Kategorie
Blog

„Znów na wieloryby, wyruszysz jak ja”

Kolejny przystanek na drodze. Puerto Madryn. Miasto od setek lat żyjące dzięki obecności wielorybów. Jednak jakże bardzo zmieniło się podejście do tych legendarnych ssaków. 
Do 19 wieku polowano tu na wszelkie morskie stworzenia- wieloryby, lwy i słonie morskie oraz foki. Ze wszystkiego wytapiano tłuszcz, służący potem jako paliwo. Ze względu na to Puerto Madryn było jednym głównych portów przeładunkowych tamtych czasów. 
Co teraz? Zakaz połowu i ochrona ssaków morskich spowodowały… ogromny rozrost turystyki. Puerto Madryn to brama do mekki turystyki oceanicznej- oddalonego ok. 100 km miasteczka Puerto Piramides. To ścisły park narodowy.

Aby w pełni cieszyć się wszystkimi atrakcjami, warto wykupić całodniową wycieczkę. Impreza dosyć droga, jednak za cenę ok. 120 USD za osobę otrzymacie:
– przejazd wycieczkowym busem tam i z powrotem, 
– pomocne informacje od kierownika wycieczki (mówiącego po hiszpańsku, francusku i angielsku),
– ok.  2 godzinny rejs motorówką, podczas którego „wieloryby jedzą ci z ręki”,
– wycieczkę dookoła całego półwyspu, podczas której odwiedza się kolonię pingwinów, lwów i słoni morskich oraz fok, 
– atrakcje niezapowiedziane w formie nandu, guanako, kapibaro- podobnych, pancerników, wszelkiego ptactwa, jaszczurek, czarnych wdów i skorpionów.

Czy warto, zapytacie? Wycieczka jest wygodna i turystyczna. Nie licząc wielorybów i nieplanowanych atrakcji, znajdujemy się w dość dużym oddaleniu od zwierząt. Wszyscy patrzą nam na ręce, żeby czegoś przypadkiem nie dokarmić i nie pogłaskać. Jednak, pomimo tych dla nas oczywistych wad, nie ma tu innej możliwości zażycia dzikiej przyrody i poznania cudów natury. Dlatego wycieczce do Puerto Piramides mówimy zdecydowanie TAK. 
Nie sposób opisywać tu naszego zadowolenia ze spotkania wszystkich zwierząt, dlatego robić tego nie będziemy. Zdjęcia poniżej, w delikatnym stopniu mogą pokazać to, co dane nam było ujrzeć. Jednak, jeżeli kiedykolwiek rozważaliście poznanie takiej przyrody i macie ku temu środki- nie wahajcie się i przybywajcie tłumnie do Puerto Piramides.

Nasze dwa noclegi wpadły na bardzo przyjemnym kampingu za miastem. To stała tendencja- jeżeli jako nocleg wybierasz kamping, do centrum masz bardzo daleko. Pomimo tego, ok. 4 km spacer wzdłuż wybrzeża można spokojnie zaliczyć do przyjemności. 

Drobne ciekawostki cieszą:

– Pancernik ze zdjęcia to ponoć tamtejsza gwiazda. Pozwala się fotografować z bardzo bliska i pomimo znaku zakazu („Nie karmić pancerników! „) zawsze trafi mu się coś dobrego.     

– Pod koniec tutejszego lata (ok. marca) do Puerto Piramides przybywają orki. Można wtedy podziwiać ich spektakularne polowanie na pozostałe ssaki morskie.

– Wieloryby przypływają do zatoki w lipcu, gdzie rodzą młode. Okres naszego tu pobytu to ostatni dzwonek, aby podziwiać rodziny matki z dziećmi. W okolicach grudnia każdy szanujący się wieloryb migruje w stronę Antarktydy.

– Cel „głaskanie pingwinów” tym razem nie został osiągnięty. Juan, nasz przewodnik, pozostał nieugięty i śledził każdy nasz ruch. Pingwin (pomimo że w odległości na wyciągnięcie ręki) leżący bezpośrednio pod znakiem „Nie głaskać pingwinów!” stanowi dość kontrowersyjny cel.

Zadowoleni z kolejnych owocnych przeżyć mkniemy okazjonalnie tanim i luksusowym autobusem ku kolejnej przygodzie. Porzucamy wschodnie wybrzeże i ruszamy ku zachodniemu. Lodowce czekają na nas już od wieków, najwyższy czas odpowiedzieć na ich wołanie.

Aby tradycji stało się zadość, na koniec kolejna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała, które z całą pewnością pozwolą Wam odnaleźć się w trudnych sytuacjach:

– W każdego typu lokalu zamawiaj butelkowe piwo o pojemności 1 litra. Będziesz miał podwójną przyjemność: z dzielenia piwa z towarzyszem oraz z ciężaru peso pozostałych w twojej kieszeni. 

– Na wszelkie zaczepki typów spod ciemnej gwiazdy (prawdopodobnie chcących od ciebie pieniędzy) odpowiadaj „no espanol, only english”. Sprawdza się praktycznie zawsze, ponieważ niewiele osób mówi tu po angielsku. Jedyny raz zasada nie sprawdziła się w Buenos Aires, gdy lokalny menel zaskoczył nas poprawną angielszczyzną na wysokim poziomie.

– Argentyna, którą widzimy, nie zna pojęcia konkurencji. Po odwiedzeniu większości biur, oferujących wycieczki wielorybnicze, stwierdzamy że ceny nie różnią się ani o 1 peso. W momencie zmiany lub końca sezonu można próbować prosić o rabat. W przypadku autobusu zyskaliśmy 150 zł zniżki, a wycieczki 200 zł. 
– Argentyna składa się w dużej mierze z imigrantów pochodzenia hiszpańskiego i włoskiego. Mężczyźni w szczególności, jak nakazuje kultura latynoska, niezwykle dbają o swój wygląd. Prawdopodobnie przez używanie dezodorantów oraz lakierów do włosów stworzyli dziurę ozonowa :). Słońce, nawet przy średniej temperaturze piecze tu na skwarki, a życie staje się pasmem cierpienia (szczególnie przy 20 kg plecaku na spalonych ramionach). Europejczycy- smarujcie się tu kremem bez opamiętania! W moim przypadku piekło, piecze i będzie piekło. Flaga polski na udach delikatnie traci na kontraście.

– Nie bójcie się zamawiać owoców morza. Są tu na prawdę świeże. W Puerto Piramides jedliśmy najlepsze w życiu krewetki. Dla odważnych można wybrać mieszankę owoców morza, wyglądającą na talerzu jak obcy z kosmosu. Skład to niespodzianka zależna od lokalizacji. Brawa dla Argentyńczyków za termos na butelkowane piwo wykonany ze styropianu.

Kategorie
Blog

Ratamatata, czy to Koniec Świata? Nie – to Mar del Plata.

Pan Stanisław i Pani Eduarda to małżeństwo polonijne mieszkające tu od ponad 50 lat. Zgotowali nam wręcz królewskie przyjęcie, pokazując swoje okolice przez 3 dni. 

