Kategorie
Trekking

Grzegorz Grochowski na pokładzie Fundacji 4 Kontynenty

Witam „4 Kontynenty”

Mieszkam w Bytomiu – to taka dziura koło Katowic, jakby kto nie wiedział. Mam na karku piąty krzyżyk, więc już bliżej dołka niż dalej – ale zamierzam jeszcze trochę po tym świecie pochodzić. Na chrzcie mi dali Grzegorz, zaś na kilku górskich forach jestem powszechnie znany pod nickiem „Grochu”. Może tyle tytułem wstępu.

Z górami miałem styczność „od zawsze”, gdyż pochodzę z Ziemi Sądeckiej i od dziecka miałem je przed oczyma. W latach szkolnych zacząłem je poznawać bliżej, najpierw przez wyjazdy kolonijne a w czasach licealnych już samodzielnie z innymi wariatami. Z czasem tak więc się zrobiło, że zamiast patrzeć z dolin na góry – zacząłem z gór patrzeć w doliny. I jakoś tak potem już poszło.

Do dnia, gdy nadszedł czas na założenie rodziny. Wtedy chodzenie po górach zamieniłem na chodzenie po pampersy. Tak kilka następnych latek minęło, aż pampersy przestały już być potrzebne.

No to co? No to w góry!!! Ale takie lajtowe to były wycieczki, by kiluletnie srajtki się nie zraziły. Udało się. Już oba są dorosłe i same dopytują się o kolejne wypady na górskie szczyty.

No ale zanim to nastąpiło to znów ładnych kilka wiosen musiało minąć, gdy mogłem znowu sam – bez „kotwic” – zacząć górskie wypady.

Najpierw ostrożnie, bo te dobre 10 lat przerwy w górskim życiorysie spowodowało, że i kondycja wyparowała i o trekkingowej rutynie się zapomniało. No i brzusio jakoś po drodze uroslo. To więc były raczej takie „powtórki z rozrywki”: odwiedzanie miejsc, które się już poznało za kawalerskich czasów. A potem coraz dalej….coraz dłużej….

Coraz wyżej – nie. Nie mam parcia na bicie rekordów wysokości.

Problemem wówczas był też brak towarzystwa. Cytując klasyka: „Co się stało z naszą klasą?…”

Ale ten problem się rozwiązał, gdy nawiązałem kontakt z Klubem Góry-Szlaki. Od tamtej pory – a będzie wnet już 10 lat – zacząłem mocno intensywnie przygodę z górami.

Trochę statystyk ( które dla zabawy zacząłem prowadzić od 2013 ):

2013

długość przechodzonych szlaków: 686 km

czas spędzony na szlakach: 267 h

suma przewyższeń: 37477 m ( czyli: ponad 4 razy Mt Everest od poziomu morza );

2014

długość przechodzonych szlaków: 1093 km

czas spędzony na szlakach: 353 h

suma przewyższeń: 51705 m ( czyli: prawie 6 razy Mt Everest od poziomu morza );

2015

długość przechodzonych szlaków: 561 km

czas spędzony na szlakach: 224 h

suma przewyższeń: 29282 m ( czyli: ponad 3 razy Mt Everest od poziomu morza );

2016

długość przechodzonych szlaków: 830 km

czas spędzony na szlakach: 339 h

suma przewyższeń: 42777 m ( czyli: prawie 5 razy Mt Everest od poziomu morza );

2017 – w trakcie.

W międzyczasie wyrobiłem sobie ( jeśli można tak powiedzieć ) dwie „specjalizacje”:

pierwsza – eksploracja via ferrat: to taka fajna alternatywa dla klasycznego trekkingu, nie wymagająca jakichś specjalnych umiejetności wspinaczkowych. Via ferraty mają zróżnicowane stopnie trudności tak, że każdy znajdzie tu coś na miarę swoich możliwości: zarówno ten co w życiu jeszcze do skały się nie przytulił, jak i wytrawny alpinista;

druga – tygodniowe ( najczęściej ) trekkingi „na ciężko” po karpackich pasmach. Czemu tak? A bo jak wyjrzałem poza horyzont granic ziemi ojczystej to pojąłem, że tych Karpat jest taki ogrom, że życia nie starczy by je całe poznać. A różnorodność przeogromna. No i po prostu są piękne 🙂

A od czasu do czasu robi się jakiś wypad w Alpy – dla odmiany. Może to się trochę kłóci z ideą o nazwie „4 Kontynenty” , ale kto wie……w przyszłym roku myślę o wypadzie w góry Kaukazu, a z czasem może mnie napadnie marokański Atlas czy coś dalej jeszcze….. pożyjemy – zobaczymy.

Jakiś czas temu ktoś mnie mamówił, żebym zaczął dokumentować te swoje zabawy z górami, to założyłem na fejsie taką tematyczną stronkę. Ale zamieszczam na niej tylko takie wypady wykraczające czasowo poza ramy zwykłego weekendu. Tych zwykłych weekendowych jest po prostu zbyt dużo, to jakbym wszystko tam wrzucał to ta stronka stałaby się mało czytelna.

Jak ktoś ma ochotę to zapraszam do odwiedzin:  (klik)

Lajkowanie i udostępnianie mile widziane 😉

A co z przyszłością?

Plany są bogate jak zwykle, ale chwilowo jestem w lekkim zawieszeniu w związku z trwającym właśnie procesem zmiany pracy. Stąd na tą chwilę trudno mi precyzyjnie określić które weekendy do końca roku będę miał wolne, a tym bardziej jakieś urlopowe terminy na przyszły sezon. Ale ta kwestia niebawem się wyjaśni.

Abstrahując póki co więc od konkretnych terminów: po rozmowie z Mariuszem zaproponowałem październikowy weekendowy wypad na Małą Fatrę – i do tego tematu wrócę niżej. Poza tym: tradycyjnie w długi weekend listopadowy robię urodzinowe górołażenie połączone z wieczorną minutą ciszy na okoliczność tej dramatycznej rocznicy ( tak tak – jak się ma piątkę z przodu to wcale tak znowu nie ma się już z czego cieszyć 😉 Tyle, że w tym roku 11 listopada wychodzi w sobotę, więc tym razem to będzie zwykły weekend, czyli musi być gdzieś blisko; zapewne w Beskidzie Żywieckim, a w razie dupiatej pogody odbębnię to wydarzenie na Chatce Skalance w Zwardoniu. No i jeszcze….jakoś tak trza by powoli myśleć coś o Sylwestrze – jeżeli nowa praca na to pozwoli.

