Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 – Za koło podbiegunowe do bram Arktyki Porta Sailing Team

I Love Norway 2019 – Za koło podbiegunowe do bram Arktyki

29.06.2019 r. po całonocnej podróży, o godzinie 8:00 wylądowaliśmy na lotnisku w Bergen. Pozostał nam już tylko zajęczy skok tramwajem, by znaleźć się w porcie, gdzie czekała już na nas załoga poprzedniego etapu „I love Norway” i s/y Ciri, która na nadchodzące półtora tygodnia miała stać się naszym domem. Norwegia przywitała nas słoneczną pogodą na lądzie, jednak Szanowny Pan Neptun miał wobec nas nieco inne plany. Po zwiedzeniu miasta, zdobyciu (kolejką) góry Floyen i solidnym posiłku, nadszedł nareszcie czas, by rozpocząć naszą przygodę. O godzinie 19:00 oddajemy cumy i ruszamy na północ do bram Arktyki, czyli równoleżnika 66°33’39” N. Kolejna doba minęła nam na żegludze w strugach nieustającego deszczu, w którym to żarliwie składaliśmy do morza „ofiary” Neptunowi, w modlitwie o odrobinę słońca.

30.06. o godzinie 21:00 dobijamy do Maloy znajdującego się na południowej stronie wyspy Vagsoy i będącego jednym z najważniejszych portów rybackich w regionie. Nieustający deszcz niestety pokrzyżował nam szyki i nie pozwolił nam zwiedzić Maloy Kystfort – zabytkowych fortyfikacji znajdujących się nieopodal portu. Postój uprzyjemniła nam jednak zupa z ryb złowionych przez kapitana Mietka Jakubowskiego, a dzieła dokonał rozśpiewany wieczór przy dźwiękach gitary, która jak się później okazało, lepiej pełniła funkcję perkusji, aniżeli instrumentu strunowego.

01.07. o godzinie 11:00 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Deszcz nie zamierzał przestać padać, a choroba morska postanowiła pozostać z nami na dłużej. Zaszczytu zmartwychwstania dostąpiła na szczęście, najbardziej dotknięta wczorajszą chorobą Bożenka – przesympatyczna załogantka, a zarazem jedyna dziewczyna w załodze, a co najważniejsze, od tej chwili samozwańczy kuk, co jak sądze bardzo odpowiadało pozostałym członkom załogi! Mimo odkręcających się relingów, zerwanego szota foka i braku nadziei na skrawek czystego nieba lub kilka promieni norweskiego słońca, które tak dobrze pamiętaliśmy z zeszłorocznej majowej wyprawy na Lofoty, płynęliśmy dalej, a wszystkie niedogodności wynagradzały nam przepiękne widoki rozpościerające się wokół nas.

02.07 o godzinie 6:30 docieramy do Alesund, w którym zabawiliśmy odrobinę dłużej. Mimo niezbyt zachęcającej do spacerów pogody, całą załogą udaliśmy się na wzgórze Aksla słynące (słusznie) z cudownych widoków i zwiedziliśmy okolice portu. Wieczorem Mariusz Noworól, czuwający z brzegu nad naszym bezpieczeństwem, poinformował nas o froncie znad północy, w centrum którego mieliśmy znaleźć się w godzinach, na które planowaliśmy wyjście w morze. Wiatr miał uderzyć z prędkością do 60kt, więc noc postanowiliśmy spędzić w porcie. Zasłużony skądinąd solidny sen na postoju, okazał się tej nocy nieunikniony.

03.07. o godzinie 04:00 z wiatrem i falami ruszamy na północ. Skok zaczyna się spokojnie, a piękno otaczających nas fiordów zapiera dech w piersiach. Po wyjściu w morze wiatr znacząco przybrał na sile. Na małej „gieni” jacht mknął z zawrotną dla niego prędkością 8,5kt niczym morski bolid F1, przyprawiając niektórych z nas o kolejną porcję wrażeń od naszych błędników. Gdy wiatr przybierał wciąż na sile, postanowiliśmy kontynuować podróż fiordami, do czego jednak skutecznie zniechęciły nas warunki, przy których wąskie przejścia między skałami stawały się pozornie jeszcze węższe. Awaria urządzenia sterowego, która w dużej mierze utrudniała manewrowanie Ciri i kolejne zerwane szoty nie ułatwiały sprawy. Problemem okazał się tego dnia również ploter na deku, do pokrowca którego zgodnie z prawem Murphy’ego dostała się woda i na jakiś czas po prostu odmówił pracy.

04.07. o godzinie 10:00 docieramy do Garten. Jakaś magiczna uzdrawiająca moc spłynęła na załogę jak remedium na wszystkie bolączki, a zza chmur jak zaczarowane, uśmiechęło się do nas słońce. Nareszcie! Dzięki życzliwości mieszkańców Tej urokliwej miejscowości szybko naprawiliśmy drobne usterki, rozwiesiliśmy przemoknięte ciuchy i po chwili już mogliśmy napawać się cudowną pogodą, obiadem przyrządzonym wreszcie poza kambuzem i zwiedzaniem tego malowniczego, spokojnego miejsca. Po krótkiej regeneracji, nadszedł czas by ruszyć dalej.

O godzinie 16:00 Ciri wyszła z portu w pięknym słońcu, przy spokojnym wietrze około 3B. Pogoda w końcu nam sprzyjała, co dało się zauważyć po uśmiechach rysujących się nieustannie na twarzach najedzonej, odzianej w suchą odzież załogi. Niestety około północy deszcz przypomniał sobie o naszym istnieniu, a wiatr znów zaczął przybierać na sile. Na nasze szczęście, Neptun znudzony już ofiarami, pomachał nam z uśmiechem na pożegnanie i pozwolił nam w pełnym zdrowiu kontynuować naszą podróż do bram Arktyki.

