Kategorie
Blog

Siedzę w Bułgarskim Centrum…

Bułgaria to wspaniały kraj o rozległej linii brzegowej. Można tu kupić wszelkie owoce i warzywa oraz w okazyjnych cenach zjeść frykasy złożone z darów morza. To pewnie jeden z powodów, dla których tak dużo tu naszych rodaków.

Bułgaria daje się poznać od strony mieszkańców, ich nastawienia do turystów i zwyczajów. Pierwsza z obserwacji daje nam do zrozumienia, że dosyć częstym sposobem na życie dla młodych kobiet jest sponsoring. Bogaci panowie w wieku około 60 lat zapoznają dziewczyny dwudziesto – letnie i korzystając z ich walorów, pokazują uroki życia w luksusie. Dobrą informacją jest, drodzy panowie, że wcale nie trzeba być potentatem finansowym, aby spróbować przygarnąć młodą piękność. Paruletni Passat zdecydowanie spełni swą rolę wabika. Najważniejsze, żeby każdy był zadowolony z towaru, za który płaci.

                Druga obserwacja, prowadzona przez dłuższy czas pokazuje nam, że Bułgarzy bardzo nie lubią wykonywać żadnego typu usług. Kelnerzy, sprzedawcy – wszyscy dają nam do zrozumienia, że jesteśmy dla nich, jako klienci – dopustem bożym. I najlepiej, żebyśmy sobie czym prędzej poszli. Pragnę Was przestrzec przed zdecydowanie niesympatyczną kontrolą graniczną, oraz budzącą grozę budką z winietami. Dlaczego? Celnicy patrzą na nas spode łba w nieprzyjemny sposób, w odróżnieniu od sprzedawców winiet, którzy nie patrzą na nas w ogóle i zdają się specjalnie nie dostrzegać naszego istnienia. Nawet putanie w okienko budy nie pomaga, i dopiero Rafałowi, chociaż nie wiem jak, udaje się kupić winiety. Jednocześnie wszystkim Wam, chcącym zawitać do tego kraju winem płynącego przypominam, że winiety niezbędne są do poruszania się na każdej drodze poza terenem zabudowanym.

W ramach potwierdzenia, że w Bułgarii panuje cudowna pogoda, na nasz pierwszy camping przybywamy późną nocą w samym sercu nawałnicy deszczowej. Ziemia pola namiotowego rozmaka tworząc istne bagno, w którym raz po raz utyka kolejny pojazd. Zaradny właściciel dysponuje jednak ciągnikami własnej produkcji i wyciąga klientów z opałów.

Cóż tu robić w tym upalnym kraju? Gdy pogoda się poprawia i z kolei nie daje nam wytchnienia gorąco, wykonujemy pierwszą w życiu kąpiel w Morzu Czarnym. To przyjemny i ciepły akwen, jednak nie nadaje się specjalnie do amatorskiego nurkowania z zestawem ABC. Dno usłane jest drobnymi kamyczkami, próżno szukać tu roślinności i kolorowych rybek. Już na drugi dzień nogi zaczynają świerzbić z nieróbstwa. Do granicy z Rumunią i obrzydłej nam hipsterskiej miejscowości Vama Veche jest około 10 km. „Przejdźmy to pieszo, wybrzeżem!” – pada fenomenalnie głupi pomysł. Trzeba się było trochę lepiej zastanowić i pomyśleć chwilę, co począć na przejściu granicznym. Może dzięki temu zaoszczędzilibyśmy sobie wymownych spojrzeń uzbrojonej straży patrolującej strefę przygraniczną na plaży. Prawdopodobnie, gdyby nie pomoc napotkanego przypadkowo Rumuna – plażowicza, który w naszym imieniu wytłumaczył, że byśmy nie chcieli nielegalnie przekraczać granicy, nie wiedzieli i w ogóle jesteśmy zagubieni, mogłoby być kiepsko. Za głupie pomysły się płaci – nie dość że nie wchodzimy do Rumunii, to na dodatek koszmarną drogę powrotną pokonujemy po ciemku wzdłuż szosy, strasząc przejezdnych swą obecnością na totalnym odludziu. Ponoć tutaj nadal zdarzają się zasadzki na kierowców w celu rabunku. Na stopa nie było co liczyć, pomimo prób.

W Bułgarii dołączają do nas kolejni uczestnicy – Darek i Ela. Razem przemierzamy dalszą część kraju, aby dostać się do najbardziej urokliwej części wybrzeża, znajdującej się pod Sozopolem. W dwa samochody obniżamy się na południe kraju. Po drodze wpadamy na chwilę do najsłynniejszego miejsca dla Polaków – miasteczka Bałczik. Mam wrażenie, że każdy rodak odwiedzający Bułgarię hołduje zasadzie – „Nie byłeś w pełni w tym kraju, jeżeli nie odwiedziłeś ogrodu botanicznego i zamku w Bałcziku”. Kramy uginają się od wszechobecnego badziewie a każdy straganiarz  potrafi poprawnie porozumieć się po polsku przynajmniej w zakresie dobicia targu. Po szybkim odznaczeniu Bałcziku na liście „must see” uciekamy do miejsca, które swoją kurortową sławę w Europie osiągnęło chyba tylko i wyłącznie z powodu „kurortowej sławy”. Słoneczny Brzegu – witaj. Odnoszę wrażenie, że chyba jesteśmy mało odporni – niecałe 2 godziny w tym miejscu wywołuje u nas istną palpitację serca i zew natychmiastowej ucieczki. Wszystko gra, ryczy, na każdym kroku jesteś agitowany, aby coś kupić, zjeść, wypić lub skorzystać z miejscowej atrakcji. Szalę przeważa modne zdjęcie na tle egzotycznego plakatu z tropików z żywym egzotycznym ptakiem na ręce.

Ostatni punkt przed campingiem tego dnia to nieodległy Nesebyr. Piękne miasto, dawniej położone na wyspie, zostało połączone ze stałym lądem nasypem kamiennym wraz z drogą. Nasza piątka zwiedza ciasne brukowane uliczki i ucztuje przy strawach tutejszej kuchni.

Późną porą docieramy na nasz camping pod Sozopolem. Wieczorem dnia następnego udajemy się do miasta, aby zakosztować tamtejszych luksusów. Co dla nas niezwykle zabawne – najpopularniejszą atrakcją nabijającą kabzę miejscowym są budy z ubraniami w stylu retro. Ale to nie to, o czym myślicie. Cała rzecz polega na tym, że po raz kolejny płacisz za zdjęcie w bogatej scenerii uwiecznionej na plakatach, z tą różnicą, że zamiast tropikalnego ptaka na ramieniu, przebierasz się w przepocony strój, np. królowej Wiktorii lub arystokraty francuskiego. Peruka wraz z przypadkowymi jej mieszkańcami wszelakiego pochodzenia w gratisie.

