Fundacja 4 Kontynenty
Kategorie
Blog

KATTEGAT I SKAGERRAK czyli o tym, jak fajnie mieć przyjaciół.

KATTEGAT I SKAGERRAK czyli o tym, jak fajnie mieć przyjaciół.

Maciek i Natalia musieli niestety opuścić nas w Göteborgu. Czułem, że jeszcze chętnie płynęli by z nami dalej i dalej, ale wszystko kiedyś się musi skończyć – urlop też.

Z żalem oddali nam cumy w Lilla Bommens, a my ruszyliśmy w najdłuższy przelot drugiego etapu w kameralnym składzie: Heniu z Andrzejem i Sebą na „Bystrzu” i Paweł ze mną na „Sifu”. Płynąc w dół rzeką Gota ułożyliśmy plan żeglugi na najbliższe dwie doby. Pływanie we dwójkę na 14 metrowym stalowym keczu to już takie małe żeglarskie wyzwanie. Ustaliliśmy dwugodzinne wachty i sposób komunikacji kokpit – mesa, żeby był sposób na obudzenie partnera bez odchodzenia od steru.
Wreszcie żagle w górę i leniwie ruszyliśmy przez Kattegat w kierunku Skagen. Nie mieliśmy w planie tam wpływać, ale zależało nam na złapaniu najnowszych prognoz pogody przez Internet. Byliśmy w zasięgu tworzącego się małego lokalnego małego niżu i nigdy nie wiadomo co się z takiego rozwinie…
Powoli weszliśmy w rytm samotnych wacht i szykowaliśmy się do prawie samotnej nocnej żeglugi, a tu nagle odzywa się radio:

– Jacht „Sifu of Avon”, jacht „Rzeszowiak’ prosi…

„Rzeszowiak” płynie w kierunku Grenlandii, więc nasze trasy na razie się pokrywają.

Okazuje się, że chłopaki są 8 mil przed nami i oferują „wypożyczenie” nam dwóch załogantów na nocny przelot przez Skagerrak.

Bardzo ucieszyliśmy się z posiłków, chociaż tak w głębi duszy poczuliśmy lekki zawód, bo runął nasz misterny plan sprawdzenia się w dłuższej dwuosobowej żegludze.

Ustaliliśmy szybko miejsce spotkania na zawietrznym duńskim brzegu na spokojnej wodzie osłoniętej cyplem od fali. Sprawna akcja podejścia i mieliśmy już na pokładzie Huberta i Grzegorza. Żegluga we czwórkę to był już luksus. Wszyscy garnęli się do steru, więc nie pozostało mi nic innego jak iść spać.

Nad ranem z oparów gęstej mgły wyłoniły się skały wyspy i wysepki południowego wybrzeża Norwegii. Jeszcze tylko wejście slalomem pomiędzy wysepkami do zatoki i zacumowaliśmy w małym uroczym porcie Mandal, przy gościnnej kei tuż za rufą przybyłego chwilę wcześniej „Rzeszowiaka”. Chłopaki wracają do siebie, a nam trochę żal, że dalej pożeglujemy już sami…

Fajnie jest wszędzie spotkać przyjaciół. Dzięki Marcin!




Kategorie
Żeglarstwo

Kołysał nas zachodni wiatr… czyli o rejsie, który zaczął moją przygodę z żeglowaniem i nauczył pokory do wielkiego żywiołu, jakim są otwarte wody

Jest to relacja Anii, będącej oficerem na rejsie 4 Kontynenty: Gdańsk – Kopenhaga – Goteborg – Oslo – Skagen, który odbył się w dniach 28.08 – 10.09.2016 r. Kapitanem jachtu był MR

Znacie to uczucie, kiedy podejmujecie nowe wyzwanie, kiedy czekacie na ten kolejny przypływ adrenaliny we krwi, kiedy chcecie kolejny raz zmierzyć się sami ze sobą? Tak właśnie było ze mną i pierwszym długim rejsem. Podróżuję od wielu lat, ale świat zawsze odkrywałam drogą lądową. Autostopowe wyprawy nauczyły mnie odwagi i sprawiły, że dorosłam. Stałam się silną i niezależną kobietą, która radzi sobie niemal
w każdych warunkach. Ląd jednak stał się zbyt duszny i ciasny, a niektóre miejsca nieosiągalne wyłącznie samochodem.

Postanowiłam, że trzeba się przygotować. Już kilka tygodni wcześniej próbowałam przebrnąć przez lekturę podstaw żeglarstwa zawartych w podstawowej branżowej literaturze. Szczerze? Na początku czułam się jakbym czytała po chińsku. Tysiące nowych definicji i nazw. Po kilku długich wieczorach z książką udało się nauczyć  kilku sztandarowych pojęć. Następnie warsztaty nawigacyjne organizowane przez Kapitana. Szkolenie zaplanowane było na tydzień przed rejsem i miało przybliżyć nam podstawy nawigacji i meteorologii, nauczyć pracy na mapach morskich, obliczania pływów. Ciężkie, ale i bardzo owocne sześć godzin pracy całej załogi i poczuliśmy się nieco bardziej gotowi na wyjazd.

Nasza trasa to, zaplanowana przez Fundację 4 Kontynenty, część rejsu etapowego. Zaokrętowanie: Amsterdam, później wybrzeża Morza Wattów i wyczekiwane przez wszystkich, norweskie fiordy.

Tydzień do wyjazdu..Jak zwykle na wszystko zbyt mało czasu, praca wyciąga z nas siły i wieczorami ciężko
się zabrać do pakowania niezbędnych na wyprawę rzeczy. Udaje nam się skompletować plecaki około środy wieczorem i już pojawia się na naszych twarzach zarys uśmiechu, nabieramy energii..

Czwartek i pierwszy dzień urlopu, praktycznie siedząc na bagażach czekamy na telefon od Kapitana.
Po wieczornej rozmowie nie mamy już złudzeń, na pewno nie popłyniemy zaplanowaną trasą. Jacht, którym mieliśmy wypływać z Amsterdamu utknął gdzieś w brytyjskim porcie z zepsutym silnikiem. A my cóż, też utknęliśmy w centrum Krakowa, pierwszego dnia urlopu, z tęsknotą za daleką podróżą i może nutą nadziei, że uda się coś jeszcze ocalić z naszych planów.

Piątek- więc jednak płyniemy, co prawda innym jachtem, co prawda inną trasą, ale wciąż na fiordy. Będziemy walczyć, żeby dotrzeć jak najdalej na północ, jak najszybciej przedostać się przez Bałtyk i spokojnie nacieszyć się odkrywaniem dalekich lądów.

Skandynawia została dla mnie ostatnią niezwiedzoną częścią Europy. Nigdy nie czytałam przewodników, stron internetowych i opinii na forach na temat regionów w które zmierzałam wyjechać. To wszystko nie pozwoliłoby mi zbudować własnego zdania na temat odwiedzanych miejsc. Tym razem też chciałam spotkać się z tą kulturą osobiście, porozmawiać z mieszkańcami, zgubić się w otaczających centrum uliczkach i znaleźć się w  małej lokalnej restauracji na pysznej miejscowej kawie i tradycyjnych daniach. Słuchać muzyki granej na ulicy, pooddychać wolnością w przepięknych parkach i dopiero na koniec zadecydować, czy polubiłam to miejsce.

Sobota- dzień ostatnich przygotowań, dopychamy  ciepłe bluzy do plecaków i późnym wieczorem wraz z prawie kompletną załogą ruszamy z Krakowa do Gdańska w długą i nużącą podróż Polskim Busem.