05.07. o godzinie 8:00 dotarliśmy do Rorvik. Niestety znów przemoknięci. Na lądzie czeka na nas jednak miła niespodzianka – gorący prysznic. Wiadomość o nim wzbudziła niemałe poruszenie wśród uczestników rejsu, co bardzo szybko zaowocowało hucznym szturmem załogi na sanitariaty portu! Rorvik był jednak tylko krótkim epizodem podróży. Po zwiedzeniu okolicy, zakupów w lokalnym markecie, naprawie zepsutej farelki (minutę po kupnie nowej) i przyrządzeniu gorącego posiłku o godzinie 17:00 znów pożegnaliśmy ląd, by choć trochę zbliżyć się jeszcze tego dnia do naszego celu.

Noc przebiegła bardzo spokojnie, choć nadal w deszczu. Wąskimi, pięknymi fiordami toczyliśmy się od brzegu do brzegu, niekończącą się halsówką w stronę Berg. Rano zrobiliśmy krótki postój na płytszej wodzie, w celu uzupełnienia zapasów dorsza i o 10:30 turystyczny palnik na kei w Berg, służył nam już za restauracyjną kuchnię, której szefem był znów sam kapitan Mietek. Restauracyjną, bo chyba każdy kto choć raz smażył rybę wprost z morza wie, że miano kuchni polowej bardzo urąga temu wyśmienitemu daniu.

Po spokojnym wieczorze i długim, całonocnym śnie, czas wziąć się do pracy. Mimo, że w niedzielę nie przystoi grzebać się w smarach, wymiana oleju w silniku, uzupełnienie uszczelek i naciągnięcie paska alternatora, to główne zadania tegoż poranka. Andrzej spisał się w nich na złoty medal! (My na srebrny – pomagaliśmy!) Janek z kolei postanowił dzień święty święcić i udał się do miasteczka na poszukiwania Norweskiej niewiasty, która to odwiedziła nas rowerem na pogawędki dzień wcześniej. Niestety – bezowocne.

07.07. o godzinie 11:00 z poczuciem pozostawienia na brzegu fiordu wielkiej historii miłosnej oddaliliśmy się powoli od Berg. Nadszedł czas, by skupić się na prawdziwym celu naszej wyprawy czyli przekroczeniu magicznego 66°33’39” N. Wiatr o sile ok 1B, prosto w dziób nie ułatwiał nam jednak zdobycia wyczekiwanego przez nas równoleżnika. Tym razem jednak, nikt z nas nie liczył godzin, a ilość przebytych mil w stosunku do odcinka pokonanego w linii prostej do celu, nie zaprzątała nikomu głowy. W suchych ubraniach, z całą załogą na deku, upajaliśmy się słońcem i pięknymi widokami, a odmierzanie czasu pozostawiliśmy ludziom z realnego świata.
Po ponad dobie „kręcenia się” w poprzek fiordów, stwierdziliśmy zgodnie, że o ile naprawdę koło podbiegunowe nieustannie przemieszcza się po kuli ziemskiej, to od nas zdecydowanie ucieka. Po kilku zwrotach i dokładnym zbadaniu kolejnych linii brzegowych, nadszedł czas na wędkowanie. Wędkowanie nietypowe, gdyż w towarzystwie ciekawskich delfinów skutecznie płoszących nam ryby. Nikt jednak nie miał im tego za złe. Te piękne ssaki przysparzały nam chyba o wiele więcej radości, niż kolejne złowione dorsze, a i tych kilka udało się chwycić na haczyki. Bez gazu w butli nie udałoby nam się niestety nic z nich przyrządzić, więc udaliśmy się na poszukiwania cywilizacji. Kapitan nakreślił na ploterze kurs na pobliski port Aldersund Brygger znajdujący się w As, a po krótkiej chwili naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Port ukryty w wąskim fiordzie otoczony wysokimi górami u podnóży których domki wydawały się być dosłownie zabawkowymi makietami. Myślę, że każdemu z nas dech w piersi zamarł na chwilę, na widok tego miejsca. Trudno uwierzyć, że znaleźliśmy się tam niemal przypadkiem.

08.07. o 16:30 dobiliśmy do kei tej pięknej przystani. Sielanka musiała się jednak w końcu zakończyć. Samoobsługowy dystrybutor paliwa był uszkodzony, punktu wymiany gazu brak. Na szczęście spożywczy sklep jeszcze przez chwilę był otwarty, więc przynajmniej kawa, pieczywo i kilka świeżych warzyw wylądowało tego dnia na pokładzie Ciri. Panowie nie zapomnieli również o zapasach na wieczór kapitański, w końcu „jesteśmy bogaci”.
pod owym sklepem napotkaliśmy dwójkę Polaków pracujących aktualnie w tej miejscowości. Rodacy byli bardzo pomocni i życzliwi. Obwieźli nas nawet autem po okolicznych miejscowościach w poszukiwaniu choćby otwartej stacji benzynowej jednak w tych rejonach o godzinie 17:00 można już zapomnieć o jakichkolwiek zakupach poza „spożywką”. Zjedliśmy więc to, co udało nam się upichcić na resztkach z turystycznej butli i ruszyliśmy na północ. W końcu od zdobycia koła dzieliło nas zaledwie kilka mil. Podróż przebiegała spokojnie, w dobrych nastrojach, ale we względnej ciszy. Chyba każdy z nas czuł, że zachwilę znajdziemy się u symbolicznych bram Arktyki. Nagle naszym oczom ukazał się przepiękny pomnik Kuli Ziemskiej na wyspie Vikingen, nieopodal Tonnes, symbolizujący właśnie nasz wyczekany cel. Po chwili z nawigacyjnej dał się słyszeć krzyk kapitana. „Dawać tu aparat, szybko do plotera! mamy to!”. Mimo, że woda pod nami była wciąż taka sama a brzeg nie obsypał się śniegiem, emocje w nas były ogromne. Myślę, że dla każdej osoby kochającej nie tylko żeglarstwoale szeroko pojęte podróże, ten symboliczny moment, przekroczenia koła podbiegunowego byłby ważnym przeżyciem.
Krótka chwila na zdjęcia, symboliczna lampka szampana, budyń – dla nas niczym królewski tort – tylko tyle i aż tyle pozostanie w nas bardzo mocnym wspomnieniem i tkwić będzie w każdym z nas do końca życia.
Po kilku chwilach wszystko wróciło do normy. Jedni poszli spać, inni pozostali na deku podziwiać uroki Norwegii. Ja siedziałem przez kolejne dwie wachty „wlepiony”
w skalne formacje na brzegach fiordów jak w telewizor i nie mogłem uwierzyć, że już jutro znajdziemy się w Bodo – ostatnim porcie naszego etapu „I love Norway”.

