Kategorie
Trekking

Grzegorz Grochowski na pokładzie Fundacji 4 Kontynenty

Witam „4 Kontynenty”

Mieszkam w Bytomiu – to taka dziura koło Katowic, jakby kto nie wiedział. Mam na karku piąty krzyżyk, więc już bliżej dołka niż dalej – ale zamierzam jeszcze trochę po tym świecie pochodzić. Na chrzcie mi dali Grzegorz, zaś na kilku górskich forach jestem powszechnie znany pod nickiem „Grochu”. Może tyle tytułem wstępu.

Z górami miałem styczność „od zawsze”, gdyż pochodzę z Ziemi Sądeckiej i od dziecka miałem je przed oczyma. W latach szkolnych zacząłem je poznawać bliżej, najpierw przez wyjazdy kolonijne a w czasach licealnych już samodzielnie z innymi wariatami. Z czasem tak więc się zrobiło, że zamiast patrzeć z dolin na góry – zacząłem z gór patrzeć w doliny. I jakoś tak potem już poszło.

Do dnia, gdy nadszedł czas na założenie rodziny. Wtedy chodzenie po górach zamieniłem na chodzenie po pampersy. Tak kilka następnych latek minęło, aż pampersy przestały już być potrzebne.

No to co? No to w góry!!! Ale takie lajtowe to były wycieczki, by kiluletnie srajtki się nie zraziły. Udało się. Już oba są dorosłe i same dopytują się o kolejne wypady na górskie szczyty.

No ale zanim to nastąpiło to znów ładnych kilka wiosen musiało minąć, gdy mogłem znowu sam – bez „kotwic” – zacząć górskie wypady.

Najpierw ostrożnie, bo te dobre 10 lat przerwy w górskim życiorysie spowodowało, że i kondycja wyparowała i o trekkingowej rutynie się zapomniało. No i brzusio jakoś po drodze uroslo. To więc były raczej takie „powtórki z rozrywki”: odwiedzanie miejsc, które się już poznało za kawalerskich czasów. A potem coraz dalej….coraz dłużej….

Coraz wyżej – nie. Nie mam parcia na bicie rekordów wysokości.

Problemem wówczas był też brak towarzystwa. Cytując klasyka: „Co się stało z naszą klasą?…”

Ale ten problem się rozwiązał, gdy nawiązałem kontakt z Klubem Góry-Szlaki. Od tamtej pory – a będzie wnet już 10 lat – zacząłem mocno intensywnie przygodę z górami.

Trochę statystyk ( które dla zabawy zacząłem prowadzić od 2013 ):

2013

długość przechodzonych szlaków: 686 km

czas spędzony na szlakach: 267 h

suma przewyższeń: 37477 m ( czyli: ponad 4 razy Mt Everest od poziomu morza );

2014

długość przechodzonych szlaków: 1093 km

czas spędzony na szlakach: 353 h

suma przewyższeń: 51705 m ( czyli: prawie 6 razy Mt Everest od poziomu morza );

2015

długość przechodzonych szlaków: 561 km

czas spędzony na szlakach: 224 h

suma przewyższeń: 29282 m ( czyli: ponad 3 razy Mt Everest od poziomu morza );

2016

długość przechodzonych szlaków: 830 km

czas spędzony na szlakach: 339 h

suma przewyższeń: 42777 m ( czyli: prawie 5 razy Mt Everest od poziomu morza );

2017 – w trakcie.

W międzyczasie wyrobiłem sobie ( jeśli można tak powiedzieć ) dwie „specjalizacje”:

pierwsza – eksploracja via ferrat: to taka fajna alternatywa dla klasycznego trekkingu, nie wymagająca jakichś specjalnych umiejetności wspinaczkowych. Via ferraty mają zróżnicowane stopnie trudności tak, że każdy znajdzie tu coś na miarę swoich możliwości: zarówno ten co w życiu jeszcze do skały się nie przytulił, jak i wytrawny alpinista;

druga – tygodniowe ( najczęściej ) trekkingi „na ciężko” po karpackich pasmach. Czemu tak? A bo jak wyjrzałem poza horyzont granic ziemi ojczystej to pojąłem, że tych Karpat jest taki ogrom, że życia nie starczy by je całe poznać. A różnorodność przeogromna. No i po prostu są piękne 🙂

A od czasu do czasu robi się jakiś wypad w Alpy – dla odmiany. Może to się trochę kłóci z ideą o nazwie „4 Kontynenty” , ale kto wie……w przyszłym roku myślę o wypadzie w góry Kaukazu, a z czasem może mnie napadnie marokański Atlas czy coś dalej jeszcze….. pożyjemy – zobaczymy.

Jakiś czas temu ktoś mnie mamówił, żebym zaczął dokumentować te swoje zabawy z górami, to założyłem na fejsie taką tematyczną stronkę. Ale zamieszczam na niej tylko takie wypady wykraczające czasowo poza ramy zwykłego weekendu. Tych zwykłych weekendowych jest po prostu zbyt dużo, to jakbym wszystko tam wrzucał to ta stronka stałaby się mało czytelna.

Jak ktoś ma ochotę to zapraszam do odwiedzin:  (klik)

Lajkowanie i udostępnianie mile widziane 😉

A co z przyszłością?

Plany są bogate jak zwykle, ale chwilowo jestem w lekkim zawieszeniu w związku z trwającym właśnie procesem zmiany pracy. Stąd na tą chwilę trudno mi precyzyjnie określić które weekendy do końca roku będę miał wolne, a tym bardziej jakieś urlopowe terminy na przyszły sezon. Ale ta kwestia niebawem się wyjaśni.

