Kategorie
Żeglarstwo

Wyprawa Wokół Wysp Brytyjskich 2018

Po zeszłorocznym spotkaniu z krainą misia polarnego, gdzie żeglowaliśmy podziwiając wszystkie odcienie bieli i błękitu, w tym sezonie proponujemy krainy mieniące się zielenią. 

Krajobrazy Dani, Norwegi, Szetlandów, Szkocji, nie mówiąc już o Irlandii, to przepiękne niziny i wzgórza pobarwione zielenią bujnych traw. Pod koniec lata wszechobecna zieleń zostaje przyprószona fioletem kwitnących wrzosów stając się prawdziwą ucztą dla oczu. W tym wspaniałym krajobrazie stworzonym przez naturę, możemy zobaczyć też niesamowite ruiny zamków pamiętających czasy Robin Hooda. 

Żeby tam dotrzeć, czeka nas żegluga przez kapryśny Bałtyk, ruchliwe Cieśniny Duńskie i zawsze groźne Morze Północne. Po drodze czekają piękne i dzikie Szetlandy i niesamowita wysepka Fair. Trzeba będzie przecisnąć się przez legendarną cieśninę Pentland Firth, której dno jest usłane wrakami setek statków, a później przepłynąć przez burzliwe wody wokół północno-zachodniej Szkocji. W nagrodę czeka nas degustacja najlepszych whisky na wyspie Islay i zwiedzanie Belfastu, miasta z mocno pokręconą współczesną historią.

Zagłębimy się w zatoki i zatoczki mało znanego, dzikiego i rzadko odwiedzonego zachodniego wybrzeża Irlandii, gdzie z braku portów będziemy również kotwiczyć w miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc. Odwiedzimy Dublin i skosztujemy prawdziwego Guinessa, a później poszukamy spokoju w leniwych walijskich i angielskich miasteczkach. Na Kanale La Manche przepłyniemy przez arcytrudną nawigacyjnie Cieśninę Solent i wpłyniemy do Londynu Tamizą aż do samego Tower Bridge. Będziemy liczyć pływy i prądy, a może nawet namierzać się na gwiazdy. Obowiązkowo zawitamy do Amsterdamu pooddychać tamtejszym powietrzem . Zrobimy bezcłowe zakupy na Helgolandzie i przez Kanał Kiloński powrócimy na nasz kochany Bałtyk. 

Płyniemy jachtem s/y „Jazon” typ Dehler 37. 

Cała trasa jest podzielona na 8 etapów, które są w gestii poszczególnych kapitanów:

Info: kliknij bezpośrednio na imię nazwisko kapitana otworzy się wiadomość. 

ETAP

  POCZĄTEK

    KONIEC

DATA ROZPOCZĘCIA

DATA ZAKOŃCZENIA

DNI 

  KAPITAN            

KONTAKT

1

GDAŃSK

GÖTEBORG

śr

6-cze-2018

śr

20-cze-2018

15

Mariusz Noworól 

696914676

2

GÖTEBORG

BERGEN

śr

20-cze-2018

pn

2-lip-2018

13

Igor Godlewski

501125952

3

BERGEN

INVERNESS

pn

2-lip-2018

wt

17-lip-2018

16

Sylwia Mażulis

 

4

INVERNESS

BELFAST

wt

17-lip-2018

śr

1-sie-2018

16

Jacek Jaworski

601916739

5

BELFAST

DUBLIN

śr

1-sie-2018

pn

20-sie-2018

20

Marek Kapołka

604658803

6

DUBLIN

LONDYN

pn

20-sie-2018

śr

5-wrz-2018

17

Mariusz Głowka

601303070

7

LONDYN

ŚWINOUJŚCIE 

śr

5-wrz-2018

pt

21-wrz-2018

17

Leszek Warchoł

695055789

8

ŚWINOUJŚCIE

     GDAŃSK

pt

21-wrz-2018

so

29-wrz-2018

9

Leszek Warchoł

695055789

Zapraszamy do udziału w wyprawie Wokół Wysp Brytyjskich 2018 

Kategorie
Trekking

Niżne Tatry

Sobotni poranek był mało zachęcający: zimno, chmurno i deszczowo. Ale postanowiliśmy zaryzykować i ruszyliśmy na szlak.

W planie było zdobycie Dumbiera od północnej strony, czyli najtrudniejszym wariantem: podejście na grań zielonym szlakiem z Lućków na Krupove sedlo. Dnem Sirokej Doliny szło się bardzo fajnie, ale na końcu drogi okazało się, że dalej szlak jest nieprzetarty. A śniegu po kolana……a nawet i inne organy 😉 No to trzeba byo rozpocząć zabawę w przecieranie. Na pocieszenie przetarło się też trochę nad głowami, przestało padać a momentami nawet słoneczko przygrzało. Pojawiły się więc i jakieś widoczki. Od wysokości 1600 npm zaczyna się już mocne przewyższenie, a na przeciwległym stoku widać było ślady niedawnej lawiny. Mieliśmy co prawda lawinową „jedynkę”, ale lepiej na zimne dmuchać. Najpierw więc omówiliśmy optymalny trawers na sedlo pod Krupovou holou, a potem spokojne człapanie z zachowaniem przepisowego odstępu 30m.

Na sedlu pod Krupovou Holou trzeba było w końcu zrobić pożytek z raków, bo tam śnieg był już mocno zmrożony i miejscami oblodzony. Dwoje ludzi nawet ujechało kilka metrów. Ale w końcu wszyscy szczęśliwie osiągnęli grań. Czas najwyższy, bo okno pogodowe zaczęło się przymykać. Zdążyliśmy jeszcze nacieszyć oczy samym Dumbierem i fragmentem grani głównej kumulacji Nizkych Tatier, ale po paru chwilach wszechświat objęła nieprzenikniona mgła. Z Krupovego sedla na Dumbier to już lajtowy spacerek na 20 minut, ale doskonały brak widoczności spowodował, że raptem troje desperatów postanowiło odwiedzić szczyt. Reszta ekipy zlała temat. Dalszy spacer granią główną na Chopoka odbywał się w niezmiennych warunkach. Chmura była tak gęsta, że nie było nawet kontaktu wzrokowego między słupkami. Mijając słupek trzeba było ładnych kilka metrów iść „na czuja” aż dopiero z chmurnych oparów wyłonił się następny słupek. I tak było aż do Chopoka. Tam schronisko i radość na myśl o obiedzie i piwku. A tu…….. W ubiegłym roku schronisko zostało zmodernizowane, głównie pod kątem narciarzy. Skutek: bufet zamykają po zamknięciu kolejki gondolowej, czyli o 16.00. Zabrakło nam 5 minut. ŁŁŁeeeeee……

Ostatnim etapem był zjazd z Chopoka na……”dupolotach”.

Bez stresu, bo po zamknięciu kolejki cała nartostrada była tylko dla nas Po fakcie wszyscy zgodnie orzekli, że to był absolutnie najfajniejszy etap naszej wycieczki. A wystarczyło zjechać ze 100-200m poniżej grani i wyszliśmy z chmury, więc jeszcze w promieniach zachodzącego słońca udało się jeszcze uchycić kilka widoczków.

Niedziela. Pogoda – a jakże: jak żyleta. Wrrrrr………

Poranny chillout na tarasie w promieniach słońca. Na zakończenie wycieczki było jeszcze pluskanie w basenie termalnym i wypasiony obiadek.

No i to by było na tyle w temacie.

Grzegorz Grochowski

Kategorie
Blog

Quintana Roo, czyli region, gdzie krąg się zamyka.

Tulum. Niewielkie miasto, malowniczo położone na wybrzeżu Morza Karaibskiego. Aż pęka w szwach od nadmiaru turystów. Wszystkie rozsądne hostele już dawno zarezerwowane. Przez fakt, że na pobyt w tym raju jest taki popyt, oraz przez rozpoczęty od 01 marca słynny amerykański „spring break” ceny wywindowano nawet 2-3 krotnie. Jako rodowici krakowianie, z wężem rozmiarów anakondy w kieszeni , czujemy rozczarowanie i wielką złość. Ale nic to – trzeba zbadać te osławione atrakcje i na własnej skórze poznać, za co tyle trzeba tu płacić.

Do Tulum przybyliśmy z rana – po całonocnej podróży z Palenque. Okazuje się, że miejsca warte zobaczenia są tu od siebie na tyle oddalone, że warto pożyczyć rowery, co też robimy. Plaża oddalona jest od centrum około 5 km. Okazuje się, że miasto swoją budową przypomina znane nam już Cancun. Centrum cechują gorsze noclegi, tańsze restauracje. Natomiast mekka bogatej turystyki znajduje się na samym wybrzeżu, w hotel zone.

Naszym zdobytym środkiem transportu lądujemy na plaży. Po drodze mijamy pewne magiczne miejsce, którego Rafał tak długo poszukiwał w czeluściach internetu. Mianowicie pewien autor piszący książki podróżnicze, pewnego pochmurnego dnia w szarej Polsce, dzięki lekturze przeniósł mój skołatany wtedy umysł do miejsca z marzeń – prawdziwego raju. W swojej literaturze zostawił wskazówki, jak można by tam dotrzeć. Do Ziemi Obiecanej, gdzie zgodnie z bogatym opisem dociera niewielka grupa zatwardziałych podróżników. Gdzie prąd jest jedynie 2 godziny na dobę z agregatu, a spartańskie, zbite z byle czego cabane stanowią dla strudzonych wędrowców schronienie. Gdzie Morze Karaibskie rozbija swe fale o dziewicze plaże skalno – piaszczyste, a do najbliższego miasteczka jest ponad godzina drogi na bezdrożach na jedynym w okolicy dostępnym, zardzewiałym rowerze. Miejsce to miało być oddalone od konkretnej cywilizacji o ponad 60 km. I Rafał znalazł to miejsce. Gdzie autor wypoczywał przez 3 miesiące, odcięty od świata, rozkoszując się dzikim krajobrazem zaledwie 5 do 7 lat temu. Niestety, życie to nie bajka, a opis w stosunku do rzeczywistości stanowił pokaz ogromnego kunsztu w dziedzinie science- fiction. Nasze zaczarowane domki położone są mianowicie przy głównej drodze. W rzeczywistości są 5 gwiazdkowymi hotelami z widokiem na takie same hotele w pobliżu. Koszt noclegu to ponad 300 USD za dobę, a samo miejsce oddalone jest od Tulum mniej niż 5 km. Dziękujemy panu K.G.Ć za ciekawą powieść sci- fi z lodówką w tytule.

