Kategorie
Blog

Przyspieszamy kroku- El Calafate, El Chalten i Perito Moreno, czyli park Los Glaciares

Po wyjątkowo komfortowej podróży dotarliśmy do Rio Gallegos i stamtąd do El Calafate. Miejsce bardzo turystyczne, baza wypadowa do El Chalten.
Podczas niekończących się podróży oglądamy zmieniający się krajobraz. Jak dotrzecie do Patagonii, sami się przekonacie, że wszystko wygląda tu inaczej. Jest prawie pustynnie, z niewielkimi suchymi krzaczkami pojawiającymi się to tu, to tam. W tle majaczą Andy. Po niekończących się równinach snują się setki lamowatych guanako i strusiowatych nandu. Kości tych, którym nie dane było ujrzeć jutra bieleją w palącym słońcu. 
W El Calafate spędzamy jedynie 2h (wrócimy tu za 2 dni) i przesiadamy się do El Chalten.
Towarzystwo również się zmienia – miejsce bogatych turystów (głównie Niemców) z walizkami na kółkach zajmują bardziej bądź mniej zamożni trekkingowcy. Jedni wynajmują hotele i przechadzają się podziwiając widoki, drudzy rozbijają się po kampingach, sami gotują i niewiele korzystają z „dobrodziejstw” samego El Chalten.
Od razu po wyjściu z autobusu uderza nas piorunujący widok – małe miasteczko z głównie drewnianymi zabudowaniami u podnóża ogromnego królewskiego Fitz Roya wraz z otaczającym go orszakiem mniejszych szczytów i schodzących do jezior lodowców. Jeżeli nie wyobrażacie sobie, jak wygląda kolor mleczno – błękitny, musicie choć raz tu być. Rozległe jeziora i pieniące się wściekle rzeki, wszystkie pochodzenia lodowcowego, mają tu właśnie taką barwę. Wszystko, co płynie, nadaje się do picia, a woda nabrana do butelki, pomimo że ujarzmiona, nadal zachowuje swój niezwykły odcień mlecznego błękitu. Jest diabelnie zimna i niebiańsko pyszna.

Na dwa przewidziane tu noclegi wybieramy kwitnący wiosną niewielki kamping. I juz pierwszego dnia wiemy, że popełniliśmy błąd. Słuchając rad i czytając informacji o parku narodowym Los Glaciares zaplanowaliśmy, że spędzimy tu 1 pełny dzień. Będziemy trekkingować po parku, aż dotrzemy do obranych przez nas punktów widokowych. Nie popełnijcie tego błędu co my – park Los Glaciares jest tak urokliwy, że poświęcenie mu tylko tyle czasu to obraza majestatu. 
Aby obejrzeć wszystkie 3 najważniejsze punkty (Laguna Torre, Laguna de los Tres, Paso del Cuadrado) warto tu być na 3 noce. Najlepiej z własnym namiotem i wszelkimi precjozjami outdoorowymi wyjść do parku i nocować na wyznaczonych darmowych miejscach biwakowych.

Dzięki temu w czasie 3 dni będziecie mieli okazję podziwiać Fitz Roya z bardzo bliska i do woli raczyć się wodą z lodowca (za którą, swoją drogą, bogacze płacą krocie).
Widząc nasz błąd organizacyjny zdecydowaliśmy, że w nasz jedyny pełny dzień pozbędziemy się wszystkich nagromadzonych sił i zobaczymy wszystko. Kto wie, czy kiedykolwiek będzie nam dane być tu jeszcze raz – trzeba się napatrzeć. 
Wyprawę, na szczęście mało obciążeni,  zaczynamy przed 0800. Nasz pierwszy cel – Laguna de los Tres, czyli same podróże Fitz Roya wraz z błękitnym jeziorem. Punkt osiągamy po 1200 – ostatni kilometr prawie czołgamy się na czworakach w korytarzach między głazami. Widok na końcu rekompensuje wszystkie niewygody. Po chwili wypoczynku w słońcu rozpoczyna się pogoda patagońska. Masz wrażenie, że chce strącić cię do jednej z licznych przepaści. Schodzimy ta samą drogą i jesteśmy już porządnie wyczerpani. Na nasz drugi punkt – Laguna Torre docieramy pod wieczór, po drodze mijając dzikie kampingi. Ostatnie kilomery do celu pokonujemy znowu praktycznie się czołgając, tym razem jednak z powodu warunków pogodowych. Wiatr wieje z taką siłą, że miota tobą na wszelkie strony a na dodatek rozpoczyna się kąsający deszcz. Powtórnie jednak, pomimo anomalii pogodowych, przekonujemy się, że warto. Gigantyczny lodowiec schodzi do dołu, a jego jęzor kończy się jeziorem pełnym lodowych odlamków. Tu możemy próbować wody lodowcowej w wersji instant,  czyli jeszcze przed rozmrożeniem, w formie stałej (co też ochoczo wykonujemy).
To był trudny dzień – ponad 30 km po różnych przewyższeniach (max 400 m w górę na odległości 1 km) i 13 godzin trekkingu w szybkim tempie, aby zdarzyć. 
Pisząc ten tekst mam przed sobą niezwykły widok. Musze cały czas przerywać, żeby obserwować. Na wprost mnie, jakieś 200m jeden z największych lodowców świata – Perito Moreno. Cały czas musze zerkać w jego stronę, gdyż nigdy nie wiadomo, kiedy kolejna bryła oderwana od całości z hukiem runie w dół, do wody. Perito Moreno trzeszczy, wybucha i jęczy cały czas, jednak widowiskowe skoki brył do wody zdarzają się rzadziej. I zwykle, odwieczną zasadą złośliwości, zawsze wtedy, gdy odwrócisz wzrok. W momencie, gdy Rafał po godzinnym wpatrywaniu się w lodowiec odkładał aparat do plecaka, z Perito Moreno ospadł „kawałek” wielkości 11 – piętrowego budynku i spektakularnie 

rozbił się o taflę wody. Fakt uwieczniony jedynie w naszych głowach. 

Dobre ciekawodtki cieszą:
 
– Nie będę przytłaczać Was, drodzy czytelnicy, liczbami dotyczącymi lodowca Perito Moreno. Dla mnie najciwkawszym jest fakt, że lodowiec ten jest chyba jedynym na świecie, który ma złość globalnemu ociepleniu rośnie – ok 0,5 m na rok. 