Jeśli zaś o kolejny sezon trekkingowy chodzi to tak:

– na pewno ze 2 wyjazdy na via ferraty ( Austria, Włochy – zobaczy się );

– na pewno Zugspitze w Niemczech i Howerla na Ukrainie ( córka 2 lata temu zaczęła „rzeźbić” Koronę Europy i obiecałem jej jeszcze pomóc te dwa kopczyki opanować w przyszłym roku; dalej już sama sobie będzie radziła );

– na pewno tydzień na Góry Rodniańskie ( północna Rumunia );

– najprawdopodobniej tydzień na Góry Hryniawsko-Czywczyńskie lub Pokucko-Bukowińskie ( w obu przypadkach to najbardziej dzikie i bezludne rejony ukraińskich Karpat, gdzie nawet jeszcze szlaków nie ma wytyczonych );

– najprawdopodobniej 2 tygodnie na Kaukaz ( i to na pewno byłoby we wrześniu jeśli dojdzie do skutku ), od gruzińskiej strony ( ale to ma być zwykły trekking poniżej lodowców, żeby nie obciążać się wysokogórskim szpejem ) połączone z jakimś 2-3 dniowym „plażingiem” w Batumi na koniec……….no dobra, chyba już cały urlop na 2018 wyczerpałem 😉

A wracając do najbliższej przyszłości:

Mala Fatra.

Kiedy? Najprawdopodobniej 13-15 lub 20-22 październik.

Gdzie? Luczańska część tego pasma – przy dobrej pogodzie.

W rozmowie z Mariuszem sugerowałem przejście od Hornej luki do Klaka z noclegiem w namiocie, ale po namyśle odstąpiłem od tego zamiaru. Dzień już wtedy będzie krótki, a to jest stosunkowo długa – a przede wszystkim całkiem urokliwa – trasa ( w tej klakowej części szczególnie ), szkoda więc robić to po ciemku. Za to na wiosnę chętnie wrócę do tego tematu.

Zamiast tego:

Piątek pod wieczór – przyjazd do miasteczka Trebostovo ( ciut za Martinem ) i nocne wejście niebieskim szlakiem na Hornou luke ( ok. 3 h ). Nocleg w utulni Partizan, ale na wszelki wypadek namioty trzeba mieć, bo przy dobrej pogodzie w Partizanie może być tłoczno.

Sobota – przejście północnej części tego pasma z zejściem na przełom Wahu w miasteczku Stre čno. Tam można wciągnąć obiadokolację, a potem jeszcze trzeba wdrapać się na początek drugiej części MF: do Chaty pod Suchym na drugi nocleg. Trasa na jakieś 8,5 h plus przerwy na popasy. Ale 25,5 km i 1300 m przewyższeń.

Niedziela – 2 warianty.

A – przejście przez Malý Kriváň z zejściem do Sučan ( ok. 6 h ) i powrót komunikacją publiczną do Martina po auta.

B – wejść tylko na Suchý a potem już zejść zielonym szlakiem na Turčianske Kľačany ( ok. 4 h ) i powrót komunikacją publiczną do Martina po auta.

Ewentualnie można w piątek rozstawić samochody, co ułatwi niedzielną komunikację.

Plan „B” – ( pogoda nie tak całkiem dobra ).

Też Mala Fatra, tylko część Krivańska. Baza w Stefanovej. Mam tam sprawdzony fajny pensjonacik vis a vis piwopoju. Dojazd na miejsce też w piątek wieczór. Sobota: wejście na Maly Rozsutec. Niedaleko, niewysoko, ale warto. A w razie załamki pogody w miarę szybko można wrócić na ciepłe pokoje. Trasa na ok. 5 h. Gdyby z pogodą było dość stabilnie to można się przespacerować przez oba Rozsutce – wtedy zajęłoby to ok. 7-8 h. Niedzielę można przeznaczyć na szwendanie się po Dierach – to taka miniaturka Słowackiego Raju, do zrobienia w 2-4 godziny zależnie od wariantu trasy tak, żeby o ludzkiej porze wrócić do domu.

Plan „C” – ( leje jak z cebra cały weekend ).

No cóż…..wtedy z rozpaczy pozostanie eksploracja lokalnych źródeł čapovaneho piva. Ale jak to powiadali starożytni Rosjanie: „nieważne: gdzie, ważne: z kim”.

Grzegorz  Grochowski 

Kategorie
Blog

Grecja – kraj pitą i rycyną płynący

Cóż można powiedzieć o tym kolejnym na trasie kraju? Z całą pewnością wyróżnia się on najpiękniejszym wybrzeżem. Grecka linia brzegowa biegnie wzdłuż kilku mórz – to pewnie dzięki temu jest taka ciekawa i różnorodna. Jeżeli chcemy spróbować nurkowanie, pamiętajmy, aby wybierać się na plaże kamieniste. Sami przekonacie się, że piasek zwiastuje mało owocne podwodne obserwacje, gdyż najczęściej ryby zwyczajnie nie mają się gdzie ukryć.

Swoją bazę zakładamy na mało popularnym campingu „Delfini” na Półwyspie Chalkidiki. Wybieramy to miejsce głównie ze względu na rekomendacje, jednak szybkom okazuje się to świetną decyzją. Brak tłumów, bogate zaplecze sanitarne, najgłośniejsze pod słońcem cykady, koncertujące od świtu do późna w nocy. W sumie do tych ostatnich na początku trudno się przyzwyczaić, aż tak jest od nich głośno. W nocy wszelka zwierzyna również daje mało odpoczynku, gdyż ciszę raz po raz przerywają nocne sowy.

W pierwszą noc naszego przyjazdu czeka nas miła niespodzianka. Właściciele Kostas i Galina, dowiadując się, że jesteśmy tu z polecenia od ich dobrych znajomych, zapraszają nas na małe przyjęcie. Towarzystwo w pełni międzynarodowe – Grecy, Ukraińcy, Turkowie, Serbowie, Niemcy i Polacy. Kaleczymy wszystkie znane nam języki aby się porozumieć, a wraz z upływem serwowanych trunków (turecki samogon i nasz niezawodny 80% rum) stajemy się coraz wybitniejszymi poliglotami i idzie nam coraz lepiej.