Budzimy się nad ranem na Dworcu Autobusowym w Gdańsku, niecałe 30 minut później udaje nam się w kompletnym składzie stanąć na kei. Małą grupą ruszamy jeszcze na zakupy rejsowe. Wcześniej postaraliśmy się przygotować listę, ale uwierzcie, że nie jest łatwo zaplanować jadłospis na 2 tygodnie
dla 9 osób. Zakupy pochłaniają nam jakieś 3 godziny czasu, samochodem wypchanym po brzegi wracamy do portu.  Chyba w końcu jesteśmy gotowi do wyjazdu….walczyliśmy dzielnie.

Pogoda pozwala nam tego wieczoru wypłynąć na kilka godzin i przesunąć się chociaż o kilkadziesiąt mil dalej. Zaczynamy życie na pokładzie, nie jest łatwo z obiadem przygotowywanym na fali i dużym niedoborem snu, mimo to wszyscy z szerokimi uśmiechami na twarzach. Jesteśmy na morzu, można zostawić na lądzie wszystkie problemy i cieszyć się szumem fal.

We Władysławowie czeka nas co najmniej jednodniowa przerwa. Na wieczornym posiedzeniu Kapitan informuje, że wypłynąć na drugi dzień możemy, tylko że na morzu 7-8 B i oczywiście pod wiatr. Wszyscy z dużymi pokładami energii do żeglowania decydujemy się wypłynąć, niech się dzieje co chce.

Wypływamy ku żywiołowi. Po 2 godzinach większość załogi nieprzytomna ląduje pod pokładem. Ja jeszcze nigdy nie czułam się gorzej, choroba morska przypomina mi cięższą wersję grypy żołądkowej. Udaje mi się trochę uspokoić żołądek na krótkiej drzemce. W końcu decyduję się powalczyć, przecież wszystko tak naprawdę zaczyna się w naszych głowach. Pomagam przy żaglach, stoję za sterem i wymiotuję przypięta na linie do deku. Denerwuję się już okropnie, przy każdym wychylaniu sie za burtę dostaję zimną i słoną wodą prosto w twarz, ciężko się poruszać, doskwiera ból głowy i przemoczone ubrania. Ktoś tu mówił, że żeglowanie jest nudne?  Zostaje nas już tylko czwórka włącznie z Kapitanem, prowadzimy jacht na zmiany, morze nie chce uspokoić się ani na chwile, za nami 8 godzin. Czuje, że powoli wygrywam sama ze sobą, zaczynam robić się głodna, odzyskuję energię i siły. Teraz mogę już płynąć choćby całą kolejną dobę. Po 14 godzinach trudnej żeglugi Kapitan podejmuje decyzję o wejściu do portu w Łebie. My może dalibyśmy radę, ale reszta załogi potrzebuje przerwy i regeneracji. O 2 nad ranem rzucamy cumy i schodzimy na chwilę na stały ląd. Jeszcze szybka kalkulacja strat, na szczęście niewielkich i zbawienny dla wszystkich sen..

Rano trzeba naprawić zerwaną podczas sztormu taśmę od foka, nasz jacht nie jest specjalnie zaopatrzony w sprzęt do małych napraw, więc staramy się wygrać kreatywnością. Do szycia wykorzystujemy własnoręcznie zrobioną w bosmanacie igłę. Szybkie tankowanie paliwa i ruszamy dalej.

Dziś jest już nieco łatwiej, Neptun nieco łaskawszy, 6 B, ale wiatr wciąż w twarz. Chyba już trochę przyzwyczajeni do warunków, dzielnie prowadzimy kolejne wachty. Przed nami wyzwanie- co najmniej kilka dni ciągłej żeglugi. Nasz następny cel to Kopenhaga, dziś wydaje się daleka i nieosiągalna.

Wczorajszy dzień wiele mnie nauczył. Morze to żywioł, wobec którego my jesteśmy bezsilni, w obliczu jego mocy jesteśmy mali i bezbronni. W codziennym życiu często wydaje nam się, że potrafimy być niepokonani, że jeśli włożymy w coś sto procent energii to uda nam się wygrać. Co zmienia się zatem gdy z naszych oczu znika ląd? Zostajemy niewielką kropką poruszającą się na ploterze. Zależni od fali, wiatru, zdani na łaskę natury. Dziwne to dla mnie uczucie zostać bezsilną, zwykle nie pozwalam sobie na to. Pozwala mi to jednak zapomnieć, o tym co zostało kilkadziesiąt mil za nami i skupić się na rzeczach naprawdę istotnych, zastanowić
się o co w moim życiu walczę i  czego oczekuję.

Pierwszy raz zostało mi powierzone prowadzenie wachty. Stwierdziłam, że to dla mnie szansa na naukę stawiania żagli, podszkolenie się z nawigacji i sztuki manewrowania jachtem. Wiedziałam, że to też duży kredyt zaufania, dlatego szczególnie do nocnych wacht starałam się podchodzić bardzo odpowiedzialnie. Udowodniłam sobie, że wyzwania motywują do działania, konsekwentnie uczyłam się nowych rzeczy.

Takie kilkudniowe przeloty między portami to ogromny wysiłek dla załogi. Wiecie, okazało się, że najprostsze czynności potrafią być bardzo trudne. O umyciu się praktycznie nie ma mowy, przy przygotowywaniu obiadu dla 9 osób można poćwiczyć gimnastykę, a przejście 3 metrów z koi do toalety bez nabicia sobie po drodze ogromnej liczby siniaków o wszystkie stoły i szafki to już całkiem duży wyczyn. Są też chwile relaksu przy kawie i książce. Zwykłe życie na jachcie to jednak ciągła praca.

Po 56 godzinach na morzu docieramy do Kopenhagi, wpływamy do małego portu praktycznie w centrum miasta, nieco zmęczeni stawiamy pierwsze kroki na lądzie. Szczerze mówiąc kołysa mną jeszcze dobre kilka godzin przy zwiedzaniu miasta. Uciekamy z Kamilem zgubić się w mieście. Znajdujemy śliczną małą kawiarnię, gdzieś daleko od tłumów turystów przemierzających ścisłe centrum miasta. Pijemy przepyszną kawę, obserwujemy toczące się dookoła życie. Postanawiamy ruszyć na spacer, trafiamy na ogromne ogrody zamkowe- pełne zieleni i kwiatów, miejsce w którym mieszkańcy zatrzymują się na gry terenowe, rodzinne pikniki i spotkania towarzyskie. Mijamy plenerowy koncert i trafiamy do kolejnego parku tym razem prowadzącego do terenów zabudowy wojskowej. Przychodzi wieczór, podświetlone fontanny nad brzegiem rzeki wyglądają magicznie. Spacer kontynuujemy poszukując „Nomy“. Chcemy choć z zewnątrz zobaczyć tą gwiazdkę światowej gastronomii. Przekraczamy mieniący się tysiącem świateł most i po kilku minutach stajemy przed drzwiami restauracji. Wszyscy pracują jak w zegarku, każdy zna swoje miejsce, tu nic nie dzieje się przypadkiem, potrawy wyglądają jak wycięte ze zdjęć najlepszego branżowego czasopisma , a uśmiechnięte twarze gości świadczą o wysokim poziomie lokalu i wysokiej jakości serwowanych tu potraw. Na stolik  w „Nomie“ czeka się kilka miesięcy, może przy kolejnej wyprawie uda się zobaczyć tą perełkę też od środka. Swoje kroki kierujemy na miejscowy„Street Food“, gromadzące się wokół tego miejsca tłumy młodych ludzi świadczą o tym, że trafiliśmy do jednego z bardziej popularnych miejsc. Wieczorami robi się tu głośno i kolorowo, koncerty Dj-ów na wolnym powietrzu, a we wnętrzu ogromnej blaszanej hali można odkrywać smaki niemal całego świata. Kilkadziesiąt food tracków i barów, serwujących kuchnie europejskie, a miejscami też te bardziej egzotyczne. Bierzemy do rąk po butelce miejscowych trunków i rozsiadamy się na leżakach nad brzegiem rzeki. Ogrzewani ciepłem rozpalonego ogniska, zasłuchani w rozbrzmiewającej wokół muzyce cieszymy się, że udało się odkryć serce kolejnego kraju, poszerzyć horyzonty.

