Kategorie
Blog

Lerkil-Goetheborg

Skały załamujące fale, skaliste wysepki z uroczymi domeczkami, latarnie, znaki nawigacyjne…. Płynąć trzeba uważnie, ale widoki absolutnie wyjątkowe.

Rozmiary Lerkil przerosły nasze najśmielsze oczekiwania. Marina jest ogromna, pełna jachtów i łodzi motorowych, ale dopełnienie formalności okazało się wyzwaniem. Zrobiliśmy spory spacer, zanim dotarło do nas, że nie ma tu automatów, dobrze znanych z innych marin. Nie spotkaliśmy też nikogo, więc uzyskanie jakichkolwiek informacji było prawie niemożliwe. Jednak stukając do jedynego oświetlonego okna udało nam się porozmawiać z mieszkańcem tej okolicy, który obserwował nas od dawna (zawsze to jakaś rozrywka), wyjaśnił nam – co i gdzie, oraz że i tak nic nie zrobimy, bo nikogo nie ma. Spędziliśmy więc noc w tym bezludnym miejscu i rano ruszyliśmy szkierową drogą do Goetheborga. Niby mil nie tak wiele, jednak droga kręta, trzeba ominąć skały, te widoczne i te podwodne, skaliste wyspy i wysepki. Trzymaliśmy się szlaku wyznaczonego znakami nawigacyjnymi, wypatrywaliśmy boi, tyczek, kardynałek (niektóre jak z bajek o krasnoludkach), sieci, promów…. i oczywiście podziwialiśmy surowy krajobraz szkierów. Skały załamujące fale, urocze zatoczki, w których przy maleńkiej kei mieści się dokładnie jeden jacht, kolorowe domki stłoczone w osiedle nad brzegiem morza…. My też byliśmy oglądani, tuż przy naszej burcie baraszkowała foka, chwaląc się nam świeżo upolowaną rybą. Faktycznie, kolację będzie miała zacną.

Ostatni odcinek drogi do mariny Lilla Bommen w Goetheborgu urozmaiciły nam jachty biorące udział w Volvo Ocen Race. Ich manewry sprawiły, że musieliśmy płynąć poza krawędzią szlaku, co chwila upominani przez obsługę regat, żeby zostawić im jeszcze więcej miejsca. Było jednak na co popatrzeć. Szybkość i elegancja wykonywanych manewrów były imponujące. Następnego dnia odwiedziliśmy wioskę Volvo Ocean Race, jednak widzieć je na wodzie to niezapomniane przeżycie.

Cumowanie w Lilla Bommen i koniec naszego etapu…. Szkoda, że nie płyniemy dalej….

Jacht „z duszą” czeka na remont i rejsy z Fundacją 4 Kontynenty, pomóżcie spełnić te marzenia

Info  Zbiórka na remont jachtu 

Kategorie
Blog

Varberg-Lerkil

W Varbergu deszcz przypomniał o sobie, trochę padło, trochę solidnie lało, ale były też bezdeszczowe chwile na zwiedzenie miasta i majestatycznej twierdzy na wzgórzu.  XIV wieczna twierdza Varberg broniła kiedyś wybrzeża przed Duńczykami, potem służyła jako więzienie, a do dziś krążą legendy o niewyjaśnionych zdarzeniach i strachach w starym zamczysku. Nie spotkaliśmy tam białej damy ani błędnych rycerzy, mieliśmy za to okazję obserwować ze wzgórza manewry wielkiego promu, który dziobem wpływa prawie do mariny i wykonuje precyzyjny driffting ustawiając się we właściwym miejscu w porcie. Krajobraz już surowszy i skalisty, zapowiedź tego, co będziemy oglądać w najbliższych dniach. Postanowiliśmy wypłynąć rano, jednak rzęsisty deszcz nieco opóźnił nasze plany. Ruszyliśmy kiedy trochę się wypogodziło, jednak deszcz i silny wiatr dopadły nas niedługo po opuszczeniu portu. Chociaż przed burzą udało nam się uciec i pioruny widzieliśmy tylko daleko nad horyzontem. Mokre sztormiaki szybko jednak wyschły w promieniach słońca, wiatr zelżał i odkręcił się w idealnym dla nas kierunku. Spokojnie pożeglowaliśmy dalej w towarzystwie delfinów i fok, które co jakiś czas wynurzały się przy naszym jachcie. Na miejsce postoju wybraliśmy ukrytą wśród skał marinę Lerkil. Wybrzeże szkierowe zmusza do precyzyjnej żeglugi po bezpiecznie wytyczonej trasie. Maszty w marinie widzieliśmy długo, jednak trzeba było ominąć wszystkie skały broniące do niej dostępu, co wymagało zatoczenia sporego koła. Dobrze, że nie wchodziliśmy tam w nocy… choć pojęcie nocy na tej szerokości geograficznej nieco różni się od tego, które znamy z polskiego wybrzeża…

