Kategorie
Żeglarstwo

Mała flota wielkich ludzi – rejs w Grecji

Rejs Sylwestrowo – Noworoczny Grecja 2016 / 2017 
Najlepszy rejs na jakim byłam, pełen ciekawych doświadczeń – pływanie w sztormie i najbardziej zgrana załoga SY Milos z Kapitanem Mariuszem. Parę słów o tym jak było na rejsie.


Ateny przywitały nas śniegiem i silnym wiatrem. Chociaż każdy myślał że będzie ok 15 stopni na plusie. Spędziliśmy tam dodatkową noc, którą przeznaczyliśmy na integrację z innymi załogami oraz robienie tostów na jachcie o 6:40 rano.

Następnego dnia o godzinie 11.50 wychodzimy z portu. Zaraz za główkami portu czekał na Nas jacht SY Rinia z kapitanem Zbyszek Marek. Rozpoczęły się regaty sylwestrowe na trasie Ateny – Milos. 
Po mniej więcej 14 godzinach, gdzie większość czasu płynęliśmy w sztormie, co prawda baksztagiem, wiec większość załogi zniosła to dobrze. Uciekająca załoga SY Rinia została wyminięta 20 mil przed metą na Milos. Niczym motorówka na żaglach docieramy do mety na Milos. Port przywitał nas wietrznie, wiatr sprawił nam trochę problemów przy cumowaniu, sprawna załoga stanęła na wysokości zadania. Jak to w Grecji okazało się że nie będzie prądu ani wody.Nad ranem dotarły kolejne załogi. Po porannych oględzinach przestawiamy się na keję bliżej miasta gdzie mamy prąd i wodę. Jachty stoją majestatycznie jeden obok drugiego pod salingiem flaga 4 Kontynenty.

Czas przygotować się na przywitanie Nowego Roku. Na wszystkich jachtach ruch, nasze załogantki wrzucają na siebie makijaż i w drogę do tawerny. Lidka wita wszystkich gości, załoga po załodze zajmuje stoły i chodź jeszcze nie było oficjalnego rozpoczęcia sylwestra już jest gwarno i wesoło. Z każdą minutą zapominamy o trudach rejsu na Milos wokół panuje żeglarski klimat, pozytywnie nastawieni ludzie, jest wesoło, nowe znajomości….. 🙂 Wszystkie załogi bawiły się świetnie do białego rana, co niektórzy poszli nawet prosto do piekarni. Ranek na Milos przywitał nas słonecznie, do jachtów zapukał Arek Stefaniak przekazując prezenty od burmistrza Milos.Grecy bardzo docenili nasze przybycie i hart ducha, dla nich byliśmy wielkimi żeglarzami, którzy przybyli by z nimi spędzić Nowy Rok. Mieli ku temu podstawy gdyż morze pokazało swoje oblicze.

Odpoczywamy i ruszamy dalej Mykonos. 8.00 SY Rinia, SY Milos oddają cumy.Mykonos to kolejny port na naszej mapie, podążamy leniwie na żaglach w promieniach słońca. Na deku SY Milos rozbrzmiały gorące rytmy, załoga ładowała akumulatory, zachód słońca rozbudził marzenia. Widoki niczym widokówki na długo zapisały się w naszej pamięci. Na Mykonos docieramy wieczorem, w porcie cisza, rybackie łodzie, zimujące jachty i my. Stajemy znowu jeden za drugim, robiąc miejsce dla kolejnych jachtów które podążają z IOS.

Niespodzianka na Mykonos. Nad rankiem do naszej lewej burty dostawił się jacht SY Mykonos. Nasz Kapitan i tak wszystkich obudził krzycząc jaka to piękna pogoda i jak jest ciepło. Faktycznie to był najcieplejszy dzień rejsu. Grecy patrzyli na nasze załogi ze zdziwieniem. My krótkie spodenki, t-sherty oni zimowe kurtki. Tego samego dnia ruszamy na Paros

W drodze do Paros mieliśmy bardzo łagodne warunki pozwalające na żeglugę pod pełnymi żaglami.Pogoda nam wciąż dopisywała ale najważniejsze że mieliśmy siebie. Załogi, które wspólnie spędzały czas pływały razem we flocie, atmosfera podążającego flow. Chyba już w tym miejscu mogę powiedzieć iż załoga SY Milos wyróżniała się na tle innych załóg. Panujący klimat naszego jachtu udzielił się innym. Nasz jacht tętnił życiem od rana do rana. Niesamowite przeżycie.

Pogoda to czynnik któremu należy się poddać Wypływamy z Paros wiedząc że zmieni się pogoda, trasę tego etapu byliśmy zmuszeni skrócić. Kapitan śledząc zmieniające się warunki meteo podjął decyzję o szybkiej zmianie kursu i skróceniu trasy na Kythnos.Zrzucamy żagle odpalamy disla i kierunek port Kythnos. Fala systematycznie się rozbudowywała, wiatr przybierał na sile do portu około 20 mil które zrobiły się długie. I tak powoli mila po mili posuwaliśmy się do przodu. Im bliżej brzegu tym fala mniejsza ale wiatr nie słabł. Dostajemy komunikat, że w porcie jest silny wiatr dopychający i mało miejsca na manewry. Na kei już czekały na nas inne załogi. W ciemnościach widać latarki i ludzi, parkujemy za SY FERRY. Wiatr dopchał nas do kei dość gwałtownie. Odbijacze zapracowały cumy poszły stoimy. Schroniliśmy się przed niekorzystnym meteo. I tak tą noc spędzamy w miarę spokojnie. Najgorsze jednak przed nami. W nocy miał przyjść jeszcze silniejszy wiatr. W dzień przygotowaliśmy dodatkowe cumy, lepszy rozłożenie odbijaczy. Można powiedzieć, że przygotowaliśmy się do nadejścia wichury. Właściciel tawerny jak usłyszał ile jachtów tu przypłynie troszkę się przeraził. Nie był przygotowany na naszą skromną wizytę. Spadł deszcz, zabrzmiały gromy z nieba, na jachtach pozostały wachty portowe, każdy kapitan z okna tawerny rozglądał się za swoim jachtem będąc w kontakcie telefonicznym. Za oknem pogoda nie rozpieszczała, za to w tawernie był gorący klimat. Uprzejmi Grecy dostarczyli nam gitarę rozbrzmiały polskie szanty i melodie oraz kolędy. Polski dzień w greckiej tawernie na Kythnos sprawił, że na wyspie zabrakło prowiantu i napoi. Stajemy przed trudnym wyborem, ze względu na dość dynamicznie rozwijającą się prognozę meteo wykorzystujemy okienko pogodowe ruszamy do Aten. Za cyplem na Kythnos dostajemy mocną boczną falę, powiewy wiatru wskazują że nie będzie łatwo. Są chwile kiedy zapada spokój ale to złudne zjawisko. Za naszą rufą rozbudowuje się silny front, który niósł 10 B. Po między wyspami dopadają nas szkwały do 45 knt. Załoga dzielnie znosi ostani etap naszego rejsu. Przed samym portem mamy obawy czy uda się nam stanąć przy kei przy tak dużych porywach. Wspólnie z kapitanem SY Mykonos Maciej Kurowski ustalamy wariant awaryjny. Podmuchy coraz bardziej dają w burtę za nami błyskawice. Jak bardzo szybko zmienia się pogoda na morzu, mogliśmy się sami przekonać.Zapada decyzja SY Milos wchodzi jako pierwszy sprawdzić sytuację w porcie. Następuje wielkie zaskoczenie, port okazuje się cichą przystanią, na ukf leci komunikat na Sy Mykonos. Port nam dał schronienie i znowu jachty stały obok siebie. Czekamy w porcie na SY Rinia, która walczyła dzielnie na morzu. Kiedy my już spokojnie odpoczywamy czekamy na załogę SY Rinia, która dotarła do nas o drugiej w nocy. W końcu można znów się cieszyć wspólnym towarzystwem. W sobotę robiliśmy obiad na 2 załogi na naszym jachcie, później tradycyjnie i tak wszyscy siedzieli u nas i zabawa była do rana. Mogę każdemu śmiało polecić pływanie z Fundacją 4 Kontynenty. Doświadczeni Kapitanowie od których można się wiele nauczyć. Do tego pływanie w miłym towarzystwie. Po pierwszym rejsie z nimi każdy złapie bakcyla do żeglarstwa. 

