Kategorie
Żeglarstwo

Kołysał nas zachodni wiatr… czyli o rejsie, który zaczął moją przygodę z żeglowaniem i nauczył pokory do wielkiego żywiołu, jakim są otwarte wody

Jest to relacja Anii, będącej oficerem na rejsie 4 Kontynenty: Gdańsk – Kopenhaga – Goteborg – Oslo – Skagen, który odbył się w dniach 28.08 – 10.09.2016 r. Kapitanem jachtu był MR

Znacie to uczucie, kiedy podejmujecie nowe wyzwanie, kiedy czekacie na ten kolejny przypływ adrenaliny we krwi, kiedy chcecie kolejny raz zmierzyć się sami ze sobą? Tak właśnie było ze mną i pierwszym długim rejsem. Podróżuję od wielu lat, ale świat zawsze odkrywałam drogą lądową. Autostopowe wyprawy nauczyły mnie odwagi i sprawiły, że dorosłam. Stałam się silną i niezależną kobietą, która radzi sobie niemal
w każdych warunkach. Ląd jednak stał się zbyt duszny i ciasny, a niektóre miejsca nieosiągalne wyłącznie samochodem.

Postanowiłam, że trzeba się przygotować. Już kilka tygodni wcześniej próbowałam przebrnąć przez lekturę podstaw żeglarstwa zawartych w podstawowej branżowej literaturze. Szczerze? Na początku czułam się jakbym czytała po chińsku. Tysiące nowych definicji i nazw. Po kilku długich wieczorach z książką udało się nauczyć  kilku sztandarowych pojęć. Następnie warsztaty nawigacyjne organizowane przez Kapitana. Szkolenie zaplanowane było na tydzień przed rejsem i miało przybliżyć nam podstawy nawigacji i meteorologii, nauczyć pracy na mapach morskich, obliczania pływów. Ciężkie, ale i bardzo owocne sześć godzin pracy całej załogi i poczuliśmy się nieco bardziej gotowi na wyjazd.

Nasza trasa to, zaplanowana przez Fundację 4 Kontynenty, część rejsu etapowego. Zaokrętowanie: Amsterdam, później wybrzeża Morza Wattów i wyczekiwane przez wszystkich, norweskie fiordy.

Tydzień do wyjazdu..Jak zwykle na wszystko zbyt mało czasu, praca wyciąga z nas siły i wieczorami ciężko
się zabrać do pakowania niezbędnych na wyprawę rzeczy. Udaje nam się skompletować plecaki około środy wieczorem i już pojawia się na naszych twarzach zarys uśmiechu, nabieramy energii..

Czwartek i pierwszy dzień urlopu, praktycznie siedząc na bagażach czekamy na telefon od Kapitana.
Po wieczornej rozmowie nie mamy już złudzeń, na pewno nie popłyniemy zaplanowaną trasą. Jacht, którym mieliśmy wypływać z Amsterdamu utknął gdzieś w brytyjskim porcie z zepsutym silnikiem. A my cóż, też utknęliśmy w centrum Krakowa, pierwszego dnia urlopu, z tęsknotą za daleką podróżą i może nutą nadziei, że uda się coś jeszcze ocalić z naszych planów.

Piątek- więc jednak płyniemy, co prawda innym jachtem, co prawda inną trasą, ale wciąż na fiordy. Będziemy walczyć, żeby dotrzeć jak najdalej na północ, jak najszybciej przedostać się przez Bałtyk i spokojnie nacieszyć się odkrywaniem dalekich lądów.

Skandynawia została dla mnie ostatnią niezwiedzoną częścią Europy. Nigdy nie czytałam przewodników, stron internetowych i opinii na forach na temat regionów w które zmierzałam wyjechać. To wszystko nie pozwoliłoby mi zbudować własnego zdania na temat odwiedzanych miejsc. Tym razem też chciałam spotkać się z tą kulturą osobiście, porozmawiać z mieszkańcami, zgubić się w otaczających centrum uliczkach i znaleźć się w  małej lokalnej restauracji na pysznej miejscowej kawie i tradycyjnych daniach. Słuchać muzyki granej na ulicy, pooddychać wolnością w przepięknych parkach i dopiero na koniec zadecydować, czy polubiłam to miejsce.

Sobota- dzień ostatnich przygotowań, dopychamy  ciepłe bluzy do plecaków i późnym wieczorem wraz z prawie kompletną załogą ruszamy z Krakowa do Gdańska w długą i nużącą podróż Polskim Busem.

Budzimy się nad ranem na Dworcu Autobusowym w Gdańsku, niecałe 30 minut później udaje nam się w kompletnym składzie stanąć na kei. Małą grupą ruszamy jeszcze na zakupy rejsowe. Wcześniej postaraliśmy się przygotować listę, ale uwierzcie, że nie jest łatwo zaplanować jadłospis na 2 tygodnie
dla 9 osób. Zakupy pochłaniają nam jakieś 3 godziny czasu, samochodem wypchanym po brzegi wracamy do portu.  Chyba w końcu jesteśmy gotowi do wyjazdu….walczyliśmy dzielnie.

Pogoda pozwala nam tego wieczoru wypłynąć na kilka godzin i przesunąć się chociaż o kilkadziesiąt mil dalej. Zaczynamy życie na pokładzie, nie jest łatwo z obiadem przygotowywanym na fali i dużym niedoborem snu, mimo to wszyscy z szerokimi uśmiechami na twarzach. Jesteśmy na morzu, można zostawić na lądzie wszystkie problemy i cieszyć się szumem fal.

We Władysławowie czeka nas co najmniej jednodniowa przerwa. Na wieczornym posiedzeniu Kapitan informuje, że wypłynąć na drugi dzień możemy, tylko że na morzu 7-8 B i oczywiście pod wiatr. Wszyscy z dużymi pokładami energii do żeglowania decydujemy się wypłynąć, niech się dzieje co chce.

Wypływamy ku żywiołowi. Po 2 godzinach większość załogi nieprzytomna ląduje pod pokładem. Ja jeszcze nigdy nie czułam się gorzej, choroba morska przypomina mi cięższą wersję grypy żołądkowej. Udaje mi się trochę uspokoić żołądek na krótkiej drzemce. W końcu decyduję się powalczyć, przecież wszystko tak naprawdę zaczyna się w naszych głowach. Pomagam przy żaglach, stoję za sterem i wymiotuję przypięta na linie do deku. Denerwuję się już okropnie, przy każdym wychylaniu sie za burtę dostaję zimną i słoną wodą prosto w twarz, ciężko się poruszać, doskwiera ból głowy i przemoczone ubrania. Ktoś tu mówił, że żeglowanie jest nudne?  Zostaje nas już tylko czwórka włącznie z Kapitanem, prowadzimy jacht na zmiany, morze nie chce uspokoić się ani na chwile, za nami 8 godzin. Czuje, że powoli wygrywam sama ze sobą, zaczynam robić się głodna, odzyskuję energię i siły. Teraz mogę już płynąć choćby całą kolejną dobę. Po 14 godzinach trudnej żeglugi Kapitan podejmuje decyzję o wejściu do portu w Łebie. My może dalibyśmy radę, ale reszta załogi potrzebuje przerwy i regeneracji. O 2 nad ranem rzucamy cumy i schodzimy na chwilę na stały ląd. Jeszcze szybka kalkulacja strat, na szczęście niewielkich i zbawienny dla wszystkich sen..

Rano trzeba naprawić zerwaną podczas sztormu taśmę od foka, nasz jacht nie jest specjalnie zaopatrzony w sprzęt do małych napraw, więc staramy się wygrać kreatywnością. Do szycia wykorzystujemy własnoręcznie zrobioną w bosmanacie igłę. Szybkie tankowanie paliwa i ruszamy dalej.