Kategorie
Blog

Helsinborg-Varberg

Helsinborg-Varberg. Rano wiatr zelżał i mogliśmy ruszać dalej Prognozy były korzystne, więc postanowiliśmy płynąć na wyspę Anholt. Wyszliśmy z portu w dobrych humorach, nie musimy już uciekać przed statkami i promami, zapowiada się miła żegluga. Obraliśmy kurs na północny zachód i tu niespodzianka – wiatr prosto w dziób…. Może się odkręci? Po 2 godzinach „orania pod wiatr” z prędkością około 1 kn nasze zdziwienie rosło… Sprawdziliśmy jeszcze raz wszystkie dostępne prognozy i nic – żadna, absolutnie żadna nic nie mówi o takim kierunku wiatru… Mamy prywatny, nielegalny wiatr? O odkrętce też nie ma mowy. Przeszliśmy najwęższe miejsce, postawiliśmy żagle i płynęliśmy najostrzej jak się dało. Marzenia o wyspie Anholt oddalały się coraz bardziej i w końcu zostały za lewą burtą. Tak czasem bywa, pogoda zawsze ma rację. Ale co będzie dalej? Kierunek wiatru zmienił nasze plany, ale płynęło się całkiem szybko, postanowiliśmy więc dopłynąć dość daleko, na wszelki wypadek, gdyby kolejne prognozy również się nie sprawdziły. Po dniu i nocy płynięcia pod wiatr, około 6 rano zacumowaliśmy w Varbergu.

Kategorie
Blog

Kopenhaga-Helsingborg

Wszyscy czekaliśmy na zanurzenie w atmosferze Kopenhagi, zaplanowaliśmy na to dwa dni. Na kei przywitała nas Eliza i od razu zabrała na wieczorny spacer. Pięknie tu, ale żeglarzy bardziej niż miasto ciągnie żaglowiec, więc pierwsze kroki skierowaliśmy na zacumowanego w centrum Kapitana Borchardta.  Stąd już blisko na Nyhavn, gdzie mogliśmy do woli upajać się atmosferą tego miejsca wpatrzeni w kolorowe fasady kamienic. Potem urocze uliczki i oświetlone place, późna kolacja… Następnego dnia zaczęliśmy od rana. Minęliśmy tłum turystów przy Małej Syrence i spacerowaliśmy ulicami miasta słuchając opowieści Elizy. W południe zmiana warty przed pałacem Amalienborg. Tym razem Królową można było spotkać w Jej rezydencji, co sygnalizowała duńska flaga na maszcie. Potem atrakcje turystyczne – katedry, ratusz, parlament, muzea, giełda… i urocze zaułki, przenoszące nas do bajek Andersena. Wspaniała architektura, pełna detali sprawia, że Kopenhaga spodoba się każdemu, ale my mieliśmy jeszcze opowieści Elizy. Dziękujemy za te wspaniałe dwa dni!!!!

Wieczór w Christianii dopełnił kopenhaską przygodę, ale nie opóźnił wypłynięcia, w końcu przed nami jeszcze sporo mil. Żeglowaliśmy z wiatrem, mijając statki i promy, ale prawdziwy ruch miał się dopiero zacząć. Na horyzoncie pokazał się zamek Hamleta w Helsingorze, ale tym razem go nie odwiedzimy. Postanowiliśmy, że przetniemy rutę statków i będziemy płynąć wzdłuż szwedzkiego brzegu. Zaczęło się robić ciekawie… sieci, jachty, statki, promy i do tego coraz silniejszy wiatr. Mieliśmy szczęście przecinając rutę, bo ruch był akurat niewielki, ale szybkie promy Helsingor-Helsingborg dostarczyły nam trochę emocji ciągle kursując przed naszym dziobem. Wiatr tężał, więc po minięciu linii promowej zacumowaliśmy w Helsingborgu.