Abstrahując póki co więc od konkretnych terminów: po rozmowie z Mariuszem zaproponowałem październikowy weekendowy wypad na Małą Fatrę – i do tego tematu wrócę niżej. Poza tym: tradycyjnie w długi weekend listopadowy robię urodzinowe górołażenie połączone z wieczorną minutą ciszy na okoliczność tej dramatycznej rocznicy ( tak tak – jak się ma piątkę z przodu to wcale tak znowu nie ma się już z czego cieszyć 😉 Tyle, że w tym roku 11 listopada wychodzi w sobotę, więc tym razem to będzie zwykły weekend, czyli musi być gdzieś blisko; zapewne w Beskidzie Żywieckim, a w razie dupiatej pogody odbębnię to wydarzenie na Chatce Skalance w Zwardoniu. No i jeszcze….jakoś tak trza by powoli myśleć coś o Sylwestrze – jeżeli nowa praca na to pozwoli.

Jeśli zaś o kolejny sezon trekkingowy chodzi to tak:

– na pewno ze 2 wyjazdy na via ferraty ( Austria, Włochy – zobaczy się );

– na pewno Zugspitze w Niemczech i Howerla na Ukrainie ( córka 2 lata temu zaczęła „rzeźbić” Koronę Europy i obiecałem jej jeszcze pomóc te dwa kopczyki opanować w przyszłym roku; dalej już sama sobie będzie radziła );

– na pewno tydzień na Góry Rodniańskie ( północna Rumunia );

– najprawdopodobniej tydzień na Góry Hryniawsko-Czywczyńskie lub Pokucko-Bukowińskie ( w obu przypadkach to najbardziej dzikie i bezludne rejony ukraińskich Karpat, gdzie nawet jeszcze szlaków nie ma wytyczonych );

– najprawdopodobniej 2 tygodnie na Kaukaz ( i to na pewno byłoby we wrześniu jeśli dojdzie do skutku ), od gruzińskiej strony ( ale to ma być zwykły trekking poniżej lodowców, żeby nie obciążać się wysokogórskim szpejem ) połączone z jakimś 2-3 dniowym „plażingiem” w Batumi na koniec……….no dobra, chyba już cały urlop na 2018 wyczerpałem 😉

A wracając do najbliższej przyszłości:

Mala Fatra.

Kiedy? Najprawdopodobniej 13-15 lub 20-22 październik.

Gdzie? Luczańska część tego pasma – przy dobrej pogodzie.

W rozmowie z Mariuszem sugerowałem przejście od Hornej luki do Klaka z noclegiem w namiocie, ale po namyśle odstąpiłem od tego zamiaru. Dzień już wtedy będzie krótki, a to jest stosunkowo długa – a przede wszystkim całkiem urokliwa – trasa ( w tej klakowej części szczególnie ), szkoda więc robić to po ciemku. Za to na wiosnę chętnie wrócę do tego tematu.

Zamiast tego:

Piątek pod wieczór – przyjazd do miasteczka Trebostovo ( ciut za Martinem ) i nocne wejście niebieskim szlakiem na Hornou luke ( ok. 3 h ). Nocleg w utulni Partizan, ale na wszelki wypadek namioty trzeba mieć, bo przy dobrej pogodzie w Partizanie może być tłoczno.

Sobota – przejście północnej części tego pasma z zejściem na przełom Wahu w miasteczku Stre čno. Tam można wciągnąć obiadokolację, a potem jeszcze trzeba wdrapać się na początek drugiej części MF: do Chaty pod Suchym na drugi nocleg. Trasa na jakieś 8,5 h plus przerwy na popasy. Ale 25,5 km i 1300 m przewyższeń.

Niedziela – 2 warianty.

A – przejście przez Malý Kriváň z zejściem do Sučan ( ok. 6 h ) i powrót komunikacją publiczną do Martina po auta.

B – wejść tylko na Suchý a potem już zejść zielonym szlakiem na Turčianske Kľačany ( ok. 4 h ) i powrót komunikacją publiczną do Martina po auta.

Ewentualnie można w piątek rozstawić samochody, co ułatwi niedzielną komunikację.

Plan „B” – ( pogoda nie tak całkiem dobra ).

Też Mala Fatra, tylko część Krivańska. Baza w Stefanovej. Mam tam sprawdzony fajny pensjonacik vis a vis piwopoju. Dojazd na miejsce też w piątek wieczór. Sobota: wejście na Maly Rozsutec. Niedaleko, niewysoko, ale warto. A w razie załamki pogody w miarę szybko można wrócić na ciepłe pokoje. Trasa na ok. 5 h. Gdyby z pogodą było dość stabilnie to można się przespacerować przez oba Rozsutce – wtedy zajęłoby to ok. 7-8 h. Niedzielę można przeznaczyć na szwendanie się po Dierach – to taka miniaturka Słowackiego Raju, do zrobienia w 2-4 godziny zależnie od wariantu trasy tak, żeby o ludzkiej porze wrócić do domu.

Plan „C” – ( leje jak z cebra cały weekend ).

No cóż…..wtedy z rozpaczy pozostanie eksploracja lokalnych źródeł čapovaneho piva. Ale jak to powiadali starożytni Rosjanie: „nieważne: gdzie, ważne: z kim”.

Grzegorz  Grochowski 

Kategorie
Wspinaczka

Expedition to Lenin Peak in 2017

Matterhorn już za nami, piękna choć trudna góra, wspaniałe wspomnienia i zdjęcia, nowe doświadczenia! Przed nami Pik Lenina, nasz pierwszy wspólny siedmiotysięcznik! 🙂

Expedition to Lenin Peak in 2017

Pik Lenina w górach Pamir 7134 m  n.p.m (22.07.2017-15.08.2017)

Prezentacja oficjalnego prezentacja oficjalnego logo wyprawy 

Program wyprawy:

Dzień 1: Wyjazd z Polski
Przelot do Biszkeku.ew przedostanie się prosto do Osz.

Dzień 2:
Załatwienie formalności, zaopatrzenie w żywność i gaz.

Dzień 3: Ługowa Polana 3800m
Przedostanie się do Ługowej Polany.( Tutaj piękne widoczki na otaczające góry oraz Pik Lenina)

Dzień 4 do 19: To tutaj zaczyna się prawdziwa  przygoda, akcja górska w pełnym tego słowa znaczeniu
Na szczyt zmierzamy drogą normalną. Trasa prowadzi przez Przełęcz Podróżników, Lodowiec Lenina i Pik Razdielnej.