Dziś jest już nieco łatwiej, Neptun nieco łaskawszy, 6 B, ale wiatr wciąż w twarz. Chyba już trochę przyzwyczajeni do warunków, dzielnie prowadzimy kolejne wachty. Przed nami wyzwanie- co najmniej kilka dni ciągłej żeglugi. Nasz następny cel to Kopenhaga, dziś wydaje się daleka i nieosiągalna.

Wczorajszy dzień wiele mnie nauczył. Morze to żywioł, wobec którego my jesteśmy bezsilni, w obliczu jego mocy jesteśmy mali i bezbronni. W codziennym życiu często wydaje nam się, że potrafimy być niepokonani, że jeśli włożymy w coś sto procent energii to uda nam się wygrać. Co zmienia się zatem gdy z naszych oczu znika ląd? Zostajemy niewielką kropką poruszającą się na ploterze. Zależni od fali, wiatru, zdani na łaskę natury. Dziwne to dla mnie uczucie zostać bezsilną, zwykle nie pozwalam sobie na to. Pozwala mi to jednak zapomnieć, o tym co zostało kilkadziesiąt mil za nami i skupić się na rzeczach naprawdę istotnych, zastanowić
się o co w moim życiu walczę i  czego oczekuję.

Pierwszy raz zostało mi powierzone prowadzenie wachty. Stwierdziłam, że to dla mnie szansa na naukę stawiania żagli, podszkolenie się z nawigacji i sztuki manewrowania jachtem. Wiedziałam, że to też duży kredyt zaufania, dlatego szczególnie do nocnych wacht starałam się podchodzić bardzo odpowiedzialnie. Udowodniłam sobie, że wyzwania motywują do działania, konsekwentnie uczyłam się nowych rzeczy.

Takie kilkudniowe przeloty między portami to ogromny wysiłek dla załogi. Wiecie, okazało się, że najprostsze czynności potrafią być bardzo trudne. O umyciu się praktycznie nie ma mowy, przy przygotowywaniu obiadu dla 9 osób można poćwiczyć gimnastykę, a przejście 3 metrów z koi do toalety bez nabicia sobie po drodze ogromnej liczby siniaków o wszystkie stoły i szafki to już całkiem duży wyczyn. Są też chwile relaksu przy kawie i książce. Zwykłe życie na jachcie to jednak ciągła praca.

Po 56 godzinach na morzu docieramy do Kopenhagi, wpływamy do małego portu praktycznie w centrum miasta, nieco zmęczeni stawiamy pierwsze kroki na lądzie. Szczerze mówiąc kołysa mną jeszcze dobre kilka godzin przy zwiedzaniu miasta. Uciekamy z Kamilem zgubić się w mieście. Znajdujemy śliczną małą kawiarnię, gdzieś daleko od tłumów turystów przemierzających ścisłe centrum miasta. Pijemy przepyszną kawę, obserwujemy toczące się dookoła życie. Postanawiamy ruszyć na spacer, trafiamy na ogromne ogrody zamkowe- pełne zieleni i kwiatów, miejsce w którym mieszkańcy zatrzymują się na gry terenowe, rodzinne pikniki i spotkania towarzyskie. Mijamy plenerowy koncert i trafiamy do kolejnego parku tym razem prowadzącego do terenów zabudowy wojskowej. Przychodzi wieczór, podświetlone fontanny nad brzegiem rzeki wyglądają magicznie. Spacer kontynuujemy poszukując „Nomy“. Chcemy choć z zewnątrz zobaczyć tą gwiazdkę światowej gastronomii. Przekraczamy mieniący się tysiącem świateł most i po kilku minutach stajemy przed drzwiami restauracji. Wszyscy pracują jak w zegarku, każdy zna swoje miejsce, tu nic nie dzieje się przypadkiem, potrawy wyglądają jak wycięte ze zdjęć najlepszego branżowego czasopisma , a uśmiechnięte twarze gości świadczą o wysokim poziomie lokalu i wysokiej jakości serwowanych tu potraw. Na stolik  w „Nomie“ czeka się kilka miesięcy, może przy kolejnej wyprawie uda się zobaczyć tą perełkę też od środka. Swoje kroki kierujemy na miejscowy„Street Food“, gromadzące się wokół tego miejsca tłumy młodych ludzi świadczą o tym, że trafiliśmy do jednego z bardziej popularnych miejsc. Wieczorami robi się tu głośno i kolorowo, koncerty Dj-ów na wolnym powietrzu, a we wnętrzu ogromnej blaszanej hali można odkrywać smaki niemal całego świata. Kilkadziesiąt food tracków i barów, serwujących kuchnie europejskie, a miejscami też te bardziej egzotyczne. Bierzemy do rąk po butelce miejscowych trunków i rozsiadamy się na leżakach nad brzegiem rzeki. Ogrzewani ciepłem rozpalonego ogniska, zasłuchani w rozbrzmiewającej wokół muzyce cieszymy się, że udało się odkryć serce kolejnego kraju, poszerzyć horyzonty.

Nieco zmęczeni po całym dniu wędrówki wracamy na jacht. Każdy z nas potrzebuje chwili wytchnienia i odpoczynku. Nazajutrz ruszamy dalej. Kolejnym way pointem ma zostać szwedzki Goeteborg. Liczymy, że uda się dopłynąć jeszcze na odbywający się tam właśnie Zlot Żaglowców.

Nasze plany rozpływają się niestety zaraz po wyruszeniu z portu. Stawiamy foka, który okazuje się być rozerwany na długości niemal pół metra i zamiast spełniać swą funkcję zostaje naszą dyszą powietrzną, łapiącą wiatr dosłownie do środka żagla. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zmienić kurs na największy możliwy port w Kopenhadze i szukać pomocy..

Pewnie myślicie, że to już koniec naszych problemów? Otóż nic bardziej mylnego, dopływając do portu orientujemy się, że mamy dziś sobotę …najgorszy z wszystkich możliwych dni na naprawę jachtu. Mało nam szczęście dopisuje, ale załoga Xeli się nie poddaje. Postanawiamy, pozbawieni innych możliwości, wykorzystać zapasowe nici do szycia żagli i zacząć cerować. Kilka godzin mozolnej pracy Kapitana oraz czterech dzielnych załogantów i fok wygląda jak nowy. Może po powrocie zaczniemy zarabiać na drobnych, weekendowych naprawach jachtów?? Cały czas do przodu- zgodnie z tym hasłem przemierzamy kolejne morskie mile.

Na jachcie czas mierzy się w jakichś nieco innych jednostkach, nie mają dla Ciebie specjalnego znaczenia noc i dzień. Wszystko odmierzasz na wachty za sterem albo kambuzowe. Nic poza tym nie musisz, za to możesz wszystko, uczyć się, szkolić, pracować na jachcie, ucinać sobie drzemki, odrabiać literackie zaległości, pisać dzienniki, a przy spokojnym morzu wygrzewać się po prostu na deku w blasku promieni odbijających się od tafli wody.

Późnym wieczorem któregoś tam dnia wpływamy do szwedzkiego Goeteborgu. Wejście do portu mieniące się tysiącami kolorów wywiera na nas ogromne wrażenie. Pomimo zmęczenia postanawiamy podjąć się jeszcze małego spaceru po okolicy i znaleźć przystań w przyjemnym, klimatycznym pubie gdzieś w centrum. Okazuje się, że niepotrzebnie narzekamy na „krakowskie wysokie ceny“, bo wyobraźcie sobie, że piwo w zwykłym barze może też kosztować 40 zł/0,5 l- uwierzcie mi, że doceniacie wówczas każdy łyk.

