Kategorie
Blog

„Znów na wieloryby, wyruszysz jak ja”

Kolejny przystanek na drodze. Puerto Madryn. Miasto od setek lat żyjące dzięki obecności wielorybów. Jednak jakże bardzo zmieniło się podejście do tych legendarnych ssaków. 
Do 19 wieku polowano tu na wszelkie morskie stworzenia- wieloryby, lwy i słonie morskie oraz foki. Ze wszystkiego wytapiano tłuszcz, służący potem jako paliwo. Ze względu na to Puerto Madryn było jednym głównych portów przeładunkowych tamtych czasów. 
Co teraz? Zakaz połowu i ochrona ssaków morskich spowodowały… ogromny rozrost turystyki. Puerto Madryn to brama do mekki turystyki oceanicznej- oddalonego ok. 100 km miasteczka Puerto Piramides. To ścisły park narodowy.

Aby w pełni cieszyć się wszystkimi atrakcjami, warto wykupić całodniową wycieczkę. Impreza dosyć droga, jednak za cenę ok. 120 USD za osobę otrzymacie:
– przejazd wycieczkowym busem tam i z powrotem, 
– pomocne informacje od kierownika wycieczki (mówiącego po hiszpańsku, francusku i angielsku),
– ok.  2 godzinny rejs motorówką, podczas którego „wieloryby jedzą ci z ręki”,
– wycieczkę dookoła całego półwyspu, podczas której odwiedza się kolonię pingwinów, lwów i słoni morskich oraz fok, 
– atrakcje niezapowiedziane w formie nandu, guanako, kapibaro- podobnych, pancerników, wszelkiego ptactwa, jaszczurek, czarnych wdów i skorpionów.

Czy warto, zapytacie? Wycieczka jest wygodna i turystyczna. Nie licząc wielorybów i nieplanowanych atrakcji, znajdujemy się w dość dużym oddaleniu od zwierząt. Wszyscy patrzą nam na ręce, żeby czegoś przypadkiem nie dokarmić i nie pogłaskać. Jednak, pomimo tych dla nas oczywistych wad, nie ma tu innej możliwości zażycia dzikiej przyrody i poznania cudów natury. Dlatego wycieczce do Puerto Piramides mówimy zdecydowanie TAK. 
Nie sposób opisywać tu naszego zadowolenia ze spotkania wszystkich zwierząt, dlatego robić tego nie będziemy. Zdjęcia poniżej, w delikatnym stopniu mogą pokazać to, co dane nam było ujrzeć. Jednak, jeżeli kiedykolwiek rozważaliście poznanie takiej przyrody i macie ku temu środki- nie wahajcie się i przybywajcie tłumnie do Puerto Piramides.

Nasze dwa noclegi wpadły na bardzo przyjemnym kampingu za miastem. To stała tendencja- jeżeli jako nocleg wybierasz kamping, do centrum masz bardzo daleko. Pomimo tego, ok. 4 km spacer wzdłuż wybrzeża można spokojnie zaliczyć do przyjemności. 

Drobne ciekawostki cieszą:

– Pancernik ze zdjęcia to ponoć tamtejsza gwiazda. Pozwala się fotografować z bardzo bliska i pomimo znaku zakazu („Nie karmić pancerników! „) zawsze trafi mu się coś dobrego.     

– Pod koniec tutejszego lata (ok. marca) do Puerto Piramides przybywają orki. Można wtedy podziwiać ich spektakularne polowanie na pozostałe ssaki morskie.

– Wieloryby przypływają do zatoki w lipcu, gdzie rodzą młode. Okres naszego tu pobytu to ostatni dzwonek, aby podziwiać rodziny matki z dziećmi. W okolicach grudnia każdy szanujący się wieloryb migruje w stronę Antarktydy.

– Cel „głaskanie pingwinów” tym razem nie został osiągnięty. Juan, nasz przewodnik, pozostał nieugięty i śledził każdy nasz ruch. Pingwin (pomimo że w odległości na wyciągnięcie ręki) leżący bezpośrednio pod znakiem „Nie głaskać pingwinów!” stanowi dość kontrowersyjny cel.

Zadowoleni z kolejnych owocnych przeżyć mkniemy okazjonalnie tanim i luksusowym autobusem ku kolejnej przygodzie. Porzucamy wschodnie wybrzeże i ruszamy ku zachodniemu. Lodowce czekają na nas już od wieków, najwyższy czas odpowiedzieć na ich wołanie.

Aby tradycji stało się zadość, na koniec kolejna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała, które z całą pewnością pozwolą Wam odnaleźć się w trudnych sytuacjach:

– W każdego typu lokalu zamawiaj butelkowe piwo o pojemności 1 litra. Będziesz miał podwójną przyjemność: z dzielenia piwa z towarzyszem oraz z ciężaru peso pozostałych w twojej kieszeni. 

– Na wszelkie zaczepki typów spod ciemnej gwiazdy (prawdopodobnie chcących od ciebie pieniędzy) odpowiadaj „no espanol, only english”. Sprawdza się praktycznie zawsze, ponieważ niewiele osób mówi tu po angielsku. Jedyny raz zasada nie sprawdziła się w Buenos Aires, gdy lokalny menel zaskoczył nas poprawną angielszczyzną na wysokim poziomie.

– Argentyna, którą widzimy, nie zna pojęcia konkurencji. Po odwiedzeniu większości biur, oferujących wycieczki wielorybnicze, stwierdzamy że ceny nie różnią się ani o 1 peso. W momencie zmiany lub końca sezonu można próbować prosić o rabat. W przypadku autobusu zyskaliśmy 150 zł zniżki, a wycieczki 200 zł. 
– Argentyna składa się w dużej mierze z imigrantów pochodzenia hiszpańskiego i włoskiego. Mężczyźni w szczególności, jak nakazuje kultura latynoska, niezwykle dbają o swój wygląd. Prawdopodobnie przez używanie dezodorantów oraz lakierów do włosów stworzyli dziurę ozonowa :). Słońce, nawet przy średniej temperaturze piecze tu na skwarki, a życie staje się pasmem cierpienia (szczególnie przy 20 kg plecaku na spalonych ramionach). Europejczycy- smarujcie się tu kremem bez opamiętania! W moim przypadku piekło, piecze i będzie piekło. Flaga polski na udach delikatnie traci na kontraście.

– Nie bójcie się zamawiać owoców morza. Są tu na prawdę świeże. W Puerto Piramides jedliśmy najlepsze w życiu krewetki. Dla odważnych można wybrać mieszankę owoców morza, wyglądającą na talerzu jak obcy z kosmosu. Skład to niespodzianka zależna od lokalizacji. Brawa dla Argentyńczyków za termos na butelkowane piwo wykonany ze styropianu.

Kategorie
Blog

Ratamatata, czy to Koniec Świata? Nie – to Mar del Plata.

Pan Stanisław i Pani Eduarda to małżeństwo polonijne mieszkające tu od ponad 50 lat. Zgotowali nam wręcz królewskie przyjęcie, pokazując swoje okolice przez 3 dni. 

Obydwoje są patriotami: tworzą zgromadzenia Polonii Argentyńskiej, interesują się historią i aktualnościami naszego kraju. Obydwoje wyjechali z kraju jako dzieci.                            
Mar del Plata żyje głównie z turystyki i rybołówstwa. Poza sezonem większość nadmorskich apartamentów stoi pusta. Prócz kosztownych siedzib na czas wakacyjny, dla lepszego sampoczucia  (bądź też z innych bliżej mi niezrozumiałych  powodów) w dobrym tonie jest wynająć jedna z tysięcy budek na plaży (zdjęcie poniżej). 

