Kategorie
Żeglarstwo

II Ślaskie Targi Wiatr i Woda w Katowicach za nami

II Śląskie Targi Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR I WODA – 4 Kontynenty i Mariner Yachts na szerokich wodach.

W dniach 10-12 listopada 2017 roku w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach odbyła się druga edycja Śląskich Targów Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR I WODA i oczywiście nie zabrakło na nich i nas. Fundacja 4 Kontynenty była obecna na tej imprezie wraz z Mariner Yachts gdzie było nas słychać, dzięki pięknemu głosowi koleżanki z Mariner Yachts, która przez trzy dni przez mikrofon opowiadała o naszej Fundacji. Było nas też widać, ponieważ jako jedyni na targach wyświetlaliśmy film na rozwiniętym foku  i to jaki film, stworzony z przepięknych i magicznych zdjęć zrobionych przez nasze wspaniały załogi SY Sifu of Avon oraz SY Bystrze.

Kochani, zainteresowanie było ogromne, ludzie zatrzymywali się, oglądali zdjęcia i z podziwem słuchali, gdy nasza ekipa opowiadała o wyprawie na Arktykę. Pytano o kolejne plany, rejsy, wyprawy i pomysły. Chętnych do dołączenia w nasze szeregi było sporo, zwłaszcza jeśli o naszej fundacji opowiada z wypiekami na twarzy jedna z naszych podopiecznych Adrianna Krysiak która wzięła udział w jednym z etapów wyprawy Arktyka po tym, jak niestety w tym roku, nie udało się zorganizować „Szkoły pod Żaglami”. Pomogliśmy spełnić marzenie,  teraz ona wspiera naszą ideę.

W trakcie targów spotkaliśmy wielu starych przyjaciół Fundacji 4 Kontynenty, jak i pozyskaliśmy kilku nowych, którzy mamy nadzieję, że przyniosą naszej sprawie dużo dobrego.

Kolejne targi już niedługo, na których też na pewno nas nie zabraknie i zaskoczymy zwiedzających naszymi nowymi pomysłami.

Bądźcie z nami 10-13 marca 2018 w Warszawie 

Marzena Szyszka

Kategorie
Wspinaczka

Expedition to Lenin Peak in 2017 – Szczyt niezdobyty !!!

Expedition to Lenin Peak in 2017 za nami 

Tym razem bez zdjęcia ze szczytu!  Zabrakło niespełna 1000 metrów!
Pierwszy raz w życiu poczuliśmy ten gorzki smak wycofywania się niemal spod samego celu, nawet nie wiedzieliśmy że w ogóle to potrafimy… a jednak! Tak! Ale tylko dlatego, że w grę wchodziło zdrowie a może i nawet życie Krzyśka i NIE nie była to choroba wysokościowa a zwykła, paskudna jakaś bakteria, która dała efekty jelitowe do tego stopnia, że nawet nie było czasu na zastanawianie się co dalej! W tym wypadku musiało nastąpić tylko jedno – szybka ewakuacja z camp 3 do camp 2 a potem na dół. Na ponad 6000 m n.p.m organizm się już nie regeneruje a odwodnienie następowało z godziny na godzinę coraz większe. W takiej sytuacji konieczne jest wycofanie się czym prędzej i jak najniżej. Base camp znajduje się tam na wysokości 3600m.n.p.m, camp1 – 4400m.np.m, camp2-5400m.n.p.m a camp3 z którego atakuje się szczyt na 6100m.n.p.m i tam dotarliśmy. W campie 2 rozchorował nam się Bartek – członek naszego zespołu i przyjaciel i od tego się zaczęło! Byliśmy zmuszeni sprowadzać Bartka do jedynki, po 2 dniach wróciliśmy już tylko we dwójkę do camp2, kolejnego dnia do camp 3 a następnej nocy mieliśmy wyruszyć na atak szczytowy i tutaj na kilkanaście godzin przed atakiem rozchorował się Krzysiek! Walczyliśmy do samego końca, po ataku choroby Bartka zostaliśmy już tylko my we dwójkę a z nami góra, potężna, niebezpieczna, z milionem ogromnych szczelin i ryzykiem bardzo groźnej dla życia choroby wysokościowej, tego baliśmy się najbardziej. Cała akcja polegająca na aklimatyzacji przebiegła u nas perfekcyjnie, wszyscy czuliśmy się jak „Młodzi Bogowie”! Widzieliśmy trupy, ludzi z obrzękiem mózgu, płuc, wypadki z wpadnięciami do szczelin a my ciągle mocni i silni oraz fantastycznie zaaklimatyzowani parliśmy w górę i nagle…. pupa, najpierw Bartek i powrót w dół przez „las szczelin” a potem znów tym samym lasem już tylko we dwójkę i jeszcze bardziej niebezpiecznie ale nadal mieliśmy „parcie na szkło”. W trójce, tam gdzie ludzie już spać nie mogą i nie maja apetytu my spaliśmy jak zdrowe, małe dzieci . Zarówno w ciągu dnia jak i nocą po przebudzeniu na silu mieliśmy niebywały apetyt nie tylko na tę górę ale i na całe żarełko które  mieliśmy ze sobą w plecakach. Nagle znikąd pojawiło się coś, co w normalnych warunkach leczymy stoperanem i szafa gra ale niestety nie na tamtej wysokości, tam jedynym ratunkiem jest jak najszybsze zejście jak najniżej się da. Nie mieliśmy innego wyboru, jak się potem okazało dobrze zrobiliśmy,choroba nie ustępowała przez kolejnych kilka dni a czas uciekał.

Pogorszenie pogody i zbliżający się wylot nie pozwoliły na podjęcie kolejnej próby. Góra nie zając a my…. jeszcze z nią nie skończyliśmy.

Aneta Matula

Kategorie
Żeglarstwo

Klub Podróżnika Fundacji 4 Kontynenty oficjalnie otwarty

Klub Podróżnika Fundacji 4 Kontynenty oficjalnie otwarty

W piątkowy wieczór 27.10.2017 r. w restauracji „ Stary Młyn” przy ulicy Piłsudskiego 21 nastąpiło pierwsze spotkanie podróżników. W klimatycznej restauracji, której historii nikt nie zna zjechali się podróżnicy z rożnych stron Polski. Największa grupa przyjezdnych osób to członkowie Fundacji 4 Kontynenty, którzy licznie przybyli do Trzebini.

  • Zacznijmy jednak od początku.

Nie wszystko poszło tak jak sobie tego życzyliśmy. Najpierw okazało się, że nie mamy do dyspozycji sprzętu nagłaśniającego i projektora, po prostu ktoś zawalił i postawił Nas przed faktem dokonanym. Cóż zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym i trzeba było działać. Tutaj na wysokości zadania stanęli sympatycy Fundacji 4 Kontynenty. Ewa potocznie zwana Ewa Marchewa przywiozła z Krakowa nagłośnienie, Leszek Warchoł dowiózł projektor z Yc Opty. I kiedy się wydawało, że jesteśmy na ostaniej prostej okazało się, że brakuje nam odpowiednich kabli. Z pomocą przyszła trzebińska grupa lokalnych muzyków i mogliśmy już zacząć. Nasz rozkład jazdy już był dość mocno rozregulowany, publiczność zniecierpliwiona oczekiwaniem na prelekcje i koncert.

  • Adam za sterami rusza w świat

W końcu po skonfigurowaniu komputera ze sprzętem ruszamy wraz z Adamem Sarama w daleką krainę Arktycznego Oceanu przez Polską stację Polarną Hornsund do dalekiego NY- Alesund. Adam przez godzinę opowiadał ciekawe historie z którymi się zetknął , jak i opowiedział o samym Spitsbergenie. Nasza publiczność dowiedziała się jak życie toczy się na dalekiej Arktyce i nie zawsze rozmawia się na Spitsbergenie po norwesku czy angielsku.

  • Prawdziwa gwiazda w Trzebini

Po prelekcji odbył się koncert znanego Polskiego SzantyMena Henryka Czekały o muzycznym pseudonimie „Szkot”. Były wspólne śpiewy szantowe, które podtrzymały klimat wyprawy żeglarskiej Adama. „Szkot” pokazał swój kunszt wokalny i potwierdził, że w tej dziedzinie jest najlepszy w Polsce.

  • Podsumowanie

Dla nas największym sukcesem jest to że pomimo przeciwności losu udało nam się przetrwać trudne chwile. Na przyszłość jednak będziemy sami organizować sobie sprzęt rezygnując z współpracy z nierzetelnym partneram. Na spotkaniu gościło 75 osób ze Ślaska, Małopolski, Łodzi, Zgierza, Dolnego Śląska i innych stron Polski. Lokalna społeczność niestety nie dopisała pomimo licznych ogłoszeń kulturalnych w powiecie chrzanowskim. Internet jednak to słaba promocja na wydarzenia kulturalne więc na drugi raz się bardziej postaramy aby dotrzeć do większej rzeszy mieszkańców powiatu.