Obydwoje są patriotami: tworzą zgromadzenia Polonii Argentyńskiej, interesują się historią i aktualnościami naszego kraju. Obydwoje wyjechali z kraju jako dzieci.                            
Mar del Plata żyje głównie z turystyki i rybołówstwa. Poza sezonem większość nadmorskich apartamentów stoi pusta. Prócz kosztownych siedzib na czas wakacyjny, dla lepszego sampoczucia  (bądź też z innych bliżej mi niezrozumiałych  powodów) w dobrym tonie jest wynająć jedna z tysięcy budek na plaży (zdjęcie poniżej). 

W pierwszym dniu pobytu pojechaliśmy do portu oraz na nabrzeże. Wspaniała okazja, aby oglądać kolonię lwów morskich. Zwierzaki wylegiwały się na lądzie, pozwalając się oglądać z pewnej odległości. To naprawdę duży kawałek ssaka. Pomimo moich chęci do głaskania wszelkich zwierzaków- temu wolałabym się nie narażać. 
Gdy tu będziecie, nie możecie ominąć najważniejszego w mieście punktu kulinarnego. W bliskiej okolicy portu każda większa firma rybacka ma swoją restaurację. Podawane w niej specjały pływały sobie jeszcze w najlepsze w oceanie tego samego dnia. Zdecydowanie jedliśmy tu najlepsze owoce morza w swoim życiu. Pomimo, iż wołowina argentyńska jest chyba najlepszym mięsem na świecie, to przy popołudniowych frutti di mare popijanych białym winem z lodem, w wyśmienitym towarzystwie naszych gospodarzy… wołowina wypada odrobinę słabiej.
Pan Stanisław wraz z żoną od 38 lat są właścicielami kampingu oddalonej o około 100 km od Mar del Platy. Znajduje się on w jednej z kilku ekskluzywnych kurortów nadmorskich, gdzie urlop spędza duża część  Argentyny. Nasi gospodarze na czas sezonu wakacyjnego (od grudnia do marca) uciekają z Mar del Platy, aby prowadzić swój kamping. Jest to dla nas zrozumiałe- w tym czasie w Mar del Plata z 750 tys mieszkańców robi się nagle 4 miliony. 
Argentyna, jak się powoli przekonujemy to dość niebezpieczny kraj. Mieszkańcy mają swoje sposoby, aby unikać zagrożeń. Wszyscy właściciele domów jednorodzinnych po godzinie 20 opuszczają rolety antywłamaniowe, włączają alarmy i monitoring. W domu robi się ciemno i czujesz się jak w schronie przeciwatomowym. Telewizja to również koncert skrajności. Wiadomości są przytłaczające i przerażające. Na zmianę morderstwa, strajki i korupcja w polityce. Jak już się człowiek nasłucha tych wieści, jako rozrywkę oferują zawiłe telenowele z „doskonałą” grą aktorską. I jeszcze na poprawę humoru (seriale są również dosyć dołujące) niezwykle modny show, czyli taniec w kieliszkach wody. Główny performer, Flavio to pomieszanie mężczyzny z „Drag Queen” rodem z Las Vegas. Na zewnątrz zło i występek, ale ludzie ze swoich bunkrów kibicują Flavio… Show must go on.

Pierwsza kąpel w Oceanie Atlantyckim. Woda raczej zimna (18st.), diabelnie słona, z ogromnymi falami. Zawsze pamiętajcie o zabezpieczeniu swoich rzeczy na czas kąpieli. Kradzieże są tu na porządku dziennym.          

Z cyklu Drobne Ciekawości Cieszą :
– Dwie najpopularniejsze marki yerba mate Amanda i Rosamote to firmy założone przez przybyłych tu ok. 19 wieku Polaka i Ukraińca     
– Również związane z przybyszami- skąd tu tyle owczarków niemieckich, hmm?            
– W drodze na kemping Pana Stanisława widzimy ogromne połacie terenów przeznaczonych pod hodowle krów, koni oraz nandu (rodzaj strusi). Ciekawostka, która cieszy (przynajmniej mnie)  to fakt, że ptaki te zawsze pozostawiają jedno jajo poza gniazdem. Gdy pozostałe młode się wyklują, wspomniane jajo zostaje rozbite, a muchy i inne robactwo, które przychodzi do suto zastawionego zgnilizną koryta, staje się tym samym żywą karmą dla młodych nandu.
– Ostatnia Dobra Rada Wujka Rafała dotycząca dawania napiwków nabiera dużego znaczenia, im bardziej zagłębiamy się w ten ciekawy kraj. Przekonaliśmy się o tym po raz kolejny, jeszcze w Buenos na dworcu autobusowym. Do autobusu podchodzi facet spoza obsługi, zabiera twój bagaż i wrzuca do luku. Po czym odwraca się do Ciebie i czeka. Czeka dłużej, a po braku reakcji krzyczy „Pagar! Pagar!” (Płacić! Płacić!). „Porque?” (Dlaczego?). Niedoszlifowany hiszpański nie pozwala zrozumieć odpowiedzi. Robi się delikatny młyn i dwójką młodych za nami tłumaczy w prostych słowach, że trzeba dać napiwek… bo trzeba. To samo w przypadku nieoficjalnego parkingowego, który pomaga w lokalizacji miejsca, zatrzymuje dla Ciebie ruch i chroni przed mandatem za parkowanie. Takich profesji jest pewnie znacznie więcej, jednak jak na razie poznaliśmy tylko te. 

Po porządnym odpoczynku, jaki zafundowali nam nasi polonijni gospodarze przyszło nam porzucić komfort. Udajemy się w 15 godzinną podróż do Puerto Madryn. Od tej pory pozostajemy juz bez opieki hostów i innych pomocnych nam ludzi. Mam nadzieję, że nabraliśmy już na tyle śmiałości i choć trochę poznaliśmy tutejsze zwyczaje, żeby poradzić sobie w dalszej drodze. Do dzieła! 

Na koniec, tradycyjna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:       
 – Zawsze wciągaj brzuch do zdjęć na plaży.           
– Kiedy jesteś na plaży w słoneczny i gorący dzień, chociaż raz, raz jeden jedyny spróbuj zabrać ze sobą i użyć kremu do opalania. Styl opalenizny „na raka” albo „flaga Polska” nadal pozostanie pase w tym sezonie
Kategorie
Blog

Kiedy zimna Babia daje mnóstwo ciepła

NATCHNIENIE
Nie zawsze dostajemy od życia, to czego byśmy chcieli…
Pamiętam, że to był długi, sobotni,  samotny wieczór przed komputerem (właśnie dlatego, że nie dostałam tego czegoś od życia) 
Wszyscy znajomi gdzieś,  każdy z kimś, a ja sama,  nagle zobaczyłam wpis o wyprawie na Babią Górę z Fundacjią 4Kontynenty…  CHCĘ!
 