W pierwszym dniu pobytu pojechaliśmy do portu oraz na nabrzeże. Wspaniała okazja, aby oglądać kolonię lwów morskich. Zwierzaki wylegiwały się na lądzie, pozwalając się oglądać z pewnej odległości. To naprawdę duży kawałek ssaka. Pomimo moich chęci do głaskania wszelkich zwierzaków- temu wolałabym się nie narażać. 
Gdy tu będziecie, nie możecie ominąć najważniejszego w mieście punktu kulinarnego. W bliskiej okolicy portu każda większa firma rybacka ma swoją restaurację. Podawane w niej specjały pływały sobie jeszcze w najlepsze w oceanie tego samego dnia. Zdecydowanie jedliśmy tu najlepsze owoce morza w swoim życiu. Pomimo, iż wołowina argentyńska jest chyba najlepszym mięsem na świecie, to przy popołudniowych frutti di mare popijanych białym winem z lodem, w wyśmienitym towarzystwie naszych gospodarzy… wołowina wypada odrobinę słabiej.
Pan Stanisław wraz z żoną od 38 lat są właścicielami kampingu oddalonej o około 100 km od Mar del Platy. Znajduje się on w jednej z kilku ekskluzywnych kurortów nadmorskich, gdzie urlop spędza duża część  Argentyny. Nasi gospodarze na czas sezonu wakacyjnego (od grudnia do marca) uciekają z Mar del Platy, aby prowadzić swój kamping. Jest to dla nas zrozumiałe- w tym czasie w Mar del Plata z 750 tys mieszkańców robi się nagle 4 miliony. 
Argentyna, jak się powoli przekonujemy to dość niebezpieczny kraj. Mieszkańcy mają swoje sposoby, aby unikać zagrożeń. Wszyscy właściciele domów jednorodzinnych po godzinie 20 opuszczają rolety antywłamaniowe, włączają alarmy i monitoring. W domu robi się ciemno i czujesz się jak w schronie przeciwatomowym. Telewizja to również koncert skrajności. Wiadomości są przytłaczające i przerażające. Na zmianę morderstwa, strajki i korupcja w polityce. Jak już się człowiek nasłucha tych wieści, jako rozrywkę oferują zawiłe telenowele z „doskonałą” grą aktorską. I jeszcze na poprawę humoru (seriale są również dosyć dołujące) niezwykle modny show, czyli taniec w kieliszkach wody. Główny performer, Flavio to pomieszanie mężczyzny z „Drag Queen” rodem z Las Vegas. Na zewnątrz zło i występek, ale ludzie ze swoich bunkrów kibicują Flavio… Show must go on.

Pierwsza kąpel w Oceanie Atlantyckim. Woda raczej zimna (18st.), diabelnie słona, z ogromnymi falami. Zawsze pamiętajcie o zabezpieczeniu swoich rzeczy na czas kąpieli. Kradzieże są tu na porządku dziennym.          

Z cyklu Drobne Ciekawości Cieszą :
– Dwie najpopularniejsze marki yerba mate Amanda i Rosamote to firmy założone przez przybyłych tu ok. 19 wieku Polaka i Ukraińca     
– Również związane z przybyszami- skąd tu tyle owczarków niemieckich, hmm?            
– W drodze na kemping Pana Stanisława widzimy ogromne połacie terenów przeznaczonych pod hodowle krów, koni oraz nandu (rodzaj strusi). Ciekawostka, która cieszy (przynajmniej mnie)  to fakt, że ptaki te zawsze pozostawiają jedno jajo poza gniazdem. Gdy pozostałe młode się wyklują, wspomniane jajo zostaje rozbite, a muchy i inne robactwo, które przychodzi do suto zastawionego zgnilizną koryta, staje się tym samym żywą karmą dla młodych nandu.
– Ostatnia Dobra Rada Wujka Rafała dotycząca dawania napiwków nabiera dużego znaczenia, im bardziej zagłębiamy się w ten ciekawy kraj. Przekonaliśmy się o tym po raz kolejny, jeszcze w Buenos na dworcu autobusowym. Do autobusu podchodzi facet spoza obsługi, zabiera twój bagaż i wrzuca do luku. Po czym odwraca się do Ciebie i czeka. Czeka dłużej, a po braku reakcji krzyczy „Pagar! Pagar!” (Płacić! Płacić!). „Porque?” (Dlaczego?). Niedoszlifowany hiszpański nie pozwala zrozumieć odpowiedzi. Robi się delikatny młyn i dwójką młodych za nami tłumaczy w prostych słowach, że trzeba dać napiwek… bo trzeba. To samo w przypadku nieoficjalnego parkingowego, który pomaga w lokalizacji miejsca, zatrzymuje dla Ciebie ruch i chroni przed mandatem za parkowanie. Takich profesji jest pewnie znacznie więcej, jednak jak na razie poznaliśmy tylko te. 

Po porządnym odpoczynku, jaki zafundowali nam nasi polonijni gospodarze przyszło nam porzucić komfort. Udajemy się w 15 godzinną podróż do Puerto Madryn. Od tej pory pozostajemy juz bez opieki hostów i innych pomocnych nam ludzi. Mam nadzieję, że nabraliśmy już na tyle śmiałości i choć trochę poznaliśmy tutejsze zwyczaje, żeby poradzić sobie w dalszej drodze. Do dzieła! 

Na koniec, tradycyjna porcja Dobrych Rad Wujka Rafała:       
 – Zawsze wciągaj brzuch do zdjęć na plaży.           
– Kiedy jesteś na plaży w słoneczny i gorący dzień, chociaż raz, raz jeden jedyny spróbuj zabrać ze sobą i użyć kremu do opalania. Styl opalenizny „na raka” albo „flaga Polska” nadal pozostanie pase w tym sezonie
Kategorie
Blog

Buenos dias, Buenos Aires!

Ostatnia moja relacja zakończyła się na nieudanej próbie porozumienia z                 obsługą lotniska w Sao Paulo. Nie do końca rozumiejąc, zdecydowaliśmy się przesiedziec całe 8 godzin na miejscu. Prawdopodobnie aby wyjść poza terminal należało w specjalny sposób przedstawić się policji na zewnątrz i chyba coś zapłacić. Niechęć do Brazylii za brak możliwości wyjścia oraz niezwykle wysokie ceny towarzyszyła nam przez cały okres oczekiwania. W końcu wsiedliśmy do samolotu i po trwających wieczność 2 godzinach (podczas których nie opuszczała nas  świadomość rychłej śmierci spowodowanej stanem technicznym maszyny) dotarliśmy. 
Buenos Aires to miasto, w którym gubią się nawet lokalsi. Nasz tutejszy host, Edd powiedział nam to od razu po pierwszym spotkaniu. Odbiegając od latynoskiego poczucia czasu, Edd zjawił się na ustalonym miejscu 10 minut za wcześnie. W związku z tym zdecydował że pójdzie zjeść lunch i… spotkaliśmy go wreszcie 1,5 h po ustalonym czasie, wykorzystując wszelkie nasze pomoce elektroniczne aby dotrzeć do nowego miejsca. Edd to wiecznie uśmiechnięty Wenezuelczyk, który w Buenos robi doktorat z farmacji. Obdarzył nas całkowitym zaufaniem zostawiając nam klucze do mieszkania, gdzie mogliśmy znaleźć kawałek swojego kąta.
Rzeczywistość Buenos Aires jest zupełnie inna od wszystkiego, co do tej pory znaliśmy. Ponad 12 milionów mieszkańców. Setki autobusów o wyglądzie przypominającym american dream lat 60 gnają na złamanie karku we wszystkie strony. Kierowcy ścigają się ze sobą, a stojąc na światłach lub w korkach otwierają drzwi, wychodzą z szoferki i plotkują ze sobą w najlepsze. Od razu rozwiewamy wszelkie wątpliwości dotyczące pieniędzy. W Buenos istnieje wiele bankomatów, które są czynne i można z nich korzystać. Jest to mało opłacalne dla nas, Europejczyków, jednak możliwe. Można również wymienić dolary na peso po dobrym kursie, i to nie na niepewnym czarnym rynku, gdzie zło czai się na każdym kroku, ale po prostu w biurze sprzedającym bilety autobusowe międzynarodowe lub na lotnisku. Tak więc pomimo, iż jest tu sporo rzeczy mających wydźwięk komunistyczny (jak punkty telefoniczne do zamawiania rozmów zamiejscowych oraz telewizja na pieniądze na dworcach) to przy odrobinie hiszpańskiego i szczęścia da się tu przeżyć bez uszczerbku na zdrowiu. 
Dużo czasu spędziliśmy zwiedzając oazę przyrodniczą w Puerto Madera. To mocno wysunięty półwysep z parkiem krajobrazowym. Niestety  ani papugi, ani wszędobylskie świnki morskie, ani wielkie jaszczurki nie dały się pogłaskać, mimo moich starań i prób. 