Tak powoli płynie nasz czas w Bułgarii. Pewnego leniwego popołudnia, popijając w cieniu drzew zimne piwko, Rafał czyta nam zestaw istotnych informacji o tym nadmorskim kraju. Są one na tyle fascynujące, że inspirują mnie do kolumny:

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Baba Wanga, nieżyjąca od  lat pani jasnowidz, to chyba najbardziej znana postać Bułgarii. Trafnie przepowiedziała ona przyszłość tysiącom zwracających się do niej ludzi. Najciekawsze jednak były przepowiednie dotyczące przyszłości naszej cywilizacji. Baba Wanga przepowiedziała dojście do władzy Hitlera, II wojnę światową, upadek Związku Radzieckiego, wybuch w Czarnobylu czy zatonięcie Kurska. Jej przepowiednie biegną daleko do przodu, dlatego z samej ciekawości zachęcam Was- Drodzy Czytelnicy do poznania szalonej wizji wszechświata przedstawionej przez zupełnie niepozorną starszą panią.
  • Bułgaria to kolebka jogurtów. Pod koniec XVIII wieku odkryto tam specjalne bakterie, które po dziś dzień służą do produkcji wszelkich jego odmian. Jako produktem narodowym, Bułgarzy obżerają się nim na każdym kroku. Jest to jeden z powodów, dlaczego mieszkańcy Bułgarii cieszą się długowiecznością.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Zastanów się dwa razy przed zakupem piwa bułgarskiego. Pod względem jakości i smaku może ono służyć jedynie jako środek moczopędny.
  • Uważaj na to, co zamawiasz w restauracji, a najlepiej sprawdź to najpierw w Internecie. Nazwy bywają całkowicie mylące, a kelnerzy najczęściej nie władają innym językiem niż bułgarski. Dlatego też zamawiając danie o wiele mówiącej nazwie Kebab, dostałem garnek z zawartością przypominającą gulasz. Niepomny swojego błędu, to same danie, ale pod inną nazwą, zamówiłem dwa razy.
Kategorie
Blog

Rumunia – nasz pierwszy przystanek

RUMUNIA

                Po wesołej i w miarę zgrabnej przejażdżce z Krakowa, wjeżdżamy do Rumunii. I już widzimy, że to miejsce będzie dla nas magiczne. Drogi dziurawe jak ser szwajcarski i to dodatkowy wygryziony przez wściekle głodne myszy. Prawdopodobnie z tego powodu dalej bardzo popularnym środkiem transportu jest bryczka konna. Rumunia jest piękna w swojej niestety biedzie. Przejeżdżając przez tutejsze wsie ma się wrażenie, że sąsiadujące ze sobą budynki, połączone wspólnymi płotkami, sypną się w całości jak domki z kart lub domino. Trochę jak Polska powojenna. Mimo to mieszkańcy szczególnie się nie przejmują. Częstym pomysłem na remont jest wymalowanie elewacji na wśćiekły kolor – od razu wygląda lepiej. Pewnego wieczora, przechodząc przez centrum biedniejszej dzielnicy Sighisoary, jesteśmy świadkami cudownej fiesty. Ludzie na środku skrzyżowania bawią się i tańczą do głośnej muzyki puszczonej z jednego z domów. Dzieci grają w gałę pustymi butelkami, psy leniwie wylegują się na poboczach. Żyć nie umierać.

                Co warto (lub też niekoniecznie) w Rumunii:

  • Odwiedzić miasto Sighisoara, czyli zderzenie kultury śródziemnomorskiej, średniowiecznej i tureckiej. Posiada ona ciekawą starówkę, zamek wraz z katedrą na wzgórzu oraz standardowe uliczki zachęcające do zgubienia się w ich odmętach.
  • Zajechać do Sapanty i zobaczyć słynny Wesoły Cmentarz. Niebieskie nagrobki z malunkami obrazującymi życie i śmierć pacjenta leżącego pod ziemią pozwalają nam spojrzeć na sprawę nieuchronnego od trochę innej, zabawnej strony.
  • Zgubić się na offroadzie pośród rumuńskich lasów. Udało nam się to już pierwszego dnia. Rafał, żądny ekstremalnych przygód, postanowił część trasy przejechać bezdrożami. Suzuki i kierowca radzą sobie nieźle, ale drogi z szutrowych i w miarę przejezdnych, przez błotne i pełne kolein, przeradzają się w górsko – leśne i zdecydowanie mało przyjazne. Przez ponad 3 godziny chodzimy z Władkiem przed autem, odgarniając przeszkody i szukając możliwości przejazdu. Prędkość przelotowa, na mój gust to zatrważające 5 km/h.
  • Zanocować na dziko nad jeziorem lub rzeką. Co wspaniałe w tym kraju, jest to całkowicie legalne. Wszyscy obywatele chętnie korzystają z tej możliwości i w weekendy aż ciężko znaleźć wolne miejsce.
  • Przejechać się trasą Transfogardzką. Ta ponoć najpiękniejsza trasa świata, w niektórych momentach daje niekiedy wrażenie, że wyprzedzi Cię tył własnego samochodu.
  • Zwiedzić Fogarasze, czyli najwyższe góry Rumunii. Trzy dni trekkingu dają nam możliwość wykonania całkiem zgrabnej pętli obejmującej wejście na najwyższy szczyt – Moldoveanu.
  • Zagadnąć do obydwu domniemanych zamków Vlada Palownika, czyli słynnego Hrabiego Drakuli. I nic to, że jeden z nich to sypiąca się ruinka (ale zdobyć ją należy pokonując 1400 schodów), drugi natomiast został wybudowany sporo lat po śmierci bohatera.