Tymczasem, zabawiając Was, Drodzy Czytelnicy, tą drobną złośliwą anegdotką, przenieśliśmy się już do słynnych ruin majów, tak ciekawych głównie ze względu na ich malownicze położenie na samym wybrzeżu. Same ruiny być może nie należą do najciekawszych, jednak bliskość morza, obecność tysięcy ogromnych iguan wylegujących się w słońcu robi swoje. Dodatkowo na wejściu do parku znajdują się wolno- biegające ostronosy meksykańskie, które całkowicie skradły mi serce swoją ciekawską i odważną naturą. Ruiny Tulum to zdecydowanie miejsce godne Waszej uwagi.

Drugi dzień to czas pożegnań z cenotami. Odwiedzamy ostatnie dwa z nich – Cristal i Escondido. Od Szwedów nurkujących z pełnym ekwipunkiem dowiadujemy się, że to właśnie w tych okolicach znajduje się obecnie druga największa na świecie sieć połączonych ze sobą podziemnych jaskiń zalanych wodą. Ma ona długość ponad 240 km. Nasze dwa odwiedzane cenoty z tą siecią są właśnie połączone. Ostatnio, nawet w naszej rodzinnej „ziemniak tv” mówiono o odkryciu nowej sieci wodnych korytarzy, jeszcze dłuższej niż wszystkie dotychczasowe. I co więcej- nie zostały one jeszcze poznane, więc nurkowie całego świata – macie pole do popisu.

Wybieramy się również do ośrodka Akumal, w którym mamy możliwość popływać z żerującymi tam żółwiami. Sporej wielkości zwierzaki są tam wiecznie niepokojone przez ludzi naszego pokroju. Wygląda to nawet z perspektywy czasu dosyć komicznie, gdy tłum ludzi „zawieszonych” w głębokiej wodzie niczym spławiki, spogląda w dół, na zajadające się w najlepsze morską trawą żółwie morskie. I z napięciem oczekiwany jest moment, kiedy gadowi skończy się powietrze i na chwilę wynurzy się na powierzchnie, aby go zaczerpnąć. Oczywiście znaczna część ludzkich spławików jeszcze bardziej przypomina osprzęt wędkarski, gdyż z braku umiejętności pływania poubierana jest w odblaskowe kamizelki ratunkowe, które utrzymują ich ciała i umysły w błogim stanie poczucia bezpieczeństwa.

Tulum jest dla nas trochę zbyt tłoczne – zamierzamy zobaczyć coś, co lubimy najbardziej, czyli miejsca trudnodostępne. A do takich z pewnością należy Punta Allen i Półwysep Faro. Jest tam tylko jedna rozsądna i znana droga dotarcia. Można mianowicie zabrać się na całodzienną wycieczkę Jeepami, które po jedynej, bardzo zdezelowanej drodze o długości 50 km w środku dżungli, zabiorą klientów na przejażdżkę do miasteczka. Cena przyjemności – 120 USD za osobę. Jednak my do grona osób rozsądnych nie zawsze się zaliczamy. Maksymalnie odciążamy plecaki, część rzeczy zostawiając w hostelu w Tulum, do odbioru po powrocie. Na „lekko” kierujemy się do ostatniego przystanku zbiorowej komunikacji, która wyrzuca nas na wybrzeżu za strefą hotelową. Tuż przy wejściu do rezerwatu Sian Ka’an. Bo właśnie w sercu tego rezerwatu- po przebyciu 50 km nieznośnej drogi leży nasz cel – Punta Allen. Mamy 5 dni, 10 l zapasu wody i namiot. W najgorszym przypadku damy radę obrócić pieszo, śpiąc po drodze na plaży. Jednak, jakby się nad tym lepiej zastanowić – przecież na końcu jest miasteczko, które powinno mieć zaopatrzenie nie tylko drogą morską, skoro nie ma w nim porządnego portu do wyładunku większych towarów. I rzeczywiście – nasz rządny przygód, myśliwski nos wyczuwający okazję i tym razem się nie myli. Bardzo rzadko, ale jednak – oprócz mknących jeepów, wyładowanych miłośnikami hamburgerów z kraju Pana Donalda, przejeżdżają tędy zdezelowane pickupy, które zaprzeczając wszelkim prawom fizyki i logiki – trzymają się kupy i brną do przodu.

Na pace pierwszego z nich przebywamy około 10 km, dalej już nam razem nie po drodze, ponieważ pojazd wraz z właścicielem zjeżdża na prywatną posesję w samym sercu niczego. Zadowoleni, że oszczędzono nam ładny kawał drogi, przechodzimy pieszo kolejnych parę kilometrów. I już znowu na nasz uniesiony w górę kciuk zatrzymuje się kolejny rodem z piekła rozklekotany petro – potwór. Z wesołym starszym panem za sterami, który za 2- godzinną rozmowę o polityce, sytuacji branży naftowej na świecie, rybołówstwie i ciekawostkach o zamorskiej krainie zwanej Polonia, dokańcza dzieło i dowozi nas do samego Punta Allen. Ponieważ, wraz z rodziną mieszka tam, prowadzi restaurację, a dziś wraca właśnie z dostawą jedzenia. Nasze plecaki lądują w basenie utworzonym przez pakę pickupa, wraz z toną papryki, cebuli i innych produktów, które należy przywieźć do restauracji. I tak, przemierzając zdezelowaną, jedyną drogę na Półwyspie Faro, docieramy do Punta Allen.

Osada ma 3 równoległe do siebie ulice (o długości maksymalnej 500m), przy których stoją pokrzywione, ale mimo wszystko murowane domki. 3 sklepy zaopatrzone prawie w nic, kilka restauracji nastawionych na klientelę z jeepów (bo czynnych jedynie w godzinach ich przybycia) i lokalny wyszynk, należący właśnie do rodziny naszego kierowcy.

Nocleg znajdujemy na jedynym polu namiotowym. Okazuje się, że zdarza się, że turyści przybywają tu w wypożyczonych w Tulum samochodach. Domyślamy się, że przeprawa taką drogą dla nieprawionego kierowcy z przeciętnym samochodem często może zakończyć się niepowodzeniem równającym się utknięciu w środku niczego.

Sprawiliśmy się przednio- dotarliśmy tutaj w niecały 1 dzień, więc mamy 4 dni na siedzenie w samym centrum jednego z Końców Świata i wnikanie w zawiłości lokalnej społeczności. Jednego dnia wyruszamy wraz z pozostałymi turystami na wycieczkę łódką. Rezerwat Sian Ka’an pełny jest rajskich zwierząt morskich – delfinów, manatów, żółwi oraz zamieszkujących pobliską rafę koralową, tysiącach gatunków wielobarwnych ryb. Na lądzie znaleźć możecie nawet luzem biegające jaguary oraz moje ulubione ostronosy meksykańskie, jednak mimo wielu prób oddalenia się od ludzi, nie było dane nam je spotkać. Jedyną oznaką ich bytowania są znaki drogowe („uwaga jaguary”, „uwaga ostronosy”, „uwaga iguany”), które podobnie jak na Spitzbergenie („uwaga niedźwiedzie polarne”), informują nas nie tylko o niebezpieczeństwie, ale również pokazują, że świat zwierząt jest tu niezwykle urodzajny.

Kluczowym punktem wycieczki jest możliwość nurkowania na rafie koralowej z podstawowym sprzętem ABC. Przeżycie zupełnie niecodzienne, kanał National Geografic może się schować. Polecamy wszystkim Wam, którzy bez względu na sposób transportu, dotrzecie do Punta Allen.

Ostatniego dnia naszego tu pobytu wybieramy się jeszcze do latarni morskiej Faro, położonej na samym czubku cypla. Wiemy już, że tutaj właśnie kończy się nasz pobyt w Meksyku. To miejsce bowiem obraliśmy jako finalny cel naszej eskapady.

A powrót- po tylu przejściach jest już zupełną błachostką. Z Punta Allen lokalną łódką na stały ląd Meksyku, stamtąd do Tulum odebrać rzeczy i na jednej nodze do Cancun, żeby zdążyć na samolot. Żeby nie było za łatwo – czeka nas dwudniowy przystanek w kubańskiej stolicy – Havanie. Jak tam było, i co się działo to temat zupełnie inny, którego opisu nie znajdziecie w blogu „ALE MEXYK”, bo w końcu to inne państwo. I dalej, jak po sznurku – Havana – Toronto – Londyn – Warszawa – Kraków. Czyż to nie zdumiewająco proste wrócić tak do domu po 6 tygodniach tułaczki?

I jak to jest w efekcie z tym Meksykiem? To państwo jest tak pełne sprzecznych o nim informacji, że boli głowa. Mawia się, że jest szalenie niebezpieczne, ale czy rzeczywiście? Nie licząc przygody z bronią naszego poznanego w Cancun kolegi, nie czuliśmy tutaj specjalnego zagrożenia. Dreszczyk emocji, gdy na końcu ciemnej uliczki widzi się groźnie wyglądających Latynosów rodem z hiphopowych teledysków „o trudnym życiu na dzielnicy”, zacierany jest przez niezwykle rodzinnych ludzi, oferujących Wam pomoc, uwagę i uśmiech. Zwykłych, często niezamożnych ludzi, którzy za wykazanie nimi zainteresowania i zachwytu nad ich własnym światem i codziennością, wykazują dumę i zadowolenie, że komuś podoba się ich codzienność.

Jednak, czy jak pisał WC jest to kraj pełen wolności? Z tym zgodzić się chyba do końca nie możemy. Co to za wolność, gdy dzieci pracują od wczesnych lat młodości, żeby jakkolwiek polepszyć byt rodzinie? Osoby bardzo zaawansowane w wieku, praktycznie niedołężne, wystawiane bywają na ulice miast wraz z kramami, aby resztkami sił sprzedawać towary. Widzieliśmy zasuszone staruszki, śpiące przez całe noce przy tych kramach, nie mając dachu nad głową nawet podczas deszczu. Nikt nie fatygował się, żeby „zwieźć” je na noc do domu, skoro dzięki temu kramu nie trzeba było codziennie zbierać.

Ogromnym problemem Meksyku są walające się dosłownie wszędzie śmieci. Nawet w parku narodowym, w sercu dżungli lub na dzikim wybrzeżu, nie ma powierzchni wolnej od odpadków.

Jednak mimo tych widocznych gołym okiem wad, Meksyk to dla mnie najpiękniejszy kraj świata. Moja własna Ziemia Obiecana. Jest w nim wszystko, co potrzebne człowiekowi. Najlepsze jedzenie świata, palmy i kokosy, zwierzęta, które zwykle ogląda się tylko w telewizji. Kraina jednej z najciekawszych cywilizacji świata. Dżungla, pustynie z kaktusami, wodospady i cenoty. I co najważniejsze – dwa oceany z tak rozległą linią brzegową, że pewnie każdy z Was znajdzie tu swoją własną Chacahua.