Drobne ciekawostki cieszą:

  • Jeżeli przybędziecie do Buenos, musicie spróbować prostego dania serwowanego w wielu barach i podobnych wyszynkach kiepskiej renomy- kanapki z wołowiną (sandwich con vacio). Co w niej takiego siedzi, zapytacie? Odpowiem prosto – prawie połowa krowy. Argentyna sprawia wrażenie, jakby chleb był na wagę złota (dlatego dają jego skromne racje), w przeciwieństwie do mięsa, którego ilości w jednej porcji zaspokoją zapotrzebowanie dla niewielkiej rodziny i to z psem.
  • Całuśny Rafał. Po całowaniu girońskiego lwa w tyłek, przyszedł czas na całowanie mężczyzn. Niech nikt się nie dziwi, w kulturze latynoskiej całowanie na powitanie mężczyzn w policzek (nawet tych nowo poznanych) leży na porządku dziennym. Tak się zdarzyło, że podczas naszego pobytu Edd przedstawił nas całkiem licznej grupie kolegów.
  • Buenos Aires to miasto kierujące się własnym poczuciem smaku i gustu. To jednocześnie mekka dla kundli i wszelkich bezrasowych psów. Podczas naszych wielogodzinnych przechadzek nie uświadczyłam żadnych psów rasowych.
  • Yerba mate na każdym kroku. Do kupienia zarówno na straganach dla turystów, w marketach, sklepach z drobnym agd. Ciekawie wygląda paczka tej dla nas egzotycznej  herbaty, jako jeden z produktów wykonywanych jako „pewniak” Carrefoura oferowany w promocyjnej cenie ok. 4 zł.

Drugi z wieczorów przyszło nam spędzić w wesołym towarzystwie Wenezuelczyka i Francuza. Podczas popijania wina wymienialiśmy się opowieściami o swoich państwach. Dowiedzieliśmy się, że Wenezuela jest aktualnie najniebezpieczniejszym państwem na świecie. Na porządku dziennym jest znikanie ludzi bez śladu i zabójstwa spowodowane skrajnym ubóstwem. Dodatkowo panuje tam ustrój w rodzaju post-komuny gdzie dobra i żywność nadal są racjonowane. Nasz gospodarz obiecał nam, że na drugi dzień zabierze nas do dzielnicy robotniczej La Boca, twierdząc iż lepiej będzie jeśli będziemy mieć lokalsa za przewodnika, bo z bezpieczeństwem tam bywa różnie, o czym mogliśmy się później przekonać.


Jak Edd obiecał, tak zrobił. W nasz ostatni dzień zabrał nas do La Boca. To miejsce, gdzie  dawniej mieszkała biedota, miejsce straganów ulicznych i tanga pod gołym niebem. Bajecznie kolorowa. Dlaczego? Ponieważ gdy zbudowano ją w większości z blachy falistej, była tak brzydka, że mieszkańcy nie mogli na nią patrzeć i użyli wszystkich dostępnych kolorów, żeby nie była taka posępna. W La Boca jest tylko niewielka część turystyczna. Pozostała część to slumsy, gdzie lepiej się nie zapuszczać. Z Eddem wyszliśmy z oazy turystyki dosłownie ulice dalej. Przy sklepie pierwsza banda „ese” pijących piwo, i złowrogo na nas spoglądających. Druga banda na przeciwko, leniwie rozłożona na chodniku. Pytanie do Edda: „dlaczego idziemy środkiem ulicy, czy nie szukamy tym zaczepki?”. I jego odpowiedź, z lekkim czarnym humorem: „W La Boca chodzisz środkiem drogi, bo jest trudniej wciągnąć cię w ciemny zaułek albo też przycisnąć do którejkolwiek ściany budynku.” W sumie rozsądne…

W ten dzień mieliśmy również okazję zobaczyć demonstrację na Plaza del Mayo, czyli sercu miasta. Tym razem feministki, że swoim „La marche de las putas”. Jak słyszeliśmy z kilku źródeł, Argentyńczycy uwielbiają protestować. Gdy tu będziecie, zajrzyjcie na Plaza del Mayo- coś ciekawego, o co trzeba walczyć, na pewno da Wam o sobie znać w formie krzykliwego protestu, piosenek, bębniarzy, nagości i wymalowanych transparentów i ciał. Poza tym Argentyna boryka się z podobnymi problemami, co Polska. Hasła nawołują: „obalić rząd”, „stop przemocy wobec kobiet”, „większe płace”, „uwolnić Janinę” (że co? „Libertad a Yanina!” patrz zdjęcie poniżej”).
Po ciekawych i wyczerpujących przeżyciach zostawiamy żywotne miasto tanga i kanapek z wołowiną. Wsiadamy w autobus i wyruszamy w dalszą podróż w nieznane, aby na końcu dotrzeć do osławionego Końca Świata.

Tradycyjnie, na końcu, ale nie mniej ważne: 


Dobre rady Wujka Rafała:
1. Nie zniechęcajcie się wyglądem lokalu, w którym chcecie zjeść. I porzućcie wszelkie nauki odebrane z domu dotyczące lokalizacji i higieny tych miejsc. Najlepszą jadłodajnię znaleźliśmy przy dworcu. Wyglądała jak wyszynk z czasów komuny. Brud, smród i ubóstwo, drzwi toalety najlepiej otwierać z buta, ale liczba lokalsów sugeruje, że należy tu zostać. Piwo podawane w czarnym kuflu wykonanym z zabawnego materiału 

ABS (dla niewtajemniczonych, to materiał, z którego w Polsce robi się pokrywy akwariowe oraz skrzynki narzędziowe) „prawdopodobnie” nie nadającym się do kontaktu z żywnością. 
Reasumując:
– piwo pyszne
– jedzenie niebiańskie
– brak rewelacji żołądkowych (szczepienia i probiotyki dają radę)

2. Dawaj napiwki. Mina kelnera po ich nieotrzymaniu śni się po nocach. A do lokalu boisz się wrócić, w obawie przed zemstą kelnera. Za zwyczajowe 10% kupujesz czyste sumienie. 

Kategorie
Żeglarstwo

Listopadowy Bałtyk z 4K – 12-19.11.2016 r.

Listopad na Bałtyku – to duża niewiadoma. Raczej należy spodziewać się trudnych warunków i zimna. Zebrała się jednak grupka „wariatów”, którzy postanowili zmierzyć się z przeciwnościami i skosztować osławionego niedźwiedziego mięsa. 2 dziewczyny: Aga i Hania, panowie: Maciek, Paweł, Zbyszek oraz József – Węgier z Budapesztu. No i ja, jako kapitan całej imprezy.