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Góry Fogarasze mają ponad 2 tys. metrów wysokości. Pogoda tu panująca obfituje w anomalia. Podczas naszego pobytu nieliczne prześwity słoneczne przeplatają się z wszelkimi rodzajami mgły, oberwaniem chmur oraz gradem. Szczyt zdobywamy leżąc okazyjnie na płasko na ziemi, nie chcąc mieć bliskiego spotkani z jedną z 4 burz. Dodatkowo warto wspomnieć, że grubo ponad połowę spotkanych turystów stanowią nasi rodacy.
  • Porozrzucane górskie schrony oraz jedyne schronisko Podragu to wszystko, co możemy spotkać na swojej drodze, związanego z cywilizacją. Samo Podragu, wbrew swojej koszmarnej opinii internetowej, to miejsce godne odwiedzenia. Położone w samym sercu gór, w malowniczej dolinie, nir oferuje wysokiego komfortu, jednak zdecydowanie warto tu zanocować. Choćby i tylko z tego powodu, aby uniknąć kolejnej nocy w namiocie, obfitującej w nawałnice deszczu, burze i wiatr jak w samym środku cyklonu. Tak przynajmniej wyglądała nasza poprzednia noc, którą Władek uroczyście ogłosił, jako najgorszą w swoim życiu. Ponadto nasz kompan, pomimo wieloletniego doświadczenia w górach, nie zabiera ciepłej odzieży. Skutkuje to jego skrajnym przemoczeniem. Pomimo tego można domniemywać, że nawet dobry sprzęt mógłby w tych warunkach zawieść.
  • Rumunii to głośny naród. Obozując na dziko, z każdego obozu dobiega głośna muzyka. Króluje disco romania, czyli odpowiednik naszego disco polo.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Zanim pomożesz komuś na drodze, upewnij się, że nie ma on ubezpieczenia assistance. Po stracie ponad godziny w poszukiwaniu pomocy drogowej dla grupy dziewczyn z pękniętą oponą, gdy poruszyliśmy niebo i ziemię aby wszystko załatwić, okazało się, że wolą one wykupioną w Polsce pomoc assistance. No i cóż – całe nasze poświęcenie na nic.
  • Jeżeli pragniesz przeprowadzić się do Rumunii i zapewnić swojej rodzinie godziwy byt, musisz koniecznie wybrać jeden z dwóch najpopularniejszych tu zawodów – taksówkarza lub wulkanizatora. W sumie filozofia jest prosta – gdy kolejna osoba złapie gumę na jednej z miliona dziur (bądź też po prostu nie trafi kołem na nieliczne miejsce, gdzie asfalt w ogóle istnieje), taksówkarz wiezie go do wulkanizatora. Życie jest takie proste i logiczne.
  • Otwórz się na Rumunię i zjedz mamałygę. To danie o wdzięcznej nazwie wykonane jest z pieczonej mąki kukurydzianej, sera bryndza i skwarek. Dla miłośników dań mącznych Rumunia to prawdziwy raj – na stołach królują wszelkiego rodzaju placki oraz oczywiście rozgrzewająca krew palinka, wykonana z dowolnego fermentującego owocu.
Kategorie
Blog

KATTEGAT I SKAGERRAK czyli o tym, jak fajnie mieć przyjaciół.

KATTEGAT I SKAGERRAK czyli o tym, jak fajnie mieć przyjaciół.

Maciek i Natalia musieli niestety opuścić nas w Göteborgu. Czułem, że jeszcze chętnie płynęli by z nami dalej i dalej, ale wszystko kiedyś się musi skończyć – urlop też.

Z żalem oddali nam cumy w Lilla Bommens, a my ruszyliśmy w najdłuższy przelot drugiego etapu w kameralnym składzie: Heniu z Andrzejem i Sebą na „Bystrzu” i Paweł ze mną na „Sifu”. Płynąc w dół rzeką Gota ułożyliśmy plan żeglugi na najbliższe dwie doby. Pływanie we dwójkę na 14 metrowym stalowym keczu to już takie małe żeglarskie wyzwanie. Ustaliliśmy dwugodzinne wachty i sposób komunikacji kokpit – mesa, żeby był sposób na obudzenie partnera bez odchodzenia od steru.
Wreszcie żagle w górę i leniwie ruszyliśmy przez Kattegat w kierunku Skagen. Nie mieliśmy w planie tam wpływać, ale zależało nam na złapaniu najnowszych prognoz pogody przez Internet. Byliśmy w zasięgu tworzącego się małego lokalnego małego niżu i nigdy nie wiadomo co się z takiego rozwinie…
Powoli weszliśmy w rytm samotnych wacht i szykowaliśmy się do prawie samotnej nocnej żeglugi, a tu nagle odzywa się radio:

– Jacht „Sifu of Avon”, jacht „Rzeszowiak’ prosi…

„Rzeszowiak” płynie w kierunku Grenlandii, więc nasze trasy na razie się pokrywają.

Okazuje się, że chłopaki są 8 mil przed nami i oferują „wypożyczenie” nam dwóch załogantów na nocny przelot przez Skagerrak.

Bardzo ucieszyliśmy się z posiłków, chociaż tak w głębi duszy poczuliśmy lekki zawód, bo runął nasz misterny plan sprawdzenia się w dłuższej dwuosobowej żegludze.

Ustaliliśmy szybko miejsce spotkania na zawietrznym duńskim brzegu na spokojnej wodzie osłoniętej cyplem od fali. Sprawna akcja podejścia i mieliśmy już na pokładzie Huberta i Grzegorza. Żegluga we czwórkę to był już luksus. Wszyscy garnęli się do steru, więc nie pozostało mi nic innego jak iść spać.

Nad ranem z oparów gęstej mgły wyłoniły się skały wyspy i wysepki południowego wybrzeża Norwegii. Jeszcze tylko wejście slalomem pomiędzy wysepkami do zatoki i zacumowaliśmy w małym uroczym porcie Mandal, przy gościnnej kei tuż za rufą przybyłego chwilę wcześniej „Rzeszowiaka”. Chłopaki wracają do siebie, a nam trochę żal, że dalej pożeglujemy już sami…

Fajnie jest wszędzie spotkać przyjaciół. Dzięki Marcin!

Kategorie
Blog

Wyprawa Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców dociera do Norwegii

Wyprawa Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców

Nasz załogant Paweł Pala z pokładu SY Sifu of Avon opowiada o wyprawie do granicy Arktycznego lodu 

( naciśnij przycisk napisy uzyskasz tłumaczenie )
Klik 

Kategorie
Blog

Fiku Miku po Bałtyku, czyli Romki na Końcu Świata, vol. 2

            Po raz kolejny mam przyjemność zrelacjonować Wam przebieg naszej ostatniej wyprawy. Tym razem obracający się dookoła glob wytyczył nam nowy kierunek. Nieuchwytny Koniec Świata można było zobaczyć na własne oczy na wodach Bałtyku. Wiedzeni doskonale opracowanym planem, jako pierwszy znaczący cel całej armady pod banderą 4 Kontynenty, obraliśmy Bornholm. A cóż stało się po drodze, z jakimi sztormami mieliśmy się zmierzyć, i czy ziściły się nasze plany… o tym – przeczytajcie.

            W sobotę, 29.04.2017 r., nasza dzielna załoga, tak jak 10 pozostałych, zaokrętowała się w Gdyni na jacht. S/Y Ruth miała od tej pory na 8 dni stać się naszym domem na dobre i na złe. I już – ształujemy prowiant, a kapitan Zbynio wydaje komendę na odejście od kei. Wypływamy w krótki rejs rozpoznawczy do Górek Zachodnich. Nowoczesny jacht idzie jak złoto – mamy farta – Ruth to wybitnie szybka jednostka, którą jak się później okaże – będziemy zostawiać wszystkich w tyle.