Spotkanie było organizowane jako wydarzenie non profit i takie też pozostanie.

  • Szczególne podziękowania kieruję do :

Adama i „Szkota” za udział w sympatycznym wieczorze

Zbyszek Marek za organizacje stojaka i zaproszenie Henryka Czekała „Szkot

Ewa Marchewa za organizację sprzętu nagłośnieniowego

Leszek Warchoł za opiekę nad ośrodkiem noclegowym i uczestnikami wydarzenia

Łukaszowi za udostępnienie sali Restauracji „ Stary Młyn”

Rafałowi Tyksiński za fotografie podczas wydarzenia

Yc Opty za wypożyczenie projektora

Oraz wszystkim przybyłym na spotkanie. Bez Was nie miało by to sensu, udowodniliście po raz kolejny, że chcieć to znaczy móc

Już wkrótce kolejne spotkanie, informacje znajdziecie na stronie www.4kontynenty.pl

  • Jeśli chcesz podzielić się swoimi przeżyciami z podróży, jeśli grasz ciekawą muzykę -skontaktuj się z Nami, spróbujemy zgrać nasze terminy na kolejne prelekcje i koncerty tematyczne.
  • Wspierając Fundację 4 Kontynenty dajesz szansę na realizację ciekawych projektów podróżniczych jak i wspierasz osoby, które nie mają szans wyruszyć gdziekolwiek.

Mariusz Noworól 
Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
www.4kontynenty.pl
tel 696914676

Kategorie
Blog

Albania – muzułmańska mekka turystyczna?

To dla mnie zupełnie nowa rzeczywistość. Pierwszy raz bezpośrednio stykamy się z wszechobecnym muzułmanizmem (no dobrze – Władek spotkał się z nim już trochę wcześniej). Miejsce naszych kościołów zajmują strzeliste, chudziutkie wieże meczetów, po kilka razy dziennie wzywające wiernych na modły. Albania dopiero od niedawna otworzyła swe podwoje dla turystów. Tak naprawdę są tu tylko dwa rejony, które zdążyły rozwinąć się w tej branży. Pierwszy z nich to oczywiście rejon wybrzeża. Po opowieści Władka przedstawiającej blichtr i chwałę tutejszych kurortów, z pełną premedytacją omijamy ten punkt. Czytając między wierszami odgadujemy, że to Słoneczny Brzeg vol. 2, dlatego decydujemy się na ten niegodny prawdziwego turysty krok. Lądujemy w drugim, mniej znanym rejonie w Szkodrze, nad ogromnym jeziorem o tej samej nazwie.

Od razu przekonujemy się, że pomimo panującego tu wyznania, które po ostatnich wydarzeniach nie uchodzi za specjalnie bezpieczne dla innowierców, Albańczycy wychodzą do nas z sercem na dłoni. W ponad 40 stopniowym upale, po przejściu przez zadziwiające postępem motoryzacji szkoderskie slumsy, docieramy nad samo jezioro. A tu – miła niespodzianka –  z racji faktu, że nie znajdujemy się w enklawie turystyki, nabrzeże pełne jest jedynie wypoczywających lokalsów. Trochę przypomina się latynoska mańana. Środek dnia, środek tygodnia, rozleniwieni obywatele leżą na czymś w rodzaju dzikiej plaży. Kontemplują powolny przepływ czasu, słuchając muzyki z muzułmańskim zaśpiewem. Nas – turystów otaczają ciasnym kręgiem przyjaźni – wskazują miejsce w cieniu, częstują świeżymi figami i próbują nawiązać konwersację. Niestety – bezskutecznie. W Albanii, przy braku współpracy lingwistycznej ze strony lokalnych mieszkańców nie porozumiecie się w żadnym znanym Wam języku. Porzućcie więc wszelką nadzieję i zacznijcie mowę gestów. Władek osiągnął w tej dziedzinie szczyt porozumienia tłumacząc, że my z Polski, czyli to samo, co Lewandowski.

W drodze powrotnej na camping dwa razy zahaczamy o lokalny wyszynk. Oprócz chyba najlepszego do tej pory mrożonego wina, serwowana jest szkoderska specjalność – karp. Nie, nie, Drodzy Państwo – to nie Wigilia i zdecydowanie nie ta podła mulasta ryba, co u nas w kraju. Tutejszy smażony karp to prawdziwy rarytas i nawet Rafał – jego zagorzały przeciwnik jest zachwycony.

Warto wspomnieć o naszym campingu. Za całką przyzwoitą cenę mamy do dyspozycji całodobowy basen wygrywający hity lat 90. Zdecydowanie najwyższej klasy pole namiotowe, na jakim zdarzyło nam się do tej pory być. Wieczorem decydujemy się uderzyć w miasto, ponieważ padła decyzja o rychłym wyjeździe na drugi dzień. I tutaj cudowna dla mnie niespodzianka – po raz pierwszy w życiu mam okazję zobaczyć meczet. Dzięki uprzejmej instrukcji jednego z modlących się mężczyzn, mogę zwiedzić go nawet od środka. Przechodzę przez wskazane wejście dla kobiet, szybko porzucam obuwie we wskazanym miejscu i spacerkiem po mięciutkim dywanie udaję się na antresolę. Cóż za szczęści, że jestem kobietą. Z piętra przeznaczonego dla osobników mojej płci rozpościera się wspaniały widok na wszystkie nawy i zakątki bogato zdobionego wnętrza. Można też przyjrzeć się z góry kiwającym się w rytm modlitwy mężczyznom. Istny rarytas dla takich jak my innowierców.

Na drugi dzień, zgodnie z zapowiedzią, z niejakim żalem opuszczamy nasz luksusowy camping, żeby udać się w dzicz. To tutaj od samego początku ciągnie Rafał – osławiony raj dla offroadowców – Pętla Theth. Cała trasa zaczyna się bardzo niewinnie – powoli opuszczamy tereny zurbanizowane, kończy się asfalt a zaczyna droga szutrowa. Pierwsza część to około dwadzieścia kilometrów do samego Theth. Nawet jeżeli nie jesteście w posiadaniu samochodu terenowego, możecie przy odrobinie spokoju i cierpliwości pokonać ten odcinek. I powinniście, ponieważ jeżdżąc po wzniesieniach tzw. Albańskich Alp będziecie podziwiać niezapomniane widoki. Samo Theth to mikro mieścina lub bardziej skupisko budowli, położonych w niecce pomiędzy pasmami gór. Parę przydomowych campingów i domów gościnnych, jedna knajpka. Ucztujący w niej mężczyźni, głównie policjanci (prawdopodobnie na służbie, ponieważ w uniformach) po raz kolejny uświadamiają nam, że życiem należy się cieszyć, bo szybko przemija. Środek dnia, biesiada trwa w najlepsze. Oglądamy inne środki transportu, żeby podjąć decyzję, co dalej. Nasz samochód, stojąc na podjeździe obok istnych petro – potworów 4×4, wygląda biedni. Mały, drobne kółeczka, brak sprzętu, który wywieszony jest na zewnątrz, na każdym centymetrze karoserii. Nie mamy dwóch zapasowych opon, kanistrów z galonami paliwa, kosza dachowego, saperek, wyciągarek, anten, lokalizatorów ani innego sprzętu rodem z armii. Jednak porzucenie zamiaru zdobycia Pętli Theth nie mieści nam się w głowie. Z zapowiedzi wynika, że przed nami ponad siedemdziesięcio – kilometrowy odcinek drogi, a właściwie kamienistego offroadu. Droga bez powrotu. Szybka decyzja podjęta – witaj przygodo!

Jest tak strasznie, jak wszyscy ostrzegali. Nasza prędkość przelotowa sięga niekiedy zawrotnych 7 kilometrów na godzinę. Upał, brak żywego ducha za wyjątkiem jednego tubylcy jadącego konno. I wręcz namacalny strach – co będzie, jeśli przebijemy oponę? Ok – mamy zapas, ale co jeżeli jego też uszkodzimy? A co, jeśli dobrniemy do punktu, w którym nasz samochód sobie nie poradzi? Przecież nikt nam nie pomoże, bo nikogo tu nie ma. Adrenalinę uzupełniają niecodzienne widoki i zdarzenia. Mijamy opuszczone kamienne wioski, porzucone bardzo dawno temu. Odpoczywamy i chłodzimy się w  lodowatej górskiej rzece. Nagle, po 5 godzinach docieramy do asfaltu. Coś się nie zgadza – coś poszło nam za szybko. I zdecydowanie za łatwo. Na  środku ruin bardzo biednej i zniszczonej wsi stoją półnadzy mężczyźni i grzebią we wraku motocykla. Cóż robić – licząc na łut szczęścia wysiadamy i pytamy o market. Nasze zdziwienie sięga zenitu – jeden z uczestników zgrupowania płynnie po niemiecku wyjaśnia nam, że sklep jest, a jakże, i już go otwiera, prowadząc nas do pobliskiego zabudowania przypominającego sypiącą się stodołę. Drzwi już otwarte, niepewnie zaglądamy do wnętrza. Worki ryżu, żywność długoterminowa, tona wszelkiego rodzaju gwoździ i śrubek, spleśniałe pomidory i lodówka z piwem. Nada się na nasze potrzeby. Pytamy o stan czekającej nas dalszej drogi. Cóż za szczęście, że tylko ja w miarę dobrze znam niemiecki, bo odpowiedź mrozi krew w żyłach. „Asfalt kończy się za 100m, przed nami ponad połowa całej trasy. Ta gorsza i mniej przejezdna połowa.”