Galeria foto z rejsu klik 

Video z rejsu klik 

Joanna Basiak 

Kategorie
Trekking

4 Kontynenty opanowują Terinkę. Integracja i szkolenie – 14-15.01.2017 r.

Obiecałam, słowa dotrzymuję!
Tym razem nieco inaczej niż zwykle, naszym celem jest dojście do Terinki i INTEGRACJA 🙂
Lubimy wszystkie wspólne wyjazdy i zawsze świetnie się bawimy, więc i teraz będzie FANTASTYCZNIE!
Kto chodzi po Tatrach od strony słowackiej, ten wie że Słowacy zamykaja swoje szlaki na okres zimowy i mozna sie tam poruszać tylko w drodze do wysokości schronisk i z powrotem.
Jeśli warunki śniegowe nam pozwolą to wraz z Krzyśkiem przeprowadzimy szkolenie na którym będziemy uczyć Was poprawnego hamowania czekanem podczas niespodziewanych upadków (poślizgu) .
Sprzęt górski (raki, czekan) OBOWIĄZKOWO!
Czołówki, kijki trekkingowe, plecak, termos, ciepłe, nieprzewiewne i nieprzemakalne ubrania etc.
Droga do schroniska wiedzie szlakiem bezpiecznym ale my jako miłośnicy turystyki górskiej zimowej nie mozemy sobie pozwolić na brak sprzętu, proszę dopasować raki do butów
– paskowe, koszykowe – kazdy rodzaj butów górskich,
– półautomaty i automaty -TYLKO I WYŁĄCZNIE na buty do takich raków przystosowane (buty z „rowkiem”)
Schronisko Téryego (słow. Téryho chata, Térynka– schronisko górskie położone w słowackiej części Tatr Wysokich, na granicy Doliny Małej Zimnej Wody (Malá Studená dolina) i Doliny Pięciu Stawów Spiskich (kotlina Piatich Spišských plies).
Chata leży na wysokości 2015 m n.p.m. i jest najwyżej położonym schroniskiem w Tatrach czynnym przez cały rok; wyżej położone jest tylko Schronisko pod Wagą, ale jest ono otwarte tylko w sezonie letnim. Terinka, bo tak potocznie nazywa się schronisko, dysponuje 24 miejscami noclegowymi w trzech salach wieloosobowych.
***Rezerwację mamy na 15 osób***
– Koszt:- 21€ za nocleg
(w Terince płacimy tylko walutą euro więc proszę o przelewy
na moje konto w kwocie 100zł – taki jest obecny kurs euro, w tym 5zł na Fundację 4Kontynenty) Ja kupię Euro w kantorze inetrnetowym po najlepszym kursie jaki się da i zapłacę za noclegi w schronisku)
Musicie również być przygotowani na gotówkę w walucie euro by np kupić sobie coś do zjedzenia na miejscu – KARTY NIE DZIAŁAJĄ!
Nr konta: Aneta Matula
96 1140 2004 0000 3002 0070 7155
Tytuł przelewu: Terinka
Pomóż nam w rozwoju Fundacji 4 Kontynenty wpłacając 5 zł na konto Fundacji!
Tytułem wsparcie
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
***UWAGA***
Tylko 15 pierwszych osób, które zrobi przelew jedzie z nami w Tatry, po tych wpłatach lista zostanie zamknięta a przelewy opóźnione zostaną zwrócone!

NA PRZELEWY CZEKAM DO 15 GRUDNIA, POTEM ZGŁASZAM ILOŚĆ OSÓB JAKA WPŁACIŁA I TAKA ILOŚĆ JEDZIE ( max 15)

Wyjazd sobota 14 stycznia 2017 o 6.00 rano Katowice

Kategorie
Trekking

Sylwester z grupą 4 Kontynenty w Bieszczadach – 30.12.2016 – 02.01.2017 r.

Grupa 4 Kontynenty nieprzerwanie się rozwija! W związku z tym, że poznaliśmy już tylu ciekawych i fajntastycznych ludzi, jakiś czas temu nasunęło mi się pytanie „Dlaczego nie spędzić wspólnie Sylwestra”? W związku z tym pragnę serdecznie zaprosić Was na cudowną kilku dniową zabawę.

Gdzie: Bieszczady, Wetlina, Schronisko PTTK Wetlina.
Kiedy: przyjazd w piątek 30.12.2016 r., wyjazd poniedziałek 02.01.2017 r.
Ilość osób: 30.
Zakwaterowanie: budynek główny, pokoje 5-osobowe.
Wyżywienie: śniadanie oraz obiadokolacja.
Dodatkowo: Impreza Sylwestrowa z wyżywieniem
Cena: MEGA atrakcyjna 300 zł/ os za cały pakiet

Pozostałe kwestie organizacyjne omawiane są na FB. szukam/oferuję transport 😉

Moi drodzy! Więcej przedstawiać nie muszę. Większość Bieszczady zna, i ma świadomość, jakie piękne mogą być one w zimie. Decydujcie sami i zabierajmy się do roboty 😉

Podaję moje dodatkowe dane kontaktowe:
tel 501 520 319
email: joanna@4kontynenty.pl

Kategorie
Żeglarstwo

Stary Port pomieścił 4 Kontynenty koncert Z dala od Zgiełku

W grudniowy, piątkowy wieczór zgrany zespól Fundacji 4 Kontynenty zebrał się w Krakowskiej Tawernie- Starym Porcie, który jest jednym z naszych ulubionych żeglarskich miejsc w końcu to jaskinia żeglarstwa. Celem naszego spotkania był koncert zaprzyjaźnionego zespołu Z Dala od Zgiełku. Od osiemnastej do dwudziestej czas spędziliśmy na wspólnych rozmowach i żartach. Punkt dwudziesta rozpoczął się koncert. Na początku jeszcze z pewną nieśmiałością ludzie z lekka kołysali się siedząc na ławeczkach, ale żeglarskie, wesołe dźwięki dosyć szybko co poniektórych podniosły z miejsc siedzących i zaczęło się hulanie. Jedni tańczyli na ławkach, inni przed sceną śpiewając z zespołem znane żeglarskie szlagiery. Tak bawiliśmy się cztery godziny czyli przez trzy kolejne sety i siedem bisów. Około północy, po zakończeniu koncertu, popstrykaliśmy kilka pamiątkowych fotek, pożegnaliśmy się z zespołem, po czym cześć z nas rozjechała się do domów, a cześć poszła na Krakowski Rynek na karaoke. Niestety szanto-wanie w Starym Porcie tak mocno nas wykończyło, że nikt już nie był w stanie śpiewać i zakończyliśmy spotkanie o trzeciej w nocy. Koncertowanie uważamy za bardzo udane i z pewnością jeszcze wiele takich spotkań przed nami na które Was zapraszamy.

