Stavanger i okolice miasta są dobrym miejscem aby wyruszyć a trekking po okolicznych fiordach
Fiordy na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj 19 czerwca nasza załoga zebrała się w porcie w Stavanger na jachcie SY Ciri. Wachta kambuzowa przygotowała pyszny obiad składający się ze schabowego, ziemniaków i mizerii Po obiedzie odbyliśmy szkolenie z bezpieczeństwa i obsługi jachtu. W ramach wieczornej aktywności przespacerowaliśmy się po mieście, które okazało się być bardzo urokliwe. W szczególności zachwyciły nas artystyczne murale widoczne na wielu budynkach i kręte uliczki starego miasta. Po spacerze zmęczeni poszliśmy spać, aby wypocząć przed pierwszym wypłynięciem.
Fiku Miku po Bałtyku, czyli czwarta edycja największej majówki pod żaglami na Morzu Bałtyckim z Fundacją 4 Kontynenty dobiegła końca. W tym roku żeglarze popłynęli do Szwecji, by uczcić 100 lat relacji dyplomatycznych Szwecji i Polski.
W majówkowy rejs żeglarze wypłynęli 27 kwietnia z Górek Zachodnich. Rejs trwał siedem dni i zaczął się w Narodowym Centrum Żeglarstwa AWFiS. Tu na 63 żeglarzy z różnych rejonów Polski czekało osiem jachtów, sprawdzonych już w poprzednich rejsach Fundacji 4 Kontynenty. Najpierw jednak odbyło się spotkanie żeglarzy z Januszem Maziaszem, kierownikiem bazy ratowniczej Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa w Górkach Zachodnich. Podczas spotkania Szef gdańskiego SAR przekazał żeglarzom wiele cennych rad dotyczących bezpieczeństwa na morzu. Poprosił, by żeglarze zanotowali sobie nr telefonu do SAR: +48 505 050 971.
Po spotkaniu były koncert i kolacja. Popularne szanty wyśpiewał i zagrał żeglarzom Grzegorz Tyszkiewicz. Kameralna sala pozwoliła docenić talent i niezwykły, mocny głos znanego wykonawcy. Po kolacji w tawernie NCZ AWFiS, wszyscy spotkali się na tarasie, by na tle mariny zrobić wspólne zdjęcie.
Punktualnie o godzinie ósmej wieczorem osiem jachtów Fundacji 4 Kontynenty wyruszyło z Górek Zachodnich i obrało kurs na Visby na Gotlandii. Bałtycki wicher nie był dla żeglarzy łaskawy. Już pierwszej nocy przywitał flotyllę deszczem, burzą i szkwałami, które na szczęście nie były długotrwałe i intensywne.. W kolejne dni Neptun okazał się łaskawszy. Pewnie dlatego, że spora część załogantów oddała za burtę należny hołd władcy mórz. Przyjazna atmosfera sprzyjała żegludze, a żeglarzom nie przeszkadzały nawet temperatura powietrza w okolicach 10st C i wiatr, który zdecydował się mocno wiać i napędzać nasze jachty.
W Visby powróciły zdrowie i humor. Był czas na odpoczynek, zwiedzanie i wspólną zabawę. To niewielkie, urokliwe, zadbane i czyste miasteczko o tradycjach hanzeatyckich posiada liczne zabytki: stare magazyny, spichlerze, ruiny kościołów, katedra i mur obronny. Ma bogatą i ciekawą, sięgającej X wieku historię, założonego przez średniowiecznych Wikingów miasteczka. W przeszłości miasto było świadkiem wydarzeń związanych z najazdami Duńczyków, Niemców oraz zwykłych piratów. Dziś Visby jest popularnym ośrodkiem turystycznym, chętnie odwiedzanym w letnim sezonie. Poza sezonem ruch jachtów w marinie jest zdecydowanie mniejszy, ale spotkanie załóg z Polski jest bardzo prawdopodobne. Sama Gotlandia jest również bardzo ciekawa, ale turyści znacznie rzadziej się zapuszczają w głąb wyspy. Pomocna tutaj może być wypożyczalnia rowerów, samochodów i motocykli. Wypożyczalnia znajduje się w recepcji mariny. Dwóch uczestników wyprawy skorzystało z tej możliwości, i po całodziennej wycieczce motocyklowej wrócili zachwyceni.