Kategorie
Blog

Falsterbo-Kopenhaga

Most w Falsterbo otwiera się o pełnych godzinach, ale tylko wtedy, gdy ktoś czeka na przejście. Trzeba być blisko i przechodzić szybko, dowiedzieliśmy się o tym o 6.10, kiedy chcieliśmy zachować się grzecznie i spokojnie poczekać na swoją kolej. Okazało się, że tam trzeba się spieszyć. Most zamknął się tuż przed naszym dziobem, więc wróciliśmy na nasze dawne miejsce i postanowiliśmy się wyspać. W tym czasie porządnie się rozwiało. Chyba Neptun usłyszał nasze prośby i postanowił dać nam jeszcze więcej. W silnym wietrze przeszliśmy pod mostem, z minuty na minutę wiatr tężał, więc postanowiliśmy stanąć w marinie. Nie tylko my podjęliśmy taką decyzję, Duch Morza już tam był i szybko pojawiły się kolejne jachty. Pomagaliśmy sobie nawzajem w cumowaniu i zawieraliśmy nowe znajomości. Brytyjczycy też wybierali się do Kopenhagi, widzieliśmy się jeszcze kilka razy…

Spacer po miasteczku, śledzenie prognozy pogody, poprawianie cum… tak minął nam dzień.

Wiatru już nie brakowało, do Kopenhagi płynęliśmy szybko. Droga dokładnie wyznaczona znakami nawigacyjnymi, bywa wąsko, coraz więcej jachtów. Majestatyczny most Kopenhaga-Malmo oglądamy po prawej burcie i zostawiamy za rufą. Teraz duże statki mijają nas jeden za drugim, a my płyniemy wzdłuż prawej krawędzi ich toru.

W Kopenhadze czeka na nas Eliza, planujemy zwiedzać z nią miasto, więc chcemy stanąć blisko Centrum, w wygodnym miejscu. Marina Langelinie jest dla nas idealna. 

Kategorie
Blog

Allinge-Falsterbo

W Allinge nikomu się nie spieszy, turystów jeszcze niewielu, chociaż w miasteczku nie brakuje hoteli i domów wypoczynkowych zapraszających uroczymi podwórkami pełnymi kwiatów i stolików przy których kawa smakuje wyśmienicie. Poddaliśmy się spokojowi Bornholmu i spacerowaliśmy malowniczymi uliczkami i brzegiem morza podziwiając kamieniste plaże w świetle zachodzącego słońca. Wielkie namioty, rozstawiane wzdłuż brzegu zapowiadały jednak zmianę nastroju, Folkemodet 2018 sprawi, że będzie głośno i radośnie, oj będzie się działo….

Ale tego nie usłyszymy, pora ruszać w kierunku Kopenhagi.  Wygraliśmy drogę „na skróty” – przez Falsterbo. Pogoda się nie zmieniła, znów jachting w słońcu, coraz bardziej tęskniliśmy za prawdziwym wiatrem. W spokojnym tempie dotarliśmy do Falserbo, most jednak był już zamknięty, więc musieliśmy czekać do rana, przycumowani do burty brytyjskiego jachtu.

Kategorie
Blog

Cumy czas oddać w kierunku Allinge

Ruszyliśmy z niewielkim opóźnieniem, ale przed wyprawą wszystko musi działać perfekcyjnie, w końcu przed Jazonem ponad 4000 mil. W czwartek wszystko było już gotowe. W gorących promieniach czerwcowego słońca spokojnie pożeglowaliśmy w kierunku Bornholmu. Pogoda prawie adriatycka, lekki wiatr, błękitne niebo… Nie było jednak nudno, tylu okrętów wojennych dawno nie widzieliśmy. To tylko ćwiczenia, ale zamknięta strefa wydłużyła nam drogę. Do Allinge dotarliśmy więc w sobotę o świcie po 38 godzinach rejsu.

Kategorie
Blog

Wyprawa Wokół Wysp Brytyjskich 2018

Przed nami wyprawa Wokół Wysp Brytyjskich 2018.