– Wschodnia część Argentyny, z miastem Bariloche na czele, to miejsce tłumnie odwiedzane przez Niemców. Podobno samo Bariloche wygląda w niektórych miejscach, jak wypisz wymaluj miasto naszych zachodnich sąsiadów.                                      

– Kolejna ciekawostka o politycznych korzeniach. Niedaleko wschodniego wybrzeża Argentyny, prawie na samym południu kontynentu leżą Falklandy (Malwiny), które należą do Wielkiej Brytanii. Cała Argentyna jest bardzo niezadowolona z tego faktu, dlatego też szczególnie tu, w Patagonii i na Ziemi Ognistej nie lubi się Brytyjczyków. Byliśmy świadkami, jak w Rio Gallegos, na dworcu autobusowym policja zarządała od starszych państwa paszportów. Okazało się, że to Anglicy, którzy do tego jeszcze nie znają ana słowa po hiszpańsku. Starszy pan, dosyć obraźliwym gestem machał portfelem przed twarzą policjanta, krzycząc „I will pay you” („mogę ci zapłacić”). Policja zawinęła ich do samochodu i odjechali. Wielkiego problemu z tego nie było, ponieważ po pół godzinie zostali odstawieni na poprzednie miejsce, jednak przez całe zajście pewnie musieli najeść się trochę strachu.

– W Patagonii widzimy przeważającą liczne jednego gatunku katłowarego drzewa. Jego cechą charakterystyczną są niezwykle małe liście (w pełni wyrośnięte, nie młode). Jego drobny rozmiar pozwala drzewu przetrwać dzalejące tu wiatry, gdyż zmniejsza powierzchnię, która jest barierą dla wiatru. 

– Krzyż Południa. Nareszcie widzimy go w pełni, i udaje nam się w miarę zdjęcie. To najważniejszy gwiazdozbiót nieba półkuli południowej. Tak istotny, że widnieje na flagach wielu państw (na zdjęciu Australia).

– Po drodze do Laguna Torres mijamy dwa jeziora o niesamowitym zielonym kolorze. Woda okazuje się płytka a swój kolor zawdzięcza małym roślinom porastającym żwirowe dno.

Po ostatnich przeżyciach następnym naszym celem będzie przekroczenie granicy i postawienie stopy w Chile. Mamy drobne problemy techniczne, gdyż założona przez nas marszruta może ulec zmianie, jednak i z tym musimy sobie poradzić. Czas zostawić juz Perito Moreno i zagłębić się w jeszcze dzikszą Patagonię.

No koniec tradycyjna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:

– Ze względu na szalejące tu podmuchy, postaraj się zabezpieczyć mld rzeczy oraz ręczniki do suszenia przed porwaniem przez wiatr. Od dziś, po kąpieli wycierać się będę podkoszulkiem.       

– Jeśli jesteś w restauracji,  w której podają grilowaną baraninę, zamów porcję dla jednej osoby na każdą dwójkę. Porcja spokojnie wystarcza. Chyba że idziesz na obiad z pumą, wtedy jedzenia jest akurat. My we dwójkę nie daliśmy rady, reszta zostawiona na jutro.

Kategorie
Blog

„Znów na wieloryby, wyruszysz jak ja”

Kolejny przystanek na drodze. Puerto Madryn. Miasto od setek lat żyjące dzięki obecności wielorybów. Jednak jakże bardzo zmieniło się podejście do tych legendarnych ssaków. 
Do 19 wieku polowano tu na wszelkie morskie stworzenia- wieloryby, lwy i słonie morskie oraz foki. Ze wszystkiego wytapiano tłuszcz, służący potem jako paliwo. Ze względu na to Puerto Madryn było jednym głównych portów przeładunkowych tamtych czasów. 
Co teraz? Zakaz połowu i ochrona ssaków morskich spowodowały… ogromny rozrost turystyki. Puerto Madryn to brama do mekki turystyki oceanicznej- oddalonego ok. 100 km miasteczka Puerto Piramides. To ścisły park narodowy.

Aby w pełni cieszyć się wszystkimi atrakcjami, warto wykupić całodniową wycieczkę. Impreza dosyć droga, jednak za cenę ok. 120 USD za osobę otrzymacie:
– przejazd wycieczkowym busem tam i z powrotem, 
– pomocne informacje od kierownika wycieczki (mówiącego po hiszpańsku, francusku i angielsku),
– ok.  2 godzinny rejs motorówką, podczas którego „wieloryby jedzą ci z ręki”,
– wycieczkę dookoła całego półwyspu, podczas której odwiedza się kolonię pingwinów, lwów i słoni morskich oraz fok, 
– atrakcje niezapowiedziane w formie nandu, guanako, kapibaro- podobnych, pancerników, wszelkiego ptactwa, jaszczurek, czarnych wdów i skorpionów.

Czy warto, zapytacie? Wycieczka jest wygodna i turystyczna. Nie licząc wielorybów i nieplanowanych atrakcji, znajdujemy się w dość dużym oddaleniu od zwierząt. Wszyscy patrzą nam na ręce, żeby czegoś przypadkiem nie dokarmić i nie pogłaskać. Jednak, pomimo tych dla nas oczywistych wad, nie ma tu innej możliwości zażycia dzikiej przyrody i poznania cudów natury. Dlatego wycieczce do Puerto Piramides mówimy zdecydowanie TAK. 
Nie sposób opisywać tu naszego zadowolenia ze spotkania wszystkich zwierząt, dlatego robić tego nie będziemy. Zdjęcia poniżej, w delikatnym stopniu mogą pokazać to, co dane nam było ujrzeć. Jednak, jeżeli kiedykolwiek rozważaliście poznanie takiej przyrody i macie ku temu środki- nie wahajcie się i przybywajcie tłumnie do Puerto Piramides.

Nasze dwa noclegi wpadły na bardzo przyjemnym kampingu za miastem. To stała tendencja- jeżeli jako nocleg wybierasz kamping, do centrum masz bardzo daleko. Pomimo tego, ok. 4 km spacer wzdłuż wybrzeża można spokojnie zaliczyć do przyjemności. 

Drobne ciekawostki cieszą:

– Pancernik ze zdjęcia to ponoć tamtejsza gwiazda. Pozwala się fotografować z bardzo bliska i pomimo znaku zakazu („Nie karmić pancerników! „) zawsze trafi mu się coś dobrego.     

– Pod koniec tutejszego lata (ok. marca) do Puerto Piramides przybywają orki. Można wtedy podziwiać ich spektakularne polowanie na pozostałe ssaki morskie.

– Wieloryby przypływają do zatoki w lipcu, gdzie rodzą młode. Okres naszego tu pobytu to ostatni dzwonek, aby podziwiać rodziny matki z dziećmi. W okolicach grudnia każdy szanujący się wieloryb migruje w stronę Antarktydy.

– Cel „głaskanie pingwinów” tym razem nie został osiągnięty. Juan, nasz przewodnik, pozostał nieugięty i śledził każdy nasz ruch. Pingwin (pomimo że w odległości na wyciągnięcie ręki) leżący bezpośrednio pod znakiem „Nie głaskać pingwinów!” stanowi dość kontrowersyjny cel.