Ewa Marczyk ( Ewka Marchewka )

Kategorie
Blog

Witamy na Końcu Świata.

Już od samego początku, wjeżdżając do miasta, przekonaliśmy się, że nie jest to mała nadmorska mieścina wepchana pomiędzy ośnieżone szczyty. To spore miasto z własnym przemysłem oraz miejsce przeładunkowe dla transportu morskiego. Miasto, z racji jego odosobnienia praktycznie samowystarczalne.      
Na przystanku rozstajemy się z naszymi kompanami – Anią i Andresem. Ich plan obejmuje pozostanie to w hostelu na 2 dni, a następnie w ekspresowym tempie 10 dni – dotarcie drogą lądową do Buenos Aires. My z kolei chcemy spędzić czas na kampingu oraz odwiedzić słynny Park Narodowy Końca Świata. 
Pobyt zaczynamy bardzo owocnie – przez przypadek udaje nam się złapać stopa i przemili starsi państwo decydują się podrzucić nas na kamping. Jeździmy, po drodze zwiedzamy liczne małe dzielnice na skraju miasta. Wkrótce okazuje się, że kampingu żadnego nie ma. Nasi państwo, którzy ogromnie przejęli się naszą sytuacją  (a główne tym, że jesteśmy z tak daleka), wiozą nas od hostelu do hostelu. Zabawa trwa prawie godzinę – nigdzie nie ma miejsca. Pamiętajcie, i dobrze sobie zapiszcie – obecnie w Ushuai nie ma żadnego kampingu, za wyjątkiem Parku Narodowego, sporo oddalonego od miasta. Wylewnie dziękujemy naszym wybawcom za pomoc (Kali dziękować) i zostajemy w pierwszym wolnym hostelu. A jest on dosyć… nietypowy. Wszyscy goście to Żydzi, a oglądając zdjęcia pamiątkowe i podziękowania za gościnę na ścianach, chyba było tak od zawsze. We wspólnej sali panuje bardzo przyjazna atmosfera i przyjemnie razem spędzamy czas gotując. 

W następny dzień, w ramach oszczędności decydujemy się na ok. 15 km przechadzkę w pełnym obciążeniu i pełnym deszczu. Należy zwrócić Waszą uwagę na koszt transportu. Jest tutaj tak drogi, że za przejechanie łącznie w dwie strony ok. 30 km dla 4 osób można w Polsce kupić używane, ale na chodzie Cinquecento i do tego zatankowane po korek.
W parku narodowym można kampingować w wybranych miejscach. Nasz pierwszy nocleg wypada na osłoniętym od wiatru terenie nieopodal… prawdziwego końca świata. Niewiele jest takich miejsc, jak ta zatoka z widokiem na Kanał Beagla, wyspy i fiordy Tierra del Fuego. I przy tym wszystkim jedna mała budka pocztowa z blachodachówki. Wybranej osobie, która z racji wieku nie czyta naszego bloga wysyłamy pocztówkę z Końca Świata. A na sam koniec dnia lecimy w tempie ekspresowym po ścieżce edukacyjnej zaznajamiającej nas z pampą. Las jest niezwykły, magiczny. Zastanawiasz się, czy zaraz nie wpadnie na ciebie jakiś elf rodem z Tolkiena. Prześwity zachodzącego słońca oraz porośnięte mchem konary tworzą nierealny obraz a w mojej głowie króluje myśl, żeby tylko dotrzeć do namiotu przed całkowitym mrokiem. Kolejny dzień również spędzamy chodząc szlakami po samym wybrzeżu i po dżungli leśnej. 
Następna ważna informacja o parku. Pomimo przekonywania nas przez strażników parku, tak na prawdę nie ma tu nic. Sanitariaty, sklepy, gastronomia – wszystko to zieje pustkami, zamknięte.
Dla Parku Końca Świata mówimy zdecydowanie tak. Królująca nad całym parkiem Góra Guanako oraz Drzewo Matka czuwają i zapraszają 

do zwiedzenia okolicy.
Pozostałe nam niecałe dwa dni spędzamy poznając okolice Ushuai. Zatrzymujemy się na jedynej plaży, oddalonej ok. 10 km od miasta, ale za to z pięknym na nie widokiem. Poruszamy się stopem, ponieważ mieszkańcy widząc turystów, chętne na zabierają. Jedyne, czego chcą w zamian to krótkiej rozmowy o zamorskim świecie, o jakże oddalonej Europie. Próbujemy również odwiedzić górujący nad miastem lodowiec Glaciar Martial, jednak koszmarna pogoda mocząca nas po czubek nosa karze nam zawrócić. 

Drobne Ciekawostki Cieszą. 

– Jak powiedział nam kierowca busa, pogoda, której właśnie jesteśmy świadkami to najlepsza pogoda roku. Max. 15 st., pada tylko jakieś 50% czasu, na zmianę z wiatrem, który potrafi urwać głowę. Prawdziwa wiosenna przyjemność. 
– Argentyńczycy z innych regionów już tu nie przyjeżdżają. Bez względu na to, z którym lokalsem rozmawiamy, wszyscy zgodnie twierdzą, że jest tu za drogo. Znacznie.
– Jedną z najbardziej niesamowitych roślin, które spotkaliśmy był grzyb pasożytniczy o wdzięcznej nazwie chleb indyjski. Grzyb pasożytuje na drzewach a wyglądem przypomina małe mandarynki. Jest go pełno.
– Tierra del Fuego była pierwotnie zamieszkana przez plemię Yaghan (od 10 tys. lat). Pomimo wszechobecnego zimna ludzie ci nie nosili ubrań, a dla ochrony smarowali skórę tłuszczem zwierzęcym. Spali w pozycji kucającej, aby zachować ciepło w nocy. Podobno sama nazwa Tierra del Fuego wzięła się od mnóstwa ognisk, które ujrzeli przypływający europejczycy. Ciekawe, ponieważ prawie wszyscy sądzą, że nazwa pochodzi od spalonej, jałowej ziemi. A sama ona jest bardziej urodzajna i zielona niż w Patagonii. Niestety plemię Yaghan zostało zdziesiątkowane przez zderzenie z cywilizacją a ostatnia indianka czystej krwi zmarła kilka lat temu.
– Światło dnia jest tutaj obecne niezwykle długo. W Polsce mamy obecne około 10 godzin słońca, podczas gdy tutaj ponad 19.
– Pociąg Końca Świata to atrakcja również umierająca. Kolejka jedzie 3 km po widokowych punktach parku. Dla nas temat do ominięcia ze względu na ogromny koszt. Poza tym, że w cenie dostajesz kanapkę z lampką wina, to jazda trwa tak krótko że chyba nawet nie zdążysz jej skonsumować.

– Po przejechaniu Argentyny wzdłuż nasuwa się jedna myśl. Argentyńczycy (podobnie zresztą jak Chilijczycy) mogą mieszkać w rozpadających się budach- garażach z blachodachówki, ale na podwórku koniecznie musi znaleźć się grill (najczęściej z zardzewiałej beczki przeciętej w pół) oraz samochód typu pickup, którego wartość przekracza wszelkie pozostałe sprzęty razem wzięte wraz z całym domem i działką, na której stoi. To prawdziwi fani motoryzacji.