Kolejny dzień postanawiamy poświęcić na zwiedzanie żaglowców. Z bliska wyglądają naprawdę imponująco, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Dopiero udało mi się opanować nazwy wyposażenia prostego jachtu i lin za które trzeba pociągać, a tu przed moimi oczami ogromy żaglowiec z sto razy większą liczbą lin, haków, kabestanów i innych akcesoriów- nieprawdopodobne, że chodzą po tym świecie ludzie, którzy znają te statki jak własny dom i potrafią bezpiecznie prowadzić je przez morza i oceany. Jako grupa polskich amatorów żeglarstwa, jakimś zrządzeniem losu znajdująca się akurat w Szwecji , dostajemy szansę postawienia swoich stóp na pokładzie słynnego Frederyka Chopina. Monumentalny, mieniący się dziesiątkami białych żagli w blasku słonecznych promieni, piękny i wydawałoby się- niezniszczalny. Stając za kołem sterowym zaczęłam zastanawiać się jak perfekcyjne wyczucie statku należy mieć, żeby trzymać tutaj idealny kurs na wiatr. ( Może dla mnie wydawało się to bardziej niemożliwe, gdyż ster zdawał się być wielkościowo równy mnie ). W nieskończoność trwały nasze okrzyki zachwytu nad kolejnymi mijanymi w porcie żaglowcami. Może któregoś dnia i nam uda się zostać załogą jednego z nich.

Tymczasem ruszamy na ekspresowe zwiedzanie pozostałej części miasta. Nasze kroki kierujemy w stronę słynnego ogrodu botanicznego. Miasteczko okazuje się być przepiękne, urokliwa zabudowa, uśmiechnięci mieszkańcy i wysprzątane uliczki. Wszystko tu do siebie pasuje. Ogród botaniczny
i tamtejsza palmiarnia to rzeczywiście jedne z pięknieJszych rezerwatów natury jakie widziałam. Ogromne zadaszone ogrody gromadzące dziesiątki gatunków egzotycznych roślin, przenoszą nas na chwilę w podróż w jeszcze odleglejsze krainy niż te do których udało się dotrzeć. Cel postawiony- kolejnym razem wszystko to trzeba zobaczyć w naturalnym środowisku. W drodze powrotnej na jacht musimy uzupełnić braki w wyposażeniu naszej lodówki. Ja, Kamil i Małgosia dzielnie biegając po szwedzkim hipermarkecie staramy się skompletować wszystkie najpotrzebniejsze produkty. Po niecałej godzinie nasz koszyk jest prawie pełny. Z niecierpliwością czekamy na rachunek, patrząc po cenach na półkach- zostawimy tu majątek. Oczekiwania stają się rzeczywistością, w Polsce za te same pieniądze mielibyśmy jakieś 4 razy więcej produktów. Przez chwilę zastanawiamy się więc jak dużo więcej musi zarabiać tutaj przeciętny obywatel, żeby było go stać na chleb za 8 zł i wodę mineralną za 10? W lekkim szoku wracamy z zakupami na jacht, to już czas ruszyć znów na morze. Przed nami szkiery, których już wszyscy nie mogą się doczekać. Paweł w wycieczce po szkierach wywęszył swą kolejną szansę na złowienie jakiejś świeżej rybki na obiad.

Pływamy wśród pięknych powulkanicznych wysepek z dziką przyrodą i ślicznymi małymi domkami, wydaje się jakby mieszkający tu ludzie żyli w raju. Pogoda jak na obecną porę roku naprawdę nas rozpieszcza, wiatry sprzyjają. Nie możemy oderwać się od aparatów, każdy z nas chce choć na chwilę zatrzymać dla siebie ten obraz. Udaje nam się znaleźć dogodne miejsce na zatrzymanie się na kotwicy. Paweł próbuje szczęścia z wędkowaniem, Gosia i Ania odważnie wskakują popływać w błękitnej tafli wody. Jest czas na przygotowanie obiadu- chociaż raz bez dodatkowej atrakcji w postaci kołyszącej fali. Najedzeni i wygrzani promieniami słońca wracamy do wieczornej żeglugi. Zaczarowani urokiem jednej z wysp, zatrzymujemy się jeszcze na wieczorny spacer. Na lądzie jest zaskakująco cicho i spokojnie. Opustoszałe miasteczko z małym zamkiem i willami ze snów. Każdy tu zamiast samochodu posiada swój własny jacht. Miejsce wydaje się być idealne na chwilę odpoczynku od zgiełku miasta.

Nocne żeglowanie po szkierach pozOstanie w naszej pamięci jako wyzwanie dla odważnych. Wąskie szczeliny między skałami, gdzieniegdzie święcące tyczki wskazujące drogę. Mieścimy się na centymetry, pilnując kursu z dokładnością do 1 stopnia. Całonocną walkę z perspektywy poranka, wszyscy zgodnie uznajemy za dobrą przygodę. Kolejny dzień spędzamy na dotarciu do Oslo. Norwegię zaczynamy zwiedzać od widocznych z deku niewielkich fiordów otaczających drogę morską wejścia do portu w stolicy. Kilkanaście godzin później lądujemy w porcie w sercu miastu. Zmęczeni wyprawą znajdujemy siłę jedynie na prysznic, kolację i szklaneczkę rumu albo dwie…Przy dźwiękach gitary, na której Kamil wygrywa dla nas dźwięki ulubionych szant, zapadamy w upragniony sen. Kolejny dzień chcemy poświęcić na zwiedzanie miasta.

Pierwsze kroki kierujemy na wodny tramwaj mający dostarczyć nas do Muzeum Fram. Ogromna wystawa poświęcona jest wyprawom polarnym. Statki z żeglugi na najdalsze krańce świata, świetnie zakonserwowane, otwarte są do zwiedzania. Można na chwilę przenieść się w inne czasy, poczuć się jak odkrywca,  wyobrazić sobie jak musiało wyglądać tamto życie. Twórcy muzeum zadbali nie tylko o dokształcenie nas z obszernej historii wypraw, jak i przybliżenie nam z najdrobniejszymi szczegółami życia codziennego na jednostkach ekspedycyjnych, ale pokazali też warunki atmosferyczne panujące w obszarach biegunowych. Specjalnie przygotowana komora, imituje temperaturę i wizualizuje nam prawdziwie polarne, surowe warunki. Po kilku godzinach wychodzimy naprawdę usatysfakcjonowani. Miejsce warte odwiedzenia.

Organizujemy jeszcze kilkugodzinny spacer po centrum. Znajdujemy tu z Kamilem schowane w cieniu zabytków magiczne miejsce. „Drzewko szczęścia“, na którym każdy może umieścić swoje marzenie spisane na małym bileciku. Są tu kartki z całego świata, spisane z różnych językach. Uwierzyliśmy, że działa, pewnie zrobimy teraz wszystko, żeby nasze marzenie też się spełniło.

Wieczorową porą trafiamy na zamek na wzgórzu. Widok stąd jest nieziemski, miasto mieni się tysiącami świateł. Port z powiewającymi żaglami dziesiątek jachtów, wygląda z tej perspektywy wyjątkowo imponująco. Xela jest już gotowa do dalszej podróży….

Sam zamek ma w sobie też odrobinę magii, ukryte komnaty z grającymi, błyszczącymi pozytywkami w kształcie statków, figury postaci broniących każdej bramy fortecy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na małą kawę i piwo. Znów jest to jedna z naszych najdroższych przyjemności w tym mieście. Tak tylko rozwiewając wątpliwości- kawa czarna- 20 zł, piwo lane- 50 zł.