Zadowoleni z kolejnych owocnych przeżyć mkniemy okazjonalnie tanim i luksusowym autobusem ku kolejnej przygodzie. Porzucamy wschodnie wybrzeże i ruszamy ku zachodniemu. Lodowce czekają na nas już od wieków, najwyższy czas odpowiedzieć na ich wołanie.

Aby tradycji stało się zadość, na koniec kolejna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała, które z całą pewnością pozwolą Wam odnaleźć się w trudnych sytuacjach:

– W każdego typu lokalu zamawiaj butelkowe piwo o pojemności 1 litra. Będziesz miał podwójną przyjemność: z dzielenia piwa z towarzyszem oraz z ciężaru peso pozostałych w twojej kieszeni. 

– Na wszelkie zaczepki typów spod ciemnej gwiazdy (prawdopodobnie chcących od ciebie pieniędzy) odpowiadaj „no espanol, only english”. Sprawdza się praktycznie zawsze, ponieważ niewiele osób mówi tu po angielsku. Jedyny raz zasada nie sprawdziła się w Buenos Aires, gdy lokalny menel zaskoczył nas poprawną angielszczyzną na wysokim poziomie.

– Argentyna, którą widzimy, nie zna pojęcia konkurencji. Po odwiedzeniu większości biur, oferujących wycieczki wielorybnicze, stwierdzamy że ceny nie różnią się ani o 1 peso. W momencie zmiany lub końca sezonu można próbować prosić o rabat. W przypadku autobusu zyskaliśmy 150 zł zniżki, a wycieczki 200 zł. 
– Argentyna składa się w dużej mierze z imigrantów pochodzenia hiszpańskiego i włoskiego. Mężczyźni w szczególności, jak nakazuje kultura latynoska, niezwykle dbają o swój wygląd. Prawdopodobnie przez używanie dezodorantów oraz lakierów do włosów stworzyli dziurę ozonowa :). Słońce, nawet przy średniej temperaturze piecze tu na skwarki, a życie staje się pasmem cierpienia (szczególnie przy 20 kg plecaku na spalonych ramionach). Europejczycy- smarujcie się tu kremem bez opamiętania! W moim przypadku piekło, piecze i będzie piekło. Flaga polski na udach delikatnie traci na kontraście.

– Nie bójcie się zamawiać owoców morza. Są tu na prawdę świeże. W Puerto Piramides jedliśmy najlepsze w życiu krewetki. Dla odważnych można wybrać mieszankę owoców morza, wyglądającą na talerzu jak obcy z kosmosu. Skład to niespodzianka zależna od lokalizacji. Brawa dla Argentyńczyków za termos na butelkowane piwo wykonany ze styropianu.

Kategorie
Blog

Ratamatata, czy to Koniec Świata? Nie – to Mar del Plata.

Pan Stanisław i Pani Eduarda to małżeństwo polonijne mieszkające tu od ponad 50 lat. Zgotowali nam wręcz królewskie przyjęcie, pokazując swoje okolice przez 3 dni. 

Obydwoje są patriotami: tworzą zgromadzenia Polonii Argentyńskiej, interesują się historią i aktualnościami naszego kraju. Obydwoje wyjechali z kraju jako dzieci.                            
Mar del Plata żyje głównie z turystyki i rybołówstwa. Poza sezonem większość nadmorskich apartamentów stoi pusta. Prócz kosztownych siedzib na czas wakacyjny, dla lepszego sampoczucia  (bądź też z innych bliżej mi niezrozumiałych  powodów) w dobrym tonie jest wynająć jedna z tysięcy budek na plaży (zdjęcie poniżej). 

W pierwszym dniu pobytu pojechaliśmy do portu oraz na nabrzeże. Wspaniała okazja, aby oglądać kolonię lwów morskich. Zwierzaki wylegiwały się na lądzie, pozwalając się oglądać z pewnej odległości. To naprawdę duży kawałek ssaka. Pomimo moich chęci do głaskania wszelkich zwierzaków- temu wolałabym się nie narażać. 
Gdy tu będziecie, nie możecie ominąć najważniejszego w mieście punktu kulinarnego. W bliskiej okolicy portu każda większa firma rybacka ma swoją restaurację. Podawane w niej specjały pływały sobie jeszcze w najlepsze w oceanie tego samego dnia. Zdecydowanie jedliśmy tu najlepsze owoce morza w swoim życiu. Pomimo, iż wołowina argentyńska jest chyba najlepszym mięsem na świecie, to przy popołudniowych frutti di mare popijanych białym winem z lodem, w wyśmienitym towarzystwie naszych gospodarzy… wołowina wypada odrobinę słabiej.
Pan Stanisław wraz z żoną od 38 lat są właścicielami kampingu oddalonej o około 100 km od Mar del Platy. Znajduje się on w jednej z kilku ekskluzywnych kurortów nadmorskich, gdzie urlop spędza duża część  Argentyny. Nasi gospodarze na czas sezonu wakacyjnego (od grudnia do marca) uciekają z Mar del Platy, aby prowadzić swój kamping. Jest to dla nas zrozumiałe- w tym czasie w Mar del Plata z 750 tys mieszkańców robi się nagle 4 miliony. 
Argentyna, jak się powoli przekonujemy to dość niebezpieczny kraj. Mieszkańcy mają swoje sposoby, aby unikać zagrożeń. Wszyscy właściciele domów jednorodzinnych po godzinie 20 opuszczają rolety antywłamaniowe, włączają alarmy i monitoring. W domu robi się ciemno i czujesz się jak w schronie przeciwatomowym. Telewizja to również koncert skrajności. Wiadomości są przytłaczające i przerażające. Na zmianę morderstwa, strajki i korupcja w polityce. Jak już się człowiek nasłucha tych wieści, jako rozrywkę oferują zawiłe telenowele z „doskonałą” grą aktorską. I jeszcze na poprawę humoru (seriale są również dosyć dołujące) niezwykle modny show, czyli taniec w kieliszkach wody. Główny performer, Flavio to pomieszanie mężczyzny z „Drag Queen” rodem z Las Vegas. Na zewnątrz zło i występek, ale ludzie ze swoich bunkrów kibicują Flavio… Show must go on.

Pierwsza kąpel w Oceanie Atlantyckim. Woda raczej zimna (18st.), diabelnie słona, z ogromnymi falami. Zawsze pamiętajcie o zabezpieczeniu swoich rzeczy na czas kąpieli. Kradzieże są tu na porządku dziennym.          

