Kategorie
Blog

Oaxaca – stan w Meksyku i stan ducha.

Do miasta Oaxaca przejeżdżamy z samego rana. Jest dużo przed wschodem słońca. Ponieważ nasz hostel otwarty będzie dopiero od 7, ponad 2 godziny spędzamy na dworcu, aby na wszelki wypadek się nie narażać. 
Miasto, przez dni naszego tam pobytu pokazuje nam swoje dwa zupełnie różne oblicza. Pierwsze z nich rozpoczyna się od wschodu słońca. Na ulicę wychodzą normalni ludzie pracy. Tutaj większość obywateli spożywa swoje śniadanie na mieście, dlatego aż roi się od kramów ze śniadaniowym wyszynkiem. Każdy podążający niespiesznie (w końcu to Meksyk) do pracy przystaje na chwilę przy swoim ulubionym sprzedawcy śniadaniowym. Powoli, ponieważ turyści na ulicę dopiero po 10. O tej godzinie zacznie się wielka walka o klienta, polegająca na zapraszaniu do sklepu i zachwalaniu swojego towaru. Taki stan rzeczy trwać będzie do popołudnia, kiedy Oaxaca zacznie przezbrajać się w swoje oblicze nocne. Miejsce porannych sprzedawców kanapek z kaszą zajmą sprzedawcy kukurydzy i esquites (zupy z ziarna kukurydzy). Na ulice wyjdą artyści i amatorzy łatwego zarobku. Będą wśród nich kuglarze, kabareciarze oraz różni uliczni grajkowie. Wśród nich dumni Mariachi, z których słynie cały kraj. Niestety, gdy chodzi i tych ostatnich- jeżeli słono nie zapłacisz, nie usłyszysz od nich nawet jednej nuty. Są chyba zbyt dumni, żeby grać za darmo, nawet jeżeli tym samym zrobiliby sobie reklamę. 
Odkrywamy kolejną tajemnice Meksyku- bez względu na region, środa jest zawsze dniem fiesty. Taki mały weekendzik. U nas mówi się „środa minie, tydzień zginie” a u nich po prostu się imprezuje. W mieście Oaxaca przykładowo, ponad połowa placu centralnego zamienia się w parkiet do tańczenia. Z ogromnych głośników rozbrzmiewa mambo, wiec wszyscy poruszają się w rytm muzyki. Zdecydowany prym wiodą emeryci, którzy elegancko ubrani tańczą dostojnie wraz ze swoimi pięknie wyszykowanymi partnerkami.
W końcu zostawiamy rzeczy w hostelu i idziemy zawiedzić miasto. A jest co zwiedzać i oglądać. Żeby zdobyć kalorie, zasiadamy przy obleganym kramie z ulicznym jedzeniem. Zajmujemy nasze ulubione miejsce na krawężniku i spożywamy tutejszą specjalność- tamale, czyli bułkę z kaszą, sosem i kurczakiem. Jedna porcja wystarcza spokojnie na naszą dwójkę. 
Ciekawa rzecz odnosi się do samych krawężników w Meksyku. Każdy jest inny, są chyba odlewane na miejscu. Dodatkowo potrafią mieć od 10 cm do 1 m wysokości. Jak się akurat ułoży. A siedzi się na nich przednio- im wyższy krawężnik, tym wygodniej. 
Miasto tradycyjnie podzielone jest na cześć turystyczną i lokalną. Staramy się ogarnąć jedną i drugą. W części turystycznej mamy do dyspozycji plac główny wraz z droższymi wyszynkami. Oraz chyba jeden z najbardziej złoconych kościołów w całym Meksyku. Na samym placu i licznych odchodzących od niego uliczkach znajdują się kramy pełne rękodzieła. Odnoszę wrażenie, że są to w większości rzeczy oryginalne, gdyż import chińszczyzny byłby nieopłacalny. 
W lokalnej części miasta znajdujemy ogromny market- tradycyjnie ze wszystkim. Wieczorem zjemy tutaj bardzo ciekawy posiłek pt. „za wszystko płać osobno”. Ale po kolei, dojdziemy i do tego. 
Oaxaca to stan słynący z Alebriche. Spieszę z wyjaśnieniem, co to takiego. To lokalne rękodzieło w postaci bajeczne kolorowych, skomplikokowanych figurek, przedstawiających zwierzęta i podobne im stworzenia. Alebriche z Oaxaca jest słynne na cały świat. Tak się składa, że dwie wioski, w których są one wytwarzane znajdują się w niewielkiej odległości od naszej lokalizacji. Wsiadamy w busa pełnego roześmianych lokalsów i jedziemy do jednej z nich- San Martin. Zostajemy wysadzeni na samym środku rozgrzanej drogi. I idziemy. Skwar leje się z nieba, pył wznosi się w powietrzu, małe iguany wyskakujące nam spod nóg chowają się w kaktusowych zaroślach. Docieramy do miasteczka rodem jak z westernów. W samym sercu karcel, czyli więzienie, zaraz obok coś na miarę lokalu gastronomicznego. I tyle. Wszystkie pozostałe usługi to warsztaty Alebriche. Figurek jest całe miliony, każdy wytwórca ma swój własny styl. Kunszt polega na tym, żeby wyrzeźbić figurkę ze specjalnego drewna, a cały warsztat przechodzi z pokolenia na pokolenie wraz z odziedziczonymi zdolnościami. Rozglądamy się po miasteczku i pora nam wracać. Wsiadamy do naszego ulubionego transportu, czyli trajki, który w tym przypadku nie wygląda jak hybryda złożona z różnych wehikułów. Jest to znacznie lepszy sposób, niż brnięcie w upale pieszo. 
Pod wieczór zjadamy się wspomnianym wcześniej obiadem, w samym centrum marketu. Sam zakup posiłku jest to sztuką. Podczas gdy obsługa wybiera dla Was stolik, chodzisz pomiędzy straganami z surowym mięsem. Jeżeli któraś buda lub towar się Wam spodoba- zamawiacie i wracacie na miejsce. Podchodzą kolejno: panie z warzywami (wybierasz, które chcesz); tortillą i napojami. W magiczny sposób wszystkie wybrane elementy składowe posiłku lądują na Waszym stole, wraz z kawałkiem grillowanego mięsa, przyniesionym przez 8 letniego kelnera. Później każdy ze sprzedawców upomina się o swoją dolę należną za posiłek. 
Drugiego dnia w Oaxaca wyjeżdżamy na całodzienną wycieczkę w celu poznania okolicznych atrakcji. Jego pierwsze oglądamy największe drzewo w Meksyku- Arbol de Tule. Obwód pnia to 45m a wysokość to 42m. Wiek drzewa szacowany jest nawet na 2000 lat. Gigantyczna roślina musi być ciągle nawadniana, ponieważ samodzielnie nie mogłaby egzystować. Drugim punktem jest tkalnia, w której w tradycyjny sposób wyrabiane są dywany, chodniki i inne produkty tekstylne. Dzięki prezentacji poznajemy metody powstawania samej włóczki ze skręconej oczyszczonej wełny oraz sposoby ich barwienia przy użyciu naturalnych składników. Wszystko tutaj, wliczając oczywiście sam proces tkania odbywa się bez użycia żadnej automatyki. Zwiedzamy również fabrykę Mezcalu, który chętnie pity jest w całym kraju. Tutaj z kolei możemy prześledzić cały proces produkcyjny. Od wypalania agaw zakopanych w dole z kamieniami, przez rozgniatanie ich na ogromnym kamiennym żarnie, aż po fermentację i destylację. Wszystko działa tu „na oko”, bo przewodnik zapytany o sposób utrzymania stałej temperatury destylacji, odpowiada „jak leci, to znaczy ze jest ok”. Dodatkowo- dla Waszej informacji- tequila jest rodzajem mezcalu, tylko wytwarzanym w stanie Tequila. Dokładnie taka sama sprawa, jak z Champagne. Dość marnym punktem są ruiny okolicznej świątyni i mauzoleum, które po zdobytych przez nas wcześniejszych doświadczeniach są po prostu mało atrakcyjne. I ostatni- ale chyba najpiękniejszy punkt- Hierve el Agua, czyli naturalne twory skalne, które swą fantastyczną formę zawdzięczają ciągłemu przepływowi wody z okolicznych źródeł. Ich położenie w samym centrum gór Sierra Madre daje razem piorunujące wrażenie. 
Tak kończy się nasz intensywny pobyt w stolicy stanu Oaxaca. Jest ona zdecydowanie punktem godnym polecenia dla każdego żądnego podróży człowieka. 
Kolejnego dnia przeżywamy ciężką przeprawę do samego środka gór- niewielkiej mieściny o nazwie San Jose del Pacifico. Zmieniamy odrobinę nasze preferencje dotyczące wyboru odwiedzanych miejsc. Kierujemy się trudnymi do odnalezienia ścieżkami podróżników szukających, jak górnolotnie twierdzą  „sensu życia”. Czyli kogoś na miarę nowoczesnych hippiesów, wiecznie będących w podróży, lub wieczne na te podróże oszczędzających.
I nie zawodzimy się, po raz kolejny mamy nosa i wielogodzinne przygotowania do podróży owocują w sukces. San Jose del Pacifico to jedno z tych miejsc, gdzie diabeł mówi dobranoc. Przy głównej ulicy 20 domów z blachodachówki. Dwa sklepy, kilka restauracji. I co najważniejsze- najlepszy widok na góry Sierra Sur. Aby tu dotrzeć- pokonać musicie ponad 3 gościnną trasę w busie, w którym oprócz kierowcy nie ma nikogo, kto czułby się dobrze. Droga jest tak kręta, że wszyscy są zieloni jak salsa habanero.
San Jose del Pacifico nie istnieje na portalach turystycznych. Nie zabookujecie żadnych noclegów, ani nic w tym rodzaju. Ale nie ma problemu- ktoś zawsze Wam pomoże. Nas przykładowo, niedługo po przybyciu, złapał pewien szalony długowłosy Meksykanin. Jego niewątpliwym urokiem był totalny brak miejsca na ciele na więcej tatuaży. Z braku tegoż miejsca nasz nowopoznany przewodnik wytatuowane miał nawet gałki oczne. Cóż, jak to dawniej było mawiane- „Nie to dobre, co dobre, a co się komu podoba”. Jednak dzięki tej znajomości odchodzimy od pierwotnego zamiaru noclegu w hostelu „Catelina” na poczet wynajęcia cabana w „El cumbre”. Cóż takiego można robić iz czego znane jest San Jose? Amatorzy szamańskich wizji przyjeżdżają tu z odległych zakątków na grzybki halucynogenne. W okresie naszego tu pobytu ilość turystów jest tu zdecydowanie licha. Dlaczego? Ponieważ teraz nie ma sezonu na wspomniane specyfiki. Jednak wszystkim Wam, Drodzy Czytelnicy- amatorom lub przeciwnikom halucynacji, hippiesów i podobnych komun- polecam przybyć tu i chwilę pochylić głowę nad zachodem słońca w górach Sierra Sur. Bo tutaj, w małej, przyklejonej do zboczy gór, zapomnianej przez Boga mieścinie- zatrzymał się czas. 

Drobne Ciekawostki Cieszą :
– Podczas jazdy powrotnej z San Jose przekonujemy się, że mezcal jest również wyrabiany poza fabrykami, na modłę naszego polskiego bimbru. Dowiadujemy się o tym, ponieważ nasz bus zapakowany jest kanistrami wypełnionymi ponad 200 l tego trunku, który na ostrych zakrętach wesoło jeździ po całej kabinie, podcinając nogi i odbijając się od podróżujących. 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Koniecznie spróbujcie smażonych koników polnych, sprzedawanych z wielkich worków na targu. Mają one dziwny, kwaśny smak. Wolę nie wiedzieć, skąd on się wziął, ponieważ do przyrządzania tego specyfiku nie używa się żadnych przypraw. Smak można złamać, przegryzając lekko gorzkawymi ziarnami kakaowca.
– Oaxaca pełna jest biur turystycznych, które oferują całodzienne wycieczki do okolicznych atrakcji. Jeśli jednak chcecie trochę przyoszczędzić, szukajcie biur nieco oddalonych od centrum. Różnica może wynosić nawet 30%.
– Podczas wspomnianej wycieczki zostaniecie zabrani do restauracji w stylu bufetu, gdzie za około 30 zł od osoby będziecie mogli jeść do woli. Nie zachowujcie się jak przysłowiowi Janusz i Grażyna na wakacjach, i nie zabierajcie tony kanapek dla oszczędności. 
– Będąc w Oaxaca chłońcie czekoladę wszystkimi zmysłami, ponieważ z tego właśnie słynie region. Można ją dostać jako ziarna, zmielone ziarna z dodatkiem cukru, w formie czekolady lub pysznego ciepłego napoju z mlekiem.

