Kategorie
Żeglarstwo

Rejs 4 Kontynenty na trasie Gdańsk – Kopenhaga – Goteborg – Oslo – Skagen

Przygotowany przez ostatnie 2-3 miesiące rejs na trasie Amsterdam – Fryzja – Jutlandia – Norwegia – Skagen (wszystko zapięte na ostatni guzik)  jak domek z kart rozbiła w jednej chwili poważna awaria silnika na Bystrzu. Zamieszanie, kilkadziesiąt telefonów i szybkie decyzję na kilkanaście godzin przed wyjazdem. Płyniemy z Gdańska do Skagen odwiedzając po drodze najwięcej ile się da: Danię, Szwecję, Norwegię. Załoga w składzie: Kamil, Bartek, Gosia, Weronika, Paweł, Kamila, Ania i Ania – potwierdziła. Mimo zmiany trasy, jachtu – płyniemy !!!

Tak więc poranek niedzielny 28 sierpnia po całonocnej podróży zastał nas w marinie Górki Zachodnie, gdzie czekała już  Xela, która dzień wcześniej z ekipą z 4K wróciła ze Szwecji. Szybkie powitania, znajome twarze, zaprowiantowanie, przygotowanie jachtu do wyjścia – bo czas nas goni. Dziś w nocy ma przyjść sztorm, który jeśli szybko nie ruszymy – przytrzyma nas na kilka dni.  Prognoza na najbliższy czas niekorzystna – wiatry zachodnie – a więc „w mordę”, ale to jak się później okaże standard tego etapu. Oddajemy cumy i ruszamy, w planie: dojść do Władysławowa.

Po kilku godzinach lądujemy w przyjaznym Władku, który z racji ostrzeżeń przed sztormem staje się portem schronienia. Poniedziałek upływa więc pod znakiem integracji, sabotażysty, nalewek Weroniki,  zapoznania z sobą i jachtem, ostatnich zakupów. Meteo na najbliższe dni wciąż bezlitosne: 6-7 W, stan morza 4-5. Wybór dogodnej trasy, jakby nie kombinować ostra halsówka i wychodzi, że żeby dojść do Sundu musimy w poprzek przepłynąć Bałtyk 7 razy ;-). Ale cóż – może coś odkręci, może uda się pójść ostrzej …

Tak więc we wtorek 30 sierpnia o godzinie 10 żegnamy gościnną marinę we Władysławowie i ruszamy w morze. Warunki ciężkie, kładziemy się lewym bajdewindem na w pełni zrefowanych żaglach i  walcząc z kilkumetrową falą idziemy NNW. Kto z załogi nie zdążył wyjść na pokład już mu się to nie udało … Neptun zebrał żniwo niemal od wszystkich, na pokładzie pracujące cały dzień 2-3 osoby. Oj rzucało nami ostro i po 6 godzinach zrobiliśmy zwrot przez sztag kierując się w stronę Łeby. Decyzja co dalej podjęta będzie w nocy. Kilka usterek, pęknięte szekle, mocowania sztagu oraz bardzo zły stan większości załogi, dla której był to pierwszy poważny „chrzest morski” sprawiły, że zdecydowałem się na kilkugodzinny postój w Łebie. Cumujemy po 1 w nocy. Wreszcie odpoczynek i czas na konieczne naprawy. Te kilka godzin pozwoliły przywrócić do życia wszystkich …

Środa 31 sierpnia, żeby nie tracić zbędnego czasu po 9 ruszamy w morze. Wiatr już trochę słabszy, morze spokojniejsze, jednak kierunek dalej niekorzystny. No i jak tu twierdzić, że gentelmani nie pływają pod wiatr? Jednak, przy wcześniejszych dniach, już wszystko wygląda łagodniej. Wachty normalnie pracują, udaje się ugotować obiad, przepiękny zachód słońca, Kamil nawet wyciągnął gitarę. Kiedy słońce gaśnie w morzu nad nami rozpościera się malowniczy pejzaż gwiazd, którym wyścielone jest całe niebo … Ech, jest pięknie.

Noc upływa na trawersowaniu Bornholmu od północy. Ze względu na prowadzone na wschód od wyspy manewry statków NATO – dość szerokim łukiem.  Nasłuchiwanie komunikatów z radio Witowo, ale cóż tu słuchać – jak i tak wiemy, że od zachodu ;-). Świt wita nas na rucie, zaczyna się czytanie światełek statków, kursów kolizyjnych, zabawa – coś się dzieje. No i powoli zaczynamy zbliżać się do wybrzeży Szwecji – za kilka godzin, halsują się mamy szansę osiągnąć wysokość Ystad. Inną opcją kurs na Kołobrzeg. Trzymając się jednak szwedzkiego wybrzeża powoli pniemy się na zachód. Po drodze jakaś burza, ale jak już utarło się powiedzenie na pokładzie: konsekwentnie, cały czas naprzód.  Tak mija czwartek, pierwszy dzień września.

Piątek, 2 września – niektórzy z nas powinni właśnie witać się ze szkołą, ale nocne godziny i z nimi upływające mozolnie mile, sprawiły, że wreszcie osiągnęliśmy Sund i idąc wzdłuż ruty wreszcie możemy zmienić kurs na N. Pierwszy raz korzystne wiatry, nabieramy szybkości i zbliżając się do wybrzeży Danii obserwujemy z daleka majestatyczny Oresund Bridge oraz farmy wiatrowe. Podejście do Kopenhagi jest niesamowite. Slalom pomiędzy promami z mnóstwem samolotów nad głową, ocierających się niemal o maszt – zrobił na nas duże wrażenie. Nasza wsparcie brzegowe (dzięki Mariusz!) wskazało nam kameralną marinę Langeline, w samym centrum Kopenhagi, tuż przy syrence. Krótkie manewry portowe, cumy na ląd i „tak stoimy”. Godzina 12 – czyli po ponad 2 dobach non stop w morzu suchy ląd. Trzeba było to uczcić toastem, no i oczywiście ciepłym prysznicem w marinie. Miejsce bardzo nam się spodobało, marina w kształcie okręgu, w którym jachty parkowały wzdłuż jego promieni, zakładając cumy rufowe na bojkę, a dziobowe na ląd. A więc Dania i jej stolica, na której zwiedzanie planowaliśmy poświęcić niecałą dobę (cóż, czas nas gonił).

Kopenhaga okazała się być ładnym miastem, pociętym jak Amsterdam licznymi kanałami. Jednakże dla osób które tak jak ja niedawno odwiedzały Sztokholm może być delikatnym rozczarowaniem. Zrobiliśmy jednak długi, do godzin późnowieczornych spacer po jej najważniejszych częściach. Klimatyczny kanał Nyhavn, zamki, katedry, główne ulice, Street Food oraz ogrody Tivoli. Tam znaleźliśmy lokalną knajpkę, która specjalizowała się w stekach. Jedzenie smaczne, ceny wygórowane, ale rozczarował nas poziom obsługi. Cóż ….