Meksyk zamyka już przed nami swoje bajecznie kolorowe drzwi. Jednak jestem pewna, że nadejdzie taki dzień, kiedy będę chciała ponownie tu powrócić, i kto wie – być może wcale więcej stąd nie wyjeżdżać. Bo Meksyk zaraża sobą, jak żeglarstwo – musisz, musisz, musisz pływać, bo nie wytrzymasz i w miejscu nie usiedzisz. 

Kategorie
Żeglarstwo

Carbony 2018 – nominacje

Kapituła Śląskich Nagród Żeglarskich Carbony 2018 ogłosiła nominowanych w sześciu kategoriach. Nagrody zostaną ogłoszone podczas Gali Carbonów, która obędzie się w piątek, 23 marca wieczorem, podczas Festiwalu JachtFilm w Teatrze Ziemi Rybnickiej w Rybniku.

Celem nagród jest popularyzacja żeglarstwa i jego tradycji, uhonorowanie ważnych osiągnięć żeglarskich na Śląsku, kształtowanie i rozwijanie świadomości żeglarskiej i wyróżnienie dokonań w dziedzinie organizacji wydarzeń i wychowania wodnego dzieci i młodzieży.

Oto nominowani w poszczególnych kategoriach:

Kategoria I – Wyprawa/Rejs roku
Odra dla Zuchwałych – Śląski Yacht Club przy Politechnice Śląskiej w Gliwicach.
Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców –  Fundacja „4 Kontynenty”
Wodniackie wakacje – 6 Harcerska Drużyna Żeglarska Rybnik, ZHP Chorągiew Śląska, Hufiec Ziemi Rybnickiej.

Kategoria II – Żeglarz Roku
Szymon Szymik – Bielsko Biała
Wiktor Kobryń – AWF Katowice
Mariusz Noworól – Yacht Club OPTY

Kategoria III – Regaty/Wydarzenie Roku
Mistrzostwa Polski w Match Racingu, Rybnik Match Race 2017
Rybnickie Regaty Żeglarskie 2017
Śląski Festiwal Filmów Żeglarskich – JachtFilm 2017

Kategoria IV – Trener Roku
Jacek Błaszczyk – Sekcja żeglarska TS Kuźnia
Kamil Stęplowski – KW LOK GARLAND Gliwice

Kategoria V – Nadzieja Roku
Michał Wądek – KW LOK GARLAND Gliwice
Katarzyna Harc – Sekcja żeglarska TS Kuźnia Rybnik
Kacper Błaszczak – Sekcja żeglarska TS Kuźnia Rybnik

Kategoria VI – Nagroda Specjalna
Kpt. Jerzy Radomski, Jastrzębie Zdrój
Jerzy Matyja, Rybnik
MT Partners, Gliwice

– Bardzo cieszymy się, że mimo pierwszej edycji Carbonów, otrzymaliśmy sporo, bo około 40 zgłoszeń – podsumowuje kpt. Janusz Koper, przewodniczący kapituły. – Duża liczba świadczy o tym, że takie nagrody są potrzebne i wierzę, że na stałe wpiszą się do kalendarza śląskich wydarzeń żeglarskich. Wybór nominacji nie był łatwy, dlatego dziękuję bardzo szacownym członkom kapituły za pracę i merytoryczny wkład w tegoroczną edycję  Śląskich Nagród Żeglarskich Carbony.

Nad całością Śląskich Nagród Żeglarskich czuwa kapituła w składzie:
Przewodniczący Kapituły: Kpt. Janusz Koper – wiceprezydent Rybnika
Kpt. Joanna Pajkowska – samotnicza żeglarka oceaniczna
Mateusz Kusznierewicz – żeglarz, mistrz olimpijski, wiceprezes PZŻ
Marian Krupa – trener, prezes Śląskiego OZŻ

Oficjalna strona Śląskich Nagród Żeglarskich

Kategorie
Blog

Chiapas

Naszą najdłuższą, ponad 15 godzinną podróż rozpoczynamy z Puerto Escondido w stanie Oaxaca. Dużo nasłuchaliśmy się wcześniej o tym, że stan Chiapas to niebezpiecznie miejsce. Na bramkach do autokaru wykrywacze metalu. Przed wejściem sprawdzają bagaże podręczne, a gdy wszyscy pasażerowie zajmują swe miejsca, są nagrywani kamerą tuż przed odjazdem. Duże środki ostrożności dają do myślenia. Jednak mimo to na drodze permanentnie nic się nie dzieje i szczęśliwie docieramy do San Cristobal de las Casas. 
Miasteczko jest zdecydowanie godne uwagi. Oprócz tradycyjnych jak w każdej średniej wielkości zabytkowej metropolii budynków, mamy tu do dyspozycji ogromny market z lokalnymi specjałami oraz plac pełen rękodzieła z całego Meksyku. Ludzie, pisząc o San Cristobal nie mogą się go nachwalić. Piszą przykładowo, że przyjechali tu na 3 dni, a zostali na 3 tygodnie. Albo że mieli zostać na 3 tygodnie, a zostali ma całe życie. Pędze z tłumaczeniem, skąd ten ewenement. San Cristobal po prostu żyję przez całą dobę. Pełno tu barów, restauracji, pizzerii, knajpek i wszelkiego innego wyszynku otwartego praktycznie non stop. Dlatego być może nie do końca podzielamy zdanie turystów, ponieważ na codzień mieszkamy w Krakowie, gdzie jest to norma. 
W San Cristobal spędzamy 3 dni. Miasteczko jest bazą wypadową do ogromnej ilości wycieczek. Pierwsza z nich zabiera nas do dwóch niewielkich wiosek w okolicy. W pierwszej- Zinacantan, chcą pokazać nam codzienne życie pozostałych przy życiu komun indiańskich, które na codzień zajmują się głównie tkaniem. Ich religia nadal nosi ślady tej wcześniejszej, sprzed krystianizacji. Tutejsi szamani potrafią uleczyć chorobę po rozpoznaniu jej źródła. A rozróżniają trzy rodzaje przypadłości: chorobę ciała, ducha lub alter – ego. Alter- ego to zwierzęcy prywatny duch, odpowiednik każdego człowieka, który żyje na niedalekiej świętej górze. Tak to zgodnie z naturą żyją ludzie z dawnych plemion w wiosce Zinacantan. 
Ale prawdziwy „kosmos” widzimy w kolejnym mieście- Chamula. Znajduje się tu chyba jeden z najsłynniejszych kościołów w Meksyku (oprócz oczywiście Guadelupe). Kościół Jana Baptysty poraża wręcz zderzeniem dwóch religii. 
Wchodzimy do strzelistego budynku, gdzie podłoga w całości pokryta jest igliwiem sosny. Podobno jednym z wierzeń jest, że będąc w kościele, stopy modlących nie powinny dotykać ziemi, żeby mieć lepszy kontakt z duchami, świętymi i Bogiem. Pod ścianami, wzdłuż obydwu ścian, aż do ołtarza ciągną się prawie naturalnej wielkości figury świętych. Ogromne i całkowicie przerażające. Dlaczego? A dlatego, że wszyscy święci są przedstawieni w taki sposób, w jaki przywieźli ich setki lat temu Hiszpanie. Są inni – bladzi, smutni, europejscy, ze złymi twarzami. Zamknięci w skalnych gablotach, niczym w trumnach. Żeby było choć trochę mniej obcy, przed złożeniem ich do trumiennych gablot, mieszkańcy obwiesili te postacie lusterkami, koralikami, wstążkami, aby choć trochę bardziej tu pasowali. Ale niestety- zabieg nie do końca się udał i jak dla mnie jeszcze bardziej mają mroczny nastrój. 
W kościele Jana Baptysty pali się tysiące świec. Grupa przybyłych modlących wybiera świętego, u którego będą prosić o wstawiennictwo. Pod wybraną figurą rozpala swój szpaler świec. Przynoszą Poch, Coca Cole i żywego koguta. Poch to specjalny trunek z kukurydzy, który służy do spełniania ofiar. Długo klęczą i modlą się całą rodziną. Piją Poch i Cole. Co do następnego elementu, nie jesteśmy z nim za bardzo zaznajomieni, ponieważ przyglądając się jedynie z kąta nie wszystko można zrozumieć. Pan domu łapie koguta za nogi i szepcząc modlitwy kreśli znaki na ciele swego najstarszego syna. Ceremonia poświęcona jest właśnie temu potomkowi. Odzywa się cichy dźwięk piszczałki mający przyzwać duchy. Sam kogut pozostaje w miarę spokojny, nawet gdy szybkim, prawie miłosiernym ruchem zostaje mu skręcony kark. Jego wyjątkowo długie pośmiertne drgawki wtórowały dopijaniu ostatnich porcji Pochu oraz znakom ponownie kreślonych martwym już kogucim ciałem. Jesteśmy tylko biernymi obserwatorami, nie nam oceniać tego typu obrzędy. Wiedzcie jednak, że w kościele Jana Baptysty panuje bezwzględny i bardzo przestrzegany zakaz fotografowania. Same koguty składane są w różnych intencjach- w celu wypędzenia zła, uleczenia, błogosławieństwa. Ich pośmiertne drgawki na wyłożonej zielenią posadzce ma długo zapadną mam w pamięci. 
Na ostatni dzień w San Cristobal wybieramy wycieczkę do Kanionu Sumidero, tak bardzo polecaną przez wszystkich obytych w temacie. Atrakcja bardzo turystyczna – w przydziałowych kapokach mkniemy 200 konną motorówką po kanionie. Co jakiś czas nasz przewodnik dobija do brzegu z okrzykiem „krokodilo!” i 30 par oczu zwraca się we wskazanym kierunku, aby ujrzeć to cudo. I rzeczywiście- krokodyli jest tu niemało. Na posterunku są nawet dwie zaobrączkowane małpki. Na ogromnej wręcz górze śmieci, z której czubka chciwie wyciągają małe łapki, licząc na ciastka, którymi radośnie karmią je turyści. To zaczyna być lekko makabryczne. Kanion jest piękny ze swoją ciekawą dla nas fauną i florą oraz formacjami skalnymi o wysokości ponad 200 m tuż nad nami. Jednak tony śmieci – wyrzuconych na brzeg, pływających i pewnie zatopionych, po raz kolejny utwierdza nas w przekonaniu, że Meksyk jest zanieczyszczony i nikt nie spieszy, żeby coś z tym zrobić. 
Kolejnym przystankiem w Chiapas jest miasto Palenque. Położone w samym sercu dżungli, jest całkowicie podzielone na strefę lokalną i turystyczną. Jest jednak pewna różnica- tutaj nie chcą nas zupełnie poza przynależną nam częścią. Ochroniarze lokalnych barów wręcz zgadzają nam drogę, nie dając złudzeń. Tutaj nikt nie jest dumny z turysty, który odważył się wyjść ze swojego sanktuarium. Niestety- Palenque odmówiła nam swej gościnności, dlatego decydujemy się na najważniejszą atrakcję – wycieczkę po ruinach i cudach wodnych. I jest to chyba najlepsza tego typu atrakcja, jaka spotkała nas w całym kraju. Najpierw odwiedzamy słynne Ruiny Palenque, położone w samym sercu dżungli. Mają same zalety- są dobrze zachowane, mają cudowną lokalizację i niewiele ludzi zwiedzających. W porównaniu z niezbyt lubianą przez nas Chitzen Itza, nie ma tu nachalnych wręcz sprzedawców wszystkiego. Następne dwa punkty wycieczki to prawdziwy wodny raj. Nasze zdjęcia marnie oddają ich urok. Ta część Meksyku słynie z kaskadowych wodospadów, które w połączeniu z roślinnością daje ten niezwykły efekt. Agua Azul i jego mniejszy krewny będą rajem dla wszystkich Was, którzy lubią pomoczyć się w przejrzystej, rwącej wodzie. Podziwiając oczywiście zapierające dech w piersiach widoki. 
Etap w stanie Chiapas był dosyć krótki, ale z pewnością bardzo intensywny. Niestety- coraz mocniej następujący nam na pięty czas nie pozwala zatrzymać się tu na dłużej. Pora wyruszyć do ostatniego etapu- stanu Quintana Roo, miasta Tulum oraz aby podjąć wyzwanie dotarcia do cypla Końca Świata- Punta Allen. 