Nie będę przytaczać, jaką drogę przeszliśmy i ile razy musieliśmy z Władkiem wysiadać z samochodu odciążając go na najgorszych odcinkach. Jednak wszystko to było warte noclegu, jaki sobie zafundowaliśmy. Osłonięte z jednej strony wypłaszczenie. Jesteśmy całkowicie i perfekcyjnie sami. Ostatni ślad życia został w składzie – stodole wraz z jej niemieckojęzycznym właścicielem, wiele godzin za nami. Mamy drugi najlepszy (zaraz po Fitz Royu w Argentynie) widok z obozu na całe pasmo otaczających nas Albańskich Alp. Na horyzoncie zapada zmrok i raz za razem zapalają się światła – świadectwo jednak nie do końca wymarłej tu cywilizacji. A może wręcz przeciwnie – w zasięgu wzroku (a tego nie przesłaniają żadne przeszkody), porozrzucanych po całym stoku doliczamy się ich tylko 12.

Budzimy się wcześnie rano, zwijamy obóz i kontynuujemy drogę przez mękę. W końcu, po ponad 10 godzinach samej jazdy, plus oczywiście czasie spędzonym na popasach, docieramy do drugiej strony urwanego asfaltu. Pętla Theth zdobyta, pomimo luk w sprzęcie. Udało się – bez zniszczeń, nasze terenowe Cinquecento dało radę i możemy kontynuować naszą podróż. Przed nami już niewiele, ale równie ekscytujących przygód. Podążamy w głąb enklawy muzułmanizmu – na drodze przed nami Macedonia ze swoimi nieodkrytymi urokami. Ale o tym, co tam widzieliśmy, co przeżyliśmy, co jedliśmy i piliśmy już w kolejnej odsłonie Romków na Końcu Świata. Zostańcie z nami.

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Albania słynie z… bunkrów. Jeżeli kiedykolwiek wizja nuklearnej zagłady stanie się wyraźna – podążaj w tamtym kierunku. Ich obecność określana jest ciekawym terminem „reliktu paranoidalnej przeszłości”, lub po prostu bunkieromanią komunistycznego władcy. Pan Hoxa, bo tak nazywał się ów dyktator, żył w ciągłym strachu przed inwazją obcych państw, dlatego wybudował taką ilość schronów, że obecnie jeden bunkier przypada na czterech obywateli.
  • Ciekawostka, która nie do końca cieszy mówi nam, że w Albanii poza kurortami turystycznymi absolutnie nie zjesz nic smacznego po godzinie 21. Myślcie o tym planując swój dzień, aby nie stołować się w nocnych, niezbyt dobrych wyszynkach typu fast – food.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Nie licz na schłodzenie swego rozpalonego ciała w Jeziorze Szkoderskim, ponieważ jego temperatura sięga 35 stopni Celcjusza. Znajdź na to inny sposób, chociażby kosztując kosowskiego piwa, które jest tutaj bardzo popularne a jednocześnie smaczne.
  • W Albanii mają niekiedy ciekawe podejście do tematu marketingu. Najlepszą reklamą sklepu bądź restauracji jest rzeźnik zabijający i sprawiający krowy i kozy bezpośrednio na oczach klienteli, przed głównym wejściu do budynku. Chcesz nabyć naprawdę dobrej jakości mięso – szukaj zwierzyny ze świeżo poderżniętym gardłem, wykrwawiającej się do podstawionej brudnej miednicy.
Kategorie
Żeglarstwo

Pierwszy raz na morzu – relacja najmłodszego uczestnika rejsu

Wspomnienia  Łukasza z rejsu 

Chciałbym podziękować Panu Mariuszowi Noworól, fundacji „4 Kontynenty” i wszystkim osobom, które wsparły nasz rejs , aby umożliwić nam udział w ostatnim etapie …. Dzięki Wam mogłem wypłynąć w rejs, o którym zawsze marzyłem. Dziękuję również mojemu Tacie, który popłynął z nami w roli opiekuna. Bez Niego również nie popłynęlibyśmy.

We wtorek wypłynęliśmy ze Świnoujścia na Bornholm. Od samego wypłynięcia czułem, że rejs będzie wspaniały. Wypłynęliśmy około godziny trzynastej. Na początku było super, wiatr był idealny, nie kołysało, można by tak płynąć bez końca. Nikt nie spodziewał się jednak, że wiatr Nas tak zaskoczy. Około godziny szesnastej wiatr wzmógł się, fale zaczęły się podnosić. Jednym słowem: zaczęlo  się rozwiewać. Nie było już tak przyjemnie jak wcześniej, nie dało się już położyć i spokojnie sobie leżeć. Tej nocy nie stanąłem przy sterze, całą noc wachtę trzymali dorośli. Nie obyło się również bez problemów żołądkowych. Dopadła mnie choroba morska z wszystkimi jej konsekwencjami… Marzyłem tylko o tym, żeby przespać się trochę. Około czwartej nad ranem dopłynęliśmy do portu w Ronne na Bornholmie. Już się cieszyliśmy, że można wreszcie się wyspać, napić ciepłej herbaty, aż tu nagle słyszymy kogoś nadającego przez UKF-kę „Sifu do Bystrza, mamy problem, nie działa nam ster, jesteśmy dziesięć mil od brzegu potrzebujemy pomocy!”. I zaczęła się akcja ratunkowa. Razem z Adą zostaliśmy na brzegu w porcie bo byliśmy po prostu zbyt zmęczeni, żeby płynąć. W końcu udało Nam się zasnąć pod jakimś domkiem, który osłaniał Nas przed wiatrem. Około godziny siódmej zobaczyliśmy „Bystrze” wpływające do portu, ale bez „SIFU”! Okazało się, że nie udało im się podać lin do holowania, wiatr był za silny. Po „SIFU” wypłynęła straż przybrzeżna. Następne dwa dni spędziliśmy w porcie, żeby przeczekać sztorm. Nie narzekaliśmy bo mogliśmy pochodzić i pozwiedzać miasto.

W piątek z rana wypłynęliśmy z Bornholmu na Hel. Mieliśmy bardzo długi przelot bo aż trzydzieści godzin. Czas leciał, a wyspa cały czas była na horyzoncie i nie znikała. O dziwo czas mijał naprawdę za szybko. 3 godziny wachta, potem zmiana i znowu, i tak w kółko. Ale nam się nie nudziło, mógłbym stać przy sterze godzinami i patrzeć na horyzont. Nastała noc, księżyc świecił jak nigdzie indziej, jakby chciał nam oświetlić drogę. Pogoda była idealna, wiało ani nie za słabo, ani nie za mocno. Było dużo cieplej niż w czasie minionych nocy, więc ręce nie drżały tak z zimna. Noc minęła bardzo szybko i już prawie byliśmy na Helu. Zrobiło mi się smutno, że rejs tak szybko się skończył. W sobotę wieczorem pożegnaliśmy się z Wszystkimi, o czwartej rano trzeba było wyjeżdżać.

Naprawdę dziękuję wszystkim za ten miły czas spędzony z Wami, będę go miło wspominał.

Łukasz

Kategorie
Żeglarstwo

Czas na podsumowanie akcji „ Młodzi żeglarze z Mikołowa czekają na Twoją pomoc”

Czas na podsumowanie akcji „ Młodzi żeglarze z Mikołowa czekają na Twoją pomoc” Ada opisuje jakie przygody spotkała na pierwszym w życiu rejsie po morzu. Warto dodać że Ada i Łukasz byli najmłodszymi uczestnikami wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców. Dziękim zebranym środkom wyruszyli na przygodę życia.

RELCJA Z REJSU – ARKTYKA 2017 „ Śladami ginących lodowców” etap Świnoujście – Gdańsk na pokładzie SY Bystrze 

Na początku bardzo chcę podziękować Panu Mariusz Noworól z Fundacji 4 Kontynenty za Jego inicjatywę oraz wszystkim życzliwym darczyńcom którzy przyczynili się do tego, że miałam możliwość popłynąć na ten rejs, a tym samym spełnić marzenie o wzięciu udziału w rejsie morskim.