Dopiszemy kolejne porty do projektu „100 portów w 360 dni z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości”. Pierwsze pięć portów już za nami, zdobyte podczas majówki „ Fiku Miku Po Bałtyku”.

Dwa lata temu przemierzaliśmy wody wokół Wielkiej Brytanii jachtem S/Y Bystrze, zachwycił nas ten rejon, morze, krajobrazy, ludzie, nastrój…. Pamiętając o poprzedniej wyprawie, która przetarła brytyjskie szlaki, obecny program rozszerzyliśmy o nowe miejsca, którym chcemy poświęcić więcej czasu. Wiele się zmieniło, a zdobyte doświadczenie pozwała nam jeszcze lepiej się przygotować.

Będziemy podróżować jachtem S/Y Jazon który został wyczarterowany na trzy miesiące i doposażony przez Fundację 4 Kontynenty. Mamy nowy Almanach z Marine Guide oraz najnowsze mapy elektroniczne. Lista pomocy nawigacyjnych i narzędzi jest bardzo długa. Oczywiście nie brakuje też map papierowych, 100 map obrazuje wszystkie akweny, na których będziemy żeglować. Wyprawę podzieliliśmy na osiem etapów. Z Gdańska będziemy płynąć przez Danię, Szwecję, Norwegię, Szkocję, Irlandię Północną, Irlandię, Wielką Brytanię, Francję, Belgię , Holandię, Niemcy i pod koniec września wrócimy do Gdańska. Przed nami pływy, prądy morskie, Kanał Angielski, Kanał Kiloński i wiele ciekawych nawigacyjnie terenów.

Terminy dobraliśmy tak, aby można było skorzystać z tanich lotów, których nie brakuje w miesiącach wakacyjnych. Porty są łatwo dostępne, marina w Londynie już zarezerwowana. Jacht posiada AIS więc cały czas możecie nas widzieć i śledzić naszą trasę pod adresem https://www.marinetraffic.com

Rozpoczynamy 6 czerwca w Gdańsku zakończenie planujemy 29 września Gdańsku ( jeśli Neptun pozwoli )

Zapraszamy na etapy:

  • 6 czerwca -20 czerwca Gdańsk-Goteborg

  • 20 czerwca – 2 lipca Goteborg – Bergen

  • 2 lipca – 17 lipca Bergen Inverness

  • 17 lipca – 1 sierpnia Inverness – Belfast

  • 1 sierpnia – 20 sierpnia Belfast – Dublin

  • 20 sierpnia – 5 września Dublin – Londyn

  • 5 września – 21 września Londyn – Świnoujście

  • 21 września – 29 września Świnoujście-Gdańsk

Relację i zdjęcia z każdego etapu znajdziecie na naszym blogu. Podzielimy się z Wami naszymi wrażeniami, więc warto tu zaglądać.

Podczas wyprawy trwa akcja zbiórki na remont jachtu Fundacji 4 Kontynenty, na którym planujemy organizować darmowe rejsy w ramach realizacji celów statutowych Fundacji. Dołączcie do nas! 

Ahoj przygodo

Poza Mapą Grecja 2026

Poza Mapą Grecja 2026

Poza Mapą Grecja 2026 to radykalna ucieczka od lądu, podczas której między 10 a 24 października 2026 rzucisz wyzwanie dzikim wyspom oraz potędze jesiennego wiatru.

Czytaj więcej »
Kategorie
Blog

Raz na wodzie czasem pod wodą

Wielka majówka 2018

W tym roku wybraliśmy się do Albańskiej Sarandy.  Limbowa – Saranda 2018 PRODŻEKT 