09.07. o godzinie 15:00 w gęstej mgle weszliśmy do Bodo. Tu nasza załoga właściwie skończyła swoją podróż. Pozostało nam tylko odnaleźć punkt wymiany gazu, przygotować jacht do przekazania naszym kolegom, którzy mieli pojawić się na nim już nazajutrz i spakować własne graty, co po udanym rejsie nigdy nie przychodzi z łatwością.
Wieczorem zasiedliśmy przy ostatniej na rejsie wspólnej kolacji, czyli wieczorze kapitańskim. Podczas sprzątania okazało się nawet, że mamy jeszcze czym celebrować nasze osiągnięcia. Kapitan Mieczysław jakubowski wygłosił kilka wzruszających słów, podsumował i przedstawił nam swoje spostrzeżenia, po czym uczciliśmy nasze wojaże jak należy. Jako, że w Polsce przywykliśmy celebrować przynajmniej do momentu, gdy robi się ciemno, tym razem nie łatwo było nam zakończyć ten wieczór, gdyż słońce w tym terminie nie ma w zwyczaju chować się za horyzontem w Bodo. Udaliśmy się więc na koncert lokalnego gitarzysty, do jednego z pobliskich barów, gdzie na prawdę poczuliśmy klimat tego wspaniałego, choć zupełnie innego niż nasz kraju.

Środa 10.07. przebiegała w ciszy. Energia, która towarzyszyła nam wszystkim do wczoraj, dziś jakby zgasła. Chyba każdy z nas mimo zmęczenia nie mógł uwierzyć w to, że już za chwilę znajdzie się w samolocie a rejs „Za koło podbiegunowe – do bram Arktyki” pozostanie tylko wspomnieniem już na zawsze. Sprzątanie jachtu, torby na kei, pamiątkowe zdjęcie, drobiazgi dla rodzin w lokalnym sklepie z pamiątkami, wspólny posiłek i spacer na lotnisko – tak szybko jak to powyżej opisałem, przebiegł ostatni dzień naszego niezapomnianego rejsu.
Mamy nadzieję, że nie po raz ostatni mogliśmy być gośćmi tych urokliwych jak i tajemniczych miejsc i doczekamy się w przyszłości wielu powrotów, bo dla takich chwil, miejsc i ludzi, warto czekać, podążać za tym i wracać.

Michał  Osyda

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty


Kategorie
Żeglarstwo

I Love Norway 2019 – relacja z fiordów.

Czy żeglarstwo to tylko woda, wiatr i fale ? Wielu z nas zadaje sobie to pytanie, jak można przygotować rejs tak aby był ciekawszy dla uczestnika. Fundacja 4 Kontynenty zorganizowała kolejną wyprawę „I Love Norway Sail & Trekking – Porta Sailing Team jachtem SY Ciri do ciekawych zakątków tego skandynawskiego kraju. Warto dodać, że uczestnikami rejsów Fundacji 4 Kontynenty są dzieci w wieku od 7 do 12 lat. Już niedługo młodzi adepci żeglarstwa wraz ze swoimi rodzicami wyruszą na „męski” etap „ Fiordy północy Sail & Trekking – dzieciaki w drodze na Nordkapp”. Zachęcamy do przeczytania tekstu z etapu „Fiordy na wyciągnięcie ręki” 

W drugiej połowie czerwca 2019 roku miałem sposobność po raz kolejny wziąć udział w wyprawie żeglarskiej organizowanej przez Fundację 4 Kontynenty, prowadząc jeden z etapów rejsu I Love Norway Sail & Trekking. Przypadło mi w udziale prowadzenie etapu „Fiordy na wyciągnięcie ręki”, ze Stavanger do Bergen. Trasa krótka, a czasu sporo – mieliśmy aż dziesięć dni. Trudno nie wykorzystać takiej sposobności! Wszak w tym rejonie wybrzeża Norwegii znajdują się jedne z najpiękniejszych fiordów i jedne z najciekawszych atrakcji przyrodniczych: wysoki, stromy klif Preikestolen, znajdujący się tuż przy brzegu pięknego fiordu Lysefjord oraz słynny język trolla, czyli Trolltunga – niezwykła, spektakularna formacja skalna w postaci wysuniętego „języka” o długości kilku metrów, wisząca na wysokości 700 metrów nad sztucznym, ale malowniczym jeziorem Ringedalsvatnet. Żelaznym punktem wyprawy był również lodowiec Folgefonna.