Jeśli starczy czasu planowany jest odpoczynek nad jeziorem Issyk-Kul ( błękitno-turkusowy kolor tafli wody i majestatyczne szczyty gór tworzą bajkowy krajobraz. Tak! to jedno z tych miejsc gdzie potężne góry i woda występują razem. Jest to drugie co do wielkości jezioro górskie na świecie (pierwsze miejsce na podium zajmuje Titicaca). Dookoła Issyk-Kul otoczony jest dwoma pasmami gór: Kungej Ałatau i Terskej Ałatoo których najwyższe szczyty sięgają 4000-5000 m n.p.m.)

Aneta i Krzysztof Matuła

Kategorie
Trekking

Powitanie wiosny w Tatrach

Weekend 8-9 kwietnia przeszedł już do historii, historii która pewnie na długo zostanie w naszej pamięci i którą będziemy jeszcze niejednym znajomym opowiadać. Sobotni plan zdobycia Czerwonych Wierchów nie wypalił, dlaczego? Dlatego, że dla nas o wiele ważniejsze od tych szczytów w tym momencie było nasze bezpieczeństwo, zdrowie i życie. Niestety już w piątek przed wyjazdem sprawdzając warunki w naszych ukochanych Tatrach na stronie TOPR ogłoszono trzeci stopień zagrożenia lawinowego co jednoznacznie oznaczało, ze nigdzie w wyższe partie gór nie wyjdziemy.
Wiadomość taka nigdy nie jest dobra wiec się troszkę zezłościliśmy ale już po chwili pomyśleliśmy, ze i tak nie mamy na to wpływu i że przecież w tak kameralnej ekipie jaka była z nami zwyczajnie musi być super, bez względu na wszystko a przecież zostają jeszcze dolinki.

W sobotę zaraz po przyjeździe do Kuźnic i dojściu do Hotelu Górskiego Kalatówki postanowiliśmy wyruszyć by się nieco rozejrzeć, podreptaliśmy wesoło podziwiając przy tym piękną zimę jaką mieliśmy tej wiosny i dotarliśmy na Halę Kondratową a jako, ze prawie była godzina obiadowa weszliśmy do tamtejszego schroniska by coś ciepłego zjeść. Bardzo nas kusiło aby pójść w stronę Kopy Kondrackiej jednak rozsądek zwyciężył. Po  krótkiej rozmowie jaką odbyliśmy z ratownikiem TOPR-u który przedstawił trochę faktów na temat istniejących warunków oraz zdecydowanie odradzał pójście dalej niż na Halę Kondratową . Niestety nie wszystkim wystarczają takie zagrożenia jakie mieliśmy w ten weekend. Czasem ludzie myślą że mają kilka żyć albo wcale nie mają wiedzy na temat gór i wędrowania w zimowych warunkach, po weekendzie dochodziły stopniowo informacje o wypadkach jakie miały miejsca w tym czasie. Nie tracąc czasu przeprowadziliśmy szkolenie z nauki hamowania czekanem, dla kilku z Nas było to pierwsza okazja jak zaprzyjaźnić się z czekanem i poćwiczyć technikę hamowania.Wiosna, wiosna, wkoło dużo śniegu. Pod warstwą śnieżną około 10 cm zimowały rozkwitające krokusy.


W niedziele postanowiliśmy przynajmniej dotrzeć na Kasprowy Wierch i tam troszkę spędzić czasu, weszliśmy na przeciwległy dwutysięcznik (Beskid) na którego wejście akurat było zupełnie bezpieczne i przy fantastycznej, słonecznej pogodzie zrobiliśmy sobie mały relaks, widoki były fantastyczne, widoczność niesamowita, powietrze była tak przejrzyste jak mało kiedy. Na niebie ani chmurki, słonko wręcz oślepiało, efektem tego wróciliśmy szczęśliwi i pięknie opaleni z nowymi pomysłami, z nowymi marzeniami i planami na kolejny wspólny wyjazd w Tatry


Aneta Kaniut – Matula

.

Kategorie
Trekking

Pędzimy saniami ze swoimi marzeniami – Istebna 2017 Spotkanie Fundacji 4 Kontynenty

Poprzez białe drogi z mrozem za pan brat.
Pędzą nasze sanie szybkie niby wiatr.
Biegnij koniu, wrony przez uśpiony las
My wieziemy świerk zielony i śpiewamy tak
Pada śnieg, pada śnieg
Dzwonią dzwonki sań.
Co za radość gdy saniami tak można jechać w dal ………..
 
Tym razem spotykamy się w Istebnej gdzie pomkniemy saniami, narciarskimi stokami, napędzeni marzeniami. Przychodzi czas by znowu spotkać wszystkich Was, spędzić chwile radosne podsumować nasze wspólne osiągnięcia i zaplanować kolejne przedsięwzięcia.
Zabawa karnawałowa jest przed nami więc też postukamy stopami. Jednak oszczędzajcie swe buty bo czekają na nas przygody napisane niczym muzyczne nuty.
Termin spotkania  03.02 do 05.02.2017
Miejsce :
43-470 Istebna 670
Uwaga istnieje możliwość dłuższego pobytu w ośrodku.
Program ramowy spotkania Fundacji 4 Kontynenty
Piątek 03.02
17.00 do 20.00 przyjazd + zakwaterowanie
20.00 rozpalimy ognisko + integracja w ośrodku z wyżywieniem
Sobota 04.02
  9.00 do 10.00 Śniadanie w formie bufetu
11.00 do 12.00 Wyginam śmiało swoje ciało – poranny rozruch z Anetą
12.30 do 13.30 Lepimy Bałwana zabawy na śniegu
14.00 do 15.00 Obiad
15.00 do 16.30 Slajdowisko , podsumowanie sezonu 2016
17.00 do 19.30 Pomkniemy saniami napędzani marzeniami, kulig z pochodniami na Stecówkę
20.00 do 21.00 Koncert Grupy Poszukiwacze + biesiada z wyżywieniem
zabawa Karnawałowa do białego rana :))
Niedziela 05.02
 9.00 do 10.00 Śniadanie w formie bufetu
10.00 do 13.00 Narty,sanki, zabawa na stoku
14.00 do 15.00 Obiad
16.00 komu w drogę temu czas )))
Wsparcie naszego spotkania to 235 zl obejmuje wszystko za wyjątkiem karnetu na wyciąg, dojazdu i ubezpieczenia.
Uwaga brak już miejsc noclegowych.
 