Kategorie
Blog

Ciudad de Mexico- stolica ludźmi płynąca.

Z lotniska odbierają nas Mauricio i Ana. Historia zbyt długa, żeby ją przytaczać, jednak dzięki mojemu kuzynowi i jego znajomościom tych dwoje wspaniałych ludzi zaproponowało nam gościnę. Obydwoje już nie pracują i przez kolejne dni poświęcają nam praktycznie cały swój czas. Porozumiewamy się w łamanych dwóch językach- hiszpańskim i angielskim. Ale dogadujemy się cudownie. W pierwszy dzień wyruszamy, aby poznać miasto. Jest niedziela, plac centralny pęka w szwach. Tuż przed główną katedrą swe tańce i obrzędy rytualne odprawiają indiańskie grupy artystyczne. Wszystko tu dzieje się chaotycznie, ale nikomu to nie przeszkadza. Gwarantuję Wam, że jeżeli kiedyś znajdziecie się na placu głównym Ciudad de Mexico, albo którejś drogowej arterii do niego prowadzącej, nie będziecie wiedzieć, w którą stronę patrzeć. Wszystko będzie na każdy dostępny sposób próbowało przyciągnąć Waszą uwagę, żeby tylko sypnąć jakimś groszem. Pierwszy dzień zachwytów kończymy grubo po 2 w nocy, ponieważ Mauricio i Ana goszczą nas fenomenalnym jadłem i napitkiem i nie możemy przestać wymieniać się spostrzeżeniami na temat różnic naszych krajów. 
Nasi hostowie mają cudowne podejście do życia. Wspaniale gotują, dużo zwiedzają i co mi się ogromnie podoba- większość elementów wystroju robią z własnych projektów. Czujemy się u nich jak w domu. 
Drugi dzień w Ciudad de Mexico obfituje w ogromną ilość nowości. Z samego rana wyjeżdżamy, aby zwiedzić Teotihuacan – najsłynniejsze w całym Meksyku ruiny dawnych cywilizacji. Dzięki opowieściom przewodnika dowiadujemy się, że pozostałości miasta nie należą do Azteków, Majów, ani żadnych innych. Teotihuacan to metropolia multikulturowa. W czasach swej świetności dawała schronienie tysiącom ludzi o przeróżnymi pochodzeniu. Była jednocześnie największym miastem epoki pre- kolimbijskiej. Ruiny tego pradawnego miasta całkowicie nas oczarowały. Zostały one odkopane dopiero na początku XX wieku. Teotihuacan, które widzimy w dzisiejszej formie zostało w znacznym stopniu zrekonstruowane. Posiada dwie wysokie piramidy- Słońca i Księżyca, na które możemy się wdrapać. Tysiące turystów czeka na swoją kolej, aby na własne oczy zobaczyć budowlaną potęgę zamierzchłych cywilizacji. Z czubka Piramidy Słońca rozpościera się wspaniały widok na okolicę. Nigdy nie zastanawiajcie się nad zwiedzaniem ruin Teotihuacan- według nas są one zdecydowanie bardziej warte zachodu niż Chichen Itza, a do tego ponad 3 razy tańsze. Podczas gdy wpisana na listę UNESCO Chichen Itza to kilka budowli, pod Ciudad de Mexico macie całe starożytne miasto. Nie możecie tego ominąć! 
Nasz następny punkt to cel pielgrzymek całego chrześcijańskiego świata. Guadelupe. No i Matka Boska z Guadelupe. Cały kompleks składa się z 4 kościołów.  Nowego- w którym znajduje się właściwy obraz, starego- wybudowanego w miejscu objawienia i dwóch tak na prawdę niewiadomo po co. Jeżeli nie czujesz uniesienia religijnego, miejsce nowej bazyliki nie będzie zachwycać. Jest po prostu całkowicie nowoczesny. Co warte uwagi, kościół jest tutaj równie skomercjalizowany, jak przykładowo w krakowskich Łagiewnikach. Dużą część kompleksu zajmują kramy z pamiątkami. Dodatkowo to wszystko, co zakupicie możecie poddać procesowi poświęcenia. I masz juz stoją własną świętą pamiątkę z Guadelupe.
Ostatnim, ale dla mnie ogromnie ważnym przystankiem tego dnia jest Torre Latinoamericana. Na pierwszy rzut oka to zwykły drapacz chmur, z zegarkiem i antenką na szczycie. Nic bardziej mylnego- gdy znajdziecie się już na 47 piętrze, będziecie wiedzieć, że pomyliliście się w osądzie. Z platformy rozpościera się widok warty przemierzenia tylu kilometrów. Widzimy oświetlone centrum miasta ze wszystkimi ulicami wjazdowymi i wyjazdowym. Widzimy góry, które tworzą dla tego miasta rodzaj wygodnego gniazda, w którego zagłębieniu powstało. Ze zboczy tych gór oraz z przesmyków pomiędzy nimi spływają, niczym lawa, światła okolicznych wiosek. Cześć z nich to już oficjalne dzielnice tego wielomilionowego miasta. Tutaj mówi się, że serce Ciudad de Mexico pożerane jest przez okoliczne wioski. Codziennie miliony ludzi z okolic przyjeżdża tu za pracą. To lekko dołujące, że często muszą spędzać w przeróżnych środkach transportu ponad 2 godziny w każdą stronę. Ten dzień pełen wrażeń kończymy właśnie tutaj- na urbanistycznym dachu gigantycznej stolicy Meksyku, w której codziennie przeżywane są osobiste telenowele dwudziestu milionów ludzi. 
Kolejny dzień rozpoczynamy od doświadczenia przejażdżki metrem. Wbrew wszelkim przeczuciom jest to teren bardzo bezpieczny a kilkanaście linii bez problemu dowiezie Was w prawie każde miejsce. Naszym celem jest muzeum antropologiczne- najsłynniejsze w całym kraju. Przed samym gmachem jesteśmy świadkami rytuału indiańskiego, który w dawnych czasach służył uzyskaniu przychylności bogów. 4 Indian opuszcza się na linach z wieży kręcącej się dookoła własnej osi w rytm muzyki z piszczałek. Spektakl wygląda zaskakująco. Jedyna różnica pomiędzy oryginałem to brak strzelania z łuku do wiszących, aby ich krew przy wykorzystaniu siły odśrodkowej rozbryzgana została po całej okolicy, zapewniając tym samym bogate plony. 
Samo muzeum jest ogromne. Aby dokładnie poznać kulturę i pochodzenie Indian musielibyście spędzić tu cały dzień. My jednak nie mamy tyle czasu. Po 3 godzinach wracamy do metra i naszych kochanych gospodarzy. Po oszałamiającym obiedzie ruszamy do ostatniego punktu wycieczki- dzielnicy Xochimilco. To miejsce, w którym odbywają się fiesty dla całych rodzin. A na czym to polega? Zbierasz tylu znajomych i członków rodziny, ile chcesz. Na miejscu wybierasz jedną z barko- łódek, o imieniu rodem z telenoweli, malowanej w ultra tandetne i odblaskowe emblematy. Barka posiada przeciwsłoneczne zadaszenie a pod nim ogromny stół i krzesła, mogące pomieścić około 20 osób. Na wyposażeniu pan z kijem, który steruje barką po ponad 80 kilometrach kanałów. I fiesta trwa. Na pokład wnosisz własne jedzenie, alkohol, muzykę, psy, koty i czego dusza zapragnie. I imprezujesz. Chcesz do łazienki lub coś ci się skończyło? Twój flisak dobija do odpowiedniego miejsca i już możesz zaczynać od nowa. Jeżeli nie masz potrzeby zejścia na ląd, jedzenie może przypłynąć do ciebie na jednej z mniejszych łódek. 
Ze względu na to, że czas wiecznie nas goni, w Xochimilco lądujemy pod sam wieczór. W środku tygodnia praktycznie nie ma tu ludzi, dlatego mamy jedynie przedsmak tego, co może dziać się tutaj w weekend. 
To już nasze ostatnie chwile w Ciudad de Mexico. Zostaliśmy tu wspaniale przyjęci przez Ane i Mauricia, zobaczyliśmy bardzo wiele i będziemy mieli co wspominać. Czas przenieść się w dziksze rejony- Oaxaca przywita nas z samego rana następnego dnia. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jak wygląda ta część Meksyku- zostańcie z nami do następnego wpisu. 

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Przemieściliśmy się jedynie około 1500 km na północny-zachód, a zmienił się nie tylko klimat, ale również sami mieszkańcy. Tutaj ludzie są w porównaniu z jukatańczykami znacznie wyżsi i jaśniejśi. Populacja Ciudad de Mexico jest mniej podobna do darwinowskiego przodka niż sąsiedzi ze wschodu. Dodatkowo wszyscy dotkliwie odczuwają tu „zimę”. Podczas gdy my, przy 25 stopniach chodzimy w krótkich spodniach i koszulkach, meksykanie zakładają kurtki puchowe i płaszcze. 
– W  Ciudad de Mexico panuje kult Jana Pawła II. Praktycznie przy każdym obiekcie sakralnym jest jego pomnik. Co ciekawe, że przez papieża, każdy meksykanin, który słyszy o naszym pochodzeniu kiwa porozumiewawczo głową, mając jako takie wyobrażenie, co to w ogóle jest ta Polska. Większość zdaje sobie nawet sprawę, że obecnie jest tam zimno. Najciekawszy napotkany przez nas pomnik papieża znajduje się przy Catedra Metropolitana, w samym sercu historycznej części miasta. Szata Karola Wojtyły przedstawiona została, jako złożona z tysięcy kluczy, obrazując w ten sposób, że Jan Paweł II posiada klucz do serca wszystkich mieszkańców Meksyku. 
– Korzystając z metra miejskiego, czujemy się trochę jak w innym świecie. Do zatłoczonych przedziałów, na każdym przystanku wsiadają kolejni spryciarze, chcący zarobić. Od żebraka, po sprzedawcę wszystkich możliwych rzeczy, jak słodycze, maści, śrubokręty i może do tapet. Każdy znajdzie coś dla siebie. Co ciekawe, metro nie posiada kół metalowych, tylko normalne, takie jak w samochodzie. Mówi się, że to po to, aby nie hałasowało aż tak bardzo, ponieważ spora część linii jeździ nad ziemią. 
– Historia Gringo. Pewnie wielu z was zastanawiała się, skąd ta nazwa. Wreszcie udało nam się posiąść tą tajemnicę i możemy się nią z Wami podzielić. W czasie wojny pomiędzy USA a Meksykiem, ci pierwsi nosili mundury w kolorze zielonym. Zielony to po angielsku „green”. Uciskani meksykanie skandowali „Green go”, czyli „Zieloni wynocha”. Z tego właśnie wyszło mam znane określenie Gringo, które do dziś używane jest w stosunku do mieszkańców kraju hamburgerów.

Dobre Rady Wujka Rafała
– Jak już zakupicie swoje precjoza w świątyni w Guadelupe, koniecznie musicie je poświęcić. Tuż przed bazyliką znajduje się budka z księdzem, który to dla Was zrobi. W normalnym przypadku ksiądz działa automatycznie- trochę jak robot z ramieniem do święcenia. Gdy duchowny nas zobaczył, postanowił chyba bardziej się postarać, albo ujrzał w nas wyjątkowych grzeszników. Wstał ze swojego krzesełka i oblał nas taką ilością wody święconej, że poczuliśmy się jakbyśmy przeszli ponowny chrzest, jak za danych czasów- w rzece. 
– Cieszcie się, że piłkę nożną oglądacie tylko w telewizji lub gracie w nią okazjonalnie na regułach europejskich. Indiańska piłka nie była piłką nożną, ale –biodrową, gdyż właśnie tą częścią ciała trzeba było ją odbić. Żeby wygrać mecz, należało posłać piłkę przez kamienne kółko z dziurką, coś jak duży bake rolls, znajdujący się na bocznej linii boiska. Zadanie bardzo trudne, jednak warto było się starać. Drużyna przegrana była zwyczajowo składana w ofierze. 
– Zamawiając taco, dobrze przemyśl, z czym masz zamiar je zjeść. Są tak na prawdę ze wszystkim. Najlepsze- z pastorem. Ale nie ma to nic wspólnego z kanibalizmem- to po prostu wieprzowina z kawałkami pieczonego ananasa. Z kolei uważajcie na taco z „tripa”- to nasze magiczne flaki, tym razem w formie smażonej. Lubisz? Weź dwa!

Kategorie
Blog

Merida, a właściwie Celestun. No i trochę Campeche.