W drodze powrotnej spotkaliśmy na mieście załogę Barlovento II, która wraz z kpt. Rysiem Wyką wracała z Norwegii. Kilkanaście minut rozmowy, bardzo miłe spotkanie zakończone zaproszeniem na ich jacht, który przycumował w tej samej co my marinie. Tak więc następnego dnia rano odwiedziliśmy gościnne Barlovento, gdzie poczęstowano nas kawą i czymś do niej. Miałem również przez to okazję odszukać w każdym zakamarku jachtu wspomnienia z rejsu po wodach wschodniej Grenlandii.

Jednakże zbliżało się już południe, a przed nami trasa do Goteborgu. Trzeba było pożegnać znajomych i ruszyć dalej. Po wyjściu z portu postawiliśmy genuę i okazało się, że jej klejone warstwy puściły i żagiel nie nadaje się do dalszej żeglugi. Cóż, trzeba było zawrócić i szukać pomocy w pobliskich marinach. Pierwsza nic, druga również, sobota po południu nie jest dobrym czasem do poszukiwań kogoś, kto poskleja nam żagle. Mając w perspektywie 2-dniowy postój sami przystąpiliśmy do naprawy. Przydały się przyrządy nawigacyjne do precyzyjnego wyznaczenia miejsc dziur do ściegu i po chwili na 2 igły rozpoczęliśmy szycie. Ktoś zanucił: „Hej, me bałtyckie morze … żagle pięknie cerować” i po 2 godzinach pracy byliśmy gotowi do dalszej żeglugi. Warunki świetne, połwiatrowo-baksztagowe 4-6, co jakiś czas fala zalewająca kokpit,  Kamila przelatującą przez całą messę, jednak prawdziwa jazda, radość z pływania. W środku nocy mijamy wrota pomiędzy Helsinborgiem  a Helsingorem z mitycznym zamkiem Kronborg. Po jakimś czasie zaczyna prowadzić nas latarnia na przylądku Kullen, płynąc skrajem ruty mijamy się z licznymi statkami. Po kilku godzinach wypływamy na szerokie wody Kattegatu. Wiatr sprzyja, fala coraz większa, kurs na Goteborg, przed nami jeszcze jakieś 90 mil. Późnym popołudniem w pobliżu półwyspu Moenster znajdujemy zaciszną zatoczkę, w której łapiemy trochę odpoczynku cumując do boi, jemy obiad, a zauroczone miejscem Gosia i Ania biorą kąpiel, w odczuciu mojego zanurzonego małego palca, w lodowatej wodzie.

Wieczór  4 września – zastał nas przy wejściu do Goeteborga, udało się skrócić trasę płynąc pomiędzy szkierowymi wysepkami. Zaplanowaliśmy znowu postój w samym centrum, w marinie Lilla Bommen, a więc czekała nas prawie 2h podróż w gorę rzeki Gota. Zachwyciliśmy się tym podejściem, podświetlone zachodzącym słońcem oraz rozpalającymi się latarniami i światłami rzędy kamienic i instalacji portowych. Nad nami most Alvsborgbron, który zmusił ze względu na swój niewystarczający prześwit do postoju na redzie Dar Młodzieży w trakcie odbywającego się właśnie Nord Sea Tall Ships Regatta. O godzinie 22 przycumowaliśmy w bezpośrednim towarzystwie żaglowca Viking. I nadszedł czas na nocny spacer po Goteborgu, zakończony wizytą w jedynym otwartym pubie, gdzie udało nam się kosztować miejscowe piwa. Goteborg nocą bardzo nam się spodobał, jednak zdziwiły nas totalnie wyludnione ulice. Powrót na jacht i szybka, krótka drzemka.

Poniedziałek, 5 września– zaplanowaliśmy dalszy start na godzinę 14, a więc było kilka dobrych godzin na zwiedzanie. Rozpoczęliśmy od parady żaglowców, gdzie wśród licznie zgromadzonych jednostek wyróżniał się Fryderyk Chopin. Uzyskaliśmy zgodę kapitana na zwiedzanie, paru znajomych na pokładzie, kilka pamiątkowych zdjęć i dalej. Darmowym promem na drugą stronę rzeki i spacer głównymi ulicami w stronę palmiarni. Po drodze polowanie na magnesy z nazwą miasta. Część załogi wybrała się do marketu celem doprowiantowania, cóż – już tu musieliśmy się pogodzić, że będzie coraz drożej. Ja musiałem przeznaczyć niemal 2h na wprowadzenie karkołomnej trasy przez leżące na północy szkiery, które planowaliśmy pokonać nocą. Wyszło koło 300 waypointów. Będzie fajnie.

Wystartowaliśmy o 14. Jeszcze rundka honorowa wzdłuż wszystkich żaglowców i czas ruszać w morze. W dali, na końcu ujścia rzeki Gota zamigotał nam Dar Młodzieży. Ostry skręt w prawo, no i wpływamy w strefę szkierów. Ta trasa zostanie nam na długo w pamięci. Zaczęło się sielankowo, krajobrazem wysepek z malowniczo położonymi mieścinami, czas zaczął płynąć powoli. Trudno było się nam oprzeć temu urokowi, więc najpierw w lokalnej marinie zaparkowaliśmy na szybki obiad. Potem trasa stawała się coraz bardziej malownicza, coraz węższe przejścia, wypłycenia, wszystko to w zachodzącym słońcu wyglądało niesamowicie. Kiedy zapanował zmrok znaleźliśmy kolejny porcik na wyspie Marstrandson, z górującym nad nim zamkiem. Kolacja, szybkie zwiedzanie – no i czas ruszać dalej. Przygoda dopiero się rozpoczęła. Kilkaset skrętów pomiędzy maleńkimi wyspami, skałami, wszystko już w totalnych ciemnościach. A ponieważ ploter był na dole w messie zaczęło się precyzyjne sterowanie. „2 stopnie w prawo, kolejne 2 stopnie w prawo, trzymaj, teraz 90 stopni w lewo”. Szlak był częściowo oznaczony, jednak zdecydowana większość boi nie świeciła. Dlatego jedna osoba z latarką cały czas przeszukiwała wodę przed nami. „Widzisz ten zielony odblask? Prawą burtą. Za nim następny – czerwony.  Jego lewą i za nim ostry skręt”. Były miejsca gdzie musieliśmy się zatrzymać i bardzo powoli pokonywać ostre zakręty. Czasami latarnie sektorowe, a o tym, że ktoś nie potrafi zinterpretować kardynałek – nawet nie można było myśleć. Prawdziwa szkoła nawigacji, zaufania, precyzyjnego sterowania. I tak do 4 rano. Bardzo, bardzo męczące, przez te 8 h pełne skupienie. Ale wielka frajda, szczególnie kiedy ze świtem opuściliśmy ten slalom i już bardziej pełnym morzem skierowaliśmy się ku Oslo.