            Górki Zachodnie witają nas wesoło powiewającymi banderami klubowymi 4K – są dosłownie wszędzie, a cała marina przejęta została przez naszych uczestników. Nawiązujemy nowe znajomości a integracji pomaga osławiona kawa po kapitańsku, czyli specjalność naszego osobistego kapitana Zbyszka. Pogoda sprawdzona i jest decyzja – w niedzielę uderzamy na Hel i po krótkim postoju, na noc obieramy kurs na Łebę. Nasze nocne pływanie z niedzieli na poniedziałek skutkuje:

  • Chorobą morską części załogi;
  • Zmęczeniem pozostałej części, która chorobie nie podlegała;
  • Dopłynięciem i przekroczeniem główek portowych w  Łebie;
  • Zadowoleniem i pierwszym porannym toastem z serii „za cudowne ocalenie”.

A dalej – jak to typowe portowe życie – tańce śpiewy i hulanki przy ognisku do białego rana. W Łebie polecamy wyjazd na największe wydmy w Polsce. Zdecydowanie najbardziej korzystnym środkiem transportu jest rower – ogromne tłumy okupują meleksy a kolejki nie mają końca.

Jeżeli byliście już na morzu to wiecie, a jeżeli nie, to w tym miejscu pragnę wszem i wobec uświadomić, jak ważnym elementem żeglarstwa jest pogoda. To właśnie dzięki jej kaprysowi, we wtorek zapada decyzja ligi kapitańskiej – „odpuszczamy Bornholm, bo wiatr nie sprzyja. Zmiana kursu na szwedzką Karlskronę”. Tłumacząc zarządzenie, w naszej obecnej sytuacji płynięcie w kierunku Bornholmu jest po prostu bez sensu. Wiatr wieje idealnie od dziobu, a nie przyjechaliśmy tu nabijać mili na silniku. Tak więc, moi drodzy, pogoda daje nam silnego kopniaka, ale pływając po Bałtyku musimy być elastyczni, zwarci i gotowi na jej kaprysy.

W tym momencie, zgodnie z planem, ma miejsce odłączenie dwóch jachtów, które prowadzą dalej wyprawę Śladami Ginących Lodowców. S/Y Bystrze i S/Y Sifu obierają kurs w kierunku dalekiej północy. Czeka je jeszcze wiele dni żeglugi i zmian wacht zanim dotrą do swego przeznaczenia, czyli granicy północnego lodu.

We wtorek do południa wyruszamy dalej. Dzielna wachta kambuzowa, w osobach Asi i Tomka przygotowuje smakowite danie na pełnym morzu i w pełnym przechyle. Niestety, rozchorowana część załogi oddaje go Neptunowi, nie mając pożytku z jego konsumpcji. Dojście i zacumowanie w Karlskronie zajmuje nam 23 godziny. Dosyć ciężkie 23 godziny – wiatr tężeje, wielokrotnie przekraczamy tory wodne dużych jednostek pływających. Jeżeli będziecie kiedyś na Bałtyku, to zrozumiecie dlaczego trzeba mieć oczy dookoła głowy i ciągle obserwować pozycje innych jednostek. Zdarzyli się już tacy, którzy słono zapłacili za swoją nieuwagę.

Gdy dopływamy do Karlskrony, załoga jachtu Chiron 2, gotując się na zasłużony spoczynek, radośnie świętuje swoją pierwszą pozycję w armadzie, oraz oczywiście „cudowne ocalenie”. Tuż za rufą ostatniej jednostki naszej armady, okno pogodowe zamyka się. Wiatr wzmaga się do ponad 7 w skali Beauforta a przez myśli kilku członków wyprawy przebiega niepokojąca myśl „zostaniemy tu na zawsze!”. Nie zrażeni sztormowymi warunkami, ukryci w cichym porcie, przełączamy się w tryb turystyczno – towarzyski. Zwiedzamy miasto i kosztujemy słynnych lodów. Jacht Faworyt prześciga wszystkich w sztuce kulinarnej, serwując nawet nieproszonym gościom kluski śląskie własnej produkcji z roladą, naleśniki, placki ziemniaczane i zapiekanki. W tamtejszym kambuzie królują rodowite ślązaczki – Kamila i Kasia oraz sam kapitan jednostki, czyli „Bosman”. W oczekiwaniu na kolejne okienko pogodowe zwiedzamy malowniczą wyspę Aspö. Dopiero tam podziwiać się daje typowe szwedzkie budownictwo z kolorowymi drewnianymi domkami. Karlskrona zdecydowanie należy do nowoczesnych, w dużej mierze betonowych miast. Jednak nie zrażajcie się. Gdy tu będziecie, nie zapomnijcie o punktach must be/ must see, czyli:

  • Starówce;
  • Lodach na starówce;
  • Największym w Szwecji drewnianym kościele;
  • Licznych wysepkach z zachowanymi w różnym stopniu fortyfikacjami, połączonymi z lądem mostami;
  • Oraz wypiciu śmieszne woltarzowego piwa.

Morze cichnie – w piątek rano obieramy kurs południowy w kierunku polskiego wybrzeża. Nasz jacht oraz Elektra i Kacyk mają niezwykłe szczęście – po wyjściu z portu mija nasz szwedzki okręt podwodny wracający z rutynowych manewrów. Uwieczniamy to na licznych zdjęciach, ponieważ widok jest niecodzienny. Morze mocno zafalowane, jednak wraz z czasem jego stan uspokaja się, aż do prawie całkowitej flauty koło godziny 0500. Znowu przychodzi nam manewrować między licznymi jednostkami oraz na dodatek rybakami rozkładającymi sieci.

Na Hel przypływamy jako pierwsi. Jak słyszymy przez radio, nasza najmniejsza jednostka S/Y Kacyk ma problemy techniczne. Dzielna kapitan Aga już drugi raz na tym rejsie boryka się z trudnościami, jednak na pomoc przychodzi S/Y Faworyt, który bezpiecznie eskortuje ich do portu. Pomimo zmęczenia, większość załóg decyduje się wstąpić do najsłynniejszej tawerny na polskim wybrzeżu – Kapitana Morgana. Szanty i morskie opowieści ciągną się do późna w nocy – to w końcu nasza impreza pożegnalna. Komandore Mario zamyka wyprawę przemówieniem, podczas którego przedstawia plany na przyszły rok. 4K nie osiadają na laurach – przyszłoroczna majówka ma być jeszcze świetniejsza niż dwie poprzednie. W doskonałych humorach rozchodzimy się na jachty, aby w niedzielę rano szybko skierować się do portów macierzystych. Wszyscy, oprócz S/Y Bystrze i S/Y Sifu, które są w drodze ku lodowcom, zdają jachty i obierają kurs na dom. Co dobre, szybko się kończy.