Nie wiele myśląc, nie wiele wiedząc na temat grupy (w zasadzie nic nie wiedząc) szybki klik, że biorę udział i… POSZŁO! 
Dopiero następnego dnia zaczął się odzywać zdrowy rozsądek:  „dziewczyno, przecież ty nie chodzisz po górach w zimie,  tylko latem, jak to będzie, nie dasz rady, odwołaj…”
Ale wszelkie moje wątpliwości rozwiał pewien gość, który pisał co zabrać, jak się ubrać, jak przygotować, zapewniał,  że mogę mu zaufać co do tego wyjazdu, a że był to sam prezes 4K,  no toż mu zaufałam…
Kolejnym moim problemem była kwestia dojazdu na miejsce spotkania w Krowiarkach…
I tu miła niespodzianka,  bo okazało się,  że wszystko sprawnie działa, ludzie potrafią się dogadać kto kogo zabiera, więc i ja miałam zapewnione miejsce.
 
Wreszcie nadszedł TEN dzień, lekki nerw, szalona ekscytacja, nowe mordki…
Jadę z dwiema Aśkami, strasznie fajne dziewczyny… Po drodze każda z nas dostaje wiadomości,  każda od tej samej osoby… Pomyślałam, że ten prezes to taki ciut nadopiekuńczy 😉 No, ale pewnie starszy, poważny, przynudnawy Pan. I zapewnie będzie smęcić po drodze, ale wytrzymam 😉 W końcu dość tolerancyjna ze mnie bestia 😉 
DOCIERAMY NA MIEJSCE 
Ok 30 osób, a więc spora grupka ludzi czeka w zasadzie już tylko na nas,  więc szybko podchodzimy, witamy się, poznajemy… Hmmm… SZOK! Prezes nie jest starszym Panem, ale młodym, bo w moim wieku, sympatycznym blondynem, z uśmiechem na facjacie… Pozytywnie 😉
 
NO TO RUSZAMY W GÓRĘ… 
Pomimo tego, iż na dole zero śniegu, nasza trasa robi się coraz bielsza… Co jakiś czas zatrzymujemy się podziwiać ośnieżone formacje drzewne,  ja – jak to ja- zdążyłam po drodze wszystkich poznać, z każdym trochę porozmawiać… 
Dopóki osłania nas las, jest całkiem ciepło, ale w momencie wyjścia na otwartą przestrzeń robi się bardzo zimno, wiatr smaga po pyszczkach i nadciągnęła spora mgła, więc grupa musi być w miarę blisko siebie… Wreszcie docieramy na szczyt.
DIABLAK ZDOBYTY! 
Jest pięknie, tymbardziej,  że zrobiło nam się okienko pogodowe, więc kilka fotek i z uśmiechem idziemy do schroniska na obiad… A, że droga prowadzi w dół, a warunki sprzyjają, szybko oceniając poziom bezpieczeństwa, klapnęłam na tyłek i ziuuuu zjeżdżam… Innym również pomysł się spodobał,  wiec mamy mega śmieszną zabawę do samego schroniska… Obiad, uzupełnienie płynów, odpoczynek…
 RUSZAMY W DROGĘ POWROTNĄ 
Co pewien czas zatrzymujemy się robiąc śmieszne zdjęcia,  orzełki na śniegu,  kreśląc różne napisy,  rysunki…
 I właśnie wtedy, taka skupiona nad tym śniegiem, kończąc swój śnieżny rysunek, nagle czuję,  że moja twarz znalazła się w tym mokrym, zimnym śniegu!
 NOSZ KURDE!
Co jest grane? Mój szok i niedowierzanie miały wielkie oczy. Ciekawe kto ma taaaakie pomysły?! Niezdarnie,  bo jednak jeszcze w lekkiej konsternacji, wygrzebuję się z zaspy, przecieram twarz, rozmazując tusz (pewnie wyglądam jak Panda.Odwracam się i widzę uchachaną, zadziorną twarz prezesa… No tak, teraz już wiem, że Mariusz zdecydowanie nie jest starszym, poważnym, przynudnawym Panem… I pewnie dłuuugo nie będzie… Co to to nie. 
Resztę drogi do samego parkingu idziemy śpiewając góralskie i żeglarskie piosenki, śmiejąc się i rozmawiając… 
Przez kolejne dwa dni miałam zakwasy na policzkach od tego naszego uśmiechu. Aż żal, że tak szybko wszystko się skończyło… 
CHOCIAŻ NIE! 
Jednak nie wszystko… Wycieczka okazała się być początkiem czegoś wyjątkowego w moim życiu…
Wyjazd dał nowych pozytywnie zakręconych znajomych, dał mi wiarę w ludzi, w dobre serducha, dał przyjaźń jednej z Asiek, dał mi miłość do wypraw w góry zimą. 
Teraz wiem, że trzeba szukać sposobu a nie przyczyny…
Że warto spróbować czegoś, czego nawet nie jesteśmy pewni… 
Do zobaczyska na szlaku 🙂
 
Ewa
Kategorie
Blog

Buenos dias, Buenos Aires!

Ostatnia moja relacja zakończyła się na nieudanej próbie porozumienia z                 obsługą lotniska w Sao Paulo. Nie do końca rozumiejąc, zdecydowaliśmy się przesiedziec całe 8 godzin na miejscu. Prawdopodobnie aby wyjść poza terminal należało w specjalny sposób przedstawić się policji na zewnątrz i chyba coś zapłacić. Niechęć do Brazylii za brak możliwości wyjścia oraz niezwykle wysokie ceny towarzyszyła nam przez cały okres oczekiwania. W końcu wsiedliśmy do samolotu i po trwających wieczność 2 godzinach (podczas których nie opuszczała nas  świadomość rychłej śmierci spowodowanej stanem technicznym maszyny) dotarliśmy. 
Buenos Aires to miasto, w którym gubią się nawet lokalsi. Nasz tutejszy host, Edd powiedział nam to od razu po pierwszym spotkaniu. Odbiegając od latynoskiego poczucia czasu, Edd zjawił się na ustalonym miejscu 10 minut za wcześnie. W związku z tym zdecydował że pójdzie zjeść lunch i… spotkaliśmy go wreszcie 1,5 h po ustalonym czasie, wykorzystując wszelkie nasze pomoce elektroniczne aby dotrzeć do nowego miejsca. Edd to wiecznie uśmiechnięty Wenezuelczyk, który w Buenos robi doktorat z farmacji. Obdarzył nas całkowitym zaufaniem zostawiając nam klucze do mieszkania, gdzie mogliśmy znaleźć kawałek swojego kąta.
Rzeczywistość Buenos Aires jest zupełnie inna od wszystkiego, co do tej pory znaliśmy. Ponad 12 milionów mieszkańców. Setki autobusów o wyglądzie przypominającym american dream lat 60 gnają na złamanie karku we wszystkie strony. Kierowcy ścigają się ze sobą, a stojąc na światłach lub w korkach otwierają drzwi, wychodzą z szoferki i plotkują ze sobą w najlepsze. Od razu rozwiewamy wszelkie wątpliwości dotyczące pieniędzy. W Buenos istnieje wiele bankomatów, które są czynne i można z nich korzystać. Jest to mało opłacalne dla nas, Europejczyków, jednak możliwe. Można również wymienić dolary na peso po dobrym kursie, i to nie na niepewnym czarnym rynku, gdzie zło czai się na każdym kroku, ale po prostu w biurze sprzedającym bilety autobusowe międzynarodowe lub na lotnisku. Tak więc pomimo, iż jest tu sporo rzeczy mających wydźwięk komunistyczny (jak punkty telefoniczne do zamawiania rozmów zamiejscowych oraz telewizja na pieniądze na dworcach) to przy odrobinie hiszpańskiego i szczęścia da się tu przeżyć bez uszczerbku na zdrowiu. 
Dużo czasu spędziliśmy zwiedzając oazę przyrodniczą w Puerto Madera. To mocno wysunięty półwysep z parkiem krajobrazowym. Niestety  ani papugi, ani wszędobylskie świnki morskie, ani wielkie jaszczurki nie dały się pogłaskać, mimo moich starań i prób. 