Fundacja 4 Kontynenty                                                                                                                                          
PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
Os. ZWM 8/7, 32-540 Trzebina (małopolskie)KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740
Kontakt
Mariusz Noworól
mariusz@4kontynenty.pl
tel 696914676
Kategorie
Trekking

Romki na końcu świata

„Napisać artykuł” – długo zastanawiałam się, co to może znaczyć. O czym opowiedzieć, i co Wy – Drodzy Czytelnicy chcielibyście przeczytać, żeby nie marnować swego cennego czasu? Jak na papier przelać miesiąc spełnionych marzeń, zwrotu akcji w życiu i wreszcie, po tylu latach – odnalezienie siebie i swojego ja. Nie wiem do końca jeszcze, co znaczy „napisać artykuł”, ale skoro już zaczęliście, to – poczytajcie.

„Koniec Świata na Byle Czym”, czyli „Romki na Końcu Świata” 

Romki – to my. Joanna i Rafał Romek, małżeństwo od lat 6, znamy się od ponad 12. Wyszliśmy ze strefy komfortu (jakim zapewne jest nasze codzienne życie) i po załatwieniu formalności w pracy, zgromadzeniu sprzętu i naszkicowaniu wstępnego planu – wyruszyliśmy w miesięczną podróż z Krakowa do ostatniego (prawie) skrawka lądu – Ziemi Ognistej i słynnej Ushuaii. Po drodze przemierzyliśmy prawie 5 tys. km drogą lądową, korzystając ze wszystkich dostępnych środków transportu. Pokonało nas kilka sytuacji, ale też w wielu odnieśliśmy zwycięstwo. Jednak nie o tym głównie powinna być tu mowa, ale o Was, Drodzy Czytelnicy. Dlaczego powinniście wstać z fotela i ruszyć w pogoń za przygodą. 

Kultura latynoska

To nie mit, ale szczera prawda. Jeśli już raz ją poznasz – nie zapomnisz i całkowicie Cię oczaruje. Latynosi nigdzie się nie spieszą, a „mańana” (jutro, a właściwie bliżej nieokreślony czas w przyszłości, oznaczający po prostu później) to ich życiowa dewiza, przekazywana z pokolenia na pokolenie. W Ameryce Łacińskiej bywa niebezpiecznie, dla własnego dobra lepiej nie obnoście się z drogim sprzętem. Na turystów i tak będziecie zawsze wyglądać, zdradzi Was często kolor skóry, jednak może działać to na korzyść, ponieważ latynosi zawsze służą pomocą. Zawsze – oznacza to, że w równym stopniu powiedzą Wam nieprawdę i/lub prawdę połowiczną, jeżeli nie znają odpowiedzi na zadane pytanie. Bo kultura obowiązuje i odpowiedzieć zawsze należy. A fakt, że może to powodować czasem sporo problemów – nieważne – „mańana” zawsze będzie lepiej.

Wszechobecna przyroda

Tak, tak – wszechobecne guanako (podobne do lamy) widzimy na każdym kroku. Na początku to rarytas – w Polsce podniecamy się jedną małą sarenką, która przecina nam drogę podczas grzybobrania, a tutaj – pełny urodzaj. Wieloryby, pingwiny, lwy i słonie morskie, foki, pancerniki, kapibary i wszelkiego typu ptactwo – to tylko te widziane przez nas przez tak krótki okres pobytu. Bądźcie dłużej, a nawet nie śniliście o tym, co możecie zobaczyć.

Podróże kształcą

A przynajmniej tak mawiali nasi dziadowie. Czy wyjazd typu „last minute” również podchodzi pod to stwierdzenie – nie wiem, ponieważ nigdy nie korzystałam. Jednak „Podróż na Byle Czym” z własnym mężem uczy. Wiele rzeczy uczy od nowa. Zmienia wszystko, całe życie, całe dotychczasowe podejście. Jeść makaron z sosem pomidorowym, rozmawiać po hiszpańsku, rozmawiać po portugalsku (w ogóle go nie znając), nosić 20 kg sprzętu na plecach i chodzić dziesiątki kilometrów. I przez chwilę móc żyć pod innymi gwiazdami. Krzyż Południa rozświetla niebo południowej półkuli (chwilowo w tamtym momencie naszej). Nabieracie pewności, że ziemskie niebo nie skrywa już przed Wami więcej tajemnic.

