy wielu starych przyjaciół Fundacji 4 Kontynenty, jak i pozyskaliśmy kilku nowych, którzy mamy nadzieję, że przyniosą naszej sprawie dużo dobrego.

Kolejne targi już niedługo, na których też na pewno nas nie zabraknie i zaskoczymy zwiedzających naszymi nowymi pomysłami.

Bądźcie z nami 10-13 marca 2018 w Warszawie 

Marzena Szyszka

Kategorie
Wspinaczka

Expedition to Lenin Peak in 2017 – Szczyt niezdobyty !!!

Expedition to Lenin Peak in 2017 za nami 

Tym razem bez zdjęcia ze szczytu!  Zabrakło niespełna 1000 metrów!
Pierwszy raz w życiu poczuliśmy ten gorzki smak wycofywania się niemal spod samego celu, nawet nie wiedzieliśmy że w ogóle to potrafimy… a jednak! Tak! Ale tylko dlatego, że w grę wchodziło zdrowie a może i nawet życie Krzyśka i NIE nie była to choroba wysokościowa a zwykła, paskudna jakaś bakteria, która dała efekty jelitowe do tego stopnia, że nawet nie było czasu na zastanawianie się co dalej! W tym wypadku musiało nastąpić tylko jedno – szybka ewakuacja z camp 3 do camp 2 a potem na dół. Na ponad 6000 m n.p.m organizm się już nie regeneruje a odwodnienie następowało z godziny na godzinę coraz większe. W takiej sytuacji konieczne jest wycofanie się czym prędzej i jak najniżej. Base camp znajduje się tam na wysokości 3600m.n.p.m, camp1 – 4400m.np.m, camp2-5400m.n.p.m a camp3 z którego atakuje się szczyt na 6100m.n.p.m i tam dotarliśmy. W campie 2 rozchorował nam się Bartek – członek naszego zespołu i przyjaciel i od tego się zaczęło! Byliśmy zmuszeni sprowadzać Bartka do jedynki, po 2 dniach wróciliśmy już tylko we dwójkę do camp2, kolejnego dnia do camp 3 a następnej nocy mieliśmy wyruszyć na atak szczytowy i tutaj na kilkanaście godzin przed atakiem rozchorował się Krzysiek! Walczyliśmy do samego końca, po ataku choroby Bartka zostaliśmy już tylko my we dwójkę a z nami góra, potężna, niebezpieczna, z milionem ogromnych szczelin i ryzykiem bardzo groźnej dla życia choroby wysokościowej, tego baliśmy się najbardziej. Cała akcja polegająca na aklimatyzacji przebiegła u nas perfekcyjnie, wszyscy czuliśmy się jak „Młodzi Bogowie”! Widzieliśmy trupy, ludzi z obrzękiem mózgu, płuc, wypadki z wpadnięciami do szczelin a my ciągle mocni i silni oraz fantastycznie zaaklimatyzowani parliśmy w górę i nagle…. pupa, najpierw Bartek i powrót w dół przez „las szczelin” a potem znów tym samym lasem już tylko we dwójkę i jeszcze bardziej niebezpiecznie ale nadal mieliśmy „parcie na szkło”. W trójce, tam gdzie ludzie już spać nie mogą i nie maja apetytu my spaliśmy jak zdrowe, małe dzieci . Zarówno w ciągu dnia jak i nocą po przebudzeniu na silu mieliśmy niebywały apetyt nie tylko na tę górę ale i na całe żarełko które  mieliśmy ze sobą w plecakach. Nagle znikąd pojawiło się coś, co w normalnych warunkach leczymy stoperanem i szafa gra ale niestety nie na tamtej wysokości, tam jedynym ratunkiem jest jak najszybsze zejście jak najniżej się da. Nie mieliśmy innego wyboru, jak się potem okazało dobrze zrobiliśmy,choroba nie ustępowała przez kolejnych kilka dni a czas uciekał.

Pogorszenie pogody i zbliżający się wylot nie pozwoliły na podjęcie kolejnej próby. Góra nie zając a my…. jeszcze z nią nie skończyliśmy.