Po sprawdzeniu prognozy pogody i uważając na możliwe o tej porze roku sztormy, flotylla wyruszyła w dalszą podróż. Południowy wiatr ułatwił szybki przelot do wybrzeży kontynentalnej Szwecji. Następnie, jakby na zamówienie odwrócił się na południowo-zachodni, umożliwiając żeglugę w cieśninie kalmarskiej, między szwedzkim szkierowym wybrzeżem a Olandią. Po dobie żeglugi bajdewindem, a pod koniec na silnikach, wszystkie jachty pojawiły się przy kei w Kalmarze. Postój nie był zbyt długi, ponieważ program rejsu był mocno napięty. Nawet ten krótki czas pozwolił wypocząć – żeglarze zachwycali się komfortem i czystością portowej infrastruktury i uruchomioną specjalnie dla nich sauną – i zwiedzić starówkę oraz piękny zamek kalmarski, ważny element szwedzkiej historii i kultury. Twierdza w ciągu swojej wielowiekowej historii była wielokrotnie oblegana przez różne wojska. Warto odnotować, że w 1589 roku zamek kalmarski był zdobyty w przez wojska króla polskiego Zygmunta III Wazę. Rejs jednak miał podkreślić to, co łączy narody polski i szwedzki. Dlatego żeglarze włożyli specjalne, przygotowane na ten cel oficjalne koszulki rejsu, z symbolami podkreślającymi setną rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Szwecją.Stojące w marinie jachty odwiedziła przedstawicielki miasta Kalmar: Lindy Peterssonz Departamentu Zagranicznego, Elisabeth Heimark-Sjögren zastępca szefa Parlamentu Kalmar przekazały na ręce Mariusza Noworóla, Prezesa Fundacji 4 kontynenty, inicjatora i organizatora żeglarskiej majówki drobne upominki dla żeglarzy. W podziękowaniu za gościnę żeglarze podarowali miastu flagę Fundacji 4 Kontynenty, i jak sami podkreślali: – Kalmar skradło nasze serca, na pewno tu jeszcze wrócimy.
W drogę powrotną na Hel, wiatry sprzyjały żegludze. Szybki przelot na południową stronę Bałtyku trwał ok. 1,5 doby. W Helu jachty pojawiły się w sobotę rano. Czas załogom upłynął na odpoczynku i zwiedzaniu. Hel oferuje sporo atrakcji. Jest tu fokarium, latarnia morska, spacery, plaża i umocnienia wojenne. Wieczorne spotkanie w tawernie Kapitan Morgan, przy smacznej rybce i muzyce pełne było wrażeń i wspomnień kończącego się właśnie rejsu. Rozmowy, tańce i śpiewanie szant trwały do białego rana.
Rejs zakończył się 5 maja w Górkach Zachodnich, ale żeglarze już planują już następne rejsy i spotkania. Nawiązane kontakty i przyjaźnie na pewno zaowocują licznymi wyprawami, i może nie tylko żeglarskimi.
I tutaj dochodzimy do miejsca, gdzie koniecznie trzeba podziękować
– Fundacji 4 Kontynenty za organizację największej żeglarskiej majówki akwenu Morza Bałtyckiego
– sponsorowi firmie Porta KMI Poland
– ratownikom z SAR z Górek Zachodnich za szkolenie, śledzenie wyprawy i gotowość do niesienia pomocy,
– Grzegorzowi Tyszkiewiczowi za świetną zabawę na koncercie,
– Patronat medialny Miesięcznik Żagle
– Marszałkowi Województwa Dolnośląskiego
– Marszałkowi Województwa Małopolskiego
– Maciejowi Szafran który reprezentował Narodowe Centrum Żeglarstwa AWFiS
– Ambasadzie Królestwa Szwecji w Polsce – Pani Bratumiła Pettersson Koordynatorka ds. Komunikacji i Promocji Szwecji, Pani Konsul Magdalena Pramfelt
– Jolancie Murawskiej z Kancelarii Prezydenta Miasta Gdańsk
– kapitanom i załogom za świetną zabawę i promocję żeglugi na Morzu Bałtyckim
Flaga na maszt Bałtyk jest nasz, piękny i urokliwy. Jeszcze wciąż z nieznanymi lądami czekające na swoje odkrycie. „Nieznane lądy Bałtyku” to kolejna wakacyjna propozycja rejsu wzdłuż wybrzeży naszego Morza Bałtyckiego.