Zmienność klimatu

Argentyna i Chile, czyli państwa, które przyszło nam odwiedzić, ciągną się tysiące kilometrów z północy na południe. Z każdym dniem podróży opuszczaliśmy się coraz niżej – z klimatu blisko tropikalnemu w Buenos Aires, do prawie polarnego w Ushuaii. Stamtąd już tylko parę kroków na Antarktydę. Po drodze zatrzymujemy się i poznajemy Patagonię. Miejsce targane wiecznymi wiatrami, ze specjalnie na tą okazję przygotowaną roślinnością. Miejsce, z górującym  szczytem Fitz Roya, jedynym  powiększającym się lodowcem na świecie – Perito Moreno oraz najlepszą na świecie baraniną patagońską. Docieramy wreszcie na Koniec Świata – do Terra del Fuego, Ziemi Ognistej. Której nazwa, w przeciwieństwie do tego, co wielu z Was myśli, nie wzięła się od ciężkich warunków klimatycznych, które mogłyby przypominać warunki na Marsie – Ognistej Planecie. Nazwa, w rzeczywistości pochodzi od setek indiańskich ognisk, widzianych ze statków osadników, którzy przybyli tu w 19 w. Ziemia nie jest nieurodzajna, nie wypaliła ją ani zima, ani inny zabójczy czynnik. Wręcz przeciwnie- bujna roślinność starej pampy, brak ingerencji człowieka w naturę wpływa na niezapomniany klimat tego miejsca. I ten Koniec Świata, którego tak długo szukaliśmy. Odnaleziony pomiędzy poszarpanymi fiordami i wyspami Kanału Beagla. Jak na Koniec Świata przystało – z prawdziwym i czynnym urzędem pocztowym. I jak przystało na miejsce skażone cywilizacją europejską – ze wspomnieniem po wymarłymi Indianami z plemiona Yaghan. Biedacy, po 19 w. nie byli w stanie oprzeć się naciskom wszędobylskiego starego kontynentu i poddali się „tropikalnym” chorobom oraz gorączce złota.

Nie pytajcie mnie zatem, czy warto było jechać. W każdej sytuacji, zawsze odpowiem, że zdecydowanie tak. Bo ruszyć z miejsca i nie marnować życia zawsze warto. Koniec Świata to miejsce nieposiadające współrzędnych GPS. Dla każdego z nas jest co chwilę gdzie indziej. Raz może być w Ushuaii, raz na Spitzbergenie, a kolejny raz w Skiroławkach. Jeżeli jesteście na tyle szaleni, żeby go szukać, i jeżeli taka Wasza wola – nigdy nie przestawajcie. A tym z Was, którzy „mogą, bo chcą”, życzę, aby słowa słynnego hitu country „I’ ve been everywhere” obrazowały własny sukces złapania Końca Świata za ogon. 

Jeżeli choć trochę zaciekawił Cię, Drogi Czytelniku, mój „napisany artykuł” – zapraszam na bloga, w którym opowiadaliśmy o każdym etapie tej niezwykłej przygody. Jeżeli jednak zazdrość nie pozwoli Ci tego czytać a pragnienie własnych przeżyć trawi Cię od środka – dołącz do 4 Kontynentów – to miejsce, gdzie będziesz mógł przestać śnić o marzeniach i wreszcie zabrać się do roboty przy ich realizacji.

Romki na Końcu Świata

Kategorie
Trekking

4 Kontynenty opanowują Terinkę. Integracja i szkolenie – 14-15.01.2017 r.

Obiecałam, słowa dotrzymuję!
Tym razem nieco inaczej niż zwykle, naszym celem jest dojście do Terinki i INTEGRACJA 🙂
Lubimy wszystkie wspólne wyjazdy i zawsze świetnie się bawimy, więc i teraz będzie FANTASTYCZNIE!
Kto chodzi po Tatrach od strony słowackiej, ten wie że Słowacy zamykaja swoje szlaki na okres zimowy i mozna sie tam poruszać tylko w drodze do wysokości schronisk i z powrotem.
Jeśli warunki śniegowe nam pozwolą to wraz z Krzyśkiem przeprowadzimy szkolenie na którym będziemy uczyć Was poprawnego hamowania czekanem podczas niespodziewanych upadków (poślizgu) .
Sprzęt górski (raki, czekan) OBOWIĄZKOWO!
Czołówki, kijki trekkingowe, plecak, termos, ciepłe, nieprzewiewne i nieprzemakalne ubrania etc.
Droga do schroniska wiedzie szlakiem bezpiecznym ale my jako miłośnicy turystyki górskiej zimowej nie mozemy sobie pozwolić na brak sprzętu, proszę dopasować raki do butów
– paskowe, koszykowe – kazdy rodzaj butów górskich,
– półautomaty i automaty -TYLKO I WYŁĄCZNIE na buty do takich raków przystosowane (buty z „rowkiem”)
Schronisko Téryego (słow. Téryho chata, Térynka– schronisko górskie położone w słowackiej części Tatr Wysokich, na granicy Doliny Małej Zimnej Wody (Malá Studená dolina) i Doliny Pięciu Stawów Spiskich (kotlina Piatich Spišských plies).
Chata leży na wysokości 2015 m n.p.m. i jest najwyżej położonym schroniskiem w Tatrach czynnym przez cały rok; wyżej położone jest tylko Schronisko pod Wagą, ale jest ono otwarte tylko w sezonie letnim. Terinka, bo tak potocznie nazywa się schronisko, dysponuje 24 miejscami noclegowymi w trzech salach wieloosobowych.
***Rezerwację mamy na 15 osób***
– Koszt:- 21€ za nocleg
(w Terince płacimy tylko walutą euro więc proszę o przelewy
na moje konto w kwocie 100zł – taki jest obecny kurs euro, w tym 5zł na Fundację 4Kontynenty) Ja kupię Euro w kantorze inetrnetowym po najlepszym kursie jaki się da i zapłacę za noclegi w schronisku)
Musicie również być przygotowani na gotówkę w walucie euro by np kupić sobie coś do zjedzenia na miejscu – KARTY NIE DZIAŁAJĄ!
Nr konta: Aneta Matula
96 1140 2004 0000 3002 0070 7155
Tytuł przelewu: Terinka
Pomóż nam w rozwoju Fundacji 4 Kontynenty wpłacając 5 zł na konto Fundacji!
Tytułem wsparcie
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
***UWAGA***
Tylko 15 pierwszych osób, które zrobi przelew jedzie z nami w Tatry, po tych wpłatach lista zostanie zamknięta a przelewy opóźnione zostaną zwrócone!

NA PRZELEWY CZEKAM DO 15 GRUDNIA, POTEM ZGŁASZAM ILOŚĆ OSÓB JAKA WPŁACIŁA I TAKA ILOŚĆ JEDZIE ( max 15)

Wyjazd sobota 14 stycznia 2017 o 6.00 rano Katowice

Kategorie
Trekking

Sylwester z grupą 4 Kontynenty w Bieszczadach – 30.12.2016 – 02.01.2017 r.