Limbowa – Saranda 2018 PRODŻEKT II

Czas na Albaniie  wersja NO Profit autorski pomysł Krzysztofa 

Wyjazd z Gdyni busem 8 osobowym, w czwartek 26 kwietnia, po pracy ok 15, przejazd A1 do Torunia, potem na południe do Bielska -Białej i Żywca, nocleg ok. 23, rano w piątek o 8 już w trasę , granica ze Słowacją w Korbielowie, potem wjazd na godzinę do Budapesztu, widok miasta z nad Dunaju ze wzgórza Cytadeli, węgierską autostradą pojechaliśmy do Serbii, wjazd na godzinę do, tętniącego nocnym życiem Belgradu, potem przejazd do Macedonii, nad ranem godzinne zwiedzanie niesamowitego Skopje, przejazd do Grecji gdzie super nowoczesną autostradą, omijająca stanowiska archeologiczne i mateczniki brunatnych niedźwiedzi, pędziliśmy do granicy z Albanią, tutaj dobre drogi się skończyły, a ostatni kawałek do Sarandy jest.. b ciekawy serpentynami przez góry, po drodze wjechaliśmy do parku Blue Eye , krystalicznego źródła bijącego z ziemi, ok południa w sobotę, w Sarandzie, Zwiedzanie rzymskiej osady w Butrinti, jeden dzień nad zatoką Monastyrii, jeden w oddalonym o 55km Porto Palermo, dzień w centrum miasta, nurkowanie na wraku, zwiedzanie starej części Sarandy, wyjazd do Grecji do Igoumenitsa , w Gijokaster nurkowanie w jaskini zwiedzanie starego miasta i zamku, zabraliśmy własną sprężarkę , ilość znurkowań zależała tylko od determinacji ekipy, nie mniej niż dwa dziennie, w piątek 4 maja pojechakiśmy do Dubrownika, najpierw przez prawie całą, Albanię do Czarnogóry zobaczyć, Budvę i Zatoke Kotorska, przez którą przepłyniemy promem, następnie do Chorwacji do upiornej zatoki Umarłych Hoteli zaraz potem do Dubrownika wjedziemy na górę do stacji kolejki skąd doskonale widać miasto, i do samego Starego Miasta śpimy 5km od miasta, rano w sobotę ruszamy do domu most za Dubrownikiem, potem Bośnia i Hercegowina Neum , i znowu Chorwacja, ok 100km od Dubrownika wjeżdżamy na nową autostradę i prujemy do Zagrzebia, potem krótko Słowenia, Maribor i jesteśmy w Austrii, godzina do Wiednia, następnie Czechy Brno, Ostrawa i jesteśmy w Polsce, ok 7 h i Gdynia , Wyjątkowo ciekawa wyprawa 12 krajów. To wspaniała, autorska, wyprawa, odwiedzimy miejsca do których nie zaglądają standardowe wycieczki. W maju woda i powietrze ma ponad 22 st C. Jest mało turystów. Są odludne plaże tylko dla nas, ciekawe, zróżnicowane, nurkowania w krystalicznej wodzie , laguny, wraki, jaskinie.

Piotr Bartosiak

Kategorie
Blog

Quintana Roo, czyli region, gdzie krąg się zamyka.

Tulum. Niewielkie miasto, malowniczo położone na wybrzeżu Morza Karaibskiego. Aż pęka w szwach od nadmiaru turystów. Wszystkie rozsądne hostele już dawno zarezerwowane. Przez fakt, że na pobyt w tym raju jest taki popyt, oraz przez rozpoczęty od 01 marca słynny amerykański „spring break” ceny wywindowano nawet 2-3 krotnie. Jako rodowici krakowianie, z wężem rozmiarów anakondy w kieszeni , czujemy rozczarowanie i wielką złość. Ale nic to – trzeba zbadać te osławione atrakcje i na własnej skórze poznać, za co tyle trzeba tu płacić.

Do Tulum przybyliśmy z rana – po całonocnej podróży z Palenque. Okazuje się, że miejsca warte zobaczenia są tu od siebie na tyle oddalone, że warto pożyczyć rowery, co też robimy. Plaża oddalona jest od centrum około 5 km. Okazuje się, że miasto swoją budową przypomina znane nam już Cancun. Centrum cechują gorsze noclegi, tańsze restauracje. Natomiast mekka bogatej turystyki znajduje się na samym wybrzeżu, w hotel zone.