Tydzień przed nami w podobny rejs wybrała się również ekipa 4kontynenty, pod komendą kapitana Marka Kapołki, z Mariuszem na pokładzie oraz innymi szaleńcami. Z ich opowieści wynikało, że warunki wiatrowe mieli korzystne, ale zimno, mróz – dało się im ostro we znaki. I że nie raz musieli odgarniać śnieg z pokładu. Dopłynęli do Kłajpedy i wrócili.

Tak więc w sobotę 12 listopada wszyscy spotkaliśmy się w porcie Gdynia, oni kończąc rejs, my wsiadając na ten sam jacht Quantum of Solace. W karcie jachtu: Pleasure Yacht. Przywitało nas zimno oraz nienajlepsze prognozy sztormowe na najbliższy tydzień.

Sobota okazała się być bardzo intensywnym dniem. Wymiana załóg, przejęcie jachtu, zaprowiantowanie. Dodatkowo w ekipie kapitanów zaplanowaną mieliśmy wizytę w Gdańsku, w trakcie której szczegółowo obejrzeliśmy wyciągnięty już na ląd jacht Sifu of Avon – jednostkę na której w przyszłym roku udamy się na wyprawę Arktyka 2017.

W tym dniu również na Darze Młodzieży odbyło się coroczne spotkanie Bractwa Kaphornowców, niestety przez natłok spraw nie udało mi się uczestniczyć – ale miałem okazję spotkać wielu z moich przyjaciół.

Do 18 wszystkie sprawy zostały już pozałatwiane, oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w morze. Nowy jacht, nowa załoga, dużo niewiadomych – kurs w stronę Władysławowa, Łeby. Prognozy dawały nam jedynie szanse na dojście do Bornholmu i wątpliwą opcję na powrót.

Kiedy minęliśmy półwysep Hel i skierowaliśmy się na północny zachód, napotkaliśmy armadę 11 jachtów wracających z „Bałtyku dla odważnych”. Wzajemne pozdrowienia z licznymi znajomymi, kapitanami na radiu UKF. Poczuliśmy się przez chwilę mniej osamotnieni na morzu, to nic, że płynęliśmy przeciwnymi kursami …

Koło północy zaczęliśmy dostrzegać kuszące światła Władysławowa, zachęcające do przespania części nocy w bezpiecznym porcie. Skusiliśmy się, bo było zimno, pojawiła się już też choroba morska. Tuż przed drugą w nocy padła komenda „tak stoimy”. Poza nami nikogo. Jedyny odpowiedniej szerokości dla naszego jachtu y-bom był wolny. Nocleg, ciepło, spokój. Do rana na pewno stoimy. Co dalej? – przyniesie wstający za kilka godzin świt.

Niedziela – 13 listopada. Zdziwiona mina pana, który zamierzał przygotowywać się do demontażu urządzeń portowych, a tu mu jakiś jacht wpłynął. Spokojnie – już wypływamy, kierunek Łeba. Kiedy wychyliliśmy się zza Rozewia, wiatr i fala się wzmogła. Nie znałem wcześniej możliwości tego Dufour’a, ale przy bajdewindowych 4-5 szedł pod falę naprawdę fajnie, momentami pod 10 kt. W między czasie rozstrzygnięty został konkurs na Prezesa, tak więc reszcie trochę ulżyło. Tym bardziej, że niemal połowa z nas była pierwszy raz na morzu. Nie przeszkadzało to jednak wszystkim stawać po kolei za sterem i uczyć się prowadzenia jachtu w tych nieprostych warunkach. Ja testowałem odporność swojego ubrania na zimno. Odzież termiczna, bluza, softshell, kurtka puchowa i na to nowy sztormiak Musto. Na nogach dwie pary ciepłych skarpet oraz ocieplane kalosze Lemigo. Dawałem radę, ale zbyt dużego komfortu nie było. Może również dlatego, że od soboty dopadło mnie przeziębienie i czułem się nie najlepiej oraz byłem dość osłabiony.

W nagrodę za nasze trudy przywitał nas przepiękny zachód słońca, a gdy już  zapadł zmrok za rufą, przez chmury przebijał się rekordowej wielkości księżyc, który rozjaśniał noc. Jednak brak słońca oznaczał dla nas równocześnie znaczący spadek temperatury i zrobiło się bardzo zimno. Całe szczęście główki Łeby były w odległości kilkunastu mil, a kierunek wiatru nie wymuszał halsowania. Kiedy byliśmy już w rejonie boi podejściowej nawiązaliśmy kontakt z Kapitanatem prosząc o zgodę na wejście do mariny. Otrzymaliśmy ją, jednakże z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem, że w ostatnim czasie wejście do portu bardzo, ale to bardzo się wypłyciło i że wewnątrz portu mamy niemal ocierać się burtą o wschodni falochron. To wąskie wejście urozmaiciła mi rozmowa z Kapitanatem portu na temat naszej bandery: Saint Vincent and the Grenadines. Czy jesteśmy polskim jachtem? O co z tym chodzi? Kiedy na koniec na pytanie czy na pokładzie wszyscy są Polakami – odparłem, że nie – to już zdziwienie było pełne … Dlatego w nagrodę przy pomoście czekał na nas partol Służby Celnej. Ale i tak wszystkie nasze kontakty z władzami portowymi były bardzo dobre. W odwiedzanych przez nas portach byliśmy jedynym jachtem. Wszyscy zauważyliśmy, że jesteśmy traktowani bardzo uprzejmie, jakby z szacunkiem, tak jakby druga strona rozumiała, że w tych warunkach pływają ludzie, którzy mają pojęcie co robią. Lub być może odwrotnie – że z wariatami nie ma co dyskutować 😉

Poniedziałek 14 listopada przywitał nas w Łebie. Noc i przedpołudnie poświęcone na integrację. Życie na jachcie ze względu na obecność Jozefa oraz to, że już bardzo zdążyliśmy go polubić zmieniło charakter. Większość rozmów, konwersacji zaczęła biec po angielsku. Jozef w mig łapał polskie słówka i z wielkim wrażeniem obserwowaliśmy jego postępy, ale podstawowym językiem stał się angielski. Szczególnie dla mnie to była niezła szkoła, bo większość rozmów prowadziłem ja, a Jozef ciekawy kwestii żeglarskich zadawał mi wiele pytań. Kolejne więc postanowienie o nauce w zimie …

Wcześniejsze ostrzeżenia o silnym wietrze zmieniły się na ostrzeżenie o sztormie, 8 w porywach do 9. Tak więc o Bornholmie nie było już mowy, z Łeby postanowiliśmy wrócić do Władka. „Czy znacie prognozę pogody?” zapytał na wyjściu Kapitanat i po otrzymaniu potwierdzenia wyraził zgodę na wyjście. A na zewnątrz czekały na nas fale jak domy, stan morza 5 (6), ale bardzo fajna długa, niemal atlantycka fala. Co ciekawe – kierunek fali i wiatru różnił się o kilkanaście stopni, w my szliśmy bagsztagami. Zapis w dzienniku po węgiersku: Nagy hullámok. Boldog legénység (duże fale, szczęśliwa załoga). Tak było, jazda fajna, uciekanie przed doganiającymi nas górami z wodą, góra dolina – tak aż do Rozewia, które znowu żegnało nas zachodzącym słońcem. Do Władka niedaleko, a morze zaczęło się wypłaszczać. Ze względu na sztorm ominęła nas opłata za postój, jednakże ani tu, ani w Łebie nie mieliśmy możliwości zatankowania wody, która była już wyłączona. A zbiorniki jachtowe na ukończeniu. Wieczorem kolejna partia w kości, 2 poprzednie wygrał kapitan, ale cóż – ponieważ jego kości 😉  – tym razem odpuścił zwycięstwo w ręce pierwszego oficera, więc hierarchia zapewniona. Po dzisiejszym dniu Jozef dyktuje do dziennika jachtowego po polsku, „kurs szto szterdzieści”. Jako załoga zgrywamy się coraz bardziej, i w manewrach portowych i w życiu pod pokładem. Dzięki webasto jest bardzo ciepło. Gdyby jeszcze nie te limity na wodę …