Tradycyjnie, mała dawka cyklu „Drobne Ciekawostki Cieszą”:

  • Szwedzi mają ciekawe podejście do sprzedaży produktów spożywczych. Lody sprzedawane są na tony, ale za to Wasz wybór ogranicza się tylko do jednego, dwóch lub trzech smaków. Chcąc więc spróbować trzech z nich (a wybór jest ogromny), musisz zamówić 9 wielkich gałek, a do pomocy w ich konsumpcji zaprosić pumę. Nasza załogantka Kasia określiła to jako „crazy philosophy” (szalona filozofia), za co w geście przyjaźni i na obłaskawienie dostała od obsługi darmową kawę.
  • Piwo w Szwecji to prawdziwie ciekawy przypadek. Aby obywatel nie popadł w nadmierny alkoholizm, opiekuńcze państwo redukuje procenty złotego trunku do wartości 2,8 do 3,5%. Z kolei winogronowy napój bogów, w trosce o szwedów zostaje przekształcony w 0,5% lekko podfermentowany sok. Cóż za szczęśliwy naród, kiedy własne państwo tak opiekuńczo dba o jego zdrowie i dobrą kondycję psychiczną.

I, jak zawsze niezbędne Dobre Rady Wujka Rafała, bez których nie przeżyjecie w trudnych warunkach:

  • Pamiętaj, że wybór kapitana to niezwykle istotna sprawa. Z dobrym kapitanem kawa zawsze smakuje lepiej.
  • Jeśli nie masz żołądka ze stali, przed wyjściem w morze nie przejadaj się rybą ze smażalni. Jeżeli będziesz miał szczęście, zawartość Twojego żołądka wyląduje za burtą, a jeżeli nie, pod własnymi nogami w koi.
  • Ciesz się, kiedy tylko możesz sikaniem na stojąco na lądzie. Na morzu nie będzie Ci to dane, ponieważ zalecenia kapitana są bardzo rygorystyczne w tym względzie.
  • Ciesz się w ogóle każdą chwilą, bo rejs na Bałtyku to zajebista sprawa.

            Tak wyglądała wyprawa oczami I oficera jednostki S/Y Ruth. Po raz kolejny uświadomiliśmy sobie, że warto ruszyć z domu, ku przygodzie. Drodzy Czytelnicy, porzućcie choć na chwilę codzienność, wyłączcie atakującą „ziemniakTV” i wyruszcie z nami w kolejną wyprawę w poszukiwaniu Końca Świata. Zawsze pamiętajcie, że chcieć, znaczy móc.

Kategorie
Blog

Oficjalne logo wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców

Fundacja 4 Kontynenty dziś obchodzi pierwszy rok swojej działalności. Za nami wiele ciekawych wydarzeń, które mogliśmy przeżyć razem.
Jest to wyjątkowa okazja aby zaprezentować oficjalne logo naszej wspólnej wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców, na pokładach dwóch jachtów SY Sifu of Avon i SY Bystrze.Poznajcie sympatycznego misia z dalekiej Arktyki, którego poprzez Cieśniny Duńskie, Fiordy i Lofoty Norwegii popłyniemy odwiedzić. Sprawdzimy jak daleko sięga granica lodu, czy jeszcze istnieje?. Dołącz do Nas, napiszmy razem nowe karty polskiego żeglarstwa. Jak mówi nasze hasło chcieć znaczy móc. 

Mariusz Noworól 

Kategorie
Blog

4 Kontynenty w tawernie Gniazdo Piratów Warszawa

4 Kontynenty w tawernie Gniazdo Piratów.

Pośród słodowieckich bloków, nieopodal wysokiej na kilka metrów bariery dźwiękoszczelnej przy trasie S8 zagnieździła się najprawdziwsza tawerna, gdzie, jak sami właściciele sami piszą, „szanty, folk, rock, blues, jazz…”. Gdzie można a nawet i „trzeba śpiewać i tańczyć (nikt tutaj nie obrazi się za tańce na ławach!). Można „drzeć ryja” nie zapominając o chwili zadumy.

Tym razem w karnawałowej atmosferze w „Pirackim Gnieździe” w Warszawie bawiła się reprezentacja Fundacji 4 Kontynenty ….”

Nela Fleks

Kategorie
Blog

Witamy na Końcu Świata.

Już od samego początku, wjeżdżając do miasta, przekonaliśmy się, że nie jest to mała nadmorska mieścina wepchana pomiędzy ośnieżone szczyty. To spore miasto z własnym przemysłem oraz miejsce przeładunkowe dla transportu morskiego. Miasto, z racji jego odosobnienia praktycznie samowystarczalne.      
Na przystanku rozstajemy się z naszymi kompanami – Anią i Andresem. Ich plan obejmuje pozostanie to w hostelu na 2 dni, a następnie w ekspresowym tempie 10 dni – dotarcie drogą lądową do Buenos Aires. My z kolei chcemy spędzić czas na kampingu oraz odwiedzić słynny Park Narodowy Końca Świata. 
Pobyt zaczynamy bardzo owocnie – przez przypadek udaje nam się złapać stopa i przemili starsi państwo decydują się podrzucić nas na kamping. Jeździmy, po drodze zwiedzamy liczne małe dzielnice na skraju miasta. Wkrótce okazuje się, że kampingu żadnego nie ma. Nasi państwo, którzy ogromnie przejęli się naszą sytuacją  (a główne tym, że jesteśmy z tak daleka), wiozą nas od hostelu do hostelu. Zabawa trwa prawie godzinę – nigdzie nie ma miejsca. Pamiętajcie, i dobrze sobie zapiszcie – obecnie w Ushuai nie ma żadnego kampingu, za wyjątkiem Parku Narodowego, sporo oddalonego od miasta. Wylewnie dziękujemy naszym wybawcom za pomoc (Kali dziękować) i zostajemy w pierwszym wolnym hostelu. A jest on dosyć… nietypowy. Wszyscy goście to Żydzi, a oglądając zdjęcia pamiątkowe i podziękowania za gościnę na ścianach, chyba było tak od zawsze. We wspólnej sali panuje bardzo przyjazna atmosfera i przyjemnie razem spędzamy czas gotując. 