Skompletowanie załogi na tak atrakcyjny rejs nie było szczególnie trudne. Tym bardziej, że rejs w założeniu nie miał być specjalnym wyczynem żeglarskim. Przypominał raczej rejs mazurski albo chorwacki, tylko bez upałów, ale żeglowanie po spokojnej wodzie fiordów, nocowanie w portach (a raczej w cichych, klimatycznych przystaniach), osłonięcie od silnych wiatrów i wysokich fal sprawiały, że pod względem nautycznym rejs był raczej łatwy. Za to widoki z pokładu jachtu zapierały dech w piersiach. Strome skały wystające wprost z morza na wysokość ponad tysiąca metrów, chmury nisko żeglujące wśród stoków i szczytów górskich, majestatyczne lodowce, niezliczone potoki i wodospady… A jeśli chodzi o wycieczki górskie… Ale o tym może za chwilę. Najpierw przedstawmy jacht i załogę!

Dwunastometrowy jacht s/y Ciri miałem okazję już obejrzeć wcześniej, podczas majówki 4 Kontynentów „Fiku Miku po Bałtyku”. Jacht nie jest nowy, ale za to nowy jest armator. Jak to bywa w przypadku różnego rodzaju pojazdów, zmiana właściciela zwykle przynosi poprawę stanu technicznego. Tak było również w tym przypadku. Niedawno zakupiony przez armatora jacht został gruntownie wyremontowany i przygotowany do dalekich wypraw. Oczywiście nigdy nie jest tak, że na jachcie już wszystko jest zrobione i nie da się czegoś poprawić, więc armator uważnie wsłuchuje się w głosy kapitanów prowadzących Ciri i zapowiada dalsze zmiany. Moim zdaniem jacht jest godny zaufania. Każdy marynarz powinien kochać statki, a te na pewno mu się odwdzięczą.

Asia – doświadczona żeglarka, pełniła funkcję zastępcy kapitana i była moją prawą ręką na jachcie. Grzesiek i Krzysiek – wytrawni piechurzy górscy. Ich górskie doświadczenie przydało się całej ekipie. W załodze były też Klara, Kasia i Klaudyna. Trzeba podkreślić obecność dwóch dwunastolatek: Igi, córki Kasi, i Julki, mojej rodzonej córki. Dziewczyny dokazywały, do czego miały prawo z racji swojego młodego wieku. Ale ogólnie dawały radę, co trzeba zaakcentować zwłaszcza, że organizator rejsu, Fundacja 4 Kontynenty, szczególnie promuje udział dzieci w rejsach morskich.

Zgodnie z planem, przybyłem do Stavanger dzień przed rozpoczęciem naszego etapu rejsu. Grunt to dobra i przemyślana organizacja. Mogłem zapoznać się dokładnie z jachtem, by następnego dnia na spokojnie, formalnie przejąć dowodzenie jachtem. Poprzednia, czteroosobowa załoga ugościła mnie, a także Grześka i Krzyśka oraz Julkę, jak należy, po żeglarsku. Załoga Igora (notabenearmatora Ciri) ugościła nie tylko nas, ale też grupkę polskich żeglarzy mieszkających w Stavanger. Okazuje się, że polskie załogi mogą nie tylko spotkać w Norwegii żeglarzy-rodaków, ale w razie potrzeby liczyć na ich pomoc. Przekonaliśmy się o tym nie po raz pierwszy, i jak się szybko okazało pod koniec rejsu, nie po raz ostatni. Serdecznie pozdrawiamy polskich żeglarzy mieszkających w różnych zakątkach Norwegii!

Następnego dzień rano (29 czerwca) pożegnaliśmy poprzednią załogę, a wkrótce na miejsce przybyła moja ekipa. Zasztauowaliśmy przywieziony z Polski prowiant (wysokie ceny w Norwegii sprawiają, że warto zapłacić za dodatkowy bagaż w samolocie i większość zakupów zrobić w Polsce), a następnie przeprowadziliśmy szkolenie. Pozostał jeszcze czas na zwiedzanie urokliwego miasta.

Kolejnego dnia rano pożeglowaliśmy do portu Forsand, aby za radą miejscowych polskich żeglarzy właśnie w tym porcie zatankować jacht. Miejscowość leży u wejścia do ponoć najpiękniejszego norweskiego fiordu Lysefjorden. Stąd mieliśmy nadzieję wyruszyć na zwiedzanie Preikestolen. Okazało się, że jest to możliwe, ale dość kłopotliwe. Należało skorzystać ze szkolnego autobusu, bez gwarancji kursu powrotnego. Dlatego postanowiliśmy opuścić gościnny skądinąd porcik, by na chwilę wpłynąć do Lysefjorden i rzucić okiem na potężne skały wspinające się pionowo z wody na wysokość ponad tysiąca metrów. Fiord ciągnie się na odległość kilkudziesięciu mil morskich, dlatego nie zapuszczaliśmy się w głąb zatoki. Spotkanie ze stadkiem figlujących fok dostarczyło dodatkowych emocji. Z wód zatoki można podziwiać nie tylko Preikestolen, które znajduje się mniej więcej w połowie fiordu, ale również Kjeragbolten, czyli głaz wiszący na niewiarygodnej wysokości 900 metrów nad poziomem morza, zakleszczony między dwoma skałami. Ten cud natury miałem okazję zwiedzić rok wcześniej. Szkoda, że reszta załogi, z braku czasu, nie mogła tego zobaczyć na własne oczy. Jest więc powód, żeby tu jeszcze wrócić. Tymczasem my zawróciliśmy jacht do pobliskiego portu Tau, skąd następnego dnia wyruszyliśmy autobusem na początek trasy do Preikestolen.