Z cyklu Drobne Ciekawości Cieszą :
– Dwie najpopularniejsze marki yerba mate Amanda i Rosamote to firmy założone przez przybyłych tu ok. 19 wieku Polaka i Ukraińca     
– Również związane z przybyszami- skąd tu tyle owczarków niemieckich, hmm?            
– W drodze na kemping Pana Stanisława widzimy ogromne połacie terenów przeznaczonych pod hodowle krów, koni oraz nandu (rodzaj strusi). Ciekawostka, która cieszy (przynajmniej mnie)  to fakt, że ptaki te zawsze pozostawiają jedno jajo poza gniazdem. Gdy pozostałe młode się wyklują, wspomniane jajo zostaje rozbite, a muchy i inne robactwo, które przychodzi do suto zastawionego zgnilizną koryta, staje się tym samym żywą karmą dla młodych nandu.
– Ostatnia Dobra Rada Wujka Rafała dotycząca dawania napiwków nabiera dużego znaczenia, im bardziej zagłębiamy się w ten ciekawy kraj. Przekonaliśmy się o tym po raz kolejny, jeszcze w Buenos na dworcu autobusowym. Do autobusu podchodzi facet spoza obsługi, zabiera twój bagaż i wrzuca do luku. Po czym odwraca się do Ciebie i czeka. Czeka dłużej, a po braku reakcji krzyczy „Pagar! Pagar!” (Płacić! Płacić!). „Porque?” (Dlaczego?). Niedoszlifowany hiszpański nie pozwala zrozumieć odpowiedzi. Robi się delikatny młyn i dwójką młodych za nami tłumaczy w prostych słowach, że trzeba dać napiwek… bo trzeba. To samo w przypadku nieoficjalnego parkingowego, który pomaga w lokalizacji miejsca, zatrzymuje dla Ciebie ruch i chroni przed mandatem za parkowanie. Takich profesji jest pewnie znacznie więcej, jednak jak na razie poznaliśmy tylko te. 

Po porządnym odpoczynku, jaki zafundowali nam nasi polonijni gospodarze przyszło nam porzucić komfort. Udajemy się w 15 godzinną podróż do Puerto Madryn. Od tej pory pozostajemy juz bez opieki hostów i innych pomocnych nam ludzi. Mam nadzieję, że nabraliśmy już na tyle śmiałości i choć trochę poznaliśmy tutejsze zwyczaje, żeby poradzić sobie w dalszej drodze. Do dzieła! 

Na koniec, tradycyjna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:       
 – Zawsze wciągaj brzuch do zdjęć na plaży.           
– Kiedy jesteś na plaży w słoneczny i gorący dzień, chociaż raz, raz jeden jedyny spróbuj zabrać ze sobą i użyć kremu do opalania. Styl opalenizny „na raka” albo „flaga Polska” nadal pozostanie pase w tym sezonie
Kategorie
Blog

Kiedy zimna Babia daje mnóstwo ciepła

NATCHNIENIE
Nie zawsze dostajemy od życia, to czego byśmy chcieli…
Pamiętam, że to był długi, sobotni,  samotny wieczór przed komputerem (właśnie dlatego, że nie dostałam tego czegoś od życia) 
Wszyscy znajomi gdzieś,  każdy z kimś, a ja sama,  nagle zobaczyłam wpis o wyprawie na Babią Górę z Fundacjią 4Kontynenty…  CHCĘ!
 
Nie wiele myśląc, nie wiele wiedząc na temat grupy (w zasadzie nic nie wiedząc) szybki klik, że biorę udział i… POSZŁO! 
Dopiero następnego dnia zaczął się odzywać zdrowy rozsądek:  „dziewczyno, przecież ty nie chodzisz po górach w zimie,  tylko latem, jak to będzie, nie dasz rady, odwołaj…”
Ale wszelkie moje wątpliwości rozwiał pewien gość, który pisał co zabrać, jak się ubrać, jak przygotować, zapewniał,  że mogę mu zaufać co do tego wyjazdu, a że był to sam prezes 4K,  no toż mu zaufałam…
Kolejnym moim problemem była kwestia dojazdu na miejsce spotkania w Krowiarkach…
I tu miła niespodzianka,  bo okazało się,  że wszystko sprawnie działa, ludzie potrafią się dogadać kto kogo zabiera, więc i ja miałam zapewnione miejsce.
 
Wreszcie nadszedł TEN dzień, lekki nerw, szalona ekscytacja, nowe mordki…
Jadę z dwiema Aśkami, strasznie fajne dziewczyny… Po drodze każda z nas dostaje wiadomości,  każda od tej samej osoby… Pomyślałam, że ten prezes to taki ciut nadopiekuńczy 😉 No, ale pewnie starszy, poważny, przynudnawy Pan. I zapewnie będzie smęcić po drodze, ale wytrzymam 😉 W końcu dość tolerancyjna ze mnie bestia 😉 
DOCIERAMY NA MIEJSCE 
Ok 30 osób, a więc spora grupka ludzi czeka w zasadzie już tylko na nas,  więc szybko podchodzimy, witamy się, poznajemy… Hmmm… SZOK! Prezes nie jest starszym Panem, ale młodym, bo w moim wieku, sympatycznym blondynem, z uśmiechem na facjacie… Pozytywnie 😉
 
NO TO RUSZAMY W GÓRĘ… 
Pomimo tego, iż na dole zero śniegu, nasza trasa robi się coraz bielsza… Co jakiś czas zatrzymujemy się podziwiać ośnieżone formacje drzewne,  ja – jak to ja- zdążyłam po drodze wszystkich poznać, z każdym trochę porozmawiać… 
Dopóki osłania nas las, jest całkiem ciepło, ale w momencie wyjścia na otwartą przestrzeń robi się bardzo zimno, wiatr smaga po pyszczkach i nadciągnęła spora mgła, więc grupa musi być w miarę blisko siebie… Wreszcie docieramy na szczyt.
DIABLAK ZDOBYTY! 
Jest pięknie, tymbardziej,  że zrobiło nam się okienko pogodowe, więc kilka fotek i z uśmiechem idziemy do schroniska na obiad… A, że droga prowadzi w dół, a warunki sprzyjają, szybko oceniając poziom bezpieczeństwa, klapnęłam na tyłek i ziuuuu zjeżdżam… Innym również pomysł się spodobał,  wiec mamy mega śmieszną zabawę do samego schroniska… Obiad, uzupełnienie płynów, odpoczynek…
 RUSZAMY W DROGĘ POWROTNĄ 
Co pewien czas zatrzymujemy się robiąc śmieszne zdjęcia,  orzełki na śniegu,  kreśląc różne napisy,  rysunki…
 I właśnie wtedy, taka skupiona nad tym śniegiem, kończąc swój śnieżny rysunek, nagle czuję,  że moja twarz znalazła się w tym mokrym, zimnym śniegu!
 NOSZ KURDE!
Co jest grane? Mój szok i niedowierzanie miały wielkie oczy. Ciekawe kto ma taaaakie pomysły?! Niezdarnie,  bo jednak jeszcze w lekkiej konsternacji, wygrzebuję się z zaspy, przecieram twarz, rozmazując tusz (pewnie wyglądam jak Panda.Odwracam się i widzę uchachaną, zadziorną twarz prezesa… No tak, teraz już wiem, że Mariusz zdecydowanie nie jest starszym, poważnym, przynudnawym Panem… I pewnie dłuuugo nie będzie… Co to to nie. 
Resztę drogi do samego parkingu idziemy śpiewając góralskie i żeglarskie piosenki, śmiejąc się i rozmawiając… 
Przez kolejne dwa dni miałam zakwasy na policzkach od tego naszego uśmiechu. Aż żal, że tak szybko wszystko się skończyło… 
CHOCIAŻ NIE! 
Jednak nie wszystko… Wycieczka okazała się być początkiem czegoś wyjątkowego w moim życiu…
Wyjazd dał nowych pozytywnie zakręconych znajomych, dał mi wiarę w ludzi, w dobre serducha, dał przyjaźń jednej z Asiek, dał mi miłość do wypraw w góry zimą. 
Teraz wiem, że trzeba szukać sposobu a nie przyczyny…
Że warto spróbować czegoś, czego nawet nie jesteśmy pewni… 
Do zobaczyska na szlaku 🙂
 