Grupa 4 Kontynenty nieprzerwanie się rozwija! W związku z tym, że poznaliśmy już tylu ciekawych i fajntastycznych ludzi, jakiś czas temu nasunęło mi się pytanie „Dlaczego nie spędzić wspólnie Sylwestra”? W związku z tym pragnę serdecznie zaprosić Was na cudowną kilku dniową zabawę.

Gdzie: Bieszczady, Wetlina, Schronisko PTTK Wetlina.
Kiedy: przyjazd w piątek 30.12.2016 r., wyjazd poniedziałek 02.01.2017 r.
Ilość osób: 30.
Zakwaterowanie: budynek główny, pokoje 5-osobowe.
Wyżywienie: śniadanie oraz obiadokolacja.
Dodatkowo: Impreza Sylwestrowa z wyżywieniem
Cena: MEGA atrakcyjna 300 zł/ os za cały pakiet

Pozostałe kwestie organizacyjne omawiane są na FB. szukam/oferuję transport 😉

Moi drodzy! Więcej przedstawiać nie muszę. Większość Bieszczady zna, i ma świadomość, jakie piękne mogą być one w zimie. Decydujcie sami i zabierajmy się do roboty 😉

Podaję moje dodatkowe dane kontaktowe:
tel 501 520 319
email: joanna@4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Kiedy zimna Babia daje mnóstwo ciepła

NATCHNIENIE
Nie zawsze dostajemy od życia, to czego byśmy chcieli…
Pamiętam, że to był długi, sobotni,  samotny wieczór przed komputerem (właśnie dlatego, że nie dostałam tego czegoś od życia) 
Wszyscy znajomi gdzieś,  każdy z kimś, a ja sama,  nagle zobaczyłam wpis o wyprawie na Babią Górę z Fundacjią 4Kontynenty…  CHCĘ!
 
Nie wiele myśląc, nie wiele wiedząc na temat grupy (w zasadzie nic nie wiedząc) szybki klik, że biorę udział i… POSZŁO! 
Dopiero następnego dnia zaczął się odzywać zdrowy rozsądek:  „dziewczyno, przecież ty nie chodzisz po górach w zimie,  tylko latem, jak to będzie, nie dasz rady, odwołaj…”
Ale wszelkie moje wątpliwości rozwiał pewien gość, który pisał co zabrać, jak się ubrać, jak przygotować, zapewniał,  że mogę mu zaufać co do tego wyjazdu, a że był to sam prezes 4K,  no toż mu zaufałam…
Kolejnym moim problemem była kwestia dojazdu na miejsce spotkania w Krowiarkach…
I tu miła niespodzianka,  bo okazało się,  że wszystko sprawnie działa, ludzie potrafią się dogadać kto kogo zabiera, więc i ja miałam zapewnione miejsce.
 
Wreszcie nadszedł TEN dzień, lekki nerw, szalona ekscytacja, nowe mordki…
Jadę z dwiema Aśkami, strasznie fajne dziewczyny… Po drodze każda z nas dostaje wiadomości,  każda od tej samej osoby… Pomyślałam, że ten prezes to taki ciut nadopiekuńczy 😉 No, ale pewnie starszy, poważny, przynudnawy Pan. I zapewnie będzie smęcić po drodze, ale wytrzymam 😉 W końcu dość tolerancyjna ze mnie bestia 😉 
DOCIERAMY NA MIEJSCE 
Ok 30 osób, a więc spora grupka ludzi czeka w zasadzie już tylko na nas,  więc szybko podchodzimy, witamy się, poznajemy… Hmmm… SZOK! Prezes nie jest starszym Panem, ale młodym, bo w moim wieku, sympatycznym blondynem, z uśmiechem na facjacie… Pozytywnie 😉
 
NO TO RUSZAMY W GÓRĘ… 
Pomimo tego, iż na dole zero śniegu, nasza trasa robi się coraz bielsza… Co jakiś czas zatrzymujemy się podziwiać ośnieżone formacje drzewne,  ja – jak to ja- zdążyłam po drodze wszystkich poznać, z każdym trochę porozmawiać… 
Dopóki osłania nas las, jest całkiem ciepło, ale w momencie wyjścia na otwartą przestrzeń robi się bardzo zimno, wiatr smaga po pyszczkach i nadciągnęła spora mgła, więc grupa musi być w miarę blisko siebie… Wreszcie docieramy na szczyt.
DIABLAK ZDOBYTY! 
Jest pięknie, tymbardziej,  że zrobiło nam się okienko pogodowe, więc kilka fotek i z uśmiechem idziemy do schroniska na obiad… A, że droga prowadzi w dół, a warunki sprzyjają, szybko oceniając poziom bezpieczeństwa, klapnęłam na tyłek i ziuuuu zjeżdżam… Innym również pomysł się spodobał,  wiec mamy mega śmieszną zabawę do samego schroniska… Obiad, uzupełnienie płynów, odpoczynek…
 RUSZAMY W DROGĘ POWROTNĄ 
Co pewien czas zatrzymujemy się robiąc śmieszne zdjęcia,  orzełki na śniegu,  kreśląc różne napisy,  rysunki…
 I właśnie wtedy, taka skupiona nad tym śniegiem, kończąc swój śnieżny rysunek, nagle czuję,  że moja twarz znalazła się w tym mokrym, zimnym śniegu!
 NOSZ KURDE!
Co jest grane? Mój szok i niedowierzanie miały wielkie oczy. Ciekawe kto ma taaaakie pomysły?! Niezdarnie,  bo jednak jeszcze w lekkiej konsternacji, wygrzebuję się z zaspy, przecieram twarz, rozmazując tusz (pewnie wyglądam jak Panda.Odwracam się i widzę uchachaną, zadziorną twarz prezesa… No tak, teraz już wiem, że Mariusz zdecydowanie nie jest starszym, poważnym, przynudnawym Panem… I pewnie dłuuugo nie będzie… Co to to nie. 
Resztę drogi do samego parkingu idziemy śpiewając góralskie i żeglarskie piosenki, śmiejąc się i rozmawiając… 
Przez kolejne dwa dni miałam zakwasy na policzkach od tego naszego uśmiechu. Aż żal, że tak szybko wszystko się skończyło… 
CHOCIAŻ NIE! 
Jednak nie wszystko… Wycieczka okazała się być początkiem czegoś wyjątkowego w moim życiu…
Wyjazd dał nowych pozytywnie zakręconych znajomych, dał mi wiarę w ludzi, w dobre serducha, dał przyjaźń jednej z Asiek, dał mi miłość do wypraw w góry zimą. 
Teraz wiem, że trzeba szukać sposobu a nie przyczyny…
Że warto spróbować czegoś, czego nawet nie jesteśmy pewni… 
Do zobaczyska na szlaku 🙂
 