Planując rejs morski po raz pierwszy, należy wybrać akwen gwarantujący w miarę stabilną pogodę. Nic tak nie zniechęci do dalszych podróży po morzu jak stanie za kołem sterowym w strugach deszczu i zimnie. Akwen Morza Śródziemnego, Wyspy Kanaryjskie, Karaiby – z pewnością dostarczą nam niezapomnianych i ciepłych wrażeń. Pamiętajmy jednak, żeby wyznaczając termin rejsu wziąć pod uwagę lokalne wiatry występujące na danym akwenie w określonych porach roku. Sztorm nawet w najpiękniejszym egzotycznym porcie nie jest przyjemny.W wyborze idealnego miejsca na rodzinne wakacje pomogą nam specjalizujące się w organizacji rejsów firmy. Doświadczenie żeglarskie nie jest potrzebne. Możemy albo wyczarterować jacht ze skipperem – taka opcja sprawdzi się, gdy będziemy chcieli rozpocząć naszą żeglarską przygodę w towarzystwie przyjaciół i ich pociech i sami wybrać trasę, albo dopisać się do listy członków załogi rejsu organizowanego „od a do z” w określonym terminie i na konkretnej trasie.
Daleko jeszcze?
Na początek dobrze wybrać się w rejs typowo turystyczny, którego głównym założeniem jest relaks, a nie bicie rekordów w czasie spędzonym na morzu.Dzieci zazwyczaj nie lubią długich przelotów, dlatego trasę warto podzielić na krótsze odcinki. 4-5 godzin płynięcia non stop to maksymalny czas trwania etapu podróży, po którym powinna nastąpić przerwa – kąpiel na kotwicowisku, łowienie ryb, plażowanie, czy wejście do portu. Każdy taki przerywnik wprowadza życie na pokładzie, wymaga od dzieciaków aktywnego udziału w manewrach – choćby przy obsłudze odbijacza lub klarowaniu lin i daje możliwość sprawdzenia się. Nawet moja trójka pływająca od małego i zaprawiona w bojach po kilku godzinach w morzu zadaje pytanie: daleko jeszcze?Jeżeli dłuższy przelot jest konieczny- warto zaplanować go nocą, a dzień poświęcić na budowanie domków w piasku, kąpiele i inne przyjemności.
Tylko nie nuda…..
Może zdarzyć się, że dzieci mają już dość oglądania skaczących delfinów, wypatrywania statków, stania za kołem sterowym i zabaw linami. Do planowanego postoju zostało jeszcze trochę czasu, a one chciałyby zrobić „coś”. Rysowany dziennik podróży, gry karciane typu Uno, Doble, Piratatak, szanty – z pewnością umilą im chwile na jachcie, a nam zapewnią upragniony spokój. Na pocieszenie dodam, że już samo bujanie relaksuje. Dzięki temu ryzyko, że nasze pociechy w przypływie energii rozniosą jacht znacząco spada.
Co zabrać i w co się spakować?
Dzieciaki warto zaopatrzyć w lekką nieprzemakalną kurtkę i spodnie, ewentualnie kalosze. W czasie deszczu i tak będą siedziały pod pokładem – nikt nie lubi moknąć. Dobrze jest wziąć ze sobą ciepłą czapkę, aby osłonić uszy przed wiatrem, który nawet latem potrafi dać się we znaki, a także czołówkę – ułatwi poruszanie się po pokładzie w nocy, a w dzień np. zwiedzanie jaskiń. Śpiwory raczej nie będą potrzebne – na jachcie zazwyczaj jest pościel, a nawet ręczniki. Warto jednak przed podróżą potwierdzić to z czarterującym.Mówi się, że dobry kapitan w czasie sztormu pije w porcie piwo. Niezależnie od trafności tego stwierdzenia w czasie pływania może zaskoczyć nas silniejszy wiatr, czy wyższa fala. Dlatego dobrze jest mieć ze sobą coś na chorobę morską. W przypadku dzieci nieźle sprawdzają się plastry na chorobę lokomocyjną, popularne leki typu Aviomarin, wyjście na świeże powietrze albo sen.Oczywiście na chorobę morską możemy cierpieć także w porcie, gdy nic nie wieje – czego jestem żywym przykładem, ale takie przypadki zdarzają się rzadko i nie ma co brać ich pod uwagę.Niezależnie od tego, co zdecydujemy się ze sobą zabrać – należy się spakować w miękkie torby, które po rozpakowaniu można zwinąć i schować w bakiście. Twarde walizki na kółkach, chociaż wygodne w podróży, na jachcie nie sprawdzą się.