W czasie naszego tu pobytu odwiedzamy kilka plaży. Na pierwszej z nich, niedaleko od brzegu znajdują się fantastyczne kamienne twory. Każda osoba widzi w nich wyobrażenie innego zwierzęcia – byk, pies, wieloryb – co komu podpowie wyobraźnia. Jednak uwaga – żeby gołą stopą stanąć na jednej ze zwierzęco – kształtnych wysepek należy pokonać istne pole minowe z jeżowców. Władek niestety został jednym z nich ugodzony i całe jego dłoń od wewnętrznej strony usłana była odłamkami kolców podwodnego stworzenia. Jednak w każdym, nawet niezbyt szczęśliwym wydarzeniu można próbować doszukać się pozytywów. Po powrocie na camping, obolały Władek otrzymuje pomoc od niebanalnej drużyny Serbów. Po pierwsze uczymy się, co w ogóle z tymi kolcami robić. Miejsce zranione należy ciągle smarować oliwą o jak najwyższej temperaturze (aby to oczywiście wytrzymać). Nie wiem, jak to możliwe, ale według podań wszystkich znających się na tym ludzi kolce wewnątrz ciała są żywe i przed wyciągnięciem należy je zabić tą gorącą temperaturą. Gaworząc sobie spokojnie z 6 – osobową ekipą Serbów oczekujemy na tragiczną śmierć kolców pod wrzącą oliwą i jednocześnie Władka kolej na stole operacyjnym. Jego funkcję pełni kanapa knajpki campingowej. Jeden pacjent, akurat w trakcie operacji to nieszczęśliwy Serb, któremu przytrafiła się podobna historia. Główny chirurg to jego krajan, a broda sięgająca prawie do pasa niechybnie świadczy o wieloletnim doświadczeniu w każdej materii. W czasie oczekiwania (i oczywiście patrzenia przez ramię na głównego medyka i jego postępy w zabiegu), dowiadujemy się, że Serbowie przybyli tu ze swojego kraju pieszo, specjalnie na pielgrzymkę do Athos. Miejsce, o którym mowa znajduje się bardzo niedaleko od nas, na samym cyplu Chalkidiki. Athos to okręg autonomiczny i aby się tam dostać, musisz ubiegać się o wizę, która pozwala wjechać Ci do kraju maksymalnie na 10 dni. To swego rodzaju Mekka dla ortodoksów, czyli prawosławnych. W samym Athos znajduje się kilkadziesiąt monasterów, w których mnisi podczas pieszej wędrówki mogą udzielić Wam schronienia. Dla zainteresowanych od razu wspomnę, iż wizę otrzymać mogą jedynie osoby wyznania prawosławnego i jedynie płci męskiej. Plotka głosi, iż wszystko w Athos jest rodzaju męskiego, również cała zwierzyna hodowlana, za wyjątkiem kur. Jeżeli komuś z Was kiedykolwiek uda się przekroczyć te mityczne granice – bardzo chętnie poznam o tym prawdę.

Wracając do rzeczywistości, operacja ma się ku końcowi. Pacjent żyje, wstaje o własnych nogach, proszą więc następnego. Władek zajmuje pozycję a znachor cierpliwie grzebie agrafką w dłoni poszkodowanego, raz po raz wyciągając kolejne mikroskopijne drobiny kolców. Ciekawostka BHP. Mniej więcej w połowie zabiegu, Serb znachor przytrzymując w zębach zbluzganą we Władka krwi agrafkę zapytał uprzejmie, czy ten przypadkiem nie ma HIV. Troszkę w czas, ale po tym, jak nasz kompan wytłumaczył mu, że jest honorowym krwiodawcą, pytający zdecydowanie się wyluzował.

Miasteczko Ierissos, w pobliżu którego znajduje się camping Delfini dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich, dla nas bardziej atrakcyjna, znajduje się w pewnym oddaleniu od wybrzeża, dlatego to część lokalsów. Już od 5 rano mamy tu otwarte knajpki z kawą i frappe. I już niedługo po tej godzinie, do jednej z nich schodzą się mężczyźni spragnieni hazardowych wrażeń, które zaspokajają grając pół dnia w domino. Niewinnie przysiadamy stolik obok i popijając zimną rycynę obserwujemy codzienne niespieszne życie. Za to w lokalu obok podają najlepszą i jednocześnie najtańszą pitę w mieście. Do wyboru kurczak lub wieprzowina, a wszystko polane domowej roboty sosem tzatziki. Nigdzie w mieście nie zjecie taniej i lepiej. Wieczorem Darek zarządza wejście w odmęty części turystycznej, aby zobaczy, „jak żyją ludzie”. Spora ilość turystów, niezbyt atrakcyjna plaża miejska i dużo wszelkiej maści wyszynków. Wszystko dobre, jednak tutaj Grecja daje się poznać od strony jej drożyzny. Żadne z państw, które odwiedziliśmy, ani które dopiero odwiedzimy nie będzie tak drogie. Przykładowo cena za piwo w barze na nabrzeżu sięga 5 Euro. Co warto dodać, w lokalsowej części miasta ceny są co najmniej 30 % niższe.

Darek i Ela, zakochani w Grecji decydują się zostać tu dłużej. Nas, po 4 dniach trochę świerzbią już nogi i z drobnym uczuciem żalu, decydujemy się ruszać dalej. Przed nami jedna z ważniejszych atrakcji greckich – Meteory. Jak zapewne wiecie, to kompleks ponad 20 monastyrów (z czego 6 jest otwartych do zwiedzania) wybudowanych na sąsiadujących wzniesieniach. Widok robi piorunujące wrażenie. Klasztory otwarte są dla zwiedzających bez względu na wyznanie i płeć, ponieważ mnisi już tu nie mieszkają. Pomiędzy poszczególnymi budowlami przemieszczamy się samochodem, a następnie musimy pokonać parę setek schodów na górę. Dla wszystkich będących w Grecji punkt nie do ominięcia.

I już ruszamy dalej. Naszym kolejnym, choć nieoczekiwanym punktem staje się Macedonia. Czy ktoś w ogóle zna ten kraj z innej perspektywy niż jedynej autostrady, która usprawnia nam drogę do Grecji? My na pewno nie, dlatego ahoj przygodo!