– W parku Końca Świata ma też koniec droga narodowa nr 3. Ponoć biegnie ona aż z Alaski i tutaj kończy się na 17 tys. kilometrze. Sporo…

W ostatni wieczór wybieramy się spróbować krabów krolewskich. Jak dla mnie trochę szalone. Pozwalają Ci trzymać jeszcze żywego kraba prosto z akwarium a po 15 minutach masz go na stole. Może bestialskie ale… fenomenalne. Rękami i nogami polecamy restaurację El Viejo Marino. Na stoliki trzeba czekać, wszystkie restauracje w mieście puste, a tutaj prawdziwe oblężenie. Sam właściciel rybak nakrywa do stołu i zaprasza gości. Będąc tu nie możecie ominąć.

Ostatnia porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:

– Do Parku Narodowego Końca Świata zabierzcie ze sobą tabletki do uzdatniania wody. Wszystkie rzeki i jeziora uzbrojone są w tabliczki z zakazem picia wody. My jednak poradziliśmy sobie dzięki zakupionym w Polsce tabletkom, które za cenę 50gr za sztukę uzdatniają 1 litr jezioranki.

Zakończenie. 

Podróż była cudowna. Argentyna ciągnie się przez tak wiele kilometrów i dzięki temu jest tak różnorodna. Wspaniała. Czas do domu. Ale nie ma tego złego. Podróże kształcą, wiec wracamy nieco bardziej mądrzy o wiedzę o świecie. 
Przed nami daleka podróż z wieloma przesiadkami i problemami. Podróż do domu. Dziękujemy wszystkim, którzy byli z nami i śledzili nasze poczynania. Jeśli możecie, dajcie znać, czy blog Wam się podobał i co byście zmienili. Wasza opinia jest dla mnie ważna przy kolejnych projektach. Wszystkim dziękujemy i do zobaczenia w kraju.

Kategorie
Blog

Tuż przed metą, czyli ostatnie dni w Chile.

Prosto z naszego poprzedniego przystanku przenosimy się do Punta Arenas. Miasto jest znacznie większe, niż poprzednie, zabudowa (nie licząc hoteli) sięga nawet drugiego piętra. Nasza 4 – osobowa ekipa spędzi tu dwie noce. Hostel, który wytargował nam nasz kolumbijczyk jest niezwykle domowy i na prawdę czujemy tutaj egzotykę Chile.
W sobotę, pierwszy dzień pobytu, zapewniamy sobie wycieczkę do pobliskiej kolonii pingwinów. Wyspa Magdaleny jest jedną z największych (ponad 60 tys.) kolonii tych ptaków. Atrakcją jest dość kosztowna, jednak warta swej ceny. 
Chce wrócić tu do samych korzeni tej wyprawy. Często podczas czasu oczekiwania na wyjazd, byłam pytana, gdzie jadę i dlaczego tam. Moja odpowiedź, już wyuczona, pozostawała niezmienna : „jadę do Patagonii, na Koniec Świata, żeby głaskać pingwiny”. Tak więc, w pamiętną sobotę 03 grudnia udało mi się spełnić jedno z założeń i… pogłaskać pingwina (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało). W sumie to nawet dwa razy. Dla żadnych szczegółów:
1. To dosyć niebezpieczna igraszka, ponieważ ptaki bronią swoich siedzib i bywają agresywne. 
2. Dla mniej żadnych przygód można stwierdzić, że pingwin jest w dotyku podobny do kury, wiec nie musicie jechać na Koniec Świata, wystarczy przeciętna polska wieś.
Poza tym wycieczka jest wręcz nieziemska. Wyspę Magdaleny nie zamieszkują już ludzie (ostatni odeszli ok. 100 lasy temu), a spacer wokół zajmuje mniej niż godzinę. To dla mnie jedno z takich miejsc, jak Christianso, gdzie można uciec przed całym światem i cywilizacją. Różnica polega oczywiście na zapachu towarzyszącym takiej ilości ptactwa.

Wyspę można też porównać do pola golfowego, gdzie zamiast wszechobecnych piłeczek są pingwiny. 
W niedzielę mamy duże szczęście, ponieważ w Punta Arenas odbywa się święto. Niestety, pomimo moich chęci, nie jestem w stanie dowiedzieć się, co oprócz zwykłej niedzieli świętowane. Najpierw czekała na defilada wojsk, łącznie z marynarką wojenną, a później piękne tańce ludowe. Mężczyźni ubrani w krótkie ponczo, kapelusze z dużym rondem oraz podzwaniające wszędzie ostrogi. Kobiety z kolei noszą sukienki praktycznie wyjęte z epoki american dream, czyli USA lat 50 – tych. Wszyscy wyglądają niezwykle odświętnie i jesteśmy pod wielkim wrażeniem, jak tu, w Ameryce Południowej obchodzone są święta. To nie Koło Gospodyń Wiejskich, które jako jedyne, raz bądź da razy do roku pieką ciasta na piknik kościelny. Tutaj, we fieście biorą udział wszyscy – wojskowi, strażacy, wolontariusze, stowarzyszenia i zespół tańca i śpiewu. Młodzi i starzy. A cieszą się wszyscy. Bo jest czym – kolejną rodzinną niedzielą.
Drobne ciekawostki cieszą: 
– Będąc w Punta Arenas w niedziele, konieczne odwiedźcie małe restauracje znajdujące się na piętrze nad miejskim rybnym targiem. To miejsce oblegane przez lokalsów, ponieważ jedzenie jest tu na prawdę świeże i pyszne. Można pośmiać się z nas, ponieważ wykazaliśmy się (nie pierwszy raz) brakiem znajomości potraw tu serwowanych. Zamówiliśmy zupę, żeby na główne danie dostać kolejną zupę, tylko tym razem z frytkami obok. A na deser nie mogliśmy sobie odmówić przystawki, czyli tradycyjnej smażonej empanady (pieroga) z serem żółtym i krewetkami.

Śmisliśmy się z siebie do wtóru z kelnerami, jednak w przyjaznej atmosferze. 
– Jeżeli macie wolny dzień, możecie przyjemnie spędzić go na plaży. Nie jest ona co prawda największa i najładniejsza, jednak ludzie ochoczo z niej korzystają. Woda drugiego oceanu okazała się dla nas za zimna, jednak wodowanie stóp zaliczone.

Na szczęście Andresowi udaje się kupić nam wszystkim bilety do Ushuai. Jest to niezwykle trudne, ponieważ sezon ruszył i wszystkie bilety zarezerwowane były z dużym wyprzedzeniem. W poniedziałek rano wsiadamy do autobusu. Po drodze przepływamy promem Ciśnienię Magellana w najwęższym miejscu i wreszcie – znajdujemy się na Terra del Fuego, Ziemi Ognistej. To właśnie tutaj gna nas od prawie miesiąca. Koniec Świata jest przed nami na wyciągnięcie ręki.

Dobre Rady Wujka Rafała :
– Będąc w Punta Arenas musicie zahaczyć o strefę bezcłową. Można tu kupić od gumy do życia, po motorynkę. Może nawet żonę. A wszystko to bez akcyzy. My jednak kupiliśmy swoje ulubione kleszcze, czyli palone ziarna kukurydzy, które tutaj osiągają zatrważające rozmiary.
– Płynąć na Wyspę Magdaleny prawdopodobnie zamustrujecie na łódkę „Melinka”. Nazwa nie zobowiązuje, wszystkie dania i napoje zabierzcie ze sobą. Jeśli chcecie morskiej przygody i beczki rumu pod pokładem, zaopatrzcie się w strefie bezcłowej.
– W  naszym hostelu mieli ręczniki, nie ma jak w domu.  Hurra!

Kategorie
Blog

Torres del Paine, czyli jak Polak potrafi.