Szykujemy Xelę do wyjścia z portu. Gdy już jesteśmy praktycznie gotowi, okazuje się, że jacht z jakiegoś powodu nie ma zasilania. Zaczynają się problemy. Męska część załogi zaczyna rozkręcać jednostkę, szukając źródła problemu. Bezskutecznie próbujemy wszystkich swoich sił, żeby udało się wyruszyć jeszcze dziś.
Po 3 godzinach znajdujemy źródło braku wystarczającego zasilania, szkoda, że jacht musieliśmy rozłożyć już prawie na części. Szczęśliwi jak nigdy, odpalamy silnik, światła i ruszamy w drogę powrotną do Danii. Wracamy do powadzenia wacht. Śpię w dzień, żyję w nocy. Warunki męczą nas okropnie. Morze znów nas nie oszczędza. Praktycznie cały czas płyniemy pod wiatr, do tego mgła tak gęsta, że decydujemy się co 5 minut meldować swoją pozycję na radiu. Próbujemy dać znać innym jednostkom o naszym istnieniu. Zagrożenie rozpływa się po kilku godzinach razem z mgłą. Wiatr nie ustaje. Udaje mi się w nocy postawić żagle i odpuścić trochę prowadzenie na silniku. Rano lądujemy bezpiecznie w porcie w Skagen. Nie marzymy właściwie o niczym innym, jak tylko o porządnym śniadaniu. Inwestujemy w pyszne świeże ryby w porcie i ucinamy sobie kilkugodzinną drzemkę. Skagen jest przeciętnym, małym, duńskim miasteczkiem. Robimy sobie małą wycieczkę po plaży. Z tęskoty chyba za włoskim jedzeniem, którego jesteśmy z Kamilem ogromnymi fanami, na kolację wybieramy się do włoskiej restauracji na pizzę i pyszną kawę. Reszta załogi, wciąż głodna morskich smaków decyduje się na smażone ryby i owoce morza w portowej tawernie.

Kolejnego dnia rano wczesną pobudkę zapewnia nam Mariusz, który wraz ze swoją załogą zabiera Xelę w drogę powrotną do Polski.

Wyprawa nauczyła nas wszystkich pokory, radzenia sobie w najtrudniejszych warunkach. Dzięki niezwykłemu Kapitanowi wszyscy zdobyliśmy nowe umiejętności, mieliśmy okazję rozwijać się pod jego czujnym okiem. Miłość do żeglarstwa jest trudna i wymagająca, a jej prawdziwe piękno tkwi w pokonywaniu swoich barier i słabości. No i w czymś oczywistym, ale najbardziej wartościowym w odkrywaniu świata
i samego siebie…

Anna Dróżdż

Kategorie
Blog

Oficjalne logo wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców

Fundacja 4 Kontynenty dziś obchodzi pierwszy rok swojej działalności. Za nami wiele ciekawych wydarzeń, które mogliśmy przeżyć razem.
Jest to wyjątkowa okazja aby zaprezentować oficjalne logo naszej wspólnej wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców, na pokładach dwóch jachtów SY Sifu of Avon i SY Bystrze.Poznajcie sympatycznego misia z dalekiej Arktyki, którego poprzez Cieśniny Duńskie, Fiordy i Lofoty Norwegii popłyniemy odwiedzić. Sprawdzimy jak daleko sięga granica lodu, czy jeszcze istnieje?. Dołącz do Nas, napiszmy razem nowe karty polskiego żeglarstwa. Jak mówi nasze hasło chcieć znaczy móc. 

Mariusz Noworól 

Kategorie
Trekking

Pędzimy saniami ze swoimi marzeniami – Istebna 2017 Spotkanie Fundacji 4 Kontynenty

Poprzez białe drogi z mrozem za pan brat.
Pędzą nasze sanie szybkie niby wiatr.
Biegnij koniu, wrony przez uśpiony las
My wieziemy świerk zielony i śpiewamy tak
Pada śnieg, pada śnieg
Dzwonią dzwonki sań.
Co za radość gdy saniami tak można jechać w dal ………..
 
Tym razem spotykamy się w Istebnej gdzie pomkniemy saniami, narciarskimi stokami, napędzeni marzeniami. Przychodzi czas by znowu spotkać wszystkich Was, spędzić chwile radosne podsumować nasze wspólne osiągnięcia i zaplanować kolejne przedsięwzięcia.
Zabawa karnawałowa jest przed nami więc też postukamy stopami. Jednak oszczędzajcie swe buty bo czekają na nas przygody napisane niczym muzyczne nuty.
Termin spotkania  03.02 do 05.02.2017
Miejsce :
43-470 Istebna 670
Uwaga istnieje możliwość dłuższego pobytu w ośrodku.
Program ramowy spotkania Fundacji 4 Kontynenty
Piątek 03.02
17.00 do 20.00 przyjazd + zakwaterowanie
20.00 rozpalimy ognisko + integracja w ośrodku z wyżywieniem
Sobota 04.02
  9.00 do 10.00 Śniadanie w formie bufetu
11.00 do 12.00 Wyginam śmiało swoje ciało – poranny rozruch z Anetą
12.30 do 13.30 Lepimy Bałwana zabawy na śniegu
14.00 do 15.00 Obiad
15.00 do 16.30 Slajdowisko , podsumowanie sezonu 2016
17.00 do 19.30 Pomkniemy saniami napędzani marzeniami, kulig z pochodniami na Stecówkę
20.00 do 21.00 Koncert Grupy Poszukiwacze + biesiada z wyżywieniem
zabawa Karnawałowa do białego rana :))
Niedziela 05.02
 9.00 do 10.00 Śniadanie w formie bufetu
10.00 do 13.00 Narty,sanki, zabawa na stoku
14.00 do 15.00 Obiad
16.00 komu w drogę temu czas )))
Wsparcie naszego spotkania to 235 zl obejmuje wszystko za wyjątkiem karnetu na wyciąg, dojazdu i ubezpieczenia.
Uwaga brak już miejsc noclegowych.
 
Fundacja 4 Kontynenty                                                                                                                                          
PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
Os. ZWM 8/7, 32-540 Trzebina (małopolskie)KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740
Kontakt
Mariusz Noworól
mariusz@4kontynenty.pl
tel 696914676
Kategorie
Blog

4 Kontynenty w tawernie Gniazdo Piratów Warszawa

4 Kontynenty w tawernie Gniazdo Piratów.

Pośród słodowieckich bloków, nieopodal wysokiej na kilka metrów bariery dźwiękoszczelnej przy trasie S8 zagnieździła się najprawdziwsza tawerna, gdzie, jak sami właściciele sami piszą, „szanty, folk, rock, blues, jazz…”. Gdzie można a nawet i „trzeba śpiewać i tańczyć (nikt tutaj nie obrazi się za tańce na ławach!). Można „drzeć ryja” nie zapominając o chwili zadumy.

Tym razem w karnawałowej atmosferze w „Pirackim Gnieździe” w Warszawie bawiła się reprezentacja Fundacji 4 Kontynenty ….”

Nela Fleks

Kategorie
Trekking

Romki na końcu świata

„Napisać artykuł” – długo zastanawiałam się, co to może znaczyć. O czym opowiedzieć, i co Wy – Drodzy Czytelnicy chcielibyście przeczytać, żeby nie marnować swego cennego czasu? Jak na papier przelać miesiąc spełnionych marzeń, zwrotu akcji w życiu i wreszcie, po tylu latach – odnalezienie siebie i swojego ja. Nie wiem do końca jeszcze, co znaczy „napisać artykuł”, ale skoro już zaczęliście, to – poczytajcie.