Bilet autobusowy do Preikestolen nie jest tani. Jednak są rzeczy, które się nie opłacają, ale i tak warto je zrobić. Wszyscy jesteśmy miłośnikami pieszych wędrówek, dlatego perspektywa wspinaczki do słynnej skalnej ambony nie była dla nas przerażająca. Niestraszne były również przelotne deszcze. Liczne chmury co prawda czasem przysłaniały widoki, ale z drugiej strony dawały tajemniczy nastrój. Julka i Iga cały czas szukały dowodów na istnienie trolli w różnych formach skalnych. Klaudyna, Grzegorz i Krzysztof podczas całej trasy towarzyszyli Klarze, którą bolała noga i musiała iść nieco wolniej. Jakiś duch gór, a może i tajemniczy troll, wynagrodził im za to piękniejszą pogodą u celu wycieczki. Widok z góry na przepiękny fiord mieli niezasłonięty chmurami i mgłami, dzięki czemu zrobili świetne zdjęcia.

Podejście do krawędzi Preikestolen przyprawia o zawrót głowy. Najbezpieczniej po prostu położyć się na skale i wystawić nieco głowę poza krawędź skały. Wrażenia niesamowite… Zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy na jacht.

Kolejny dzień spędziliśmy na wodzie. Tym razem celem był lodowiec Folgefonna. W ciągu tego przelotu tylko na chwilę, to jest zaledwie na około 10 mil, musieliśmy wystawić nos jachtu na „pełne morze”. Nasi dzielni załogowi piechurzy nie są zwykłymi szczurami lądowymi. Są twardzi i robili co mogli, żeby nie pokazać po sobie, że Neptun upomina się o swoją daninę. Na szczęście szybko schowaliśmy się z powrotem w fiordy, a już wieczorem staliśmy przycumowani przy kei w porciku Uskedal. Chociaż miejsce było bardzo klimatyczne, rano popłynęliśmy dalej, do Sunndal.

Powiedzieć, że to miejsce jest piękne, to tak jakby nic nie powiedzieć. Majestatyczne góry odbijają się w spokojnej wodzie fiordu. Górska, rwąca rzeka wpada do morza. A u szczytu doliny widoczny jest jęzor lodowcowy.

Wyruszyliśmy na spotkanie z lodowcem. Na trasie spełniło się marzenie Igi: spotkaliśmy wreszcie fiordy, czyli konie o pięknej, długiej grzywie. I to właśnie te fiordy jedzą z ręki! Na drodze pod górę ustawione są bramy, które należy za sobą zamykać, a to dlatego, że w okolicy pasą się luzem kozy i owce, które do końca wycieczki co chwilę nam towarzyszyły.

Wreszcie dotarliśmy do malowniczego jeziora zasilanego zimną, jasnoniebieską wodą z pobliskiego lodowca. Tutaj urządziliśmy sesję fotograficzną. Przesłaliśmy również specjalne życzenia naszym ojcom, jako że był to Dzień Ojca. Następnie rozdzieliliśmy się. Grzesiek i Krzysiek postanowili wyruszyć w długą i trudną trasę na szczyt góry Fonnabu, skąd mogli podziwiać lodowiec górski Folgefonna w pełnej okazałości. Natomiast ja, Klaudyna, Kasia, Iga i Julka wyruszyliśmy pod czoło jęzora lodowcowego. Trasa była trudniejsza, niż przypuszczaliśmy (wcale nie była „family fun”, jak to określał przewodnik). Dodatkowo była fatalnie oznakowana. Później okazało się, dlaczego. Otóż wiele lat temu wytyczono szlak pod czoło lodowca, ale od tego czasu lodowiec bardzo mocno się cofnął. Teraz czoło jęzora jest znacznie wyżej, a dotrzeć tam jest nie tylko trudno, ale i niebezpiecznie, o czym informują ustawione tablice ostrzegawcze. Niemniej podeszliśmy tak blisko, jak to było możliwe, a naszym oczom ukazała się jaskinia lodowa! Wejście do niej byłoby bardzo niebezpieczne, dlatego oglądaliśmy ją z daleka, ale i tak to, co zobaczyliśmy wewnątrz, było piękniejsze, niż można by przypuszczać. Błękitny lód mieniący się niczym kryształ, świecący światłem przenikającym przez pokrywę lodową. Z bramy lodowej wysokiej na ok. 5 metrów wypływa rzeka lodowcowa w postaci wodospadu. Zobaczyć to na żywo to zupełnie co innego, niż znać zjawisko z podręcznika akademickiego.

Jako że z wykształcenia jestem geografem, wycieczka przypomniała mi wszystkie wiadomości o lodowcach, które zdobyłem na studiach wiele lat temu. Mogłem podziwiać młodą rzeźbę postglacjalną i porównywać ją z rzeźbą naszych Tatr, a nawet z rzeźbą mojego rodzinnego Krakowa. U nas stara rzeźba ze zlodowacenia krakowskiego, a tam świeżutkie moreny i sandry odsłonięte przez lodowiec zaledwie przed kilkunastoma – kilkudziesięcioma latami! Chętnie pokazałbym tempo deglacjacji wszystkim tym niedowiarkom, którzy wątpią w ocieplenie klimatu. Niestety, ten lodowiec, jak i wiele innych, w ciągu kilkudziesięciu lat zniknie z powierzchni Ziemi.

Kolejnym punktem wyprawy był język trolla, czyli Trolltunga. Aby tam dotrzeć, studiowaliśmy przewodniki, rady miejscowych polskich żeglarzy oraz fora internetowe. Wynikało z nich jasno, że trasa jest trudna i lepiej wybrać się przy ładnej pogodzie. Deszczowe dni, ale i prognozy pogody przyczyniły się do tego, że decyzję o wyruszeniu na wycieczkę przełożyliśmy aż na środę (27 czerwca). Dało to nam jednak sposobność do zwiedzenia wielkiego, pięknego wodospadu Tveitafossen w pobliżu portu Konsarvik. Potężne masy wody, pył wodny w otoczeniu wodospadu… To po prostu trzeba zobaczyć. Oczywiście Grzesiek, najlepszy piechur z naszej załogi, pobiegł pod górę zobaczyć trzy pozostałe wodospady… Ale nie każdy jest maratończykiem. Większość z nas zadowoliła się tym jednym. W wiosce po drodze nad wodospad zwiedziliśmy niewielki, trzynastowieczny kościółek. Wokół niego cmentarz, gdzie nowe groby sąsiadują ze starymi, kilkusetletnimi. Naszą uwagę zwróciło również malowidło na ścianie wewnątrz kościoła. U stóp anioła namalowany był nie tyle zwykły diabeł, co… goblin! To ślad przenikania się religii chrześcijańskiej z wcześniejszymi, pogańskimi wierzeniami w czasach chrystianizacji.