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • W Ierissos, po dobrym rozpoznaniu terenowym można zakupić prawdziwe frykasy. Obok knajpy z panami grającymi w domino znajduje się sklep mięsny, w którym najtańszym produktem jest koźlina. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali jej przyrządzić. Wszystko byłoby w porządku, gdyby przepis internetowy wspominał o fakcie, że mięso gotujemy osobno przez jakieś 2 godziny. Nasze mięso, po 3 godzinach gotowania wraz z pomidorami i innymi składnikami nie osiąga żadnych rezultatów w zakresie zmiękczenia. Z pomocą pojawia się znowu Serb – znachor. Przezbraja gulasz, mięso wrzuca do osobnego mówi, że tak ma być. Konkluzja – koźlina, pomimo dużych starań i pomocy międzynarodowej wyszła nam średnio miękka. Dodatkowo w jej smaku nie było nic nadzwyczajnego (jak np. w baraninie), dlatego stwierdzam, że nie jest warta zachodu.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Trzymaj się z dala od turystycznych restauracji. Sprawdza się to w każdym zakątku świata. Jedz tam, gdzie mieszkańcy – lokalsi nigdy się nie mylą.
  • Pijąc rycynę, czyli specjalnie doprawione białe wino, w dużych ilościach, dowiedzieliśmy się, że robimy to w zły sposób. Oryginalnie Grecy piją ją z Colą, a typowych turystów można poznać właśnie po tym, że nie rozcieńczają jej w ogóle.
  • Zawsze dobrze mieć pod ręką Serba. Najlepiej takiego z długą brodą, bo mają uzdolnienia w zakresie medycyny i kuchni, a właściwie nie sprawdzono do czego jeszcze.




















Kategorie
Blog

Siedzę w Bułgarskim Centrum…

Bułgaria to wspaniały kraj o rozległej linii brzegowej. Można tu kupić wszelkie owoce i warzywa oraz w okazyjnych cenach zjeść frykasy złożone z darów morza. To pewnie jeden z powodów, dla których tak dużo tu naszych rodaków.

Bułgaria daje się poznać od strony mieszkańców, ich nastawienia do turystów i zwyczajów. Pierwsza z obserwacji daje nam do zrozumienia, że dosyć częstym sposobem na życie dla młodych kobiet jest sponsoring. Bogaci panowie w wieku około 60 lat zapoznają dziewczyny dwudziesto – letnie i korzystając z ich walorów, pokazują uroki życia w luksusie. Dobrą informacją jest, drodzy panowie, że wcale nie trzeba być potentatem finansowym, aby spróbować przygarnąć młodą piękność. Paruletni Passat zdecydowanie spełni swą rolę wabika. Najważniejsze, żeby każdy był zadowolony z towaru, za który płaci.

                Druga obserwacja, prowadzona przez dłuższy czas pokazuje nam, że Bułgarzy bardzo nie lubią wykonywać żadnego typu usług. Kelnerzy, sprzedawcy – wszyscy dają nam do zrozumienia, że jesteśmy dla nich, jako klienci – dopustem bożym. I najlepiej, żebyśmy sobie czym prędzej poszli. Pragnę Was przestrzec przed zdecydowanie niesympatyczną kontrolą graniczną, oraz budzącą grozę budką z winietami. Dlaczego? Celnicy patrzą na nas spode łba w nieprzyjemny sposób, w odróżnieniu od sprzedawców winiet, którzy nie patrzą na nas w ogóle i zdają się specjalnie nie dostrzegać naszego istnienia. Nawet putanie w okienko budy nie pomaga, i dopiero Rafałowi, chociaż nie wiem jak, udaje się kupić winiety. Jednocześnie wszystkim Wam, chcącym zawitać do tego kraju winem płynącego przypominam, że winiety niezbędne są do poruszania się na każdej drodze poza terenem zabudowanym.

W ramach potwierdzenia, że w Bułgarii panuje cudowna pogoda, na nasz pierwszy camping przybywamy późną nocą w samym sercu nawałnicy deszczowej. Ziemia pola namiotowego rozmaka tworząc istne bagno, w którym raz po raz utyka kolejny pojazd. Zaradny właściciel dysponuje jednak ciągnikami własnej produkcji i wyciąga klientów z opałów.

Cóż tu robić w tym upalnym kraju? Gdy pogoda się poprawia i z kolei nie daje nam wytchnienia gorąco, wykonujemy pierwszą w życiu kąpiel w Morzu Czarnym. To przyjemny i ciepły akwen, jednak nie nadaje się specjalnie do amatorskiego nurkowania z zestawem ABC. Dno usłane jest drobnymi kamyczkami, próżno szukać tu roślinności i kolorowych rybek. Już na drugi dzień nogi zaczynają świerzbić z nieróbstwa. Do granicy z Rumunią i obrzydłej nam hipsterskiej miejscowości Vama Veche jest około 10 km. „Przejdźmy to pieszo, wybrzeżem!” – pada fenomenalnie głupi pomysł. Trzeba się było trochę lepiej zastanowić i pomyśleć chwilę, co począć na przejściu granicznym. Może dzięki temu zaoszczędzilibyśmy sobie wymownych spojrzeń uzbrojonej straży patrolującej strefę przygraniczną na plaży. Prawdopodobnie, gdyby nie pomoc napotkanego przypadkowo Rumuna – plażowicza, który w naszym imieniu wytłumaczył, że byśmy nie chcieli nielegalnie przekraczać granicy, nie wiedzieli i w ogóle jesteśmy zagubieni, mogłoby być kiepsko. Za głupie pomysły się płaci – nie dość że nie wchodzimy do Rumunii, to na dodatek koszmarną drogę powrotną pokonujemy po ciemku wzdłuż szosy, strasząc przejezdnych swą obecnością na totalnym odludziu. Ponoć tutaj nadal zdarzają się zasadzki na kierowców w celu rabunku. Na stopa nie było co liczyć, pomimo prób.

W Bułgarii dołączają do nas kolejni uczestnicy – Darek i Ela. Razem przemierzamy dalszą część kraju, aby dostać się do najbardziej urokliwej części wybrzeża, znajdującej się pod Sozopolem. W dwa samochody obniżamy się na południe kraju. Po drodze wpadamy na chwilę do najsłynniejszego miejsca dla Polaków – miasteczka Bałczik. Mam wrażenie, że każdy rodak odwiedzający Bułgarię hołduje zasadzie – „Nie byłeś w pełni w tym kraju, jeżeli nie odwiedziłeś ogrodu botanicznego i zamku w Bałcziku”. Kramy uginają się od wszechobecnego badziewie a każdy straganiarz  potrafi poprawnie porozumieć się po polsku przynajmniej w zakresie dobicia targu. Po szybkim odznaczeniu Bałcziku na liście „must see” uciekamy do miejsca, które swoją kurortową sławę w Europie osiągnęło chyba tylko i wyłącznie z powodu „kurortowej sławy”. Słoneczny Brzegu – witaj. Odnoszę wrażenie, że chyba jesteśmy mało odporni – niecałe 2 godziny w tym miejscu wywołuje u nas istną palpitację serca i zew natychmiastowej ucieczki. Wszystko gra, ryczy, na każdym kroku jesteś agitowany, aby coś kupić, zjeść, wypić lub skorzystać z miejscowej atrakcji. Szalę przeważa modne zdjęcie na tle egzotycznego plakatu z tropików z żywym egzotycznym ptakiem na ręce.