Drobne ciekawostki cieszą:

  • Jeżeli przybędziecie do Buenos, musicie spróbować prostego dania serwowanego w wielu barach i podobnych wyszynkach kiepskiej renomy- kanapki z wołowiną (sandwich con vacio). Co w niej takiego siedzi, zapytacie? Odpowiem prosto – prawie połowa krowy. Argentyna sprawia wrażenie, jakby chleb był na wagę złota (dlatego dają jego skromne racje), w przeciwieństwie do mięsa, którego ilości w jednej porcji zaspokoją zapotrzebowanie dla niewielkiej rodziny i to z psem.
  • Całuśny Rafał. Po całowaniu girońskiego lwa w tyłek, przyszedł czas na całowanie mężczyzn. Niech nikt się nie dziwi, w kulturze latynoskiej całowanie na powitanie mężczyzn w policzek (nawet tych nowo poznanych) leży na porządku dziennym. Tak się zdarzyło, że podczas naszego pobytu Edd przedstawił nas całkiem licznej grupie kolegów.
  • Buenos Aires to miasto kierujące się własnym poczuciem smaku i gustu. To jednocześnie mekka dla kundli i wszelkich bezrasowych psów. Podczas naszych wielogodzinnych przechadzek nie uświadczyłam żadnych psów rasowych.
  • Yerba mate na każdym kroku. Do kupienia zarówno na straganach dla turystów, w marketach, sklepach z drobnym agd. Ciekawie wygląda paczka tej dla nas egzotycznej  herbaty, jako jeden z produktów wykonywanych jako „pewniak” Carrefoura oferowany w promocyjnej cenie ok. 4 zł.

Drugi z wieczorów przyszło nam spędzić w wesołym towarzystwie Wenezuelczyka i Francuza. Podczas popijania wina wymienialiśmy się opowieściami o swoich państwach. Dowiedzieliśmy się, że Wenezuela jest aktualnie najniebezpieczniejszym państwem na świecie. Na porządku dziennym jest znikanie ludzi bez śladu i zabójstwa spowodowane skrajnym ubóstwem. Dodatkowo panuje tam ustrój w rodzaju post-komuny gdzie dobra i żywność nadal są racjonowane. Nasz gospodarz obiecał nam, że na drugi dzień zabierze nas do dzielnicy robotniczej La Boca, twierdząc iż lepiej będzie jeśli będziemy mieć lokalsa za przewodnika, bo z bezpieczeństwem tam bywa różnie, o czym mogliśmy się później przekonać.


Jak Edd obiecał, tak zrobił. W nasz ostatni dzień zabrał nas do La Boca. To miejsce, gdzie  dawniej mieszkała biedota, miejsce straganów ulicznych i tanga pod gołym niebem. Bajecznie kolorowa. Dlaczego? Ponieważ gdy zbudowano ją w większości z blachy falistej, była tak brzydka, że mieszkańcy nie mogli na nią patrzeć i użyli wszystkich dostępnych kolorów, żeby nie była taka posępna. W La Boca jest tylko niewielka część turystyczna. Pozostała część to slumsy, gdzie lepiej się nie zapuszczać. Z Eddem wyszliśmy z oazy turystyki dosłownie ulice dalej. Przy sklepie pierwsza banda „ese” pijących piwo, i złowrogo na nas spoglądających. Druga banda na przeciwko, leniwie rozłożona na chodniku. Pytanie do Edda: „dlaczego idziemy środkiem ulicy, czy nie szukamy tym zaczepki?”. I jego odpowiedź, z lekkim czarnym humorem: „W La Boca chodzisz środkiem drogi, bo jest trudniej wciągnąć cię w ciemny zaułek albo też przycisnąć do którejkolwiek ściany budynku.” W sumie rozsądne…

W ten dzień mieliśmy również okazję zobaczyć demonstrację na Plaza del Mayo, czyli sercu miasta. Tym razem feministki, że swoim „La marche de las putas”. Jak słyszeliśmy z kilku źródeł, Argentyńczycy uwielbiają protestować. Gdy tu będziecie, zajrzyjcie na Plaza del Mayo- coś ciekawego, o co trzeba walczyć, na pewno da Wam o sobie znać w formie krzykliwego protestu, piosenek, bębniarzy, nagości i wymalowanych transparentów i ciał. Poza tym Argentyna boryka się z podobnymi problemami, co Polska. Hasła nawołują: „obalić rząd”, „stop przemocy wobec kobiet”, „większe płace”, „uwolnić Janinę” (że co? „Libertad a Yanina!” patrz zdjęcie poniżej”).
Po ciekawych i wyczerpujących przeżyciach zostawiamy żywotne miasto tanga i kanapek z wołowiną. Wsiadamy w autobus i wyruszamy w dalszą podróż w nieznane, aby na końcu dotrzeć do osławionego Końca Świata.

Tradycyjnie, na końcu, ale nie mniej ważne: 


Dobre rady Wujka Rafała:
1. Nie zniechęcajcie się wyglądem lokalu, w którym chcecie zjeść. I porzućcie wszelkie nauki odebrane z domu dotyczące lokalizacji i higieny tych miejsc. Najlepszą jadłodajnię znaleźliśmy przy dworcu. Wyglądała jak wyszynk z czasów komuny. Brud, smród i ubóstwo, drzwi toalety najlepiej otwierać z buta, ale liczba lokalsów sugeruje, że należy tu zostać. Piwo podawane w czarnym kuflu wykonanym z zabawnego materiału 

ABS (dla niewtajemniczonych, to materiał, z którego w Polsce robi się pokrywy akwariowe oraz skrzynki narzędziowe) „prawdopodobnie” nie nadającym się do kontaktu z żywnością. 
Reasumując:
– piwo pyszne
– jedzenie niebiańskie
– brak rewelacji żołądkowych (szczepienia i probiotyki dają radę)

2. Dawaj napiwki. Mina kelnera po ich nieotrzymaniu śni się po nocach. A do lokalu boisz się wrócić, w obawie przed zemstą kelnera. Za zwyczajowe 10% kupujesz czyste sumienie. 