W następny dzień, w ramach oszczędności decydujemy się na ok. 15 km przechadzkę w pełnym obciążeniu i pełnym deszczu. Należy zwrócić Waszą uwagę na koszt transportu. Jest tutaj tak drogi, że za przejechanie łącznie w dwie strony ok. 30 km dla 4 osób można w Polsce kupić używane, ale na chodzie Cinquecento i do tego zatankowane po korek.
W parku narodowym można kampingować w wybranych miejscach. Nasz pierwszy nocleg wypada na osłoniętym od wiatru terenie nieopodal… prawdziwego końca świata. Niewiele jest takich miejsc, jak ta zatoka z widokiem na Kanał Beagla, wyspy i fiordy Tierra del Fuego. I przy tym wszystkim jedna mała budka pocztowa z blachodachówki. Wybranej osobie, która z racji wieku nie czyta naszego bloga wysyłamy pocztówkę z Końca Świata. A na sam koniec dnia lecimy w tempie ekspresowym po ścieżce edukacyjnej zaznajamiającej nas z pampą. Las jest niezwykły, magiczny. Zastanawiasz się, czy zaraz nie wpadnie na ciebie jakiś elf rodem z Tolkiena. Prześwity zachodzącego słońca oraz porośnięte mchem konary tworzą nierealny obraz a w mojej głowie króluje myśl, żeby tylko dotrzeć do namiotu przed całkowitym mrokiem. Kolejny dzień również spędzamy chodząc szlakami po samym wybrzeżu i po dżungli leśnej. 
Następna ważna informacja o parku. Pomimo przekonywania nas przez strażników parku, tak na prawdę nie ma tu nic. Sanitariaty, sklepy, gastronomia – wszystko to zieje pustkami, zamknięte.
Dla Parku Końca Świata mówimy zdecydowanie tak. Królująca nad całym parkiem Góra Guanako oraz Drzewo Matka czuwają i zapraszają do zwiedzenia okolicy.

Pozostałe nam niecałe dwa dni spędzamy poznając okolice Ushuai. Zatrzymujemy się na jedynej plaży, oddalonej ok. 10 km od miasta, ale za to z pięknym na nie widokiem. Poruszamy się stopem, ponieważ mieszkańcy widząc turystów, chętne na zabierają. Jedyne, czego chcą w zamian to krótkiej rozmowy o zamorskim świecie, o jakże oddalonej Europie. Próbujemy również odwiedzić górujący nad miastem lodowiec Glaciar Martial, jednak koszmarna pogoda mocząca nas po czubek nosa karze nam zawrócić. 

Drobne Ciekawostki Cieszą. 

– Jak powiedział nam kierowca busa, pogoda, której właśnie jesteśmy świadkami to najlepsza pogoda roku. Max. 15 st., pada tylko jakieś 50% czasu, na zmianę z wiatrem, który potrafi urwać głowę. Prawdziwa wiosenna przyjemność. 
– Argentyńczycy z innych regionów już tu nie przyjeżdżają. Bez względu na to, z którym lokalsem rozmawiamy, wszyscy zgodnie twierdzą, że jest tu za drogo. Znacznie.
– Jedną z najbardziej niesamowitych roślin, które spotkaliśmy był grzyb pasożytniczy o wdzięcznej nazwie chleb indyjski. Grzyb pasożytuje na drzewach a wyglądem przypomina małe mandarynki. Jest go pełno.
– Tierra del Fuego była pierwotnie zamieszkana przez plemię Yaghan (od 10 tys. lat). Pomimo wszechobecnego zimna ludzie ci nie nosili ubrań, a dla ochrony smarowali skórę tłuszczem zwierzęcym. Spali w pozycji kucającej, aby zachować ciepło w nocy. Podobno sama nazwa Tierra del Fuego wzięła się od mnóstwa ognisk, które ujrzeli przypływający europejczycy. Ciekawe, ponieważ prawie wszyscy sądzą, że nazwa pochodzi od spalonej, jałowej ziemi. A sama ona jest bardziej urodzajna i zielona niż w Patagonii. Niestety plemię Yaghan zostało zdziesiątkowane przez zderzenie z cywilizacją a ostatnia indianka czystej krwi zmarła kilka lat temu.
– Światło dnia jest tutaj obecne niezwykle długo. W Polsce mamy obecne około 10 godzin słońca, podczas gdy tutaj ponad 19.
– Pociąg Końca Świata to atrakcja również umierająca. Kolejka jedzie 3 km po widokowych punktach parku. Dla nas temat do ominięcia ze względu na ogromny koszt. Poza tym, że w cenie dostajesz kanapkę z lampką wina, to jazda trwa tak krótko że chyba nawet nie zdążysz jej skonsumować.

– Po przejechaniu Argentyny wzdłuż nasuwa się jedna myśl. Argentyńczycy (podobnie zresztą jak Chilijczycy) mogą mieszkać w rozpadających się budach- garażach z blachodachówki, ale na podwórku koniecznie musi znaleźć się grill (najczęściej z zardzewiałej beczki przeciętej w pół) oraz samochód typu pickup, którego wartość przekracza wszelkie pozostałe sprzęty razem wzięte wraz z całym domem i działką, na której stoi. To prawdziwi fani motoryzacji.

– W parku Końca Świata ma też koniec droga narodowa nr 3. Ponoć biegnie ona aż z Alaski i tutaj kończy się na 17 tys. kilometrze. Sporo…

W ostatni wieczór wybieramy się spróbować krabów krolewskich. Jak dla mnie trochę szalone. Pozwalają Ci trzymać jeszcze żywego kraba prosto z akwarium a po 15 minutach masz go na stole. Może bestialskie ale… fenomenalne. Rękami i nogami polecamy restaurację El Viejo Marino. Na stoliki trzeba czekać, wszystkie restauracje w mieście puste, a tutaj prawdziwe oblężenie. Sam właściciel rybak nakrywa do stołu i zaprasza gości. Będąc tu nie możecie ominąć.

Ostatnia porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:

– Do Parku Narodowego Końca Świata zabierzcie ze sobą tabletki do uzdatniania wody. Wszystkie rzeki i jeziora uzbrojone są w tabliczki z zakazem picia wody. My jednak poradziliśmy sobie dzięki zakupionym w Polsce tabletkom, które za cenę 50gr za sztukę uzdatniają 1 litr jezioranki.

Zakończenie. 

Podróż była cudowna. Argentyna ciągnie się przez tak wiele kilometrów i dzięki temu jest tak różnorodna. Wspaniała. Czas do domu. Ale nie ma tego złego. Podróże kształcą, wiec wracamy nieco bardziej mądrzy o wiedzę o świecie. 
Przed nami daleka podróż z wieloma przesiadkami i problemami. Podróż do domu. Dziękujemy wszystkim, którzy byli z nami i śledzili nasze poczynania. Jeśli możecie, dajcie znać, czy blog Wam się podobał i co byście zmienili. Wasza opinia jest dla mnie ważna przy kolejnych projektach. Wszystkim dziękujemy i do zobaczenia w kraju.