Aneta Matula

Kategorie
Żeglarstwo

Klub Podróżnika Fundacji 4 Kontynenty oficjalnie otwarty

Klub Podróżnika Fundacji 4 Kontynenty oficjalnie otwarty

W piątkowy wieczór 27.10.2017 r. w restauracji „ Stary Młyn” przy ulicy Piłsudskiego 21 nastąpiło pierwsze spotkanie podróżników. W klimatycznej restauracji, której historii nikt nie zna zjechali się podróżnicy z rożnych stron Polski. Największa grupa przyjezdnych osób to członkowie Fundacji 4 Kontynenty, którzy licznie przybyli do Trzebini.

  • Zacznijmy jednak od początku.

Nie wszystko poszło tak jak sobie tego życzyliśmy. Najpierw okazało się, że nie mamy do dyspozycji sprzętu nagłaśniającego i projektora, po prostu ktoś zawalił i postawił Nas przed faktem dokonanym. Cóż zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym i trzeba było działać. Tutaj na wysokości zadania stanęli sympatycy Fundacji 4 Kontynenty. Ewa potocznie zwana Ewa Marchewa przywiozła z Krakowa nagłośnienie, Leszek Warchoł dowiózł projektor z Yc Opty. I kiedy się wydawało, że jesteśmy na ostaniej prostej okazało się, że brakuje nam odpowiednich kabli. Z pomocą przyszła trzebińska grupa lokalnych muzyków i mogliśmy już zacząć. Nasz rozkład jazdy już był dość mocno rozregulowany, publiczność zniecierpliwiona oczekiwaniem na prelekcje i koncert.

  • Adam za sterami rusza w świat

W końcu po skonfigurowaniu komputera ze sprzętem ruszamy wraz z Adamem Sarama w daleką krainę Arktycznego Oceanu przez Polską stację Polarną Hornsund do dalekiego NY- Alesund. Adam przez godzinę opowiadał ciekawe historie z którymi się zetknął , jak i opowiedział o samym Spitsbergenie. Nasza publiczność dowiedziała się jak życie toczy się na dalekiej Arktyce i nie zawsze rozmawia się na Spitsbergenie po norwesku czy angielsku.

  • Prawdziwa gwiazda w Trzebini

Po prelekcji odbył się koncert znanego Polskiego SzantyMena Henryka Czekały o muzycznym pseudonimie „Szkot”. Były wspólne śpiewy szantowe, które podtrzymały klimat wyprawy żeglarskiej Adama. „Szkot” pokazał swój kunszt wokalny i potwierdził, że w tej dziedzinie jest najlepszy w Polsce.

  • Podsumowanie

Dla nas największym sukcesem jest to że pomimo przeciwności losu udało nam się przetrwać trudne chwile. Na przyszłość jednak będziemy sami organizować sobie sprzęt rezygnując z współpracy z nierzetelnym partneram. Na spotkaniu gościło 75 osób ze Ślaska, Małopolski, Łodzi, Zgierza, Dolnego Śląska i innych stron Polski. Lokalna społeczność niestety nie dopisała pomimo licznych ogłoszeń kulturalnych w powiecie chrzanowskim. Internet jednak to słaba promocja na wydarzenia kulturalne więc na drugi raz się bardziej postaramy aby dotrzeć do większej rzeszy mieszkańców powiatu.

Spotkanie było organizowane jako wydarzenie non profit i takie też pozostanie.

  • Szczególne podziękowania kieruję do :

Adama i „Szkota” za udział w sympatycznym wieczorze

Zbyszek Marek za organizacje stojaka i zaproszenie Henryka Czekała „Szkot

Ewa Marchewa za organizację sprzętu nagłośnieniowego

Leszek Warchoł za opiekę nad ośrodkiem noclegowym i uczestnikami wydarzenia

Łukaszowi za udostępnienie sali Restauracji „ Stary Młyn”

Rafałowi Tyksiński za fotografie podczas wydarzenia

Yc Opty za wypożyczenie projektora

Oraz wszystkim przybyłym na spotkanie. Bez Was nie miało by to sensu, udowodniliście po raz kolejny, że chcieć to znaczy móc

Już wkrótce kolejne spotkanie, informacje znajdziecie na stronie www.4kontynenty.pl

  • Jeśli chcesz podzielić się swoimi przeżyciami z podróży, jeśli grasz ciekawą muzykę -skontaktuj się z Nami, spróbujemy zgrać nasze terminy na kolejne prelekcje i koncerty tematyczne.
  • Wspierając Fundację 4 Kontynenty dajesz szansę na realizację ciekawych projektów podróżniczych jak i wspierasz osoby, które nie mają szans wyruszyć gdziekolwiek.