Ostatni punkt przed campingiem tego dnia to nieodległy Nesebyr. Piękne miasto, dawniej położone na wyspie, zostało połączone ze stałym lądem nasypem kamiennym wraz z drogą. Nasza piątka zwiedza ciasne brukowane uliczki i ucztuje przy strawach tutejszej kuchni.

Późną porą docieramy na nasz camping pod Sozopolem. Wieczorem dnia następnego udajemy się do miasta, aby zakosztować tamtejszych luksusów. Co dla nas niezwykle zabawne – najpopularniejszą atrakcją nabijającą kabzę miejscowym są budy z ubraniami w stylu retro. Ale to nie to, o czym myślicie. Cała rzecz polega na tym, że po raz kolejny płacisz za zdjęcie w bogatej scenerii uwiecznionej na plakatach, z tą różnicą, że zamiast tropikalnego ptaka na ramieniu, przebierasz się w przepocony strój, np. królowej Wiktorii lub arystokraty francuskiego. Peruka wraz z przypadkowymi jej mieszkańcami wszelakiego pochodzenia w gratisie.

Tak powoli płynie nasz czas w Bułgarii. Pewnego leniwego popołudnia, popijając w cieniu drzew zimne piwko, Rafał czyta nam zestaw istotnych informacji o tym nadmorskim kraju. Są one na tyle fascynujące, że inspirują mnie do kolumny:

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Baba Wanga, nieżyjąca od  lat pani jasnowidz, to chyba najbardziej znana postać Bułgarii. Trafnie przepowiedziała ona przyszłość tysiącom zwracających się do niej ludzi. Najciekawsze jednak były przepowiednie dotyczące przyszłości naszej cywilizacji. Baba Wanga przepowiedziała dojście do władzy Hitlera, II wojnę światową, upadek Związku Radzieckiego, wybuch w Czarnobylu czy zatonięcie Kurska. Jej przepowiednie biegną daleko do przodu, dlatego z samej ciekawości zachęcam Was- Drodzy Czytelnicy do poznania szalonej wizji wszechświata przedstawionej przez zupełnie niepozorną starszą panią.
  • Bułgaria to kolebka jogurtów. Pod koniec XVIII wieku odkryto tam specjalne bakterie, które po dziś dzień służą do produkcji wszelkich jego odmian. Jako produktem narodowym, Bułgarzy obżerają się nim na każdym kroku. Jest to jeden z powodów, dlaczego mieszkańcy Bułgarii cieszą się długowiecznością.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Zastanów się dwa razy przed zakupem piwa bułgarskiego. Pod względem jakości i smaku może ono służyć jedynie jako środek moczopędny.
  • Uważaj na to, co zamawiasz w restauracji, a najlepiej sprawdź to najpierw w Internecie. Nazwy bywają całkowicie mylące, a kelnerzy najczęściej nie władają innym językiem niż bułgarski. Dlatego też zamawiając danie o wiele mówiącej nazwie Kebab, dostałem garnek z zawartością przypominającą gulasz. Niepomny swojego błędu, to same danie, ale pod inną nazwą, zamówiłem dwa razy.
Kategorie
Blog

Rumunia – nasz pierwszy przystanek

RUMUNIA

                Po wesołej i w miarę zgrabnej przejażdżce z Krakowa, wjeżdżamy do Rumunii. I już widzimy, że to miejsce będzie dla nas magiczne. Drogi dziurawe jak ser szwajcarski i to dodatkowy wygryziony przez wściekle głodne myszy. Prawdopodobnie z tego powodu dalej bardzo popularnym środkiem transportu jest bryczka konna. Rumunia jest piękna w swojej niestety biedzie. Przejeżdżając przez tutejsze wsie ma się wrażenie, że sąsiadujące ze sobą budynki, połączone wspólnymi płotkami, sypną się w całości jak domki z kart lub domino. Trochę jak Polska powojenna. Mimo to mieszkańcy szczególnie się nie przejmują. Częstym pomysłem na remont jest wymalowanie elewacji na wśćiekły kolor – od razu wygląda lepiej. Pewnego wieczora, przechodząc przez centrum biedniejszej dzielnicy Sighisoary, jesteśmy świadkami cudownej fiesty. Ludzie na środku skrzyżowania bawią się i tańczą do głośnej muzyki puszczonej z jednego z domów. Dzieci grają w gałę pustymi butelkami, psy leniwie wylegują się na poboczach. Żyć nie umierać.

                Co warto (lub też niekoniecznie) w Rumunii:

  • Odwiedzić miasto Sighisoara, czyli zderzenie kultury śródziemnomorskiej, średniowiecznej i tureckiej. Posiada ona ciekawą starówkę, zamek wraz z katedrą na wzgórzu oraz standardowe uliczki zachęcające do zgubienia się w ich odmętach.
  • Zajechać do Sapanty i zobaczyć słynny Wesoły Cmentarz. Niebieskie nagrobki z malunkami obrazującymi życie i śmierć pacjenta leżącego pod ziemią pozwalają nam spojrzeć na sprawę nieuchronnego od trochę innej, zabawnej strony.
  • Zgubić się na offroadzie pośród rumuńskich lasów. Udało nam się to już pierwszego dnia. Rafał, żądny ekstremalnych przygód, postanowił część trasy przejechać bezdrożami. Suzuki i kierowca radzą sobie nieźle, ale drogi z szutrowych i w miarę przejezdnych, przez błotne i pełne kolein, przeradzają się w górsko – leśne i zdecydowanie mało przyjazne. Przez ponad 3 godziny chodzimy z Władkiem przed autem, odgarniając przeszkody i szukając możliwości przejazdu. Prędkość przelotowa, na mój gust to zatrważające 5 km/h.
  • Zanocować na dziko nad jeziorem lub rzeką. Co wspaniałe w tym kraju, jest to całkowicie legalne. Wszyscy obywatele chętnie korzystają z tej możliwości i w weekendy aż ciężko znaleźć wolne miejsce.
  • Przejechać się trasą Transfogardzką. Ta ponoć najpiękniejsza trasa świata, w niektórych momentach daje niekiedy wrażenie, że wyprzedzi Cię tył własnego samochodu.
  • Zwiedzić Fogarasze, czyli najwyższe góry Rumunii. Trzy dni trekkingu dają nam możliwość wykonania całkiem zgrabnej pętli obejmującej wejście na najwyższy szczyt – Moldoveanu.
  • Zagadnąć do obydwu domniemanych zamków Vlada Palownika, czyli słynnego Hrabiego Drakuli. I nic to, że jeden z nich to sypiąca się ruinka (ale zdobyć ją należy pokonując 1400 schodów), drugi natomiast został wybudowany sporo lat po śmierci bohatera.