Nieco zmęczeni po całym dniu wędrówki wracamy na jacht. Każdy z nas potrzebuje chwili wytchnienia i odpoczynku. Nazajutrz ruszamy dalej. Kolejnym way pointem ma zostać szwedzki Goeteborg. Liczymy, że uda się dopłynąć jeszcze na odbywający się tam właśnie Zlot Żaglowców.

Nasze plany rozpływają się niestety zaraz po wyruszeniu z portu. Stawiamy foka, który okazuje się być rozerwany na długości niemal pół metra i zamiast spełniać swą funkcję zostaje naszą dyszą powietrzną, łapiącą wiatr dosłownie do środka żagla. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zmienić kurs na największy możliwy port w Kopenhadze i szukać pomocy..

Pewnie myślicie, że to już koniec naszych problemów? Otóż nic bardziej mylnego, dopływając do portu orientujemy się, że mamy dziś sobotę …najgorszy z wszystkich możliwych dni na naprawę jachtu. Mało nam szczęście dopisuje, ale załoga Xeli się nie poddaje. Postanawiamy, pozbawieni innych możliwości, wykorzystać zapasowe nici do szycia żagli i zacząć cerować. Kilka godzin mozolnej pracy Kapitana oraz czterech dzielnych załogantów i fok wygląda jak nowy. Może po powrocie zaczniemy zarabiać na drobnych, weekendowych naprawach jachtów?? Cały czas do przodu- zgodnie z tym hasłem przemierzamy kolejne morskie mile.

Na jachcie czas mierzy się w jakichś nieco innych jednostkach, nie mają dla Ciebie specjalnego znaczenia noc i dzień. Wszystko odmierzasz na wachty za sterem albo kambuzowe. Nic poza tym nie musisz, za to możesz wszystko, uczyć się, szkolić, pracować na jachcie, ucinać sobie drzemki, odrabiać literackie zaległości, pisać dzienniki, a przy spokojnym morzu wygrzewać się po prostu na deku w blasku promieni odbijających się od tafli wody.

Późnym wieczorem któregoś tam dnia wpływamy do szwedzkiego Goeteborgu. Wejście do portu mieniące się tysiącami kolorów wywiera na nas ogromne wrażenie. Pomimo zmęczenia postanawiamy podjąć się jeszcze małego spaceru po okolicy i znaleźć przystań w przyjemnym, klimatycznym pubie gdzieś w centrum. Okazuje się, że niepotrzebnie narzekamy na „krakowskie wysokie ceny“, bo wyobraźcie sobie, że piwo w zwykłym barze może też kosztować 40 zł/0,5 l- uwierzcie mi, że doceniacie wówczas każdy łyk.

Kolejny dzień postanawiamy poświęcić na zwiedzanie żaglowców. Z bliska wyglądają naprawdę imponująco, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Dopiero udało mi się opanować nazwy wyposażenia prostego jachtu i lin za które trzeba pociągać, a tu przed moimi oczami ogromy żaglowiec z sto razy większą liczbą lin, haków, kabestanów i innych akcesoriów- nieprawdopodobne, że chodzą po tym świecie ludzie, którzy znają te statki jak własny dom i potrafią bezpiecznie prowadzić je przez morza i oceany. Jako grupa polskich amatorów żeglarstwa, jakimś zrządzeniem losu znajdująca się akurat w Szwecji , dostajemy szansę postawienia swoich stóp na pokładzie słynnego Frederyka Chopina. Monumentalny, mieniący się dziesiątkami białych żagli w blasku słonecznych promieni, piękny i wydawałoby się- niezniszczalny. Stając za kołem sterowym zaczęłam zastanawiać się jak perfekcyjne wyczucie statku należy mieć, żeby trzymać tutaj idealny kurs na wiatr. ( Może dla mnie wydawało się to bardziej niemożliwe, gdyż ster zdawał się być wielkościowo równy mnie ). W nieskończoność trwały nasze okrzyki zachwytu nad kolejnymi mijanymi w porcie żaglowcami. Może któregoś dnia i nam uda się zostać załogą jednego z nich.

Tymczasem ruszamy na ekspresowe zwiedzanie pozostałej części miasta. Nasze kroki kierujemy w stronę słynnego ogrodu botanicznego. Miasteczko okazuje się być przepiękne, urokliwa zabudowa, uśmiechnięci mieszkańcy i wysprzątane uliczki. Wszystko tu do siebie pasuje. Ogród botaniczny
i tamtejsza palmiarnia to rzeczywiście jedne z pięknieJszych rezerwatów natury jakie widziałam. Ogromne zadaszone ogrody gromadzące dziesiątki gatunków egzotycznych roślin, przenoszą nas na chwilę w podróż w jeszcze odleglejsze krainy niż te do których udało się dotrzeć. Cel postawiony- kolejnym razem wszystko to trzeba zobaczyć w naturalnym środowisku. W drodze powrotnej na jacht musimy uzupełnić braki w wyposażeniu naszej lodówki. Ja, Kamil i Małgosia dzielnie biegając po szwedzkim hipermarkecie staramy się skompletować wszystkie najpotrzebniejsze produkty. Po niecałej godzinie nasz koszyk jest prawie pełny. Z niecierpliwością czekamy na rachunek, patrząc po cenach na półkach- zostawimy tu majątek. Oczekiwania stają się rzeczywistością, w Polsce za te same pieniądze mielibyśmy jakieś 4 razy więcej produktów. Przez chwilę zastanawiamy się więc jak dużo więcej musi zarabiać tutaj przeciętny obywatel, żeby było go stać na chleb za 8 zł i wodę mineralną za 10? W lekkim szoku wracamy z zakupami na jacht, to już czas ruszyć znów na morze. Przed nami szkiery, których już wszyscy nie mogą się doczekać. Paweł w wycieczce po szkierach wywęszył swą kolejną szansę na złowienie jakiejś świeżej rybki na obiad.

Pływamy wśród pięknych powulkanicznych wysepek z dziką przyrodą i ślicznymi małymi domkami, wydaje się jakby mieszkający tu ludzie żyli w raju. Pogoda jak na obecną porę roku naprawdę nas rozpieszcza, wiatry sprzyjają. Nie możemy oderwać się od aparatów, każdy z nas chce choć na chwilę zatrzymać dla siebie ten obraz. Udaje nam się znaleźć dogodne miejsce na zatrzymanie się na kotwicy. Paweł próbuje szczęścia z wędkowaniem, Gosia i Ania odważnie wskakują popływać w błękitnej tafli wody. Jest czas na przygotowanie obiadu- chociaż raz bez dodatkowej atrakcji w postaci kołyszącej fali. Najedzeni i wygrzani promieniami słońca wracamy do wieczornej żeglugi. Zaczarowani urokiem jednej z wysp, zatrzymujemy się jeszcze na wieczorny spacer. Na lądzie jest zaskakująco cicho i spokojnie. Opustoszałe miasteczko z małym zamkiem i willami ze snów. Każdy tu zamiast samochodu posiada swój własny jacht. Miejsce wydaje się być idealne na chwilę odpoczynku od zgiełku miasta.