„Koniec Świata na Byle Czym”, czyli „Romki na Końcu Świata” 

Romki – to my. Joanna i Rafał Romek, małżeństwo od lat 6, znamy się od ponad 12. Wyszliśmy ze strefy komfortu (jakim zapewne jest nasze codzienne życie) i po załatwieniu formalności w pracy, zgromadzeniu sprzętu i naszkicowaniu wstępnego planu – wyruszyliśmy w miesięczną podróż z Krakowa do ostatniego (prawie) skrawka lądu – Ziemi Ognistej i słynnej Ushuaii. Po drodze przemierzyliśmy prawie 5 tys. km drogą lądową, korzystając ze wszystkich dostępnych środków transportu. Pokonało nas kilka sytuacji, ale też w wielu odnieśliśmy zwycięstwo. Jednak nie o tym głównie powinna być tu mowa, ale o Was, Drodzy Czytelnicy. Dlaczego powinniście wstać z fotela i ruszyć w pogoń za przygodą. 

Kultura latynoska

To nie mit, ale szczera prawda. Jeśli już raz ją poznasz – nie zapomnisz i całkowicie Cię oczaruje. Latynosi nigdzie się nie spieszą, a „mańana” (jutro, a właściwie bliżej nieokreślony czas w przyszłości, oznaczający po prostu później) to ich życiowa dewiza, przekazywana z pokolenia na pokolenie. W Ameryce Łacińskiej bywa niebezpiecznie, dla własnego dobra lepiej nie obnoście się z drogim sprzętem. Na turystów i tak będziecie zawsze wyglądać, zdradzi Was często kolor skóry, jednak może działać to na korzyść, ponieważ latynosi zawsze służą pomocą. Zawsze – oznacza to, że w równym stopniu powiedzą Wam nieprawdę i/lub prawdę połowiczną, jeżeli nie znają odpowiedzi na zadane pytanie. Bo kultura obowiązuje i odpowiedzieć zawsze należy. A fakt, że może to powodować czasem sporo problemów – nieważne – „mańana” zawsze będzie lepiej.

Wszechobecna przyroda

Tak, tak – wszechobecne guanako (podobne do lamy) widzimy na każdym kroku. Na początku to rarytas – w Polsce podniecamy się jedną małą sarenką, która przecina nam drogę podczas grzybobrania, a tutaj – pełny urodzaj. Wieloryby, pingwiny, lwy i słonie morskie, foki, pancerniki, kapibary i wszelkiego typu ptactwo – to tylko te widziane przez nas przez tak krótki okres pobytu. Bądźcie dłużej, a nawet nie śniliście o tym, co możecie zobaczyć.

Podróże kształcą

A przynajmniej tak mawiali nasi dziadowie. Czy wyjazd typu „last minute” również podchodzi pod to stwierdzenie – nie wiem, ponieważ nigdy nie korzystałam. Jednak „Podróż na Byle Czym” z własnym mężem uczy. Wiele rzeczy uczy od nowa. Zmienia wszystko, całe życie, całe dotychczasowe podejście. Jeść makaron z sosem pomidorowym, rozmawiać po hiszpańsku, rozmawiać po portugalsku (w ogóle go nie znając), nosić 20 kg sprzętu na plecach i chodzić dziesiątki kilometrów. I przez chwilę móc żyć pod innymi gwiazdami. Krzyż Południa rozświetla niebo południowej półkuli (chwilowo w tamtym momencie naszej). Nabieracie pewności, że ziemskie niebo nie skrywa już przed Wami więcej tajemnic.

Zmienność klimatu

Argentyna i Chile, czyli państwa, które przyszło nam odwiedzić, ciągną się tysiące kilometrów z północy na południe. Z każdym dniem podróży opuszczaliśmy się coraz niżej – z klimatu blisko tropikalnemu w Buenos Aires, do prawie polarnego w Ushuaii. Stamtąd już tylko parę kroków na Antarktydę. Po drodze zatrzymujemy się i poznajemy Patagonię. Miejsce targane wiecznymi wiatrami, ze specjalnie na tą okazję przygotowaną roślinnością. Miejsce, z górującym  szczytem Fitz Roya, jedynym  powiększającym się lodowcem na świecie – Perito Moreno oraz najlepszą na świecie baraniną patagońską. Docieramy wreszcie na Koniec Świata – do Terra del Fuego, Ziemi Ognistej. Której nazwa, w przeciwieństwie do tego, co wielu z Was myśli, nie wzięła się od ciężkich warunków klimatycznych, które mogłyby przypominać warunki na Marsie – Ognistej Planecie. Nazwa, w rzeczywistości pochodzi od setek indiańskich ognisk, widzianych ze statków osadników, którzy przybyli tu w 19 w. Ziemia nie jest nieurodzajna, nie wypaliła ją ani zima, ani inny zabójczy czynnik. Wręcz przeciwnie- bujna roślinność starej pampy, brak ingerencji człowieka w naturę wpływa na niezapomniany klimat tego miejsca. I ten Koniec Świata, którego tak długo szukaliśmy. Odnaleziony pomiędzy poszarpanymi fiordami i wyspami Kanału Beagla. Jak na Koniec Świata przystało – z prawdziwym i czynnym urzędem pocztowym. I jak przystało na miejsce skażone cywilizacją europejską – ze wspomnieniem po wymarłymi Indianami z plemiona Yaghan. Biedacy, po 19 w. nie byli w stanie oprzeć się naciskom wszędobylskiego starego kontynentu i poddali się „tropikalnym” chorobom oraz gorączce złota.

Nie pytajcie mnie zatem, czy warto było jechać. W każdej sytuacji, zawsze odpowiem, że zdecydowanie tak. Bo ruszyć z miejsca i nie marnować życia zawsze warto. Koniec Świata to miejsce nieposiadające współrzędnych GPS. Dla każdego z nas jest co chwilę gdzie indziej. Raz może być w Ushuaii, raz na Spitzbergenie, a kolejny raz w Skiroławkach. Jeżeli jesteście na tyle szaleni, żeby go szukać, i jeżeli taka Wasza wola – nigdy nie przestawajcie. A tym z Was, którzy „mogą, bo chcą”, życzę, aby słowa słynnego hitu country „I’ ve been everywhere” obrazowały własny sukces złapania Końca Świata za ogon. 

Jeżeli choć trochę zaciekawił Cię, Drogi Czytelniku, mój „napisany artykuł” – zapraszam na bloga, w którym opowiadaliśmy o każdym etapie tej niezwykłej przygody. Jeżeli jednak zazdrość nie pozwoli Ci tego czytać a pragnienie własnych przeżyć trawi Cię od środka – dołącz do 4 Kontynentów – to miejsce, gdzie będziesz mógł przestać śnić o marzeniach i wreszcie zabrać się do roboty przy ich realizacji.

Romki na Końcu Świata

Kategorie
Żeglarstwo

Mała flota wielkich ludzi – rejs w Grecji

Rejs Sylwestrowo – Noworoczny Grecja 2016 / 2017 
Najlepszy rejs na jakim byłam, pełen ciekawych doświadczeń – pływanie w sztormie i najbardziej zgrana załoga SY Milos z Kapitanem Mariuszem. Parę słów o tym jak było na rejsie.


Ateny przywitały nas śniegiem i silnym wiatrem. Chociaż każdy myślał że będzie ok 15 stopni na plusie. Spędziliśmy tam dodatkową noc, którą przeznaczyliśmy na integrację z innymi załogami oraz robienie tostów na jachcie o 6:40 rano.