Tam na zewnątrz odebraliśmy nagrodę od Neptuna. Baksztagowa 7 poniosła jak na skrzydłach naszą dzielną Xelę. Lecąc na samej genule momentami rozwijaliśmy prędkości  prawie 12 węzłów. Tak więc szybko, pod wieczór, uciekając przed burzą weszliśmy w Oslo Fiord. Po obu stronach pojawił się ląd, a na nim malownicze norweskie domki, latarnie, przystanie. Przed dziobem pojawili się wind i kite surferzy. Okrążyli nas kilkukrotnie, a my pognaliśmy dalej. Wraz z zachodem, za kolejnym zakrętem zaczęło wyłaniać się Oslo. Położone na opadających do morza wzgórza wyglądało dostojnie. Jeszcze kilka zwrotów i wpłynęliśmy do samego centrum, w pobliżu Ratusza, Opery, przepięknie wkomponowanych w to nowoczesnych budynków. Czyli do mariny Aker Brydgge. Porwisty wiatr i fakt, że nasz jacht poprzez nietypowe umiejscowienie śruby nie lubi manewrów portowych nie specjalnie przeszkodził nam w parkowaniu. Godzina 20 – ostatnia cuma na lądzie. Co było dalej, niewiele pamiętam. Zmęczony kolejną nieprzespaną nocą, tym razem w szkierach oraz bardzo intensywnym dnie po prostu padłem. Zycie na jachcie rządzi się swoimi prawami, szczególnie na Xeli. Jedna przeciekająca kabina dziobowa, a w niej najtwardsze dziobaki: Gosia i Weronika, 2 kabiny rufowe z Anią, Kamilem, Kamilą i Bartkiem, no i oczywiście messa. Czyli z jednej strony miejsce do spania dla Ani (grzecznie ułożonej na górnej półeczce), Pawła i mnie. No i oczywiście centrum wszystkiego co się da, zaczynając od życia jachtowego, miejsca spożywania posiłków i imprez, poprzez bakisty wypełnione jedzeniem oraz składowisko sztormiaków, aparatów, mnóstwa różnego rodzaju szpejów – gdzie walka o utrzymanie porządku jest pracą niemal syzyfową. Tym bardziej gdy przez cały czas rzuca, sztorm fartuchy sprawują się średnio i często próbując przymknąć na chwilę oko kładłem się na podłodze, gdzie po za kapiącą z forluków  wodą i ryzykiem bycia rozdeptanym można było znaleźć jakiś spokojny kąt. W takich oto okolicznościach, pomimo tego, że załoga świętowała tradycyjne już „cudowne ocalenie” tuż nad moją głową usnąłem. Ktoś tam jeszcze próbował przez sen częstować mnie wędliną, ale z marnym skutkiem. Sen – przyjaciel żeglarza, kapitana …

Środa, 6 września. Oslo. Trudno porównać dotychczas odwiedzone miasta. Ale chyba Oslo wywarło na nas największe wrażenie. Już od samego rana, po dobrym śniadaniu rozpoczęliśmy zwiedzanie. To co w nocy, oświetlone światłami wyglądało pięknie – nie straciło swojego uroku za dnia. Jak ułożyć plan zwiedzania, mając niespełna jedne dzień?  Ze względu na to, że planujemy w przyszłym roku wyprawę Arktyka 2017 oraz jakiś czas później wyprawę na Antarktydę musieliśmy rozpocząć od zwiedzania muzeum wypraw polarnych i arktycznych Fram. Tam, pośrodku różnych ekspozycji stoi zachowany w całości legendarny statek Fram (Naprzód), na pokładzie którego odbyły się wyprawy do Arktyki i Antarktyki. Cóż – trzeba przyznać, że oglądając osiągnięcia norweskich polarników jest czego zazdrościć. Jednak – współczesna nam historia stawia polskich żeglarzy na czele odkrywców biegunów, a przecież wszystko jeszcze przed nami. Nie przypadkowo wśród Norwegów, Duńczyków, Szwedów zrodziło się przekonanie, że wchodzący w trudne listopadowe, grudniowe miesiące do ich marin jacht musi być z Polski.

Wracamy promikiem znowu do centrum i rozpoczynamy dalszy spacer. Magnes upolowany (hurra), klimatyczne uliczki, mnóstwo pięknych zabytków, sporo zieleni, no i ludzie. W naszym przekonaniu „wylajtowani”, spokojni, siedzących w licznych knajpkach, rozmawiający … Taki mija popołudnie i wieczór. W nocy znowu płyniemy, więc czas musimy spędzać intensywnie. W końcu znajdujemy pub, w którym piję swoje najdroższe do tej pory piwo. Norwegia jest bardzo droga …

Kiedy o północy przygotowujemy jacht do wyjścia odkrywamy poważna awarię. Nie działają światła nawigacyjne, przyrządy, ploter, siada oświetlenie. No i zaczyna się zabawa. Najpierw panel kontrolny, bezpieczniki, styki, kable. Gdy to nie daje efektu zaczynamy wędrować tropem rozchodzących się po jachcie we wszystkie strony kabli. Kiedy po dwóch godzinach intensywnej pracy i rozebraniu niemal całego jachtu znajdujemy przyczynę – nie wiem czy śmiać się czy płakać. Ktoś przez pomyłkę wyłączył ukrytą w jednej z bakist wtyczkę do ładowania akumulatorów, zamiast sąsiadującej z nią wtyczki od bojlera. No cóż – ale poznaliśmy jacht niemal od podszewki ;-). Szybkie podładowanie akumulatorów i płyniemy. Druga w nocy.

Rankiem wychodzimy z fiordu i szukamy wśród norweskich wysepek miejsca na chwilowe stanięcie na kotwicy. Obiecałem Pawłowi okazję do łowienia dorszy. Ma to być też nasze pożegnanie z Norwegią. W trakcie postoju piszemy list z podaniem miejsca, czasu, kim jesteśmy oraz z kontaktem. Obiecując sowitą nagrodę temu kto odnajdzie butelkę z umieszczonym w niej listem. List napisany, potrzebna butelka. Całe szczęście zapodział się gdzieś Capitan Morgan, nie pusty. Tak więc toasty za nasz rejs, pożegnalne z Norwegią i zalakowania butelka ląduje w morzu. Gdzie dojdzie i czy ktoś ją znajdzie – czas pokaże.

Przed nami ponad sto mil do Skagen. Na południe. To dobrze się składa, bo właśnie wiatr wieje z południa. I pogoda ma się pogarszać. Po kilku godzinach, gdzieś na środku Skagerrak’u oraz przy okazji trasy statków dopada nas gęsta mgła. Widoczność spada do minimum. Nasz jacht nie posiada ani AIS’a, ani radaru.  Wydaje się, że z każdej strony może wychylić się jakiś prom i nie będzie wiele czasu na reakcję. Dlatego podwajamy wachty i dzieli widnokrąg na sektory dla poszczególnych obserwatorów. Włączamy wszystkie możliwe światła i zaczynamy co 10-15 minut przez UKF meldować ostrzeżenie, swoją pozycję, kurs i prędkość. Nic więcej nie możemy zrobić. Jest napięcie. Po 2-3 h całe szczęście wychodzimy z mgły i widoczność się poprawia. Równocześnie rozbudowuje się fala i tężeje wiatr. Niestety od dziobu. Czeka nas ciężka noc oraz niezły rollercoaster. Pewne jest, że nikt nie ma szansy na spanie. Godzina za godziną, mozolna walka, powoli ubywające mile. Wypatrujemy przed sobą latarni na przylądku przy Skagen. Zaczyna się zabawna dyskusja, że ponoć na łączeniu mórz tworzy się gigantyczna ściana z fal, nawet wypiętrzająca się do kilku metrów. No i jak my to przejdziemy ;-). Wiatr wciąż 5-6 S, stan morza 5. Odliczamy sekundy pomiędzy kolejnymi dużymi górami i dolinami. Ktoś chciał góry na morzu? W jednym pakiecie wszystko.