Mariusz Noworól 
Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
www.4kontynenty.pl
tel 696914676

Kategorie
Blog

Albania – muzułmańska mekka turystyczna?

To dla mnie zupełnie nowa rzeczywistość. Pierwszy raz bezpośrednio stykamy się z wszechobecnym muzułmanizmem (no dobrze – Władek spotkał się z nim już trochę wcześniej). Miejsce naszych kościołów zajmują strzeliste, chudziutkie wieże meczetów, po kilka razy dziennie wzywające wiernych na modły. Albania dopiero od niedawna otworzyła swe podwoje dla turystów. Tak naprawdę są tu tylko dwa rejony, które zdążyły rozwinąć się w tej branży. Pierwszy z nich to oczywiście rejon wybrzeża. Po opowieści Władka przedstawiającej blichtr i chwałę tutejszych kurortów, z pełną premedytacją omijamy ten punkt. Czytając między wierszami odgadujemy, że to Słoneczny Brzeg vol. 2, dlatego decydujemy się na ten niegodny prawdziwego turysty krok. Lądujemy w drugim, mniej znanym rejonie w Szkodrze, nad ogromnym jeziorem o tej samej nazwie.

Od razu przekonujemy się, że pomimo panującego tu wyznania, które po ostatnich wydarzeniach nie uchodzi za specjalnie bezpieczne dla innowierców, Albańczycy wychodzą do nas z sercem na dłoni. W ponad 40 stopniowym upale, po przejściu przez zadziwiające postępem motoryzacji szkoderskie slumsy, docieramy nad samo jezioro. A tu – miła niespodzianka –  z racji faktu, że nie znajdujemy się w enklawie turystyki, nabrzeże pełne jest jedynie wypoczywających lokalsów. Trochę przypomina się latynoska mańana. Środek dnia, środek tygodnia, rozleniwieni obywatele leżą na czymś w rodzaju dzikiej plaży. Kontemplują powolny przepływ czasu, słuchając muzyki z muzułmańskim zaśpiewem. Nas – turystów otaczają ciasnym kręgiem przyjaźni – wskazują miejsce w cieniu, częstują świeżymi figami i próbują nawiązać konwersację. Niestety – bezskutecznie. W Albanii, przy braku współpracy lingwistycznej ze strony lokalnych mieszkańców nie porozumiecie się w żadnym znanym Wam języku. Porzućcie więc wszelką nadzieję i zacznijcie mowę gestów. Władek osiągnął w tej dziedzinie szczyt porozumienia tłumacząc, że my z Polski, czyli to samo, co Lewandowski.

W drodze powrotnej na camping dwa razy zahaczamy o lokalny wyszynk. Oprócz chyba najlepszego do tej pory mrożonego wina, serwowana jest szkoderska specjalność – karp. Nie, nie, Drodzy Państwo – to nie Wigilia i zdecydowanie nie ta podła mulasta ryba, co u nas w kraju. Tutejszy smażony karp to prawdziwy rarytas i nawet Rafał – jego zagorzały przeciwnik jest zachwycony.