Ewa
Kategorie
Trekking

Trekking po Ameryce Południowej – listopad 2016 r.

Nazywam się Aśka Romek i będę Waszym nawigatorem po projekcie trekkingowym po Argentynie. Odkąd sięgam pamięcią podróże i zwiedzanie wszystkiego, co nieznane leżało w mojej naturze. Dużą część wolnego czasu poświęcam na żeglowanie i oglądanie miejsc, gdzie mnie jeszcze nie było. Wraz z moim mężem, Rafałem, staramy się uprawiać aktywną turystykę, stronimy od wszelkich „last minutów”, wygórowanych hoteli, wszelkiego lansu i przepychu. Przy dużym zaangażowaniu planujemy nasze wypady tak, by poznać nowe miejsca od strony kultury, kuchni oraz szczególnie przyrody. Lubimy alternatywne trasy off- roadowe, tułaczkę po bezdrożach i survival w dziczy. Interesuje nas każda możliwość przemieszczania się pomiędzy dwoma miejscami – żeglarstwo morskie i lądowe, trekking, wycieczki motocyklowe i rowerowe a nawet jazda wierzchem.
Stąd właśnie wziął się pomysł na wyprawę – pierwsze i na pewno nie ostatnie w życiu tego typu przedsięwzięcie. Dzięki fantastycznemu projektowi 4 KONTYNENTY, który otworzył nam wszystkim oczy i przekonał, że CHCIEĆ TO MÓC oraz własnemu zamiłowaniu do przygody powstał wstępny plan podróży. Naszym nadrzędnym celem jest dotrzeć ze stolicy Argentyny – Buenos Aires do tytułowego i owianego legendą Końca Świata (Fin Del Mundo), czyli Ushuai – najdalej wysuniętego miasta Ziemi Ognistej. Do pokonania czekających nas setek mil chcemy wykorzystać jak najwięcej różnych opcji transportu – samolot, pociąg, autobus, samochód, motocykl, jacht, prom, oczywiście własne nogi oraz zwierzęta przewidziane do jazdy wierzchem – konie i osły. Chcemy poznać tamtejszą kulturę, ludzi, kuchnię oraz zwiedzić parki narodowe wraz z ich fascynującą florą i fauną. Nie zastanawiaj się więc – niczym pionierzy i dawni odkrywcy dotrzyj tam z nami – na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Jesteś już zdecydowany? – świetnie – poniżej przedstawiam wstępny zarys wyprawy eksploracyjnej po nieznanym kontynencie. Masz jeszcze wątpliwości? – daj się przekonać czytając, jakie możliwości przed Tobą i co też może Cię czekać.
Naszą wielką przygodę zaczniemy w październiku w Buenos Aires (1)- stolicy tanga i wołowiny argentyńskiej. Po zwiedzaniu miasta i okolic oraz przejażdżkach konnych po ranczach czeka nas przeprawa do Mendozy (3), położonej w północno – zachodniej części kraju, będącej jednocześnie jedną ze światowych stolic wina. To ponad 1000 km drogi lądowej do popisu. Północna część Argentyny posiada kilka połączeń kolejowych, możemy wybrać ją jako sposób transportu. Po drodze, ciekawym przystankiem stanie się sanktuarium Difunty Correi (2), świeckiej „świętej” męczennicy, przy której kapliczce zostawimy drobne dary na wszelką pomyślność. Kolejny przystanek to osławiony „Dach Ameryk”, jeden z siedmiu najwyższych szczytów naszego globu, Aconcagua (4). Nie jesteśmy alpinistami, poza tym wejście na szczyt zajęłoby nam zbyt wiele czasu – planujemy dotrzeć do stacji campingowej, skąd można podziwiać wspaniałe widoki. Jednym z pomysłów do opracowania jest przejście przez granicę z Chile i zawitanie do Santiago (5), miasta osławionego w wielu pieśniach żeglarskich, a stamtąd przebyć choć kawałek jednej z najpiękniejszych tras motocyklowych po Chile. Punktem, którego nie można pominąć jest trekking i jazda na osłach w pobliże charakterystycznie podwójnego szczytu Fiz Roy (6). Jak w przypadku Aconcagua – przyznajemy się bez bicia, że nie mamy umiejętności, aby uderzyć na szczyt, zadowolimy się więc buszowaniem po okolicach. Nie ma Argentyny bez Perito Moreno (7) – najsłynniejszego lodowca, którego powierzchnię można eksplorować podczas trekkingu z wynajętym przewodnikiem. Tereny środkowej Patagonii obfitują w parki krajobrazowe, planujemy większy wypad po wybranych z nich, zgodnie z ustalonymi pętlami pieszymi. To doskonała możliwość, aby spełnić się jako traper – z plecakiem i całym ekwipunkiem, przemierzając dzikie ostępy, będziemy walczyć ze swoimi słabościami. Tutaj dotrzemy do celu naszej podróży- Końca Świata (8), miejsca którego widokiem cieszyć oko mogło niewielu. Zobaczymy tu kolonie Pingwinów Magellana, fok, słoni i lwów morskich. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zaokrętujemy się na jacht S/Y 4 KONTYNENTY i popłyniemy do stolicy Falklandów – Stanley (9). Ostatnim zaplanowanym przeze mnie punktem jest półwysep Puerto Piramides (10). Położony w środkowej Argentynie, na wschodnim wybrzeżu jest punktem wypadowym dla morskich wycieczek na tereny wielorybów. Te ogromne ssaki przebywają tam od sierpnia do grudnia, będziemy mieć więc niebywałe szczęście i możliwość podziwiania ich w ich naturalnym środowisku.
Na taką eskapadę należy się odpowiednio zabezpieczyć, trzeba załatwić wszelkie formalności (paszporty, szczepienia, ubezpieczenia, bilety lotnicze) oraz dobrze zaplanować trasę. Jedziemy na drugi koniec świata – każdy dzień zwłoki na miejscu, spowodowany niedokładnym przygotowaniem jest dla nas niepowetowaną stratą. Należy jednocześnie zaopatrzyć się w rozsądny sprzęt outdoorowy – mamy w założeniu dużo biwakowania, więc dobry i lekki namiot stanie się niezastąpiony. Cała podróż wymagać będzie 4 do 6 tygodni, jest to więc również ważna kwestia pod względem planowania urlopu. Poza tym – co tu dużo mówić – pomoc w organizacji będzie dla mnie nieoceniona, szczególnie iż na co dzień jestem osobą zapracowaną i nie zawsze mam czas na organizację wszystkich swoich zamierzeń.
To tylko kilka zdań, które mogą przekonać Cię o słuszności stwierdzenia, że CHCIEĆ TO MÓC. Serdecznie zapraszam do uczestnictwa w tym niecodziennym wydarzeniu, jakim jest podróż do Fin del Mundo. W kupie siła, razem stwórzmy coś wspaniałego i dajmy się ponieść naszym marzeniom. Już dziś rusz z nami na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Zapraszam do udziału