Kategorie
Blog

Girona – nasz pierwszy przystanek

Girona  – miasto otoczone kamiennymi murami miejskimi, z dostojną katedrą w samym sercu. Urocze zakamarki, place oraz tradycyjne wąziutkie ulice, w których nie zmieści się dwójką ludzi pokaźnych rozmiarów. Palmy, wszędobylski (kwitnący obecnie) rozmaryn oraz kaktusy o kształcie gigantycznych pająków. To właśnie tu przyszło nam zacząć. 

Strzałem w dziesiątkę okazało się skorzystanie z couchsurfingu (dla niewtajemniczonych, to portal zbierający ludzi, którzy chcą gościć podróżników w swoim domu). Po raz pierwszy korzystaliśmy z jego możliwości. Nasz host (gospodarz) – Robert to rezolutny katalończyk dobrze mówiący po angielsku. Odebrał nas z przystanku, zaprowadzil do domu i zaproponował nocny spacer po mieście. 

Jeżeli będziecie zastanawiać się nad wyborem couchsurfingu – nie wahajcie się. Robert zafundował nam fantastyczny kawałek wiedzy historycznej, współczesnej, topologicznej i gastronomicznej dotyczącej Girony i całego regionu. 

Drobne ciekawostki cieszą:

  • Katalończycy na śniadanie zamiast masła wsmarowywują w pieczywo połowę pomidora specjalnego gatunku (dającego się przechowywać w odpowiednich warunkach nawet pół roku),a następnie dodają kilka kropel oliwy. Pomysł kupiony- od tej pory masłu i masło podobnym mówimy NIE. 
  • Pewnego dnia do naszej uroczej Girony przybył cały plan filmowy Gry o Tron. Ciekawostka dla fanów (od nas  – również fanów ). Połowa starówki została zamknięta, aby naga Cersei  Lannister z ogólną głową mogła kroczyć jej ulicami w „pochodzie wstydu” dla odkupienia swych win. Schody katedry w Gironie zastąpiły nam schody przed wielkim septem w Kings Landing. Powstał pomysł, aby Rafał odegrał rolę Cersei w celu wykonania niezapomnianej sesji zdjęciowej, jednak ze względu na warunki pogodowe mogłoby to być mało widowiskowe. 
  • Jeżeli przyjedziecie do Girony, musicie dać się ponieść tutejszemu zwyczwyczajowi . Na jednym z placów znajduje się niewielka figurka lwa, która trzyma się kamiennej kolumny. Robert wytłumaczył nam, że nie można tu być i nie podtrzymać odwiecznej tradycji. .. całowania lwa w tyłek. Aby każdemu umożliwić spełnienie powinności  (lew trzyma się kijka na wysokości 3m), zbudowane zostały specjalne schody stalowe,dzięki czemu nawet dzieci mogą dosięgnąć zadniej części figury.  Na zdjęciach widać lekkie wahanie i niedowierzanie w oczach Rafała, jednak aby nie obrazić gospodarza tradycji musiało stać się zadość .

Podsumowując, udało nam się fantastycznie rozpocząć tripa. Przekonałam się, że 3 semestry nauki hiszpańskiego wystarczają, żeby kupić 200 gr szynki serano, bułę i 3 piwa. Rafał twierdzi, że każdy dałby radę, wykonując zamaszyste gesty w kierunku pożądanych produktów, posiłkując się przy tym wykrzykiwaniem samogłosek (e,a), jednak fakt pozostaje faktem- Hiszpania trochę mnie rozumie. Rzecz miała się „delikatnie” inaczej w przypadku próby wyjścia z lotniska w Sao Paulo (na którym aktualnie przebywamy w oczekiwaniu na lot do Buenos). Brazylia rozumie mnie trochę mniej, ale to już zupełnie inna historia. 
Na koniec dobre rady Wujka Rafała:
– Mając lot trwający 11,5 h (jak my) ŚPIJ – możesz korzystać z dobrodziejstw poduszek i kocy oferowanych przez przewoźnika. Nie oglądaj 4 filmów, jakbyś nigdy nie widział telewizora. Bo później będziesz odsypiał (widok poglądowy na ostatnim zdjęciu).

Kategorie
Trekking

Trekking po Ameryce Południowej – listopad 2016 r.