Warto wspomnieć o naszym campingu. Za całką przyzwoitą cenę mamy do dyspozycji całodobowy basen wygrywający hity lat 90. Zdecydowanie najwyższej klasy pole namiotowe, na jakim zdarzyło nam się do tej pory być. Wieczorem decydujemy się uderzyć w miasto, ponieważ padła decyzja o rychłym wyjeździe na drugi dzień. I tutaj cudowna dla mnie niespodzianka – po raz pierwszy w życiu mam okazję zobaczyć meczet. Dzięki uprzejmej instrukcji jednego z modlących się mężczyzn, mogę zwiedzić go nawet od środka. Przechodzę przez wskazane wejście dla kobiet, szybko porzucam obuwie we wskazanym miejscu i spacerkiem po mięciutkim dywanie udaję się na antresolę. Cóż za szczęści, że jestem kobietą. Z piętra przeznaczonego dla osobników mojej płci rozpościera się wspaniały widok na wszystkie nawy i zakątki bogato zdobionego wnętrza. Można też przyjrzeć się z góry kiwającym się w rytm modlitwy mężczyznom. Istny rarytas dla takich jak my innowierców.

Na drugi dzień, zgodnie z zapowiedzią, z niejakim żalem opuszczamy nasz luksusowy camping, żeby udać się w dzicz. To tutaj od samego początku ciągnie Rafał – osławiony raj dla offroadowców – Pętla Theth. Cała trasa zaczyna się bardzo niewinnie – powoli opuszczamy tereny zurbanizowane, kończy się asfalt a zaczyna droga szutrowa. Pierwsza część to około dwadzieścia kilometrów do samego Theth. Nawet jeżeli nie jesteście w posiadaniu samochodu terenowego, możecie przy odrobinie spokoju i cierpliwości pokonać ten odcinek. I powinniście, ponieważ jeżdżąc po wzniesieniach tzw. Albańskich Alp będziecie podziwiać niezapomniane widoki. Samo Theth to mikro mieścina lub bardziej skupisko budowli, położonych w niecce pomiędzy pasmami gór. Parę przydomowych campingów i domów gościnnych, jedna knajpka. Ucztujący w niej mężczyźni, głównie policjanci (prawdopodobnie na służbie, ponieważ w uniformach) po raz kolejny uświadamiają nam, że życiem należy się cieszyć, bo szybko przemija. Środek dnia, biesiada trwa w najlepsze. Oglądamy inne środki transportu, żeby podjąć decyzję, co dalej. Nasz samochód, stojąc na podjeździe obok istnych petro – potworów 4×4, wygląda biedni. Mały, drobne kółeczka, brak sprzętu, który wywieszony jest na zewnątrz, na każdym centymetrze karoserii. Nie mamy dwóch zapasowych opon, kanistrów z galonami paliwa, kosza dachowego, saperek, wyciągarek, anten, lokalizatorów ani innego sprzętu rodem z armii. Jednak porzucenie zamiaru zdobycia Pętli Theth nie mieści nam się w głowie. Z zapowiedzi wynika, że przed nami ponad siedemdziesięcio – kilometrowy odcinek drogi, a właściwie kamienistego offroadu. Droga bez powrotu. Szybka decyzja podjęta – witaj przygodo!

Jest tak strasznie, jak wszyscy ostrzegali. Nasza prędkość przelotowa sięga niekiedy zawrotnych 7 kilometrów na godzinę. Upał, brak żywego ducha za wyjątkiem jednego tubylcy jadącego konno. I wręcz namacalny strach – co będzie, jeśli przebijemy oponę? Ok – mamy zapas, ale co jeżeli jego też uszkodzimy? A co, jeśli dobrniemy do punktu, w którym nasz samochód sobie nie poradzi? Przecież nikt nam nie pomoże, bo nikogo tu nie ma. Adrenalinę uzupełniają niecodzienne widoki i zdarzenia. Mijamy opuszczone kamienne wioski, porzucone bardzo dawno temu. Odpoczywamy i chłodzimy się w  lodowatej górskiej rzece. Nagle, po 5 godzinach docieramy do asfaltu. Coś się nie zgadza – coś poszło nam za szybko. I zdecydowanie za łatwo. Na  środku ruin bardzo biednej i zniszczonej wsi stoją półnadzy mężczyźni i grzebią we wraku motocykla. Cóż robić – licząc na łut szczęścia wysiadamy i pytamy o market. Nasze zdziwienie sięga zenitu – jeden z uczestników zgrupowania płynnie po niemiecku wyjaśnia nam, że sklep jest, a jakże, i już go otwiera, prowadząc nas do pobliskiego zabudowania przypominającego sypiącą się stodołę. Drzwi już otwarte, niepewnie zaglądamy do wnętrza. Worki ryżu, żywność długoterminowa, tona wszelkiego rodzaju gwoździ i śrubek, spleśniałe pomidory i lodówka z piwem. Nada się na nasze potrzeby. Pytamy o stan czekającej nas dalszej drogi. Cóż za szczęście, że tylko ja w miarę dobrze znam niemiecki, bo odpowiedź mrozi krew w żyłach. „Asfalt kończy się za 100m, przed nami ponad połowa całej trasy. Ta gorsza i mniej przejezdna połowa.”