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Ogromnie pozytywnym zaskoczeniem było odwiedzenie kościoła, położonego na wzgórzu nad San Cristobal. I bynajmniej nie chodzi tu o sam widok miasto, który zapewnia nie lada atrakcję. Najlepszą rzeczą z nim związaną było wykonanie „Ave Maria” w stylu meksykańskim, prawie przez el mariachi, w tym właśnie kościele. Warto przebyć tyle drogi, żeby to usłyszeć. 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Nawet będąc na Końcu Świata musicie pamiętać, że coraz więcej Polaków podróżuje i emigruje. Na jednej z wycieczek pewna Niemka, słysząc nasze rozmowy, przyłączyła się do konwersacji. Jej znajomość naszego języka mogłaby zawstydzić niejedną osobę. Warto więc uważać na dwie komentarze, mając na uwadze, że nawet Niemiec może przemówić ludzkim głosem.

Kategorie
Żeglarstwo

Krakowski Rejs roku 2018

Krakowski Rejs roku 2018

Zaczęło się od marzenia….

Potem były rozmowy, mnóstwo spotkań, kiedy pomysły przybierały konkretny kształt i wiele, wiele godzin pracy. To wszystko sprawiło, że udało się! W roku 2017 Fundacja 4 Kontynenty zorganizowała wyprawę ”Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców” – dwoma jachtami na daleką Arktykę.

Każdego dnia „ demolując” jachty za zgodą armatorów zbliżaliśmy się do naszego rejsu. 28 kwietnia 2017, podczas największej polskiej majówki „Fiku miku po Bałtyku” rozpoczęliśmy wielką przygodę, która trwała 165 dni. Pod wspólną banderą Fundacji 4 Kontynenty każdego dnia przemierzaliśmy mile do celu. Jachty na morzu i całodobowa praca logistyczna na lądzie umożliwiły organizację i sukces wyprawy. Nie wszystko poszło tak idealnie, jak chcieliśmy, jednak udało nam się osiągnąć wszystkie założone cele.

Przypomnijmy:

  • S/Y Bystrze dwukrotnie odbył podróż na Nordkapp
  • S/Y Sifu of Avon trzykrotnie docierał do granicy arktycznego lodu i jest jednym z nielicznych jachtów, który odbył udany rejs w wyjątkowych warunkach lodowych wokół Spitsbergenu.

Wyprawa w liczbach:

  • S/Y Sifu of Avon 7520 nM
  • S/Y Bystrze 6830 nM
  • Łącznie 14 350 nM
  • 29 etapów
  • 266 zalogantów
  • 165 dni żeglugi

Sukces wyprawy był możliwy dzięki zaangażowaniu wszystkich załóg, kapitanów, armatorów, sponsorom i osobom, które wspierały nas każdego dnia.

Sponsorzy 

  • Eljacht – firma dostarczyła nam ploter wraz z mapami elektronicznymi
  • Roteko – dzięki firmie Roteko mogliśmy przemieszczać się kajakiem wśród lodów
  • Hornet – producent sztormiaków 
  • Lemarto – firma dostarczyła nam słodycze dla załóg
  • Aqarius – otrzymaliśmy kamizelki ratunkowe 
  • Tekkanne – otrzymaliśmy herbaty na rejs 

Patronat medialny

  • Magazyn Żagle
  • Sail24.pl
  • Tawerna Skipperów 

Patronat nad wyprawą

  • Polski Związek Żeglarski
  • UM Trzebinia 

Nagroda Krakowski Rejs Roku 2018 którą otrzymała Fundacja 4 Kontynenty za organizację tej niezwykłej przygody jest Waszą nagrodą. Bo to dzięki Wam udało się zrealizować tak ambitny projekt.

Dziękujemy! Jeśli chcecie mieć pamiątkowe foto z nagrodą – zapraszamy. Prosimy Was o kontakt i zorganizujemy spotkanie na którym każdy z Was będzie mógł jeszcze raz poczuć się częścią wyprawy Arktyka 2017 „Śladami Ginących Lodowców”.

Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
www.4kontynenty.pl fundacja@4kontynenty.pl
tel 696914676

Kategorie
Trekking

Góry – Szlaki i My

Na zaproszenie klubu Góry – Szlaki, Fundacja 4 Kontynenty uczestniczyła w tegorocznym zlocie klubowym. Wspólną przygodę rozpoczęliśmy w piątkowe popołudnie, 23 lutego 2018. Na zlot, do schroniska SSM Rycerka – Kolonia, przyjechało 60 osób z różnych stron Polski.

„Królik” powitał nas i rozlokował w wieloosobowych pokojach. Ekipa gromadziła się w schronisku do późnego wieczora. Gdy już prawie wszyscy byliśmy na miejscu przyszła pora na górską integrację przy dźwiękach gitary, do późnych godzin wieczornych, a może wczesnych rannych…. W końcu jednak czas iść spać, spod drzwi słychać eskadrę przelatujących F16, czasem dołącza kilka Jumbo Jettów :)))

Plan dnia

Jak łatwo się domyślić, rano ciężko było oderwać się od poduszki, ale przecież góry na nas czekały! Po sowitym śniadaniu zebraliśmy się przed schroniskiem i wyruszyliśmy na szlak. Podzieliliśmy się na dwie ekipy. Jedna wybrała się na trasę Wielka Racza- Przegibek- schronisko SSM. Natomiast druga poszła trasą Przegibek- Rycerzowa- Przegibek- schronisko SSM.

„Grochu” w akcji

Punktualnie o godzinie 9:00 wyruszyliśmy spod schroniska na szlak, podążając za „Grochem”. To On opracował trasę i prowadził nas zimową drogą. Towarzyszyła nam zmienna pogoda i niezmiennie dobry humor, który sprawiał, że było przyjemnie i wesoło. Niebo wprawdzie zachmurzone, ale dające nadzieję na fajne widoki.

Pierwszy etap naszej wędrówki przebiegł dość szybko, dotarliśmy do schroniska na Przegibku, gdzie zrobiliśmy krótką przerwę na drugie śniadania. Zaczęło lekko wiać i sypać śniegiem. Rozgrzani pozytywnymi emocjami wyruszyliśmy na kolejną część trasy, czerwonym szlakiem w kierunku Rycerzowej. Przedzierając się krok po kroku przez śnieg po kolana dążyliśmy ku szczytowi, mijając po drodze turystów i skitourowców. Czuliśmy na dłoniach jak spada temperatura, śniegu było coraz więcej. Benia trzymała dość szybkie tempo, więc nasza trasa szybko mijała. Po drodze tylko mały przystanek na kanapkę i dalej w drogę. Cały czas towarzyszyła nam piękna zimowa sceneria. Kilka fotek, aby zapamiętać te widoki i krok po kroku, coraz wyżej nad poziom morza. Po około godzinie i 40 minutach dotarliśmy do szczytu Rycerzowej. Ku naszej radości słońce spojrzało na nas zza chmur. Teraz do bacówki na Rycerskiej gdzie oczekiwała na nas reszta ekipy. Zejście do bacówki nie było łatwe, nasze stopy zapadały się głęboko w śniegu, było bardzo zimno, a wiatr rozwiewał się coraz bardziej. Dotarliśmy do bacówki na krótki posiłek regeneracyjny.

Kijki w dłonie i ruszamy.

Wygląda na to, że żarty się skończyły i przyjdzie nam zmierzyć się z szalejącą zimą. Wiatr wieje nam prosto w twarz, sypiący śnieg to już prawdziwa śnieżyca, momentami osoba przed nami znika i pojawia się jak duch. Agzi poprowadziła nas niebieskim szlakiem prosto na Przegibek.

Mijamy wiele połamanych drzew, na szlaku mnóstwo śniegu. Raz w górę raz w dół podążamy do celu, tempo kosmiczne. Agnieszka tak się rozpędziła, że można było za nią wręcz biec. Pierwszy raz myślałem że wyzionę ducha na szlaku. Momentami zadawałem sobie pytanie: gdzie ona tak pędzi, może jest głodna i chce szybko zjeść obiad? Szybko docieramy do schroniska na Przegibku, gdzie spotykamy drugą grupę – tę, która wybrała drogę przez Wielką Raczę. Zamawiamy pierogi, zasiadamy do stołu i dzielimy się swoimi wrażeniami ze szlaku.

Za oknem śnieżyca, mróz i wiatr…..

Powrót do schroniska przyniósł nam prawdziwie ekstremalne warunki. Wiatr prosto w twarz, temperatura spadająca z minuty na minutę i śnieg zdmuchiwany z drzew uprzykrzały nam drogę. Na szlaku pojawiły się oblodzenia, momentami było bardzo, bardzo ślisko. Trzymając się w grupie szybko schodziliśmy w dół, gdzie czekało nas zaskoczenie – drogi całkiem zniknęły, był tylko świst lodowatego wiatru, mróz i my.

Krótko po godzinie 18 byliśmy już w schronisku, kończąc nasz zimowy trekking.

Wieczorną porą odbyła prezentacja wyprawy na Kamczatkę autorstwa Joli. Warto było wysłuchać tej opowieści. Pełna emocji i wrażeń przygoda. Gratulacje za profesjonalne przygotowanie.

Czy warto było ?