Ewa
Kategorie
Blog

Buenos dias, Buenos Aires!

Ostatnia moja relacja zakończyła się na nieudanej próbie porozumienia z                 obsługą lotniska w Sao Paulo. Nie do końca rozumiejąc, zdecydowaliśmy się przesiedziec całe 8 godzin na miejscu. Prawdopodobnie aby wyjść poza terminal należało w specjalny sposób przedstawić się policji na zewnątrz i chyba coś zapłacić. Niechęć do Brazylii za brak możliwości wyjścia oraz niezwykle wysokie ceny towarzyszyła nam przez cały okres oczekiwania. W końcu wsiedliśmy do samolotu i po trwających wieczność 2 godzinach (podczas których nie opuszczała nas  świadomość rychłej śmierci spowodowanej stanem technicznym maszyny) dotarliśmy. 
Buenos Aires to miasto, w którym gubią się nawet lokalsi. Nasz tutejszy host, Edd powiedział nam to od razu po pierwszym spotkaniu. Odbiegając od latynoskiego poczucia czasu, Edd zjawił się na ustalonym miejscu 10 minut za wcześnie. W związku z tym zdecydował że pójdzie zjeść lunch i… spotkaliśmy go wreszcie 1,5 h po ustalonym czasie, wykorzystując wszelkie nasze pomoce elektroniczne aby dotrzeć do nowego miejsca. Edd to wiecznie uśmiechnięty Wenezuelczyk, który w Buenos robi doktorat z farmacji. Obdarzył nas całkowitym zaufaniem zostawiając nam klucze do mieszkania, gdzie mogliśmy znaleźć kawałek swojego kąta.
Rzeczywistość Buenos Aires jest zupełnie inna od wszystkiego, co do tej pory znaliśmy. Ponad 12 milionów mieszkańców. Setki autobusów o wyglądzie przypominającym american dream lat 60 gnają na złamanie karku we wszystkie strony. Kierowcy ścigają się ze sobą, a stojąc na światłach lub w korkach otwierają drzwi, wychodzą z szoferki i plotkują ze sobą w najlepsze. Od razu rozwiewamy wszelkie wątpliwości dotyczące pieniędzy. W Buenos istnieje wiele bankomatów, które są czynne i można z nich korzystać. Jest to mało opłacalne dla nas, Europejczyków, jednak możliwe. Można również wymienić dolary na peso po dobrym kursie, i to nie na niepewnym czarnym rynku, gdzie zło czai się na każdym kroku, ale po prostu w biurze sprzedającym bilety autobusowe międzynarodowe lub na lotnisku. Tak więc pomimo, iż jest tu sporo rzeczy mających wydźwięk komunistyczny (jak punkty telefoniczne do zamawiania rozmów zamiejscowych oraz telewizja na pieniądze na dworcach) to przy odrobinie hiszpańskiego i szczęścia da się tu przeżyć bez uszczerbku na zdrowiu. 
Dużo czasu spędziliśmy zwiedzając oazę przyrodniczą w Puerto Madera. To mocno wysunięty półwysep z parkiem krajobrazowym. Niestety  ani papugi, ani wszędobylskie świnki morskie, ani wielkie jaszczurki nie dały się pogłaskać, mimo moich starań i prób. 


Drobne ciekawostki cieszą:

  • Jeżeli przybędziecie do Buenos, musicie spróbować prostego dania serwowanego w wielu barach i podobnych wyszynkach kiepskiej renomy- kanapki z wołowiną (sandwich con vacio). Co w niej takiego siedzi, zapytacie? Odpowiem prosto – prawie połowa krowy. Argentyna sprawia wrażenie, jakby chleb był na wagę złota (dlatego dają jego skromne racje), w przeciwieństwie do mięsa, którego ilości w jednej porcji zaspokoją zapotrzebowanie dla niewielkiej rodziny i to z psem.
  • Całuśny Rafał. Po całowaniu girońskiego lwa w tyłek, przyszedł czas na całowanie mężczyzn. Niech nikt się nie dziwi, w kulturze latynoskiej całowanie na powitanie mężczyzn w policzek (nawet tych nowo poznanych) leży na porządku dziennym. Tak się zdarzyło, że podczas naszego pobytu Edd przedstawił nas całkiem licznej grupie kolegów.
  • Buenos Aires to miasto kierujące się własnym poczuciem smaku i gustu. To jednocześnie mekka dla kundli i wszelkich bezrasowych psów. Podczas naszych wielogodzinnych przechadzek nie uświadczyłam żadnych psów rasowych.
  • Yerba mate na każdym kroku. Do kupienia zarówno na straganach dla turystów, w marketach, sklepach z drobnym agd. Ciekawie wygląda paczka tej dla nas egzotycznej  herbaty, jako jeden z produktów wykonywanych jako „pewniak” Carrefoura oferowany w promocyjnej cenie ok. 4 zł.

Drugi z wieczorów przyszło nam spędzić w wesołym towarzystwie Wenezuelczyka i Francuza. Podczas popijania wina wymienialiśmy się opowieściami o swoich państwach. Dowiedzieliśmy się, że Wenezuela jest aktualnie najniebezpieczniejszym państwem na świecie. Na porządku dziennym jest znikanie ludzi bez śladu i zabójstwa spowodowane skrajnym ubóstwem. Dodatkowo panuje tam ustrój w rodzaju post-komuny gdzie dobra i żywność nadal są racjonowane. Nasz gospodarz obiecał nam, że na drugi dzień zabierze nas do dzielnicy robotniczej La Boca, twierdząc iż lepiej będzie jeśli będziemy mieć lokalsa za przewodnika, bo z bezpieczeństwem tam bywa różnie, o czym mogliśmy się później przekonać.