Nie będę przytaczać, jaką drogę przeszliśmy i ile razy musieliśmy z Władkiem wysiadać z samochodu odciążając go na najgorszych odcinkach. Jednak wszystko to było warte noclegu, jaki sobie zafundowaliśmy. Osłonięte z jednej strony wypłaszczenie. Jesteśmy całkowicie i perfekcyjnie sami. Ostatni ślad życia został w składzie – stodole wraz z jej niemieckojęzycznym właścicielem, wiele godzin za nami. Mamy drugi najlepszy (zaraz po Fitz Royu w Argentynie) widok z obozu na całe pasmo otaczających nas Albańskich Alp. Na horyzoncie zapada zmrok i raz za razem zapalają się światła – świadectwo jednak nie do końca wymarłej tu cywilizacji. A może wręcz przeciwnie – w zasięgu wzroku (a tego nie przesłaniają żadne przeszkody), porozrzucanych po całym stoku doliczamy się ich tylko 12.

Budzimy się wcześnie rano, zwijamy obóz i kontynuujemy drogę przez mękę. W końcu, po ponad 10 godzinach samej jazdy, plus oczywiście czasie spędzonym na popasach, docieramy do drugiej strony urwanego asfaltu. Pętla Theth zdobyta, pomimo luk w sprzęcie. Udało się – bez zniszczeń, nasze terenowe Cinquecento dało radę i możemy kontynuować naszą podróż. Przed nami już niewiele, ale równie ekscytujących przygód. Podążamy w głąb enklawy muzułmanizmu – na drodze przed nami Macedonia ze swoimi nieodkrytymi urokami. Ale o tym, co tam widzieliśmy, co przeżyliśmy, co jedliśmy i piliśmy już w kolejnej odsłonie Romków na Końcu Świata. Zostańcie z nami.

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Albania słynie z… bunkrów. Jeżeli kiedykolwiek wizja nuklearnej zagłady stanie się wyraźna – podążaj w tamtym kierunku. Ich obecność określana jest ciekawym terminem „reliktu paranoidalnej przeszłości”, lub po prostu bunkieromanią komunistycznego władcy. Pan Hoxa, bo tak nazywał się ów dyktator, żył w ciągłym strachu przed inwazją obcych państw, dlatego wybudował taką ilość schronów, że obecnie jeden bunkier przypada na czterech obywateli.
  • Ciekawostka, która nie do końca cieszy mówi nam, że w Albanii poza kurortami turystycznymi absolutnie nie zjesz nic smacznego po godzinie 21. Myślcie o tym planując swój dzień, aby nie stołować się w nocnych, niezbyt dobrych wyszynkach typu fast – food.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Nie licz na schłodzenie swego rozpalonego ciała w Jeziorze Szkoderskim, ponieważ jego temperatura sięga 35 stopni Celcjusza. Znajdź na to inny sposób, chociażby kosztując kosowskiego piwa, które jest tutaj bardzo popularne a jednocześnie smaczne.
  • W Albanii mają niekiedy ciekawe podejście do tematu marketingu. Najlepszą reklamą sklepu bądź restauracji jest rzeźnik zabijający i sprawiający krowy i kozy bezpośrednio na oczach klienteli, przed głównym wejściu do budynku. Chcesz nabyć naprawdę dobrej jakości mięso – szukaj zwierzyny ze świeżo poderżniętym gardłem, wykrwawiającej się do podstawionej brudnej miednicy.