Każde spotkanie z nowymi ludźmi przynosi bardzo wiele sympatycznych chwil. Wymiana doświadczeń, opowieści sprawiają, że wiemy coraz więcej, o górach, świecie, o sobie…

Okazuje się, że są tu prawdziwi zapaleńcy, zakochani w górach, którzy każdy wolny czas przeznaczają na swoją pasję. Jesteśmy pełni podziwu dla tych ambitnych ludzi, którym nieobce są nawet Himalaje, a trekking tam, to prawdziwe wyzwanie. Grupa ma wielu aktywnych członków i wciąż się rozwija. Nieformalny klub ludzi pełnych pasji to gwarancja sukcesu.

Wszystkim naszym nowym i mniej nowym znajomym dziękujemy ze wspólnie spędzone radosne chwile. Warto było pobyć z Wami przez weekend. Niedługo zaprosimy Was do nas:)

Szczególne podziękowania dla „Królika” i „Groszka” za organizację.

Mariusz Noworól

Kategorie
Blog

Wybrzeże Pacyfiku

Przystanek pierwszy- Zipolite. Największa ostoja współczesnych hippiesów wraz z najsłynniejszą plażą nudystów w Meksyku. Żeby to dotrzeć, z Pochutli należy skorzystać z kolejnego dziwnego transportu- pickupa przystosowanego do przewozu ludzi. Trzęsący, rozklekotany, ale całkiem przewiewny, co w tych upalnych warunkach jest zdecydowanie na miejscu. 
Zipolite jest tak małe, że ciężko nawet dostrzeć go na mapie. W 10 minut jesteś na obrzeżu. I koniec. Ludzi tu przybywających podzieliliśmy umownie na dwie grupy. Pierwsza to napływowa rzesza turystów, w tym ci, którzy mieszkają w jedynym w mieście hotelu z basenem, oraz wszyscy ci, którzy bardziej przyjechali popatrzeć, cóż tu się dzieje i skąd ten fenomen. Druga grupa to ludzie, którzy zdają się doskonale wiedzieć, czego chcą i po co tu przybyli. Obejmuje ona osoby w każdym wieku- zarośniętych, z dreadami, obwieszonych masą biżuterii w szamańskim stylu, zrobioną z darów morza i ziemi. I obowiązkowo – bosych. Tu,  aby poczuć się częścią społeczności musisz zrzucić wszelkie obuwie. Za opłatę równa pokojowi w hostelu wynajmujemy nasz własny domek na plaży. Zbity z przypadkowych, średnio pasujących do siebie desek, z dachem z liści palmowych.
W pierwszy dzień chcemy poznać uroki tego miejsca. Niestety, trochę za bardzo zaufaliśmy tutejszej społeczności. Daliśmy się wciągnąć w uliczne tańce z lokalsami przed jedynym sklepem (i jednocześnie barem) z piwem. Byliśmy zahipnotyzowani podrygami w rytmie mambo boso na chodnikach, że nie zauważyliśmy, jak nasz największy „przyjaciel” przywłaszcza sobie jeden z naszych mini plecaków. Taki sobie „przyjaciel” w postaci 50- letniego, nadmiernie wyluzowanego pana, któremu bardzo imponował fakt, że jesteśmy z Polski. Na szczęście w porę spostrzegliśmy, jak delikwent raźnie zarzuca plecak na siebie i prawie że tanecznym krokiem powoli się oddala. Cóż robić- wewnątrz połowa dokumentów i trochę elektroniki- trzeba było działać. Lekka przepychanka, awantura i rzeczy ponownie są w naszym posiadaniu. Lokalni znajomi wydają się całym zajściem nieporuszeni. Jednak nic bardziej mylnego- właścicielka lokalu- Christina tłumaczy, że pan więcej nie będzie nas niepokoił. Dzięki temu doświadczeniu, oprócz poznania się na własnej głupocie, dowiadujemy się, jak działa tutejsze prawo. Brak policji w tak małej osadzie to rzecz oczywista. Poza tym Zipolite słynie również z marihuany, którą w różnej formie można tu nabyć pewnie wszędzie i za bezcen. Dla Waszej wiadomości- w Meksyku jest ona także towarem nielegalnym. Dlatego, dla społeczności, która przymyka oko na zamiłowanie turystów do takich specyfików, policja byłaby zdecydowanie nie na rękę. W związku z tym mieszkańcy sami muszą radzić sobie z osobami, które zagrażają biznesowi turystycznemu. Samosąd, jak śmiało można to określić, sprawił że nasz złodziej zniknął z ulicy a wraz z tym faktem pojawił się tajemniczy uśmiech Christiny i zapewnienie, że będzie ok.
W Zipolite czas płynie powoli- pory roku przechodzą praktycznie niezauważalnie ze względu na specyfikę klimatu. Ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają, a niektórzy nie mogąc znieść rozstania – po prostu zostają. Jak wspomniana wcześniej Christina, która jest Włoszką, a jej pobyt- wraz z założeniem własnego biznesu- przeciąga się już o ponad rok. Tak samo nam, nie wiadomo jak szybko przeleciały nam 3 dni w Zipolite.
Jeszcze w San Jose poznajemy parę Meksykanów, którzy opisują nam pewne miejsce, wydające się być rajem. Poznajemy od nich zaledwie kilka szczegółów- że jest to laguna, która słynie z bioiluminescencji. Że to miejsce, gdzie mieszkają najbardziej czarni Meksykanie. Że trudno tam dotrzeć, trzeba się przesiadać, wielokrotnie zmieniając środek transportu, łącznie z łódką. Że jest gdzieś tam (tu nastąpił wielce mówiący ruch ręką w dowolnym kierunku), za Puerto Escondido. I najważniejsze- że nazywa się Chacahua.
Cóż było robić- internet milczy na temat tego miejsca. Zostawić Zipolite i nasz domek na palach, czy znowu spakować dobytek i ruszyć tym razem w prawdziwe nieznane, o którym tylko się zasłyszało i którego nie było w planach? Decyzja podejmuje się sama, ręce bezwiednie spakowały już to nic, co jest w naszym posiadaniu, a nogi we własnym zakresie sprowadziły nas w dół, z naszej cabani.
Dotarcie do Laguna de Chacahua to wyzwanie na cały dzień- 6 razy zmieniamy środki transportu, i rzeczywiście- 5 z kolei to łódka, wiodącą wśród krokodylich namorzyn, do części całkowicie odciętej od stałego lądu. Gdy wreszcie docieramy na miejsce i wysiadamy z ostatniego już pickupa, brakuje nam słów. Tu czas zatrzymał się na oko jakieś 200 lat temu. Z jedyną tylko różnicą, że do wioski ktoś kiedyś wspaniałomyślnie doprowadził prąd. Droga, w firmie pylącego się klepiska prowadzi przez kilkukilometrową wieś, meandrując pomiędzy niziutkimi domkami z desek, trzciny i liści palmowych. Droga kluczy, ponieważ domki stały tam zapewne długo przed nią, w zabudowie swobodnie rozproszonej. Bardzo rozproszonej. Upodobania budowlane mieszkańców są specyficzne. W małej chacie z klepiskiem, miejsce jest jedynie na wspólną sypialnię oraz oddzieloną łazienkę. Pozostałe czynności, jak gotowanie, pranie, i inne obowiązki, łącznie z przymusowym nic-nie-robieniem na hamaku- wykonywane jest na osłoniętym jedyne lichym dachem terenie bezpośrednio przed domem. Z nogami wyciągniętymi na wspomnianą krętą drogę. 
Udaje nam się odnaleźć polecany nocleg. Cabańas „el piojo” położone są na samej plaży. Pacyfik, swymi zdecydowanie niespokojnymi, wzburzonymi falami wita nas ponownie. Pani gospodyni proponuje nam „luksusowy” domek z łazienką. Ta część łazienkowa to przegroda w rogu, ułożona z bloczków betonowych do wysokości klatki piersiowej, przywodząca na myśl aranżację więzienną. W związku z tym, nie tylko z oszczędności, wybieramy wersję ekonomiczną, że wspólną łazienką za niecałe 27 zł za parę za noc. 
Tego wieczora cała wieś aż huczy od przygotowań. Kobiety stroją się, mężczyźni chodzą wybitnie czymś zaabsorbowani. Nie wiedząc, co się dzieje- rozpytujemy. Przy okazji dowiadujemy się lokalnej ciekawostki geograficznej. Chacahua podzielona jest na dwie części rzeką wpływającą z laguny. I na drugą stronę trzeba płynąć łódką. A co jest tej nocy na przeciwległym brzegu? W końcu, primo, jest środa, czyli mały weekendzik. A secundo, święto miłości, 14 lutego, walentynki. Nie pozostało nam nic innego, jak wziąć miejsce na łódce i niczym na skrzydłach miłości mknąć ku nieznanemu brzegowi. Jest już dobrze po zmroku. Podróż niewielką łódeczką pod rozgwieżdżonym niebem, tuż przy ujściu rzeki do oceanu to rzecz niezapomniana. A po drugiej stronie same dziwy. Więcej murowanych budynków, to pierwsza zauważalna zmiana. I druga – coś o czym słyszeliśmy, ale nie przywiązywaliśmy uwagi w natłoku informacji- tutaj mieszkańcy są na prawdę czarni. Ich skóra przypomina kolor rodowitych afrykańczyków. I tak właśnie, jako jedyni ludzie o bladej twarzy, wraz z rzeką tłumu niosącą nas z nabrzeża, docieramy do epicentrum całego zamieszania- na betonowe boisko. To tam – po uiszczeniu niewielkiej opłaty wejściowej można wyszaleć się na całonocnej potańcówce z okazji walentynek. Czujemy się lekko zdezorientowani i zagubieni. Jednak po zjedzeniu lokalnego taco z czyjegoś ogródka, kilku małych odświeżających piwkach oraz oddtańczeniu kilku bardzo latynoskich tańców, odzyskujemy werwę. Lokalsom chyba podoba się nasza obecność, ponieważ darzą nas swym zainteresowaniem a co odważniejsi chcą z nami porozmawiać. Impreza trwa w najlepsze, piwo leje się litrami, a bawiący się coraz bardziej zabiegają o naszą uwagę. Atmosfera staje się coraz gęstsza. Dlatego wycofujemy się, nie chcąc się narażać. Zupełnym rzutem na taśmę wpadamy na właśnie odpływającą łódkę i szczęśliwie wracamy na naszą stronę. A tam- kilku turystów ze znudzeniem sączy kolejne drinki. Żyją w totalnej nieświadomości, ile przygód i wrażeń jest praktycznie na wyciągnięcie ręki- trzeba jedynie wykonać mały krok w ciemność, z własnej strefy komfortu i bezpieczeństwa i przekroczyć rzekę. 
Dni mijają nam leniwie na próbach przetrwania ogromnych upałów. Drugiego wieczora, kierując się wyczulonym na lokalne rozrywki nosem- trafiamy pod jeden z trzech murowanych budynków w Chacahua- siedziby sołtysa. Na prześcieradle wyświetlany jest, tradycyjnie z meksykańskim dubbingiem- Hombre Araña (Spiderman). Dzieciaki wrzeszczą ze szczęścia, zjadając się specjałami lokalnej garkuchni, jak zwykle rozstawionej naprędce z byle czego, specjalnie na każde wydarzenie publicznie. Tym razem, z nowości nabyć można wielką prażynkę o wymiarach 15×25 cm, sowicie smarowaną majonezem, posypaną kapustą i pomidorami, polaną ostrymi sosami i chili. Skoro dzieciaki mogą o żyją- to my też. Nasze układy pokarmowe od 4 tygodni wiedzą, że to nie one tutaj rządzą i niech nawet nie żartują z jakimiś zatruciami. 
Następny dzień jest pełny emocji. Pierwszy raz próbujemy surfingu. Wypożyczamy deski i brniemy w ocean, czekając na najlepsze fale. Cóż- wychodzi nam dość mizerne, żeby nie powiedzieć, że totalnie beznadziejnie. Nawet jeżeli udaje nam się złapać falę, to powstanie do pozycji pionowej, na jadącej według mnie z prędkością światła desce, graniczy z niemożliwym. 
Za to pod wieczór mamy to, z czego słynie położony na styku 5 płyt tektonicznych Meksyk. Trzęsienie ziemi. Takie prawdziwe, 7.2 w 9 stopniowej skali Richtera. To nasz oficjalny pierwszy raz. Wszyscy rzucają się, będąc w różnym stopniu paniki w stronę plaży, aby być jak najdalej od zabudowań.  Cabañe trzęsą się na boki niczym galareta, a na ziemi praktycznie nie da się ustać. Jesteśmy chyba najbardziej spanikowanymi osobami, ponieważ dla lokalsów jest to całkiem normalne. My wybiegamy poza zabudowania dzięki przeszkoleniu, jakie w Ciudad de Mexico daje nam Ana, przy okazji zastanawiając się, czy ziemia zaraz nie rozstąpi się przed nami i nie wyjdzie z niej Pan Ciemności. A oni leniwie wychodzą spod dachu, martwiąc się jedynie o to, czy szklanka z mezcalem nie jest w polu rażenia. Oczekiwane przez nas tsunami, jako wyimaginowane przez nas następstwo trzęsienia, rodem z filmów katastroficznych nie nadchodzi jednak. Ale, pomimo tego pozornego bezpieczeństwa, znajdujemy się mniej niż 50 km od epicentrum trzęsienia. W konsekwencji tej anomalii elektryczność w całej wiosce, po obydwu stronach żegna się z nami na kolejne dni. Zapada prawdziwa, namacalna wręcz ciemność. Ale dobry Meksykanin to przygotowany Meksykanin. Kto ma- włącza pod wieczór generator. Kto nie ma- zapala świeczkę. Dla nas- obcych, wprowadza to nastrój. Dla nich- tutejszych, kilkudniowa przerwa w dostawie prądu zbywana jest przeciągłym westchnieniem. I oczywiście zapewnieniem, że maniana będzie ok. 
Ostatni dzień w raju. Chcąc zrobić coś nowego, pożyczamy od okolicznych mieszkańców kajaki. Przy użyciu struganych ręcznie z drewna palmowego wioseł, mkniemy w głąb laguny. Aby dodać sobie emocji, wpływamy w jeden z cienkich dopływów i już nawet nie wiosłujemy, a odpychamy się od korzeni drzew zanużonych w wodzie. Lasy namorzynowe to coś, czego u nas nie ma, a co zdecydowanie warto wielokrotnie zobaczyć.
Wieczorem wyruszamy jeszcze mała łódką na podbój bioiluminescencji. Na malutkiej jednostce płyniemy głęboko w lagunę. Tam właśnie najwięcej jest alg, które świecą przy każdym poruszeniu wody. Im więcej wody na raz jesteś w stanie wychlapać, tym lepszy efekt uzyskasz. Zgodnie z wytycznymi- efekty świetlne alg najlepiej oglądać w bezksiężycowe noce. Wyjazd na „połów” alg to zdecydowanie gra warta świeczki. 
Resztę czasu spędzamy w naszym „el piojo”. Przy jednym z plastikowych stolików zasiada towarzystwo przyjaciół właścicieli, rączc się trunkami i grając na gitarze. Przez chwilę słuchamy koncertu naszych własnych „el Mariachi”. A potem przypominamy sobie o zapomnianej mikro buteleczce polskiej wiśniówki, którą mamy na specjalną okazję. Ta okazja to właśnie dziś. Naszym rodzimym trunkiem hojnie częstujemy naszych już od tej chwili kompanów. Do późnych godzin nocnych dyskutujemy o tym i owym. 
Czasem natrafiamy w swoim życiu na takie miejsca. Na pewno każdy z Was przeżył taki moment, kiedy serce wyło z żalu a rozum wtórował mu myślą „Nie możesz stąd wyjechać. Składam weto, nie godzi się!”. Taką właśnie chwilę rozterki przeżywam, gdy musimy ruszać dalej. Ale, pomimo że ciężko, to przygoda musi trwać. I opowieść prowadzić należy do końca. A będzie o czym opowiadać, bo teraz zagłębiamy się w dżunglę i szamańskie obrzędy, gdzie nawet kogut składany w ofierze w kościele katolickim nie będzie dziwić. 