Bezpieczeństwo
Za bezpieczeństwo na jachcie odpowiedzialny jest kapitan. Ale to nie znaczy, że jesteśmy zwolnieni z obowiązku przestrzegania podstawowych zasad. Dzieci przebywające na pokładzie powinny być ubrane w pas ratunkowy, wyposażony w tzw. wąsy umożliwiające wpięcie się w osprzęt (aby nie wypaść za burtę). Przed rejsem warto dopytać jakiego rodzaju pasy ratunkowe znajdują się na jachcie – czy są to pasy pneumatyczne, czy korkowe. Pasy korkowe są mniej wygodne i w takiej sytuacji warto poprosić armatora, aby zapewnił zwykłą kamizelkę ratunkową dla dziecka i szelki.
Nawet przy pięknej pogodzie, podczas pływania, dzieci nie powinny opuszczać kokpitu. A jeśli już – bo akurat delfiny skaczą przed dziobem – wyłącznie w asyście osoby dorosłej.
Tu warto dodać, że koło sterowe także znajduje się w kokpicie. Przy lżejszych warunkach pogodowych spokojnie można pozwolić dziecku sterować, oczywiście pod kontrolą skipppera. Chociaż wszystko zależy od dziecka. Mój jedenastoletni syn nie ma problemu z utrzymaniem kursu nawet przy bardzo silnym wietrze. I to on zazwyczaj on jest prawą ręką kapitana w prowadzeniu jachtu, gdy ja choruję. Niebawem rusza ze swoim tatą w dwutygodniową wyprawę „Fiordy północy Sail & Trekking – dzieciaki w drodze na Nordkapp”.Czeka go prawdziwie męska przygoda. Rejs ojców z synami organizuje Fundacja 4 Kontynenty.
Rejsy morskie to dla mnie jeden z najcudowniejszych sposobów spędzania wolnego czasu z rodziną, zwiedzania, poznawania nowych ludzi, ich kuchni i zwyczajów. Dzieciaki po każdym wracają naładowane energią, szczęśliwe i od razu pytają, kiedy znów płyniemy. To wszystko jest w zasięgu ręki – wystarczy się odważyć.
Kapituła Śląskich Nagród Żeglarskich ogłosiła nominowanych w sześciu kategoriach. Nagrody zostaną ogłoszone podczas Gali Carbonów, która obędzie się w piątek, 29 marca wieczorem, podczas Festiwalu JachtFilm w Teatrze Ziemi Rybnickiej w Rybniku.
Celem nagród jest popularyzacja żeglarstwa i jego tradycji, uhonorowanie ważnych osiągnięć żeglarskich na Śląsku, kształtowanie i rozwijanie świadomości żeglarskiej i wyróżnienie dokonań w dziedzinie organizacji wydarzeń i wychowania wodnego dzieci i młodzieży.
Oto nominowani w poszczególnych kategoriach.