Wtorek 15 listopada to kolejny sztormowy dzień. Ale odcinek do pokonania krótki. Do Helu wzdłuż wybrzeża. W zasadzie wymarzona żegluga, bardzo silny wiatr, ale jeszcze bez wybudowanej fali. Mimo pełnych refów mkniemy szybko, chodź do zimna zaczął dokładać się deszcz. Brr … Jak jest na morzu mogliśmy się przekonać wychylając się zza półwyspu na te ostatnie 10 Nm. Wytrzepało nas bardzo i ze względu na falę zakręt wykonaliśmy z pominięciem półwiatru. Przed nami zabieliła się helska „cebula”, a wraz z nią poszło kilka zabawnych opowieści o przygodach w tym porcie. Niemal na pełnej prędkości minęliśmy główki, aby fala nie rzuciła nas na falochron. W środku portu trochę się uspokoiło, ale nie na tyle na ile liczyliśmy. Wszystkie kutry tańczyły przy pirsach, nawet wewnątrz basenów portowych, trochę nas to zdziwiło, ale i tak musieliśmy tu zostać na noc. Y-boomy szalały, dlatego zdecydowałem się na postój long side wzdłuż wewnętrznego pirsu w basenie jachtowym. Wszystkie odbijacze na lewą burtę, cumy, szpringi i brest, ale jacht i tak bardzo skakał. Bardzo pomocny okazał się bosman mariny, który swoim samochodem przywiózł kilka opon od wulkanizatora, w bardzo dobrym stanie, tak, że mogliśmy je bez obawy wykorzystać. Pół godziny jeszcze strojenia lin wiążących nas z pirsem i to wszystko co mogliśmy zrobić. Jacht dalej się bujał do takiego stopnia, że 2 osoby zaczęły łapać chorobę morską, ale burty były bezpieczne. Zadowoleni więc i uwzględniając życzenia chorujących osób zeszliśmy na ląd i udaliśmy się na podbój Helu. Capitan Morgan niestety zamknięty, ale pozostał jeszcze Kuter. W górę szkło, znów za „cudowne ocalenie”.   I za wodę na pomoście, którą udało się napełnić puste już zbiorniki.

Środa 16 listopada – sytuacja na morzu i zatoce zaczęła się uspokajać. Na 10 rano zapowiedzieliśmy specjalne pozdrowienia dla 4k przez kamerę on-line skierowaną na basen portowy. Poubieraliśmy więc wszyscy koszulki rejsowe i odstawiliśmy niezłą szopkę 😉 Kto nas oglądał – ten wie …

Chwilę później już opuszczaliśmy gościnny port w kierunku Jastarni. Warunki panujące na zatoce pozwoliły na wykonanie szkoleń ze stawania w dryfie oraz podejścia do człowieka. Człowiekiem testującym okazał się Stefan, czyli obijacz z dowiązaną cumą. Jozef z niedowierzaniem wyrzucił go do zimnej wody, ale kiedy dostał ster, żeby go ratować metodą półwiatrową – zrozumiał w czym rzecz. Kilka manewrów się udało, kilka razy został niemal rozjechany. Cóż – tylko trening czyni mistrza.

Podbudowani ruszyliśmy do Jastarni i mijając lewą burtą Kaszycę po chwili byliśmy w basenie portowym. Nigdy tu jeszcze nie byłem, ale miejsca mieliśmy sporo. Parkowanie, toast za „cudowne ocalenie” i „won na ląd”. Wieczór w jedynej czynnej knajpie o zastanawiającej nazwie Łóżko. Nie skusiliśmy się jednak na nocleg, tylko pognaliśmy na drugą stronę półwyspu na plażę. To zaledwie dzień temu gnaliśmy tędy jachtem. Teraz to morze – oglądane od drugiej strony wyglądało inaczej. Osoby będące pierwszy raz na rejsie – wiedziały, że już ich życie zostało zmienione. Będąc kiedyś na plaży nigdy nie będą patrzyć na wodę, fale, widnokrąg w ten sam sposób. Zostały zarażone żeglarstwem, mam nadzieję, że ląd będzie ich już zawsze parzyć, tak jak mnie – taka zemsta kapitana. Nawet w noc tak chłodną jak ta. Gwiazdy nad nami, rozmowy, szum fal, a w co niektórych rękach smartfony i aplikacja marine traffic – „Widzisz te światła na morzu, tankowiec – 80 m długości, 10 kt i płynie do Gdańska”. Wszystkie światła na morzu zostały po chwili rozpoznane. A my cóż – wróciliśmy niechętnie na jacht.

Bo czwartek 17 listopada to trasa do Gdańska. Pogoda już znacznie lepsza. I temperatura zaczęła się podnosić – 7 st. To już istne szaleństwo. Spokojnie dopłynęliśmy do główek portu, w ostatnim momencie podziwiając stojące na redzie statki. Przy Westerplatte opuściliśmy banderę do połowy masztu i oddaliśmy honory na lewej burcie. Przy okazji Jozef dowiedział się, że to właśnie tu rozpoczęła się II wojna światowa i o polskim Termopile. Kanałem portowym dopłynęliśmy do zabytkowej części miasta i po minięciu Starego Żurawia stanęliśmy w marinie. Okazało się, że wybrany został niewłaściwy pomost, bo po mimo skrzynek prądu nie było. Całe szczęście w innym miejscu już był – więc po przeparkowaniu pół szczęścia po naszej stronie. Drugie pół to woda – ale jej już nie było nigdzie. Cóż – w strojach żeglarskich musieliśmy ruszyć na zwiedzanie miasta. Nasz widok przyciągał uwagę, w tym pań zapraszających/naganiających do night clubów. Skąd ten przesąd, że marynarz po to schodzi na ląd w porcie? Mężczyźni gratis, ale panie po 320 zł za obowiązkową  lampkę szampana. Nie skusiliśmy się z wielu powodów, ot choćby z braku czasu …

Gdańsk nocą wywarł duże wrażenie na Jozefie, który  wprawdzie był wcześniej 3 razy w Polsce, ale nigdy powyżej Warszawy. Powrót na jacht, tym razem gra w oczko i zielona noc, cokolwiek by to nie znaczyło … W praktyce trochę późniejszą pobudkę następnego dnia.

Ostatni dzień rejsu, czyli piątek 18 listopada zapowiadał się sztormowo. Znowu w prognozach powróciły 9. Z południa, tak więc pewni byliśmy ochrony od strony lądu. Nie było źle. Trochę wiało, ale bez przesady. Decyzja, żeby wpaść na kawę na sopockie molo pojawiła się spontanicznie i nagle. Czemu nie? Jeśli to komuś dostarczy kolejnych wrażeń. Do tego kolejna porcja manewrów portowych, która przy tej załodze stawała się przyjemnością. Ktoś nam zrobił parę zdjęć, jakiś „wywiad”, pyszna kawa. Obok resztki rozwalonego ponad miesiąc temu mola. Wszechmoc morskiego żywiołu. Ja w tym czasie pływałem w innej części Bałtyku – na trasie Gotlandia – Lipawa i też swoje odebrałem – ale nie tak. Jednak docierały do nas relacje z Polski. Bo jeśli ludzie w Krakowie nie związani z żeglarstwem wiedzieli, że na morzu sztorm – to już dużo znaczyło.