Następnego dnia o godzinie 11.50 wychodzimy z portu. Zaraz za główkami portu czekał na Nas jacht SY Rinia z kapitanem Zbyszek Marek. Rozpoczęły się regaty sylwestrowe na trasie Ateny – Milos. 
Po mniej więcej 14 godzinach, gdzie większość czasu płynęliśmy w sztormie, co prawda baksztagiem, wiec większość załogi zniosła to dobrze. Uciekająca załoga SY Rinia została wyminięta 20 mil przed metą na Milos. Niczym motorówka na żaglach docieramy do mety na Milos. Port przywitał nas wietrznie, wiatr sprawił nam trochę problemów przy cumowaniu, sprawna załoga stanęła na wysokości zadania. Jak to w Grecji okazało się że nie będzie prądu ani wody.Nad ranem dotarły kolejne załogi. Po porannych oględzinach przestawiamy się na keję bliżej miasta gdzie mamy prąd i wodę. Jachty stoją majestatycznie jeden obok drugiego pod salingiem flaga 4 Kontynenty.

Czas przygotować się na przywitanie Nowego Roku. Na wszystkich jachtach ruch, nasze załogantki wrzucają na siebie makijaż i w drogę do tawerny. Lidka wita wszystkich gości, załoga po załodze zajmuje stoły i chodź jeszcze nie było oficjalnego rozpoczęcia sylwestra już jest gwarno i wesoło. Z każdą minutą zapominamy o trudach rejsu na Milos wokół panuje żeglarski klimat, pozytywnie nastawieni ludzie, jest wesoło, nowe znajomości….. 🙂 Wszystkie załogi bawiły się świetnie do białego rana, co niektórzy poszli nawet prosto do piekarni. Ranek na Milos przywitał nas słonecznie, do jachtów zapukał Arek Stefaniak przekazując prezenty od burmistrza Milos.Grecy bardzo docenili nasze przybycie i hart ducha, dla nich byliśmy wielkimi żeglarzami, którzy przybyli by z nimi spędzić Nowy Rok. Mieli ku temu podstawy gdyż morze pokazało swoje oblicze.

Odpoczywamy i ruszamy dalej Mykonos. 8.00 SY Rinia, SY Milos oddają cumy.Mykonos to kolejny port na naszej mapie, podążamy leniwie na żaglach w promieniach słońca. Na deku SY Milos rozbrzmiały gorące rytmy, załoga ładowała akumulatory, zachód słońca rozbudził marzenia. Widoki niczym widokówki na długo zapisały się w naszej pamięci. Na Mykonos docieramy wieczorem, w porcie cisza, rybackie łodzie, zimujące jachty i my. Stajemy znowu jeden za drugim, robiąc miejsce dla kolejnych jachtów które podążają z IOS.

Niespodzianka na Mykonos. Nad rankiem do naszej lewej burty dostawił się jacht SY Mykonos. Nasz Kapitan i tak wszystkich obudził krzycząc jaka to piękna pogoda i jak jest ciepło. Faktycznie to był najcieplejszy dzień rejsu. Grecy patrzyli na nasze załogi ze zdziwieniem. My krótkie spodenki, t-sherty oni zimowe kurtki. Tego samego dnia ruszamy na Paros

W drodze do Paros mieliśmy bardzo łagodne warunki pozwalające na żeglugę pod pełnymi żaglami.Pogoda nam wciąż dopisywała ale najważniejsze że mieliśmy siebie. Załogi, które wspólnie spędzały czas pływały razem we flocie, atmosfera podążającego flow. Chyba już w tym miejscu mogę powiedzieć iż załoga SY Milos wyróżniała się na tle innych załóg. Panujący klimat naszego jachtu udzielił się innym. Nasz jacht tętnił życiem od rana do rana. Niesamowite przeżycie.

Pogoda to czynnik któremu należy się poddać Wypływamy z Paros wiedząc że zmieni się pogoda, trasę tego etapu byliśmy zmuszeni skrócić. Kapitan śledząc zmieniające się warunki meteo podjął decyzję o szybkiej zmianie kursu i skróceniu trasy na Kythnos.Zrzucamy żagle odpalamy disla i kierunek port Kythnos. Fala systematycznie się rozbudowywała, wiatr przybierał na sile do portu około 20 mil które zrobiły się długie. I tak powoli mila po mili posuwaliśmy się do przodu. Im bliżej brzegu tym fala mniejsza ale wiatr nie słabł. Dostajemy komunikat, że w porcie jest silny wiatr dopychający i mało miejsca na manewry. Na kei już czekały na nas inne załogi. W ciemnościach widać latarki i ludzi, parkujemy za SY FERRY. Wiatr dopchał nas do kei dość gwałtownie. Odbijacze zapracowały cumy poszły stoimy. Schroniliśmy się przed niekorzystnym meteo. I tak tą noc spędzamy w miarę spokojnie. Najgorsze jednak przed nami. W nocy miał przyjść jeszcze silniejszy wiatr. W dzień przygotowaliśmy dodatkowe cumy, lepszy rozłożenie odbijaczy. Można powiedzieć, że przygotowaliśmy się do nadejścia wichury. Właściciel tawerny jak usłyszał ile jachtów tu przypłynie troszkę się przeraził. Nie był przygotowany na naszą skromną wizytę. Spadł deszcz, zabrzmiały gromy z nieba, na jachtach pozostały wachty portowe, każdy kapitan z okna tawerny rozglądał się za swoim jachtem będąc w kontakcie telefonicznym. Za oknem pogoda nie rozpieszczała, za to w tawernie był gorący klimat. Uprzejmi Grecy dostarczyli nam gitarę rozbrzmiały polskie szanty i melodie oraz kolędy. Polski dzień w greckiej tawernie na Kythnos sprawił, że na wyspie zabrakło prowiantu i napoi. Stajemy przed trudnym wyborem, ze względu na dość dynamicznie rozwijającą się prognozę meteo wykorzystujemy okienko pogodowe ruszamy do Aten. Za cyplem na Kythnos dostajemy mocną boczną falę, powiewy wiatru wskazują że nie będzie łatwo. Są chwile kiedy zapada spokój ale to złudne zjawisko. Za naszą rufą rozbudowuje się silny front, który niósł 10 B. Po między wyspami dopadają nas szkwały do 45 knt. Załoga dzielnie znosi ostani etap naszego rejsu. Przed samym portem mamy obawy czy uda się nam stanąć przy kei przy tak dużych porywach. Wspólnie z kapitanem SY Mykonos Maciej Kurowski ustalamy wariant awaryjny. Podmuchy coraz bardziej dają w burtę za nami błyskawice. Jak bardzo szybko zmienia się pogoda na morzu, mogliśmy się sami przekonać.Zapada decyzja SY Milos wchodzi jako pierwszy sprawdzić sytuację w porcie. Następuje wielkie zaskoczenie, port okazuje się cichą przystanią, na ukf leci komunikat na Sy Mykonos. Port nam dał schronienie i znowu jachty stały obok siebie. Czekamy w porcie na SY Rinia, która walczyła dzielnie na morzu. Kiedy my już spokojnie odpoczywamy czekamy na załogę SY Rinia, która dotarła do nas o drugiej w nocy. W końcu można znów się cieszyć wspólnym towarzystwem. W sobotę robiliśmy obiad na 2 załogi na naszym jachcie, później tradycyjnie i tak wszyscy siedzieli u nas i zabawa była do rana. Mogę każdemu śmiało polecić pływanie z Fundacją 4 Kontynenty. Doświadczeni Kapitanowie od których można się wiele nauczyć. Do tego pływanie w miłym towarzystwie. Po pierwszym rejsie z nimi każdy złapie bakcyla do żeglarstwa. 