Nazywam się Aśka Romek i będę Waszym nawigatorem po projekcie trekkingowym po Argentynie. Odkąd sięgam pamięcią podróże i zwiedzanie wszystkiego, co nieznane leżało w mojej naturze. Dużą część wolnego czasu poświęcam na żeglowanie i oglądanie miejsc, gdzie mnie jeszcze nie było. Wraz z moim mężem, Rafałem, staramy się uprawiać aktywną turystykę, stronimy od wszelkich „last minutów”, wygórowanych hoteli, wszelkiego lansu i przepychu. Przy dużym zaangażowaniu planujemy nasze wypady tak, by poznać nowe miejsca od strony kultury, kuchni oraz szczególnie przyrody. Lubimy alternatywne trasy off- roadowe, tułaczkę po bezdrożach i survival w dziczy. Interesuje nas każda możliwość przemieszczania się pomiędzy dwoma miejscami – żeglarstwo morskie i lądowe, trekking, wycieczki motocyklowe i rowerowe a nawet jazda wierzchem.
Stąd właśnie wziął się pomysł na wyprawę – pierwsze i na pewno nie ostatnie w życiu tego typu przedsięwzięcie. Dzięki fantastycznemu projektowi 4 KONTYNENTY, który otworzył nam wszystkim oczy i przekonał, że CHCIEĆ TO MÓC oraz własnemu zamiłowaniu do przygody powstał wstępny plan podróży. Naszym nadrzędnym celem jest dotrzeć ze stolicy Argentyny – Buenos Aires do tytułowego i owianego legendą Końca Świata (Fin Del Mundo), czyli Ushuai – najdalej wysuniętego miasta Ziemi Ognistej. Do pokonania czekających nas setek mil chcemy wykorzystać jak najwięcej różnych opcji transportu – samolot, pociąg, autobus, samochód, motocykl, jacht, prom, oczywiście własne nogi oraz zwierzęta przewidziane do jazdy wierzchem – konie i osły. Chcemy poznać tamtejszą kulturę, ludzi, kuchnię oraz zwiedzić parki narodowe wraz z ich fascynującą florą i fauną. Nie zastanawiaj się więc – niczym pionierzy i dawni odkrywcy dotrzyj tam z nami – na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Jesteś już zdecydowany? – świetnie – poniżej przedstawiam wstępny zarys wyprawy eksploracyjnej po nieznanym kontynencie. Masz jeszcze wątpliwości? – daj się przekonać czytając, jakie możliwości przed Tobą i co też może Cię czekać.
Naszą wielką przygodę zaczniemy w październiku w Buenos Aires (1)- stolicy tanga i wołowiny argentyńskiej. Po zwiedzaniu miasta i okolic oraz przejażdżkach konnych po ranczach czeka nas przeprawa do Mendozy (3), położonej w północno – zachodniej części kraju, będącej jednocześnie jedną ze światowych stolic wina. To ponad 1000 km drogi lądowej do popisu. Północna część Argentyny posiada kilka połączeń kolejowych, możemy wybrać ją jako sposób transportu. Po drodze, ciekawym przystankiem stanie się sanktuarium Difunty Correi (2), świeckiej „świętej” męczennicy, przy której kapliczce zostawimy drobne dary na wszelką pomyślność. Kolejny przystanek to osławiony „Dach Ameryk”, jeden z siedmiu najwyższych szczytów naszego globu, Aconcagua (4). Nie jesteśmy alpinistami, poza tym wejście na szczyt zajęłoby nam zbyt wiele czasu – planujemy dotrzeć do stacji campingowej, skąd można podziwiać wspaniałe widoki. Jednym z pomysłów do opracowania jest przejście przez granicę z Chile i zawitanie do Santiago (5), miasta osławionego w wielu pieśniach żeglarskich, a stamtąd przebyć choć kawałek jednej z najpiękniejszych tras motocyklowych po Chile. Punktem, którego nie można pominąć jest trekking i jazda na osłach w pobliże charakterystycznie podwójnego szczytu Fiz Roy (6). Jak w przypadku Aconcagua – przyznajemy się bez bicia, że nie mamy umiejętności, aby uderzyć na szczyt, zadowolimy się więc buszowaniem po okolicach. Nie ma Argentyny bez Perito Moreno (7) – najsłynniejszego lodowca, którego powierzchnię można eksplorować podczas trekkingu z wynajętym przewodnikiem. Tereny środkowej Patagonii obfitują w parki krajobrazowe, planujemy większy wypad po wybranych z nich, zgodnie z ustalonymi pętlami pieszymi. To doskonała możliwość, aby spełnić się jako traper – z plecakiem i całym ekwipunkiem, przemierzając dzikie ostępy, będziemy walczyć ze swoimi słabościami. Tutaj dotrzemy do celu naszej podróży- Końca Świata (8), miejsca którego widokiem cieszyć oko mogło niewielu. Zobaczymy tu kolonie Pingwinów Magellana, fok, słoni i lwów morskich. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zaokrętujemy się na jacht S/Y 4 KONTYNENTY i popłyniemy do stolicy Falklandów – Stanley (9). Ostatnim zaplanowanym przeze mnie punktem jest półwysep Puerto Piramides (10). Położony w środkowej Argentynie, na wschodnim wybrzeżu jest punktem wypadowym dla morskich wycieczek na tereny wielorybów. Te ogromne ssaki przebywają tam od sierpnia do grudnia, będziemy mieć więc niebywałe szczęście i możliwość podziwiania ich w ich naturalnym środowisku.
Na taką eskapadę należy się odpowiednio zabezpieczyć, trzeba załatwić wszelkie formalności (paszporty, szczepienia, ubezpieczenia, bilety lotnicze) oraz dobrze zaplanować trasę. Jedziemy na drugi koniec świata – każdy dzień zwłoki na miejscu, spowodowany niedokładnym przygotowaniem jest dla nas niepowetowaną stratą. Należy jednocześnie zaopatrzyć się w rozsądny sprzęt outdoorowy – mamy w założeniu dużo biwakowania, więc dobry i lekki namiot stanie się niezastąpiony. Cała podróż wymagać będzie 4 do 6 tygodni, jest to więc również ważna kwestia pod względem planowania urlopu. Poza tym – co tu dużo mówić – pomoc w organizacji będzie dla mnie nieoceniona, szczególnie iż na co dzień jestem osobą zapracowaną i nie zawsze mam czas na organizację wszystkich swoich zamierzeń.
To tylko kilka zdań, które mogą przekonać Cię o słuszności stwierdzenia, że CHCIEĆ TO MÓC. Serdecznie zapraszam do uczestnictwa w tym niecodziennym wydarzeniu, jakim jest podróż do Fin del Mundo. W kupie siła, razem stwórzmy coś wspaniałego i dajmy się ponieść naszym marzeniom. Już dziś rusz z nami na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Zapraszam do udziału

Joanna Romek

joanna@4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Arktyka 2017 – w przededniu zapisów

„Potrzebni mężczyźni na niebezpieczną podróż. Niskie płace, praca w skrajnym zimnie, przez wiele godzin w całkowitej ciemności. Bezpieczny powrót wątpliwy. Honor i uznanie w przypadku sukcesu”.

Tej treści ogłoszenie Ernest Shackleton umieścił w „The Times” ponad sto lat temu rozpoczynając nabór członków swojej ekspedycji na dalekie południe. My – w jakimś sensie kontynuując jego dzieło – wybieramy się jednak na daleką północ – do mroźnej Arktyki. Przed nami wiele wyzwań organizacyjnych i żeglarskich, ale kluczem do sukcesu są wartościowi członkowie wyprawy, każda z osób tworzących załogi poszczególnych etapów oraz osoby, które wykonają ogrom pracy na lądzie.

Kogo poszukujemy? Tym razem i mężczyźni i kobiety. Na zarobek nie ma co liczyć. Pracy i trudu dużo, i w dzień i w noc. Bezpieczny powrót wszystkich podstawą – wzorem Shackleton’a – który pomimo ekstremalnie ciężkich warunków i licznych niebezpiecznych przygód nie stracił nikogo.  Poszukujemy młodych duchem i odważnych ludzi, którzy zechcą porzucić swoją codzienność i wyruszyć z nami na pokładach jachtów.

Co w zamian? Honor i uznanie w przypadku sukcesu naszej wyprawy, wielka żeglarska przygoda oraz satysfakcja. Cudowne miejsca po drodze, pokonanie słabości i sprawdzenie siebie. To chyba dużo …   

Kategorie
Blog

Startujemy z blogiem

Celem blogu jest propagowanie naszych działań, pomysłów, marzeń. Zamierzamy w nim opisywać również to co myślimy, robimy i planujemy – a także poruszać tematy związane z żeglarstwem, górami, podróżami … 

Zapraszamy wszystkie osoby do włączenia się w komentowanie pojawiających się wpisów, chcemy, aby nasz blog żył. Osoby związane z naszą fundacją, mające ochotę współtworzyć blog, pisać własne teksty – proszone są o kontakt na adres: fundacja@4kontynenty.pl

Kategorie
Trekking

Weekendowy wypad na Małą Fatrę

Piątkowa gonitwa w robocie, by jak najszybciej skończyć i wreszcie śmignąć w górki. Prawo Murphy’ego ( „jak coś się może zepsuć, to popsuje się na pewno” ) jest jednak niezawodne, toteż ostatecznie udało się ruszyć dopiero ok. 19.00. Odleciały więc w dal marzenia o sutych zakupach w słowackim sklepie ( czynne do 21.00 ), wykorzystaliśmy ostatnią deskę ratunku w postaci stacji paliw. No! Przynajmniej z pragnienia nie umrzemy 😉 Do Stefanovej obie załogi ( śląska i krakowska ) dotarły w zbliżonym czasie ok. 23.00, więc wieczór integracyjny przeciągnął się w długą noc. Było warto 😀

Czas chyba przedstawić ekipę, bo choć nieliczna była ale za to nadzwyczaj różnorodna:

Fundacja 4kontynenty: Alicja, jej siostra Natalia i tzw. „Młody” oraz Ewa ( przez brata ). No i ja – od jakiegoś czasu;

Chatka Skalanka: Wojtek, Dżeju – no i ja;

Klub Góry-Szlaki: tym razem tyko ja.