Nocne żeglowanie po szkierach pozOstanie w naszej pamięci jako wyzwanie dla odważnych. Wąskie szczeliny między skałami, gdzieniegdzie święcące tyczki wskazujące drogę. Mieścimy się na centymetry, pilnując kursu z dokładnością do 1 stopnia. Całonocną walkę z perspektywy poranka, wszyscy zgodnie uznajemy za dobrą przygodę. Kolejny dzień spędzamy na dotarciu do Oslo. Norwegię zaczynamy zwiedzać od widocznych z deku niewielkich fiordów otaczających drogę morską wejścia do portu w stolicy. Kilkanaście godzin później lądujemy w porcie w sercu miastu. Zmęczeni wyprawą znajdujemy siłę jedynie na prysznic, kolację i szklaneczkę rumu albo dwie…Przy dźwiękach gitary, na której Kamil wygrywa dla nas dźwięki ulubionych szant, zapadamy w upragniony sen. Kolejny dzień chcemy poświęcić na zwiedzanie miasta.

Pierwsze kroki kierujemy na wodny tramwaj mający dostarczyć nas do Muzeum Fram. Ogromna wystawa poświęcona jest wyprawom polarnym. Statki z żeglugi na najdalsze krańce świata, świetnie zakonserwowane, otwarte są do zwiedzania. Można na chwilę przenieść się w inne czasy, poczuć się jak odkrywca,  wyobrazić sobie jak musiało wyglądać tamto życie. Twórcy muzeum zadbali nie tylko o dokształcenie nas z obszernej historii wypraw, jak i przybliżenie nam z najdrobniejszymi szczegółami życia codziennego na jednostkach ekspedycyjnych, ale pokazali też warunki atmosferyczne panujące w obszarach biegunowych. Specjalnie przygotowana komora, imituje temperaturę i wizualizuje nam prawdziwie polarne, surowe warunki. Po kilku godzinach wychodzimy naprawdę usatysfakcjonowani. Miejsce warte odwiedzenia.

Organizujemy jeszcze kilkugodzinny spacer po centrum. Znajdujemy tu z Kamilem schowane w cieniu zabytków magiczne miejsce. „Drzewko szczęścia“, na którym każdy może umieścić swoje marzenie spisane na małym bileciku. Są tu kartki z całego świata, spisane z różnych językach. Uwierzyliśmy, że działa, pewnie zrobimy teraz wszystko, żeby nasze marzenie też się spełniło.

Wieczorową porą trafiamy na zamek na wzgórzu. Widok stąd jest nieziemski, miasto mieni się tysiącami świateł. Port z powiewającymi żaglami dziesiątek jachtów, wygląda z tej perspektywy wyjątkowo imponująco. Xela jest już gotowa do dalszej podróży….

Sam zamek ma w sobie też odrobinę magii, ukryte komnaty z grającymi, błyszczącymi pozytywkami w kształcie statków, figury postaci broniących każdej bramy fortecy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na małą kawę i piwo. Znów jest to jedna z naszych najdroższych przyjemności w tym mieście. Tak tylko rozwiewając wątpliwości- kawa czarna- 20 zł, piwo lane- 50 zł.

Szykujemy Xelę do wyjścia z portu. Gdy już jesteśmy praktycznie gotowi, okazuje się, że jacht z jakiegoś powodu nie ma zasilania. Zaczynają się problemy. Męska część załogi zaczyna rozkręcać jednostkę, szukając źródła problemu. Bezskutecznie próbujemy wszystkich swoich sił, żeby udało się wyruszyć jeszcze dziś.
Po 3 godzinach znajdujemy źródło braku wystarczającego zasilania, szkoda, że jacht musieliśmy rozłożyć już prawie na części. Szczęśliwi jak nigdy, odpalamy silnik, światła i ruszamy w drogę powrotną do Danii. Wracamy do powadzenia wacht. Śpię w dzień, żyję w nocy. Warunki męczą nas okropnie. Morze znów nas nie oszczędza. Praktycznie cały czas płyniemy pod wiatr, do tego mgła tak gęsta, że decydujemy się co 5 minut meldować swoją pozycję na radiu. Próbujemy dać znać innym jednostkom o naszym istnieniu. Zagrożenie rozpływa się po kilku godzinach razem z mgłą. Wiatr nie ustaje. Udaje mi się w nocy postawić żagle i odpuścić trochę prowadzenie na silniku. Rano lądujemy bezpiecznie w porcie w Skagen. Nie marzymy właściwie o niczym innym, jak tylko o porządnym śniadaniu. Inwestujemy w pyszne świeże ryby w porcie i ucinamy sobie kilkugodzinną drzemkę. Skagen jest przeciętnym, małym, duńskim miasteczkiem. Robimy sobie małą wycieczkę po plaży. Z tęskoty chyba za włoskim jedzeniem, którego jesteśmy z Kamilem ogromnymi fanami, na kolację wybieramy się do włoskiej restauracji na pizzę i pyszną kawę. Reszta załogi, wciąż głodna morskich smaków decyduje się na smażone ryby i owoce morza w portowej tawernie.

Kolejnego dnia rano wczesną pobudkę zapewnia nam Mariusz, który wraz ze swoją załogą zabiera Xelę w drogę powrotną do Polski.

Wyprawa nauczyła nas wszystkich pokory, radzenia sobie w najtrudniejszych warunkach. Dzięki niezwykłemu Kapitanowi wszyscy zdobyliśmy nowe umiejętności, mieliśmy okazję rozwijać się pod jego czujnym okiem. Miłość do żeglarstwa jest trudna i wymagająca, a jej prawdziwe piękno tkwi w pokonywaniu swoich barier i słabości. No i w czymś oczywistym, ale najbardziej wartościowym w odkrywaniu świata
i samego siebie…

Anna Dróżdż

Kategorie
Blog

Miasto Łeba partnerem wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców

Miasto Łeba partnerem wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców.

Podczas żeglarskiej Majówki 2017 wpłyniemy naszymi jachtami do portu Łeba. Krótki program naszej wizyty w Łebie 
1 maja 2017 
1600: Przewidywane wejście do portu Łeba, jeśli Neptun pozwoli 
1600 – 20.00: Udział w Wielkiej majówce w Łebie 
21.00- do wyczerpania energii ognisko w porcie jachtowym

Mamy wolne miejsca na Majówkę 2017 

Kategorie
Blog

Arktyka 2017 – w przededniu zapisów

„Potrzebni mężczyźni na niebezpieczną podróż. Niskie płace, praca w skrajnym zimnie, przez wiele godzin w całkowitej ciemności. Bezpieczny powrót wątpliwy. Honor i uznanie w przypadku sukcesu”.

Tej treści ogłoszenie Ernest Shackleton umieścił w „The Times” ponad sto lat temu rozpoczynając nabór członków swojej ekspedycji na dalekie południe. My – w jakimś sensie kontynuując jego dzieło – wybieramy się jednak na daleką północ – do mroźnej Arktyki. Przed nami wiele wyzwań organizacyjnych i żeglarskich, ale kluczem do sukcesu są wartościowi członkowie wyprawy, każda z osób tworzących załogi poszczególnych etapów oraz osoby, które wykonają ogrom pracy na lądzie.