Naszym zdobytym środkiem transportu lądujemy na plaży. Po drodze mijamy pewne magiczne miejsce, którego Rafał tak długo poszukiwał w czeluściach internetu. Mianowicie pewien autor piszący książki podróżnicze, pewnego pochmurnego dnia w szarej Polsce, dzięki lekturze przeniósł mój skołatany wtedy umysł do miejsca z marzeń – prawdziwego raju. W swojej literaturze zostawił wskazówki, jak można by tam dotrzeć. Do Ziemi Obiecanej, gdzie zgodnie z bogatym opisem dociera niewielka grupa zatwardziałych podróżników. Gdzie prąd jest jedynie 2 godziny na dobę z agregatu, a spartańskie, zbite z byle czego cabane stanowią dla strudzonych wędrowców schronienie. Gdzie Morze Karaibskie rozbija swe fale o dziewicze plaże skalno – piaszczyste, a do najbliższego miasteczka jest ponad godzina drogi na bezdrożach na jedynym w okolicy dostępnym, zardzewiałym rowerze. Miejsce to miało być oddalone od konkretnej cywilizacji o ponad 60 km. I Rafał znalazł to miejsce. Gdzie autor wypoczywał przez 3 miesiące, odcięty od świata, rozkoszując się dzikim krajobrazem zaledwie 5 do 7 lat temu. Niestety, życie to nie bajka, a opis w stosunku do rzeczywistości stanowił pokaz ogromnego kunsztu w dziedzinie science- fiction. Nasze zaczarowane domki położone są mianowicie przy głównej drodze. W rzeczywistości są 5 gwiazdkowymi hotelami z widokiem na takie same hotele w pobliżu. Koszt noclegu to ponad 300 USD za dobę, a samo miejsce oddalone jest od Tulum mniej niż 5 km. Dziękujemy panu K.G.Ć za ciekawą powieść sci- fi z lodówką w tytule.

Tymczasem, zabawiając Was, Drodzy Czytelnicy, tą drobną złośliwą anegdotką, przenieśliśmy się już do słynnych ruin majów, tak ciekawych głównie ze względu na ich malownicze położenie na samym wybrzeżu. Same ruiny być może nie należą do najciekawszych, jednak bliskość morza, obecność tysięcy ogromnych iguan wylegujących się w słońcu robi swoje. Dodatkowo na wejściu do parku znajdują się wolno- biegające ostronosy meksykańskie, które całkowicie skradły mi serce swoją ciekawską i odważną naturą. Ruiny Tulum to zdecydowanie miejsce godne Waszej uwagi.

Drugi dzień to czas pożegnań z cenotami. Odwiedzamy ostatnie dwa z nich – Cristal i Escondido. Od Szwedów nurkujących z pełnym ekwipunkiem dowiadujemy się, że to właśnie w tych okolicach znajduje się obecnie druga największa na świecie sieć połączonych ze sobą podziemnych jaskiń zalanych wodą. Ma ona długość ponad 240 km. Nasze dwa odwiedzane cenoty z tą siecią są właśnie połączone. Ostatnio, nawet w naszej rodzinnej „ziemniak tv” mówiono o odkryciu nowej sieci wodnych korytarzy, jeszcze dłuższej niż wszystkie dotychczasowe. I co więcej- nie zostały one jeszcze poznane, więc nurkowie całego świata – macie pole do popisu.

Wybieramy się również do ośrodka Akumal, w którym mamy możliwość popływać z żerującymi tam żółwiami. Sporej wielkości zwierzaki są tam wiecznie niepokojone przez ludzi naszego pokroju. Wygląda to nawet z perspektywy czasu dosyć komicznie, gdy tłum ludzi „zawieszonych” w głębokiej wodzie niczym spławiki, spogląda w dół, na zajadające się w najlepsze morską trawą żółwie morskie. I z napięciem oczekiwany jest moment, kiedy gadowi skończy się powietrze i na chwilę wynurzy się na powierzchnie, aby go zaczerpnąć. Oczywiście znaczna część ludzkich spławików jeszcze bardziej przypomina osprzęt wędkarski, gdyż z braku umiejętności pływania poubierana jest w odblaskowe kamizelki ratunkowe, które utrzymują ich ciała i umysły w błogim stanie poczucia bezpieczeństwa.