Odpływamy, przed nami ostatnie 8 Nm do Gdyni. Delikatna nostalgia, ostatnie kilka mil na morzu w tym roku. Nasze humory zdecydowanie poprawił Jozef, który przed wejściem do mariny zapytał o możliwość zgłoszenia jachtu. Kapitanat portu, bosmanat portu i w końcu marina Gdynia byli świadkami jego krasomówczych popisów po polsku. Z pełnym sukcesem. „Jacht Quantum of Solace możecie wchodzić”.  Ile w nas było dumy i radości z jego postępów trudno opisać. Nie pozostało nam już nic innego jak dopasować się do jego poziomu i błyskawicznie przy silnym wietrze zaparkować jacht. Koniec rejsu. Ostatni raz cumy na ląd. Stoimy. By z wielkim żalem następnego dnia, kiedy zdaliśmy jacht, rozstać się z sobą na wzajem i pożegnać morze.

Ten rok był intensywny. Dobrze się też zakończył. Kilkanaście rejsów, głównie po zimnym, kilka po ciepłym. Morza i oceany, wiele państw, portów, wysp. Nocy spędzonych na wachtach, zachodów i wschodów słońca i księżyca. Ciepła, deszczu, burz i sztormów oraz wspaniałego pływania. Wielu, bardzo wielu poznanych nowych wspaniałych ludzi. Planów na przyszłość. Załóg z którymi trudno się rozstać.

Z wielką wdzięcznością dla wszystkich załóg, które powierzyły w moje ręce swój czas, bezpieczeństwo, a często i życie – kończę ten rok ze szczególnym podziękowaniem dla ostatniej ekipy: Agata, Hania, Paweł, Maciek, Zbyszek, Jozef – do zobaczenia na wspólnych trasach w przyszłym roku.

MR

Kategorie
Blog

Girona – nasz pierwszy przystanek

Girona  – miasto otoczone kamiennymi murami miejskimi, z dostojną katedrą w samym sercu. Urocze zakamarki, place oraz tradycyjne wąziutkie ulice, w których nie zmieści się dwójką ludzi pokaźnych rozmiarów. Palmy, wszędobylski (kwitnący obecnie) rozmaryn oraz kaktusy o kształcie gigantycznych pająków. To właśnie tu przyszło nam zacząć. 

Strzałem w dziesiątkę okazało się skorzystanie z couchsurfingu (dla niewtajemniczonych, to portal zbierający ludzi, którzy chcą gościć podróżników w swoim domu). Po raz pierwszy korzystaliśmy z jego możliwości. Nasz host (gospodarz) – Robert to rezolutny katalończyk dobrze mówiący po angielsku. Odebrał nas z przystanku, zaprowadzil do domu i zaproponował nocny spacer po mieście. 

Jeżeli będziecie zastanawiać się nad wyborem couchsurfingu – nie wahajcie się. Robert zafundował nam fantastyczny kawałek wiedzy historycznej, współczesnej, topologicznej i gastronomicznej dotyczącej Girony i całego regionu. 

Drobne ciekawostki cieszą:

  • Katalończycy na śniadanie zamiast masła wsmarowywują w pieczywo połowę pomidora specjalnego gatunku (dającego się przechowywać w odpowiednich warunkach nawet pół roku),a następnie dodają kilka kropel oliwy. Pomysł kupiony- od tej pory masłu i masło podobnym mówimy NIE. 
  • Pewnego dnia do naszej uroczej Girony przybył cały plan filmowy Gry o Tron. Ciekawostka dla fanów (od nas  – również fanów ). Połowa starówki została zamknięta, aby naga Cersei  Lannister z ogólną głową mogła kroczyć jej ulicami w „pochodzie wstydu” dla odkupienia swych win. Schody katedry w Gironie zastąpiły nam schody przed wielkim septem w Kings Landing. Powstał pomysł, aby Rafał odegrał rolę Cersei w celu wykonania niezapomnianej sesji zdjęciowej, jednak ze względu na warunki pogodowe mogłoby to być mało widowiskowe. 
  • Jeżeli przyjedziecie do Girony, musicie dać się ponieść tutejszemu zwyczwyczajowi . Na jednym z placów znajduje się niewielka figurka lwa, która trzyma się kamiennej kolumny. Robert wytłumaczył nam, że nie można tu być i nie podtrzymać odwiecznej tradycji. .. całowania lwa w tyłek. Aby każdemu umożliwić spełnienie powinności  (lew trzyma się kijka na wysokości 3m), zbudowane zostały specjalne schody stalowe,dzięki czemu nawet dzieci mogą dosięgnąć zadniej części figury.  Na zdjęciach widać lekkie wahanie i niedowierzanie w oczach Rafała, jednak aby nie obrazić gospodarza tradycji musiało stać się zadość .

Podsumowując, udało nam się fantastycznie rozpocząć tripa. Przekonałam się, że 3 semestry nauki hiszpańskiego wystarczają, żeby kupić 200 gr szynki serano, bułę i 3 piwa. Rafał twierdzi, że każdy dałby radę, wykonując zamaszyste gesty w kierunku pożądanych produktów, posiłkując się przy tym wykrzykiwaniem samogłosek (e,a), jednak fakt pozostaje faktem- Hiszpania trochę mnie rozumie. Rzecz miała się „delikatnie” inaczej w przypadku próby wyjścia z lotniska w Sao Paulo (na którym aktualnie przebywamy w oczekiwaniu na lot do Buenos). Brazylia rozumie mnie trochę mniej, ale to już zupełnie inna historia. 
Na koniec dobre rady Wujka Rafała:
– Mając lot trwający 11,5 h (jak my) ŚPIJ – możesz korzystać z dobrodziejstw poduszek i kocy oferowanych przez przewoźnika. Nie oglądaj 4 filmów, jakbyś nigdy nie widział telewizora. Bo później będziesz odsypiał (widok poglądowy na ostatnim zdjęciu).

Kategorie
Trekking

Trekking po Ameryce Południowej – listopad 2016 r.