Jeżeli zamierzacie odwiedzić park Torres del Paine, musicie od razu zdecydować się na konkretny termin oraz wybrać jedną z dwóch tras. Krótsza z nich, to przejście ok. 50 km i zaliczenie kilku najważniejszych punktów w górach, zajmuje ok 5 dni. Dłuższa, to ok. 100 km wokół całego parku, zajmuje 10 dni. Dla naszej czwórki została jedynie specjalna trasa, czyli dwa dni noclegu na jedynym dostępnym kempingu z wolnymi miejscami. Nie marudząc wzięliśmy, co było nam dane. 
Tu warto się zatrzymać, aby opowiedzieć trochę o nowościach, jakie stały się naszą codziennością. Po pierwsze Chile. Państwo bardzo różni się od sąsiadującej Argentyny. Jest dużo biedniejsze, a co za tym idzie, dużo tańsze. Na granicy należy deklarować każdą posiadaną żywność. Moja dobra rada – róbcie to. Zaznaczajcie na formularzu,że przewozicie jedzenie. Nas jedynie zapytali, co dokładnie mamy (zakazane bezwzględnie są owoce i warzywa) i nie było żadnych problemów. Co by się stało, gdybyśmy się nie przyznali, nie mam pojęcia, jednak podpisując dokument na granicy, dostajesz informację o karach za brak deklaracji. 
Nasze pierwsze miasto w Chile to Puerto Natales. Jest niesamowite – małe, z niską zabudową w różnych kolorach. A budują tu ze wszystkiego. Elewacje z płyt osb to luksus. Biedniejsze domy z blachodachówki, resztek drewna i czegoś w rodzaju sidingu. Typowe miasteczko portowe ze świeżymi owocami morza. Nasi obecni towarzysze to Polka i Kolumbijczyk. Są w podróży od ponad dwóch miesięcy, zaczynając z Kolumbii, przez Peru, Chile i Argentynę. Dzięki Andresowi i jego znajomości hiszpańskiego jest nam dużo łatwiej. W miasteczku znajdujemy kamping (a właściwie miejsce, gdzie możemy się rozbić w czymś ogródku). Z samego rana wyruszamy do Torres del Paine. Po 2,5 godzinach jazdy autobusem i prawie godzinnym wypełnianiu dokumentów wjazdowych i szkoleniu, jak zachowywać się w parku, możemy wreszcie rozbić namioty. Ponieważ pogoda dopisuje, od razu decydujemy się ruszyć w kierunku najsłynniejszej atrakcji – samego trójgłowego Torre del Paine. Po drodze składamy dzięki za fakt, że nie jesteśmy w pełni obciążeni a większość rzeczy została na kampingu. Z początku lekka i przyjemna trasa, co chwilę przecinana ciekami wodnymi, staje się coraz bardziej stroma i wymagająca. Ale… od czego ma się kompanów podróży. Pamiętacie, jak w Buenos Aires, u Edda poznaliśmy jego kolegę, Francuza? Długo śmialiśmy się wtedy ze stereotypów dotyczących krajów, szczególnie kiedy wspomniany Francuz wyciągnął z plecaka worek pełen sera i ochoczo nas częstował. Historia lubi zataczać kręgi, znowu przyszło nam się zmierzyć z kolejnym stereotypem. Co mógł mieć ze sobą Andres, nasz poznany Kolumbijczyk? Oczywiście, woreczek pełny liści koki, którymi również zostaliśmy poczęstowani. To zwykłe liście, które mieszane w ustach ze śliną, w dużej mierze przyczyniły się do odzyskania przez nas sił. W takich ilościach i formie  (naturalnej), nie mają one żadnych właściwości halucynogennych, a w Ameryce Południowej są całkowicie legalne.
Widok na Torre del Paine mówi nam, że dobrze wybraliśmy kolejny cel naszej podróży. Cała droga zajęła nam ok 10 godzin, wiec po szybkim posiłku wszyscy zapadamy w zasłużony sen. Z rana budzi nas pierwszy poważny deszcz. Typa patagońska pogoda daje się we znaki i decydujemy się odpuścić planowaną 14 godzinną marszrutę na poczet wegetacji w 

namiocie. Jeśli chcecie znać nasze zdanie w tym temacie – do chilijskiego parku narodowego warto przyjechać, aby zobaczyć Torre del Paine. I głównie to. W ogólnym zestawieniu, jeśli musicie dokonać wyboru, zdecydowanie bardziej plecami park Los Glaciares w Argentynie. Po najzimniejszej jak dotąd nocy, następny dzień to piesza podróż do autobusu i ponownie nasze zapomniane przez świat Puerto Natales. 

Drobne ciekawostki cieszą:
 
– Parki narodowe odwiedzanych przez nas państw są na prawdę pełne zwierzyny wszelkiej maści. Aż roi się tu od łownych ptaków, które szybując nisko nad tobą, wydają dźwięki podobne do odrzutowca.

– Wszędobylskie guanako niestety nie 

nadaje się do głaskania. Dobrze pozuje do zdjęć, jednak zbliżyć się do niego można maksymalnie na 2 m. Później ucieka. 

– Kolejny raz mieliśmy niebywałe szczęście z pogodą. Widzieliśmy Torre del Paine w pełni okazałości, z jego wodospadami z topniejącego lodowca. Widok był dosłownie oślepiający, ponieważ naga skała polewana wodą odbijała każdy najmniejszy promyk słońca. 
                                                                 

 – W Puerto Natales w sklepie z artykułami domowymi, obok piły spalinowej możesz kupić siodło, ostrogi i bicz na konia. No cóż… nigdy nie wiadomo, co może się przydać w domu.

Kolejny przystanek to chilijskie miasto Punta Arenas. Nieubłaganie przypomina nam to o celu i jednocześnie końcu naszej podróży – Ushuaii, czyli Końcu Świata. Jak tam dotrzemy i co wydarzy się po drodze – wszystko pokaże czas. A więc brnijmy dalej, skoro raz zaczęliśmy.

Na koniec, tradycyjnie, kolejna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała.

– Chcąc przyjechać do Torres del Paine musicie zaopatrzyć się w dobry namiot. Nie wystarczy weekendowy namiot z Biedronki. Musi być odporny na wiatr o prędkości ok 100 km/h i wysokiej wodoszczelności, ponieważ ulewy mogą trwać po kilkanaście godzin. Nasz namiot, na szczęście jak do tej pory się sprawdza. Tych kilka w pobliżu nie przeszło próby i złożyło się jak domki z kart. 
– Dla oszczędności i przyjemności zabrać ze sobą niewielką kuchenkę turystyczną. Obiad dla 1 osoby waha się między 70 a 120 zł. Gotowanie na wietrze to prawdziwa atrakcją. Pamiętajcie, że używanie kuchenek dozwolone jest w ściśle określonych miejscach. 
– Po raz kolejny uwaga na opaleniznę. Tablice ostrzegają o niebezpieczeństwie. W skali 1 do 11, promieniowanie jest na poziomie 9, wiec po raz kolejny – dbajcie o siebie i używajcie kremów. 
– Kolejny podkoszulek wylądował w śmietniku. A za nim ten służący jako ręcznik (muszę nauczyć się otrzepywać po kąpieli jak pies). Dobra rada mówi – nie przeładowujcie się rzeczami, bo plecak będzie ciążył niemiłosiernie. Codziennie można coś przeprać i od razu wysuszyć podczas wieczornych wichur.