Jak Edd obiecał, tak zrobił. W nasz ostatni dzień zabrał nas do La Boca. To miejsce, gdzie  dawniej mieszkała biedota, miejsce straganów ulicznych i tanga pod gołym niebem. Bajecznie kolorowa. Dlaczego? Ponieważ gdy zbudowano ją w większości z blachy falistej, była tak brzydka, że mieszkańcy nie mogli na nią patrzeć i użyli wszystkich dostępnych kolorów, żeby nie była taka posępna. W La Boca jest tylko niewielka część turystyczna. Pozostała część to slumsy, gdzie lepiej się nie zapuszczać. Z Eddem wyszliśmy z oazy turystyki dosłownie ulice dalej. Przy sklepie pierwsza banda „ese” pijących piwo, i złowrogo na nas spoglądających. Druga banda na przeciwko, leniwie rozłożona na chodniku. Pytanie do Edda: „dlaczego idziemy środkiem ulicy, czy nie szukamy tym zaczepki?”. I jego odpowiedź, z lekkim czarnym humorem: „W La Boca chodzisz środkiem drogi, bo jest trudniej wciągnąć cię w ciemny zaułek albo też przycisnąć do którejkolwiek ściany budynku.” W sumie rozsądne…

W ten dzień mieliśmy również okazję zobaczyć demonstrację na Plaza del Mayo, czyli sercu miasta. Tym razem feministki, że swoim „La marche de las putas”. Jak słyszeliśmy z kilku źródeł, Argentyńczycy uwielbiają protestować. Gdy tu będziecie, zajrzyjcie na Plaza del Mayo- coś ciekawego, o co trzeba walczyć, na pewno da Wam o sobie znać w formie krzykliwego protestu, piosenek, bębniarzy, nagości i wymalowanych transparentów i ciał. Poza tym Argentyna boryka się z podobnymi problemami, co Polska. Hasła nawołują: „obalić rząd”, „stop przemocy wobec kobiet”, „większe płace”, „uwolnić Janinę” (że co? „Libertad a Yanina!” patrz zdjęcie poniżej”).
Po ciekawych i wyczerpujących przeżyciach zostawiamy żywotne miasto tanga i kanapek z wołowiną. Wsiadamy w autobus i wyruszamy w dalszą podróż w nieznane, aby na końcu dotrzeć do osławionego Końca Świata.

Tradycyjnie, na końcu, ale nie mniej ważne: 


Dobre rady Wujka Rafała:
1. Nie zniechęcajcie się wyglądem lokalu, w którym chcecie zjeść. I porzućcie wszelkie nauki odebrane z domu dotyczące lokalizacji i higieny tych miejsc. Najlepszą jadłodajnię znaleźliśmy przy dworcu. Wyglądała jak wyszynk z czasów komuny. Brud, smród i ubóstwo, drzwi toalety najlepiej otwierać z buta, ale liczba lokalsów sugeruje, że należy tu zostać. Piwo podawane w czarnym kuflu wykonanym z zabawnego materiału 

ABS (dla niewtajemniczonych, to materiał, z którego w Polsce robi się pokrywy akwariowe oraz skrzynki narzędziowe) „prawdopodobnie” nie nadającym się do kontaktu z żywnością. 
Reasumując:
– piwo pyszne
– jedzenie niebiańskie
– brak rewelacji żołądkowych (szczepienia i probiotyki dają radę)

2. Dawaj napiwki. Mina kelnera po ich nieotrzymaniu śni się po nocach. A do lokalu boisz się wrócić, w obawie przed zemstą kelnera. Za zwyczajowe 10% kupujesz czyste sumienie. 

Kategorie
Blog

Girona – nasz pierwszy przystanek

Girona  – miasto otoczone kamiennymi murami miejskimi, z dostojną katedrą w samym sercu. Urocze zakamarki, place oraz tradycyjne wąziutkie ulice, w których nie zmieści się dwójką ludzi pokaźnych rozmiarów. Palmy, wszędobylski (kwitnący obecnie) rozmaryn oraz kaktusy o kształcie gigantycznych pająków. To właśnie tu przyszło nam zacząć. 

Strzałem w dziesiątkę okazało się skorzystanie z couchsurfingu (dla niewtajemniczonych, to portal zbierający ludzi, którzy chcą gościć podróżników w swoim domu). Po raz pierwszy korzystaliśmy z jego możliwości. Nasz host (gospodarz) – Robert to rezolutny katalończyk dobrze mówiący po angielsku. Odebrał nas z przystanku, zaprowadzil do domu i zaproponował nocny spacer po mieście. 

Jeżeli będziecie zastanawiać się nad wyborem couchsurfingu – nie wahajcie się. Robert zafundował nam fantastyczny kawałek wiedzy historycznej, współczesnej, topologicznej i gastronomicznej dotyczącej Girony i całego regionu. 

Drobne ciekawostki cieszą:

  • Katalończycy na śniadanie zamiast masła wsmarowywują w pieczywo połowę pomidora specjalnego gatunku (dającego się przechowywać w odpowiednich warunkach nawet pół roku),a następnie dodają kilka kropel oliwy. Pomysł kupiony- od tej pory masłu i masło podobnym mówimy NIE. 
  • Pewnego dnia do naszej uroczej Girony przybył cały plan filmowy Gry o Tron. Ciekawostka dla fanów (od nas  – również fanów ). Połowa starówki została zamknięta, aby naga Cersei  Lannister z ogólną głową mogła kroczyć jej ulicami w „pochodzie wstydu” dla odkupienia swych win. Schody katedry w Gironie zastąpiły nam schody przed wielkim septem w Kings Landing. Powstał pomysł, aby Rafał odegrał rolę Cersei w celu wykonania niezapomnianej sesji zdjęciowej, jednak ze względu na warunki pogodowe mogłoby to być mało widowiskowe. 
  • Jeżeli przyjedziecie do Girony, musicie dać się ponieść tutejszemu zwyczwyczajowi . Na jednym z placów znajduje się niewielka figurka lwa, która trzyma się kamiennej kolumny. Robert wytłumaczył nam, że nie można tu być i nie podtrzymać odwiecznej tradycji. .. całowania lwa w tyłek. Aby każdemu umożliwić spełnienie powinności  (lew trzyma się kijka na wysokości 3m), zbudowane zostały specjalne schody stalowe,dzięki czemu nawet dzieci mogą dosięgnąć zadniej części figury.  Na zdjęciach widać lekkie wahanie i niedowierzanie w oczach Rafała, jednak aby nie obrazić gospodarza tradycji musiało stać się zadość .