Nazywam się Aśka Romek i będę Waszym nawigatorem po projekcie trekkingowym po Argentynie. Odkąd sięgam pamięcią podróże i zwiedzanie wszystkiego, co nieznane leżało w mojej naturze. Dużą część wolnego czasu poświęcam na żeglowanie i oglądanie miejsc, gdzie mnie jeszcze nie było. Wraz z moim mężem, Rafałem, staramy się uprawiać aktywną turystykę, stronimy od wszelkich „last minutów”, wygórowanych hoteli, wszelkiego lansu i przepychu. Przy dużym zaangażowaniu planujemy nasze wypady tak, by poznać nowe miejsca od strony kultury, kuchni oraz szczególnie przyrody. Lubimy alternatywne trasy off- roadowe, tułaczkę po bezdrożach i survival w dziczy. Interesuje nas każda możliwość przemieszczania się pomiędzy dwoma miejscami – żeglarstwo morskie i lądowe, trekking, wycieczki motocyklowe i rowerowe a nawet jazda wierzchem.
Stąd właśnie wziął się pomysł na wyprawę – pierwsze i na pewno nie ostatnie w życiu tego typu przedsięwzięcie. Dzięki fantastycznemu projektowi 4 KONTYNENTY, który otworzył nam wszystkim oczy i przekonał, że CHCIEĆ TO MÓC oraz własnemu zamiłowaniu do przygody powstał wstępny plan podróży. Naszym nadrzędnym celem jest dotrzeć ze stolicy Argentyny – Buenos Aires do tytułowego i owianego legendą Końca Świata (Fin Del Mundo), czyli Ushuai – najdalej wysuniętego miasta Ziemi Ognistej. Do pokonania czekających nas setek mil chcemy wykorzystać jak najwięcej różnych opcji transportu – samolot, pociąg, autobus, samochód, motocykl, jacht, prom, oczywiście własne nogi oraz zwierzęta przewidziane do jazdy wierzchem – konie i osły. Chcemy poznać tamtejszą kulturę, ludzi, kuchnię oraz zwiedzić parki narodowe wraz z ich fascynującą florą i fauną. Nie zastanawiaj się więc – niczym pionierzy i dawni odkrywcy dotrzyj tam z nami – na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Jesteś już zdecydowany? – świetnie – poniżej przedstawiam wstępny zarys wyprawy eksploracyjnej po nieznanym kontynencie. Masz jeszcze wątpliwości? – daj się przekonać czytając, jakie możliwości przed Tobą i co też może Cię czekać.
Naszą wielką przygodę zaczniemy w październiku w Buenos Aires (1)- stolicy tanga i wołowiny argentyńskiej. Po zwiedzaniu miasta i okolic oraz przejażdżkach konnych po ranczach czeka nas przeprawa do Mendozy (3), położonej w północno – zachodniej części kraju, będącej jednocześnie jedną ze światowych stolic wina. To ponad 1000 km drogi lądowej do popisu. Północna część Argentyny posiada kilka połączeń kolejowych, możemy wybrać ją jako sposób transportu. Po drodze, ciekawym przystankiem stanie się sanktuarium Difunty Correi (2), świeckiej „świętej” męczennicy, przy której kapliczce zostawimy drobne dary na wszelką pomyślność. Kolejny przystanek to osławiony „Dach Ameryk”, jeden z siedmiu najwyższych szczytów naszego globu, Aconcagua (4). Nie jesteśmy alpinistami, poza tym wejście na szczyt zajęłoby nam zbyt wiele czasu – planujemy dotrzeć do stacji campingowej, skąd można podziwiać wspaniałe widoki. Jednym z pomysłów do opracowania jest przejście przez granicę z Chile i zawitanie do Santiago (5), miasta osławionego w wielu pieśniach żeglarskich, a stamtąd przebyć choć kawałek jednej z najpiękniejszych tras motocyklowych po Chile. Punktem, którego nie można pominąć jest trekking i jazda na osłach w pobliże charakterystycznie podwójnego szczytu Fiz Roy (6). Jak w przypadku Aconcagua – przyznajemy się bez bicia, że nie mamy umiejętności, aby uderzyć na szczyt, zadowolimy się więc buszowaniem po okolicach. Nie ma Argentyny bez Perito Moreno (7) – najsłynniejszego lodowca, którego powierzchnię można eksplorować podczas trekkingu z wynajętym przewodnikiem. Tereny środkowej Patagonii obfitują w parki krajobrazowe, planujemy większy wypad po wybranych z nich, zgodnie z ustalonymi pętlami pieszymi. To doskonała możliwość, aby spełnić się jako traper – z plecakiem i całym ekwipunkiem, przemierzając dzikie ostępy, będziemy walczyć ze swoimi słabościami. Tutaj dotrzemy do celu naszej podróży- Końca Świata (8), miejsca którego widokiem cieszyć oko mogło niewielu. Zobaczymy tu kolonie Pingwinów Magellana, fok, słoni i lwów morskich. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zaokrętujemy się na jacht S/Y 4 KONTYNENTY i popłyniemy do stolicy Falklandów – Stanley (9). Ostatnim zaplanowanym przeze mnie punktem jest półwysep Puerto Piramides (10). Położony w środkowej Argentynie, na wschodnim wybrzeżu jest punktem wypadowym dla morskich wycieczek na tereny wielorybów. Te ogromne ssaki przebywają tam od sierpnia do grudnia, będziemy mieć więc niebywałe szczęście i możliwość podziwiania ich w ich naturalnym środowisku.
Na taką eskapadę należy się odpowiednio zabezpieczyć, trzeba załatwić wszelkie formalności (paszporty, szczepienia, ubezpieczenia, bilety lotnicze) oraz dobrze zaplanować trasę. Jedziemy na drugi koniec świata – każdy dzień zwłoki na miejscu, spowodowany niedokładnym przygotowaniem jest dla nas niepowetowaną stratą. Należy jednocześnie zaopatrzyć się w rozsądny sprzęt outdoorowy – mamy w założeniu dużo biwakowania, więc dobry i lekki namiot stanie się niezastąpiony. Cała podróż wymagać będzie 4 do 6 tygodni, jest to więc również ważna kwestia pod względem planowania urlopu. Poza tym – co tu dużo mówić – pomoc w organizacji będzie dla mnie nieoceniona, szczególnie iż na co dzień jestem osobą zapracowaną i nie zawsze mam czas na organizację wszystkich swoich zamierzeń.
To tylko kilka zdań, które mogą przekonać Cię o słuszności stwierdzenia, że CHCIEĆ TO MÓC. Serdecznie zapraszam do uczestnictwa w tym niecodziennym wydarzeniu, jakim jest podróż do Fin del Mundo. W kupie siła, razem stwórzmy coś wspaniałego i dajmy się ponieść naszym marzeniom. Już dziś rusz z nami na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Zapraszam do udziału

Joanna Romek

joanna@4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Podążając kursem wyznaczonym przez kompas igłą magnetyczną………

„Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej”

Siedzisz na sofie przeglądając kolejne strony atlasu nabierasz ochoty do podróży. Myśli sprawiają, że zastanawiasz się jak wyruszyć w świat mając parę groszy. Cokolwiek robisz powstaje bariera, kolejne problemy sprawiają że marzenia odkładasz na półkę i zamykają się jak kolejna opowieść. Opowieści mają to do siebie, że powracają niepostrzeżenie i znowu pobudzają fantazję. Spotykasz ludzi podobnych do siebie, niewiele się różniących się od Ciebie. W głowie rodzi się pomysł może razem coś wspólnie zróbmy ?  Może małymi  krokami dotrzemy do celu ?  Przekładając kolejne strony książki odkrywasz swoje możliwości, magiczny scenariusz, który krok po kroku pisze kolejne sceny, plany i fantazje zmieniają się w realną scenografię Ty stajesz się podróżnikiem i naszym współtowarzyszem podróży.

Już nie zastanawiasz się czy ograniczają Cię bariery, problemy. Wspólnie działając odkrywamy swoje możliwości, podążając kursem wyznaczonym przez kompas igłą magnetyczną wyruszyłeś w daleką podróż. Podróż, która będzie trwać, będzie trwać tak długo jak sam będziesz tego chciał .

Tak powstał pomysł aby stworzyć grupę 4 kontynenty w 2015 roku i kiedy się wydawało, że wszystkie plany zostaną odłożone na półkę jak niespełnione marzenia, spotkałem ludzi podobnych sobie. Kilka miesięcy później powstała Fundacja 4 Kontynenty – chcieć znaczy móć, wyruszyliśmy razem w podroż, która będzie trwać tak długo jak będziemy przemierzać świat.

Wspierając Fundację 4 Kontynenty sprawiasz, że inny tacy jak Ty mają szanse wyruszyć w podróż jak my. Podaj dalej tę wiadomość, odszukajmy razem ludzi podobnych sobie. Spraw byś sam uwierzył w siebie, znajdź Tych którzy podążą za Tobą.

Fundacja 4 Kontynenty                                                                                                                                                                  

Konto: Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01

Os. Widokowe 8/7 , 32-540 Trzebina (małopolskie)

KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740

www.4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Odliczanie Czas Zacząć

Nastał taki czas, że trzeba zrobić coś ze swoim życiem. Najwyższy czas wyjść ze swojej strefy komfortu, pozostawić codzienność i… wyjechać na Koniec Świata. Czy to kryzys wieku średniego? Być może, jednak kimże bym była, gdybym mimo wszystko nie zaryzykowała i nie spróbowała… Do dzieła więc!!!