Ja jednak z podziwem patrzę na swoją załogę. Bo prawie 2 tygodnie wcześniej w podobnych warunkach zmiotło niemal wszystkich pod pokład. Dziś to co innego, po prostu: trudne marynarskie życie …

Piątek, 9 września. Wraz ze świtem pojawia się w oddali ląd, jesteśmy blisko. Dostrzegamy kilka statków stojących na redzie. Podejście do Skagen, coś się nie zgadza, nie pasują światła, główki portu jakby w innym miejscu. Płynąc po chwili przypominam sobie, że ktoś mi mówił, że dobudowano cały nowy pirs. A więc należy zaufać oznakowanemu szlakowi i zapomnieć na chwilę o nieaktualnych w tym miejscu mapach nawigacyjnych. Wreszcie port, tankowanie paliwa i o 0920 stajemu longside w marinie przy ul. Fiskehuskajen, w miejscu z charakterystycznymi dla Skagen domkami, sklepikami, restauracyjkami. Mamy niecałą dobę do przyjazdu następnej ekipy 4K. Pyszne śniadanie z wędzonymi rybami zakupionymi w pobliskim sklepiku. Zarządzony do 14 sen dla wszystkich. Trzeba trochę odpocząć, by móc resztę czasu przeznaczyć na spakowanie i klar na jachcie. W nagrodę fundujemy sobie długi spacer na zachód słońca na przylądku, który jest końcem Danii oraz tam gdzie stykają się wody Skagerrak’u i Kattegat’u. Jest pięknie, a dodatkową atrakcją jest stado wylegujących się beztrosko fok, którym niemal wszyscy staramy się nie zakłócać spokoju. Wracamy do miasta i na pożegnanie siadamy w knajpce bezpośrednio położonej przy naszym jachcie. Zamawiamy kolację, pyszną zupę z krewetkami oraz rybę. Duńskie piwo smakuje również wyśmienicie.

Sobota, 10 września. Obudziło nas wczesnoranne dreptanie po naszym pokładzie. Przyjechali, kilka godzin wcześniej. Wymiana umówiona została na godzinę 9, trudno, pomimo przerwanego snu, nie cieszyć się widokiem przyjaciół i znajomych. Mariusz, Paweł, Kasia, Aga, inni. Za nimi też długa i męcząca podróż. Cześć z nich poszła na spacer, cześć dosypia w samochodzie, a z resztą dzielimy się naszymi wrażeniami.  O 9 przekazujemy jacht, życzymy powodzenia. Koniec naszego rejsu. Wsiadamy do busa, a przed nami powrót do Polski.

Dziękuję moje ekipie za wspólny rejs. Oficerom: Kamil, Gosia, Paweł, Ania – dzięki Wam nie raz mogłem spokojnie i bezpiecznie próbować spać, nawet w tych trudniejszych warunkach. Bartek, Weronika, Kamila i Ania – za dobrą atmosferę, współpracę. Wam wszystkim za to, że udało nam się stworzyć fajną załogę i rejs się udał. No i ekipie 4 Kontynenty (przede wszystkim Mariusz, Marek) za wsparcie z brzegu.

MR

Foto: Mr i Małgorzata Sokołowicz

Kategorie
Żeglarstwo

4 Kontynenty na pokładzie Xela na trasie Gdańsk – Karsklona – Gronhogen – Gdańsk

Każdego żeglarza można określić mianem odkrywcy, bo czymże jest żeglarstwo jeśli nie chęcią poznania nowych miejsc i zmierzeniem się z nieznanym? Takie nastawienie towarzyszyło mi podczas poszukiwań pomysłu na tegoroczny urlop. Wybór padł na rejs po Bałtyku. Gdańsk – Karlskrona- Bornholm-Gdańsk? Jasne, że tak! Tego jeszcze nie było! Decyzja podjęta, miejsce na jachcie zapewnione, odliczanie rozpoczęte. I co teraz? Spędzę tydzień na jachcie 13m na max 4m? Z obcymi ludźmi? Tak się da? Oczywiście! Sama przekonałam się, płynąc z ekipą 0ffczego wypasu, że żeglarze to ludzie z pasją, zawsze skorzy do pomocy i umiejący dopasować się do różnych warunków, nie tylko pogodowych. Te to potrafią nauczyć spontaniczności, kiedy przychodzi do zmiany trasy, tak jak miało to miejsce z rezygnacją z kursu na Bornholm na rzecz Olandii. Dobra zmiana? Dzięki temu i spotkaniu Szwedki Kajsi, poznałam jak życzliwi potrafią być Szwedzi oraz jak szybko potrafią jeździć swoimi Saabami 😉 Wobec czego można mieć jeszcze wątpliwości przed morskim rejsem? Choroba morska? Nie jestem pierwszą i nie ostatnią osobą z tą przypadłością. Pogoda? Na nią wpływu nie ma, choć Bałtyk zaskoczył mnie swoim spokojem. Czy rejs będzie bezpieczny? Mając na pokładzie ludzi tak bogatych w doświadczenie jak Mariusz i Agnieszka oraz widząc ogrom wyposażenia jachtu ani przez chwilę nie martwisz się czy jeszcze zobaczysz ląd… I najważniejsze pytanie. Czy to jest odpowiednie miejsce dla mnie, żółtodzioba na morzu? Widząc przygotowanie jachtu do rejsu, perfekcyjnie opracowany kurs, całe oprzyrządowanie ( zwłaszcza tą początkowo obcą elektronikę ), pewną siebie panią kapitan i załogę, która z uśmiechem wita cię na pokładzie S/Y Xela wiem, że będzie to niezapomniany tydzień, który rozpoczyna moją przygodę z morzem.  
Agnieszka Klimkowska
Kategorie
Wspinaczka

Matterhorn zdobyty !!! – 12 – 15.08.2016 r.

14 sierpień 2016 o godz.13 – spełnione marzenie! Dla Arka, mimo że bez niego to jednak z nim…

Matterhorn … ta góra już od wielu lat nas fascynowała, piękna, dostojna i taka nieosiągalna!!!

Jak to się zaczęło?

Po opublikowaniu na youtubie naszego filmu z wejścia na Elbrus napisał do nas Arek, chłopak który kochał góry tak samo jak my. Miał wiele górskich planów, chciał zdobyć i ten szczyt . W tej sprawie się właśnie z nami skontaktował, popytał o szczegóły przygotowania wyprawy , w późniejszym czasie zaprzyjaźniliśmy się z nim, spotykaliśmy się na festiwalach filmów górskich, na kawę, zwyczajnie na pogaduchy.