To był mój pierwszy w życiu rejs morski – płynęliśmy ze Świnoujścia na Bornholm, a z Bornholmu na Hel.

Wypłynęliśmy we wtorek koło południa, było świetnie, wiatr we włosach, słońce nad nami, morze kołysało jachtem, bardzo mi się to podobało jak tak podskakiwaliśmy na falach. Już od pierwszych godzin rejsu stałam za sterem. Na początku trochę się wystraszyłam, że pierwszy raz jestem na morzu i już mi ster dają, ale okazało się, że w sumie to nic strasznego i że to w miarę proste i przyjemne. Przez cały dzień było mi bardzo dobrze, byłam szczęśliwa, że jestem właśnie tutaj.

Zapowiadała się fantastyczna noc z uwagi na pełnię księżyca, który oświetlał nas i morze niczym wielki reflektor.

Pod wieczór jednak wiatr zaczął się wzmagać a fale rosnąć – wtedy nie było mi już tak cudownie. Rozpoczął się pierwszy w moim życiu sztorm, a żeby go przeczekać leżałam na pokładzie próbując zasnąć, choć żeby leżeć prosto, na plecach, trzeba było leżeć praktycznie na oparciu ławki, a nie na siedzeniu. Tej nocy nie wzięłam już steru do rąk. W pewnym momencie zaczęłam drżeć, ale nie było mi nawet aż tak zimno, więc podejrzewam, że to raczej ze zmęczenia i strachu jednocześnie. Bo szczerze mówiąc jak zaczęło nami coraz mocniej kołysać to trochę się wystraszyłam, ale żeby się uspokoić powtarzałam sobie w myślach: „Ada, pamiętaj co ci mówili na kursie, że największy moment prostujący dla jachtów balastowych występuje przy kącie przechyłu ok. 75° – na pewno się nie wywrócimy.”

Teraz jak sobie to przypomnę to myślę, że przecież nie było aż tak strasznie i chyba nie miałam się czego bać, ale wtedy, w nocy, w tych okolicznościach, strachu opanować nie dało się tak prosto.

Do Ronne na Bornholmie dopłynęliśmy po czwartej nad ranem. Byłam padnięta. W czasie przelotu ze Świnoujścia udało mi się zasnąć tylko na 1,5 h. No i jesteśmy w końcu w tym porcie, wstawiamy wodę, już tylko herbata i spać. A tu nagle taki zwrot akcji, „Sifu” straciło manewrowość, dodatkowo ster przestał im działać i dryfowało na mieliznę. Trzeba wracać jakoś im pomóc. Mnie już wystarczyło przygód jak na ten moment, więc zostaliśmy z Łukaszem w porcie. Zmęczeni oczywiście, zasypialiśmy prawie na stojąco, w końcu położyliśmy się na ziemi przy jakimś budynku, który osłaniał nas od wiatru i zasnęliśmy, a jak się obudziliśmy to było już jasno. Koło siódmej rano, patrzymy – „Bystrze” wraca, ale bez „Sifu”. Okazało się, że przy tej pogodzie pomóc im nie było tak prosto i trzeba było ”kogoś większego i silniejszego”. Opowiadania o tym, jak to momentami jedni drugich przez fale nie widzieli, co praktycznie zupełnie uniemożliwiło „akcję ratunkową” były dla mnie zupełnie wystarczające aby utwierdzić się w przekonaniu, że pozostanie w porcie i spanie na betonie było jednak lepszym wyborem. W każdym razie jak nasi tylko wrócili stwierdziłam, że w końcu nadeszła pora na prawdziwe spanie.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Ronne czekając aż wiatr trochę ucichnie. Pierwszego dnia- w środę- odpoczywaliśmy w porcie i odsypialiśmy sztormową noc, a przynajmniej ja. Wieczorem graliśmy w karty, a później siedzieliśmy wszyscy na „Sifu”, rozmawialiśmy o tzw. życiu popijając cieple napoje . W czwartek poszliśmy przejść się po Ronne. Całkiem urocze miasto, z kolorowymi domkami charakterystycznymi dla Danii i ogólnie Skandynawii. W centrum miasta fontanna zdobiona ślimakami. Według przesądu należy pocałować jednego ze ślimaków, żeby kiedyś tu wrócić – postanowiłam obcałować wszystkie jak nikt nie będzie widział . Wieczorem po spojrzeniu na pogodę na najbliższe dni, zapadła decyzja – wypływamy jutro rano.

Tak więc w piątek rano wypłynęliśmy z portu, kierunek- Hel! Nareszcie!

Oddalaliśmy się już od wyspy, jednak ciągle jeszcze mieliśmy jej brzeg w zasięgu wzroku, kiedy na naszym pokładzie pojawił się malutki, uroczy ptaszek. Biedak jak na swoje siły miał ląd już trochę za daleko, chyba niestety nie miał zbyt dużych szans gdzieś dolecieć, więc zatrzymał się na chwilę u nas. Przez parę minut skakał gdzieś po pokładzie, a później odfrunął.

Tym razem pogoda dopisywała w czasie całego przelotu z Bornholmu na Hel. Nawet jakoś nie specjalnie dłużyły mi się godziny na wachcie, doszłam nawet do wniosku, że tu na morzu 1,5 h mija mi chyba szybciej niż 45 min. w szkole. Siedzenie za sterem było cudowne, miało się takie poczucie, że teraz to ja mam władzę nad tą łódką, która jest tak mała dla morza, a tak duża dla mnie, czułam się prawie jak bym była władcą całego świata, tutaj i teraz to ja dowodzę, ja trzymam ten ster i jestem za to odpowiedzialna.

Słońce jeszcze nie do końca zaszło za nami, a przed nami już wstaje księżyc – niesamowity, bo również pomarańczowy. To był naprawdę piękny wieczór. I tego właśnie pięknego wieczoru, siedząc za sterem doznałam szoku, a mianowicie po paru radach i wskazówkach kapitana okazało się, że aby utrzymać kurs wystarczą lekkie wychylenia steru by skontrować falę, a nie trzeba kręcić tym kołem zamaszyście jak szalona, jak robiłam to do tej pory. Od tego momentu wszystko okazało się jeszcze przyjemniejsze i łatwiejsze. Kapitanie Arturze, wielkie dzięki! W czasie tego przelotu stałam za sterem każdą połowę naszej wachty, również w nocy, byłam naprawdę szczęśliwa.

Po 30-sto godzinnym przelocie w sobotę późnym południem dotarliśmy na Hel.

Następnego dnia rano dla nas wszystko miało się skończyć (no bo nie wszyscy mogli spóźnić się do pracy w poniedziałek, jak ja do szkoły. To trwało za krótko, chciałabym jeszcze zostać, jeszcze pożeglować, spędzić więcej czasu z tymi wspaniałymi ludźmi. Ale niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy.

Jeszcze ostatni wspólny wieczór w cudownym, bardzo klimatycznym pubie, gdzie gościu grał jednocześnie chyba na dwóch, w porywach do trzech instrumentów, a do tego jeszcze śpiewał szanty. Na ścianach, pod sufitem i gdzie się dało pozawieszane były różne przyrządy żeglarskie, rybackie, obrazy, mapy… dosłownie wszystko, włącznie z zasuszonymi rybimi głowami. A rano pociąg.

Nigdy nie zapomnę tego rejsu i zawsze będę go bardzo miło wspominać.

Na pewno będę poszukiwać kolejnych sposobności pozwalających mi doskonalić umiejętności żeglarskie, oswajać się z morzem i przeżywać kolejne wspaniałe przygody.

Wszystkim serdecznie dziękuję za ten wspaniały czas spędzony razem.   

Ada

Kategorie
Trekking

Grzegorz Grochowski na pokładzie Fundacji 4 Kontynenty

Witam „4 Kontynenty”

Mieszkam w Bytomiu – to taka dziura koło Katowic, jakby kto nie wiedział. Mam na karku piąty krzyżyk, więc już bliżej dołka niż dalej – ale zamierzam jeszcze trochę po tym świecie pochodzić. Na chrzcie mi dali Grzegorz, zaś na kilku górskich forach jestem powszechnie znany pod nickiem „Grochu”. Może tyle tytułem wstępu.

Z górami miałem styczność „od zawsze”, gdyż pochodzę z Ziemi Sądeckiej i od dziecka miałem je przed oczyma. W latach szkolnych zacząłem je poznawać bliżej, najpierw przez wyjazdy kolonijne a w czasach licealnych już samodzielnie z innymi wariatami. Z czasem tak więc się zrobiło, że zamiast patrzeć z dolin na góry – zacząłem z gór patrzeć w doliny. I jakoś tak potem już poszło.