Kategorie
Blog

Tuż przed metą, czyli ostatnie dni w Chile.

Prosto z naszego poprzedniego przystanku przenosimy się do Punta Arenas. Miasto jest znacznie większe, niż poprzednie, zabudowa (nie licząc hoteli) sięga nawet drugiego piętra. Nasza 4 – osobowa ekipa spędzi tu dwie noce. Hostel, który wytargował nam nasz kolumbijczyk jest niezwykle domowy i na prawdę czujemy tutaj egzotykę Chile.
W sobotę, pierwszy dzień pobytu, zapewniamy sobie wycieczkę do pobliskiej kolonii pingwinów. Wyspa Magdaleny jest jedną z największych (ponad 60 tys.) kolonii tych ptaków. Atrakcją jest dość kosztowna, jednak warta swej ceny. 
Chce wrócić tu do samych korzeni tej wyprawy. Często podczas czasu oczekiwania na wyjazd, byłam pytana, gdzie jadę i dlaczego tam. Moja odpowiedź, już wyuczona, pozostawała niezmienna : „jadę do Patagonii, na Koniec Świata, żeby głaskać pingwiny”. Tak więc, w pamiętną sobotę 03 grudnia udało mi się spełnić jedno z założeń i… pogłaskać pingwina (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało). W sumie to nawet dwa razy. Dla żadnych szczegółów:
1. To dosyć niebezpieczna igraszka, ponieważ ptaki bronią swoich siedzib i bywają agresywne. 
2. Dla mniej żadnych przygód można stwierdzić, że pingwin jest w dotyku podobny do kury, wiec nie musicie jechać na Koniec Świata, wystarczy przeciętna polska wieś.
Poza tym wycieczka jest wręcz nieziemska. Wyspę Magdaleny nie zamieszkują już ludzie (ostatni odeszli ok. 100 lasy temu), a spacer wokół zajmuje mniej niż godzinę. To dla mnie jedno z takich miejsc, jak Christianso, gdzie można uciec przed całym światem i cywilizacją. Różnica polega oczywiście na zapachu towarzyszącym takiej ilości ptactwa.

Wyspę można też porównać do pola golfowego, gdzie zamiast wszechobecnych piłeczek są pingwiny. 
W niedzielę mamy duże szczęście, ponieważ w Punta Arenas odbywa się święto. Niestety, pomimo moich chęci, nie jestem w stanie dowiedzieć się, co oprócz zwykłej niedzieli świętowane. Najpierw czekała na defilada wojsk, łącznie z marynarką wojenną, a później piękne tańce ludowe. Mężczyźni ubrani w krótkie ponczo, kapelusze z dużym rondem oraz podzwaniające wszędzie ostrogi. Kobiety z kolei noszą sukienki praktycznie wyjęte z epoki american dream, czyli USA lat 50 – tych. Wszyscy wyglądają niezwykle odświętnie i jesteśmy pod wielkim wrażeniem, jak tu, w Ameryce Południowej obchodzone są święta. To nie Koło Gospodyń Wiejskich, które jako jedyne, raz bądź da razy do roku pieką ciasta na piknik kościelny. Tutaj, we fieście biorą udział wszyscy – wojskowi, strażacy, wolontariusze, stowarzyszenia i zespół tańca i śpiewu. Młodzi i starzy. A cieszą się wszyscy. Bo jest czym – kolejną rodzinną niedzielą.
Drobne ciekawostki cieszą: 
– Będąc w Punta Arenas w niedziele, konieczne odwiedźcie małe restauracje znajdujące się na piętrze nad miejskim rybnym targiem. To miejsce oblegane przez lokalsów, ponieważ jedzenie jest tu na prawdę świeże i pyszne. Można pośmiać się z nas, ponieważ wykazaliśmy się (nie pierwszy raz) brakiem znajomości potraw tu serwowanych. Zamówiliśmy zupę, żeby na główne danie dostać kolejną zupę, tylko tym razem z frytkami obok. A na deser nie mogliśmy sobie odmówić przystawki, czyli tradycyjnej smażonej empanady (pieroga) z serem żółtym i krewetkami.

Śmisliśmy się z siebie do wtóru z kelnerami, jednak w przyjaznej atmosferze. 
– Jeżeli macie wolny dzień, możecie przyjemnie spędzić go na plaży. Nie jest ona co prawda największa i najładniejsza, jednak ludzie ochoczo z niej korzystają. Woda drugiego oceanu okazała się dla nas za zimna, jednak wodowanie stóp zaliczone.

Na szczęście Andresowi udaje się kupić nam wszystkim bilety do Ushuai. Jest to niezwykle trudne, ponieważ sezon ruszył i wszystkie bilety zarezerwowane były z dużym wyprzedzeniem. W poniedziałek rano wsiadamy do autobusu. Po drodze przepływamy promem Ciśnienię Magellana w najwęższym miejscu i wreszcie – znajdujemy się na Terra del Fuego, Ziemi Ognistej. To właśnie tutaj gna nas od prawie miesiąca. Koniec Świata jest przed nami na wyciągnięcie ręki.

Dobre Rady Wujka Rafała :
– Będąc w Punta Arenas musicie zahaczyć o strefę bezcłową. Można tu kupić od gumy do życia, po motorynkę. Może nawet żonę. A wszystko to bez akcyzy. My jednak kupiliśmy swoje ulubione kleszcze, czyli palone ziarna kukurydzy, które tutaj osiągają zatrważające rozmiary.
– Płynąć na Wyspę Magdaleny prawdopodobnie zamustrujecie na łódkę „Melinka”. Nazwa nie zobowiązuje, wszystkie dania i napoje zabierzcie ze sobą. Jeśli chcecie morskiej przygody i beczki rumu pod pokładem, zaopatrzcie się w strefie bezcłowej.
– W  naszym hostelu mieli ręczniki, nie ma jak w domu.  Hurra!

Kategorie
Blog

Torres del Paine, czyli jak Polak potrafi.