Tulum jest dla nas trochę zbyt tłoczne – zamierzamy zobaczyć coś, co lubimy najbardziej, czyli miejsca trudnodostępne. A do takich z pewnością należy Punta Allen i Półwysep Faro. Jest tam tylko jedna rozsądna i znana droga dotarcia. Można mianowicie zabrać się na całodzienną wycieczkę Jeepami, które po jedynej, bardzo zdezelowanej drodze o długości 50 km w środku dżungli, zabiorą klientów na przejażdżkę do miasteczka. Cena przyjemności – 120 USD za osobę. Jednak my do grona osób rozsądnych nie zawsze się zaliczamy. Maksymalnie odciążamy plecaki, część rzeczy zostawiając w hostelu w Tulum, do odbioru po powrocie. Na „lekko” kierujemy się do ostatniego przystanku zbiorowej komunikacji, która wyrzuca nas na wybrzeżu za strefą hotelową. Tuż przy wejściu do rezerwatu Sian Ka’an. Bo właśnie w sercu tego rezerwatu- po przebyciu 50 km nieznośnej drogi leży nasz cel – Punta Allen. Mamy 5 dni, 10 l zapasu wody i namiot. W najgorszym przypadku damy radę obrócić pieszo, śpiąc po drodze na plaży. Jednak, jakby się nad tym lepiej zastanowić – przecież na końcu jest miasteczko, które powinno mieć zaopatrzenie nie tylko drogą morską, skoro nie ma w nim porządnego portu do wyładunku większych towarów. I rzeczywiście – nasz rządny przygód, myśliwski nos wyczuwający okazję i tym razem się nie myli. Bardzo rzadko, ale jednak – oprócz mknących jeepów, wyładowanych miłośnikami hamburgerów z kraju Pana Donalda, przejeżdżają tędy zdezelowane pickupy, które zaprzeczając wszelkim prawom fizyki i logiki – trzymają się kupy i brną do przodu.

Na pace pierwszego z nich przebywamy około 10 km, dalej już nam razem nie po drodze, ponieważ pojazd wraz z właścicielem zjeżdża na prywatną posesję w samym sercu niczego. Zadowoleni, że oszczędzono nam ładny kawał drogi, przechodzimy pieszo kolejnych parę kilometrów. I już znowu na nasz uniesiony w górę kciuk zatrzymuje się kolejny rodem z piekła rozklekotany petro – potwór. Z wesołym starszym panem za sterami, który za 2- godzinną rozmowę o polityce, sytuacji branży naftowej na świecie, rybołówstwie i ciekawostkach o zamorskiej krainie zwanej Polonia, dokańcza dzieło i dowozi nas do samego Punta Allen. Ponieważ, wraz z rodziną mieszka tam, prowadzi restaurację, a dziś wraca właśnie z dostawą jedzenia. Nasze plecaki lądują w basenie utworzonym przez pakę pickupa, wraz z toną papryki, cebuli i innych produktów, które należy przywieźć do restauracji. I tak, przemierzając zdezelowaną, jedyną drogę na Półwyspie Faro, docieramy do Punta Allen.

Osada ma 3 równoległe do siebie ulice (o długości maksymalnej 500m), przy których stoją pokrzywione, ale mimo wszystko murowane domki. 3 sklepy zaopatrzone prawie w nic, kilka restauracji nastawionych na klientelę z jeepów (bo czynnych jedynie w godzinach ich przybycia) i lokalny wyszynk, należący właśnie do rodziny naszego kierowcy.

Nocleg znajdujemy na jedynym polu namiotowym. Okazuje się, że zdarza się, że turyści przybywają tu w wypożyczonych w Tulum samochodach. Domyślamy się, że przeprawa taką drogą dla nieprawionego kierowcy z przeciętnym samochodem często może zakończyć się niepowodzeniem równającym się utknięciu w środku niczego.

Sprawiliśmy się przednio- dotarliśmy tutaj w niecały 1 dzień, więc mamy 4 dni na siedzenie w samym centrum jednego z Końców Świata i wnikanie w zawiłości lokalnej społeczności. Jednego dnia wyruszamy wraz z pozostałymi turystami na wycieczkę łódką. Rezerwat Sian Ka’an pełny jest rajskich zwierząt morskich – delfinów, manatów, żółwi oraz zamieszkujących pobliską rafę koralową, tysiącach gatunków wielobarwnych ryb. Na lądzie znaleźć możecie nawet luzem biegające jaguary oraz moje ulubione ostronosy meksykańskie, jednak mimo wielu prób oddalenia się od ludzi, nie było dane nam je spotkać. Jedyną oznaką ich bytowania są znaki drogowe („uwaga jaguary”, „uwaga ostronosy”, „uwaga iguany”), które podobnie jak na Spitzbergenie („uwaga niedźwiedzie polarne”), informują nas nie tylko o niebezpieczeństwie, ale również pokazują, że świat zwierząt jest tu niezwykle urodzajny.