Do dnia, gdy nadszedł czas na założenie rodziny. Wtedy chodzenie po górach zamieniłem na chodzenie po pampersy. Tak kilka następnych latek minęło, aż pampersy przestały już być potrzebne.

No to co? No to w góry!!! Ale takie lajtowe to były wycieczki, by kiluletnie srajtki się nie zraziły. Udało się. Już oba są dorosłe i same dopytują się o kolejne wypady na górskie szczyty.

No ale zanim to nastąpiło to znów ładnych kilka wiosen musiało minąć, gdy mogłem znowu sam – bez „kotwic” – zacząć górskie wypady.

Najpierw ostrożnie, bo te dobre 10 lat przerwy w górskim życiorysie spowodowało, że i kondycja wyparowała i o trekkingowej rutynie się zapomniało. No i brzusio jakoś po drodze uroslo. To więc były raczej takie „powtórki z rozrywki”: odwiedzanie miejsc, które się już poznało za kawalerskich czasów. A potem coraz dalej….coraz dłużej….

Coraz wyżej – nie. Nie mam parcia na bicie rekordów wysokości.

Problemem wówczas był też brak towarzystwa. Cytując klasyka: „Co się stało z naszą klasą?…”

Ale ten problem się rozwiązał, gdy nawiązałem kontakt z Klubem Góry-Szlaki. Od tamtej pory – a będzie wnet już 10 lat – zacząłem mocno intensywnie przygodę z górami.

Trochę statystyk ( które dla zabawy zacząłem prowadzić od 2013 ):

2013

długość przechodzonych szlaków: 686 km

czas spędzony na szlakach: 267 h

suma przewyższeń: 37477 m ( czyli: ponad 4 razy Mt Everest od poziomu morza );

2014

długość przechodzonych szlaków: 1093 km

czas spędzony na szlakach: 353 h

suma przewyższeń: 51705 m ( czyli: prawie 6 razy Mt Everest od poziomu morza );

2015

długość przechodzonych szlaków: 561 km

czas spędzony na szlakach: 224 h

suma przewyższeń: 29282 m ( czyli: ponad 3 razy Mt Everest od poziomu morza );

2016

długość przechodzonych szlaków: 830 km

czas spędzony na szlakach: 339 h

suma przewyższeń: 42777 m ( czyli: prawie 5 razy Mt Everest od poziomu morza );

2017 – w trakcie.

W międzyczasie wyrobiłem sobie ( jeśli można tak powiedzieć ) dwie „specjalizacje”:

pierwsza – eksploracja via ferrat: to taka fajna alternatywa dla klasycznego trekkingu, nie wymagająca jakichś specjalnych umiejetności wspinaczkowych. Via ferraty mają zróżnicowane stopnie trudności tak, że każdy znajdzie tu coś na miarę swoich możliwości: zarówno ten co w życiu jeszcze do skały się nie przytulił, jak i wytrawny alpinista;

druga – tygodniowe ( najczęściej ) trekkingi „na ciężko” po karpackich pasmach. Czemu tak? A bo jak wyjrzałem poza horyzont granic ziemi ojczystej to pojąłem, że tych Karpat jest taki ogrom, że życia nie starczy by je całe poznać. A różnorodność przeogromna. No i po prostu są piękne 🙂

A od czasu do czasu robi się jakiś wypad w Alpy – dla odmiany. Może to się trochę kłóci z ideą o nazwie „4 Kontynenty” , ale kto wie……w przyszłym roku myślę o wypadzie w góry Kaukazu, a z czasem może mnie napadnie marokański Atlas czy coś dalej jeszcze….. pożyjemy – zobaczymy.

Jakiś czas temu ktoś mnie mamówił, żebym zaczął dokumentować te swoje zabawy z górami, to założyłem na fejsie taką tematyczną stronkę. Ale zamieszczam na niej tylko takie wypady wykraczające czasowo poza ramy zwykłego weekendu. Tych zwykłych weekendowych jest po prostu zbyt dużo, to jakbym wszystko tam wrzucał to ta stronka stałaby się mało czytelna.

Jak ktoś ma ochotę to zapraszam do odwiedzin:  (klik)

Lajkowanie i udostępnianie mile widziane 😉

A co z przyszłością?

Plany są bogate jak zwykle, ale chwilowo jestem w lekkim zawieszeniu w związku z trwającym właśnie procesem zmiany pracy. Stąd na tą chwilę trudno mi precyzyjnie określić które weekendy do końca roku będę miał wolne, a tym bardziej jakieś urlopowe terminy na przyszły sezon. Ale ta kwestia niebawem się wyjaśni.

Abstrahując póki co więc od konkretnych terminów: po rozmowie z Mariuszem zaproponowałem październikowy weekendowy wypad na Małą Fatrę – i do tego tematu wrócę niżej. Poza tym: tradycyjnie w długi weekend listopadowy robię urodzinowe górołażenie połączone z wieczorną minutą ciszy na okoliczność tej dramatycznej rocznicy ( tak tak – jak się ma piątkę z przodu to wcale tak znowu nie ma się już z czego cieszyć 😉 Tyle, że w tym roku 11 listopada wychodzi w sobotę, więc tym razem to będzie zwykły weekend, czyli musi być gdzieś blisko; zapewne w Beskidzie Żywieckim, a w razie dupiatej pogody odbębnię to wydarzenie na Chatce Skalance w Zwardoniu. No i jeszcze….jakoś tak trza by powoli myśleć coś o Sylwestrze – jeżeli nowa praca na to pozwoli.

Jeśli zaś o kolejny sezon trekkingowy chodzi to tak:

– na pewno ze 2 wyjazdy na via ferraty ( Austria, Włochy – zobaczy się );

– na pewno Zugspitze w Niemczech i Howerla na Ukrainie ( córka 2 lata temu zaczęła „rzeźbić” Koronę Europy i obiecałem jej jeszcze pomóc te dwa kopczyki opanować w przyszłym roku; dalej już sama sobie będzie radziła );

– na pewno tydzień na Góry Rodniańskie ( północna Rumunia );

– najprawdopodobniej tydzień na Góry Hryniawsko-Czywczyńskie lub Pokucko-Bukowińskie ( w obu przypadkach to najbardziej dzikie i bezludne rejony ukraińskich Karpat, gdzie nawet jeszcze szlaków nie ma wytyczonych );

– najprawdopodobniej 2 tygodnie na Kaukaz ( i to na pewno byłoby we wrześniu jeśli dojdzie do skutku ), od gruzińskiej strony ( ale to ma być zwykły trekking poniżej lodowców, żeby nie obciążać się wysokogórskim szpejem ) połączone z jakimś 2-3 dniowym „plażingiem” w Batumi na koniec……….no dobra, chyba już cały urlop na 2018 wyczerpałem 😉

A wracając do najbliższej przyszłości:

Mala Fatra.

Kiedy? Najprawdopodobniej 13-15 lub 20-22 październik.

Gdzie? Luczańska część tego pasma – przy dobrej pogodzie.

W rozmowie z Mariuszem sugerowałem przejście od Hornej luki do Klaka z noclegiem w namiocie, ale po namyśle odstąpiłem od tego zamiaru. Dzień już wtedy będzie krótki, a to jest stosunkowo długa – a przede wszystkim całkiem urokliwa – trasa ( w tej klakowej części szczególnie ), szkoda więc robić to po ciemku. Za to na wiosnę chętnie wrócę do tego tematu.

Zamiast tego:

Piątek pod wieczór – przyjazd do miasteczka Trebostovo ( ciut za Martinem ) i nocne wejście niebieskim szlakiem na Hornou luke ( ok. 3 h ). Nocleg w utulni Partizan, ale na wszelki wypadek namioty trzeba mieć, bo przy dobrej pogodzie w Partizanie może być tłoczno.

Sobota – przejście północnej części tego pasma z zejściem na przełom Wahu w miasteczku Stre čno. Tam można wciągnąć obiadokolację, a potem jeszcze trzeba wdrapać się na początek drugiej części MF: do Chaty pod Suchym na drugi nocleg. Trasa na jakieś 8,5 h plus przerwy na popasy. Ale 25,5 km i 1300 m przewyższeń.

Niedziela – 2 warianty.

A – przejście przez Malý Kriváň z zejściem do Sučan ( ok. 6 h ) i powrót komunikacją publiczną do Martina po auta.

B – wejść tylko na Suchý a potem już zejść zielonym szlakiem na Turčianske Kľačany ( ok. 4 h ) i powrót komunikacją publiczną do Martina po auta.

Ewentualnie można w piątek rozstawić samochody, co ułatwi niedzielną komunikację.

Plan „B” – ( pogoda nie tak całkiem dobra ).