Pod wieczór docieramy do stolicy Jukatanu – Meridy. W sumie miasto, jak każde inne, tylko znacznie większe. Po drodze do centrum, jeszcze siedząc w autobusie, na obrzeżach miasta widzimy kilka miejsc ogrodzonych przez policję. Od razu zastanawiamy się, czy na pewno będzie tu dla nas bezpiecznie. 
Mieliśmy mieć hosta z Coachsurfingu. Długie rozmowy zaskutkowały na końcu tym, że nie skorzystamy z gościny Erica. Po pierwsze, nasz niedoszły host nie mógł zdecydować się, czy po nas przyjedzie, czy nie. W końcu podał swój adres, sugerując żebyśmy dotarli na własną rękę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wskazany adres znajdował się na samym obrzeżu miasta, w zdecydowanie niebogatych dzielnicach.  To niestety przesadziło o wszystkim. Grzecznie podziękowaliśmy, odmówiliśmy i zarezerwowaliśmy hostel. Chyba zabrakło nam śmiałości na nocną podróż niewiadomo czym przez całe miasto.
Tym razem nasz pokój jest zdecydowanie bardziej przestronny, z finezyjnie malowaną w czerwone ciapki ścianą. Decydujemy się na nocny spacer po mieście. Tutaj wieczorami trzeba się spieszyć. Zmierzch zapada tu o 18. Po nastaniu ciemności, miasto przez najbliższe 2 godziny zaczyna się wyludniać. Zauważamy, że najlepiej zniknąć z ulicy wraz z rodowitymi mieszkańcami. 
Chodząc po większych meksykańskich miastach nocą, zadbajcie o swoje bezpieczeństwo. Wybierajcie tylko oświetlone i pełne ludzi ulice, licząc na to, że doprowadzą Was one do celu. Muszę szczerze przyznać, że po zmroku lepiej mieć oczy dookoła głowy, bo jest dosyć groźnie. 
Niestety, sama Merida nas nie urzekła. W ogóle. Warto tu jednak zobaczyć siedzibę gubernatora, z obrazami przedstawiającymi ucisk Majów przez przybyłą przed wiekami cywilizację ze starego kontynentu. Autor krwawych i wyrazistych obrazów, z rozmachem przedstawia powstania plemion przeciwko Hiszpanom oraz sądy inkwizycji nad Indianami.
Decydujemy, że uciekamy tam, gdzie będzie nam najlepiej. Zbieramy rzeczy, kupujemy bilety na lokalny autobus i przenosimy się do Celestun. Niewielka osada rybacka, położona w pobliżu delty rzeki o tej samej nazwie staje się naszym rajem na 3 dni. Gdy przybywamy na miejsce, nie znamy tu nic. Nie wiemy, czy są tu hostele, campingi albo cokolwiek. Z Meridy uciekamy praktycznie na ślepo, byle jak najdalej od dużego miasta z jego mało dla nas porywającymi atrakcjami. 
W Celestun panuje okres przed sezonu. Turystów jak na lekarstwo. Mamy jednak ogromne szczęście. Na samej plaży znajdujemy niewielki camping w gaju palmowym. Rozbijamy namiot i zostajemy. Rafał własnoręcznie i z sukcesem zapolował na kokosa czającego się w pobliskiej głuszy. Mamy więc praktycznie nieograniczony dostęp do pysznej wody kokosowej. Właściwie to kokosy występują tu w każdym stadium rozwoju. Nie tylko w stanie nadającym się do picia, ale także do jedzenia oraz do niczego (bo są za młode lub za stare). 
Ten dzień do końca spędzamy na plaży, grzejąc tyłki, pływając, pijąc kokosy z tequilą i podziwiając zachód słońca. 
Kolejnego dnia dajemy się namówić na największą atrakcję turystyczną- wycieczkę motorówką w głąb delty Rzeki Celestun do parku biosfery, w celu zapoznania się z flamingami. Mieliśmy szczęście, że daliśmy się namówić- wycieczka jest warta każdego wydanego peso. Najpierw przez godzinę mkniemy przez ocean wzdłuż wybrzeża. W pewnym momencie wpływamy w deltę i kierujemy się wgłąb lądu. Nagle naszym oczom ukazuje się widok niezwykły- cały horyzont mieni się kolorem pomarańczym. Gdy podpływamy bliżej, widzimy że są to setki flamingów, które tutaj właśnie mają swoje żerowiska. Ptaki są smukłe i wysokie, a ich kolor przekracza ludzkie pojęcie. Do tej pory mieliśmy okazję podziwiać te ptaki w kolorze różowym. Jednak w pełnym słońcu flamingi spod Celestun mienią się na pomarańczowo. Dalsza część wycieczki jest równie atrakcyjna, o ile nawet nie bardziej. Z delty, w pewnym momencie wpływamy w jedną z wielu odnóg. I płyniemy przez las namorzynowy. Drzewa zanurzają swe korzenie w ciemnej i słonej wodzie. Gniazda termitów i… aligator. Nie znowu taki duży, ale jest- wygrzewa się leniwie na brzegu z otwartą paszczą. Dopływamy do ostatniego punktu wycieczki- Ojo del Azul, czyli miejsca, gdzie bije źródło zasilające Rzekę Celestun. Woda jest krystalicznie czysta, pełna bytujących tam ryb. Turyści nie wykazują zainteresowania kąpielą, my wręcz przeciwnie. Jednak będąc już chwilę w wodzie, przypominamy sobie o niewielkim aligatorku, który wygrzewał się w okolicy i zastanawiamy się, czy przypadkiem w pobliżu nie ma jego mamy. Pomimo czarnych myśli kąpiel jest warta zachodu. Szczęśliwi, wsiadamy z powrotem na łódkę i przy pomocy 60 konnego silnika mkniemy z powrotem. Podsumowując- jeżeli tylko będziecie w Celestun, potargujcie się trochę z lokalnymi nagabywaczami i zabierzcie się na wycieczkę na flamingi. Ta rozrywka warta jest każdego wydanego peso. 
Niestety ta część naszej podróży dobiega końca. Nie mając wyjścia, przemieszczamy się do Meridy a stamtąd do Campeche. 
Campeche to stolica regionu o tej samej nazwie. Jest zupełnie inne niż Merida. Jest wspaniałe. Otoczone świetnie zachowanymi murami obronnymi, z najbardziej kolorowymi domami, jakie do tej pory widzieliśmy. Turystyczna cześć miasta oferuje całą gamę restauracji, barów, sklepów ze wszystkim i niczym, straganów z jedzeniem i co tylko sobie człowiek wymarzy. Trafiamy na obrzeżu do lokalnej restauracji serwującej pechugas, czyli kieszonki z kurczaka z nadzieniem wewnątrz, w sosie śmietanowym. Zupełnie niespotykany typ dania w Meksyku, bardziej przypomina kuchnie francuską i za grosz nie ma w nim chili. Wreszcie nasze płonące trzewia mają chwilę wytchnienia. 
Punktualnie o godzinie 20 znajdujemy się w sercu miasta- na głównym placu przed katedrą. Wraz z tłumem przybyłych rozsiadamy się, gdzie popadnie i czekamy na pokaz. Na budynku głównej biblioteki publicznej, z projektorów i głośników ustawionych na środku, wyświetlony zostaje materiał pokazujący powstanie kultury Majów wyraz z Campeche. Feeria barw i dźwięków, jaka nas otacza jest krzykliwa, meksykańska i odbierająca rozum. Jednak tłum unosi się z radości, bo podobało się każdemu. Nam również. 
Przechodzimy się po mieście, ostatni raz starając się zachować w pamięci jego klimat, który tak nam przypadł do gustu. Jutro, z samego rana naszym zadaniem będzie dostać się na lotnisko, aby samolotem dolecieć do Ciudad de Mexico.  Osławiona stolica, największe miasto Ameryki Łacińskiej. Jak tam będzie? O tym przeczytacie w kolejnym odcinku. 

Drobne ciekawostki cieszą:
– Jak wygląda mała palma kokosowa? Wydawałoby się, że powinna ona być idealną pomniejszoną kopią dużej palmy kokosowej. Ale to nieprawda. Jak zapewne wiecie, dorosła roślina posiada ponad 2 metrowe liście z głęboko poszarpanymi krawędziami. Nie pomylicie jej z niczym. Z kolei liście małej wersji są idealnie równe, o kształcie owalnym. Wraz ze wzrostem, liście zaczynają pękać i rozszczepiać się na boki i dopiero wtedy mają wygląd pióropusza.
– W Meridzie znajdujemy jeszcze trochę czasu, aby zajrzeć na lokalny targ miejski. Na własne oczy widzimy, w jaki sposób wyrabiana jest wszechobecna tortilla. W połowie zautomatyzowana produkcja wypluwa co minutę dziesiątki życiodajnych placków. Zauważamy również, że rozbiór i sprzedaż mięsa na stoiskach jest zdecydowanie domeną mężczyzn. 
– I o co chodzi z tymi piratami? Po powstaniu, Campeche było celem ataków piratów. Wielokrotne najazdy zadecydowały o konieczności powstania murów obronnych. Teraz Campeche chełpi się faktem okazyjnych odwiedzin piratów. Mamy tutaj pirackie wyszynki z jedzeniem i piciem, sklepy z pamiątkami oraz nawet sztuki uliczne. Czy to na prawdę powód do dumy? 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Jeżeli będąc w Meksyku macie do wyboru dwa rodzaje śniadań- zdecydowanie zamówcie to nie na słodko.  Po raz pierwszy od wyjazdu, w Meridzie mogłem rozkoszować się prawie swojskim śniadaniem. Jajecznica z szynką to ta część znana. Meksyk dorzucił od siebie tortille, pastę fasolową, nachosy i tradycyjnie nielimitowaną ilość ostrego sosu habanero.
– W upał nie macie ochoty za dużo chodzić, a musicie się przemieszczać? Nic prostszego! Ten kraj oferuje najtańsze taksówki w postaci trajek. A jak są one zrobione? Do produkcji wystarczy nam tylko kolega Paco ze spawarką, trochę metalowych pozostałości z różnych motocykli i już macie. Korzystajcie, bo w Europie nie doświadczycie, a kurs dla 1 osoby to około 1 zł.
– Rada w ramach powtórki. Szukajcie jadłodajni lokalnych okupowanych przez mieszkańców. Kantyna w Celestun, niepozorne ukryta pomiędzy sklepami w okolicach placu głównego, serwowała zdecydowanie najlepsze i najtańsze smażone ryby z surówką, ryżem, marynowaną cebulą i tortillą. Wszystko to za porywającą cenę 23 zl za dwie osoby. Nieskończona ilość ostrości, jak zawsze wliczona w cenę. 
– Obudź w sobie instynkt łowcy i zapoluj na kokosa. Aby dostać się do życiodajnej wody kokosowej wystarczy ci jedynie scyzoryk lub multitool. Kokos z wodą nie posiada twardej skorupy. Jeżeli jednak interesuje cię starszy orzech z miąższem do jedzenia, musisz trochę bardziej nad tym popracować. 

Kategorie
Blog

Valladolid i okolice, gdzie cenoty z ręki jedzą.