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Policja w Chacahua to zupełnie inna bajka, niż w Zipolite. Sołtys, który urzęduje we wspomnianym już budynku, którego ściana służy za kino, raz do roku wybiera 8 szczęśliwców, którzy pełnić będą funkcję policji obywatelskiej. Budynek zaopatrzony jest też w karcel, który za dom posłużyć może bezprawnym zwyrodnialcom.

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Zdecydowanie odradzam wszystkim dobrym chrześcijanom chowania przed trzęsieniem ziemi w kościele. Dom Pański to kolejny w Chacahua, wyliczony przez nas budynek murowany, który schronienie stanowi bardzo niebezpieczne. Widać na nim wiele spękań, co świadczy o fakcie, że natura nie oszczędza nawet przybytku Bożego. Pamiętajcie, że lepiej żeby na głowę spadło Wam kilka palmowych liści z własnej strzechy, niż kilkutonowy blok betonowy. Bez względu na to ilukrotnie poświęcony. 
– Jeżeli będziecie nad meksykańskim Pacyfikiem, koniecznie zamówicie zupę „de marisco”. Zazwyczaj zawiera krewetki i inne owoce morza, oraz obowiązkowo całą rybę bez flaków. Kunszt polega na tym, że ogon wystawać ma ponad zwierciadło zupy. W przybytku, w którym ją zamówiliśmy była również opcja hamburgera z rybą, ale wizja ogona wystającego z sezamowej bułki nie wydała się nam kusząca. 
– Działania mające na celu odstraszene komarów są tu bardzo nowatorskie. Jednym z nich jest podpalenie kartonu po jajkach. Po rozżarzeniu dym jest tak okrutny, że odstrasza wszystkie żywe istoty, łącznie z ludźmi. Ale, tym samym- komary również.

Kategorie
Blog

Oaxaca – stan w Meksyku i stan ducha.