Pewnego dnia Arek powiedział, że marzy o zdobyciu Matterhornu, góry o wielkiej sławie wśród alpinistów, góra która już samym wyglądem sieje postrach. Lodowo – skalna piramida prezentuje się bardzo wzniośle i okazale a jednocześnie napawa strachem. Arek zaproponował nam wspólne zdobycie tej pięknej piramidy. Zaczęliśmy się coraz bardziej interesować czy to w ogóle będzie w zasięgu naszych możliwości, kondycji i oczywiście umiejętności!

Matterhorn to nie jest łatwa góra, im więcej na jej temat czytaliśmy, tym więcej wiedzieliśmy ile jeszcze nauki i pracy przed nami by móc w ogóle o niej zacząć myśleć. Nadszedł jednak taki czas kiedy podjęliśmy pierwsze nieśmiałe plany związane z wyprawą, miała odbyć się za rok czyli w 2015 roku. Ze względu na kontuzję barku Arka przełożyliśmy planowanie wyjazdu na rok 2016. Nieprzewidziana i jakże dla nas przykra sytuacja sprawiła, że wszystko się zmieniło, nasz górski przyjaciel i doświadczony taternik zginął w Tatrach podczas jednego z zimowych swoich wejść, szok ogromny i niedowierzanie, smutek i rozpacz po stracie kogoś, kogo niby nie znaliśmy od zawsze ale kto już zaskarbił sobie nasze serca. To właśnie wtedy postanowiliśmy już na 100%, że teraz to musimy zdobyć tę  górę, dla Arka bo to było jego marzenie a potem dopiero nasze. Po przeszukaniu w intrenecie informacji na temat trudności wspinaczkowych wiedzieliśmy, że w naszym przypadku wchodzą w grę dwie drogi. Grań szwajcarska Hörnli albo nieco trudniejsza od włoskiej strony grań Lion, zdecydowaliśmy się na grań włoską Lion z powodu tego, że jest nieco mniej oblegana przez innych wspinaczy przez co i bezpieczniejsza ze względu na spadające kamienie po stronie szwajcarskiej.

Przygotowania do wyprawy trwały niemal dwa lata, budowanie kondycji poprzez niezliczone ilości sportów oraz doszkalanie się wspinaczkowe na ściance czy to w skałach oraz kompletowaniu potrzebnego sprzętu. Po drodze postanowiliśmy jeszcze sprawdzić swoja odporność na sporą ekspozycję, więc treningowo wybraliśmy się na Grossglockner i Gerlach drogą Martina. Krzysiek miał w swoim górskim dorobku jeszcze Mont Blanc Aconcague i Kilimandżaro, potem był wspólnie Elbrus.

Dopiero w tym momencie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy gotowi by ruszać w drogę po spełnienie swoich i Arka marzeń.

Tuż przed wyjazdem okazało się, ze mamy jeszcze jednego kompana, chłopaka który miał takie samo marzenie jak my, Piotrek okazał się wartościowym ogniwem naszego zespołu. wiedzieliśmy, ze w trójkę będziemy musieli bardziej sie sprężać bo takie zespoły  zawsze są wolniejsze od dwójkowych. Postanowiliśmy podjąć ryzyko i to był dobry strzał. Szybko złapaliśmy wspólny kontakt a współpraca podczas wspinaczki szła bardzo płynnie, uzupełnialiśmy się w 100%, nawet tak samo myśleliśmy!

Początkowo mieliśmy w planach zrobić aklimatyzację na pobliskim czterotysięczniku Breithorn, jednak patrząc na to że nie mamy za dużo czasu a okno pogodowe jeszcze tylko miało nam sprzyjać przez kolejne 3 dni od naszego przyjazdu do Cervinii, podjęliśmy (jak się potem okazało) słuszną decyzję o wolniejszym wchodzeniu i aklimatyzacji po drodze.

Pierwszy nocleg odbyliśmy w schronisku Abruzzi na wysokości 2800m.n.p.m, kolejnego dnia przeszliśmy do Carrel Hut na wysokości 3800m.n.p.m. już sama droga do tego schroniska dała nam do zrozumienia co będzie się działo dalej. W kilku ostatnich odcinkach przed Carrelem są  dwie pionowe, kilkumetrowe ściany po których trzeba było wspiąć się do góry, ta ostatnia to już wymiatała…  😀 Co prawda były założone grube liny poręczowe ale nie szło się w nie niczym wpiąć, trzeba było liczyć na swoje możliwości i siłę w rękach by móc na niej wejść. Daliśmy radę. Dotarliśmy do schroniska. Tutaj było założenie, że obserwujemy jak się będziemy czuć do wieczora i w nocy, postanowiliśmy, że jeśli wszystko pójdzie dobrze to wstajemy ok 4.00 rano i wychodzimy na atak szczytowy.

Sauna na pięterku do spania nie dała nam zmrużyć oka, jednak adrenalina sprawiła że wstaliśmy w porę, szybkie jedzonko, herbatka i o 4.45 wyruszyliśmy w górę.

Pomimo panujących ciemności nasze czołówki spisały się nieźle, nie pogubiliśmy drogi choć tyle o tym się naczytaliśmy, pewnie to dlatego, że staraliśmy się trzymać blisko przewodników ze swoimi klientami.

Całkiem dobrze nam szło, mieliśmy dobre tempo, czasem spowalniali nas inni, którzy zastanawiali się zbyt długo jak pokonać pewne trudniejsze odcinki, budowanie stanowisk, wpinanie się i asekuracja zajmowała im sporo czasu a my go traciliśmy. Większą część drogi szliśmy na lotnej, od czasu do czasu wpinając się w stałe punkty asekuracyjne.

Najtrudniejsze miejsca ubezpieczone były w stalowe liny, łańcuchy, lub grubą linę poręczową jak w przypadku pionowych kilkumetrowych ścian.

Jedną z najtrudniejszych ponoć „atrakcji” jest tzw drabinka Jordana, znajduje się ona tuż przed wejściem na szczyt i w rzeczy samej patrząc jak inni na niej „walczą’ wygląda groźnie. Myśmy pokonali ją dość płynnie, potem jeszcze ok 10 min drogi wąziutką granią z nawisem śnieżnym i jeeeeest, udało się! Na szczycie zameldowaliśmy się o 13.00.

Wykonujemy kilka pamiątkowych zdjęć i czas ruszać w dół. Już tutaj wiedzieliśmy, że przyjdzie nam schodzić po ciemku ale i nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego co nas jeszcze czeka.