Galeria foto z rejsu klik 

Video z rejsu klik 

Joanna Basiak 

Kategorie
Trekking

4 Kontynenty opanowują Terinkę. Integracja i szkolenie – 14-15.01.2017 r.

Obiecałam, słowa dotrzymuję!
Tym razem nieco inaczej niż zwykle, naszym celem jest dojście do Terinki i INTEGRACJA 🙂
Lubimy wszystkie wspólne wyjazdy i zawsze świetnie się bawimy, więc i teraz będzie FANTASTYCZNIE!
Kto chodzi po Tatrach od strony słowackiej, ten wie że Słowacy zamykaja swoje szlaki na okres zimowy i mozna sie tam poruszać tylko w drodze do wysokości schronisk i z powrotem.
Jeśli warunki śniegowe nam pozwolą to wraz z Krzyśkiem przeprowadzimy szkolenie na którym będziemy uczyć Was poprawnego hamowania czekanem podczas niespodziewanych upadków (poślizgu) .
Sprzęt górski (raki, czekan) OBOWIĄZKOWO!
Czołówki, kijki trekkingowe, plecak, termos, ciepłe, nieprzewiewne i nieprzemakalne ubrania etc.
Droga do schroniska wiedzie szlakiem bezpiecznym ale my jako miłośnicy turystyki górskiej zimowej nie mozemy sobie pozwolić na brak sprzętu, proszę dopasować raki do butów
– paskowe, koszykowe – kazdy rodzaj butów górskich,
– półautomaty i automaty -TYLKO I WYŁĄCZNIE na buty do takich raków przystosowane (buty z „rowkiem”)
Schronisko Téryego (słow. Téryho chata, Térynka– schronisko górskie położone w słowackiej części Tatr Wysokich, na granicy Doliny Małej Zimnej Wody (Malá Studená dolina) i Doliny Pięciu Stawów Spiskich (kotlina Piatich Spišských plies).
Chata leży na wysokości 2015 m n.p.m. i jest najwyżej położonym schroniskiem w Tatrach czynnym przez cały rok; wyżej położone jest tylko Schronisko pod Wagą, ale jest ono otwarte tylko w sezonie letnim. Terinka, bo tak potocznie nazywa się schronisko, dysponuje 24 miejscami noclegowymi w trzech salach wieloosobowych.
***Rezerwację mamy na 15 osób***
– Koszt:- 21€ za nocleg
(w Terince płacimy tylko walutą euro więc proszę o przelewy
na moje konto w kwocie 100zł – taki jest obecny kurs euro, w tym 5zł na Fundację 4Kontynenty) Ja kupię Euro w kantorze inetrnetowym po najlepszym kursie jaki się da i zapłacę za noclegi w schronisku)
Musicie również być przygotowani na gotówkę w walucie euro by np kupić sobie coś do zjedzenia na miejscu – KARTY NIE DZIAŁAJĄ!
Nr konta: Aneta Matula
96 1140 2004 0000 3002 0070 7155
Tytuł przelewu: Terinka
Pomóż nam w rozwoju Fundacji 4 Kontynenty wpłacając 5 zł na konto Fundacji!
Tytułem wsparcie
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
***UWAGA***
Tylko 15 pierwszych osób, które zrobi przelew jedzie z nami w Tatry, po tych wpłatach lista zostanie zamknięta a przelewy opóźnione zostaną zwrócone!

NA PRZELEWY CZEKAM DO 15 GRUDNIA, POTEM ZGŁASZAM ILOŚĆ OSÓB JAKA WPŁACIŁA I TAKA ILOŚĆ JEDZIE ( max 15)

Wyjazd sobota 14 stycznia 2017 o 6.00 rano Katowice

Kategorie
Trekking

Sylwester z grupą 4 Kontynenty w Bieszczadach – 30.12.2016 – 02.01.2017 r.

Grupa 4 Kontynenty nieprzerwanie się rozwija! W związku z tym, że poznaliśmy już tylu ciekawych i fajntastycznych ludzi, jakiś czas temu nasunęło mi się pytanie „Dlaczego nie spędzić wspólnie Sylwestra”? W związku z tym pragnę serdecznie zaprosić Was na cudowną kilku dniową zabawę.

Gdzie: Bieszczady, Wetlina, Schronisko PTTK Wetlina.
Kiedy: przyjazd w piątek 30.12.2016 r., wyjazd poniedziałek 02.01.2017 r.
Ilość osób: 30.
Zakwaterowanie: budynek główny, pokoje 5-osobowe.
Wyżywienie: śniadanie oraz obiadokolacja.
Dodatkowo: Impreza Sylwestrowa z wyżywieniem
Cena: MEGA atrakcyjna 300 zł/ os za cały pakiet

Pozostałe kwestie organizacyjne omawiane są na FB. szukam/oferuję transport 😉

Moi drodzy! Więcej przedstawiać nie muszę. Większość Bieszczady zna, i ma świadomość, jakie piękne mogą być one w zimie. Decydujcie sami i zabierajmy się do roboty 😉

Podaję moje dodatkowe dane kontaktowe:
tel 501 520 319
email: joanna@4kontynenty.pl

Kategorie
Żeglarstwo

Stary Port pomieścił 4 Kontynenty koncert Z dala od Zgiełku

W grudniowy, piątkowy wieczór zgrany zespól Fundacji 4 Kontynenty zebrał się w Krakowskiej Tawernie- Starym Porcie, który jest jednym z naszych ulubionych żeglarskich miejsc w końcu to jaskinia żeglarstwa. Celem naszego spotkania był koncert zaprzyjaźnionego zespołu Z Dala od Zgiełku. Od osiemnastej do dwudziestej czas spędziliśmy na wspólnych rozmowach i żartach. Punkt dwudziesta rozpoczął się koncert. Na początku jeszcze z pewną nieśmiałością ludzie z lekka kołysali się siedząc na ławeczkach, ale żeglarskie, wesołe dźwięki dosyć szybko co poniektórych podniosły z miejsc siedzących i zaczęło się hulanie. Jedni tańczyli na ławkach, inni przed sceną śpiewając z zespołem znane żeglarskie szlagiery. Tak bawiliśmy się cztery godziny czyli przez trzy kolejne sety i siedem bisów. Około północy, po zakończeniu koncertu, popstrykaliśmy kilka pamiątkowych fotek, pożegnaliśmy się z zespołem, po czym cześć z nas rozjechała się do domów, a cześć poszła na Krakowski Rynek na karaoke. Niestety szanto-wanie w Starym Porcie tak mocno nas wykończyło, że nikt już nie był w stanie śpiewać i zakończyliśmy spotkanie o trzeciej w nocy. Koncertowanie uważamy za bardzo udane i z pewnością jeszcze wiele takich spotkań przed nami na które Was zapraszamy.

Ewa Marczyk ( Ewka Marchewka )

Kategorie
Blog

Witamy na Końcu Świata.

Już od samego początku, wjeżdżając do miasta, przekonaliśmy się, że nie jest to mała nadmorska mieścina wepchana pomiędzy ośnieżone szczyty. To spore miasto z własnym przemysłem oraz miejsce przeładunkowe dla transportu morskiego. Miasto, z racji jego odosobnienia praktycznie samowystarczalne.      
Na przystanku rozstajemy się z naszymi kompanami – Anią i Andresem. Ich plan obejmuje pozostanie to w hostelu na 2 dni, a następnie w ekspresowym tempie 10 dni – dotarcie drogą lądową do Buenos Aires. My z kolei chcemy spędzić czas na kampingu oraz odwiedzić słynny Park Narodowy Końca Świata. 
Pobyt zaczynamy bardzo owocnie – przez przypadek udaje nam się złapać stopa i przemili starsi państwo decydują się podrzucić nas na kamping. Jeździmy, po drodze zwiedzamy liczne małe dzielnice na skraju miasta. Wkrótce okazuje się, że kampingu żadnego nie ma. Nasi państwo, którzy ogromnie przejęli się naszą sytuacją  (a główne tym, że jesteśmy z tak daleka), wiozą nas od hostelu do hostelu. Zabawa trwa prawie godzinę – nigdzie nie ma miejsca. Pamiętajcie, i dobrze sobie zapiszcie – obecnie w Ushuai nie ma żadnego kampingu, za wyjątkiem Parku Narodowego, sporo oddalonego od miasta. Wylewnie dziękujemy naszym wybawcom za pomoc (Kali dziękować) i zostajemy w pierwszym wolnym hostelu. A jest on dosyć… nietypowy. Wszyscy goście to Żydzi, a oglądając zdjęcia pamiątkowe i podziękowania za gościnę na ścianach, chyba było tak od zawsze. We wspólnej sali panuje bardzo przyjazna atmosfera i przyjemnie razem spędzamy czas gotując. 