Podsumowując, udało nam się fantastycznie rozpocząć tripa. Przekonałam się, że 3 semestry nauki hiszpańskiego wystarczają, żeby kupić 200 gr szynki serano, bułę i 3 piwa. Rafał twierdzi, że każdy dałby radę, wykonując zamaszyste gesty w kierunku pożądanych produktów, posiłkując się przy tym wykrzykiwaniem samogłosek (e,a), jednak fakt pozostaje faktem- Hiszpania trochę mnie rozumie. Rzecz miała się „delikatnie” inaczej w przypadku próby wyjścia z lotniska w Sao Paulo (na którym aktualnie przebywamy w oczekiwaniu na lot do Buenos). Brazylia rozumie mnie trochę mniej, ale to już zupełnie inna historia. 
Na koniec dobre rady Wujka Rafała:
– Mając lot trwający 11,5 h (jak my) ŚPIJ – możesz korzystać z dobrodziejstw poduszek i kocy oferowanych przez przewoźnika. Nie oglądaj 4 filmów, jakbyś nigdy nie widział telewizora. Bo później będziesz odsypiał (widok poglądowy na ostatnim zdjęciu).

Kategorie
Trekking

Trekking po Ameryce Południowej – listopad 2016 r.

Nazywam się Aśka Romek i będę Waszym nawigatorem po projekcie trekkingowym po Argentynie. Odkąd sięgam pamięcią podróże i zwiedzanie wszystkiego, co nieznane leżało w mojej naturze. Dużą część wolnego czasu poświęcam na żeglowanie i oglądanie miejsc, gdzie mnie jeszcze nie było. Wraz z moim mężem, Rafałem, staramy się uprawiać aktywną turystykę, stronimy od wszelkich „last minutów”, wygórowanych hoteli, wszelkiego lansu i przepychu. Przy dużym zaangażowaniu planujemy nasze wypady tak, by poznać nowe miejsca od strony kultury, kuchni oraz szczególnie przyrody. Lubimy alternatywne trasy off- roadowe, tułaczkę po bezdrożach i survival w dziczy. Interesuje nas każda możliwość przemieszczania się pomiędzy dwoma miejscami – żeglarstwo morskie i lądowe, trekking, wycieczki motocyklowe i rowerowe a nawet jazda wierzchem.
Stąd właśnie wziął się pomysł na wyprawę – pierwsze i na pewno nie ostatnie w życiu tego typu przedsięwzięcie. Dzięki fantastycznemu projektowi 4 KONTYNENTY, który otworzył nam wszystkim oczy i przekonał, że CHCIEĆ TO MÓC oraz własnemu zamiłowaniu do przygody powstał wstępny plan podróży. Naszym nadrzędnym celem jest dotrzeć ze stolicy Argentyny – Buenos Aires do tytułowego i owianego legendą Końca Świata (Fin Del Mundo), czyli Ushuai – najdalej wysuniętego miasta Ziemi Ognistej. Do pokonania czekających nas setek mil chcemy wykorzystać jak najwięcej różnych opcji transportu – samolot, pociąg, autobus, samochód, motocykl, jacht, prom, oczywiście własne nogi oraz zwierzęta przewidziane do jazdy wierzchem – konie i osły. Chcemy poznać tamtejszą kulturę, ludzi, kuchnię oraz zwiedzić parki narodowe wraz z ich fascynującą florą i fauną. Nie zastanawiaj się więc – niczym pionierzy i dawni odkrywcy dotrzyj tam z nami – na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Jesteś już zdecydowany? – świetnie – poniżej przedstawiam wstępny zarys wyprawy eksploracyjnej po nieznanym kontynencie. Masz jeszcze wątpliwości? – daj się przekonać czytając, jakie możliwości przed Tobą i co też może Cię czekać.
Naszą wielką przygodę zaczniemy w październiku w Buenos Aires (1)- stolicy tanga i wołowiny argentyńskiej. Po zwiedzaniu miasta i okolic oraz przejażdżkach konnych po ranczach czeka nas przeprawa do Mendozy (3), położonej w północno – zachodniej części kraju, będącej jednocześnie jedną ze światowych stolic wina. To ponad 1000 km drogi lądowej do popisu. Północna część Argentyny posiada kilka połączeń kolejowych, możemy wybrać ją jako sposób transportu. Po drodze, ciekawym przystankiem stanie się sanktuarium Difunty Correi (2), świeckiej „świętej” męczennicy, przy której kapliczce zostawimy drobne dary na wszelką pomyślność. Kolejny przystanek to osławiony „Dach Ameryk”, jeden z siedmiu najwyższych szczytów naszego globu, Aconcagua (4). Nie jesteśmy alpinistami, poza tym wejście na szczyt zajęłoby nam zbyt wiele czasu – planujemy dotrzeć do stacji campingowej, skąd można podziwiać wspaniałe widoki. Jednym z pomysłów do opracowania jest przejście przez granicę z Chile i zawitanie do Santiago (5), miasta osławionego w wielu pieśniach żeglarskich, a stamtąd przebyć choć kawałek jednej z najpiękniejszych tras motocyklowych po Chile. Punktem, którego nie można pominąć jest trekking i jazda na osłach w pobliże charakterystycznie podwójnego szczytu Fiz Roy (6). Jak w przypadku Aconcagua – przyznajemy się bez bicia, że nie mamy umiejętności, aby uderzyć na szczyt, zadowolimy się więc buszowaniem po okolicach. Nie ma Argentyny bez Perito Moreno (7) – najsłynniejszego lodowca, którego powierzchnię można eksplorować podczas trekkingu z wynajętym przewodnikiem. Tereny środkowej Patagonii obfitują w parki krajobrazowe, planujemy większy wypad po wybranych z nich, zgodnie z ustalonymi pętlami pieszymi. To doskonała możliwość, aby spełnić się jako traper – z plecakiem i całym ekwipunkiem, przemierzając dzikie ostępy, będziemy walczyć ze swoimi słabościami. Tutaj dotrzemy do celu naszej podróży- Końca Świata (8), miejsca którego widokiem cieszyć oko mogło niewielu. Zobaczymy tu kolonie Pingwinów Magellana, fok, słoni i lwów morskich. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zaokrętujemy się na jacht S/Y 4 KONTYNENTY i popłyniemy do stolicy Falklandów – Stanley (9). Ostatnim zaplanowanym przeze mnie punktem jest półwysep Puerto Piramides (10). Położony w środkowej Argentynie, na wschodnim wybrzeżu jest punktem wypadowym dla morskich wycieczek na tereny wielorybów. Te ogromne ssaki przebywają tam od sierpnia do grudnia, będziemy mieć więc niebywałe szczęście i możliwość podziwiania ich w ich naturalnym środowisku.
Na taką eskapadę należy się odpowiednio zabezpieczyć, trzeba załatwić wszelkie formalności (paszporty, szczepienia, ubezpieczenia, bilety lotnicze) oraz dobrze zaplanować trasę. Jedziemy na drugi koniec świata – każdy dzień zwłoki na miejscu, spowodowany niedokładnym przygotowaniem jest dla nas niepowetowaną stratą. Należy jednocześnie zaopatrzyć się w rozsądny sprzęt outdoorowy – mamy w założeniu dużo biwakowania, więc dobry i lekki namiot stanie się niezastąpiony. Cała podróż wymagać będzie 4 do 6 tygodni, jest to więc również ważna kwestia pod względem planowania urlopu. Poza tym – co tu dużo mówić – pomoc w organizacji będzie dla mnie nieoceniona, szczególnie iż na co dzień jestem osobą zapracowaną i nie zawsze mam czas na organizację wszystkich swoich zamierzeń.
To tylko kilka zdań, które mogą przekonać Cię o słuszności stwierdzenia, że CHCIEĆ TO MÓC. Serdecznie zapraszam do uczestnictwa w tym niecodziennym wydarzeniu, jakim jest podróż do Fin del Mundo. W kupie siła, razem stwórzmy coś wspaniałego i dajmy się ponieść naszym marzeniom. Już dziś rusz z nami na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Zapraszam do udziału