Na końcu przepięknego fiordu Hardangerfjord spodziewalibyśmy się równie klimatycznego porciku jak te, które mijaliśmy do tej pory. Niestety, zarówno Tyssedal, skąd wyruszają wycieczki do Trolltungi, jak i Odda, to niewielkie, ale przemysłowe miasta z dymiącymi kominami. W Tyssedal jest jedna przystań, ale dla miejscowych żeglarzy, więc nas wyproszono. W Oddzie podobna marina tylko dla autochtonów, i tylko jedna maleńka kejmiejska – maksymalnie na wa jachty – bez prądu i bez wody, na szczęście wolna. Trudno, dobre i to. W końcu przypłynęliśmy tutaj nie po to, aby stać w porcie, a iść na wycieczkę. Świecące słońce zachęcało właśnie do tego, dlatego w środę rano wyruszyliśmy autokarem do Skjeggedal, potem jeszcze busem 4 kilometry stromo pod górę po asfalcie, aby rozpocząć kilkugodzinną, pieszą, górską wycieczkę do jednego z najsłynniejszych miejsc w Norwegii. Początkowo trasa pnie się w górę, ale nie jest aż tak trudna, jak to opisują przewodniki. Niejedna tatrzańska trasa jest znacznie trudniejsza. Po około 2 kilometrach szlak wiedzie rozległym płaskowyżem. Niemniej szlak jest bardzo długi, więc ostrzeżeń nie należy lekceważyć. To w końcu góry. Pogoda może się zmienić bardzo szybko, może na przykład przyjść mgła (nam to się przytrafiło w drodze powrotnej!), więc nawet tutaj można zgubić drogę. Znowu niezawodne okazało się doświadczenie Grześka, który pewnie prowadził nas nawet przy ograniczonej widoczności. A do tego niósł dodatkowy prowiant, wodę (i inne niezbędne rzeczy…).

Widoki z góry są obłędne. A sama Trolltunga… Nie bez przyczyny kolejka do zrobienia zdjęcia na języku trolla jest bardzo długa. Niestety, część z nas miała pecha, bo zanim przyszła ich kolej do pamiątkowej fotki, całą okolicę osnuła mgła. Za to spełniło się marzenie Julki – mogła wreszcie „zjeść chmurę”!

Wkrótce po powrocie na jacht okazało się, że mimo iż Odda jest osłonięta ze wszystkich stron, to silny wiatr, który się podniósł wieczorem, utworzył krótką, spiętrzoną falę. Jacht zaczął skakać niebezpiecznie przy maleńkiej kei. Nie było innego wyjścia – trzeba było opuścić port. Do końca rejsu było już mało czasu, więc płynęliśmy prawie dobę przez fiordy przy dość silnym wietrze w pobliże portu docelowego.

Zatrzymaliśmy się w porcie Kleppholmen. Według mapy głębokość wejścia wynosi w nim 0,5m. Trochę dziwne, bo widać, że w porcie stoją jachty. Telefon do bosmana utwierdził nas jednak w przekonaniu, że wejście jest bezpieczne i głębokie. Porcik prowadzony jest przez starsze małżeństwo, których zdjęcia i pamiątki z wypraw rozwieszone są w salce klubowej udostępnionej gościom. Tutaj spędziliśmy resztę wieczoru w miłej atmosferze.

Rano już krótki przeskok do Bergen na spotkanie z Mietkiem, kapitanem następnej załogi. Tutaj odwiedził nas również Grzegorz – kolejny polski żeglarz mieszkający w Norwegii. Podarował dla jachtu kilka drobiazgów, m. in. wkrętarkę, awaryjne żagle i inne przydatne przedmioty. Załoga zwiedziła miasto –między innymi słynny targ rybny i dzielnicę starych magazynów portowych Bryggen –a także wjechała kolejką na górę, skąd rozciągał się piękny widok na miasto i okolicę.

I tak zakończył się kolejny udany rejs, z wesołą załogą, tym razem rejs żeglarsko-trekkingowy. Udało się osiągnąć wszystkie założone cele, wspomnienia pozostaną na zawsze. Dla mnie osobiście najważniejsze jest to, że żeglarstwo chyba spodobało się mojej córce, Julce.

Pełną relację z całej wyprawy Fundacji 4 Kontynenty „I Love Norway 2019” Sail & Trekking – Porta Sailing Team można śledzić dzień po dniu na blogu 

Marcin Filipiak

Wspieraj remont jachtu dla Fundacji 4 Kontynenty


Kategorie
Blog

Z Tallina do Hanko.

Rejs jachtem.

Oddajemy cumy i opuszczamy malowniczy Tallinn. Wieżyczki starego miasta znikają powoli za horyzontem. Idziemy szóstką w bejdewindzie. Żegluga przez Zatokę Fińską mija nam spokojnie. Pogoda jak na Kanarach sezonie wakacyjnym, a nie na Bałtyku. Lampa, wiatr 6knt. , łagodne zafalowanie. Neptun obchodzi się z nami łagodnie. Dla ochłody po pokładzie krążą mrożące krew w żyłach żeglarskie historie mazurskie o utopionych silnikach, bo kapitan narzeka, że za gorąco. Późnym popołudniem zmieniamy kurs i wiatr siada i mamy rejs jachtem na „katarynie”.