Do miasta Oaxaca przejeżdżamy z samego rana. Jest dużo przed wschodem słońca. Ponieważ nasz hostel otwarty będzie dopiero od 7, ponad 2 godziny spędzamy na dworcu, aby na wszelki wypadek się nie narażać. 
Miasto, przez dni naszego tam pobytu pokazuje nam swoje dwa zupełnie różne oblicza. Pierwsze z nich rozpoczyna się od wschodu słońca. Na ulicę wychodzą normalni ludzie pracy. Tutaj większość obywateli spożywa swoje śniadanie na mieście, dlatego aż roi się od kramów ze śniadaniowym wyszynkiem. Każdy podążający niespiesznie (w końcu to Meksyk) do pracy przystaje na chwilę przy swoim ulubionym sprzedawcy śniadaniowym. Powoli, ponieważ turyści na ulicę dopiero po 10. O tej godzinie zacznie się wielka walka o klienta, polegająca na zapraszaniu do sklepu i zachwalaniu swojego towaru. Taki stan rzeczy trwać będzie do popołudnia, kiedy Oaxaca zacznie przezbrajać się w swoje oblicze nocne. Miejsce porannych sprzedawców kanapek z kaszą zajmą sprzedawcy kukurydzy i esquites (zupy z ziarna kukurydzy). Na ulice wyjdą artyści i amatorzy łatwego zarobku. Będą wśród nich kuglarze, kabareciarze oraz różni uliczni grajkowie. Wśród nich dumni Mariachi, z których słynie cały kraj. Niestety, gdy chodzi i tych ostatnich- jeżeli słono nie zapłacisz, nie usłyszysz od nich nawet jednej nuty. Są chyba zbyt dumni, żeby grać za darmo, nawet jeżeli tym samym zrobiliby sobie reklamę. 
Odkrywamy kolejną tajemnice Meksyku- bez względu na region, środa jest zawsze dniem fiesty. Taki mały weekendzik. U nas mówi się „środa minie, tydzień zginie” a u nich po prostu się imprezuje. W mieście Oaxaca przykładowo, ponad połowa placu centralnego zamienia się w parkiet do tańczenia. Z ogromnych głośników rozbrzmiewa mambo, wiec wszyscy poruszają się w rytm muzyki. Zdecydowany prym wiodą emeryci, którzy elegancko ubrani tańczą dostojnie wraz ze swoimi pięknie wyszykowanymi partnerkami.
W końcu zostawiamy rzeczy w hostelu i idziemy zawiedzić miasto. A jest co zwiedzać i oglądać. Żeby zdobyć kalorie, zasiadamy przy obleganym kramie z ulicznym jedzeniem. Zajmujemy nasze ulubione miejsce na krawężniku i spożywamy tutejszą specjalność- tamale, czyli bułkę z kaszą, sosem i kurczakiem. Jedna porcja wystarcza spokojnie na naszą dwójkę. 
Ciekawa rzecz odnosi się do samych krawężników w Meksyku. Każdy jest inny, są chyba odlewane na miejscu. Dodatkowo potrafią mieć od 10 cm do 1 m wysokości. Jak się akurat ułoży. A siedzi się na nich przednio- im wyższy krawężnik, tym wygodniej. 
Miasto tradycyjnie podzielone jest na cześć turystyczną i lokalną. Staramy się ogarnąć jedną i drugą. W części turystycznej mamy do dyspozycji plac główny wraz z droższymi wyszynkami. Oraz chyba jeden z najbardziej złoconych kościołów w całym Meksyku. Na samym placu i licznych odchodzących od niego uliczkach znajdują się kramy pełne rękodzieła. Odnoszę wrażenie, że są to w większości rzeczy oryginalne, gdyż import chińszczyzny byłby nieopłacalny. 
W lokalnej części miasta znajdujemy ogromny market- tradycyjnie ze wszystkim. Wieczorem zjemy tutaj bardzo ciekawy posiłek pt. „za wszystko płać osobno”. Ale po kolei, dojdziemy i do tego. 
Oaxaca to stan słynący z Alebriche. Spieszę z wyjaśnieniem, co to takiego. To lokalne rękodzieło w postaci bajeczne kolorowych, skomplikokowanych figurek, przedstawiających zwierzęta i podobne im stworzenia. Alebriche z Oaxaca jest słynne na cały świat. Tak się składa, że dwie wioski, w których są one wytwarzane znajdują się w niewielkiej odległości od naszej lokalizacji. Wsiadamy w busa pełnego roześmianych lokalsów i jedziemy do jednej z nich- San Martin. Zostajemy wysadzeni na samym środku rozgrzanej drogi. I idziemy. Skwar leje się z nieba, pył wznosi się w powietrzu, małe iguany wyskakujące nam spod nóg chowają się w kaktusowych zaroślach. Docieramy do miasteczka rodem jak z westernów. W samym sercu karcel, czyli więzienie, zaraz obok coś na miarę lokalu gastronomicznego. I tyle. Wszystkie pozostałe usługi to warsztaty Alebriche. Figurek jest całe miliony, każdy wytwórca ma swój własny styl. Kunszt polega na tym, żeby wyrzeźbić figurkę ze specjalnego drewna, a cały warsztat przechodzi z pokolenia na pokolenie wraz z odziedziczonymi zdolnościami. Rozglądamy się po miasteczku i pora nam wracać. Wsiadamy do naszego ulubionego transportu, czyli trajki, który w tym przypadku nie wygląda jak hybryda złożona z różnych wehikułów. Jest to znacznie lepszy sposób, niż brnięcie w upale pieszo. 
Pod wieczór zjadamy się wspomnianym wcześniej obiadem, w samym centrum marketu. Sam zakup posiłku jest to sztuką. Podczas gdy obsługa wybiera dla Was stolik, chodzisz pomiędzy straganami z surowym mięsem. Jeżeli któraś buda lub towar się Wam spodoba- zamawiacie i wracacie na miejsce. Podchodzą kolejno: panie z warzywami (wybierasz, które chcesz); tortillą i napojami. W magiczny sposób wszystkie wybrane elementy składowe posiłku lądują na Waszym stole, wraz z kawałkiem grillowanego mięsa, przyniesionym przez 8 letniego kelnera. Później każdy ze sprzedawców upomina się o swoją dolę należną za posiłek. 
Drugiego dnia w Oaxaca wyjeżdżamy na całodzienną wycieczkę w celu poznania okolicznych atrakcji. Jego pierwsze oglądamy największe drzewo w Meksyku- Arbol de Tule. Obwód pnia to 45m a wysokość to 42m. Wiek drzewa szacowany jest nawet na 2000 lat. Gigantyczna roślina musi być ciągle nawadniana, ponieważ samodzielnie nie mogłaby egzystować. Drugim punktem jest tkalnia, w której w tradycyjny sposób wyrabiane są dywany, chodniki i inne produkty tekstylne. Dzięki prezentacji poznajemy metody powstawania samej włóczki ze skręconej oczyszczonej wełny oraz sposoby ich barwienia przy użyciu naturalnych składników. Wszystko tutaj, wliczając oczywiście sam proces tkania odbywa się bez użycia żadnej automatyki. Zwiedzamy również fabrykę Mezcalu, który chętnie pity jest w całym kraju. Tutaj z kolei możemy prześledzić cały proces produkcyjny. Od wypalania agaw zakopanych w dole z kamieniami, przez rozgniatanie ich na ogromnym kamiennym żarnie, aż po fermentację i destylację. Wszystko działa tu „na oko”, bo przewodnik zapytany o sposób utrzymania stałej temperatury destylacji, odpowiada „jak leci, to znaczy ze jest ok”. Dodatkowo- dla Waszej informacji- tequila jest rodzajem mezcalu, tylko wytwarzanym w stanie Tequila. Dokładnie taka sama sprawa, jak z Champagne. Dość marnym punktem są ruiny okolicznej świątyni i mauzoleum, które po zdobytych przez nas wcześniejszych doświadczeniach są po prostu mało atrakcyjne. I ostatni- ale chyba najpiękniejszy punkt- Hierve el Agua, czyli naturalne twory skalne, które swą fantastyczną formę zawdzięczają ciągłemu przepływowi wody z okolicznych źródeł. Ich położenie w samym centrum gór Sierra Madre daje razem piorunujące wrażenie. 
Tak kończy się nasz intensywny pobyt w stolicy stanu Oaxaca. Jest ona zdecydowanie punktem godnym polecenia dla każdego żądnego podróży człowieka. 
Kolejnego dnia przeżywamy ciężką przeprawę do samego środka gór- niewielkiej mieściny o nazwie San Jose del Pacifico. Zmieniamy odrobinę nasze preferencje dotyczące wyboru odwiedzanych miejsc. Kierujemy się trudnymi do odnalezienia ścieżkami podróżników szukających, jak górnolotnie twierdzą  „sensu życia”. Czyli kogoś na miarę nowoczesnych hippiesów, wiecznie będących w podróży, lub wieczne na te podróże oszczędzających.
I nie zawodzimy się, po raz kolejny mamy nosa i wielogodzinne przygotowania do podróży owocują w sukces. San Jose del Pacifico to jedno z tych miejsc, gdzie diabeł mówi dobranoc. Przy głównej ulicy 20 domów z blachodachówki. Dwa sklepy, kilka restauracji. I co najważniejsze- najlepszy widok na góry Sierra Sur. Aby tu dotrzeć- pokonać musicie ponad 3 gościnną trasę w busie, w którym oprócz kierowcy nie ma nikogo, kto czułby się dobrze. Droga jest tak kręta, że wszyscy są zieloni jak salsa habanero.
San Jose del Pacifico nie istnieje na portalach turystycznych. Nie zabookujecie żadnych noclegów, ani nic w tym rodzaju. Ale nie ma problemu- ktoś zawsze Wam pomoże. Nas przykładowo, niedługo po przybyciu, złapał pewien szalony długowłosy Meksykanin. Jego niewątpliwym urokiem był totalny brak miejsca na ciele na więcej tatuaży. Z braku tegoż miejsca nasz nowopoznany przewodnik wytatuowane miał nawet gałki oczne. Cóż, jak to dawniej było mawiane- „Nie to dobre, co dobre, a co się komu podoba”. Jednak dzięki tej znajomości odchodzimy od pierwotnego zamiaru noclegu w hostelu „Catelina” na poczet wynajęcia cabana w „El cumbre”. Cóż takiego można robić iz czego znane jest San Jose? Amatorzy szamańskich wizji przyjeżdżają tu z odległych zakątków na grzybki halucynogenne. W okresie naszego tu pobytu ilość turystów jest tu zdecydowanie licha. Dlaczego? Ponieważ teraz nie ma sezonu na wspomniane specyfiki. Jednak wszystkim Wam, Drodzy Czytelnicy- amatorom lub przeciwnikom halucynacji, hippiesów i podobnych komun- polecam przybyć tu i chwilę pochylić głowę nad zachodem słońca w górach Sierra Sur. Bo tutaj, w małej, przyklejonej do zboczy gór, zapomnianej przez Boga mieścinie- zatrzymał się czas. 

Drobne Ciekawostki Cieszą :
– Podczas jazdy powrotnej z San Jose przekonujemy się, że mezcal jest również wyrabiany poza fabrykami, na modłę naszego polskiego bimbru. Dowiadujemy się o tym, ponieważ nasz bus zapakowany jest kanistrami wypełnionymi ponad 200 l tego trunku, który na ostrych zakrętach wesoło jeździ po całej kabinie, podcinając nogi i odbijając się od podróżujących. 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Koniecznie spróbujcie smażonych koników polnych, sprzedawanych z wielkich worków na targu. Mają one dziwny, kwaśny smak. Wolę nie wiedzieć, skąd on się wziął, ponieważ do przyrządzania tego specyfiku nie używa się żadnych przypraw. Smak można złamać, przegryzając lekko gorzkawymi ziarnami kakaowca.
– Oaxaca pełna jest biur turystycznych, które oferują całodzienne wycieczki do okolicznych atrakcji. Jeśli jednak chcecie trochę przyoszczędzić, szukajcie biur nieco oddalonych od centrum. Różnica może wynosić nawet 30%.
– Podczas wspomnianej wycieczki zostaniecie zabrani do restauracji w stylu bufetu, gdzie za około 30 zł od osoby będziecie mogli jeść do woli. Nie zachowujcie się jak przysłowiowi Janusz i Grażyna na wakacjach, i nie zabierajcie tony kanapek dla oszczędności. 
– Będąc w Oaxaca chłońcie czekoladę wszystkimi zmysłami, ponieważ z tego właśnie słynie region. Można ją dostać jako ziarna, zmielone ziarna z dodatkiem cukru, w formie czekolady lub pysznego ciepłego napoju z mlekiem.

Kategorie
Blog

Ciudad de Mexico- stolica ludźmi płynąca.