Też Mala Fatra, tylko część Krivańska. Baza w Stefanovej. Mam tam sprawdzony fajny pensjonacik vis a vis piwopoju. Dojazd na miejsce też w piątek wieczór. Sobota: wejście na Maly Rozsutec. Niedaleko, niewysoko, ale warto. A w razie załamki pogody w miarę szybko można wrócić na ciepłe pokoje. Trasa na ok. 5 h. Gdyby z pogodą było dość stabilnie to można się przespacerować przez oba Rozsutce – wtedy zajęłoby to ok. 7-8 h. Niedzielę można przeznaczyć na szwendanie się po Dierach – to taka miniaturka Słowackiego Raju, do zrobienia w 2-4 godziny zależnie od wariantu trasy tak, żeby o ludzkiej porze wrócić do domu.

Plan „C” – ( leje jak z cebra cały weekend ).

No cóż…..wtedy z rozpaczy pozostanie eksploracja lokalnych źródeł čapovaneho piva. Ale jak to powiadali starożytni Rosjanie: „nieważne: gdzie, ważne: z kim”.

Grzegorz  Grochowski 

Kategorie
Blog

Grecja – kraj pitą i rycyną płynący

Cóż można powiedzieć o tym kolejnym na trasie kraju? Z całą pewnością wyróżnia się on najpiękniejszym wybrzeżem. Grecka linia brzegowa biegnie wzdłuż kilku mórz – to pewnie dzięki temu jest taka ciekawa i różnorodna. Jeżeli chcemy spróbować nurkowanie, pamiętajmy, aby wybierać się na plaże kamieniste. Sami przekonacie się, że piasek zwiastuje mało owocne podwodne obserwacje, gdyż najczęściej ryby zwyczajnie nie mają się gdzie ukryć.

Swoją bazę zakładamy na mało popularnym campingu „Delfini” na Półwyspie Chalkidiki. Wybieramy to miejsce głównie ze względu na rekomendacje, jednak szybkom okazuje się to świetną decyzją. Brak tłumów, bogate zaplecze sanitarne, najgłośniejsze pod słońcem cykady, koncertujące od świtu do późna w nocy. W sumie do tych ostatnich na początku trudno się przyzwyczaić, aż tak jest od nich głośno. W nocy wszelka zwierzyna również daje mało odpoczynku, gdyż ciszę raz po raz przerywają nocne sowy.

W pierwszą noc naszego przyjazdu czeka nas miła niespodzianka. Właściciele Kostas i Galina, dowiadując się, że jesteśmy tu z polecenia od ich dobrych znajomych, zapraszają nas na małe przyjęcie. Towarzystwo w pełni międzynarodowe – Grecy, Ukraińcy, Turkowie, Serbowie, Niemcy i Polacy. Kaleczymy wszystkie znane nam języki aby się porozumieć, a wraz z upływem serwowanych trunków (turecki samogon i nasz niezawodny 80% rum) stajemy się coraz wybitniejszymi poliglotami i idzie nam coraz lepiej.

W czasie naszego tu pobytu odwiedzamy kilka plaży. Na pierwszej z nich, niedaleko od brzegu znajdują się fantastyczne kamienne twory. Każda osoba widzi w nich wyobrażenie innego zwierzęcia – byk, pies, wieloryb – co komu podpowie wyobraźnia. Jednak uwaga – żeby gołą stopą stanąć na jednej ze zwierzęco – kształtnych wysepek należy pokonać istne pole minowe z jeżowców. Władek niestety został jednym z nich ugodzony i całe jego dłoń od wewnętrznej strony usłana była odłamkami kolców podwodnego stworzenia. Jednak w każdym, nawet niezbyt szczęśliwym wydarzeniu można próbować doszukać się pozytywów. Po powrocie na camping, obolały Władek otrzymuje pomoc od niebanalnej drużyny Serbów. Po pierwsze uczymy się, co w ogóle z tymi kolcami robić. Miejsce zranione należy ciągle smarować oliwą o jak najwyższej temperaturze (aby to oczywiście wytrzymać). Nie wiem, jak to możliwe, ale według podań wszystkich znających się na tym ludzi kolce wewnątrz ciała są żywe i przed wyciągnięciem należy je zabić tą gorącą temperaturą. Gaworząc sobie spokojnie z 6 – osobową ekipą Serbów oczekujemy na tragiczną śmierć kolców pod wrzącą oliwą i jednocześnie Władka kolej na stole operacyjnym. Jego funkcję pełni kanapa knajpki campingowej. Jeden pacjent, akurat w trakcie operacji to nieszczęśliwy Serb, któremu przytrafiła się podobna historia. Główny chirurg to jego krajan, a broda sięgająca prawie do pasa niechybnie świadczy o wieloletnim doświadczeniu w każdej materii. W czasie oczekiwania (i oczywiście patrzenia przez ramię na głównego medyka i jego postępy w zabiegu), dowiadujemy się, że Serbowie przybyli tu ze swojego kraju pieszo, specjalnie na pielgrzymkę do Athos. Miejsce, o którym mowa znajduje się bardzo niedaleko od nas, na samym cyplu Chalkidiki. Athos to okręg autonomiczny i aby się tam dostać, musisz ubiegać się o wizę, która pozwala wjechać Ci do kraju maksymalnie na 10 dni. To swego rodzaju Mekka dla ortodoksów, czyli prawosławnych. W samym Athos znajduje się kilkadziesiąt monasterów, w których mnisi podczas pieszej wędrówki mogą udzielić Wam schronienia. Dla zainteresowanych od razu wspomnę, iż wizę otrzymać mogą jedynie osoby wyznania prawosławnego i jedynie płci męskiej. Plotka głosi, iż wszystko w Athos jest rodzaju męskiego, również cała zwierzyna hodowlana, za wyjątkiem kur. Jeżeli komuś z Was kiedykolwiek uda się przekroczyć te mityczne granice – bardzo chętnie poznam o tym prawdę.

Wracając do rzeczywistości, operacja ma się ku końcowi. Pacjent żyje, wstaje o własnych nogach, proszą więc następnego. Władek zajmuje pozycję a znachor cierpliwie grzebie agrafką w dłoni poszkodowanego, raz po raz wyciągając kolejne mikroskopijne drobiny kolców. Ciekawostka BHP. Mniej więcej w połowie zabiegu, Serb znachor przytrzymując w zębach zbluzganą we Władka krwi agrafkę zapytał uprzejmie, czy ten przypadkiem nie ma HIV. Troszkę w czas, ale po tym, jak nasz kompan wytłumaczył mu, że jest honorowym krwiodawcą, pytający zdecydowanie się wyluzował.

Miasteczko Ierissos, w pobliżu którego znajduje się camping Delfini dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich, dla nas bardziej atrakcyjna, znajduje się w pewnym oddaleniu od wybrzeża, dlatego to część lokalsów. Już od 5 rano mamy tu otwarte knajpki z kawą i frappe. I już niedługo po tej godzinie, do jednej z nich schodzą się mężczyźni spragnieni hazardowych wrażeń, które zaspokajają grając pół dnia w domino. Niewinnie przysiadamy stolik obok i popijając zimną rycynę obserwujemy codzienne niespieszne życie. Za to w lokalu obok podają najlepszą i jednocześnie najtańszą pitę w mieście. Do wyboru kurczak lub wieprzowina, a wszystko polane domowej roboty sosem tzatziki. Nigdzie w mieście nie zjecie taniej i lepiej. Wieczorem Darek zarządza wejście w odmęty części turystycznej, aby zobaczy, „jak żyją ludzie”. Spora ilość turystów, niezbyt atrakcyjna plaża miejska i dużo wszelkiej maści wyszynków. Wszystko dobre, jednak tutaj Grecja daje się poznać od strony jej drożyzny. Żadne z państw, które odwiedziliśmy, ani które dopiero odwiedzimy nie będzie tak drogie. Przykładowo cena za piwo w barze na nabrzeżu sięga 5 Euro. Co warto dodać, w lokalsowej części miasta ceny są co najmniej 30 % niższe.

Darek i Ela, zakochani w Grecji decydują się zostać tu dłużej. Nas, po 4 dniach trochę świerzbią już nogi i z drobnym uczuciem żalu, decydujemy się ruszać dalej. Przed nami jedna z ważniejszych atrakcji greckich – Meteory. Jak zapewne wiecie, to kompleks ponad 20 monastyrów (z czego 6 jest otwartych do zwiedzania) wybudowanych na sąsiadujących wzniesieniach. Widok robi piorunujące wrażenie. Klasztory otwarte są dla zwiedzających bez względu na wyznanie i płeć, ponieważ mnisi już tu nie mieszkają. Pomiędzy poszczególnymi budowlami przemieszczamy się samochodem, a następnie musimy pokonać parę setek schodów na górę. Dla wszystkich będących w Grecji punkt nie do ominięcia.