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Góry Fogarasze mają ponad 2 tys. metrów wysokości. Pogoda tu panująca obfituje w anomalia. Podczas naszego pobytu nieliczne prześwity słoneczne przeplatają się z wszelkimi rodzajami mgły, oberwaniem chmur oraz gradem. Szczyt zdobywamy leżąc okazyjnie na płasko na ziemi, nie chcąc mieć bliskiego spotkani z jedną z 4 burz. Dodatkowo warto wspomnieć, że grubo ponad połowę spotkanych turystów stanowią nasi rodacy.
  • Porozrzucane górskie schrony oraz jedyne schronisko Podragu to wszystko, co możemy spotkać na swojej drodze, związanego z cywilizacją. Samo Podragu, wbrew swojej koszmarnej opinii internetowej, to miejsce godne odwiedzenia. Położone w samym sercu gór, w malowniczej dolinie, nir oferuje wysokiego komfortu, jednak zdecydowanie warto tu zanocować. Choćby i tylko z tego powodu, aby uniknąć kolejnej nocy w namiocie, obfitującej w nawałnice deszczu, burze i wiatr jak w samym środku cyklonu. Tak przynajmniej wyglądała nasza poprzednia noc, którą Władek uroczyście ogłosił, jako najgorszą w swoim życiu. Ponadto nasz kompan, pomimo wieloletniego doświadczenia w górach, nie zabiera ciepłej odzieży. Skutkuje to jego skrajnym przemoczeniem. Pomimo tego można domniemywać, że nawet dobry sprzęt mógłby w tych warunkach zawieść.
  • Rumunii to głośny naród. Obozując na dziko, z każdego obozu dobiega głośna muzyka. Króluje disco romania, czyli odpowiednik naszego disco polo.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Zanim pomożesz komuś na drodze, upewnij się, że nie ma on ubezpieczenia assistance. Po stracie ponad godziny w poszukiwaniu pomocy drogowej dla grupy dziewczyn z pękniętą oponą, gdy poruszyliśmy niebo i ziemię aby wszystko załatwić, okazało się, że wolą one wykupioną w Polsce pomoc assistance. No i cóż – całe nasze poświęcenie na nic.
  • Jeżeli pragniesz przeprowadzić się do Rumunii i zapewnić swojej rodzinie godziwy byt, musisz koniecznie wybrać jeden z dwóch najpopularniejszych tu zawodów – taksówkarza lub wulkanizatora. W sumie filozofia jest prosta – gdy kolejna osoba złapie gumę na jednej z miliona dziur (bądź też po prostu nie trafi kołem na nieliczne miejsce, gdzie asfalt w ogóle istnieje), taksówkarz wiezie go do wulkanizatora. Życie jest takie proste i logiczne.
  • Otwórz się na Rumunię i zjedz mamałygę. To danie o wdzięcznej nazwie wykonane jest z pieczonej mąki kukurydzianej, sera bryndza i skwarek. Dla miłośników dań mącznych Rumunia to prawdziwy raj – na stołach królują wszelkiego rodzaju placki oraz oczywiście rozgrzewająca krew palinka, wykonana z dowolnego fermentującego owocu.
Kategorie
Żeglarstwo

Clean up Svalbard 2017 podczas wyprawy Arktyka Śladami Ginących Lodowców

Clean up Svalbard 2017

Podczas naszych rejsów na Svalbardzie w ramach wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców nasze załogi biorą udział w akcji Clean up Svalbard 2017. Od lokalnych władz otrzymaliśmy specjalne worki , naszywki i odznaki, które potwierdzają nasz udział w akcji. Otrzymaliśmy zgodę na odwiedzenie wielu niedostępnych rezerwatów na które przeprowadzaliśmy desant. Oprócz czystej nieskazitelnej przyrody, często podczas naszych trekingów wzdłuż wybrzeża spotykaliśmy mnóstwo zalegających na brzegu śmieci. Najczęściej spotykamy reszty sieci rybackich, mnóstwo pasków spinających pp , odpadów w postaci resztek skrzynek LDPE / PP, pływaków z aluminium. To wszystko zalega na brzegach i w samym Oceanie Arktycznym. Każdy z nas czekał na spotkanie wielorybów, foki, morsów , białego misia jednak łatwiej dostrzec zalegające na brzegach śmieci.

Było nam niezmiernie miło wziąć udział w akcji Help Preserve Svalbard’s Wilderness, wszak natura wiele daje i trzeba o nią dbać.

Zaloga etapu S7 

Magda, Małgosia, Jarek, Tomek, Zbyszek, Marek, Mariusz 

Kategorie
Żeglarstwo

Granica Lodu Arktyka 2017 na pokładzie SY Sifu of Avon

Miło nam poinformować, że po 79 dniach żeglugi Wyprawa Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców na pokładzie Sifu Of Avon dotarła do granicy arktycznego lodu, dalej już była tylko „droga” lodowa na Biegun Północny. Już za niedługo szersza relacja. Przed załogą Fundacji 4 Kontynenty kolejne wyzwanie – opłynąć wokół Spitsbergen, co w tym roku będzie bardzo trudne ze względu na sytuację lodową wschodniej części Spitsbergenu. Zapraszamy do udziału w kolejnych etapach wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców na pokładach Sifu of Avon oraz SY Bystrze

Mariusz Noworól 












Kategorie
Żeglarstwo

Powitanie z Arktyką – relacja z etapu Trondheim – Bodo

Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców  – etap B4 z Trondheim do Bodo  

Dla większości załogi s/y Bystrze etapu B4 była to pierwsza wizyta w Norwegii i wizja żeglowania wzdłuż norweskiego wybrzeża stanowiła dodatkową atrakcję.
Zaokrętowaliśmy się na s/y Bystrze w Trondheim w porcie “Skansen” – pomimo tej ciekawej nazwy sam port nie przypominał muzealnego obiektu – wszystko było funkcjonalne i w miarę nowoczesne. Po uzupełnieniu żywności przywiezionej z Polski o dodatkowe produkty wypłynęliśmy z Trondheim na północ.