Kategoria I – Wyprawa/Rejs roku: • „Spitsbergen – Jan Mayen-Grenlandia-Islandia” – kpt. Marek Kapołka, organizator: JoinUs, jacht- s/y Join Us • „Zobaczyć Horn” – kpt. Andrzej Pochodaj – organizator Śląski Yacht Club przy Politechnice Śląskiej w Gliwicach, jacht s/y Selma • „Wyprawa na Grenlandię” – Kpt. Robert Przybysławski i Kpt. Krzysztof Popek, organizator: Ocean H2O Rybnik, jacht s/y JoinUs • „Rejs na 100 lecie Niepodległości – Wyprawa dookoła Wysp Brytyjskich 2018” – Kpt. Mariusz Noworól, organizator: Fundacja 4 Kontynenty, Jacht – s/y Jazon
Kategoria II – Regaty/ Wydarzenie Roku: • Rybnickie Regaty Żeglarskie 2018 – Rybnik, organizator TS Kuźnia Rybnik • XXIV Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży w Żeglarstwie „Śląskie 2018”, Goczałkowice – Pszczyna – organizator Śląska Federacja Sportu i Śląski Okręgowy Związek Żeglarski • Szancik – Festiwal Piosenki Żeglarskiej dla dzieci – Gliwice, Organizator Śląski Yacht Club
Kategoria III – Żeglarz Roku: • Mariusz Noworól – Yacht Club OPTY • Katarzyna Harc – TS Kuźnia Rybnik
Kategoria IV – Trener Roku: • Jacek Błaszczyk – Sekcja żeglarska TS Kuźnia, • Kamil Stęplowski – KW LOK GARLAND Gliwice,
Kategoria VI – Nagroda Specjalna: • KW LOK Garland Gliwice • Sekcja Żeglarska TS Kuźnia Rybnik • Andrzej Rosicki – Liga Morska i Rzeczna Gliwice
– Podobnie jak w poprzedniej edycji Carbonów, otrzymaliśmy sporo zgłoszeń. Świadczy o tym, że takie nagrody się przyjęły i wpisały na stałe do kalendarza śląskich wydarzeń żeglarskich – podsumowuje kpt Janusz Koper, przewodniczący Kapituły. – Wybór nominacji nie był łatwy, dlatego dziękuję bardzo szacownym członkom Kapituły za pracę i merytoryczny wkład w tegoroczną edycję Carbonów. W wielu przypadkach rozszerzyliśmy liczbę nominacji aby uhonorować warte tego osiągnięcia. Do zobaczenia na Gali w Teatrze Ziemi Rybnickiej 29 marca.
Nad całością Śląskich Nagród Żeglarskich czuwa Kapituła w składzie: • Przewodniczący Kapituły: Kpt. Janusz Koper – Wiceprezydent Rybnika • Marian Krupa – trener, Prezes Śląskiego OZŻ • Kpt. Szymon Kuczyński – wybitny samotniczy żeglarz oceaniczny
Oficjalna strona Śląskich Nagród Żeglarskich to www.slaskiezagle.pl gdzie można znaleźć wszystkie potrzebne informacje.
Pierwsza cześć rejsu „I love Norway” była poświęcona żegludze z dziećmi, przy okazji po raz kolejny przekroczyliśmy koło podbiegunowe. Drugi etap rejsu to już żeglarstwo i trekking po Lofotach dwoma jachtami. Daniel Kitel drugi raz z nami wędrował po dalekiej północy i podzielił się swoimi wrażeniami. My ze swojej strony już zapraszamy na kolejną edycję i „Love Norway 2019” szczegóły już niedługo.
Nasz dwutygodniowy żeglarsko-trekkingowy etap w kierunku Lofotów zaczęliśmy w Bodø. Na potrzeby rejsu zaangażowane zostały dwa jachty: s/y Faworyt i s/y Elektra. Po wylądowaniu w Bodø spotkaliśmy część ekipy, która przyleciała wcześniej – pojawili się na lotnisku by pomóc przenieść bagaże na łódki. Część z nas przywiozła ze sobą dodatkowy bagaż jedzenia z Polski – ceny żywności w Norwegii potrafią być dwukrotnie lub nawet trzykrotnie większe. Dodatkowe pary rąk do niesienia prowiantu okazały się zbawcze po długiej podróży z przesiadkami. Następnego dnia oddajemy cumy mając w planie dopłynąć do Lofotów. Kilka godzin po nas wypływa za nami s/y Elektra. Wpływając na coraz bardziej otwarte wody, bez osłony pobliskich wysp, odczuwamy coraz mocniejszy wiatr – i to w dodatku z zachodu, co przy naszym kursie dawało idealny ‘wmordewind’. W Planie było dopłynąć do Reine. Jednak wiatr przybierał na sile, podmuchy sięgały 35 węzłów a prognozy na następne godziny pokazywały jeszcze większy wiatr i deszcz.