Kogo poszukujemy? Tym razem i mężczyźni i kobiety. Na zarobek nie ma co liczyć. Pracy i trudu dużo, i w dzień i w noc. Bezpieczny powrót wszystkich podstawą – wzorem Shackleton’a – który pomimo ekstremalnie ciężkich warunków i licznych niebezpiecznych przygód nie stracił nikogo.  Poszukujemy młodych duchem i odważnych ludzi, którzy zechcą porzucić swoją codzienność i wyruszyć z nami na pokładach jachtów.

Co w zamian? Honor i uznanie w przypadku sukcesu naszej wyprawy, wielka żeglarska przygoda oraz satysfakcja. Cudowne miejsca po drodze, pokonanie słabości i sprawdzenie siebie. To chyba dużo …   

Kategorie
Żeglarstwo

Rejs 4 Kontynenty na trasie Skagen – Gdańsk – 10.09 – 24.09.2016 r.

9 września, wczesnym rankiem wyruszyliśmy w długa podróż z Krakowa do Skagen – nadmorskiej, duńskiej miejscowości. Miejsca, gdzie morze Bałtyckie wita się z Północnym. Wiele godzin spędzonych w zaształowanym po brzegi busie zbliżyły do siebie grupę ludzi, którzy zaraz mieli stać się jednym ciałem – załogą SY Xela. W porcie zawitaliśmy tuż przed świtem. Jedni łapali ostatnie chwile snu, podczas gdy ci najwytrwalsi udali się przywitać z morzem, które przez najbliższe dwa tygodnie dzielnie znosiło nasze towarzystwo, dając nam spełnienie i nie ograniczoną radość żeglowania.

Nasze wczesnoporanne towarzystwo dzielnie zniosła także załoga kpt Marka Rajtara – humanitarnie poczekaliśmy ze zrobieniem im pobudki do przyzwoitej godziny oraz w geście żeglarskiego miłosierdzia, nie odebraliśmy im ich ostatniego w tym rejsie jachtowego śniadania. Zgodnie z planem odebraliśmy jacht o godz. 9:00, żegnając poprzednią załogę – rozpoczęliśmy nasza morską przygodę. Pierwszy dzień był dniem luzu. Zaształowaliśmy nasze rzeczy, zapoznaliśmy się z jachtem i odpoczęliśmy po męczącej podróży.

Drugiego dnia, zaraz po przebudzeniu mogliśmy wreszcie poczuć po co żyjemy!!! Ryczący wiatr zdradzał nam, co też nas czeka, gdy tylko miniemy bezpieczne główki portu… Naszym celem był Varberg. Neptun nie odpuścił…

Dając nam 6B, upomniał się o należyte mu honory! Varberg okazał się miejscem reperowania pierwszych szkód. Gitara dostała nową strunę, a dziewczyny z naszej załogi okazały się najlepszymi żagielmistrzami na świecie. Za dnia trasa z Varbergu do Kopenhagi minęła nam spokojnie i leniwie- w rytmie szant, w akompaniamencie gitary, silnika i próbujących dojść czasem do głosu żagli. W godzinach nocnych Neptun znów przypomniał nam o swoim istnieniu.

Zmieniający się co chwilę kierunek wiatru pozwolił nam poczuć smak żeglarstwa. Ciągła zmiana halsu skutecznie stawiała na nogi śpiących pod pokładem załogantów. Kopenhaga urzekła każdego. Jednych po raz pierwszy, drugich po raz kolejny. Mieliśmy wspaniała przewodniczkę – Elize . Nasza sympatyczna koleżanka pokazała nam miasto, opowiedziała kilka ciekawych anegdot i legend. Z Kopenhagi obraliśmy kurs w kierunku Falsterbokanalen – czyli z premedytacją postanowiliśmy trochę „pomieszkać” pod mostem. Kanał Falsterbo znajdujący się pomiędzy Danią a Szwecją ma długość 1 Mm. Wejścia z obu stron osłonięte są obszernymi awanportami. W całym kanale obowiązuje ograniczenie prędkości do 5 węzłów oraz zakaz używania kotwicy. Od strony południowej znajduję się pokaźny, betonowy most zwodzony. Pod mostem nie ma możliwości aby przepłynęły nawet najmniejsze jednostki. Należy czekać na otwarcie. Okolice kanału są wspaniałym miejscem do zwiedzania i rekreacji. Następnym, trochę nieoczekiwanym celem naszej żeglugi było Sassnitz. Ale, czyż to nie jest cudowne w żeglarstwie, że port, do którego się dopłynęło, nie zawsze musi być portem, do którego się zmierzało? Niewielka, nadmorska niemiecka miejscowość’ otoczona klifami i dość trudnym podejściem do portu –  zwłaszcza w godzinach nocnych – naszą uwagę zwróciły liczne ukryte w morzu skały. Sassnitz było także miejscem, gdzie do załogi dołączyła jedenasta osoba – tajemnicza Amba. Nikt jej nie widział, nikt jej nie słyszał, ale każdy wiedział, że jest to ktoś kto niepostrzeżenie podkrada nam nutelle, kawę i zapalniczki! Opuszczając Sassnitz, pożeglowaliśmy w kierunku Polskich wód Bałtyku, kolejno goszcząc w portach Kołobrzegu i Władysławowa, obserwując piękną, rodzimą linię brzegową naszego kraju, kończąc naszą przygodę po 17 dniach w Górkach Zachodnich…

Katarzyna  Jugo

Kategorie
Żeglarstwo

Rejs 4 Kontynenty na trasie Gdańsk – Kopenhaga – Goteborg – Oslo – Skagen

Przygotowany przez ostatnie 2-3 miesiące rejs na trasie Amsterdam – Fryzja – Jutlandia – Norwegia – Skagen (wszystko zapięte na ostatni guzik)  jak domek z kart rozbiła w jednej chwili poważna awaria silnika na Bystrzu. Zamieszanie, kilkadziesiąt telefonów i szybkie decyzję na kilkanaście godzin przed wyjazdem. Płyniemy z Gdańska do Skagen odwiedzając po drodze najwięcej ile się da: Danię, Szwecję, Norwegię. Załoga w składzie: Kamil, Bartek, Gosia, Weronika, Paweł, Kamila, Ania i Ania – potwierdziła. Mimo zmiany trasy, jachtu – płyniemy !!!

Tak więc poranek niedzielny 28 sierpnia po całonocnej podróży zastał nas w marinie Górki Zachodnie, gdzie czekała już  Xela, która dzień wcześniej z ekipą z 4K wróciła ze Szwecji. Szybkie powitania, znajome twarze, zaprowiantowanie, przygotowanie jachtu do wyjścia – bo czas nas goni. Dziś w nocy ma przyjść sztorm, który jeśli szybko nie ruszymy – przytrzyma nas na kilka dni.  Prognoza na najbliższy czas niekorzystna – wiatry zachodnie – a więc „w mordę”, ale to jak się później okaże standard tego etapu. Oddajemy cumy i ruszamy, w planie: dojść do Władysławowa.