Natalia i Młody postanowili przez sobotę pozwiedzać okolicę, a na szlak zostało 5 osób, więc jednym autem zjechaliśmy do Bieleho Potoka, skąd zielonym szlakiem ruszyliśmy w górę. Czas nie gonił, spacerowym tempem można było podziwiać małofatrzańskie widoki – tym razem w jesiennym przebraniu 🙂 Podejście szczytowe na Maleho Rozsutca przysporzyło trochę emocji Ewie, bo pierwszy raz miała kontakt z ołańcuchowanym szlakiem, ale poradziła sobie wzorowo.

Na sedlu Medzirozsutce rozdzielilismy się, gdyż Ala i Ewa już nie chciały na Velkeho a Wojtek i Dżeju chcieli. Ja się nie rozerwę, więc postanowiłem towarzyszyć damom – że niby gentelman jestem 😉 Po powrocie do Stefanovej trzeba było jeszcze drugim autem podjechać po pierwsze, ale przy okazji dało się zaliczyć Lidla w Terchovej, więc……znów z pragnienia nie umrzemy.

W niedzielę krakowska załoga wybrała się w Nizke Tatry, zaś śląska postanowiła zrealizować plan do końca: wycieczkę w Janosikove Diery. Drzewa w jesiennych barwach, potoki, wodospady, wąwozy…….nuuuudy. Nie ma co opisywać 😉 Lepiej spojrzeć na zdjęcia. Na fejsie zamieszczam zajawki tylko, więc jak ktoś chce sobie pooglądać całość to zapraszam tutaj:  (klik)

A….jeszcze podziękować chcę całej ekipie za towarzystwo w czasie tego weekendu. Mam nadzieję, że się podobało.

 Grzegorz Grochowski 

Kategorie
Wspinaczka

Matterhorn zdobyty !!! – 12 – 15.08.2016 r.

14 sierpień 2016 o godz.13 – spełnione marzenie! Dla Arka, mimo że bez niego to jednak z nim…

Matterhorn … ta góra już od wielu lat nas fascynowała, piękna, dostojna i taka nieosiągalna!!!

Jak to się zaczęło?

Po opublikowaniu na youtubie naszego filmu z wejścia na Elbrus napisał do nas Arek, chłopak który kochał góry tak samo jak my. Miał wiele górskich planów, chciał zdobyć i ten szczyt . W tej sprawie się właśnie z nami skontaktował, popytał o szczegóły przygotowania wyprawy , w późniejszym czasie zaprzyjaźniliśmy się z nim, spotykaliśmy się na festiwalach filmów górskich, na kawę, zwyczajnie na pogaduchy.

Pewnego dnia Arek powiedział, że marzy o zdobyciu Matterhornu, góry o wielkiej sławie wśród alpinistów, góra która już samym wyglądem sieje postrach. Lodowo – skalna piramida prezentuje się bardzo wzniośle i okazale a jednocześnie napawa strachem. Arek zaproponował nam wspólne zdobycie tej pięknej piramidy. Zaczęliśmy się coraz bardziej interesować czy to w ogóle będzie w zasięgu naszych możliwości, kondycji i oczywiście umiejętności!

Matterhorn to nie jest łatwa góra, im więcej na jej temat czytaliśmy, tym więcej wiedzieliśmy ile jeszcze nauki i pracy przed nami by móc w ogóle o niej zacząć myśleć. Nadszedł jednak taki czas kiedy podjęliśmy pierwsze nieśmiałe plany związane z wyprawą, miała odbyć się za rok czyli w 2015 roku. Ze względu na kontuzję barku Arka przełożyliśmy planowanie wyjazdu na rok 2016. Nieprzewidziana i jakże dla nas przykra sytuacja sprawiła, że wszystko się zmieniło, nasz górski przyjaciel i doświadczony taternik zginął w Tatrach podczas jednego z zimowych swoich wejść, szok ogromny i niedowierzanie, smutek i rozpacz po stracie kogoś, kogo niby nie znaliśmy od zawsze ale kto już zaskarbił sobie nasze serca. To właśnie wtedy postanowiliśmy już na 100%, że teraz to musimy zdobyć tę  górę, dla Arka bo to było jego marzenie a potem dopiero nasze. Po przeszukaniu w intrenecie informacji na temat trudności wspinaczkowych wiedzieliśmy, że w naszym przypadku wchodzą w grę dwie drogi. Grań szwajcarska Hörnli albo nieco trudniejsza od włoskiej strony grań Lion, zdecydowaliśmy się na grań włoską Lion z powodu tego, że jest nieco mniej oblegana przez innych wspinaczy przez co i bezpieczniejsza ze względu na spadające kamienie po stronie szwajcarskiej.

Przygotowania do wyprawy trwały niemal dwa lata, budowanie kondycji poprzez niezliczone ilości sportów oraz doszkalanie się wspinaczkowe na ściance czy to w skałach oraz kompletowaniu potrzebnego sprzętu. Po drodze postanowiliśmy jeszcze sprawdzić swoja odporność na sporą ekspozycję, więc treningowo wybraliśmy się na Grossglockner i Gerlach drogą Martina. Krzysiek miał w swoim górskim dorobku jeszcze Mont Blanc Aconcague i Kilimandżaro, potem był wspólnie Elbrus.

Dopiero w tym momencie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy gotowi by ruszać w drogę po spełnienie swoich i Arka marzeń.

Tuż przed wyjazdem okazało się, ze mamy jeszcze jednego kompana, chłopaka który miał takie samo marzenie jak my, Piotrek okazał się wartościowym ogniwem naszego zespołu. wiedzieliśmy, ze w trójkę będziemy musieli bardziej sie sprężać bo takie zespoły  zawsze są wolniejsze od dwójkowych. Postanowiliśmy podjąć ryzyko i to był dobry strzał. Szybko złapaliśmy wspólny kontakt a współpraca podczas wspinaczki szła bardzo płynnie, uzupełnialiśmy się w 100%, nawet tak samo myśleliśmy!

Początkowo mieliśmy w planach zrobić aklimatyzację na pobliskim czterotysięczniku Breithorn, jednak patrząc na to że nie mamy za dużo czasu a okno pogodowe jeszcze tylko miało nam sprzyjać przez kolejne 3 dni od naszego przyjazdu do Cervinii, podjęliśmy (jak się potem okazało) słuszną decyzję o wolniejszym wchodzeniu i aklimatyzacji po drodze.