Kategorie
Blog

Przyspieszamy kroku- El Calafate, El Chalten i Perito Moreno, czyli park Los Glaciares

Po wyjątkowo komfortowej podróży dotarliśmy do Rio Gallegos i stamtąd do El Calafate. Miejsce bardzo turystyczne, baza wypadowa do El Chalten.
Podczas niekończących się podróży oglądamy zmieniający się krajobraz. Jak dotrzecie do Patagonii, sami się przekonacie, że wszystko wygląda tu inaczej. Jest prawie pustynnie, z niewielkimi suchymi krzaczkami pojawiającymi się to tu, to tam. W tle majaczą Andy. Po niekończących się równinach snują się setki lamowatych guanako i strusiowatych nandu. Kości tych, którym nie dane było ujrzeć jutra bieleją w palącym słońcu. 
W El Calafate spędzamy jedynie 2h (wrócimy tu za 2 dni) i przesiadamy się do El Chalten.
Towarzystwo również się zmienia – miejsce bogatych turystów (głównie Niemców) z walizkami na kółkach zajmują bardziej bądź mniej zamożni trekkingowcy. Jedni wynajmują hotele i przechadzają się podziwiając widoki, drudzy rozbijają się po kampingach, sami gotują i niewiele korzystają z „dobrodziejstw” samego El Chalten.
Od razu po wyjściu z autobusu uderza nas piorunujący widok – małe miasteczko z głównie drewnianymi zabudowaniami u podnóża ogromnego królewskiego Fitz Roya wraz z otaczającym go orszakiem mniejszych szczytów i schodzących do jezior lodowców. Jeżeli nie wyobrażacie sobie, jak wygląda kolor mleczno – błękitny, musicie choć raz tu być. Rozległe jeziora i pieniące się wściekle rzeki, wszystkie pochodzenia lodowcowego, mają tu właśnie taką barwę. Wszystko, co płynie, nadaje się do picia, a woda nabrana do butelki, pomimo że ujarzmiona, nadal zachowuje swój niezwykły odcień mlecznego błękitu. Jest diabelnie zimna i niebiańsko pyszna.

Na dwa przewidziane tu noclegi wybieramy kwitnący wiosną niewielki kamping. I juz pierwszego dnia wiemy, że popełniliśmy błąd. Słuchając rad i czytając informacji o parku narodowym Los Glaciares zaplanowaliśmy, że spędzimy tu 1 pełny dzień. Będziemy trekkingować po parku, aż dotrzemy do obranych przez nas punktów widokowych. Nie popełnijcie tego błędu co my – park Los Glaciares jest tak urokliwy, że poświęcenie mu tylko tyle czasu to obraza majestatu. 
Aby obejrzeć wszystkie 3 najważniejsze punkty (Laguna Torre, Laguna de los Tres, Paso del Cuadrado) warto tu być na 3 noce. Najlepiej z własnym namiotem i wszelkimi precjozjami outdoorowymi wyjść do parku i nocować na wyznaczonych darmowych miejscach biwakowych.

Dzięki temu w czasie 3 dni będziecie mieli okazję podziwiać Fitz Roya z bardzo bliska i do woli raczyć się wodą z lodowca (za którą, swoją drogą, bogacze płacą krocie).
Widząc nasz błąd organizacyjny zdecydowaliśmy, że w nasz jedyny pełny dzień pozbędziemy się wszystkich nagromadzonych sił i zobaczymy wszystko. Kto wie, czy kiedykolwiek będzie nam dane być tu jeszcze raz – trzeba się napatrzeć. 
Wyprawę, na szczęście mało obciążeni,  zaczynamy przed 0800. Nasz pierwszy cel – Laguna de los Tres, czyli same podróże Fitz Roya wraz z błękitnym jeziorem. Punkt osiągamy po 1200 – ostatni kilometr prawie czołgamy się na czworakach w korytarzach między głazami. Widok na końcu rekompensuje wszystkie niewygody. Po chwili wypoczynku w słońcu rozpoczyna się pogoda patagońska. Masz wrażenie, że chce strącić cię do jednej z licznych przepaści. Schodzimy ta samą drogą i jesteśmy już porządnie wyczerpani. Na nasz drugi punkt – Laguna Torre docieramy pod wieczór, po drodze mijając dzikie kampingi. Ostatnie kilomery do celu pokonujemy znowu praktycznie się czołgając, tym razem jednak z powodu warunków pogodowych. Wiatr wieje z taką siłą, że miota tobą na wszelkie strony a na dodatek rozpoczyna się kąsający deszcz. Powtórnie jednak, pomimo anomalii pogodowych, przekonujemy się, że warto. Gigantyczny lodowiec schodzi do dołu, a jego jęzor kończy się jeziorem pełnym lodowych odlamków. Tu możemy próbować wody lodowcowej w wersji instant,  czyli jeszcze przed rozmrożeniem, w formie stałej (co też ochoczo wykonujemy).
To był trudny dzień – ponad 30 km po różnych przewyższeniach (max 400 m w górę na odległości 1 km) i 13 godzin trekkingu w szybkim tempie, aby zdarzyć. 
Pisząc ten tekst mam przed sobą niezwykły widok. Musze cały czas przerywać, żeby obserwować. Na wprost mnie, jakieś 200m jeden z największych lodowców świata – Perito Moreno. Cały czas musze zerkać w jego stronę, gdyż nigdy nie wiadomo, kiedy kolejna bryła oderwana od całości z hukiem runie w dół, do wody. Perito Moreno trzeszczy, wybucha i jęczy cały czas, jednak widowiskowe skoki brył do wody zdarzają się rzadziej. I zwykle, odwieczną zasadą złośliwości, zawsze wtedy, gdy odwrócisz wzrok. W momencie, gdy Rafał po godzinnym wpatrywaniu się w lodowiec odkładał aparat do plecaka, z Perito Moreno ospadł „kawałek” wielkości 11 – piętrowego budynku i spektakularnie 

rozbił się o taflę wody. Fakt uwieczniony jedynie w naszych głowach. 

Dobre ciekawodtki cieszą:
 
– Nie będę przytłaczać Was, drodzy czytelnicy, liczbami dotyczącymi lodowca Perito Moreno. Dla mnie najciwkawszym jest fakt, że lodowiec ten jest chyba jedynym na świecie, który ma złość globalnemu ociepleniu rośnie – ok 0,5 m na rok. 

– Wschodnia część Argentyny, z miastem Bariloche na czele, to miejsce tłumnie odwiedzane przez Niemców. Podobno samo Bariloche wygląda w niektórych miejscach, jak wypisz wymaluj miasto naszych zachodnich sąsiadów.                                      

– Kolejna ciekawostka o politycznych korzeniach. Niedaleko wschodniego wybrzeża Argentyny, prawie na samym południu kontynentu leżą Falklandy (Malwiny), które należą do Wielkiej Brytanii. Cała Argentyna jest bardzo niezadowolona z tego faktu, dlatego też szczególnie tu, w Patagonii i na Ziemi Ognistej nie lubi się Brytyjczyków. Byliśmy świadkami, jak w Rio Gallegos, na dworcu autobusowym policja zarządała od starszych państwa paszportów. Okazało się, że to Anglicy, którzy do tego jeszcze nie znają ana słowa po hiszpańsku. Starszy pan, dosyć obraźliwym gestem machał portfelem przed twarzą policjanta, krzycząc „I will pay you” („mogę ci zapłacić”). Policja zawinęła ich do samochodu i odjechali. Wielkiego problemu z tego nie było, ponieważ po pół godzinie zostali odstawieni na poprzednie miejsce, jednak przez całe zajście pewnie musieli najeść się trochę strachu.