Kluczowym punktem wycieczki jest możliwość nurkowania na rafie koralowej z podstawowym sprzętem ABC. Przeżycie zupełnie niecodzienne, kanał National Geografic może się schować. Polecamy wszystkim Wam, którzy bez względu na sposób transportu, dotrzecie do Punta Allen.

Ostatniego dnia naszego tu pobytu wybieramy się jeszcze do latarni morskiej Faro, położonej na samym czubku cypla. Wiemy już, że tutaj właśnie kończy się nasz pobyt w Meksyku. To miejsce bowiem obraliśmy jako finalny cel naszej eskapady.

A powrót- po tylu przejściach jest już zupełną błachostką. Z Punta Allen lokalną łódką na stały ląd Meksyku, stamtąd do Tulum odebrać rzeczy i na jednej nodze do Cancun, żeby zdążyć na samolot. Żeby nie było za łatwo – czeka nas dwudniowy przystanek w kubańskiej stolicy – Havanie. Jak tam było, i co się działo to temat zupełnie inny, którego opisu nie znajdziecie w blogu „ALE MEXYK”, bo w końcu to inne państwo. I dalej, jak po sznurku – Havana – Toronto – Londyn – Warszawa – Kraków. Czyż to nie zdumiewająco proste wrócić tak do domu po 6 tygodniach tułaczki?

I jak to jest w efekcie z tym Meksykiem? To państwo jest tak pełne sprzecznych o nim informacji, że boli głowa. Mawia się, że jest szalenie niebezpieczne, ale czy rzeczywiście? Nie licząc przygody z bronią naszego poznanego w Cancun kolegi, nie czuliśmy tutaj specjalnego zagrożenia. Dreszczyk emocji, gdy na końcu ciemnej uliczki widzi się groźnie wyglądających Latynosów rodem z hiphopowych teledysków „o trudnym życiu na dzielnicy”, zacierany jest przez niezwykle rodzinnych ludzi, oferujących Wam pomoc, uwagę i uśmiech. Zwykłych, często niezamożnych ludzi, którzy za wykazanie nimi zainteresowania i zachwytu nad ich własnym światem i codziennością, wykazują dumę i zadowolenie, że komuś podoba się ich codzienność.

Jednak, czy jak pisał WC jest to kraj pełen wolności? Z tym zgodzić się chyba do końca nie możemy. Co to za wolność, gdy dzieci pracują od wczesnych lat młodości, żeby jakkolwiek polepszyć byt rodzinie? Osoby bardzo zaawansowane w wieku, praktycznie niedołężne, wystawiane bywają na ulice miast wraz z kramami, aby resztkami sił sprzedawać towary. Widzieliśmy zasuszone staruszki, śpiące przez całe noce przy tych kramach, nie mając dachu nad głową nawet podczas deszczu. Nikt nie fatygował się, żeby „zwieźć” je na noc do domu, skoro dzięki temu kramu nie trzeba było codziennie zbierać.

Ogromnym problemem Meksyku są walające się dosłownie wszędzie śmieci. Nawet w parku narodowym, w sercu dżungli lub na dzikim wybrzeżu, nie ma powierzchni wolnej od odpadków.

Jednak mimo tych widocznych gołym okiem wad, Meksyk to dla mnie najpiękniejszy kraj świata. Moja własna Ziemia Obiecana. Jest w nim wszystko, co potrzebne człowiekowi. Najlepsze jedzenie świata, palmy i kokosy, zwierzęta, które zwykle ogląda się tylko w telewizji. Kraina jednej z najciekawszych cywilizacji świata. Dżungla, pustynie z kaktusami, wodospady i cenoty. I co najważniejsze – dwa oceany z tak rozległą linią brzegową, że pewnie każdy z Was znajdzie tu swoją własną Chacahua.

Meksyk zamyka już przed nami swoje bajecznie kolorowe drzwi. Jednak jestem pewna, że nadejdzie taki dzień, kiedy będę chciała ponownie tu powrócić, i kto wie – być może wcale więcej stąd nie wyjeżdżać. Bo Meksyk zaraża sobą, jak żeglarstwo – musisz, musisz, musisz pływać, bo nie wytrzymasz i w miejscu nie usiedzisz.