Pierwszy nocleg odbyliśmy w schronisku Abruzzi na wysokości 2800m.n.p.m, kolejnego dnia przeszliśmy do Carrel Hut na wysokości 3800m.n.p.m. już sama droga do tego schroniska dała nam do zrozumienia co będzie się działo dalej. W kilku ostatnich odcinkach przed Carrelem są  dwie pionowe, kilkumetrowe ściany po których trzeba było wspiąć się do góry, ta ostatnia to już wymiatała…  😀 Co prawda były założone grube liny poręczowe ale nie szło się w nie niczym wpiąć, trzeba było liczyć na swoje możliwości i siłę w rękach by móc na niej wejść. Daliśmy radę. Dotarliśmy do schroniska. Tutaj było założenie, że obserwujemy jak się będziemy czuć do wieczora i w nocy, postanowiliśmy, że jeśli wszystko pójdzie dobrze to wstajemy ok 4.00 rano i wychodzimy na atak szczytowy.

Sauna na pięterku do spania nie dała nam zmrużyć oka, jednak adrenalina sprawiła że wstaliśmy w porę, szybkie jedzonko, herbatka i o 4.45 wyruszyliśmy w górę.

Pomimo panujących ciemności nasze czołówki spisały się nieźle, nie pogubiliśmy drogi choć tyle o tym się naczytaliśmy, pewnie to dlatego, że staraliśmy się trzymać blisko przewodników ze swoimi klientami.

Całkiem dobrze nam szło, mieliśmy dobre tempo, czasem spowalniali nas inni, którzy zastanawiali się zbyt długo jak pokonać pewne trudniejsze odcinki, budowanie stanowisk, wpinanie się i asekuracja zajmowała im sporo czasu a my go traciliśmy. Większą część drogi szliśmy na lotnej, od czasu do czasu wpinając się w stałe punkty asekuracyjne.

Najtrudniejsze miejsca ubezpieczone były w stalowe liny, łańcuchy, lub grubą linę poręczową jak w przypadku pionowych kilkumetrowych ścian.

Jedną z najtrudniejszych ponoć „atrakcji” jest tzw drabinka Jordana, znajduje się ona tuż przed wejściem na szczyt i w rzeczy samej patrząc jak inni na niej „walczą’ wygląda groźnie. Myśmy pokonali ją dość płynnie, potem jeszcze ok 10 min drogi wąziutką granią z nawisem śnieżnym i jeeeeest, udało się! Na szczycie zameldowaliśmy się o 13.00.

Wykonujemy kilka pamiątkowych zdjęć i czas ruszać w dół. Już tutaj wiedzieliśmy, że przyjdzie nam schodzić po ciemku ale i nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego co nas jeszcze czeka.

Początkowo była szansa na dość szybki powrót jednak zjazdy na linach w 3 osoby trochę czasu nam pożarły, kolejne zatory, mijanki z innymi wspinaczami i znów o godzinę czasu byliśmy w tyle. Przez moment spotykamy Włochów, których pamiętamy ze schroniska, zjeżdżamy na ich linie a oni na naszej,  niby fajna współpraca ale czas nam nadal uciekał! Staraliśmy się spieszyć na tyle, by robić to bezpiecznie ale jednak praca przy zdejmowaniu liny i jej klarowaniu oraz wyszukiwaniu kolejnych ringów zjazdowych to znów trochę czasu, w pewnym momencie zauważyliśmy że chyba wypadałoby już wyjąć czołówki – robiło się ciemno…

Na oko szacowaliśmy, że dotrzemy do Carrela o północy ale przyszło nagłe załamanie pogody, sypiący śniego-grad z odgłosem piorunów nie wróżył dobrze. Kilka zjazdów wykonaliśmy nie będąc zupełnie pewnym czy zmierzamy w dobrym kierunku, wyszukiwanie spitów i ringów robiło się coraz trudniejsze, zdecydowaliśmy jednogłośnie że dalej nie idziemy.

Jako, że przestało grzmieć a śnieg przestał sypać zrobiło się trochę cieplej, temperatura oscylowała w granicach obstawiamy -2st.C, tragedii więc nie było. Była 2.00 w nocy. W zasadzie lepszy kibel niż ryzyko zostania już tam na zawsze. Wyciągnęliśmy folię NRC, usiedliśmy razem w trójkę blisko siebie, wpięliśmy się asekuracyjnie do jakiegoś stanowiska i wyjęliśmy mapkę, teraz już wiedzieliśmy że jesteśmy bardzo blisko łóżeczka i ciepłej herbatki, no  i że to tędy rano poprzedniego dnia musieliśmy iść. Z tego miejsca widok na oświetlone miasteczko Cervinia oraz gwiazdy i księżyc zapierał dech w piersiach. Decyzja była znów jednogłośna, czekamy tutaj na kolejne ekipy ruszające z Carrel Hut na szczyt żeby zobaczyć którędy idą i tą drogą zejdziemy. Znów trafna decyzja, około 4.00 rano, zobaczyliśmy światełka czołówek, szli dokładnie tak jak przypuszczaliśmy, teraz upewniliśmy się jak wracać.

Zjazdy w dół zajęły nam jakieś półtorej godziny, około 5.45 weszliśmy do schroniska, szczęśliwi, bezpieczni i uśmiechnięci. Włosi na których linie zjeżdżaliśmy w okolicach Pic Tyndall chyba spisali już nas na straty bo jak tylko usłyszeli nasz piękny polski język to wyskoczyli z łózek jak poparzeni by upewnić się że to my, że żyjemy. Zapytali jak było i czy wszystko ok i dalej poszli spać (to było nawet miłe).

Tymczasem my mieliśmy się całkiem dobrze i humory ciągle nam dopisywały.

Nasz cały atak szczytowy z powrotem i kiblowaniem w ścianie trwał 25 godzin a my zamiast od razu pójść spać zaczęliśmy robić wyczekaną herbatkę i śniadanie, potem 3 godzinki snu i jeszcze tylko bezpiecznie zejść na dól… Po zdecydowanie za krótkim śnie żegnamy się z pięknie usytuowanym schroniskiem Carrel i ruszamy dalej w dół. Droga wyjątkowo nam się dłużyła, sprowadzaliśmy w dół poznanego w schronisku Polaka, który w zasadzie przypadkowo znalazł się na tej górze, jak się okazuje to właśnie nadmierna ekspozycja go sparaliżowała. Chłopak zostawił swojego znajomego, który tego dnia wchodził na szczyt a sam poprosił byśmy pomogli mu zejść. Asekurowaliśmy go przy zjazdach na wędkę. W połowie drogi pada kolejna dobra decyzja, śpimy na 2800 w Abruzzi i kolejnego dnia jedziemy odpocząć nad morze w okolice Wenecji i tak też zrobiliśmy. Jesolo przywitało nas cudownym, ciepłym słońcem, teraz nadszedł czas by uczcić zdobycie wymarzonego przez całą naszą trójkę szczytu, pyszne włoskie winko świetnie się do tego nadawało. Opalanie, kąpiel w ciepłym w ciągu dnia Adriatyku i kolejna w nocnej ulewie dopełniło tej wspaniałej wyprawy z happy endem. Matterhorn już na zawsze pozostanie w naszej pamięci, góra marzeń, góra która nie przyszła z łatwością, do której tak długo się przygotowywaliśmy, która nas tak wiele nauczyła i o o której tak marzył Arek – ” Nasza Góra”

Aneta Kaniut-Matula