– W Patagonii widzimy przeważającą liczne jednego gatunku katłowarego drzewa. Jego cechą charakterystyczną są niezwykle małe liście (w pełni wyrośnięte, nie młode). Jego drobny rozmiar pozwala drzewu przetrwać dzalejące tu wiatry, gdyż zmniejsza powierzchnię, która jest barierą dla wiatru. 

– Krzyż Południa. Nareszcie widzimy go w pełni, i udaje nam się w miarę zdjęcie. To najważniejszy gwiazdozbiót nieba półkuli południowej. Tak istotny, że widnieje na flagach wielu państw (na zdjęciu Australia).

– Po drodze do Laguna Torres mijamy dwa jeziora o niesamowitym zielonym kolorze. Woda okazuje się płytka a swój kolor zawdzięcza małym roślinom porastającym żwirowe dno.

Po ostatnich przeżyciach następnym naszym celem będzie przekroczenie granicy i postawienie stopy w Chile. Mamy drobne problemy techniczne, gdyż założona przez nas marszruta może ulec zmianie, jednak i z tym musimy sobie poradzić. Czas zostawić juz Perito Moreno i zagłębić się w jeszcze dzikszą Patagonię.

No koniec tradycyjna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:

– Ze względu na szalejące tu podmuchy, postaraj się zabezpieczyć mld rzeczy oraz ręczniki do suszenia przed porwaniem przez wiatr. Od dziś, po kąpieli wycierać się będę podkoszulkiem.       

– Jeśli jesteś w restauracji,  w której podają grilowaną baraninę, zamów porcję dla jednej osoby na każdą dwójkę. Porcja spokojnie wystarcza. Chyba że idziesz na obiad z pumą, wtedy jedzenia jest akurat. My we dwójkę nie daliśmy rady, reszta zostawiona na jutro.

Kategorie
Blog

„Znów na wieloryby, wyruszysz jak ja”

Kolejny przystanek na drodze. Puerto Madryn. Miasto od setek lat żyjące dzięki obecności wielorybów. Jednak jakże bardzo zmieniło się podejście do tych legendarnych ssaków. 
Do 19 wieku polowano tu na wszelkie morskie stworzenia- wieloryby, lwy i słonie morskie oraz foki. Ze wszystkiego wytapiano tłuszcz, służący potem jako paliwo. Ze względu na to Puerto Madryn było jednym głównych portów przeładunkowych tamtych czasów. 
Co teraz? Zakaz połowu i ochrona ssaków morskich spowodowały… ogromny rozrost turystyki. Puerto Madryn to brama do mekki turystyki oceanicznej- oddalonego ok. 100 km miasteczka Puerto Piramides. To ścisły park narodowy.

Aby w pełni cieszyć się wszystkimi atrakcjami, warto wykupić całodniową wycieczkę. Impreza dosyć droga, jednak za cenę ok. 120 USD za osobę otrzymacie:
– przejazd wycieczkowym busem tam i z powrotem, 
– pomocne informacje od kierownika wycieczki (mówiącego po hiszpańsku, francusku i angielsku),
– ok.  2 godzinny rejs motorówką, podczas którego „wieloryby jedzą ci z ręki”,
– wycieczkę dookoła całego półwyspu, podczas której odwiedza się kolonię pingwinów, lwów i słoni morskich oraz fok, 
– atrakcje niezapowiedziane w formie nandu, guanako, kapibaro- podobnych, pancerników, wszelkiego ptactwa, jaszczurek, czarnych wdów i skorpionów.

Czy warto, zapytacie? Wycieczka jest wygodna i turystyczna. Nie licząc wielorybów i nieplanowanych atrakcji, znajdujemy się w dość dużym oddaleniu od zwierząt. Wszyscy patrzą nam na ręce, żeby czegoś przypadkiem nie dokarmić i nie pogłaskać. Jednak, pomimo tych dla nas oczywistych wad, nie ma tu innej możliwości zażycia dzikiej przyrody i poznania cudów natury. Dlatego wycieczce do Puerto Piramides mówimy zdecydowanie TAK. 
Nie sposób opisywać tu naszego zadowolenia ze spotkania wszystkich zwierząt, dlatego robić tego nie będziemy. Zdjęcia poniżej, w delikatnym stopniu mogą pokazać to, co dane nam było ujrzeć. Jednak, jeżeli kiedykolwiek rozważaliście poznanie takiej przyrody i macie ku temu środki- nie wahajcie się i przybywajcie tłumnie do Puerto Piramides.

Nasze dwa noclegi wpadły na bardzo przyjemnym kampingu za miastem. To stała tendencja- jeżeli jako nocleg wybierasz kamping, do centrum masz bardzo daleko. Pomimo tego, ok. 4 km spacer wzdłuż wybrzeża można spokojnie zaliczyć do przyjemności. 

Drobne ciekawostki cieszą:

– Pancernik ze zdjęcia to ponoć tamtejsza gwiazda. Pozwala się fotografować z bardzo bliska i pomimo znaku zakazu („Nie karmić pancerników! „) zawsze trafi mu się coś dobrego.     

– Pod koniec tutejszego lata (ok. marca) do Puerto Piramides przybywają orki. Można wtedy podziwiać ich spektakularne polowanie na pozostałe ssaki morskie.

– Wieloryby przypływają do zatoki w lipcu, gdzie rodzą młode. Okres naszego tu pobytu to ostatni dzwonek, aby podziwiać rodziny matki z dziećmi. W okolicach grudnia każdy szanujący się wieloryb migruje w stronę Antarktydy.

– Cel „głaskanie pingwinów” tym razem nie został osiągnięty. Juan, nasz przewodnik, pozostał nieugięty i śledził każdy nasz ruch. Pingwin (pomimo że w odległości na wyciągnięcie ręki) leżący bezpośrednio pod znakiem „Nie głaskać pingwinów!” stanowi dość kontrowersyjny cel.

Zadowoleni z kolejnych owocnych przeżyć mkniemy okazjonalnie tanim i luksusowym autobusem ku kolejnej przygodzie. Porzucamy wschodnie wybrzeże i ruszamy ku zachodniemu. Lodowce czekają na nas już od wieków, najwyższy czas odpowiedzieć na ich wołanie.

Aby tradycji stało się zadość, na koniec kolejna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała, które z całą pewnością pozwolą Wam odnaleźć się w trudnych sytuacjach:

– W każdego typu lokalu zamawiaj butelkowe piwo o pojemności 1 litra. Będziesz miał podwójną przyjemność: z dzielenia piwa z towarzyszem oraz z ciężaru peso pozostałych w twojej kieszeni. 

– Na wszelkie zaczepki typów spod ciemnej gwiazdy (prawdopodobnie chcących od ciebie pieniędzy) odpowiadaj „no espanol, only english”. Sprawdza się praktycznie zawsze, ponieważ niewiele osób mówi tu po angielsku. Jedyny raz zasada nie sprawdziła się w Buenos Aires, gdy lokalny menel zaskoczył nas poprawną angielszczyzną na wysokim poziomie.

– Argentyna, którą widzimy, nie zna pojęcia konkurencji. Po odwiedzeniu większości biur, oferujących wycieczki wielorybnicze, stwierdzamy że ceny nie różnią się ani o 1 peso. W momencie zmiany lub końca sezonu można próbować prosić o rabat. W przypadku autobusu zyskaliśmy 150 zł zniżki, a wycieczki 200 zł. 
– Argentyna składa się w dużej mierze z imigrantów pochodzenia hiszpańskiego i włoskiego. Mężczyźni w szczególności, jak nakazuje kultura latynoska, niezwykle dbają o swój wygląd. Prawdopodobnie przez używanie dezodorantów oraz lakierów do włosów stworzyli dziurę ozonowa :). Słońce, nawet przy średniej temperaturze piecze tu na skwarki, a życie staje się pasmem cierpienia (szczególnie przy 20 kg plecaku na spalonych ramionach). Europejczycy- smarujcie się tu kremem bez opamiętania! W moim przypadku piekło, piecze i będzie piekło. Flaga polski na udach delikatnie traci na kontraście.