Wiał mocny wiatr od południa więc na samej genui i bezanie dość szybko i sprawnie dopłynęliśmy do Uthaug. Od razu po zacumowaniu wybraliśmy się na zwiedzanie miasteczka. Poza samymi krajobrazami urzekły nas zadbane kolorowe domki z typową drewnianą zabudową. Z samym “łapaniem widoków” nie musieliśmy się spieszyć ze względu na białe noce, które występują latem w północnej Norwegii. Słońce nieznacznie zaszło za horyzont dopiero przed północą, wschód słońca był chyba 3 godziny później – a to co było pomiędzy to tzw. zmierzch cywilny (ang. civil twilight) . Po powrocie na łódkę mieliśmy jeszcze możliwość obserwowania ćwiczeń wojskowych na lądzie i morzu norweskiej armii – trzeba przyznać, że robiło to duże wrażenie. Na koniec dnia kapitan zrobił nam ciekawy wstęp na temat astronawigacji wprowadzając nas w podstawowe pojęcia z tego tematu.

Następnego ranka wypływamy dalej. Pogoda i wiatr dopisują. Z pokładu s/y Bystrze podziwiamy mijane wysepki. Wieczorem postanawiamy zrobić przerwę na wyspie Villa. Jesteśmy tutaj jedynym jachtem przycumowanym do pomostu, a w zatoczce niedaleko nas stoi szwedzki jacht na kotwicy. Opłacało się zrobić postój w tym miejscu. Na wyspie jest nieczynna latarnia – dawniej opalana węglem. Światło zachodzącego słońca w połączeniu z soczystą roślinnością wyspy dawało niesamowite efekty wizualne. Wypływamy przed północą i podziwiamy zachód słońca o północy na otwartym morzu norweskim. Po ok. 3 godzinach docieramy do Rørvik i cumujemy burtą do s/y Sifu of Avon ze względu na brak miejsca w porcie.

Następnym punktem zwiedzania i miejscem na kolację jest port Vennesund na wyspie Kvaløya. Spotykamy tam Polkę pracującą w portowej restauracji, a poza tym jest WiFi więc jest wypas 🙂 ! Co jakiś czas przypływają tutaj duże promy z gromadą turystów. Odpływamy przed północą mijając słynną górę Torghatten na wyspie Torget z charakterystyczną dziurą po środku. Nad ranem wiatr ustaje kompletnie, więc włączamy silnik zamieniając nasze s/y Bystrze w motorówkę. Nie trwa to jednak zbyt długo gdyż na południu wytworzył się rozległy niż, który przynosi wiatr z północy – a to co oznacza dla nas wielogodzinne halsowanie.

Po kilkunastu godzinach zatrzymujemy się w porcie w Sleneset koło pięknej repliki łodzi Wikingów. Sam port położony jest w malowniczej scenerii – więc cieszymy się pięknymi widokami oraz wygraną Polski w meczu z Rumunią! W tym dniu spłynęło wiele jachtów do Sleneset z okazji odbywających się regat więc w porcie jest dość tłoczno. Nie stanowi to jednak problemu gdyż Norwegowie, jak zwykle, są dla nas bardzo sympatyczni.

Mamy to !!! -północne koło podbiegunowe.
Następnego dnia przekraczamy północne koło podbiegunowe – w czym utwierdza nas pokładowy GPS pokazując 66°33’39″N. Świętujemy to kąpiąc się w morzu norweskim. Orzeźwiająca kąpiel w wodzie morskiej o temp. 6°C poprawia wszystkim humor i potęguje apetyt przed obiadem. Białe noce panujące na tej szerokości geograficznej o tej porze roku znacznie ułatwiają żeglugę nocną. Przypływamy o północy do Støtt Brygge – nieopodal

wyspy Svenningen. Przy wejściu do portu widać w oddali na horyzoncie Lofoty – niesamowity widok! Po późnej kolacji wyruszamy na punkt widokowy. Ze szczytu wyspy rozciąga się niesamowity widok na okoliczne wysepki skąpane w czerwonym świetle wschodzącego słońca. Dość atrakcji na dzisiaj, trzeba się w końcu wyspać – wracamy na jacht o 4-ej nad ranem.

Przed wyruszeniem do końcowego portu w Bødo jemy śniadanie na tarasie w przystani jachtowej – jakże wspaniała odmiana w porównaniu z jachtową messą.Wypływamy nieśpiesznie na północ przy słonecznej pogodzie. Kapitan uczy astronawigacji przy użyciu sekstantu, tabeli i obliczeń. Do Bødo przypływamy przed północą cumując blisko s/y Sifu of Avon. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i razem świętujemy zakończenie rejsu!
Czas się pożegnać. To był bardzo udany rejs !!!!
Ja na pewno kiedyś jeszcze wrócę do Norwegii, żeby pożeglować wzdłuż jej wybrzeży. 

Daniel Kitel 

Kategorie
Wspinaczka

Expedition to Lenin Peak in 2017

Matterhorn już za nami, piękna choć trudna góra, wspaniałe wspomnienia i zdjęcia, nowe doświadczenia! Przed nami Pik Lenina, nasz pierwszy wspólny siedmiotysięcznik! 🙂

Expedition to Lenin Peak in 2017

Pik Lenina w górach Pamir 7134 m  n.p.m (22.07.2017-15.08.2017)

Prezentacja oficjalnego prezentacja oficjalnego logo wyprawy 

Program wyprawy:

Dzień 1: Wyjazd z Polski
Przelot do Biszkeku.ew przedostanie się prosto do Osz.

Dzień 2:
Załatwienie formalności, zaopatrzenie w żywność i gaz.

Dzień 3: Ługowa Polana 3800m
Przedostanie się do Ługowej Polany.( Tutaj piękne widoczki na otaczające góry oraz Pik Lenina)

Dzień 4 do 19: To tutaj zaczyna się prawdziwa  przygoda, akcja górska w pełnym tego słowa znaczeniu
Na szczyt zmierzamy drogą normalną. Trasa prowadzi przez Przełęcz Podróżników, Lodowiec Lenina i Pik Razdielnej.