I już ruszamy dalej. Naszym kolejnym, choć nieoczekiwanym punktem staje się Macedonia. Czy ktoś w ogóle zna ten kraj z innej perspektywy niż jedynej autostrady, która usprawnia nam drogę do Grecji? My na pewno nie, dlatego ahoj przygodo!

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • W Ierissos, po dobrym rozpoznaniu terenowym można zakupić prawdziwe frykasy. Obok knajpy z panami grającymi w domino znajduje się sklep mięsny, w którym najtańszym produktem jest koźlina. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali jej przyrządzić. Wszystko byłoby w porządku, gdyby przepis internetowy wspominał o fakcie, że mięso gotujemy osobno przez jakieś 2 godziny. Nasze mięso, po 3 godzinach gotowania wraz z pomidorami i innymi składnikami nie osiąga żadnych rezultatów w zakresie zmiękczenia. Z pomocą pojawia się znowu Serb – znachor. Przezbraja gulasz, mięso wrzuca do osobnego mówi, że tak ma być. Konkluzja – koźlina, pomimo dużych starań i pomocy międzynarodowej wyszła nam średnio miękka. Dodatkowo w jej smaku nie było nic nadzwyczajnego (jak np. w baraninie), dlatego stwierdzam, że nie jest warta zachodu.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Trzymaj się z dala od turystycznych restauracji. Sprawdza się to w każdym zakątku świata. Jedz tam, gdzie mieszkańcy – lokalsi nigdy się nie mylą.
  • Pijąc rycynę, czyli specjalnie doprawione białe wino, w dużych ilościach, dowiedzieliśmy się, że robimy to w zły sposób. Oryginalnie Grecy piją ją z Colą, a typowych turystów można poznać właśnie po tym, że nie rozcieńczają jej w ogóle.
  • Zawsze dobrze mieć pod ręką Serba. Najlepiej takiego z długą brodą, bo mają uzdolnienia w zakresie medycyny i kuchni, a właściwie nie sprawdzono do czego jeszcze.




















Kategorie
Blog

Siedzę w Bułgarskim Centrum…

Bułgaria to wspaniały kraj o rozległej linii brzegowej. Można tu kupić wszelkie owoce i warzywa oraz w okazyjnych cenach zjeść frykasy złożone z darów morza. To pewnie jeden z powodów, dla których tak dużo tu naszych rodaków.

Bułgaria daje się poznać od strony mieszkańców, ich nastawienia do turystów i zwyczajów. Pierwsza z obserwacji daje nam do zrozumienia, że dosyć częstym sposobem na życie dla młodych kobiet jest sponsoring. Bogaci panowie w wieku około 60 lat zapoznają dziewczyny dwudziesto – letnie i korzystając z ich walorów, pokazują uroki życia w luksusie. Dobrą informacją jest, drodzy panowie, że wcale nie trzeba być potentatem finansowym, aby spróbować przygarnąć młodą piękność. Paruletni Passat zdecydowanie spełni swą rolę wabika. Najważniejsze, żeby każdy był zadowolony z towaru, za który płaci.

                Druga obserwacja, prowadzona przez dłuższy czas pokazuje nam, że Bułgarzy bardzo nie lubią wykonywać żadnego typu usług. Kelnerzy, sprzedawcy – wszyscy dają nam do zrozumienia, że jesteśmy dla nich, jako klienci – dopustem bożym. I najlepiej, żebyśmy sobie czym prędzej poszli. Pragnę Was przestrzec przed zdecydowanie niesympatyczną kontrolą graniczną, oraz budzącą grozę budką z winietami. Dlaczego? Celnicy patrzą na nas spode łba w nieprzyjemny sposób, w odróżnieniu od sprzedawców winiet, którzy nie patrzą na nas w ogóle i zdają się specjalnie nie dostrzegać naszego istnienia. Nawet putanie w okienko budy nie pomaga, i dopiero Rafałowi, chociaż nie wiem jak, udaje się kupić winiety. Jednocześnie wszystkim Wam, chcącym zawitać do tego kraju winem płynącego przypominam, że winiety niezbędne są do poruszania się na każdej drodze poza terenem zabudowanym.

W ramach potwierdzenia, że w Bułgarii panuje cudowna pogoda, na nasz pierwszy camping przybywamy późną nocą w samym sercu nawałnicy deszczowej. Ziemia pola namiotowego rozmaka tworząc istne bagno, w którym raz po raz utyka kolejny pojazd. Zaradny właściciel dysponuje jednak ciągnikami własnej produkcji i wyciąga klientów z opałów.

Cóż tu robić w tym upalnym kraju? Gdy pogoda się poprawia i z kolei nie daje nam wytchnienia gorąco, wykonujemy pierwszą w życiu kąpiel w Morzu Czarnym. To przyjemny i ciepły akwen, jednak nie nadaje się specjalnie do amatorskiego nurkowania z zestawem ABC. Dno usłane jest drobnymi kamyczkami, próżno szukać tu roślinności i kolorowych rybek. Już na drugi dzień nogi zaczynają świerzbić z nieróbstwa. Do granicy z Rumunią i obrzydłej nam hipsterskiej miejscowości Vama Veche jest około 10 km. „Przejdźmy to pieszo, wybrzeżem!” – pada fenomenalnie głupi pomysł. Trzeba się było trochę lepiej zastanowić i pomyśleć chwilę, co począć na przejściu granicznym. Może dzięki temu zaoszczędzilibyśmy sobie wymownych spojrzeń uzbrojonej straży patrolującej strefę przygraniczną na plaży. Prawdopodobnie, gdyby nie pomoc napotkanego przypadkowo Rumuna – plażowicza, który w naszym imieniu wytłumaczył, że byśmy nie chcieli nielegalnie przekraczać granicy, nie wiedzieli i w ogóle jesteśmy zagubieni, mogłoby być kiepsko. Za głupie pomysły się płaci – nie dość że nie wchodzimy do Rumunii, to na dodatek koszmarną drogę powrotną pokonujemy po ciemku wzdłuż szosy, strasząc przejezdnych swą obecnością na totalnym odludziu. Ponoć tutaj nadal zdarzają się zasadzki na kierowców w celu rabunku. Na stopa nie było co liczyć, pomimo prób.

W Bułgarii dołączają do nas kolejni uczestnicy – Darek i Ela. Razem przemierzamy dalszą część kraju, aby dostać się do najbardziej urokliwej części wybrzeża, znajdującej się pod Sozopolem. W dwa samochody obniżamy się na południe kraju. Po drodze wpadamy na chwilę do najsłynniejszego miejsca dla Polaków – miasteczka Bałczik. Mam wrażenie, że każdy rodak odwiedzający Bułgarię hołduje zasadzie – „Nie byłeś w pełni w tym kraju, jeżeli nie odwiedziłeś ogrodu botanicznego i zamku w Bałcziku”. Kramy uginają się od wszechobecnego badziewie a każdy straganiarz  potrafi poprawnie porozumieć się po polsku przynajmniej w zakresie dobicia targu. Po szybkim odznaczeniu Bałcziku na liście „must see” uciekamy do miejsca, które swoją kurortową sławę w Europie osiągnęło chyba tylko i wyłącznie z powodu „kurortowej sławy”. Słoneczny Brzegu – witaj. Odnoszę wrażenie, że chyba jesteśmy mało odporni – niecałe 2 godziny w tym miejscu wywołuje u nas istną palpitację serca i zew natychmiastowej ucieczki. Wszystko gra, ryczy, na każdym kroku jesteś agitowany, aby coś kupić, zjeść, wypić lub skorzystać z miejscowej atrakcji. Szalę przeważa modne zdjęcie na tle egzotycznego plakatu z tropików z żywym egzotycznym ptakiem na ręce.

Ostatni punkt przed campingiem tego dnia to nieodległy Nesebyr. Piękne miasto, dawniej położone na wyspie, zostało połączone ze stałym lądem nasypem kamiennym wraz z drogą. Nasza piątka zwiedza ciasne brukowane uliczki i ucztuje przy strawach tutejszej kuchni.

Późną porą docieramy na nasz camping pod Sozopolem. Wieczorem dnia następnego udajemy się do miasta, aby zakosztować tamtejszych luksusów. Co dla nas niezwykle zabawne – najpopularniejszą atrakcją nabijającą kabzę miejscowym są budy z ubraniami w stylu retro. Ale to nie to, o czym myślicie. Cała rzecz polega na tym, że po raz kolejny płacisz za zdjęcie w bogatej scenerii uwiecznionej na plakatach, z tą różnicą, że zamiast tropikalnego ptaka na ramieniu, przebierasz się w przepocony strój, np. królowej Wiktorii lub arystokraty francuskiego. Peruka wraz z przypadkowymi jej mieszkańcami wszelakiego pochodzenia w gratisie.