Początkowo była szansa na dość szybki powrót jednak zjazdy na linach w 3 osoby trochę czasu nam pożarły, kolejne zatory, mijanki z innymi wspinaczami i znów o godzinę czasu byliśmy w tyle. Przez moment spotykamy Włochów, których pamiętamy ze schroniska, zjeżdżamy na ich linie a oni na naszej,  niby fajna współpraca ale czas nam nadal uciekał! Staraliśmy się spieszyć na tyle, by robić to bezpiecznie ale jednak praca przy zdejmowaniu liny i jej klarowaniu oraz wyszukiwaniu kolejnych ringów zjazdowych to znów trochę czasu, w pewnym momencie zauważyliśmy że chyba wypadałoby już wyjąć czołówki – robiło się ciemno…

Na oko szacowaliśmy, że dotrzemy do Carrela o północy ale przyszło nagłe załamanie pogody, sypiący śniego-grad z odgłosem piorunów nie wróżył dobrze. Kilka zjazdów wykonaliśmy nie będąc zupełnie pewnym czy zmierzamy w dobrym kierunku, wyszukiwanie spitów i ringów robiło się coraz trudniejsze, zdecydowaliśmy jednogłośnie że dalej nie idziemy.

Jako, że przestało grzmieć a śnieg przestał sypać zrobiło się trochę cieplej, temperatura oscylowała w granicach obstawiamy -2st.C, tragedii więc nie było. Była 2.00 w nocy. W zasadzie lepszy kibel niż ryzyko zostania już tam na zawsze. Wyciągnęliśmy folię NRC, usiedliśmy razem w trójkę blisko siebie, wpięliśmy się asekuracyjnie do jakiegoś stanowiska i wyjęliśmy mapkę, teraz już wiedzieliśmy że jesteśmy bardzo blisko łóżeczka i ciepłej herbatki, no  i że to tędy rano poprzedniego dnia musieliśmy iść. Z tego miejsca widok na oświetlone miasteczko Cervinia oraz gwiazdy i księżyc zapierał dech w piersiach. Decyzja była znów jednogłośna, czekamy tutaj na kolejne ekipy ruszające z Carrel Hut na szczyt żeby zobaczyć którędy idą i tą drogą zejdziemy. Znów trafna decyzja, około 4.00 rano, zobaczyliśmy światełka czołówek, szli dokładnie tak jak przypuszczaliśmy, teraz upewniliśmy się jak wracać.

Zjazdy w dół zajęły nam jakieś półtorej godziny, około 5.45 weszliśmy do schroniska, szczęśliwi, bezpieczni i uśmiechnięci. Włosi na których linie zjeżdżaliśmy w okolicach Pic Tyndall chyba spisali już nas na straty bo jak tylko usłyszeli nasz piękny polski język to wyskoczyli z łózek jak poparzeni by upewnić się że to my, że żyjemy. Zapytali jak było i czy wszystko ok i dalej poszli spać (to było nawet miłe).

Tymczasem my mieliśmy się całkiem dobrze i humory ciągle nam dopisywały.

Nasz cały atak szczytowy z powrotem i kiblowaniem w ścianie trwał 25 godzin a my zamiast od razu pójść spać zaczęliśmy robić wyczekaną herbatkę i śniadanie, potem 3 godzinki snu i jeszcze tylko bezpiecznie zejść na dól… Po zdecydowanie za krótkim śnie żegnamy się z pięknie usytuowanym schroniskiem Carrel i ruszamy dalej w dół. Droga wyjątkowo nam się dłużyła, sprowadzaliśmy w dół poznanego w schronisku Polaka, który w zasadzie przypadkowo znalazł się na tej górze, jak się okazuje to właśnie nadmierna ekspozycja go sparaliżowała. Chłopak zostawił swojego znajomego, który tego dnia wchodził na szczyt a sam poprosił byśmy pomogli mu zejść. Asekurowaliśmy go przy zjazdach na wędkę. W połowie drogi pada kolejna dobra decyzja, śpimy na 2800 w Abruzzi i kolejnego dnia jedziemy odpocząć nad morze w okolice Wenecji i tak też zrobiliśmy. Jesolo przywitało nas cudownym, ciepłym słońcem, teraz nadszedł czas by uczcić zdobycie wymarzonego przez całą naszą trójkę szczytu, pyszne włoskie winko świetnie się do tego nadawało. Opalanie, kąpiel w ciepłym w ciągu dnia Adriatyku i kolejna w nocnej ulewie dopełniło tej wspaniałej wyprawy z happy endem. Matterhorn już na zawsze pozostanie w naszej pamięci, góra marzeń, góra która nie przyszła z łatwością, do której tak długo się przygotowywaliśmy, która nas tak wiele nauczyła i o o której tak marzył Arek – ” Nasza Góra”

Aneta Kaniut-Matula

Kategorie
Żeglarstwo

Wyprawa wokół Wielkiej Brytanii – wieści z jachtu Bystrze

Od lipca trwa wyprawa s/y „Bystrze” dookoła Wielkiej Brytanii. Właśnie rozpoczyna się ostatni etap rejsu. Żeglarze Fundacji 4 Kontynenty zmierzają w kierunku Londynu.

Od początku sierpnia jesteśmy już po irlandzkiej stronie Wysp. Urzekająca wyspa Man sprawiła, że kilkudniowy postój techniczny nikogo nie zmartwił. Zdobyliśmy najwyższą górę, odwiedziliśmy wszystkie krańce wyspy z malowniczą Calf of Man na południu i Maughold Head na północy.

Wraz z nadejściem dobrej wyżowej pogody, ruszyliśmy dalej na południe. Gnani północnym wiatrem, przeszliśmy baksztagiem Morze Irlandzkie i Kanał Świętego Jerzego, czując długą atlantycką falę na styku Morza Celtyckiego z Kanałem Angielskim. Po trzech dobach żeglugi non stop osiągnęliśmy Plymouth, miasto, które żyje żeglarstwem i jest często pierwszym europejskim portem dla jachtów przybywających zza wielkiej wody.

Jeden dzień postoju i płyniemy dalej w kierunku Cherbourga. Francja powitała nas piękną pogodą, prawdziwymi bagietkami i różowym winem. W tym porcie zakończyła się przygoda dla trzeciego etapu wyprawy, a wspaniale położony Port Chantereyne to miejsce wymarzone do wymiany załóg.

Czwarty etap rozpoczyna się od skoku na północ do Cieśniny Solent, mekki brytyjskich żeglarzy. To ruchliwe miejsce przy Wyspie Wight, aż roi się od jachtów, bardziej przypominając zatłoczoną Chorwację, niż wody zachodniej, czy wschodniej Szkocji, gdzie jachtów spotykaliśmy naprawdę niewiele. Żeby poczuć atmosferę tego rejonu, na dwa postoje wybraliśmy mariny w Yarmouth na wyspie Wight i w Gosport leżącą tuż obok Portsmouth, do którego można było się dostać gęsto kursującymi portowymi promami.

Dziś ruszamy dalej na wschód w kierunku Londynu, który ma być ostatnim, ale chyba najważniejszym brytyjskim portem naszej wyprawy dookoła Wielkiej Brytanii.

A już za tydzień spotkamy się w Amsterdamie, gdzie nowa załoga pod dowództwem kpt. Marka Rajtara weźmie kurs na północ wzdłuż wybrzeży Fryzji, Jutlandii i w duńskim porcie Hanstholm zamknie wielką pętlę po Morzu Północnym

Marek Kapołka

Kategorie
Żeglarstwo

Wypad na żagle okiem Zielonołódki – 12-13.08.2016 r.