Jeżeli zamierzacie odwiedzić park Torres del Paine, musicie od razu zdecydować się na konkretny termin oraz wybrać jedną z dwóch tras. Krótsza z nich, to przejście ok. 50 km i zaliczenie kilku najważniejszych punktów w górach, zajmuje ok 5 dni. Dłuższa, to ok. 100 km wokół całego parku, zajmuje 10 dni. Dla naszej czwórki została jedynie specjalna trasa, czyli dwa dni noclegu na jedynym dostępnym kempingu z wolnymi miejscami. Nie marudząc wzięliśmy, co było nam dane. 
Tu warto się zatrzymać, aby opowiedzieć trochę o nowościach, jakie stały się naszą codziennością. Po pierwsze Chile. Państwo bardzo różni się od sąsiadującej Argentyny. Jest dużo biedniejsze, a co za tym idzie, dużo tańsze. Na granicy należy deklarować każdą posiadaną żywność. Moja dobra rada – róbcie to. Zaznaczajcie na formularzu,że przewozicie jedzenie. Nas jedynie zapytali, co dokładnie mamy (zakazane bezwzględnie są owoce i warzywa) i nie było żadnych problemów. Co by się stało, gdybyśmy się nie przyznali, nie mam pojęcia, jednak podpisując dokument na granicy, dostajesz informację o karach za brak deklaracji. 
Nasze pierwsze miasto w Chile to Puerto Natales. Jest niesamowite – małe, z niską zabudową w różnych kolorach. A budują tu ze wszystkiego. Elewacje z płyt osb to luksus. Biedniejsze domy z blachodachówki, resztek drewna i czegoś w rodzaju sidingu. Typowe miasteczko portowe ze świeżymi owocami morza. Nasi obecni towarzysze to Polka i Kolumbijczyk. Są w podróży od ponad dwóch miesięcy, zaczynając z Kolumbii, przez Peru, Chile i Argentynę. Dzięki Andresowi i jego znajomości hiszpańskiego jest nam dużo łatwiej. W miasteczku znajdujemy kamping (a właściwie miejsce, gdzie możemy się rozbić w czymś ogródku). Z samego rana wyruszamy do Torres del Paine. Po 2,5 godzinach jazdy autobusem i prawie godzinnym wypełnianiu dokumentów wjazdowych i szkoleniu, jak zachowywać się w parku, możemy wreszcie rozbić namioty. Ponieważ pogoda dopisuje, od razu decydujemy się ruszyć w kierunku najsłynniejszej atrakcji – samego trójgłowego Torre del Paine. Po drodze składamy dzięki za fakt, że nie jesteśmy w pełni obciążeni a większość rzeczy została na kampingu. Z początku lekka i przyjemna trasa, co chwilę przecinana ciekami wodnymi, staje się coraz bardziej stroma i wymagająca. Ale… od czego ma się kompanów podróży. Pamiętacie, jak w Buenos Aires, u Edda poznaliśmy jego kolegę, Francuza? Długo śmialiśmy się wtedy ze stereotypów dotyczących krajów, szczególnie kiedy wspomniany Francuz wyciągnął z plecaka worek pełen sera i ochoczo nas częstował. Historia lubi zataczać kręgi, znowu przyszło nam się zmierzyć z kolejnym stereotypem. Co mógł mieć ze sobą Andres, nasz poznany Kolumbijczyk? Oczywiście, woreczek pełny liści koki, którymi również zostaliśmy poczęstowani. To zwykłe liście, które mieszane w ustach ze śliną, w dużej mierze przyczyniły się do odzyskania przez nas sił. W takich ilościach i formie  (naturalnej), nie mają one żadnych właściwości halucynogennych, a w Ameryce Południowej są całkowicie legalne.
Widok na Torre del Paine mówi nam, że dobrze wybraliśmy kolejny cel naszej podróży. Cała droga zajęła nam ok 10 godzin, wiec po szybkim posiłku wszyscy zapadamy w zasłużony sen. Z rana budzi nas pierwszy poważny deszcz. Typa patagońska pogoda daje się we znaki i decydujemy się odpuścić planowaną 14 godzinną marszrutę na poczet wegetacji w 

namiocie. Jeśli chcecie znać nasze zdanie w tym temacie – do chilijskiego parku narodowego warto przyjechać, aby zobaczyć Torre del Paine. I głównie to. W ogólnym zestawieniu, jeśli musicie dokonać wyboru, zdecydowanie bardziej plecami park Los Glaciares w Argentynie. Po najzimniejszej jak dotąd nocy, następny dzień to piesza podróż do autobusu i ponownie nasze zapomniane przez świat Puerto Natales. 

Drobne ciekawostki cieszą:

– Parki narodowe odwiedzanych przez nas państw są na prawdę pełne zwierzyny wszelkiej maści. Aż roi się tu od łownych ptaków, które szybując nisko nad tobą, wydają dźwięki podobne do odrzutowca.

– Wszędobylskie guanako niestety nie 

nadaje się do głaskania. Dobrze pozuje do zdjęć, jednak zbliżyć się do niego można maksymalnie na 2 m. Później ucieka. 

– Kolejny raz mieliśmy niebywałe szczęście z pogodą. Widzieliśmy Torre del Paine w pełni okazałości, z jego wodospadami z topniejącego lodowca. Widok był dosłownie oślepiający, ponieważ naga skała polewana wodą odbijała każdy najmniejszy promyk słońca.                                                                  

 – W Puerto Natales w sklepie z artykułami domowymi, obok piły spalinowej możesz kupić siodło, ostrogi i bicz na konia. No cóż… nigdy nie wiadomo, co może się przydać w domu.

Kolejny przystanek to chilijskie miasto Punta Arenas. Nieubłaganie przypomina nam to o celu i jednocześnie końcu naszej podróży – Ushuaii, czyli Końcu Świata. Jak tam dotrzemy i co wydarzy się po drodze – wszystko pokaże czas. A więc brnijmy dalej, skoro raz zaczęliśmy.

Na koniec, tradycyjnie, kolejna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała.

– Chcąc przyjechać do Torres del Paine musicie zaopatrzyć się w dobry namiot. Nie wystarczy weekendowy namiot z Biedronki. Musi być odporny na wiatr o prędkości ok 100 km/h i wysokiej wodoszczelności, ponieważ ulewy mogą trwać po kilkanaście godzin. Nasz namiot, na szczęście jak do tej pory się sprawdza. Tych kilka w pobliżu nie przeszło próby i złożyło się jak domki z kart. 
– Dla oszczędności i przyjemności zabrać ze sobą niewielką kuchenkę turystyczną. Obiad dla 1 osoby waha się między 70 a 120 zł. Gotowanie na wietrze to prawdziwa atrakcją. Pamiętajcie, że używanie kuchenek dozwolone jest w ściśle określonych miejscach. 
– Po raz kolejny uwaga na opaleniznę. Tablice ostrzegają o niebezpieczeństwie. W skali 1 do 11, promieniowanie jest na poziomie 9, wiec po raz kolejny – dbajcie o siebie i używajcie kremów. 
– Kolejny podkoszulek wylądował w śmietniku. A za nim ten służący jako ręcznik (muszę nauczyć się otrzepywać po kąpieli jak pies). Dobra rada mówi – nie przeładowujcie się rzeczami, bo plecak będzie ciążył niemiłosiernie. Codziennie można coś przeprać i od razu wysuszyć podczas wieczornych wichur.