Nasz kolejny przystanek to oddalone od Cancun o około 150 km Valladolid. Zaczynamy przyzwyczajać się do wyglądu tutejszych miasteczek. Przed głównym kościołem zielony plac z ławkami i oczywiście ulicznym straganami. W sam dzień przyjazdu widzimy niewiele. Kupujemy drobiazgi w markecie na kolację i odnajdujemy nasz hostel. To kolejne ciekawe miejsce, w którego pokoju z trudem jesteśmy w stanie się obrócić, gdyż łóżko zajmuje ponad 90% powierzchni. Ale za to jest czysto i tanio, wiec zdecydowanie spełnia nasze wymogi.
Na drugi dzień zaczynamy prawdziwe zwiedzanie. Wypożyczamy skuter i jedziemy ponad 120 km na północ, na wybrzeże. Warto tu wspomnieć o zasadach poruszania się pojazdami mechanicznymi. Po pierwsze musicie wiedzieć, że prawie wszystkie ulice są jednokierunkowe. Tutejsze miasta budowane są na planie kwadratów, mamy więc cała masę przecznic i alei, wszystkich idealnie pod kątem prostym. Przy dojeżdżaniu do każdego skrzyżowania należy od razu zastanowić się, skąd może nadjechać inny pojazd. W sumie w dwie osoby oraz czynnego gpsa na pewno dacie sobie radę. Prócz tego prawa pierwszeństwa przejazdu mało czym należy się przejmować. Prędkość, strona ulicy- są tu raczej umowne. 
Jak już wspomniałam, wielka wyprawa miała nas tego dnia doprowadzić do małego rybackiego miasteczka – Las Coloradas. To był kawałek męczącej jazdy,  grubo ponad 2 godziny. Po drodze mijamy ucztujące na samym środku jezdni stado sępów. Co jedzą? Pewnie to samo, co wszystkie tego typu ptaki na świecie- ścierwo zwierzaków potrąconych przez samochody. Nasz przejazd niespecjalnie je wzrusza, lekko tylko się odsuwają na bok. Sępy to ponoć zły znak. Nie są one dla nas nawet w połowie tak złe, jak zamówiona na postoju zupa. Rafał nie mógł już wytrzymać i w połowie drogi pierwszy raz zamawiamy coś, czego nie jesteśmy w stanie zjeść. Flaki po meksykańsku. Są po prostu słabo oczyszczone i cuchną wszystkim tym, co krowa ma w środku. Nie dajemy im rady. Wreszcie docieramy na miejsce. W Las Coloradas wydobywa się sól w specjalnych odstojnikach. Największą atrakcją jest bajeczny kolor tych właśnie zbiorników, który tworzy się przez obecność żyjących w nim alg. Różowe „Lagunas Rojas” są jednak odwiedzane jedynie przez nieliczną rzeszę turystów z samego Meksyku. Po prostu ciężko to dotrzeć,  a dodatkowo samo miasteczko nie oferuje więcej atrakcji. Jednak widok różowych lagun jest tak atrakcyjny, że meksykanie przyjeżdżają tu nawet na ślubne sesje zdjęciowe. Natchniony tym faktem Rafał postanowił sfotografować się w podobnej scenerii i pozie.
Będąc w Las Coloradas możecie wykupić wycieczkę po całym terenie lagun za 250 peso za osobę. Wsiadacie wtedy na tył motocykla i wraz z przewodnikiem zeiedzacie okolice. My zdecydowaliśmy zaoszczędzić te pieniądze i chwile popodziwiać samą plażę. Tutaj też, po stwierdzeniu, że flaki po meksykańsku nie zdołały sforsować naszej rodzimej, polskiej flory bakteryjnej i w związku z tym zatruciu nie uleglismy, przysiadamy w niezwykłym „lokalu”. Na całość składają się stoliki i krzesła plastikowe, porozkładane po ogródku przed budynkiem na miarę garażu. Co tu serwują? Tylko jedno danie. Podchodzicie do pudła, pokazujecie która ryba z porannego połowu podoba Wam się najbardziej. Następuje szybkie ważenie, po którym Wasza ryba ląduje w ogromnym garze pełnym wrzącego oleju, ustawionym na kamieniach, pod ktorym wesoło płonie ogień. I już zaraz jest na Waszym stole, serwowana z tortillą i sałatką z kapusty. Koszt takiego dania dla dwóch osób wraz z napojami i nieskończoną ilością tortilli to 40 zl. Niewielka wioska rządzi się swoimi prawami. Toaletę po skorzystaniu zalewamy tu wiadrem wody pobranej ze zbiornika na deszczowkę, ręce myjemy woda z podwieszanego baniaka. Jednak również to wpływa na magię tego miejsca.  Żałując, że nie możemy zostać dłużej w tej zapomnianej przez świat osadzie, wsiadamy na naszego dzielnego rumaka o pojemności 150 ccm i ruszamy w drogę powrotną. Oczywiście, nawet tutaj towarzyszy nam widmo polskiej niepogody. Łapie nas tak ogromna ulewa, że dalsza jazda staje się drogą przez mękę. Gdy wreszcie docieramy z powrotem do Valladolid, nie ma na nas suchej nitki. Odprowadzamy naszego mechanicznego rumaka do stajni i zmęczeni, postanawiamy wychylić kieliszek tequili w lokalnym barze. Mieliście się na baczności, barmani tak Was urobią, że wyjdziecie, jak my- znacznie biedniejsi. Trzeba również pamiętać, że koszt tequili w barze jest bardzo wysoki, i dlatego nikt z lokalsów jej nie tyka. 2,5 kielisza w barze to równowartość jednej butelki 0,75 l w sklepie.
Nad Valladolid kolejny raz wchodzi słońce. Przez kratki wentylacyjne naszego mikropokoju wpadają dźwięki budzących się tropikalnych ptaków. Ludzkie oko nie może dostrzec różnicy, ale prawdopodobnie pobliskie limonki i banany urosły od wczoraj o nanometry. Na ulicę wychodzą panie ze świeżutkimi tortas i tostadas. To bądź pierwszy punkt dnia. Na krawężniku, otoczeni przez lokalnych mieszkańców w każdym wieku, spożywamy nasza porcję niebezpieczeństw. Widziane tylko przez nasze europejskie umysły napisy „nie jedz mnie” zaczynają powoli blednąć. 
Najwyższy czas zapoznać się z tymi słynnymi cenotami. A co to właściwie jest ta cenota? Aby ułatwić Wam, Drodzy Czytelnicy, życie, spieszę z definicją. Cenota to po prostu dziura. Ale dziura niebylejaka, bo wydrążona przez podziemne wody w wapiennej skale. Twór ten nie ma odpowiednika w żadnym innym języku. Wewnątrz znajduje się woda o głębokości 30 do nawet 100 m. Boki zalanych jaskiń pokryte są skalnymi tworami oraz roślinnością. Zewsząd zwisają stalaktyty. Wszyscy odwiedzający to miejsce twierdzą, że każda cenota jest inna. I chyba mają rację. Pierwszą z nich, Zaci, odwiedzamy w samym centrum Valladolid. Jest do połowy odkryta, dzięki wpadającym promieniom obserwujemy wspaniałą grę świateł. Woda jest raczej chłodna, dająca ukojenie w upalny dzień. Wszędobylskie rybki bardzo chętnie wykonują peeling na twoim ciele, jeżeli swoim chwilowym bezruchem im na to pozwolisz. 
Następnego, i ostatniego naszego dnia w tym miejscu znowu wypożyczamy skuter i ruszamy na podbój kolejnych cenotów. Pierwszy z nich, Ik’Kil – to najsłynniejszy obiekt na całym Jukatanie. Boimy się najazdu turystów, dlatego na miejsce docieramy juz o 9 rano. Gdy wychodzimy o 10 na parkingu stoi już kilkanaście autobusów. Taka chmara ludzi w jednym cenocie wygląda jak zupa ze zbyt duża ilością klusek. Dodatkowo większość klusek nosi kamizelki ratunkowe bo nie umie pływać. Ik’Kil dla odważnych (Rafał),  oferuje skoki ze sporych wysokości, wszak woda ma głębokość 50m. Dla sierot (Aśka) oferuje skoki z niższa, poziom można dobrać zgodnie z upodobaniem. Korzenie drzew niczym liany zwisają do samej wody. Jesteśmy w niedalekiej odległości od Chichen Itza- jednych z bardziej popularnych ruin majów, okrzykniętych jako jeden z 7 cudów świata. Skoro tyle już przejechaliśmy, dlaczego ich nie obejrzeć? Ze smutkiem musze przyznać, że Chichen Itza nas zawiodła. Ruiny ledwo wyrastają ponad tłum turystów i sprzedawców pamiątek. Główna świątynia rzeczywiście została zachowana w całości. Teren Miasta Jaguara zajmuje sporą powierzchnię, na jego zwiedzanie potrzebować będziecie około 2 godzin. Po raz kolejny uważajcie tu na naganiaczy- naciągaczy. Za cenę dwukrotności biletów zostanie Wam zaoferowany obiad w cenie. Patrząc na koszt gastronomii w Meksyku, który jest to na prawdę niski, jest to zupełnie nieopłacalne. 
Po pierwszych piramidach, na naszej mapie odznaczamy jeszcze dwie cenoty. Położone obok siebie X-Keken i Samula, obydwie podziemne z nielicznymi oknami na zewnątrz i bytującymi nietoperzami. Pomimo dusznej atmosfery wewnątrz, woda jest chłodna, jak we wszystkich cenotach. 
I już pędzimy naszym skuterem w stronę miasta. Ścigamy się z czasem, aby zdążyć na autobus do stolicy regionu Jukatan – miasta Merida. Czy okaże się dla nas łaskawa i czy czymś nas zaskoczy- o tym w kolejnym odcinku. Romki na Końcu Świata w Meksyku mają się doskonale i pozdrawiają niezmordowanych czytalników.

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Przebywając w dziwnych wyszynkach w Meksyku, wraz z mieszkańcami kibicuje bohaterom słynnych telenoweli. W momentach kulminacyjnych ma się wrażenie, że ludzie przestają oddychać a muchy latać, czekając na dalszy bieg wydarzeń. 
– Przekąski do piwa. Są finezyjne i niezwykle tropikalne. Tutaj na pewno nie uraczą Cię orzeszkami. W małych miseczkach, sterowanych co jakiś czas znajdziesz kawałki ananasa z chili, smażoną wieprzowinę z cebulą, boczek, skalę świńskie skórki z kapustą i chili i inne różności. Jak juz przyzwyczaisz oko do niewidzialnych tabliczek „nie jedz mnie,  bom trujący i dam ci amebę” i zaczniesz je ignorować- korzystaj ze wszystkich dobrodziejstw Meksyku.

Dobre Rady Wujka Rafała
– Wchodząc do lokalu pełnego tubylców, mając tak inny kolor skóry, zawsze zwrocisz na siebie uwagę. Często ludzie patrzą się spode łba, nie do końca będąc zadowoleni z naszej obecności. Jest na to dobra rada- wchodząc zawsze przywitajcie się w tutejszym języku. Jak do tej pory zawsze działało, jako rozładowanie atmosfery. Przypuszczam, że jeżeli kiedyś nie zadziała warto dany lokal opuścić w bardzo szybkim tempie. 
– Nie bój się eksperymentować z nowymi smakami. Kolba kukurydzy na kijku z majonezem, serem białym i chilli oraz zawijane gofry z bananami, mango i żółtym serem okazały się strzałem w dziesiątkę. Z probowaniem warto jednak czasem mieć umiar, gdyż smak flaków po meksykańsku przypominał nam się przy okazji każdego mijanego rancza.
– Mówiąc o cenotach, posługujcie się liczbą pojedynczą (czyli cenote zamiast cenotes). W wolnym tłumaczeniu cenote oznacza meksykanską dziurę z wodą, a cenotes oznaczają kobiece piersi. Wyobraźcie sobie sytuację, gdzie łamaną angielszczyzną, pytacie sowicie obdarzoną przez naturę meksykankę, aby wskazała drogę do cenotes. „Show me cenotes”.

Kategorie
Blog

Cancun, czyli szkoła życia, jak nie dać się ocyganić.