Po kilku godzinach lądujemy w przyjaznym Władku, który z racji ostrzeżeń przed sztormem staje się portem schronienia. Poniedziałek upływa więc pod znakiem integracji, sabotażysty, nalewek Weroniki,  zapoznania z sobą i jachtem, ostatnich zakupów. Meteo na najbliższe dni wciąż bezlitosne: 6-7 W, stan morza 4-5. Wybór dogodnej trasy, jakby nie kombinować ostra halsówka i wychodzi, że żeby dojść do Sundu musimy w poprzek przepłynąć Bałtyk 7 razy ;-). Ale cóż – może coś odkręci, może uda się pójść ostrzej …

Tak więc we wtorek 30 sierpnia o godzinie 10 żegnamy gościnną marinę we Władysławowie i ruszamy w morze. Warunki ciężkie, kładziemy się lewym bajdewindem na w pełni zrefowanych żaglach i  walcząc z kilkumetrową falą idziemy NNW. Kto z załogi nie zdążył wyjść na pokład już mu się to nie udało … Neptun zebrał żniwo niemal od wszystkich, na pokładzie pracujące cały dzień 2-3 osoby. Oj rzucało nami ostro i po 6 godzinach zrobiliśmy zwrot przez sztag kierując się w stronę Łeby. Decyzja co dalej podjęta będzie w nocy. Kilka usterek, pęknięte szekle, mocowania sztagu oraz bardzo zły stan większości załogi, dla której był to pierwszy poważny „chrzest morski” sprawiły, że zdecydowałem się na kilkugodzinny postój w Łebie. Cumujemy po 1 w nocy. Wreszcie odpoczynek i czas na konieczne naprawy. Te kilka godzin pozwoliły przywrócić do życia wszystkich …

Środa 31 sierpnia, żeby nie tracić zbędnego czasu po 9 ruszamy w morze. Wiatr już trochę słabszy, morze spokojniejsze, jednak kierunek dalej niekorzystny. No i jak tu twierdzić, że gentelmani nie pływają pod wiatr? Jednak, przy wcześniejszych dniach, już wszystko wygląda łagodniej. Wachty normalnie pracują, udaje się ugotować obiad, przepiękny zachód słońca, Kamil nawet wyciągnął gitarę. Kiedy słońce gaśnie w morzu nad nami rozpościera się malowniczy pejzaż gwiazd, którym wyścielone jest całe niebo … Ech, jest pięknie.

Noc upływa na trawersowaniu Bornholmu od północy. Ze względu na prowadzone na wschód od wyspy manewry statków NATO – dość szerokim łukiem.  Nasłuchiwanie komunikatów z radio Witowo, ale cóż tu słuchać – jak i tak wiemy, że od zachodu ;-). Świt wita nas na rucie, zaczyna się czytanie światełek statków, kursów kolizyjnych, zabawa – coś się dzieje. No i powoli zaczynamy zbliżać się do wybrzeży Szwecji – za kilka godzin, halsują się mamy szansę osiągnąć wysokość Ystad. Inną opcją kurs na Kołobrzeg. Trzymając się jednak szwedzkiego wybrzeża powoli pniemy się na zachód. Po drodze jakaś burza, ale jak już utarło się powiedzenie na pokładzie: konsekwentnie, cały czas naprzód.  Tak mija czwartek, pierwszy dzień września.

Piątek, 2 września – niektórzy z nas powinni właśnie witać się ze szkołą, ale nocne godziny i z nimi upływające mozolnie mile, sprawiły, że wreszcie osiągnęliśmy Sund i idąc wzdłuż ruty wreszcie możemy zmienić kurs na N. Pierwszy raz korzystne wiatry, nabieramy szybkości i zbliżając się do wybrzeży Danii obserwujemy z daleka majestatyczny Oresund Bridge oraz farmy wiatrowe. Podejście do Kopenhagi jest niesamowite. Slalom pomiędzy promami z mnóstwem samolotów nad głową, ocierających się niemal o maszt – zrobił na nas duże wrażenie. Nasza wsparcie brzegowe (dzięki Mariusz!) wskazało nam kameralną marinę Langeline, w samym centrum Kopenhagi, tuż przy syrence. Krótkie manewry portowe, cumy na ląd i „tak stoimy”. Godzina 12 – czyli po ponad 2 dobach non stop w morzu suchy ląd. Trzeba było to uczcić toastem, no i oczywiście ciepłym prysznicem w marinie. Miejsce bardzo nam się spodobało, marina w kształcie okręgu, w którym jachty parkowały wzdłuż jego promieni, zakładając cumy rufowe na bojkę, a dziobowe na ląd. A więc Dania i jej stolica, na której zwiedzanie planowaliśmy poświęcić niecałą dobę (cóż, czas nas gonił).

Kopenhaga okazała się być ładnym miastem, pociętym jak Amsterdam licznymi kanałami. Jednakże dla osób które tak jak ja niedawno odwiedzały Sztokholm może być delikatnym rozczarowaniem. Zrobiliśmy jednak długi, do godzin późnowieczornych spacer po jej najważniejszych częściach. Klimatyczny kanał Nyhavn, zamki, katedry, główne ulice, Street Food oraz ogrody Tivoli. Tam znaleźliśmy lokalną knajpkę, która specjalizowała się w stekach. Jedzenie smaczne, ceny wygórowane, ale rozczarował nas poziom obsługi. Cóż ….

W drodze powrotnej spotkaliśmy na mieście załogę Barlovento II, która wraz z kpt. Rysiem Wyką wracała z Norwegii. Kilkanaście minut rozmowy, bardzo miłe spotkanie zakończone zaproszeniem na ich jacht, który przycumował w tej samej co my marinie. Tak więc następnego dnia rano odwiedziliśmy gościnne Barlovento, gdzie poczęstowano nas kawą i czymś do niej. Miałem również przez to okazję odszukać w każdym zakamarku jachtu wspomnienia z rejsu po wodach wschodniej Grenlandii.

Jednakże zbliżało się już południe, a przed nami trasa do Goteborgu. Trzeba było pożegnać znajomych i ruszyć dalej. Po wyjściu z portu postawiliśmy genuę i okazało się, że jej klejone warstwy puściły i żagiel nie nadaje się do dalszej żeglugi. Cóż, trzeba było zawrócić i szukać pomocy w pobliskich marinach. Pierwsza nic, druga również, sobota po południu nie jest dobrym czasem do poszukiwań kogoś, kto poskleja nam żagle. Mając w perspektywie 2-dniowy postój sami przystąpiliśmy do naprawy. Przydały się przyrządy nawigacyjne do precyzyjnego wyznaczenia miejsc dziur do ściegu i po chwili na 2 igły rozpoczęliśmy szycie. Ktoś zanucił: „Hej, me bałtyckie morze … żagle pięknie cerować” i po 2 godzinach pracy byliśmy gotowi do dalszej żeglugi. Warunki świetne, połwiatrowo-baksztagowe 4-6, co jakiś czas fala zalewająca kokpit,  Kamila przelatującą przez całą messę, jednak prawdziwa jazda, radość z pływania. W środku nocy mijamy wrota pomiędzy Helsinborgiem  a Helsingorem z mitycznym zamkiem Kronborg. Po jakimś czasie zaczyna prowadzić nas latarnia na przylądku Kullen, płynąc skrajem ruty mijamy się z licznymi statkami. Po kilku godzinach wypływamy na szerokie wody Kattegatu. Wiatr sprzyja, fala coraz większa, kurs na Goteborg, przed nami jeszcze jakieś 90 mil. Późnym popołudniem w pobliżu półwyspu Moenster znajdujemy zaciszną zatoczkę, w której łapiemy trochę odpoczynku cumując do boi, jemy obiad, a zauroczone miejscem Gosia i Ania biorą kąpiel, w odczuciu mojego zanurzonego małego palca, w lodowatej wodzie.