W następny dzień, w ramach oszczędności decydujemy się na ok. 15 km przechadzkę w pełnym obciążeniu i pełnym deszczu. Należy zwrócić Waszą uwagę na koszt transportu. Jest tutaj tak drogi, że za przejechanie łącznie w dwie strony ok. 30 km dla 4 osób można w Polsce kupić używane, ale na chodzie Cinquecento i do tego zatankowane po korek.
W parku narodowym można kampingować w wybranych miejscach. Nasz pierwszy nocleg wypada na osłoniętym od wiatru terenie nieopodal… prawdziwego końca świata. Niewiele jest takich miejsc, jak ta zatoka z widokiem na Kanał Beagla, wyspy i fiordy Tierra del Fuego. I przy tym wszystkim jedna mała budka pocztowa z blachodachówki. Wybranej osobie, która z racji wieku nie czyta naszego bloga wysyłamy pocztówkę z Końca Świata. A na sam koniec dnia lecimy w tempie ekspresowym po ścieżce edukacyjnej zaznajamiającej nas z pampą. Las jest niezwykły, magiczny. Zastanawiasz się, czy zaraz nie wpadnie na ciebie jakiś elf rodem z Tolkiena. Prześwity zachodzącego słońca oraz porośnięte mchem konary tworzą nierealny obraz a w mojej głowie króluje myśl, żeby tylko dotrzeć do namiotu przed całkowitym mrokiem. Kolejny dzień również spędzamy chodząc szlakami po samym wybrzeżu i po dżungli leśnej. 
Następna ważna informacja o parku. Pomimo przekonywania nas przez strażników parku, tak na prawdę nie ma tu nic. Sanitariaty, sklepy, gastronomia – wszystko to zieje pustkami, zamknięte.
Dla Parku Końca Świata mówimy zdecydowanie tak. Królująca nad całym parkiem Góra Guanako oraz Drzewo Matka czuwają i zapraszają do zwiedzenia okolicy.

Pozostałe nam niecałe dwa dni spędzamy poznając okolice Ushuai. Zatrzymujemy się na jedynej plaży, oddalonej ok. 10 km od miasta, ale za to z pięknym na nie widokiem. Poruszamy się stopem, ponieważ mieszkańcy widząc turystów, chętne na zabierają. Jedyne, czego chcą w zamian to krótkiej rozmowy o zamorskim świecie, o jakże oddalonej Europie. Próbujemy również odwiedzić górujący nad miastem lodowiec Glaciar Martial, jednak koszmarna pogoda mocząca nas po czubek nosa karze nam zawrócić. 

Drobne Ciekawostki Cieszą. 

– Jak powiedział nam kierowca busa, pogoda, której właśnie jesteśmy świadkami to najlepsza pogoda roku. Max. 15 st., pada tylko jakieś 50% czasu, na zmianę z wiatrem, który potrafi urwać głowę. Prawdziwa wiosenna przyjemność. 
– Argentyńczycy z innych regionów już tu nie przyjeżdżają. Bez względu na to, z którym lokalsem rozmawiamy, wszyscy zgodnie twierdzą, że jest tu za drogo. Znacznie.
– Jedną z najbardziej niesamowitych roślin, które spotkaliśmy był grzyb pasożytniczy o wdzięcznej nazwie chleb indyjski. Grzyb pasożytuje na drzewach a wyglądem przypomina małe mandarynki. Jest go pełno.
– Tierra del Fuego była pierwotnie zamieszkana przez plemię Yaghan (od 10 tys. lat). Pomimo wszechobecnego zimna ludzie ci nie nosili ubrań, a dla ochrony smarowali skórę tłuszczem zwierzęcym. Spali w pozycji kucającej, aby zachować ciepło w nocy. Podobno sama nazwa Tierra del Fuego wzięła się od mnóstwa ognisk, które ujrzeli przypływający europejczycy. Ciekawe, ponieważ prawie wszyscy sądzą, że nazwa pochodzi od spalonej, jałowej ziemi. A sama ona jest bardziej urodzajna i zielona niż w Patagonii. Niestety plemię Yaghan zostało zdziesiątkowane przez zderzenie z cywilizacją a ostatnia indianka czystej krwi zmarła kilka lat temu.
– Światło dnia jest tutaj obecne niezwykle długo. W Polsce mamy obecne około 10 godzin słońca, podczas gdy tutaj ponad 19.
– Pociąg Końca Świata to atrakcja również umierająca. Kolejka jedzie 3 km po widokowych punktach parku. Dla nas temat do ominięcia ze względu na ogromny koszt. Poza tym, że w cenie dostajesz kanapkę z lampką wina, to jazda trwa tak krótko że chyba nawet nie zdążysz jej skonsumować.

– Po przejechaniu Argentyny wzdłuż nasuwa się jedna myśl. Argentyńczycy (podobnie zresztą jak Chilijczycy) mogą mieszkać w rozpadających się budach- garażach z blachodachówki, ale na podwórku koniecznie musi znaleźć się grill (najczęściej z zardzewiałej beczki przeciętej w pół) oraz samochód typu pickup, którego wartość przekracza wszelkie pozostałe sprzęty razem wzięte wraz z całym domem i działką, na której stoi. To prawdziwi fani motoryzacji.

– W parku Końca Świata ma też koniec droga narodowa nr 3. Ponoć biegnie ona aż z Alaski i tutaj kończy się na 17 tys. kilometrze. Sporo…

W ostatni wieczór wybieramy się spróbować krabów krolewskich. Jak dla mnie trochę szalone. Pozwalają Ci trzymać jeszcze żywego kraba prosto z akwarium a po 15 minutach masz go na stole. Może bestialskie ale… fenomenalne. Rękami i nogami polecamy restaurację El Viejo Marino. Na stoliki trzeba czekać, wszystkie restauracje w mieście puste, a tutaj prawdziwe oblężenie. Sam właściciel rybak nakrywa do stołu i zaprasza gości. Będąc tu nie możecie ominąć.

Ostatnia porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:

– Do Parku Narodowego Końca Świata zabierzcie ze sobą tabletki do uzdatniania wody. Wszystkie rzeki i jeziora uzbrojone są w tabliczki z zakazem picia wody. My jednak poradziliśmy sobie dzięki zakupionym w Polsce tabletkom, które za cenę 50gr za sztukę uzdatniają 1 litr jezioranki.

Zakończenie. 

Podróż była cudowna. Argentyna ciągnie się przez tak wiele kilometrów i dzięki temu jest tak różnorodna. Wspaniała. Czas do domu. Ale nie ma tego złego. Podróże kształcą, wiec wracamy nieco bardziej mądrzy o wiedzę o świecie. 
Przed nami daleka podróż z wieloma przesiadkami i problemami. Podróż do domu. Dziękujemy wszystkim, którzy byli z nami i śledzili nasze poczynania. Jeśli możecie, dajcie znać, czy blog Wam się podobał i co byście zmienili. Wasza opinia jest dla mnie ważna przy kolejnych projektach. Wszystkim dziękujemy i do zobaczenia w kraju.