O samym tranzycie niewiele można powiedzieć. Bagaże, o dziwo, doleciały na miejsce. My też. 12 godzin spędzonych na lotnisku w Toronto w większości przespaliśmy. My, znaczy ja, poniewaz Rafal nie potrafi spać w niewygodnych pozyciach. 
Po tylu godzinach jazdy,  gdy wysiedlismy u celu podróży,  każde z nas miało ochotę ucałować meksykańską ziemię obiecaną na podobieństwo papieża. 
Do Cancun przybywają tłumy. Codziennie,  praktycznie bez przerwy,  pasujące samoloty wyrzucają ze swych mechanicznych czeluści tysiące pragnących zażyć luksusu turystów. Odprawa na lotnisku trwa godzinami. Moczenie w niekończących się kolejkach, wraz z przedstawicielami chyba każdej nacji świata, można zamiast wzdychać i  wołać o pomstę do nieba, zobaczyć przedsmak prawdziwego Meksyku. Bagaże porozrzucane po całym lotnisku. Szzekające chichuauy, które ktoś zabrał do bagażu podręcznego. Dzieci i  turyści głaskający psa, który zamiast węszyć i szukać narkotyków, przmila się i domaga pieszczot. Błonie wszędobylskich żołnierzy spoczywają w pogotowiu na karabinach i pistoletach, a palce na wszelki wypadek na spustach. Być może, jak pisał pan Wojciech Cejrowski, to rzeczywiście tutaj zaczyna się wolność.
Tuż za bramkami zaczyna się prawdziwy Meksyk. Dopadają nas kolejni ludzie oferujący transport. Wszyscy chcą skupić naszą walutę po najlepszej cenie. Uciekamy od tego kupując bilet na autobus. Aby dostać się do naszego hostelu przechodzimy przez dużą część miasta. Ludzie trochę boją się bezprawia. Okna tradycyjne kraty, po zmroku mało kto wychodzi. Kierując się radami Wenezuelczyka Eda, który rok temu gościł nas w Buenos Aires, staramy się chodzić środkiem ulicy, aby nie być wciągniętym w zaułki. Masz hotel to bardzo przyjemne miejsce. Mam własny pokój, co prawda bez okien, ale za to z otworem w ścianie, z którego wieje nam zimne powietrze z klimatyzacji. A jest co chłodzić –  temperatura około 30 stopni z wilgotnością powietrza na totalnie tropikalnym poziomie. 
Decydujemy, że ostatnią rzeczą, jaką tego dnia zrobimy będzie zjedzenia czegoś meksykańskiego. Pobliska restauracja „Taco Rigo” totalnie nas zaskakuje. Miejsce pełne samych localsów. Niedawno minione święta zaskakują pozostałościami q postaci dużej instalacji szopki, tuż obok figurek ludzkiej wielkości, przedstawiających uśmiechnięte tortille z nadzieniem. Zostajemy ugoszczeni po królewsku. Jedzenie jest dokładnie takie jakiego oczekiwaliśmy. UNESCO się nie pomyliło w swoim osądzie. Jedzenie meksykańskie jest najlepsze na świecie. Do każdego zamówienia do woli możesz otrzymać placków tortilli, limonek oraz ostrych sosów. Już wiemy, że na pewno to nie schudniemy, bo boski Meksyk nam na to nie pozwoli. Na drugi dzień rozglądamy się po mieście. Cancun dzieli się na ogromną strefę hotelową, położoną wzdłuż całego wybrzeża oraz tak zwany Downtown, w którym obecnie przebywamy. Kto mieszka w strefach hotelowych – oczywiście głównie Amerykanie. Jak dowiadujemy się od przypadkowo spotkanych obywateli USA – z niektórych stanów leci się tu około godzinę, wiec przybywają do Cancun nawet na weekend. Downtown to w skrócie tereny lokalnych mieszkańców. Hostele, podobne do naszego, oferują tu bardziej odważnym noclegi za niewielką cenę. Jak to się dzieje, że Amerykanie są tutaj tak bardzo nielubiani? To bardzo proste – oprócz wyższości,  która wiecznie towarzyszy mieszkańcom kraju Pana Donalda, nie znają oni magicznego słowa,  a właściwie żadnych magicznych słówek. Mówię tu znowu o hiszpańskim. Uśmiech człowieka,  który służy swój język z ust osoby zdecydowanie nietutejszej jest wart każdej godziny poświęconej na naukę. Zadowolenie a jednocześnie zdziwienie,  jakie wywołujemy, robi nam tak na prawdę bardzo dużo roboty w postaci pomocy a czasem zniżek. 
Gdy będziecie w Cancun, nawet zamieszkując w strefie hotelowej, zdecydujecie się na odwiedziny w slynnym „Mercado 28”. To miejsce, do którego udają się nawet Amerykanie, pomimo „ogromnych niebezpieczeństw”, które czekają ich poza hotel zone. Zobaczycie tu prawdziwe cuda. Moja uwielbiana talavera, czyli meksykańska ceramika, wala się w nieogranuczonych ilościach po straganach. Czaszki, kolorowy i chochoczący kult śmierci, jest dokładnie tak wspaniały,  jakim go przedstawiają w prograch telewizyjnych. Nie – tutaj jest lepszy, ponieważ możesz go dotknąc,  popić wodą ze świeżego młodego kokosa, wąchając feerię zapachów tłuszczu i towarzyszących mu składników. Prawdziwy Meksyk czeka na Was, jeżeli tylko pokonacie strach i opuście luksusową strefę hotelową.  
Po wycieczce do Mercado 28 wsiadamy w autobus i przemieszczamy się na rekomendowaną plaże publiczną. Oczywiście jazda autobusem przebiega w podobnym beztroskim klimacie, co w Argentynie.  Naraz potrafią jechać 3 pojazdy tej samej linii, żeby później przez długi czas nie było żadnego. W samym autobusie panuje tłok i musisz koniecznie trzymać się wszystkimi kończynami, żeby szaleńcza jazda nie miotała tobą po całym wnętrzu. 
I wreszcie widzimy jeden z cudów świata – Morze Karaibskie. Tak błękitne i egzotyczne,  jak żadne inne na świecie. Jego błękit w pełnym słońcu aż boli w oczy. Horyzont psują jednak strzeliste budowle molochów hotelowych. Temperatura wody nie przekracza temperatury Morza Adriatyckiego, jest więc zupełnie przyjemnie. 
Po kilkugodzinnym odpoczynku na plaży i krótkich zakupach w markecie, kierujemy się do hostelu. Na naszym stole lądują tradycyjne produkty, których nie może zabraknąć w Meksyku. Tequila za cenę całych 12 zl za litr, najlepsze we wszechświecie mikro banany, opływające sokiem i słodyczą dojrzałe mango, bezcenne papryki jalapeno, nachosy i smażone świńskie skórki.
Zastanawiając się,  co zrobić z resztą wieczora, poznajemy nowo przybyłych gości hotelowych. Para młodych meksykanów przyjechała tu ze stolicy, aby przez 3 dni nacieszyć się ciepłem i plaża. Ze względu na dziwne sytuacje, które miały miejsce z udziałem naszych nowych znajomych, ich imiona i wizerunki nie zostaną ujawnione.  Wspólnie męczymy naszą butelkę tequili i proponujemy wyjście na tańce do słynnej w całej części downtown „mambo cafe”. L i C przyjechali tu samochodem i proponują przejazd do klubu. Gdy wsiadamy do auta, dziewczyna odnosi do pokoju nielegalnie posiadaną broń. „Tak na wszelki wypadek, gdyby po drodze kontrolowała nas policja”. Jesteśmy delikatnie zaskoczeni i próbujemy nie dać wykiełkować i urosnąć do rozmiarów baobaba zasianej w nas panice. Sam klub Mambo Cafe to jak dla mnie centrum nieco burżuazyjnej, ale wciąż widocznej kultury latynoskiej. Po raz kolejny mamy to szczęście, bo miejsce nie obfituje w turystów z całego świata, tylko gromadzi samych rdzennych mieszkańców. Mambo na żywo. Nie jesteśmy królami parkietu, z tańcem nie jesteśmy nawet za pan brat. Ale tutaj, pomimo braku umiejętności, zostaliśmy porwani przez magię chwili. Meksykanie świecą w tańcu nagością i bielą zębów wyszczerzonych w szczerym uśmiechu. Tutaj w dobrym takcie jest ubiór możliwie jak najbardziej skąpy i obcisły. Bez względu na figurę i płeć. Nasz kolega, L ma dla nas litość i wracamy do domu jedynie po 3 nad ranem. My jesteśmy martwi, oni lekko ubawieni. Oczywiście mamy szczęście – w drodze powrotnej zatrzymuje nas pickup policyjny. „Za co” – pomyśleliśmy. Okazało się,  że nasz „conductore” nie zapiął pasów. Niestety przy dalszych oględzinach naszego towarzysza, okazuje się że jest pijany. Zaczyna robić się zamieszanie. K wciąż  mówi „Ah ta policja”. W końcu L prosi nas o 100 pesos. Wraca do radiowozu rodem z amerykańskiego rancza i po chwili wracamy juz do domu. W drodze powrotnej panuje grobowa atmosfera. Wraz z Rafałem snujemy w pokoju historie o tym, jaką karę dostał L. Rano wszystko się wyjaśnia. Za dwa przewinienia, czyli prowadzenie pod wpływem oraz brak pasów kara wynosi 5000 peso, czyli równowartość 1000 zł. Oprócz tego 1 dzień w areszcie. Jednak L opowiada, że Meksyk to kraj bardzo skorumpowany. Nasze 100 peso spotyka swojego brata bliźniaka z portfela L i lądując w kieszeni policjanta załatwia sprawę. 5000 peso i dzień w areszcie albo 200 peso (40 zl) – co tu wybrać? 
To tyle, jeśli chodzi o Cancun. Na drugi dzień, z głową jeszcze pełna trquili, odprowadzeni przez mądrych przyjaciół,  wyruszamy w dalszą drogę. Do Cancun wrócimy za ponad miesiąc, na koniec naszej podróży. Ale tymczasem zagłębiamy się w Meksyk.

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Ciekawym zjawiskiem jest widoczny w wielu sytuacjach wpływ USA. Po raz pierwszy mamy możliwość zrobienia zakupów w słynnej na cały świat sieci sklepow Wallmart. Sklep trzyma ogromny poziom. Z myślą o ludziach niemówiących po hiszpańsku zatrudniany jest nawet specjalny pomocnik, który tłumaczy wszystko na angielski. 
– Po kilkugodzinnym pobycie na plaży miejskiej pełnej lokalnych mieszkańców stwierdzić można,  że mają oni duży respekt do wody. Nikt nie wchodzi głębiej poza obszar płytkiej wody, czyli około 20 metrów od brzegu. Dodatkowo meksykanie w wielu przypadkach nie potrafią po prostu pływać. 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Jadąc do Kanady ubierz się schludnie, aby wyglądać, jak na europejczyka przystało. Ja niestety nie zastosowałem się do tej zasady, aby w Meksyku nie zwracać na siebie uwagi bogatym strojem. W związku z tym na odprawie zapytany zostałem, jaki zawód wykonuję i czy długo nam zamiar przebywać na terenie Kanady. Myślę, że uchodźcy miewają bardziej eleganckie stronę i tym samym mniej pytań związanych z planami zawodowymi w danym kraju. 
– Władze USA ostrzegają przed opuszczaniem strefy hotelowej nocą. Być może będziesz dzięki temu bardziej bezpieczny. Jednak 100 % bezpieczeństwa nie będziesz miał nawet w domu, więc po co jechać na wakacje na drugi koniec świata, jeżeli zamierzasz siedzieć w hermetycznej strefie hotelowej. Wyjdź do ludzi, nawet jeśli nie znasz języka, twój szeroki uśmiech i szczery zachwyt zrobią za ciebie robotę. 
– Nie bój się mówić po polsku, i tak nikt Cię nie zrozumie. W przeciwieństwie do obywateli USA, którym w szybkim tempie uświadomiliśmy, że rozumiemy co mówią na nasz i innych temat.

Kategorie
Blog

Znów przyszedł ten magiczny czas

Dżungla, dzikie plaże na odludziach, palmy kokosowe, dwa oceany, jedno z najpiękniejszych mórz świata, żółwie, małpy, dzikie węże i nietoperze. Jedzenie jako jedne z nielicznych wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, słynące ze swojego piekielnego temperamentu, zakrapiane mezcalem. Aztekowie, Majowie i cała plejada mniej znanych plemion indiańskich wraz ze strzelistymi piramidami w samym sercu dźungli. I oczywiście, najukochańsza w świecie latynoska „mańana”, czyli hołdowanie zasadzie „zrób to jutro”.

To tylko zapowiedź tego, co przed nami. I Wami – Drodzy Czytelnicy. Kolejna seria dobrych rad, jak nie zginąć i co tu zobaczyć, będąc przeciętnym polskim zjadaczem ziemniaków. Po raz kolejny, mając na uwadze okrojony budżet, dysponując średnią ilością czasu, postaramy się umilić Wam życie opowieścią z podróży,

Romki na Końcu Świata wracają do gry. Koniecznie bądźcie tam z nami, bo to będzie PRAWDZIWY MEKSYK.

Kategorie
Blog

Macedonia i Czarnogóra, czyli czas powrotów

Ostatnia prosta. Mimo zbliżającego się nieuchronnego końca, sporo jeszcze przed nami. Gdzie wyjechać, żeby znaleźć się na najbrzydszym campingu w Europie? Gdzie znajduje się najbardziej przejrzyste jezioro? Jak zjeść posiłek za śmieszne pieniądze i nie paść z przejedzenia? Jak nie dostać udaru przy 40- stopniowym upale, zdobywając najwyższy szczyt Korabu? Za oknami pełnia zimy, a was zapraszam po raz kolejny i ostatni do lektury zapisków z tegorocznych wakacji. Przenieście się z nami na Słoneczne Bałkany i poczytajcie.