Tak powoli płynie nasz czas w Bułgarii. Pewnego leniwego popołudnia, popijając w cieniu drzew zimne piwko, Rafał czyta nam zestaw istotnych informacji o tym nadmorskim kraju. Są one na tyle fascynujące, że inspirują mnie do kolumny:

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Baba Wanga, nieżyjąca od  lat pani jasnowidz, to chyba najbardziej znana postać Bułgarii. Trafnie przepowiedziała ona przyszłość tysiącom zwracających się do niej ludzi. Najciekawsze jednak były przepowiednie dotyczące przyszłości naszej cywilizacji. Baba Wanga przepowiedziała dojście do władzy Hitlera, II wojnę światową, upadek Związku Radzieckiego, wybuch w Czarnobylu czy zatonięcie Kurska. Jej przepowiednie biegną daleko do przodu, dlatego z samej ciekawości zachęcam Was- Drodzy Czytelnicy do poznania szalonej wizji wszechświata przedstawionej przez zupełnie niepozorną starszą panią.
  • Bułgaria to kolebka jogurtów. Pod koniec XVIII wieku odkryto tam specjalne bakterie, które po dziś dzień służą do produkcji wszelkich jego odmian. Jako produktem narodowym, Bułgarzy obżerają się nim na każdym kroku. Jest to jeden z powodów, dlaczego mieszkańcy Bułgarii cieszą się długowiecznością.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Zastanów się dwa razy przed zakupem piwa bułgarskiego. Pod względem jakości i smaku może ono służyć jedynie jako środek moczopędny.
  • Uważaj na to, co zamawiasz w restauracji, a najlepiej sprawdź to najpierw w Internecie. Nazwy bywają całkowicie mylące, a kelnerzy najczęściej nie władają innym językiem niż bułgarski. Dlatego też zamawiając danie o wiele mówiącej nazwie Kebab, dostałem garnek z zawartością przypominającą gulasz. Niepomny swojego błędu, to same danie, ale pod inną nazwą, zamówiłem dwa razy.
Kategorie
Blog

Rumunia – nasz pierwszy przystanek

RUMUNIA

                Po wesołej i w miarę zgrabnej przejażdżce z Krakowa, wjeżdżamy do Rumunii. I już widzimy, że to miejsce będzie dla nas magiczne. Drogi dziurawe jak ser szwajcarski i to dodatkowy wygryziony przez wściekle głodne myszy. Prawdopodobnie z tego powodu dalej bardzo popularnym środkiem transportu jest bryczka konna. Rumunia jest piękna w swojej niestety biedzie. Przejeżdżając przez tutejsze wsie ma się wrażenie, że sąsiadujące ze sobą budynki, połączone wspólnymi płotkami, sypną się w całości jak domki z kart lub domino. Trochę jak Polska powojenna. Mimo to mieszkańcy szczególnie się nie przejmują. Częstym pomysłem na remont jest wymalowanie elewacji na wśćiekły kolor – od razu wygląda lepiej. Pewnego wieczora, przechodząc przez centrum biedniejszej dzielnicy Sighisoary, jesteśmy świadkami cudownej fiesty. Ludzie na środku skrzyżowania bawią się i tańczą do głośnej muzyki puszczonej z jednego z domów. Dzieci grają w gałę pustymi butelkami, psy leniwie wylegują się na poboczach. Żyć nie umierać.

                Co warto (lub też niekoniecznie) w Rumunii:

  • Odwiedzić miasto Sighisoara, czyli zderzenie kultury śródziemnomorskiej, średniowiecznej i tureckiej. Posiada ona ciekawą starówkę, zamek wraz z katedrą na wzgórzu oraz standardowe uliczki zachęcające do zgubienia się w ich odmętach.
  • Zajechać do Sapanty i zobaczyć słynny Wesoły Cmentarz. Niebieskie nagrobki z malunkami obrazującymi życie i śmierć pacjenta leżącego pod ziemią pozwalają nam spojrzeć na sprawę nieuchronnego od trochę innej, zabawnej strony.
  • Zgubić się na offroadzie pośród rumuńskich lasów. Udało nam się to już pierwszego dnia. Rafał, żądny ekstremalnych przygód, postanowił część trasy przejechać bezdrożami. Suzuki i kierowca radzą sobie nieźle, ale drogi z szutrowych i w miarę przejezdnych, przez błotne i pełne kolein, przeradzają się w górsko – leśne i zdecydowanie mało przyjazne. Przez ponad 3 godziny chodzimy z Władkiem przed autem, odgarniając przeszkody i szukając możliwości przejazdu. Prędkość przelotowa, na mój gust to zatrważające 5 km/h.
  • Zanocować na dziko nad jeziorem lub rzeką. Co wspaniałe w tym kraju, jest to całkowicie legalne. Wszyscy obywatele chętnie korzystają z tej możliwości i w weekendy aż ciężko znaleźć wolne miejsce.
  • Przejechać się trasą Transfogardzką. Ta ponoć najpiękniejsza trasa świata, w niektórych momentach daje niekiedy wrażenie, że wyprzedzi Cię tył własnego samochodu.
  • Zwiedzić Fogarasze, czyli najwyższe góry Rumunii. Trzy dni trekkingu dają nam możliwość wykonania całkiem zgrabnej pętli obejmującej wejście na najwyższy szczyt – Moldoveanu.
  • Zagadnąć do obydwu domniemanych zamków Vlada Palownika, czyli słynnego Hrabiego Drakuli. I nic to, że jeden z nich to sypiąca się ruinka (ale zdobyć ją należy pokonując 1400 schodów), drugi natomiast został wybudowany sporo lat po śmierci bohatera.

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Góry Fogarasze mają ponad 2 tys. metrów wysokości. Pogoda tu panująca obfituje w anomalia. Podczas naszego pobytu nieliczne prześwity słoneczne przeplatają się z wszelkimi rodzajami mgły, oberwaniem chmur oraz gradem. Szczyt zdobywamy leżąc okazyjnie na płasko na ziemi, nie chcąc mieć bliskiego spotkani z jedną z 4 burz. Dodatkowo warto wspomnieć, że grubo ponad połowę spotkanych turystów stanowią nasi rodacy.
  • Porozrzucane górskie schrony oraz jedyne schronisko Podragu to wszystko, co możemy spotkać na swojej drodze, związanego z cywilizacją. Samo Podragu, wbrew swojej koszmarnej opinii internetowej, to miejsce godne odwiedzenia. Położone w samym sercu gór, w malowniczej dolinie, nir oferuje wysokiego komfortu, jednak zdecydowanie warto tu zanocować. Choćby i tylko z tego powodu, aby uniknąć kolejnej nocy w namiocie, obfitującej w nawałnice deszczu, burze i wiatr jak w samym środku cyklonu. Tak przynajmniej wyglądała nasza poprzednia noc, którą Władek uroczyście ogłosił, jako najgorszą w swoim życiu. Ponadto nasz kompan, pomimo wieloletniego doświadczenia w górach, nie zabiera ciepłej odzieży. Skutkuje to jego skrajnym przemoczeniem. Pomimo tego można domniemywać, że nawet dobry sprzęt mógłby w tych warunkach zawieść.
  • Rumunii to głośny naród. Obozując na dziko, z każdego obozu dobiega głośna muzyka. Króluje disco romania, czyli odpowiednik naszego disco polo.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Zanim pomożesz komuś na drodze, upewnij się, że nie ma on ubezpieczenia assistance. Po stracie ponad godziny w poszukiwaniu pomocy drogowej dla grupy dziewczyn z pękniętą oponą, gdy poruszyliśmy niebo i ziemię aby wszystko załatwić, okazało się, że wolą one wykupioną w Polsce pomoc assistance. No i cóż – całe nasze poświęcenie na nic.
  • Jeżeli pragniesz przeprowadzić się do Rumunii i zapewnić swojej rodzinie godziwy byt, musisz koniecznie wybrać jeden z dwóch najpopularniejszych tu zawodów – taksówkarza lub wulkanizatora. W sumie filozofia jest prosta – gdy kolejna osoba złapie gumę na jednej z miliona dziur (bądź też po prostu nie trafi kołem na nieliczne miejsce, gdzie asfalt w ogóle istnieje), taksówkarz wiezie go do wulkanizatora. Życie jest takie proste i logiczne.
  • Otwórz się na Rumunię i zjedz mamałygę. To danie o wdzięcznej nazwie wykonane jest z pieczonej mąki kukurydzianej, sera bryndza i skwarek. Dla miłośników dań mącznych Rumunia to prawdziwy raj – na stołach królują wszelkiego rodzaju placki oraz oczywiście rozgrzewająca krew palinka, wykonana z dowolnego fermentującego owocu.