Wieczór  4 września – zastał nas przy wejściu do Goeteborga, udało się skrócić trasę płynąc pomiędzy szkierowymi wysepkami. Zaplanowaliśmy znowu postój w samym centrum, w marinie Lilla Bommen, a więc czekała nas prawie 2h podróż w gorę rzeki Gota. Zachwyciliśmy się tym podejściem, podświetlone zachodzącym słońcem oraz rozpalającymi się latarniami i światłami rzędy kamienic i instalacji portowych. Nad nami most Alvsborgbron, który zmusił ze względu na swój niewystarczający prześwit do postoju na redzie Dar Młodzieży w trakcie odbywającego się właśnie Nord Sea Tall Ships Regatta. O godzinie 22 przycumowaliśmy w bezpośrednim towarzystwie żaglowca Viking. I nadszedł czas na nocny spacer po Goteborgu, zakończony wizytą w jedynym otwartym pubie, gdzie udało nam się kosztować miejscowe piwa. Goteborg nocą bardzo nam się spodobał, jednak zdziwiły nas totalnie wyludnione ulice. Powrót na jacht i szybka, krótka drzemka.

Poniedziałek, 5 września– zaplanowaliśmy dalszy start na godzinę 14, a więc było kilka dobrych godzin na zwiedzanie. Rozpoczęliśmy od parady żaglowców, gdzie wśród licznie zgromadzonych jednostek wyróżniał się Fryderyk Chopin. Uzyskaliśmy zgodę kapitana na zwiedzanie, paru znajomych na pokładzie, kilka pamiątkowych zdjęć i dalej. Darmowym promem na drugą stronę rzeki i spacer głównymi ulicami w stronę palmiarni. Po drodze polowanie na magnesy z nazwą miasta. Część załogi wybrała się do marketu celem doprowiantowania, cóż – już tu musieliśmy się pogodzić, że będzie coraz drożej. Ja musiałem przeznaczyć niemal 2h na wprowadzenie karkołomnej trasy przez leżące na północy szkiery, które planowaliśmy pokonać nocą. Wyszło koło 300 waypointów. Będzie fajnie.

Wystartowaliśmy o 14. Jeszcze rundka honorowa wzdłuż wszystkich żaglowców i czas ruszać w morze. W dali, na końcu ujścia rzeki Gota zamigotał nam Dar Młodzieży. Ostry skręt w prawo, no i wpływamy w strefę szkierów. Ta trasa zostanie nam na długo w pamięci. Zaczęło się sielankowo, krajobrazem wysepek z malowniczo położonymi mieścinami, czas zaczął płynąć powoli. Trudno było się nam oprzeć temu urokowi, więc najpierw w lokalnej marinie zaparkowaliśmy na szybki obiad. Potem trasa stawała się coraz bardziej malownicza, coraz węższe przejścia, wypłycenia, wszystko to w zachodzącym słońcu wyglądało niesamowicie. Kiedy zapanował zmrok znaleźliśmy kolejny porcik na wyspie Marstrandson, z górującym nad nim zamkiem. Kolacja, szybkie zwiedzanie – no i czas ruszać dalej. Przygoda dopiero się rozpoczęła. Kilkaset skrętów pomiędzy maleńkimi wyspami, skałami, wszystko już w totalnych ciemnościach. A ponieważ ploter był na dole w messie zaczęło się precyzyjne sterowanie. „2 stopnie w prawo, kolejne 2 stopnie w prawo, trzymaj, teraz 90 stopni w lewo”. Szlak był częściowo oznaczony, jednak zdecydowana większość boi nie świeciła. Dlatego jedna osoba z latarką cały czas przeszukiwała wodę przed nami. „Widzisz ten zielony odblask? Prawą burtą. Za nim następny – czerwony.  Jego lewą i za nim ostry skręt”. Były miejsca gdzie musieliśmy się zatrzymać i bardzo powoli pokonywać ostre zakręty. Czasami latarnie sektorowe, a o tym, że ktoś nie potrafi zinterpretować kardynałek – nawet nie można było myśleć. Prawdziwa szkoła nawigacji, zaufania, precyzyjnego sterowania. I tak do 4 rano. Bardzo, bardzo męczące, przez te 8 h pełne skupienie. Ale wielka frajda, szczególnie kiedy ze świtem opuściliśmy ten slalom i już bardziej pełnym morzem skierowaliśmy się ku Oslo.

Tam na zewnątrz odebraliśmy nagrodę od Neptuna. Baksztagowa 7 poniosła jak na skrzydłach naszą dzielną Xelę. Lecąc na samej genule momentami rozwijaliśmy prędkości  prawie 12 węzłów. Tak więc szybko, pod wieczór, uciekając przed burzą weszliśmy w Oslo Fiord. Po obu stronach pojawił się ląd, a na nim malownicze norweskie domki, latarnie, przystanie. Przed dziobem pojawili się wind i kite surferzy. Okrążyli nas kilkukrotnie, a my pognaliśmy dalej. Wraz z zachodem, za kolejnym zakrętem zaczęło wyłaniać się Oslo. Położone na opadających do morza wzgórza wyglądało dostojnie. Jeszcze kilka zwrotów i wpłynęliśmy do samego centrum, w pobliżu Ratusza, Opery, przepięknie wkomponowanych w to nowoczesnych budynków. Czyli do mariny Aker Brydgge. Porwisty wiatr i fakt, że nasz jacht poprzez nietypowe umiejscowienie śruby nie lubi manewrów portowych nie specjalnie przeszkodził nam w parkowaniu. Godzina 20 – ostatnia cuma na lądzie. Co było dalej, niewiele pamiętam. Zmęczony kolejną nieprzespaną nocą, tym razem w szkierach oraz bardzo intensywnym dnie po prostu padłem. Zycie na jachcie rządzi się swoimi prawami, szczególnie na Xeli. Jedna przeciekająca kabina dziobowa, a w niej najtwardsze dziobaki: Gosia i Weronika, 2 kabiny rufowe z Anią, Kamilem, Kamilą i Bartkiem, no i oczywiście messa. Czyli z jednej strony miejsce do spania dla Ani (grzecznie ułożonej na górnej półeczce), Pawła i mnie. No i oczywiście centrum wszystkiego co się da, zaczynając od życia jachtowego, miejsca spożywania posiłków i imprez, poprzez bakisty wypełnione jedzeniem oraz składowisko sztormiaków, aparatów, mnóstwa różnego rodzaju szpejów – gdzie walka o utrzymanie porządku jest pracą niemal syzyfową. Tym bardziej gdy przez cały czas rzuca, sztorm fartuchy sprawują się średnio i często próbując przymknąć na chwilę oko kładłem się na podłodze, gdzie po za kapiącą z forluków  wodą i ryzykiem bycia rozdeptanym można było znaleźć jakiś spokojny kąt. W takich oto okolicznościach, pomimo tego, że załoga świętowała tradycyjne już „cudowne ocalenie” tuż nad moją głową usnąłem. Ktoś tam jeszcze próbował przez sen częstować mnie wędliną, ale z marnym skutkiem. Sen – przyjaciel żeglarza, kapitana …

Środa, 6 września. Oslo. Trudno porównać dotychczas odwiedzone miasta. Ale chyba Oslo wywarło na nas największe wrażenie. Już od samego rana, po dobrym śniadaniu rozpoczęliśmy zwiedzanie. To co w nocy, oświetlone światłami wyglądało pięknie – nie straciło swojego uroku za dnia. Jak ułożyć plan zwiedzania, mając niespełna jedne dzień?  Ze względu na to, że planujemy w przyszłym roku wyprawę Arktyka 2017 oraz jakiś czas później wyprawę na Antarktydę musieliśmy rozpocząć od zwiedzania muzeum wypraw polarnych i arktycznych Fram. Tam, pośrodku różnych ekspozycji stoi zachowany w całości legendarny statek Fram (Naprzód), na pokładzie którego odbyły się wyprawy do Arktyki i Antarktyki. Cóż – trzeba przyznać, że oglądając osiągnięcia norweskich polarników jest czego zazdrościć. Jednak – współczesna nam historia stawia polskich żeglarzy na czele odkrywców biegunów, a przecież wszystko jeszcze przed nami. Nie przypadkowo wśród Norwegów, Duńczyków, Szwedów zrodziło się przekonanie, że wchodzący w trudne listopadowe, grudniowe miesiące do ich marin jacht musi być z Polski.