Wachta kuchenna serwuje dziś spaghetti al pomodoro. Szef i szefowa kuchni stają na wysokości zadania, Leszek na deku sieka czosnek i polskie granaty – cebulę. Do szczęścia brakuje tylko lampki czerwonego wina, ale za cudowne ocalenie przyjdzie nam wypić jeszcze w nocy.

Bo i jest za co. Do Hanko wchodzimy około pierwszej w nocy lawirując między skałami. Nasz ślad na Navionixie wygląda jak powrót pijanego bosmana do domu. Kręcimy esy floresy unikając kolizji z groźnymi skałami przy dość silnym wietrze. Na pirsie wita nas obsługa mariny pomagając zacumować. Rano odkrywamy uroki położonej na wyspie mariny. Ale o tym później.

Patrycja

Kategorie
Blog

Pingwiny z Madagaskaru – Porta Sailing Team

Jak ten czasy szybko ucieka  już 17 lipca. Podróż do Medby rozpoczęliśmy już z samego rana. Okazało się że nowo zbudowany pirs w Harstad do którego byliśmy zacumowani jest „resident area”. Czyli dla jachtów, które wcześniej dokonały rezerwacji miejsca. Jednak mentalność norweska jest inna niż w Polsce i nie mieli tego nam za złe. Dalsza podróż mijała spokojnie na ciężkiej pracy manewrowania żaglami aby złapać wiatr. Mijając od południa wyspy Rolla oraz Androja odbijaliśmy na północny wschód. Po drodze piękne widoki górzystych terenów wysp. Koło 17.00 dotarliśmyw okolice Medby. Na miejscu okazało się że nie ma już dla nas miejsca w porcie. Kierujemy sięw głąb fiordu Sagfjorden. Zatoczki otoczonej strumykami, wodospadami wysokimi górami. Na samym końcu znajduje sięmiasteczko Sjøvegan. Spokojna miejscowość zaskakiwała nas od samego początku. Na mapach to mały porcik w rzeczywistości duży pirs oddany w tym lub maksymalnie zeszłym roku. Port jest otoczony falochronem, z którego wpływających wita stadko pingwinów (pewnie zwiały z Madagaskaru) . Przy samym porcie jest dużo sklepów, stacja disla, łazienka. W mieście znajduje się mały kościółek a nawet duże boisko. Będąc tutaj czujemy się jak odkrywcy na nowych lądach. Wracając wieczorkiem z miasta znalazłem sklep z asortymentem „niezbędnym” żeglarzom. Podobno takich sklepów jest tylko 120 na całą Norwegię, uwaga otwarte od 11 w środę. Sądzę że jutrzejsze poranne wypłynięcie trzeba będzie przełożyć.

ps. Jemy tak intensywnie ryby aż w pompie kingstona wyrobiła się uszczelka, jakieś kwasy czy jak?  Nowy zestaw dotrze jutro. Na marinetrafick podobno nas nie widać ? Wszytsko działa dobrze więc nie wiemy w czym jest problem i staramy się go rozwiązać. Z ogłoszeń parafialnych jutro przylatuje panie kapitan Ania która poprowadzi kolejny etap i może przywiezie nowy zestaw uciech portowych. 

Edwin 

Kategorie
Blog

Ryga stolica Łotwy

Rankiem skoro świt ruszmy do Rygi ( 13 lipca). Przed nami zatoka Ryska, płyniemy fordewindem. Po drodze ścigaliśmy się z jachtem Challenger. Przyjmujemy wyzwanie i tak 1,5 h wcześniej cumujemy w Rydze. Jak się okazuje jacht Faworyt jest dość szybki. Świeci słońce a w Polsce podobno pada? Cała załoga wyrusza na miasto, czas na zwiedzanie. Ja wskakuje w stój kucharki gdyż dziś obiad kapitański. Na obiad ziemniaki, marchewka z groszkiem i ogórki kuszone oraz mięso. Jutro obiecane naleśniki kapitańskie na śniadanie. Miasto Rygę obeszliśmy z trzy razy dookoła. Znajomy widok pałac kultury jak w Warszawie, koty na dachu które strzegą miasta. Jest tu wiele uroczych uliczek, kamienic i kościołów wielu wyznań. Nachodziliśmy się co niemiara ale Ryga jest tego warta. W poniedziałek ruszamy do Kuivastu. 

Justyna

Kategorie
Blog

Hallo tu port Windawa

Pogoda dopisała jest słonecznie i ciepło (12lipca) w Polsce chyba niekoniecznie ? Żegluga z Lipawy początkowo na żaglach a pózniej wedle meteo wiatr zdechł. Piąta rano palimy katarynę i długa prosta na port. Parkujemy toast za cudowne ocalenie i kładziemy się spać. Po śniadaniu ruszamy na zwiedzanie. Wieża zegarowa wygrywa melodie a my podążamy na targ, naprawdę warto go odwiedzić są wszelka różności dla smakoszy. Dziwny kraj spotykamy kilkanaście rzeźb krów, muszę doczytać z jaką legenda to się wiąże. W skate parku odbywają się zawody na hulajnogach mega atrakcja może trzeba coś takiego zorganizować w Polsce. Korzystamy z pogody idziemy na plaże z drobniutkim piaskiem.Architektura miasta bardzo ciekawa, bloki z minionej epoki przeplatane drewnianymi domami sapane w zieleni. Wszędzie jest prawdziwy klar. Nasza wizyta dobiega końca miasto jest całkiem niezłe, port jak port ale ogólnie polecam odwiedzić Windawe. Nasza wyprawa podąża dalej w niedzielę chcemy dotrzeć do Rygi. 