W związku z tym zmieniliśmy kurs – na Kjerringøy. W porcie ciężko było o miejsce lecz w końcu cumujemy przy portowej ścianie nadbrzeżnej, która okazuje się najlepszą osłoną od wiatru. Ze względu na pływy konieczna była praca przy cumach co kilka godzin. Prognozy na dzień następny były jeszcze gorsze. Na morzu szalał regularny sztorm o sile 9B z niekorzystnym zachodnim wiatrem a temperatura odczuwalna to jakieś 8 st. Celsjusza. W związku z tym cały wtorek przeznaczyliśmy na zwiedzanie okolicy. W środę rano wiatr słabnie do 20 węzłów i wieje z NW. Czekamy na uspokojenie się martwej fali na morzu i po południu wypływamy dwoma jachtami w stronę Lofot – kurs na Reine. Stawiamy genuę i płynąc bajdewindem robimy 50 mil morskich. S/Y Faworyt pięknie się prowadzi ostrym bajdewindem – chwilami płyniemy 8 węzłów.
Lofoty witają nas spowite lekką mgłą, wiatr cichnie. W Reine cumujemy o 2 ‘w nocy’ – tej porze roku słońce nie chowa się za horyzont więc dzień panuje nieprzerwanie.
Czwartek przeznaczamy na zwiedzanie tej malowniczej miejscowości. Wszędzie czuć woń ryb rozchodzącą się od tzw. stockfish’y, których jest pełno na wyspie Moskenesøya. Rozpogodziło się na dobre!! Wykorzystujemy to i po śniadaniu wspinamy się z mozołem na Reinebringen. Tam na górze stoi się nad ponad 440 metrową przepaścią. Widok z góry na Reine, fjordy i łańcuch wysp wynagradza naszą dwugodzinną wspinaczkę – istny LandscapePorn!!!
Następnego dnia robimy krótki 10-cio milowy skok na następną wyspę Flakstadøya do miejscowości Nussfjord. Podczas żeglugi wieje nam słaby wiatr z NW. W Nussfjord spotykamy ekipę s/y Elektra, która zacumowała tu dzień wcześniej. Marina jest kameralna i posiada nietypowe klimatyczne muzeum, w którym znajdują się prysznice i sauna. Zwiedzamy okolicę, zgodnie z mapą mamy wiele ścieżek trekkingowych do wyboru – jednak same szlaki nie są dobrze oznakowane. Na szczęście nie musimy się spieszyć bo dziś, jutro, pojutrze… nie ściemni się – więc można trochę pobłądzić. S/Y Elektra odpływa w tym czasie do Reine.
Ranem obieramy kurs na Stamsund. Mamy do pokonania zaledwie 16 mil morskich, wiatr słaby i niezmiennie z NW, więc żeglujemy powoli pośpiechem się brzydząc… Udaje nam się złowić 3 dorodne dorsze, które szybko lądują na talerzu dzięki rezolutnej wachcie kambuzowej. Stamsund – kolejny port, kolejne miejsce do eksploracji! Zachęceni obrazkami z przewodnika wyruszamy na trekkingowy spacer. Chodzimy poniżej szczytów, robiąc zdjęcia okolicy. Jednak trudy całego dnia dają się we znaki dlatego robimy krótszą trasę by wrócić o północy na łódkę. S/Y Elektra przypływa do nas nad ranem.
Naszym kolejnym celem jest port w Svolvaer. Stawiamy wszystkie żagle i leniwie płyniemy półwiatrem. Gdy wiatr słabnie zrzucamy żagle i na silniku krążymy nad płytką wodą łapiąc kolejne dorsze – warto było taszczyć sprzęt wędkarski z Polski! Dopływamy do dużego Svolvaer – tutaj jest wiele tras do trekkingu i gór do wspinania. Nasza grupa wspina się na majestatyczne Floya.
Płyniemy dalej – czas na popularny Trollfjord – wąski fjord ze stromymi zboczami gór wznoszącymi po obu stronach.
Czas biegnie nieubłaganie a wszystko co dobre zbyt szybko się kończy. Płyniemy w stronę ostatniego naszego portu w Tromso gdzie na s/y Faworyt i Elektra czekają załogi następnego etapu. Dwa tygodnie to zdecydowanie za mało żeby zwiedzić region norweskich Lofotów z poziomu morza i lądu. Pozostaje naturalny niedosyt ale też motywacja by w przyszłości tam jeszcze wrócić. To był bardzo udany rejs! Zdecydowanie mogę teraz powiedzieć ‘I Love Norway !!’