Przejście graniczne między Albanią a Macedonią to istny Meksyk. Stoisz w kolejce bez ładu i składu. Kiedy w końcu przekraczasz magiczny punkt, okazuje się, że zanim jest tylko gorzej. Sprytni macedończycy wykoncypowali sobie, że na weekend jeździć należy właśnie do swoich albańskich sąsiadów, ponieważ jest tam znacznie taniej. Jest późny niedzielny wieczór i niestety zmierzamy w tym niekorzystnym kierunku. Niekorzystnym, bo tym samym co wszyscy, czyli w kierunku Ochrydy. Znajdujemy się tu, aby poznać rejony ogromnego Jeziora Ochrydzkiego i na krótko zatrzymać się na macedońskim campingu. Docieramy do niego grubo po 22:00, jednak od razu jesteśmy zaskoczeni jakością obsługi, i tak naprawdę najbardziej samym faktem jej istnienia o tej godzinie. Nasza radość ustępuje jednak bardzo szybko, a jej miejsce zajmują kolejno rozczarowanie, zwątpienie a nawet obrzydzenie. Staramy się znaleźć sobie miejsce na namioty. Nasz krążownik błądzi w czymś na miarę osiedli przyczep i domków campingowych, łączonych ze sobą czym się da. Efekt przypomina slumsy, ponieważ pomysłowość ludzka w doborze materiału budowlanego nie zna granic. Dodatkowo gęsta zabudowa powoduje wszechobecny zaduch, a odczuwalność zapachów od zawsze towarzyszących ludzkości kilkukrotnie przekracza dopuszczalne stężenie. Robi się coraz ciekawiej – mamy kolejny off-road. Tym razem rolę przeszkód terenowych odgrywają leżaki, pranie i wymyślny sprzęt campingowy, porozrzucany po całej okolicy. Jest tak ciasno, że droga określona jako przejezdna, blokuje nas otwartymi na całą szerokość oknami prowizorycznych domostw. Szybko staje się jasne, że w tej części kempingu miejsca nie znajdziemy. Wyjeżdżamy na małe wzniesienie nad samym jeziorem i naszym oczom ukazują się podobni nieszczęśliwcy, spędzający wakacje pod namiotem. Wymarzone miejsce na  biwak jest niewielkim skrawkiem terenu z jednym rachityczny drzewkiem oliwkowym i całkowicie wydeptaną trawą. Jednak nic nie jest takie złe, jak fakt, że jest to jednocześnie jedyny punkt na całym kempingu, gdzie wszyscy wyprowadzają swoje psy. Tak więc, teren stanowiący nasz dom na najbliższy czas usłany był odpadkami, wyschniętymi opadłymi oliwkami oraz produktami przemiany materii wszystkich okolicznych burków z campingu. Z samego rana. z uwagi na ograniczoną ilość drzew, budzi nas skwar. Idziemy wykąpać się w Jeziorze Ochrydzkim. I tutaj czeka nas cudowna odmiana- to jeden z najczystszych zbiorników, w jakim mieliśmy okazji się kąpać. Życie podwodne kwitnie pełną parą. Pod powierzchnią wygrzewa się tysiące srebrzystych rybek. Po wyjściu z wody okazuje się że na wysypanym kamyczkami nabrzeżu nie ma już ani pół miejsca. Szybka zmiana planów i już nas nie ma. Zabieramy cały dobytek i mkniemy w kierunku Ochrydy. Czeka nas tam w pełni muzułmańskie miasto, podobne zresztą do całej Macedonii. To tutaj zostajemy po królewsku ugoszczenie w jednej z lokalnych restauracji. Dwudaniowy obiad dla trzech osób z podwójnymi napojami wyskokowymi kosztuje nas w przeliczeniu niewiele ponad 50 zł. Za całość. Miasto posiada na wzgórzu ciekawą średniowieczną warownie Cara Samuela z fenomenalnym widokiem na całą okolicę i pobliskie wybrzeże. Okolica obfituje w targi, na których za bardzo przyzwoitą cenę można nabyć produkty o smaku Macedonii. A słynie ona, jak całe Bałkany, z serów, win, oliwek i owoców. Przed nami poważne zadanie – postawić stopę na najwyższym szczycie zarówno Macedonii jak i Albanii – Korabie. Samochodem przemieszczamy się nad jezioro w niedalekim oddaleniu gór, aby jak najwcześniej zbić obóz i ruszyć na podbój szczytu. Decydujemy się zdobyć go od strony Macedonii. Na drodze dojazdowej napotykamy posterunek graniczny, gdzie każdy turysta mający zamiar dostać się na szczyt powinien się wpisać. Na miejscu przeznaczonym do parkowania spotykamy ekipę Słowaków. Uprzedzają nas, że droga na szczyt jest całkowicie pozbawiona wody nadającej się do picia. Temperatura sięga 40 stopni Celsjusza i łatwo o udar i odwodnienie. Z braku większych zapasów, zabieramy około dwóch litrów wody na głowę i zaczynamy drogę przez mękę. Szczyt osiągamy po około 5 godzinach. Szlaki całkowicie puste. Z góry rozciąga się przejrzysty widok na… nic. Poczuć i na własne oczy zobaczyć, że wokół ciebie znajdują się jedynie twory natury – bezcenne. Warto było tu dotrzeć, aby przekonać się że stanowimy jedyny ośrodek cywilizacji w zasięgu wzroku. Być może Korab nie będzie dla Was stanowił najwyższego punktu, w jakim do tej pory się znaleźliście. Jednak dla nas, górołazów średniozaawansowanych, to zdecydowanie najwyższe miejsce we wszechświecie. Korab bowiem jest ponad 200 metrów wyższy niż nasze rodzime Rysy. Bez wody i sił, ale wyposażeni w upolowaną na szczycie dumę i samozadowolenie kierujemy się do samochodu. Pora nam znowu się przemieścić.

Na dwa ostatnie dni wybieramy kolejne nowe dla nas państwo – Czarnogórę. Cóż wspomnieć o tym miejscu? Mała miejscowość, w której decydujemy się zatrzymać to miejsce niestety dość komercyjne. Z w miarę czystego Morza Adriatyckiego korzysta cała chmara turystów. No i jak to w takich miejscach bywa – chmara zostawia liczne ślady swojego bytowania. Wieczorem, przechadzając się po opustoszałym już nabrzeżu, zastanawiamy się, czy niedopałów i innych drobnych śmieci nie jest więcej niż piasku. W nocy następuje zmiana pogody – Król Neptun sprawia wszystkim amatorom morskich kąpiel ogromną radość i zsyła fale jak domy. Kąpiąc się przy samym brzegu czujemy potęgę natury. Jesteśmy pełni podziwu dla odwagi równającej się już z głupotą ludzi, którzy bez skrupułów i zastanowienia oddalają się znacznie od brzegu. Być może jeszcze bardziej chcą poczuć siłę morza. Nie słyszeliśmy tamtego dnia o żadnych przypadkach utonięć, jednak gdyby takie zaistniały, z całą pewnością by nas to nie zdziwiło.

Czarnogóra to kraj wina i owoców morza, gdzie w związku z wprowadzeniem waluty Euro zrobiło się dosyć drogo. Jak na nasze dotychczasowe doświadczenia z Bałkanami – zdecydowanie za drogo. Dlatego też z ulgą odbieramy wiadomość od Darka i Eli, którzy proponują ponowne spotkanie. Tym razem ma to być jednodniowe pożegnanie wakacji na Węgrzech, nad Balatonem. Bez zająknięcia pakujemy nasz dobytek i wyruszamy.

A jak na Węgrzech, to już większość z Was, Drodzy Czytelnicy na pewno wie. W końcu to nasi ulubienie prawie- sąsiedzi, od setek lat związani z nami historią i odwieczną przyjaźnią. Balaton, nazywany węgierskim morzem ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Jest ogromnym zbiornikiem słodkiej wody, jednak niestety bardzo płytkim. Woda balatońska jest mleczna, o cudownym zabarwieniu błękitu, jednak całkowicie pozbawiona przejrzystości pod wodą. Te niedogodności rekompensują na pewno piękne widoki na historyczne miasteczka rozsiane wokół całego jeziora. Bardzo dobrze rozwinięta komunikacja w postaci pociągu jeżdżącego praktycznie dookoła zbiornika ułatwia codzienne wycieczki turystyczne. To jednocześnie raj dla rowerzystów, ze względu na doskonałą infrastrukturę ścieżek dla jednośladów.

Tak właśnie kończy się nasza bałkańska przygoda. Szczęśliwi, pełni wrażeń i nowych doświadczeń wracamy do domu. Mam nadzieję, że nasza opowieść, czasem może bez ładu i składu, przyczyni się do decyzji niektórych z Was, aby odwiedzić ten magiczny koniec Europy, pogranicze Chrześcijaństwa i Muzułmanizmu. To nasza dobra rada, nie tylko Wujka Rafała, ale również Aśki i Władka – jedźcie na Bałkany, bo to istny raj. Bez względu na to, czy jesteście amatorami turystyki offroadowej, trekkingów, biwakowania na dziko czy też wolicie wycieczki organizowane i poznawanie splendoru innych państw i kultur – zdecydowanie każdy z Was znajdzie tam coś dla siebie. Magiczne Bałkany z otwartymi ramionami witają turystów wszelkiej maści, nie pozostaje więc nic innego jak dać się im porwać w szaleńczy wakacyjny wir.

Kategorie
Blog

Albania – muzułmańska mekka turystyczna?

To dla mnie zupełnie nowa rzeczywistość. Pierwszy raz bezpośrednio stykamy się z wszechobecnym muzułmanizmem (no dobrze – Władek spotkał się z nim już trochę wcześniej). Miejsce naszych kościołów zajmują strzeliste, chudziutkie wieże meczetów, po kilka razy dziennie wzywające wiernych na modły. Albania dopiero od niedawna otworzyła swe podwoje dla turystów. Tak naprawdę są tu tylko dwa rejony, które zdążyły rozwinąć się w tej branży. Pierwszy z nich to oczywiście rejon wybrzeża. Po opowieści Władka przedstawiającej blichtr i chwałę tutejszych kurortów, z pełną premedytacją omijamy ten punkt. Czytając między wierszami odgadujemy, że to Słoneczny Brzeg vol. 2, dlatego decydujemy się na ten niegodny prawdziwego turysty krok. Lądujemy w drugim, mniej znanym rejonie w Szkodrze, nad ogromnym jeziorem o tej samej nazwie.

Od razu przekonujemy się, że pomimo panującego tu wyznania, które po ostatnich wydarzeniach nie uchodzi za specjalnie bezpieczne dla innowierców, Albańczycy wychodzą do nas z sercem na dłoni. W ponad 40 stopniowym upale, po przejściu przez zadziwiające postępem motoryzacji szkoderskie slumsy, docieramy nad samo jezioro. A tu – miła niespodzianka –  z racji faktu, że nie znajdujemy się w enklawie turystyki, nabrzeże pełne jest jedynie wypoczywających lokalsów. Trochę przypomina się latynoska mańana. Środek dnia, środek tygodnia, rozleniwieni obywatele leżą na czymś w rodzaju dzikiej plaży. Kontemplują powolny przepływ czasu, słuchając muzyki z muzułmańskim zaśpiewem. Nas – turystów otaczają ciasnym kręgiem przyjaźni – wskazują miejsce w cieniu, częstują świeżymi figami i próbują nawiązać konwersację. Niestety – bezskutecznie. W Albanii, przy braku współpracy lingwistycznej ze strony lokalnych mieszkańców nie porozumiecie się w żadnym znanym Wam języku. Porzućcie więc wszelką nadzieję i zacznijcie mowę gestów. Władek osiągnął w tej dziedzinie szczyt porozumienia tłumacząc, że my z Polski, czyli to samo, co Lewandowski.

W drodze powrotnej na camping dwa razy zahaczamy o lokalny wyszynk. Oprócz chyba najlepszego do tej pory mrożonego wina, serwowana jest szkoderska specjalność – karp. Nie, nie, Drodzy Państwo – to nie Wigilia i zdecydowanie nie ta podła mulasta ryba, co u nas w kraju. Tutejszy smażony karp to prawdziwy rarytas i nawet Rafał – jego zagorzały przeciwnik jest zachwycony.

Warto wspomnieć o naszym campingu. Za całką przyzwoitą cenę mamy do dyspozycji całodobowy basen wygrywający hity lat 90. Zdecydowanie najwyższej klasy pole namiotowe, na jakim zdarzyło nam się do tej pory być. Wieczorem decydujemy się uderzyć w miasto, ponieważ padła decyzja o rychłym wyjeździe na drugi dzień. I tutaj cudowna dla mnie niespodzianka – po raz pierwszy w życiu mam okazję zobaczyć meczet. Dzięki uprzejmej instrukcji jednego z modlących się mężczyzn, mogę zwiedzić go nawet od środka. Przechodzę przez wskazane wejście dla kobiet, szybko porzucam obuwie we wskazanym miejscu i spacerkiem po mięciutkim dywanie udaję się na antresolę. Cóż za szczęści, że jestem kobietą. Z piętra przeznaczonego dla osobników mojej płci rozpościera się wspaniały widok na wszystkie nawy i zakątki bogato zdobionego wnętrza. Można też przyjrzeć się z góry kiwającym się w rytm modlitwy mężczyznom. Istny rarytas dla takich jak my innowierców.