Jeśli starczy czasu planowany jest odpoczynek nad jeziorem Issyk-Kul ( błękitno-turkusowy kolor tafli wody i majestatyczne szczyty gór tworzą bajkowy krajobraz. Tak! to jedno z tych miejsc gdzie potężne góry i woda występują razem. Jest to drugie co do wielkości jezioro górskie na świecie (pierwsze miejsce na podium zajmuje Titicaca). Dookoła Issyk-Kul otoczony jest dwoma pasmami gór: Kungej Ałatau i Terskej Ałatoo których najwyższe szczyty sięgają 4000-5000 m n.p.m.)

Aneta i Krzysztof Matuła

Kategorie
Blog

KATTEGAT I SKAGERRAK czyli o tym, jak fajnie mieć przyjaciół.

KATTEGAT I SKAGERRAK czyli o tym, jak fajnie mieć przyjaciół.

Maciek i Natalia musieli niestety opuścić nas w Göteborgu. Czułem, że jeszcze chętnie płynęli by z nami dalej i dalej, ale wszystko kiedyś się musi skończyć – urlop też.

Z żalem oddali nam cumy w Lilla Bommens, a my ruszyliśmy w najdłuższy przelot drugiego etapu w kameralnym składzie: Heniu z Andrzejem i Sebą na „Bystrzu” i Paweł ze mną na „Sifu”. Płynąc w dół rzeką Gota ułożyliśmy plan żeglugi na najbliższe dwie doby. Pływanie we dwójkę na 14 metrowym stalowym keczu to już takie małe żeglarskie wyzwanie. Ustaliliśmy dwugodzinne wachty i sposób komunikacji kokpit – mesa, żeby był sposób na obudzenie partnera bez odchodzenia od steru.
Wreszcie żagle w górę i leniwie ruszyliśmy przez Kattegat w kierunku Skagen. Nie mieliśmy w planie tam wpływać, ale zależało nam na złapaniu najnowszych prognoz pogody przez Internet. Byliśmy w zasięgu tworzącego się małego lokalnego małego niżu i nigdy nie wiadomo co się z takiego rozwinie…
Powoli weszliśmy w rytm samotnych wacht i szykowaliśmy się do prawie samotnej nocnej żeglugi, a tu nagle odzywa się radio:

– Jacht „Sifu of Avon”, jacht „Rzeszowiak’ prosi…

„Rzeszowiak” płynie w kierunku Grenlandii, więc nasze trasy na razie się pokrywają.

Okazuje się, że chłopaki są 8 mil przed nami i oferują „wypożyczenie” nam dwóch załogantów na nocny przelot przez Skagerrak.

Bardzo ucieszyliśmy się z posiłków, chociaż tak w głębi duszy poczuliśmy lekki zawód, bo runął nasz misterny plan sprawdzenia się w dłuższej dwuosobowej żegludze.

Ustaliliśmy szybko miejsce spotkania na zawietrznym duńskim brzegu na spokojnej wodzie osłoniętej cyplem od fali. Sprawna akcja podejścia i mieliśmy już na pokładzie Huberta i Grzegorza. Żegluga we czwórkę to był już luksus. Wszyscy garnęli się do steru, więc nie pozostało mi nic innego jak iść spać.

Nad ranem z oparów gęstej mgły wyłoniły się skały wyspy i wysepki południowego wybrzeża Norwegii. Jeszcze tylko wejście slalomem pomiędzy wysepkami do zatoki i zacumowaliśmy w małym uroczym porcie Mandal, przy gościnnej kei tuż za rufą przybyłego chwilę wcześniej „Rzeszowiaka”. Chłopaki wracają do siebie, a nam trochę żal, że dalej pożeglujemy już sami…

Fajnie jest wszędzie spotkać przyjaciół. Dzięki Marcin!




Kategorie
Rower

Rowerem na żagle – Rajd rowerowy Kraków – Trzebinia 14.05.2017

Rowerem na żagle – Rajd rowerowy Kraków – Trzebinia 
Niestety, nasz piękny, aktywny i jakże długo wyczekiwany weekend jest już za nami.

Było wesoło, integracja i bardzo aktywnie jak to u nas zwykle bywa . Sporo pięknych planów związanych ze wspólnym wyjazdem i wszystko udało się w pełni zrealizować: wieczorne ogniska z pieczeniem kiełbasek i śpiewami, sobotnie żeglowanie a chwilę po tym nauka salsy i bachaty, niedzielny rekreacyjny rajd rowerowy z Krakowa do Trzebini. Hmm jest co opowiadać, sporo się działo, uczestnicy wyjazdu wrócili zadowoleni, z nowymi przyjaźniami, wspomnieniami, umiejętnościami i wrażeniami a niektórzy z wygraną. Po niedzielnym rajdzie odbyło się losowanie nagród, każdy kto kupił sobie los miał możliwość wygrania nagrody niespodzianki oraz jedną z nagród głównych jaką były rowery. Trochę z tych nagród zgarnęła nasza ekipa a jeden z kolegów miał więcej szczęścia i wygrał rower! Radość nas wszystkich była wielka „bo tutaj nie liczę się tylko Ja, tutaj ważni są również przyjaciele” . Fantastycznie udały się również lekcje tańca w których każdy bez względu na wiek czy poziom umiejętności tanecznych mógł wziąć udział. Kroki były proste i dopasowane tak by móc swobodnie bawić się na parkiecie. Sam rajd jako, że był rekreacyjny nie polegał na ściganiu się z innymi uczestnikami, mimo iż mieliśmy przed sobą 45km jazdy nie tylko po płaskim terenie (a raczej głównie nie po płaskim :D) postanowiliśmy przejechać wspólnie, trzymając się razem. Z nami nikt nie zostaje sam sobie, 4Kontynenty to silnie zaprzyjaźnieni ludzie i każdy nowy członek naszej ekipy może być pewien że tutaj znajdzie sporo fajnych znajomości które wniosą coś ciekawego w jego życie, nabędzie nowych umiejętności i jeszcze bardziej otworzy się na ludzi i świat. Tutaj nie ma lepszych czy gorszych, tu wszyscy jesteśmy równi, nie jest ważny status społeczny czy wykształcenie, ważne są marzenia a one są po to by je spełniać, bo przecież „chcieć znaczy móc”. Czy to na wodzie, czy w górach, czy na rowerze, pomysłów jest sporo, dzieje się, więc co następne? Można dołączyć do naszej wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców  

Aneta Matuła