W Varbergu deszcz przypomniał o sobie, trochę padło, trochę solidnie lało, ale były też bezdeszczowe chwile na zwiedzenie miasta i majestatycznej twierdzy na wzgórzu. XIV wieczna twierdza Varberg broniła kiedyś wybrzeża przed Duńczykami, potem służyła jako więzienie, a do dziś krążą legendy o niewyjaśnionych zdarzeniach i strachach w starym zamczysku. Nie spotkaliśmy tam białej damy ani błędnych rycerzy, mieliśmy za to okazję obserwować ze wzgórza manewry wielkiego promu, który dziobem wpływa prawie do mariny i wykonuje precyzyjny driffting ustawiając się we właściwym miejscu w porcie. Krajobraz już surowszy i skalisty, zapowiedź tego, co będziemy oglądać w najbliższych dniach. Postanowiliśmy wypłynąć rano, jednak rzęsisty deszcz nieco opóźnił nasze plany. Ruszyliśmy kiedy trochę się wypogodziło, jednak deszcz i silny wiatr dopadły nas niedługo po opuszczeniu portu. Chociaż przed burzą udało nam się uciec i pioruny widzieliśmy tylko daleko nad horyzontem. Mokre sztormiaki szybko jednak wyschły w promieniach słońca, wiatr zelżał i odkręcił się w idealnym dla nas kierunku. Spokojnie pożeglowaliśmy dalej w towarzystwie delfinów i fok, które co jakiś czas wynurzały się przy naszym jachcie. Na miejsce postoju wybraliśmy ukrytą wśród skał marinę Lerkil. Wybrzeże szkierowe zmusza do precyzyjnej żeglugi po bezpiecznie wytyczonej trasie. Maszty w marinie widzieliśmy długo, jednak trzeba było ominąć wszystkie skały broniące do niej dostępu, co wymagało zatoczenia sporego koła. Dobrze, że nie wchodziliśmy tam w nocy… choć pojęcie nocy na tej szerokości geograficznej nieco różni się od tego, które znamy z polskiego wybrzeża…
Helsinborg-Varberg. Rano wiatr zelżał i mogliśmy ruszać dalej Prognozy były korzystne, więc postanowiliśmy płynąć na wyspę Anholt. Wyszliśmy z portu w dobrych humorach, nie musimy już uciekać przed statkami i promami, zapowiada się miła żegluga. Obraliśmy kurs na północny zachód i tu niespodzianka – wiatr prosto w dziób…. Może się odkręci? Po 2 godzinach „orania pod wiatr” z prędkością około 1 kn nasze zdziwienie rosło… Sprawdziliśmy jeszcze raz wszystkie dostępne prognozy i nic – żadna, absolutnie żadna nic nie mówi o takim kierunku wiatru… Mamy prywatny, nielegalny wiatr? O odkrętce też nie ma mowy. Przeszliśmy najwęższe miejsce, postawiliśmy żagle i płynęliśmy najostrzej jak się dało. Marzenia o wyspie Anholt oddalały się coraz bardziej i w końcu zostały za lewą burtą. Tak czasem bywa, pogoda zawsze ma rację. Ale co będzie dalej? Kierunek wiatru zmienił nasze plany, ale płynęło się całkiem szybko, postanowiliśmy więc dopłynąć dość daleko, na wszelki wypadek, gdyby kolejne prognozy również się nie sprawdziły. Po dniu i nocy płynięcia pod wiatr, około 6 rano zacumowaliśmy w Varbergu.
Wszyscy czekaliśmy na zanurzenie w atmosferze Kopenhagi, zaplanowaliśmy na to dwa dni. Na kei przywitała nas Eliza i od razu zabrała na wieczorny spacer. Pięknie tu, ale żeglarzy bardziej niż miasto ciągnie żaglowiec, więc pierwsze kroki skierowaliśmy na zacumowanego w centrum Kapitana Borchardta. Stąd już blisko na Nyhavn, gdzie mogliśmy do woli upajać się atmosferą tego miejsca wpatrzeni w kolorowe fasady kamienic. Potem urocze uliczki i oświetlone place, późna kolacja… Następnego dnia zaczęliśmy od rana. Minęliśmy tłum turystów przy Małej Syrence i spacerowaliśmy ulicami miasta słuchając opowieści Elizy. W południe zmiana warty przed pałacem Amalienborg. Tym razem Królową można było spotkać w Jej rezydencji, co sygnalizowała duńska flaga na maszcie. Potem atrakcje turystyczne – katedry, ratusz, parlament, muzea, giełda… i urocze zaułki, przenoszące nas do bajek Andersena. Wspaniała architektura, pełna detali sprawia, że Kopenhaga spodoba się każdemu, ale my mieliśmy jeszcze opowieści Elizy. Dziękujemy za te wspaniałe dwa dni!!!!