Na drugi dzień, zgodnie z zapowiedzią, z niejakim żalem opuszczamy nasz luksusowy camping, żeby udać się w dzicz. To tutaj od samego początku ciągnie Rafał – osławiony raj dla offroadowców – Pętla Theth. Cała trasa zaczyna się bardzo niewinnie – powoli opuszczamy tereny zurbanizowane, kończy się asfalt a zaczyna droga szutrowa. Pierwsza część to około dwadzieścia kilometrów do samego Theth. Nawet jeżeli nie jesteście w posiadaniu samochodu terenowego, możecie przy odrobinie spokoju i cierpliwości pokonać ten odcinek. I powinniście, ponieważ jeżdżąc po wzniesieniach tzw. Albańskich Alp będziecie podziwiać niezapomniane widoki. Samo Theth to mikro mieścina lub bardziej skupisko budowli, położonych w niecce pomiędzy pasmami gór. Parę przydomowych campingów i domów gościnnych, jedna knajpka. Ucztujący w niej mężczyźni, głównie policjanci (prawdopodobnie na służbie, ponieważ w uniformach) po raz kolejny uświadamiają nam, że życiem należy się cieszyć, bo szybko przemija. Środek dnia, biesiada trwa w najlepsze. Oglądamy inne środki transportu, żeby podjąć decyzję, co dalej. Nasz samochód, stojąc na podjeździe obok istnych petro – potworów 4×4, wygląda biedni. Mały, drobne kółeczka, brak sprzętu, który wywieszony jest na zewnątrz, na każdym centymetrze karoserii. Nie mamy dwóch zapasowych opon, kanistrów z galonami paliwa, kosza dachowego, saperek, wyciągarek, anten, lokalizatorów ani innego sprzętu rodem z armii. Jednak porzucenie zamiaru zdobycia Pętli Theth nie mieści nam się w głowie. Z zapowiedzi wynika, że przed nami ponad siedemdziesięcio – kilometrowy odcinek drogi, a właściwie kamienistego offroadu. Droga bez powrotu. Szybka decyzja podjęta – witaj przygodo!

Jest tak strasznie, jak wszyscy ostrzegali. Nasza prędkość przelotowa sięga niekiedy zawrotnych 7 kilometrów na godzinę. Upał, brak żywego ducha za wyjątkiem jednego tubylcy jadącego konno. I wręcz namacalny strach – co będzie, jeśli przebijemy oponę? Ok – mamy zapas, ale co jeżeli jego też uszkodzimy? A co, jeśli dobrniemy do punktu, w którym nasz samochód sobie nie poradzi? Przecież nikt nam nie pomoże, bo nikogo tu nie ma. Adrenalinę uzupełniają niecodzienne widoki i zdarzenia. Mijamy opuszczone kamienne wioski, porzucone bardzo dawno temu. Odpoczywamy i chłodzimy się w  lodowatej górskiej rzece. Nagle, po 5 godzinach docieramy do asfaltu. Coś się nie zgadza – coś poszło nam za szybko. I zdecydowanie za łatwo. Na  środku ruin bardzo biednej i zniszczonej wsi stoją półnadzy mężczyźni i grzebią we wraku motocykla. Cóż robić – licząc na łut szczęścia wysiadamy i pytamy o market. Nasze zdziwienie sięga zenitu – jeden z uczestników zgrupowania płynnie po niemiecku wyjaśnia nam, że sklep jest, a jakże, i już go otwiera, prowadząc nas do pobliskiego zabudowania przypominającego sypiącą się stodołę. Drzwi już otwarte, niepewnie zaglądamy do wnętrza. Worki ryżu, żywność długoterminowa, tona wszelkiego rodzaju gwoździ i śrubek, spleśniałe pomidory i lodówka z piwem. Nada się na nasze potrzeby. Pytamy o stan czekającej nas dalszej drogi. Cóż za szczęście, że tylko ja w miarę dobrze znam niemiecki, bo odpowiedź mrozi krew w żyłach. „Asfalt kończy się za 100m, przed nami ponad połowa całej trasy. Ta gorsza i mniej przejezdna połowa.”

Nie będę przytaczać, jaką drogę przeszliśmy i ile razy musieliśmy z Władkiem wysiadać z samochodu odciążając go na najgorszych odcinkach. Jednak wszystko to było warte noclegu, jaki sobie zafundowaliśmy. Osłonięte z jednej strony wypłaszczenie. Jesteśmy całkowicie i perfekcyjnie sami. Ostatni ślad życia został w składzie – stodole wraz z jej niemieckojęzycznym właścicielem, wiele godzin za nami. Mamy drugi najlepszy (zaraz po Fitz Royu w Argentynie) widok z obozu na całe pasmo otaczających nas Albańskich Alp. Na horyzoncie zapada zmrok i raz za razem zapalają się światła – świadectwo jednak nie do końca wymarłej tu cywilizacji. A może wręcz przeciwnie – w zasięgu wzroku (a tego nie przesłaniają żadne przeszkody), porozrzucanych po całym stoku doliczamy się ich tylko 12.

Budzimy się wcześnie rano, zwijamy obóz i kontynuujemy drogę przez mękę. W końcu, po ponad 10 godzinach samej jazdy, plus oczywiście czasie spędzonym na popasach, docieramy do drugiej strony urwanego asfaltu. Pętla Theth zdobyta, pomimo luk w sprzęcie. Udało się – bez zniszczeń, nasze terenowe Cinquecento dało radę i możemy kontynuować naszą podróż. Przed nami już niewiele, ale równie ekscytujących przygód. Podążamy w głąb enklawy muzułmanizmu – na drodze przed nami Macedonia ze swoimi nieodkrytymi urokami. Ale o tym, co tam widzieliśmy, co przeżyliśmy, co jedliśmy i piliśmy już w kolejnej odsłonie Romków na Końcu Świata. Zostańcie z nami.

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Albania słynie z… bunkrów. Jeżeli kiedykolwiek wizja nuklearnej zagłady stanie się wyraźna – podążaj w tamtym kierunku. Ich obecność określana jest ciekawym terminem „reliktu paranoidalnej przeszłości”, lub po prostu bunkieromanią komunistycznego władcy. Pan Hoxa, bo tak nazywał się ów dyktator, żył w ciągłym strachu przed inwazją obcych państw, dlatego wybudował taką ilość schronów, że obecnie jeden bunkier przypada na czterech obywateli.
  • Ciekawostka, która nie do końca cieszy mówi nam, że w Albanii poza kurortami turystycznymi absolutnie nie zjesz nic smacznego po godzinie 21. Myślcie o tym planując swój dzień, aby nie stołować się w nocnych, niezbyt dobrych wyszynkach typu fast – food.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Nie licz na schłodzenie swego rozpalonego ciała w Jeziorze Szkoderskim, ponieważ jego temperatura sięga 35 stopni Celcjusza. Znajdź na to inny sposób, chociażby kosztując kosowskiego piwa, które jest tutaj bardzo popularne a jednocześnie smaczne.
  • W Albanii mają niekiedy ciekawe podejście do tematu marketingu. Najlepszą reklamą sklepu bądź restauracji jest rzeźnik zabijający i sprawiający krowy i kozy bezpośrednio na oczach klienteli, przed głównym wejściu do budynku. Chcesz nabyć naprawdę dobrej jakości mięso – szukaj zwierzyny ze świeżo poderżniętym gardłem, wykrwawiającej się do podstawionej brudnej miednicy.
Kategorie
Blog

Grecja – kraj pitą i rycyną płynący

Cóż można powiedzieć o tym kolejnym na trasie kraju? Z całą pewnością wyróżnia się on najpiękniejszym wybrzeżem. Grecka linia brzegowa biegnie wzdłuż kilku mórz – to pewnie dzięki temu jest taka ciekawa i różnorodna. Jeżeli chcemy spróbować nurkowanie, pamiętajmy, aby wybierać się na plaże kamieniste. Sami przekonacie się, że piasek zwiastuje mało owocne podwodne obserwacje, gdyż najczęściej ryby zwyczajnie nie mają się gdzie ukryć.

Swoją bazę zakładamy na mało popularnym campingu „Delfini” na Półwyspie Chalkidiki. Wybieramy to miejsce głównie ze względu na rekomendacje, jednak szybkom okazuje się to świetną decyzją. Brak tłumów, bogate zaplecze sanitarne, najgłośniejsze pod słońcem cykady, koncertujące od świtu do późna w nocy. W sumie do tych ostatnich na początku trudno się przyzwyczaić, aż tak jest od nich głośno. W nocy wszelka zwierzyna również daje mało odpoczynku, gdyż ciszę raz po raz przerywają nocne sowy.

W pierwszą noc naszego przyjazdu czeka nas miła niespodzianka. Właściciele Kostas i Galina, dowiadując się, że jesteśmy tu z polecenia od ich dobrych znajomych, zapraszają nas na małe przyjęcie. Towarzystwo w pełni międzynarodowe – Grecy, Ukraińcy, Turkowie, Serbowie, Niemcy i Polacy. Kaleczymy wszystkie znane nam języki aby się porozumieć, a wraz z upływem serwowanych trunków (turecki samogon i nasz niezawodny 80% rum) stajemy się coraz wybitniejszymi poliglotami i idzie nam coraz lepiej.

W czasie naszego tu pobytu odwiedzamy kilka plaży. Na pierwszej z nich, niedaleko od brzegu znajdują się fantastyczne kamienne twory. Każda osoba widzi w nich wyobrażenie innego zwierzęcia – byk, pies, wieloryb – co komu podpowie wyobraźnia. Jednak uwaga – żeby gołą stopą stanąć na jednej ze zwierzęco – kształtnych wysepek należy pokonać istne pole minowe z jeżowców. Władek niestety został jednym z nich ugodzony i całe jego dłoń od wewnętrznej strony usłana była odłamkami kolców podwodnego stworzenia. Jednak w każdym, nawet niezbyt szczęśliwym wydarzeniu można próbować doszukać się pozytywów. Po powrocie na camping, obolały Władek otrzymuje pomoc od niebanalnej drużyny Serbów. Po pierwsze uczymy się, co w ogóle z tymi kolcami robić. Miejsce zranione należy ciągle smarować oliwą o jak najwyższej temperaturze (aby to oczywiście wytrzymać). Nie wiem, jak to możliwe, ale według podań wszystkich znających się na tym ludzi kolce wewnątrz ciała są żywe i przed wyciągnięciem należy je zabić tą gorącą temperaturą. Gaworząc sobie spokojnie z 6 – osobową ekipą Serbów oczekujemy na tragiczną śmierć kolców pod wrzącą oliwą i jednocześnie Władka kolej na stole operacyjnym. Jego funkcję pełni kanapa knajpki campingowej. Jeden pacjent, akurat w trakcie operacji to nieszczęśliwy Serb, któremu przytrafiła się podobna historia. Główny chirurg to jego krajan, a broda sięgająca prawie do pasa niechybnie świadczy o wieloletnim doświadczeniu w każdej materii. W czasie oczekiwania (i oczywiście patrzenia przez ramię na głównego medyka i jego postępy w zabiegu), dowiadujemy się, że Serbowie przybyli tu ze swojego kraju pieszo, specjalnie na pielgrzymkę do Athos. Miejsce, o którym mowa znajduje się bardzo niedaleko od nas, na samym cyplu Chalkidiki. Athos to okręg autonomiczny i aby się tam dostać, musisz ubiegać się o wizę, która pozwala wjechać Ci do kraju maksymalnie na 10 dni. To swego rodzaju Mekka dla ortodoksów, czyli prawosławnych. W samym Athos znajduje się kilkadziesiąt monasterów, w których mnisi podczas pieszej wędrówki mogą udzielić Wam schronienia. Dla zainteresowanych od razu wspomnę, iż wizę otrzymać mogą jedynie osoby wyznania prawosławnego i jedynie płci męskiej. Plotka głosi, iż wszystko w Athos jest rodzaju męskiego, również cała zwierzyna hodowlana, za wyjątkiem kur. Jeżeli komuś z Was kiedykolwiek uda się przekroczyć te mityczne granice – bardzo chętnie poznam o tym prawdę.

Wracając do rzeczywistości, operacja ma się ku końcowi. Pacjent żyje, wstaje o własnych nogach, proszą więc następnego. Władek zajmuje pozycję a znachor cierpliwie grzebie agrafką w dłoni poszkodowanego, raz po raz wyciągając kolejne mikroskopijne drobiny kolców. Ciekawostka BHP. Mniej więcej w połowie zabiegu, Serb znachor przytrzymując w zębach zbluzganą we Władka krwi agrafkę zapytał uprzejmie, czy ten przypadkiem nie ma HIV. Troszkę w czas, ale po tym, jak nasz kompan wytłumaczył mu, że jest honorowym krwiodawcą, pytający zdecydowanie się wyluzował.