Joanna Romek

joanna@4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Dla duszy, dla ciała. 4 Kontynenty atakują kolejne szczyty

Coś dla duszy… a co? Spokój, zabawa, przyjaźń, integracja, widoooookiiii, piękne widoki ukochanych Tatr!!!

Dla ciała… hmm? No bo przecież ruch to zdrowie, nasze ciało kocha gdy je rozpieszczamy zdrowo się ruszając i dając mu porządną dawkę energii, gdy dotleniamy nasze płuca napełniając je świeżym, górskim powietrzem… ehhh długo by tak można….

Wreszcie spadł śnieg a w Tatrach bajecznie, biało ale i bardziej niebezpiecznie, z tego ostatniego względu proponuję trekking po cudnie ośnieżonych Czerwonych Wierchach. W zależności od prognoz dokładną trasę ustalę bliżej terminu wyjazdu. Co wiadomo?… Jak zwykle chcemy by kazdy miał możliwość wejścia na szczyt(y) więc trasy nie będą zbyt trudne, oczywiste jest, że jak zawsze silniejsi pomagają słabszym i wspieramy się wzajemnie.

Wiemy już też co zabieramy ze sobą na górskie, zimowe wędrówki:

-Ciepłe, nieprzemakalne buty, ubrania, plecak

-śpiwór, termos, raki, czekan, czołówka, mapa, kompas etc

Wyjazd w piątek po pracy, powrót w niedzielę

Plan mieliśmy „napięty aczkolwiek nie sztywny” :P. (To takie moje i Krzyśka hasło) …

A tak poważnie… nie da się założyć planu idąc zimą w Tatry, nie znając całej ekipy, nie wiedząc jaka mają kondycję i jakie umiejętności oraz oczywiście nie wiedząc jaka nas czeka pogoda bo jak wiadomo w górach zmienia się ona jak w kalejdoskopie. Wiedzieliśmy jedno, że jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli to w sobotę wejdziemy na Starorobociański Wierch (2176m) a w niedzielę chcieliśmy wejść na Czerwone Wierchy. Plan jednak nie wypalił (a raczej nie był sztywny 😀 ). W sobotę na Starorobociańskim był dość silny halny, podmuchy w porywach nawet do 90km/h, wiedzieliśmy ze to niestety przyniesie nam gorszą pogodę kolejnego dnia. Niedziela przywitała nas już spokojna ale deszczowa, plany zostały zmieniony bardzo szybko. W sumie w Tatrach jeszcze nie eksplorowałam jaskiń! Jaskinie? Przecież ja ich nie lubię, boję się, mam klaustrofobię! Hmm, w zasadzie kiedyś pokonałam lęk przed  windą to i może pokonam lęk ciasnych przestrzeni? Udało się! było cudownie, z dużymi plecakami w malutkich, ciasnych i niskich przejściach Jaskini Mylnej było fantastycznie ale i dosyć ciężko. W trudniejszych momentach kiedy już my (dziewczyny) miałyśmy serdecznie dość, postanowiłyśmy śpiewać… kołysankę 😀 Tak, dobrze napisałam, kołysankę, to nam pomagało i wyciszało EMOCJE 😛

Plan miałyśmy jeden, „zatłuc” tego, który tę jaskinię wymyślił…

Hmm, Bartek, Maciek? W zasadzie koniec końcem ktoś doszedł do wniosku, że przecież tam był jakiś organizator, kurde a w zasadzie organizatorka, ooo shit chyba chodziło o mnie ? 😀 Tak czy siak  obyło się bez morderstw a wycieczkę uznano, za wyjątkową atrakcję, też dobrze bo wtedy już bym tu nic naskrobać nie mogła 🙂

Cudowny weekend, wspaniali, nieeee to za mało – fantastyczni ludzie!

Fantastyczna atmosfera, fantastyczne góry i fantastyczna jaskinia! Yyyy i ja to powiedziałam? 🙂

Taaaak, tak właśnie było! Ogromnie dziękuję tym, co byli i tym którzy nam kibicowali, kolejny raz potwierdzam że kocham góry i kocham moje „Owieczki”

Aneta