Wieczór w Christianii dopełnił kopenhaską przygodę, ale nie opóźnił wypłynięcia, w końcu przed nami jeszcze sporo mil. Żeglowaliśmy z wiatrem, mijając statki i promy, ale prawdziwy ruch miał się dopiero zacząć. Na horyzoncie pokazał się zamek Hamleta w Helsingorze, ale tym razem go nie odwiedzimy. Postanowiliśmy, że przetniemy rutę statków i będziemy płynąć wzdłuż szwedzkiego brzegu. Zaczęło się robić ciekawie… sieci, jachty, statki, promy i do tego coraz silniejszy wiatr. Mieliśmy szczęście przecinając rutę, bo ruch był akurat niewielki, ale szybkie promy Helsingor-Helsingborg dostarczyły nam trochę emocji ciągle kursując przed naszym dziobem. Wiatr tężał, więc po minięciu linii promowej zacumowaliśmy w Helsingborgu.
Most w Falsterbo otwiera się o pełnych godzinach, ale tylko wtedy, gdy ktoś czeka na przejście. Trzeba być blisko i przechodzić szybko, dowiedzieliśmy się o tym o 6.10, kiedy chcieliśmy zachować się grzecznie i spokojnie poczekać na swoją kolej. Okazało się, że tam trzeba się spieszyć. Most zamknął się tuż przed naszym dziobem, więc wróciliśmy na nasze dawne miejsce i postanowiliśmy się wyspać. W tym czasie porządnie się rozwiało. Chyba Neptun usłyszał nasze prośby i postanowił dać nam jeszcze więcej. W silnym wietrze przeszliśmy pod mostem, z minuty na minutę wiatr tężał, więc postanowiliśmy stanąć w marinie. Nie tylko my podjęliśmy taką decyzję, Duch Morza już tam był i szybko pojawiły się kolejne jachty. Pomagaliśmy sobie nawzajem w cumowaniu i zawieraliśmy nowe znajomości. Brytyjczycy też wybierali się do Kopenhagi, widzieliśmy się jeszcze kilka razy…
Spacer po miasteczku, śledzenie prognozy pogody, poprawianie cum… tak minął nam dzień.
Wiatru już nie brakowało, do Kopenhagi płynęliśmy szybko. Droga dokładnie wyznaczona znakami nawigacyjnymi, bywa wąsko, coraz więcej jachtów. Majestatyczny most Kopenhaga-Malmo oglądamy po prawej burcie i zostawiamy za rufą. Teraz duże statki mijają nas jeden za drugim, a my płyniemy wzdłuż prawej krawędzi ich toru.
W Kopenhadze czeka na nas Eliza, planujemy zwiedzać z nią miasto, więc chcemy stanąć blisko Centrum, w wygodnym miejscu. Marina Langelinie jest dla nas idealna.
W Allinge nikomu się nie spieszy, turystów jeszcze niewielu, chociaż w miasteczku nie brakuje hoteli i domów wypoczynkowych zapraszających uroczymi podwórkami pełnymi kwiatów i stolików przy których kawa smakuje wyśmienicie. Poddaliśmy się spokojowi Bornholmu i spacerowaliśmy malowniczymi uliczkami i brzegiem morza podziwiając kamieniste plaże w świetle zachodzącego słońca. Wielkie namioty, rozstawiane wzdłuż brzegu zapowiadały jednak zmianę nastroju, Folkemodet 2018 sprawi, że będzie głośno i radośnie, oj będzie się działo….
Ale tego nie usłyszymy, pora ruszać w kierunku Kopenhagi. Wygraliśmy drogę „na skróty” – przez Falsterbo. Pogoda się nie zmieniła, znów jachting w słońcu, coraz bardziej tęskniliśmy za prawdziwym wiatrem. W spokojnym tempie dotarliśmy do Falserbo, most jednak był już zamknięty, więc musieliśmy czekać do rana, przycumowani do burty brytyjskiego jachtu.
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.