Joanna Romek

joanna@4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Arktyka 2017 – w przededniu zapisów

„Potrzebni mężczyźni na niebezpieczną podróż. Niskie płace, praca w skrajnym zimnie, przez wiele godzin w całkowitej ciemności. Bezpieczny powrót wątpliwy. Honor i uznanie w przypadku sukcesu”.

Tej treści ogłoszenie Ernest Shackleton umieścił w „The Times” ponad sto lat temu rozpoczynając nabór członków swojej ekspedycji na dalekie południe. My – w jakimś sensie kontynuując jego dzieło – wybieramy się jednak na daleką północ – do mroźnej Arktyki. Przed nami wiele wyzwań organizacyjnych i żeglarskich, ale kluczem do sukcesu są wartościowi członkowie wyprawy, każda z osób tworzących załogi poszczególnych etapów oraz osoby, które wykonają ogrom pracy na lądzie.

Kogo poszukujemy? Tym razem i mężczyźni i kobiety. Na zarobek nie ma co liczyć. Pracy i trudu dużo, i w dzień i w noc. Bezpieczny powrót wszystkich podstawą – wzorem Shackleton’a – który pomimo ekstremalnie ciężkich warunków i licznych niebezpiecznych przygód nie stracił nikogo.  Poszukujemy młodych duchem i odważnych ludzi, którzy zechcą porzucić swoją codzienność i wyruszyć z nami na pokładach jachtów.

Co w zamian? Honor i uznanie w przypadku sukcesu naszej wyprawy, wielka żeglarska przygoda oraz satysfakcja. Cudowne miejsca po drodze, pokonanie słabości i sprawdzenie siebie. To chyba dużo …   

Kategorie
Blog

Startujemy z blogiem

Celem blogu jest propagowanie naszych działań, pomysłów, marzeń. Zamierzamy w nim opisywać również to co myślimy, robimy i planujemy – a także poruszać tematy związane z żeglarstwem, górami, podróżami … 

Zapraszamy wszystkie osoby do włączenia się w komentowanie pojawiających się wpisów, chcemy, aby nasz blog żył. Osoby związane z naszą fundacją, mające ochotę współtworzyć blog, pisać własne teksty – proszone są o kontakt na adres: fundacja@4kontynenty.pl

Kategorie
Trekking

Weekendowy wypad na Małą Fatrę

Piątkowa gonitwa w robocie, by jak najszybciej skończyć i wreszcie śmignąć w górki. Prawo Murphy’ego ( „jak coś się może zepsuć, to popsuje się na pewno” ) jest jednak niezawodne, toteż ostatecznie udało się ruszyć dopiero ok. 19.00. Odleciały więc w dal marzenia o sutych zakupach w słowackim sklepie ( czynne do 21.00 ), wykorzystaliśmy ostatnią deskę ratunku w postaci stacji paliw. No! Przynajmniej z pragnienia nie umrzemy 😉 Do Stefanovej obie załogi ( śląska i krakowska ) dotarły w zbliżonym czasie ok. 23.00, więc wieczór integracyjny przeciągnął się w długą noc. Było warto 😀

Czas chyba przedstawić ekipę, bo choć nieliczna była ale za to nadzwyczaj różnorodna:

Fundacja 4kontynenty: Alicja, jej siostra Natalia i tzw. „Młody” oraz Ewa ( przez brata ). No i ja – od jakiegoś czasu;

Chatka Skalanka: Wojtek, Dżeju – no i ja;

Klub Góry-Szlaki: tym razem tyko ja.

Natalia i Młody postanowili przez sobotę pozwiedzać okolicę, a na szlak zostało 5 osób, więc jednym autem zjechaliśmy do Bieleho Potoka, skąd zielonym szlakiem ruszyliśmy w górę. Czas nie gonił, spacerowym tempem można było podziwiać małofatrzańskie widoki – tym razem w jesiennym przebraniu 🙂 Podejście szczytowe na Maleho Rozsutca przysporzyło trochę emocji Ewie, bo pierwszy raz miała kontakt z ołańcuchowanym szlakiem, ale poradziła sobie wzorowo.

Na sedlu Medzirozsutce rozdzielilismy się, gdyż Ala i Ewa już nie chciały na Velkeho a Wojtek i Dżeju chcieli. Ja się nie rozerwę, więc postanowiłem towarzyszyć damom – że niby gentelman jestem 😉 Po powrocie do Stefanovej trzeba było jeszcze drugim autem podjechać po pierwsze, ale przy okazji dało się zaliczyć Lidla w Terchovej, więc……znów z pragnienia nie umrzemy.

W niedzielę krakowska załoga wybrała się w Nizke Tatry, zaś śląska postanowiła zrealizować plan do końca: wycieczkę w Janosikove Diery. Drzewa w jesiennych barwach, potoki, wodospady, wąwozy…….nuuuudy. Nie ma co opisywać 😉 Lepiej spojrzeć na zdjęcia. Na fejsie zamieszczam zajawki tylko, więc jak ktoś chce sobie pooglądać całość to zapraszam tutaj:  (klik)

A….jeszcze podziękować chcę całej ekipie za towarzystwo w czasie tego weekendu. Mam nadzieję, że się podobało.

 Grzegorz Grochowski