Miasteczko Ierissos, w pobliżu którego znajduje się camping Delfini dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich, dla nas bardziej atrakcyjna, znajduje się w pewnym oddaleniu od wybrzeża, dlatego to część lokalsów. Już od 5 rano mamy tu otwarte knajpki z kawą i frappe. I już niedługo po tej godzinie, do jednej z nich schodzą się mężczyźni spragnieni hazardowych wrażeń, które zaspokajają grając pół dnia w domino. Niewinnie przysiadamy stolik obok i popijając zimną rycynę obserwujemy codzienne niespieszne życie. Za to w lokalu obok podają najlepszą i jednocześnie najtańszą pitę w mieście. Do wyboru kurczak lub wieprzowina, a wszystko polane domowej roboty sosem tzatziki. Nigdzie w mieście nie zjecie taniej i lepiej. Wieczorem Darek zarządza wejście w odmęty części turystycznej, aby zobaczy, „jak żyją ludzie”. Spora ilość turystów, niezbyt atrakcyjna plaża miejska i dużo wszelkiej maści wyszynków. Wszystko dobre, jednak tutaj Grecja daje się poznać od strony jej drożyzny. Żadne z państw, które odwiedziliśmy, ani które dopiero odwiedzimy nie będzie tak drogie. Przykładowo cena za piwo w barze na nabrzeżu sięga 5 Euro. Co warto dodać, w lokalsowej części miasta ceny są co najmniej 30 % niższe.

Darek i Ela, zakochani w Grecji decydują się zostać tu dłużej. Nas, po 4 dniach trochę świerzbią już nogi i z drobnym uczuciem żalu, decydujemy się ruszać dalej. Przed nami jedna z ważniejszych atrakcji greckich – Meteory. Jak zapewne wiecie, to kompleks ponad 20 monastyrów (z czego 6 jest otwartych do zwiedzania) wybudowanych na sąsiadujących wzniesieniach. Widok robi piorunujące wrażenie. Klasztory otwarte są dla zwiedzających bez względu na wyznanie i płeć, ponieważ mnisi już tu nie mieszkają. Pomiędzy poszczególnymi budowlami przemieszczamy się samochodem, a następnie musimy pokonać parę setek schodów na górę. Dla wszystkich będących w Grecji punkt nie do ominięcia.

I już ruszamy dalej. Naszym kolejnym, choć nieoczekiwanym punktem staje się Macedonia. Czy ktoś w ogóle zna ten kraj z innej perspektywy niż jedynej autostrady, która usprawnia nam drogę do Grecji? My na pewno nie, dlatego ahoj przygodo!

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • W Ierissos, po dobrym rozpoznaniu terenowym można zakupić prawdziwe frykasy. Obok knajpy z panami grającymi w domino znajduje się sklep mięsny, w którym najtańszym produktem jest koźlina. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali jej przyrządzić. Wszystko byłoby w porządku, gdyby przepis internetowy wspominał o fakcie, że mięso gotujemy osobno przez jakieś 2 godziny. Nasze mięso, po 3 godzinach gotowania wraz z pomidorami i innymi składnikami nie osiąga żadnych rezultatów w zakresie zmiękczenia. Z pomocą pojawia się znowu Serb – znachor. Przezbraja gulasz, mięso wrzuca do osobnego mówi, że tak ma być. Konkluzja – koźlina, pomimo dużych starań i pomocy międzynarodowej wyszła nam średnio miękka. Dodatkowo w jej smaku nie było nic nadzwyczajnego (jak np. w baraninie), dlatego stwierdzam, że nie jest warta zachodu.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Trzymaj się z dala od turystycznych restauracji. Sprawdza się to w każdym zakątku świata. Jedz tam, gdzie mieszkańcy – lokalsi nigdy się nie mylą.
  • Pijąc rycynę, czyli specjalnie doprawione białe wino, w dużych ilościach, dowiedzieliśmy się, że robimy to w zły sposób. Oryginalnie Grecy piją ją z Colą, a typowych turystów można poznać właśnie po tym, że nie rozcieńczają jej w ogóle.
  • Zawsze dobrze mieć pod ręką Serba. Najlepiej takiego z długą brodą, bo mają uzdolnienia w zakresie medycyny i kuchni, a właściwie nie sprawdzono do czego jeszcze.




















Kategorie
Blog

Siedzę w Bułgarskim Centrum…

Bułgaria to wspaniały kraj o rozległej linii brzegowej. Można tu kupić wszelkie owoce i warzywa oraz w okazyjnych cenach zjeść frykasy złożone z darów morza. To pewnie jeden z powodów, dla których tak dużo tu naszych rodaków.

Bułgaria daje się poznać od strony mieszkańców, ich nastawienia do turystów i zwyczajów. Pierwsza z obserwacji daje nam do zrozumienia, że dosyć częstym sposobem na życie dla młodych kobiet jest sponsoring. Bogaci panowie w wieku około 60 lat zapoznają dziewczyny dwudziesto – letnie i korzystając z ich walorów, pokazują uroki życia w luksusie. Dobrą informacją jest, drodzy panowie, że wcale nie trzeba być potentatem finansowym, aby spróbować przygarnąć młodą piękność. Paruletni Passat zdecydowanie spełni swą rolę wabika. Najważniejsze, żeby każdy był zadowolony z towaru, za który płaci.

                Druga obserwacja, prowadzona przez dłuższy czas pokazuje nam, że Bułgarzy bardzo nie lubią wykonywać żadnego typu usług. Kelnerzy, sprzedawcy – wszyscy dają nam do zrozumienia, że jesteśmy dla nich, jako klienci – dopustem bożym. I najlepiej, żebyśmy sobie czym prędzej poszli. Pragnę Was przestrzec przed zdecydowanie niesympatyczną kontrolą graniczną, oraz budzącą grozę budką z winietami. Dlaczego? Celnicy patrzą na nas spode łba w nieprzyjemny sposób, w odróżnieniu od sprzedawców winiet, którzy nie patrzą na nas w ogóle i zdają się specjalnie nie dostrzegać naszego istnienia. Nawet putanie w okienko budy nie pomaga, i dopiero Rafałowi, chociaż nie wiem jak, udaje się kupić winiety. Jednocześnie wszystkim Wam, chcącym zawitać do tego kraju winem płynącego przypominam, że winiety niezbędne są do poruszania się na każdej drodze poza terenem zabudowanym.

W ramach potwierdzenia, że w Bułgarii panuje cudowna pogoda, na nasz pierwszy camping przybywamy późną nocą w samym sercu nawałnicy deszczowej. Ziemia pola namiotowego rozmaka tworząc istne bagno, w którym raz po raz utyka kolejny pojazd. Zaradny właściciel dysponuje jednak ciągnikami własnej produkcji i wyciąga klientów z opałów.

Cóż tu robić w tym upalnym kraju? Gdy pogoda się poprawia i z kolei nie daje nam wytchnienia gorąco, wykonujemy pierwszą w życiu kąpiel w Morzu Czarnym. To przyjemny i ciepły akwen, jednak nie nadaje się specjalnie do amatorskiego nurkowania z zestawem ABC. Dno usłane jest drobnymi kamyczkami, próżno szukać tu roślinności i kolorowych rybek. Już na drugi dzień nogi zaczynają świerzbić z nieróbstwa. Do granicy z Rumunią i obrzydłej nam hipsterskiej miejscowości Vama Veche jest około 10 km. „Przejdźmy to pieszo, wybrzeżem!” – pada fenomenalnie głupi pomysł. Trzeba się było trochę lepiej zastanowić i pomyśleć chwilę, co począć na przejściu granicznym. Może dzięki temu zaoszczędzilibyśmy sobie wymownych spojrzeń uzbrojonej straży patrolującej strefę przygraniczną na plaży. Prawdopodobnie, gdyby nie pomoc napotkanego przypadkowo Rumuna – plażowicza, który w naszym imieniu wytłumaczył, że byśmy nie chcieli nielegalnie przekraczać granicy, nie wiedzieli i w ogóle jesteśmy zagubieni, mogłoby być kiepsko. Za głupie pomysły się płaci – nie dość że nie wchodzimy do Rumunii, to na dodatek koszmarną drogę powrotną pokonujemy po ciemku wzdłuż szosy, strasząc przejezdnych swą obecnością na totalnym odludziu. Ponoć tutaj nadal zdarzają się zasadzki na kierowców w celu rabunku. Na stopa nie było co liczyć, pomimo prób.

W Bułgarii dołączają do nas kolejni uczestnicy – Darek i Ela. Razem przemierzamy dalszą część kraju, aby dostać się do najbardziej urokliwej części wybrzeża, znajdującej się pod Sozopolem. W dwa samochody obniżamy się na południe kraju. Po drodze wpadamy na chwilę do najsłynniejszego miejsca dla Polaków – miasteczka Bałczik. Mam wrażenie, że każdy rodak odwiedzający Bułgarię hołduje zasadzie – „Nie byłeś w pełni w tym kraju, jeżeli nie odwiedziłeś ogrodu botanicznego i zamku w Bałcziku”. Kramy uginają się od wszechobecnego badziewie a każdy straganiarz  potrafi poprawnie porozumieć się po polsku przynajmniej w zakresie dobicia targu. Po szybkim odznaczeniu Bałcziku na liście „must see” uciekamy do miejsca, które swoją kurortową sławę w Europie osiągnęło chyba tylko i wyłącznie z powodu „kurortowej sławy”. Słoneczny Brzegu – witaj. Odnoszę wrażenie, że chyba jesteśmy mało odporni – niecałe 2 godziny w tym miejscu wywołuje u nas istną palpitację serca i zew natychmiastowej ucieczki. Wszystko gra, ryczy, na każdym kroku jesteś agitowany, aby coś kupić, zjeść, wypić lub skorzystać z miejscowej atrakcji. Szalę przeważa modne zdjęcie na tle egzotycznego plakatu z tropików z żywym egzotycznym ptakiem na ręce.

Ostatni punkt przed campingiem tego dnia to nieodległy Nesebyr. Piękne miasto, dawniej położone na wyspie, zostało połączone ze stałym lądem nasypem kamiennym wraz z drogą. Nasza piątka zwiedza ciasne brukowane uliczki i ucztuje przy strawach tutejszej kuchni.

Późną porą docieramy na nasz camping pod Sozopolem. Wieczorem dnia następnego udajemy się do miasta, aby zakosztować tamtejszych luksusów. Co dla nas niezwykle zabawne – najpopularniejszą atrakcją nabijającą kabzę miejscowym są budy z ubraniami w stylu retro. Ale to nie to, o czym myślicie. Cała rzecz polega na tym, że po raz kolejny płacisz za zdjęcie w bogatej scenerii uwiecznionej na plakatach, z tą różnicą, że zamiast tropikalnego ptaka na ramieniu, przebierasz się w przepocony strój, np. królowej Wiktorii lub arystokraty francuskiego. Peruka wraz z przypadkowymi jej mieszkańcami wszelakiego pochodzenia w gratisie.

Tak powoli płynie nasz czas w Bułgarii. Pewnego leniwego popołudnia, popijając w cieniu drzew zimne piwko, Rafał czyta nam zestaw istotnych informacji o tym nadmorskim kraju. Są one na tyle fascynujące, że inspirują mnie do kolumny:

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Baba Wanga, nieżyjąca od  lat pani jasnowidz, to chyba najbardziej znana postać Bułgarii. Trafnie przepowiedziała ona przyszłość tysiącom zwracających się do niej ludzi. Najciekawsze jednak były przepowiednie dotyczące przyszłości naszej cywilizacji. Baba Wanga przepowiedziała dojście do władzy Hitlera, II wojnę światową, upadek Związku Radzieckiego, wybuch w Czarnobylu czy zatonięcie Kurska. Jej przepowiednie biegną daleko do przodu, dlatego z samej ciekawości zachęcam Was- Drodzy Czytelnicy do poznania szalonej wizji wszechświata przedstawionej przez zupełnie niepozorną starszą panią.
  • Bułgaria to kolebka jogurtów. Pod koniec XVIII wieku odkryto tam specjalne bakterie, które po dziś dzień służą do produkcji wszelkich jego odmian. Jako produktem narodowym, Bułgarzy obżerają się nim na każdym kroku. Jest to jeden z powodów, dlaczego mieszkańcy Bułgarii cieszą się długowiecznością.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Zastanów się dwa razy przed zakupem piwa bułgarskiego. Pod względem jakości i smaku może ono służyć jedynie jako środek moczopędny.
  • Uważaj na to, co zamawiasz w restauracji, a najlepiej sprawdź to najpierw w Internecie. Nazwy bywają całkowicie mylące, a kelnerzy najczęściej nie władają innym językiem niż bułgarski. Dlatego też zamawiając danie o wiele mówiącej nazwie Kebab, dostałem garnek z zawartością przypominającą gulasz. Niepomny swojego błędu, to same danie, ale pod inną nazwą, zamówiłem dwa razy.