Paweł

Kategorie
Blog

Doba na morzu pod żaglami

Wyruszamy do Lipawy ( 9 lipca). Zadługo w porcie nie ma co stać przed nami jeszcze wiele ciekawych miejsc. Załoga się zregenerowała i mam nadzieję że Neptun ich nie przytuli. Gruszka w rękę i wołam straż graniczna aby się odmeldować. Bosman otwiera most mariny i ruszamy na morze. Meteo niekorzystne wiat prosto w dziób, czeka nas halsowanie. Fala wciąż nasz kołysze ale wiatr już dużo mniejszy. Stawiamy grota i foka aby mieć przyjemność z żeglowania. I tak mijają kolejne godziny. Na pokładzie wszyscy żywi i chętni do pracy. Chyba już im przypadłość pierwszej części etapu odeszła na zawsze. Zbliża się noc, zmieniamy hals aby pójść bardziej w morzę. Będzie to dla nas długa noc i cholipa wie ile dnia. Jest 10 lipca, po 24 h żeglugi mijamy główki portu w Lipawie. Jemy obiad i idziemy zwiedzać miasto. Był to dla nas bardzo długi dzień pełen wrażeń. Wieczorem padamy jak muchy. Mam nadzieję że wiatr w końcu odkręci…

Justyna 

Kategorie
Blog

W poszukiwaniu Trolli – Porta Sailing Team

Nadszedł dzień tak długo przez nasz wyczekiwany. Ostanie przygotowania i ruszamy kierunek lotnisko Gdańsk. Lecimy do Bodo! Lot mija spokojnie, Norwegia wita nas słońcem. Spotykamy załogę poprzedniego etapu i ruszamy na jacht. Podobno czeka na nas świeży dorsz. I rzeczywiście zapach świeżych ryb było czuć już na kei. Szybko wrzucamy nasze graty do kokpitu i przejmujemy jacht. Od ostaniej mojej wizyty sporo na jachcie się zmieniło, kurcze ile guzików i który do czego??? Halo gdzie instrukcja obsługi? Nasza załoga krząta się po jachcie jedni pakują prowiant w różne zakamarki jachtu, drudzy wykazują się zdolnościami kulinarnymi. Świerzy pieczony dorsz, to uczta dla prawdziwego konesera. Jeszcze tak dobrych ryb nie jadłem. Nadchodzi wieczór, ale słońce wcale nie zachodzi. Prowadzimy negocjacje z Neptunem może będzie dla nas łaskawy? Jednak nie do końca nas wysłuchał. W sumie sztormu nie zapowiadają ale chmur nam nagonił, słońca i wiatru nie ma. W tej chwili jesteśmy drodze na Lofoty. Jak się uda to spróbujemy odnaleźć legendarne Trolle.

Edwin

Kategorie
Blog

Żeglarska pogoda z kursem na Kłajpedę

Niedziela(7 lipca)odpłynęliśmy z Górek Zachodnich o 12.00. Cała załoga zadowolona i uśmiechnięta. Rozpoczynamy nasz etap wyprawy „Nieznane lądy Bałtyku kurs na Północy Wschód czyli przez kraje Bałtyckie”. Wyszliśmy z portu od razu stawiając żagle. Genuai grot na dwa refy. Po krótkim przebiegu zrzucamy grota, jest zbyteczny. Na samym foku pędzimy 6 knt kołysząc się góra, dół. Piękna żeglarska pogoda do czasu.. .Duża fala dopada nas za Helem. To efekt szalejącego sztormu, który trwa od kilku dni. Chociaż wiatr słabł kierunek fali wciąż ten sam. Załoga wpada w objęcia Neptuna, cóż za przypadłość. Modyfikuje wachtytak, żeby po dwie przytomne osoby zawsze były na deku. O świcie wiatr i zafalowanie osłabły. Ach ten wschód słońca na morzu, warto dla takich chwil żeglować. Niektóre buzie promienieją, cześć załogi wraca do życia. Litwa przywitała nas jednak kolejną zmianą pogody „prawdziwie żeglarskiej”. Morze znowu pokazuje swój pazur a nas wita litewska straż graniczna. Jeszcze tylko długi kanał portowy i magiczny most mariny Old Castle. Krótka wizyta u bosmanai po kilku minutach „parkujemy” jacht. Nad naszymi głowami chmury czarne jak sadza. Zaczęło padać, aż w końcu dopada nas prawdziwa ulewa. Jest godzina 14.00 mokrzy i zmęczeni idziemy spać. Budzimy się wieczorem jak to w porcie integracja na jachcie, jutro zwiedzanie. 

ps Neptun nas nie oszczędził dlatego fotek brak. Nadrobimy na kolejnych etapach.

Justyna

Kategorie
Blog

Nieznane lądy Bałtyku „Dookoła Bałtyku” 2019.

 

Morze Bałtyckie wciąż skrywa wiele ciekawych miejsc, do których rzadko zaglądają żeglarze – My je odwiedzimy!!!. Tajemnicza Zatoka Botnicka, Olandia, Laponia, malownicze porty i miasteczka, tysiące wysp i wysepek, gdzie przyroda rządzi się swoimi prawami, niesamowite wschody i zachody słońca, wapienne klify – to wszystko czeka nas podczas wyprawy „Dookoła Bałtyku” 2019. Rejs został podzielony na 4 etapy, po dwa tygodnie każdy razem 50 dni. Na każdym etapie oprócz niezwykłej atmosfery i fantastycznych doznań, czekać będą na nas morskie opowieści przy ognisku – miejsca wybrane na te wydarzenia, nie są przypadkowe. Ponieważ w 2018 roku obchodziliśmy stulecie niepodległości Polski, a w 2020 roku będziemy świętować stulecie zaślubin Polski z Morzem, postanowiliśmy zadedykować ten rejs tym dwóm rocznicom.

Start 6 lipca Gdańsk – zakończenie 24 sierpnia Gdańsk