Z lotniska odbierają nas Mauricio i Ana. Historia zbyt długa, żeby ją przytaczać, jednak dzięki mojemu kuzynowi i jego znajomościom tych dwoje wspaniałych ludzi zaproponowało nam gościnę. Obydwoje już nie pracują i przez kolejne dni poświęcają nam praktycznie cały swój czas. Porozumiewamy się w łamanych dwóch językach- hiszpańskim i angielskim. Ale dogadujemy się cudownie. W pierwszy dzień wyruszamy, aby poznać miasto. Jest niedziela, plac centralny pęka w szwach. Tuż przed główną katedrą swe tańce i obrzędy rytualne odprawiają indiańskie grupy artystyczne. Wszystko tu dzieje się chaotycznie, ale nikomu to nie przeszkadza. Gwarantuję Wam, że jeżeli kiedyś znajdziecie się na placu głównym Ciudad de Mexico, albo którejś drogowej arterii do niego prowadzącej, nie będziecie wiedzieć, w którą stronę patrzeć. Wszystko będzie na każdy dostępny sposób próbowało przyciągnąć Waszą uwagę, żeby tylko sypnąć jakimś groszem. Pierwszy dzień zachwytów kończymy grubo po 2 w nocy, ponieważ Mauricio i Ana goszczą nas fenomenalnym jadłem i napitkiem i nie możemy przestać wymieniać się spostrzeżeniami na temat różnic naszych krajów. 
Nasi hostowie mają cudowne podejście do życia. Wspaniale gotują, dużo zwiedzają i co mi się ogromnie podoba- większość elementów wystroju robią z własnych projektów. Czujemy się u nich jak w domu. 
Drugi dzień w Ciudad de Mexico obfituje w ogromną ilość nowości. Z samego rana wyjeżdżamy, aby zwiedzić Teotihuacan – najsłynniejsze w całym Meksyku ruiny dawnych cywilizacji. Dzięki opowieściom przewodnika dowiadujemy się, że pozostałości miasta nie należą do Azteków, Majów, ani żadnych innych. Teotihuacan to metropolia multikulturowa. W czasach swej świetności dawała schronienie tysiącom ludzi o przeróżnymi pochodzeniu. Była jednocześnie największym miastem epoki pre- kolimbijskiej. Ruiny tego pradawnego miasta całkowicie nas oczarowały. Zostały one odkopane dopiero na początku XX wieku. Teotihuacan, które widzimy w dzisiejszej formie zostało w znacznym stopniu zrekonstruowane. Posiada dwie wysokie piramidy- Słońca i Księżyca, na które możemy się wdrapać. Tysiące turystów czeka na swoją kolej, aby na własne oczy zobaczyć budowlaną potęgę zamierzchłych cywilizacji. Z czubka Piramidy Słońca rozpościera się wspaniały widok na okolicę. Nigdy nie zastanawiajcie się nad zwiedzaniem ruin Teotihuacan- według nas są one zdecydowanie bardziej warte zachodu niż Chichen Itza, a do tego ponad 3 razy tańsze. Podczas gdy wpisana na listę UNESCO Chichen Itza to kilka budowli, pod Ciudad de Mexico macie całe starożytne miasto. Nie możecie tego ominąć! 
Nasz następny punkt to cel pielgrzymek całego chrześcijańskiego świata. Guadelupe. No i Matka Boska z Guadelupe. Cały kompleks składa się z 4 kościołów.  Nowego- w którym znajduje się właściwy obraz, starego- wybudowanego w miejscu objawienia i dwóch tak na prawdę niewiadomo po co. Jeżeli nie czujesz uniesienia religijnego, miejsce nowej bazyliki nie będzie zachwycać. Jest po prostu całkowicie nowoczesny. Co warte uwagi, kościół jest tutaj równie skomercjalizowany, jak przykładowo w krakowskich Łagiewnikach. Dużą część kompleksu zajmują kramy z pamiątkami. Dodatkowo to wszystko, co zakupicie możecie poddać procesowi poświęcenia. I masz juz stoją własną świętą pamiątkę z Guadelupe.
Ostatnim, ale dla mnie ogromnie ważnym przystankiem tego dnia jest Torre Latinoamericana. Na pierwszy rzut oka to zwykły drapacz chmur, z zegarkiem i antenką na szczycie. Nic bardziej mylnego- gdy znajdziecie się już na 47 piętrze, będziecie wiedzieć, że pomyliliście się w osądzie. Z platformy rozpościera się widok warty przemierzenia tylu kilometrów. Widzimy oświetlone centrum miasta ze wszystkimi ulicami wjazdowymi i wyjazdowym. Widzimy góry, które tworzą dla tego miasta rodzaj wygodnego gniazda, w którego zagłębieniu powstało. Ze zboczy tych gór oraz z przesmyków pomiędzy nimi spływają, niczym lawa, światła okolicznych wiosek. Cześć z nich to już oficjalne dzielnice tego wielomilionowego miasta. Tutaj mówi się, że serce Ciudad de Mexico pożerane jest przez okoliczne wioski. Codziennie miliony ludzi z okolic przyjeżdża tu za pracą. To lekko dołujące, że często muszą spędzać w przeróżnych środkach transportu ponad 2 godziny w każdą stronę. Ten dzień pełen wrażeń kończymy właśnie tutaj- na urbanistycznym dachu gigantycznej stolicy Meksyku, w której codziennie przeżywane są osobiste telenowele dwudziestu milionów ludzi. 
Kolejny dzień rozpoczynamy od doświadczenia przejażdżki metrem. Wbrew wszelkim przeczuciom jest to teren bardzo bezpieczny a kilkanaście linii bez problemu dowiezie Was w prawie każde miejsce. Naszym celem jest muzeum antropologiczne- najsłynniejsze w całym kraju. Przed samym gmachem jesteśmy świadkami rytuału indiańskiego, który w dawnych czasach służył uzyskaniu przychylności bogów. 4 Indian opuszcza się na linach z wieży kręcącej się dookoła własnej osi w rytm muzyki z piszczałek. Spektakl wygląda zaskakująco. Jedyna różnica pomiędzy oryginałem to brak strzelania z łuku do wiszących, aby ich krew przy wykorzystaniu siły odśrodkowej rozbryzgana została po całej okolicy, zapewniając tym samym bogate plony. 
Samo muzeum jest ogromne. Aby dokładnie poznać kulturę i pochodzenie Indian musielibyście spędzić tu cały dzień. My jednak nie mamy tyle czasu. Po 3 godzinach wracamy do metra i naszych kochanych gospodarzy. Po oszałamiającym obiedzie ruszamy do ostatniego punktu wycieczki- dzielnicy Xochimilco. To miejsce, w którym odbywają się fiesty dla całych rodzin. A na czym to polega? Zbierasz tylu znajomych i członków rodziny, ile chcesz. Na miejscu wybierasz jedną z barko- łódek, o imieniu rodem z telenoweli, malowanej w ultra tandetne i odblaskowe emblematy. Barka posiada przeciwsłoneczne zadaszenie a pod nim ogromny stół i krzesła, mogące pomieścić około 20 osób. Na wyposażeniu pan z kijem, który steruje barką po ponad 80 kilometrach kanałów. I fiesta trwa. Na pokład wnosisz własne jedzenie, alkohol, muzykę, psy, koty i czego dusza zapragnie. I imprezujesz. Chcesz do łazienki lub coś ci się skończyło? Twój flisak dobija do odpowiedniego miejsca i już możesz zaczynać od nowa. Jeżeli nie masz potrzeby zejścia na ląd, jedzenie może przypłynąć do ciebie na jednej z mniejszych łódek. 
Ze względu na to, że czas wiecznie nas goni, w Xochimilco lądujemy pod sam wieczór. W środku tygodnia praktycznie nie ma tu ludzi, dlatego mamy jedynie przedsmak tego, co może dziać się tutaj w weekend. 
To już nasze ostatnie chwile w Ciudad de Mexico. Zostaliśmy tu wspaniale przyjęci przez Ane i Mauricia, zobaczyliśmy bardzo wiele i będziemy mieli co wspominać. Czas przenieść się w dziksze rejony- Oaxaca przywita nas z samego rana następnego dnia. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jak wygląda ta część Meksyku- zostańcie z nami do następnego wpisu. 

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Przemieściliśmy się jedynie około 1500 km na północny-zachód, a zmienił się nie tylko klimat, ale również sami mieszkańcy. Tutaj ludzie są w porównaniu z jukatańczykami znacznie wyżsi i jaśniejśi. Populacja Ciudad de Mexico jest mniej podobna do darwinowskiego przodka niż sąsiedzi ze wschodu. Dodatkowo wszyscy dotkliwie odczuwają tu „zimę”. Podczas gdy my, przy 25 stopniach chodzimy w krótkich spodniach i koszulkach, meksykanie zakładają kurtki puchowe i płaszcze. 
– W  Ciudad de Mexico panuje kult Jana Pawła II. Praktycznie przy każdym obiekcie sakralnym jest jego pomnik. Co ciekawe, że przez papieża, każdy meksykanin, który słyszy o naszym pochodzeniu kiwa porozumiewawczo głową, mając jako takie wyobrażenie, co to w ogóle jest ta Polska. Większość zdaje sobie nawet sprawę, że obecnie jest tam zimno. Najciekawszy napotkany przez nas pomnik papieża znajduje się przy Catedra Metropolitana, w samym sercu historycznej części miasta. Szata Karola Wojtyły przedstawiona została, jako złożona z tysięcy kluczy, obrazując w ten sposób, że Jan Paweł II posiada klucz do serca wszystkich mieszkańców Meksyku. 
– Korzystając z metra miejskiego, czujemy się trochę jak w innym świecie. Do zatłoczonych przedziałów, na każdym przystanku wsiadają kolejni spryciarze, chcący zarobić. Od żebraka, po sprzedawcę wszystkich możliwych rzeczy, jak słodycze, maści, śrubokręty i może do tapet. Każdy znajdzie coś dla siebie. Co ciekawe, metro nie posiada kół metalowych, tylko normalne, takie jak w samochodzie. Mówi się, że to po to, aby nie hałasowało aż tak bardzo, ponieważ spora część linii jeździ nad ziemią. 
– Historia Gringo. Pewnie wielu z was zastanawiała się, skąd ta nazwa. Wreszcie udało nam się posiąść tą tajemnicę i możemy się nią z Wami podzielić. W czasie wojny pomiędzy USA a Meksykiem, ci pierwsi nosili mundury w kolorze zielonym. Zielony to po angielsku „green”. Uciskani meksykanie skandowali „Green go”, czyli „Zieloni wynocha”. Z tego właśnie wyszło mam znane określenie Gringo, które do dziś używane jest w stosunku do mieszkańców kraju hamburgerów.

Dobre Rady Wujka Rafała
– Jak już zakupicie swoje precjoza w świątyni w Guadelupe, koniecznie musicie je poświęcić. Tuż przed bazyliką znajduje się budka z księdzem, który to dla Was zrobi. W normalnym przypadku ksiądz działa automatycznie- trochę jak robot z ramieniem do święcenia. Gdy duchowny nas zobaczył, postanowił chyba bardziej się postarać, albo ujrzał w nas wyjątkowych grzeszników. Wstał ze swojego krzesełka i oblał nas taką ilością wody święconej, że poczuliśmy się jakbyśmy przeszli ponowny chrzest, jak za danych czasów- w rzece. 
– Cieszcie się, że piłkę nożną oglądacie tylko w telewizji lub gracie w nią okazjonalnie na regułach europejskich. Indiańska piłka nie była piłką nożną, ale –biodrową, gdyż właśnie tą częścią ciała trzeba było ją odbić. Żeby wygrać mecz, należało posłać piłkę przez kamienne kółko z dziurką, coś jak duży bake rolls, znajdujący się na bocznej linii boiska. Zadanie bardzo trudne, jednak warto było się starać. Drużyna przegrana była zwyczajowo składana w ofierze. 
– Zamawiając taco, dobrze przemyśl, z czym masz zamiar je zjeść. Są tak na prawdę ze wszystkim. Najlepsze- z pastorem. Ale nie ma to nic wspólnego z kanibalizmem- to po prostu wieprzowina z kawałkami pieczonego ananasa. Z kolei uważajcie na taco z „tripa”- to nasze magiczne flaki, tym razem w formie smażonej. Lubisz? Weź dwa!