Wyjazd dla mnie zaczął się dość spontanicznie. Bardziej chciałam spędzić czas ze znajomymi na świeżym powietrzu niż ciągnęło mnie do pływania. Z biegiem szykowania się do wyjazdu powiedziałam sobie: „A cóż mi szkodzi. Do odważnych świat należy” i pomimo obaw wypadnięcia za burtę (a pływać pływam raczej słabo) postanowiłam, że wejdę na tą łódkę skoro wszyscy tak zachwalają, że to takie faaaaajne.

Jako osoba zielona z wiedzy żeglarskiej nie ukrywam byłam lekko zestresowana. Grzecznie zatem założyłam kapok i wielkimi z zaciekawienia oczami przyglądałam się jak wygląda przygotowywanie łodzi do wypłynięcia. Samo wejście na pokład było wyzwaniem, ale bardzo szybko przekonałam się, że takie duże coś tak łatwo się nie wywróci.

Z biegiem rejsu po Jeziorze Dziećkowice przestawałam się bać, a zaczynałam przeżywać miłe chwile. Wiatr we włosach, promienie słońca przebijające się przez chmury, uśmiechnięte twarze znajomych i takie poczucie lekkiego odrealnienia i ucieczki od cywilizacji. Wspaniały relaks. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym zaraz po oswojeniu się z podstawowymi komendami nie zaczęłabym zadawać miliona pytań, na które na szczęście Mariusz i Ola cierpliwie odpowiadali. Spodobało mi się i to bardzo. Jak to Ola mawia taki „chillout” nawodny jest naprawdę super. Nie wiem jeszcze czy stanę się zapalonym żeglarzem, ale kto to wie co życie i 4 Kontynenty przyniosą

Kategorie
Żeglarstwo

Żagle Z Olką W YC Opty noc pełna gwiazd

Spotykamy sie w Opty. Rozlokowujemy sie w przyjemnych domkach i spotykamy się przy ognisku. W sobote żeglujemy. O 14.00 przerwa obiadowa i pływamy dalej. W niedziele potencjalnie ruszamy polatac na paralotni na górze Żar. 🙂
Domek na 2 doby od osoby ok 30 zl
Przed nami noc pełna meteorów, będzie je można oglądać na kei 🙂
Paralotnia ok 250 zł osoba
Łódka za free 🙂

Adres
Yacht Club “Opty”
41-403 Chełm Śląski,
ul. Leonida Teligi 2

Aleksandra Dindorf

Kategorie
Trekking

Góry Stołowe 22-24.07.2016

Góry Stołowe to masyw górski w Sudetach Środkowych na pograniczu polsko – czeskim. Zbudowane są z piaskowców, o rzadko spotykanej strukturze płytowej. Mają 30 mln lat. I są najmłodszymi górami w Polsce

Hasło „Góry Stołowe” pojawiło się krótko po wyprawie do Wąwozu Homole. Krzysztof Zdechlik to hasło rzucił. Ja podchwyciłem i zaczęliśmy dzielić się tym pomysłem z innymi członkami Fundacji 4 Kontynenty. Od słów trzeba było przejść do czynów. Krzysiu opracował trasę, zarezerwował 20 miejsc w schronisku „Pasterka” i udostępnił wydarzenie na Facebooku w grupie 4 Kontynenty.

I tak w piątek, 22 lipca wieczorem, tuż przed zachodem słońca 21 członków Fundacji 4 Kontynenty zameldowało się w schronisku „Pasterka”. Po rozpakowaniu się, poszliśmy podziwiać piękny zachód słońca. Ale to nie była jedyna niespodzianka tego wieczoru. Na polance obok schroniska zagościli młodzi wodniacy ze Szczepu ZHP Czarna Trzynastka Strzebielino, Hufiec ZHP Lębork. Mieliśmy okazję z tymi młodymi adeptami sztuki żeglarskiej podzielić się swoim doświadczeniem. Kolega Artur opowiedział o majówce 4 Kontynentów na Bałtyku. Po wspólnych fotografiach nastąpiła część „artystyczna”. Wspólne śpiewanie szant i piosenek turystycznych.

Następnego dnia obudziła nas ładna pogoda. Słoneczna z bezchmurnym niebem. Po śniadaniu wymaszerowaliśmy w stronę widocznego z naszego schroniska płaskowyżu. Jest to Szczeliniec Wielki o wysokości 919 m. npm. Najwyższy szczyt Gór Stołowych. Po wejściu na szczyt i krótkim odpoczynku w schronisku „Na Szczelińcu” poszliśmy podziwiać tą piękną górę, której krawędzie opadają 300 m. w dół. A sama nazwa góry wzięła się od popękań, gdzie najgłębsze ma 30m. Nie jest to trudna góra. Nie ma tam trudnych podejść. W poruszaniu się po niej pomagają schodki. Niektóre wykute w litej skale. Ale były odcinki gdzie człowiek musiał wciągnąć brzuch, głęboko się pochylić, a nawet upaść na kolana, aby przejść do następnej komnaty. Całe szczęście nikt z uczestników nie miał aż takiej nadwagi, aby gdzieś po drodze się zaklinować J

Rozochoceni ładnymi widokami zapragnęliśmy zobaczyć inne atrakcję Gór Stołowych. Okazałe bastiony skalne, zwane Radkowskimi Skałami, oraz skupisko efektywnych skał piaskowych, zwane Skalnymi Grzybami. Przez miliony lat skały te podlegały erozji i dzisiaj jak sama nazwa wskazuje większość z nich przybrała kształt grzybów. Rozciągają się na bardzo dużym obszarze. Niestety nie zdołaliśmy wszystkiego zobaczyć. Czas szybko mijał i trzeba było wracać do miejsca naszego zakwaterowania.

W drodze powrotnej cześć uczestników w tym i ja, zapragnęła zobaczyć jeszcze grupę skalnych filarów zwanych Białymi Skałami. Po powrocie do schroniska okazało się, że w ten dzień przeszliśmy 33 km.

Wieczorkiem przy schronisku nastąpiła dalsza część integracji ze wspólnym ogniskiem i pieczeniem kiełbasek.

I nastał ostatni dzień naszego wypadu w Góry Stołowe. I została ostatnia przewidziana przez program atrakcja. Błędne Skały. Labirynt skalnych korytarzy otoczony przez skalne grzyby, maczugi i słupy. I znowu od czasu do czasu pojawiały się „problemy” z przeciśnięciem przez węższe przejścia. Ale podobnie jak to było w przypadku Wielkiego Szczelińca wszyscy uczestnicy w doskonałych humorach i z uśmiechem na ustach przebrnęli przez ten labirynt.

Ale wszystko ma swój finisz. Nastał czas powrotów. Koledzy i koleżanki z Wielkopolski i Małopolski oraz cześć Ślązaków po serdecznych pożegnaniach pojechała do swoich domów. Ale nie wszyscy. Niektórzy postanowili zobaczyć jeszcze coś ciekawego w drodze powrotnej. I tak narodził się pomysł, aby odwiedzić kopalnie-muzeum złota w Złotym Stoku.