– Nie bójcie się zamawiać owoców morza. Są tu na prawdę świeże. W Puerto Piramides jedliśmy najlepsze w życiu krewetki. Dla odważnych można wybrać mieszankę owoców morza, wyglądającą na talerzu jak obcy z kosmosu. Skład to niespodzianka zależna od lokalizacji. Brawa dla Argentyńczyków za termos na butelkowane piwo wykonany ze styropianu.

Kategorie
Blog

Ratamatata, czy to Koniec Świata? Nie – to Mar del Plata.

Pan Stanisław i Pani Eduarda to małżeństwo polonijne mieszkające tu od ponad 50 lat. Zgotowali nam wręcz królewskie przyjęcie, pokazując swoje okolice przez 3 dni. 

Obydwoje są patriotami: tworzą zgromadzenia Polonii Argentyńskiej, interesują się historią i aktualnościami naszego kraju. Obydwoje wyjechali z kraju jako dzieci.                            
Mar del Plata żyje głównie z turystyki i rybołówstwa. Poza sezonem większość nadmorskich apartamentów stoi pusta. Prócz kosztownych siedzib na czas wakacyjny, dla lepszego sampoczucia  (bądź też z innych bliżej mi niezrozumiałych  powodów) w dobrym tonie jest wynająć jedna z tysięcy budek na plaży (zdjęcie poniżej). 

W pierwszym dniu pobytu pojechaliśmy do portu oraz na nabrzeże. Wspaniała okazja, aby oglądać kolonię lwów morskich. Zwierzaki wylegiwały się na lądzie, pozwalając się oglądać z pewnej odległości. To naprawdę duży kawałek ssaka. Pomimo moich chęci do głaskania wszelkich zwierzaków- temu wolałabym się nie narażać. 
Gdy tu będziecie, nie możecie ominąć najważniejszego w mieście punktu kulinarnego. W bliskiej okolicy portu każda większa firma rybacka ma swoją restaurację. Podawane w niej specjały pływały sobie jeszcze w najlepsze w oceanie tego samego dnia. Zdecydowanie jedliśmy tu najlepsze owoce morza w swoim życiu. Pomimo, iż wołowina argentyńska jest chyba najlepszym mięsem na świecie, to przy popołudniowych frutti di mare popijanych białym winem z lodem, w wyśmienitym towarzystwie naszych gospodarzy… wołowina wypada odrobinę słabiej.
Pan Stanisław wraz z żoną od 38 lat są właścicielami kampingu oddalonej o około 100 km od Mar del Platy. Znajduje się on w jednej z kilku ekskluzywnych kurortów nadmorskich, gdzie urlop spędza duża część  Argentyny. Nasi gospodarze na czas sezonu wakacyjnego (od grudnia do marca) uciekają z Mar del Platy, aby prowadzić swój kamping. Jest to dla nas zrozumiałe- w tym czasie w Mar del Plata z 750 tys mieszkańców robi się nagle 4 miliony. 
Argentyna, jak się powoli przekonujemy to dość niebezpieczny kraj. Mieszkańcy mają swoje sposoby, aby unikać zagrożeń. Wszyscy właściciele domów jednorodzinnych po godzinie 20 opuszczają rolety antywłamaniowe, włączają alarmy i monitoring. W domu robi się ciemno i czujesz się jak w schronie przeciwatomowym. Telewizja to również koncert skrajności. Wiadomości są przytłaczające i przerażające. Na zmianę morderstwa, strajki i korupcja w polityce. Jak już się człowiek nasłucha tych wieści, jako rozrywkę oferują zawiłe telenowele z „doskonałą” grą aktorską. I jeszcze na poprawę humoru (seriale są również dosyć dołujące) niezwykle modny show, czyli taniec w kieliszkach wody. Główny performer, Flavio to pomieszanie mężczyzny z „Drag Queen” rodem z Las Vegas. Na zewnątrz zło i występek, ale ludzie ze swoich bunkrów kibicują Flavio… Show must go on.

Pierwsza kąpel w Oceanie Atlantyckim. Woda raczej zimna (18st.), diabelnie słona, z ogromnymi falami. Zawsze pamiętajcie o zabezpieczeniu swoich rzeczy na czas kąpieli. Kradzieże są tu na porządku dziennym.          

Z cyklu Drobne Ciekawości Cieszą :
– Dwie najpopularniejsze marki yerba mate Amanda i Rosamote to firmy założone przez przybyłych tu ok. 19 wieku Polaka i Ukraińca     
– Również związane z przybyszami- skąd tu tyle owczarków niemieckich, hmm?            
– W drodze na kemping Pana Stanisława widzimy ogromne połacie terenów przeznaczonych pod hodowle krów, koni oraz nandu (rodzaj strusi). Ciekawostka, która cieszy (przynajmniej mnie)  to fakt, że ptaki te zawsze pozostawiają jedno jajo poza gniazdem. Gdy pozostałe młode się wyklują, wspomniane jajo zostaje rozbite, a muchy i inne robactwo, które przychodzi do suto zastawionego zgnilizną koryta, staje się tym samym żywą karmą dla młodych nandu.
– Ostatnia Dobra Rada Wujka Rafała dotycząca dawania napiwków nabiera dużego znaczenia, im bardziej zagłębiamy się w ten ciekawy kraj. Przekonaliśmy się o tym po raz kolejny, jeszcze w Buenos na dworcu autobusowym. Do autobusu podchodzi facet spoza obsługi, zabiera twój bagaż i wrzuca do luku. Po czym odwraca się do Ciebie i czeka. Czeka dłużej, a po braku reakcji krzyczy „Pagar! Pagar!” (Płacić! Płacić!). „Porque?” (Dlaczego?). Niedoszlifowany hiszpański nie pozwala zrozumieć odpowiedzi. Robi się delikatny młyn i dwójką młodych za nami tłumaczy w prostych słowach, że trzeba dać napiwek… bo trzeba. To samo w przypadku nieoficjalnego parkingowego, który pomaga w lokalizacji miejsca, zatrzymuje dla Ciebie ruch i chroni przed mandatem za parkowanie. Takich profesji jest pewnie znacznie więcej, jednak jak na razie poznaliśmy tylko te. 

Po porządnym odpoczynku, jaki zafundowali nam nasi polonijni gospodarze przyszło nam porzucić komfort. Udajemy się w 15 godzinną podróż do Puerto Madryn. Od tej pory pozostajemy juz bez opieki hostów i innych pomocnych nam ludzi. Mam nadzieję, że nabraliśmy już na tyle śmiałości i choć trochę poznaliśmy tutejsze zwyczaje, żeby poradzić sobie w dalszej drodze. Do dzieła! 

Na koniec, tradycyjna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:       
 – Zawsze wciągaj brzuch do zdjęć na plaży.           
– Kiedy jesteś na plaży w słoneczny i gorący dzień, chociaż raz, raz jeden jedyny spróbuj zabrać ze sobą i użyć kremu do opalania. Styl opalenizny „na raka” albo „flaga Polska” nadal pozostanie pase w tym sezonie