Wracamy promikiem znowu do centrum i rozpoczynamy dalszy spacer. Magnes upolowany (hurra), klimatyczne uliczki, mnóstwo pięknych zabytków, sporo zieleni, no i ludzie. W naszym przekonaniu „wylajtowani”, spokojni, siedzących w licznych knajpkach, rozmawiający … Taki mija popołudnie i wieczór. W nocy znowu płyniemy, więc czas musimy spędzać intensywnie. W końcu znajdujemy pub, w którym piję swoje najdroższe do tej pory piwo. Norwegia jest bardzo droga …

Kiedy o północy przygotowujemy jacht do wyjścia odkrywamy poważna awarię. Nie działają światła nawigacyjne, przyrządy, ploter, siada oświetlenie. No i zaczyna się zabawa. Najpierw panel kontrolny, bezpieczniki, styki, kable. Gdy to nie daje efektu zaczynamy wędrować tropem rozchodzących się po jachcie we wszystkie strony kabli. Kiedy po dwóch godzinach intensywnej pracy i rozebraniu niemal całego jachtu znajdujemy przyczynę – nie wiem czy śmiać się czy płakać. Ktoś przez pomyłkę wyłączył ukrytą w jednej z bakist wtyczkę do ładowania akumulatorów, zamiast sąsiadującej z nią wtyczki od bojlera. No cóż – ale poznaliśmy jacht niemal od podszewki ;-). Szybkie podładowanie akumulatorów i płyniemy. Druga w nocy.

Rankiem wychodzimy z fiordu i szukamy wśród norweskich wysepek miejsca na chwilowe stanięcie na kotwicy. Obiecałem Pawłowi okazję do łowienia dorszy. Ma to być też nasze pożegnanie z Norwegią. W trakcie postoju piszemy list z podaniem miejsca, czasu, kim jesteśmy oraz z kontaktem. Obiecując sowitą nagrodę temu kto odnajdzie butelkę z umieszczonym w niej listem. List napisany, potrzebna butelka. Całe szczęście zapodział się gdzieś Capitan Morgan, nie pusty. Tak więc toasty za nasz rejs, pożegnalne z Norwegią i zalakowania butelka ląduje w morzu. Gdzie dojdzie i czy ktoś ją znajdzie – czas pokaże.

Przed nami ponad sto mil do Skagen. Na południe. To dobrze się składa, bo właśnie wiatr wieje z południa. I pogoda ma się pogarszać. Po kilku godzinach, gdzieś na środku Skagerrak’u oraz przy okazji trasy statków dopada nas gęsta mgła. Widoczność spada do minimum. Nasz jacht nie posiada ani AIS’a, ani radaru.  Wydaje się, że z każdej strony może wychylić się jakiś prom i nie będzie wiele czasu na reakcję. Dlatego podwajamy wachty i dzieli widnokrąg na sektory dla poszczególnych obserwatorów. Włączamy wszystkie możliwe światła i zaczynamy co 10-15 minut przez UKF meldować ostrzeżenie, swoją pozycję, kurs i prędkość. Nic więcej nie możemy zrobić. Jest napięcie. Po 2-3 h całe szczęście wychodzimy z mgły i widoczność się poprawia. Równocześnie rozbudowuje się fala i tężeje wiatr. Niestety od dziobu. Czeka nas ciężka noc oraz niezły rollercoaster. Pewne jest, że nikt nie ma szansy na spanie. Godzina za godziną, mozolna walka, powoli ubywające mile. Wypatrujemy przed sobą latarni na przylądku przy Skagen. Zaczyna się zabawna dyskusja, że ponoć na łączeniu mórz tworzy się gigantyczna ściana z fal, nawet wypiętrzająca się do kilku metrów. No i jak my to przejdziemy ;-). Wiatr wciąż 5-6 S, stan morza 5. Odliczamy sekundy pomiędzy kolejnymi dużymi górami i dolinami. Ktoś chciał góry na morzu? W jednym pakiecie wszystko.

Ja jednak z podziwem patrzę na swoją załogę. Bo prawie 2 tygodnie wcześniej w podobnych warunkach zmiotło niemal wszystkich pod pokład. Dziś to co innego, po prostu: trudne marynarskie życie …

Piątek, 9 września. Wraz ze świtem pojawia się w oddali ląd, jesteśmy blisko. Dostrzegamy kilka statków stojących na redzie. Podejście do Skagen, coś się nie zgadza, nie pasują światła, główki portu jakby w innym miejscu. Płynąc po chwili przypominam sobie, że ktoś mi mówił, że dobudowano cały nowy pirs. A więc należy zaufać oznakowanemu szlakowi i zapomnieć na chwilę o nieaktualnych w tym miejscu mapach nawigacyjnych. Wreszcie port, tankowanie paliwa i o 0920 stajemu longside w marinie przy ul. Fiskehuskajen, w miejscu z charakterystycznymi dla Skagen domkami, sklepikami, restauracyjkami. Mamy niecałą dobę do przyjazdu następnej ekipy 4K. Pyszne śniadanie z wędzonymi rybami zakupionymi w pobliskim sklepiku. Zarządzony do 14 sen dla wszystkich. Trzeba trochę odpocząć, by móc resztę czasu przeznaczyć na spakowanie i klar na jachcie. W nagrodę fundujemy sobie długi spacer na zachód słońca na przylądku, który jest końcem Danii oraz tam gdzie stykają się wody Skagerrak’u i Kattegat’u. Jest pięknie, a dodatkową atrakcją jest stado wylegujących się beztrosko fok, którym niemal wszyscy staramy się nie zakłócać spokoju. Wracamy do miasta i na pożegnanie siadamy w knajpce bezpośrednio położonej przy naszym jachcie. Zamawiamy kolację, pyszną zupę z krewetkami oraz rybę. Duńskie piwo smakuje również wyśmienicie.

Sobota, 10 września. Obudziło nas wczesnoranne dreptanie po naszym pokładzie. Przyjechali, kilka godzin wcześniej. Wymiana umówiona została na godzinę 9, trudno, pomimo przerwanego snu, nie cieszyć się widokiem przyjaciół i znajomych. Mariusz, Paweł, Kasia, Aga, inni. Za nimi też długa i męcząca podróż. Cześć z nich poszła na spacer, cześć dosypia w samochodzie, a z resztą dzielimy się naszymi wrażeniami.  O 9 przekazujemy jacht, życzymy powodzenia. Koniec naszego rejsu. Wsiadamy do busa, a przed nami powrót do Polski.

Dziękuję moje ekipie za wspólny rejs. Oficerom: Kamil, Gosia, Paweł, Ania – dzięki Wam nie raz mogłem spokojnie i bezpiecznie próbować spać, nawet w tych trudniejszych warunkach. Bartek, Weronika, Kamila i Ania – za dobrą atmosferę, współpracę. Wam wszystkim za to, że udało nam się stworzyć fajną załogę i rejs się udał. No i ekipie 4 Kontynenty (przede wszystkim Mariusz, Marek) za wsparcie z brzegu.

MR

Foto: Mr i Małgorzata Sokołowicz