I to była dobra decyzja. Nie dość że zobaczyliśmy coś ciekawego, to mieliśmy okazję dłużej ze sobą przebywać. A nasz nastrój, który i tak mieliśmy dobry, dodatkowo podnosił nam przewodnik tego muzeum.  Człowiek o dużej wiedzy i dużym poczuciu humoru. Zobaczyliśmy podziemia kopalni. Podziemny wodospad. A zakończyliśmy zwiedzanie kopalni przejażdżką kolejką, którą górnicy poruszali się w chodnikach kopalni.

I tylko na końcu tego pobytu w Złotym Stoku pojawił się żal że już trzeba wracać do domu. Bo tyle atrakcji trzeba było tam zostawić. Podziemny spływ łódkami, park linowy czy też paintball. Ale to już następnym razem J

Mirek Stolarski

Kategorie
Wspinaczka

Wyprawa na Matterhorn 4478 m n.p.m – sierpień 2016 r.

Szukamy osób z DOŚWIADCZENIEM , DOBRĄ KONDYCJĄ, I DUŻĄ ODPORNOŚCIĄ FIZYCZNĄ I PSYCHICZNĄ, na wyprawę na jedną z najpiękniejszych gór świata!. Każdy wspinacz zna tę górę i wie, że to już nie przelewki więc wyżej wymienione cechy obowiązkowo powinien posiadać by się z nami wybrać! Termin podany w wydarzeniu jest tylko czysto orientacyjny, ponieważ i tak wszystko będzie zależało od pogody, wiemy jednak, że planujemy atakować tę górę na przełomie lipca/sierpnia.Szczególnie mile widziane osoby, które były juz na podobnej wysokości i wiedza jak reaguje ich organizm, minimum wspinaczkowe które kandydat powinien mieć to opanowana asekuracja i zjazdy na linie. Z racji niebezpieczeńsw jakie niesie ze sobą, najprostsze wejście granią Hörnli (skala trudności -III) takie jak : osypujące się kamienie, niestabilna skała, dużo ludzi – plan wstępny jest na atak nieco trudniejszą granią Lion. (skala trudności IV+) Jesli masz doświadczenie we wspinaczce, masz potrzebny sprzęt i już od jakiegoś czasu myślisz o tym by stanąć na szczycie Mata, a może już tam byłeś i chciałbyś wejśc np. inną drogą to moze wreszcie nadszedł czas 🙂 Film prezentujący to co nas czeka:
PAMIĘTAJ! Matterhorn to nie spacer bo Tatrach, tutaj jeden zły ruch może kosztować życie! Aneta Kaniut-Matula
Kategorie
Trekking

Skrzyczne – 03.07.2016

Kiedy wstajesz rano i za oknem pada deszcz, zakładasz plecak i ruszasz przed siebie…… Tak w deszczowy niedzielny poranek Krzysztof Zdechlik wyciągnął nas na Skrzyczne. Lało, lało, aż w końcu słońce wyszło i towarzyszyło nam do końca dnia.Krótki, siedemnastokilometrowy trekking zakończyliśmy w centrum Szczyrku, gdzie czekały zaparkowane rydwany, które odwiozły nas do domu.

Kategorie
Trekking

Trekking w Górach Stołowych – 22-24.07.2016 r.

Żądni nowych przygód spotykamy się w Karłowie na parkingu pod Szczelincem o godzinie 19. Tam zostawiamy nasze autka i maszerujemy do schroniska na Pasterce (czas przejścia ok 1 godz). Tam czekać będą na nas pokoiki, ciepły prysznic, oraz możliwość dokupienia dobrego jadła i napitków. No i oczywiście jak zwykle będziemy się integrować.
W sobotę około godziny 9 ruszamy w trasę.
Idziemy szlakiem żółtym w kierunku Szczelinca Wielkiego. Na szczycie zwiedzamy rezerwat, delektujemy się pięknymi widokami, nie zapominamy o sweet fociach i po krótkim wypoczynku maszerujemy dalej. Idziemy szlakiem czerwonym w kierunku Radkowskich skał, tam zmieniamy szlak na niebieski i maszerujemy w kierunku Gminy Radków. Dalej szlakiem żółtym mijając wodospad Pośny i skalne wrota maszerujemy do schroniska na Pasterce. Wykąpani i pojedzeni zaczynamy wieczorną część integracji. Koło schroniska jest możliwość zrobienia ogniska więc proszę o zabranie kiełbasek.
W niedziele zabieramy nasze tobołki i koło godziny 10 maszerujemy zielonym szlakiem do rezerwatu błędne skały. Po zwiedzeniu rezerwatu idąc szlakiem czerwonym wracamy do Karłowa do naszych autek.
Informacje dodatkowe.
Koszty:
– dojazd i wyżywienie we własnym zakresie (doświadczenie pokazuje, że uczestnicy naszych imprez doskonale sobie pomagają w organizacji dojazdu)
– nocleg w schronisku 60 zł w tytule „imię, nazwisko, opłata za nocleg – Góry stołowe” na konto Krzysztof Zdechlik BANK MILLENNIUM 06 1160 2202 0000 0001 8110 0181
PROSZĘ NIE WPŁACAĆ ZA NOCLEGI NA KONTO FUNDACJI!!!!
UWAGA! ilość miejsc ograniczona! (20 miejsc)
Liczy się kolejność wpłat.
– 5zł na cele Fundacji 4Kontynenty. (symboliczna kwota, która dla nas znaczy wiele); wpłata na konto:
Fundacja 4 Kontynenty
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
– Wejścia do rezerwatów szczelinie Wielki (7 zł) i Błędne skały (7 zł) płatne indywidualnie na miejscu
– pościel dodatkowo płatna 10 zł w schronisku, ewentualnie można zabrać śpiwór – wedle własnego uznania, płatne indywidualnie na miejscu.
– Zastrzegamy sobie możliwość zmian trasy lub programu, z przyczyn od nas nie zależnych takich jak pogoda, awaria w schronisku itp. Zaznaczam, że my jesteśmy nieustraszeni i dopóki nie będzie trzęsienia ziemi, to idziemy!
– Każdy idzie na własną odpowiedzialność, a osoby niepełnoletnie pod opieką osoby pełnoletniej, która za nią bierze odpowiedzialność!
– Jeżeli ktoś ma jakieś problemy zdrowotne, proszę je zgłaszać dla własnego dobra. Nie jest to jednak obowiązek, ale w razie pojawienia się kłopotów zdecydowanie ułatwi nam zareagowanie.
– Prosimy o punktualność, zawsze można zadzwonić, gdyby wydarzyło się po drodze coś nieoczekiwanego.
– Prosimy o zabranie ze sobą latarek czołówek, mogą się przydać
– Prosimy o dokładne zapoznanie się z trasą.
– Idziemy razem w myśl zasady „wszyscy za jednego, jeden za wszystkich”!!!
– LICZY SIĘ DOBRY HUMOR, POZYTYWNE NASTAWIENIE I DOBRA ZABAWA!!!

kontakt
Krzysztof Zdechlik tel 665 625 172
Mirosław Stolarski tel 605 263 414