Na początku warto się przedstawić. Nazywam się Aśka Romek i pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł, aby pojechać na Koniec Świata. Dlaczego tam? Powodów jest wiele. Po pierwsze jest to Koniec Świata. Pomimo, że Wikipedia pod tym hasłem przedstawia nam: 

„polski zespół muzyczny powstały w roku 2000 w Katowicach…”,

dla mnie (jak i pewnie dla dużej ilości innych osób) jest to ten malutki skrawek ziemi leżący na terytorium Argentyny z miastem najbardziej wysuniętym na południe naszej Kuli Ziemskiej – Ushuaią.

Moim jedynym i nieodłącznym towarzyszem podróży, znalezionym ponad 12 lat temu będzie mój prywatny i własny mąż 😉 Pomimo, iż wyjazd na drugi koniec świata nie jest spełnieniem jego najskrytszych marzeń, to wiem, że nikt nie sprawdzi się na miejscu, nawet w najtrudniejszych warunkach lepiej niż on. A warunki mogą być trudne…

Nasza wyprawa przewiduje przebycie 4,5 tys.km drogą lądową z Buenos Aires do Ushuaii. Jako miłośnicy natury i lekkiego surviwalu (w ciężkim jeszcze się nie sprawdziliśmy), największą uwagę skupiamy na poznaniu krajobrazów oraz otaczającej przyrody. Chcemy odbyć 10- dniowy trekking po dwóch najsłynniejszych parkach krajobrazowych Chile i Argentyny, na własne oczy zobaczyć wieloryby z młodymi, foki, lwy morskie, lamy, pumy, pancerniki oraz podjąć próbę głaskania pingwinów. To tylko nieliczne punkty „must see” naszej wyprawy, jednak o wszystkich planuję napisać na bierząco. 

Większość noclegów przewidujemy w namiocie. Gromadzenie sprzętu outdoorowego pochłonęło nas do reszty, dlatego też nie ma możliwości, aby nie przetestować jego wytrzymałości 😉 Po wielu staraniach udało mi się również nawiązać kontakt z Argentyńczykami, którzy zdecydowali się gościć nas u siebie przez parę nocy.

Na całą wyprawę mamy miesiąc czasu. To bardzo niewiele, jednak nasze życie codzienne nie pozwala nam na wzięcie dłuższych urlopów. Uważam, że czas, jaki został nam dany to i tak niemało, i zupełnie nie ma na co narzekać.

Niniejszy blog jest pierwszym w moim życiu zapisem stworzonym na podobieństwo dziennika podróży. Cieszę się, że mogę go prowadzić w tym miejscu, czyli z ramienia fundacji 4 Kontynenty. To tutaj przekonałam się, że „CHCIEĆ ZNACZY MÓC”. Do dzieła więc, czas zacząć ostateczne przygotowania. Wyjazd już za tydzień.

Romki na Końcu Świata

Kategorie
Blog

Dla duszy, dla ciała. 4 Kontynenty atakują kolejne szczyty

Coś dla duszy… a co? Spokój, zabawa, przyjaźń, integracja, widoooookiiii, piękne widoki ukochanych Tatr!!!

Dla ciała… hmm? No bo przecież ruch to zdrowie, nasze ciało kocha gdy je rozpieszczamy zdrowo się ruszając i dając mu porządną dawkę energii, gdy dotleniamy nasze płuca napełniając je świeżym, górskim powietrzem… ehhh długo by tak można….

Wreszcie spadł śnieg a w Tatrach bajecznie, biało ale i bardziej niebezpiecznie, z tego ostatniego względu proponuję trekking po cudnie ośnieżonych Czerwonych Wierchach. W zależności od prognoz dokładną trasę ustalę bliżej terminu wyjazdu. Co wiadomo?… Jak zwykle chcemy by kazdy miał możliwość wejścia na szczyt(y) więc trasy nie będą zbyt trudne, oczywiste jest, że jak zawsze silniejsi pomagają słabszym i wspieramy się wzajemnie.

Wiemy już też co zabieramy ze sobą na górskie, zimowe wędrówki:

-Ciepłe, nieprzemakalne buty, ubrania, plecak

-śpiwór, termos, raki, czekan, czołówka, mapa, kompas etc

Wyjazd w piątek po pracy, powrót w niedzielę

Plan mieliśmy „napięty aczkolwiek nie sztywny” :P. (To takie moje i Krzyśka hasło) …

A tak poważnie… nie da się założyć planu idąc zimą w Tatry, nie znając całej ekipy, nie wiedząc jaka mają kondycję i jakie umiejętności oraz oczywiście nie wiedząc jaka nas czeka pogoda bo jak wiadomo w górach zmienia się ona jak w kalejdoskopie. Wiedzieliśmy jedno, że jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli to w sobotę wejdziemy na Starorobociański Wierch (2176m) a w niedzielę chcieliśmy wejść na Czerwone Wierchy. Plan jednak nie wypalił (a raczej nie był sztywny 😀 ). W sobotę na Starorobociańskim był dość silny halny, podmuchy w porywach nawet do 90km/h, wiedzieliśmy ze to niestety przyniesie nam gorszą pogodę kolejnego dnia. Niedziela przywitała nas już spokojna ale deszczowa, plany zostały zmieniony bardzo szybko. W sumie w Tatrach jeszcze nie eksplorowałam jaskiń! Jaskinie? Przecież ja ich nie lubię, boję się, mam klaustrofobię! Hmm, w zasadzie kiedyś pokonałam lęk przed  windą to i może pokonam lęk ciasnych przestrzeni? Udało się! było cudownie, z dużymi plecakami w malutkich, ciasnych i niskich przejściach Jaskini Mylnej było fantastycznie ale i dosyć ciężko. W trudniejszych momentach kiedy już my (dziewczyny) miałyśmy serdecznie dość, postanowiłyśmy śpiewać… kołysankę 😀 Tak, dobrze napisałam, kołysankę, to nam pomagało i wyciszało EMOCJE 😛

Plan miałyśmy jeden, „zatłuc” tego, który tę jaskinię wymyślił…

Hmm, Bartek, Maciek? W zasadzie koniec końcem ktoś doszedł do wniosku, że przecież tam był jakiś organizator, kurde a w zasadzie organizatorka, ooo shit chyba chodziło o mnie ? 😀 Tak czy siak  obyło się bez morderstw a wycieczkę uznano, za wyjątkową atrakcję, też dobrze bo wtedy już bym tu nic naskrobać nie mogła 🙂

Cudowny weekend, wspaniali, nieeee to za mało – fantastyczni ludzie!

Fantastyczna atmosfera, fantastyczne góry i fantastyczna jaskinia! Yyyy i ja to powiedziałam? 🙂

Taaaak, tak właśnie było! Ogromnie dziękuję tym, co byli i tym którzy nam kibicowali, kolejny raz potwierdzam że kocham góry i kocham moje „Owieczki”

Aneta

Kategorie
Blog

Startujemy z blogiem

Celem blogu jest propagowanie naszych działań, pomysłów, marzeń. Zamierzamy w nim opisywać również to co myślimy, robimy i planujemy – a także poruszać tematy związane z żeglarstwem, górami, podróżami … 

Zapraszamy wszystkie osoby do włączenia się w komentowanie pojawiających się wpisów, chcemy, aby nasz blog żył. Osoby związane z naszą fundacją, mające ochotę współtworzyć blog, pisać własne teksty – proszone są o kontakt na adres: fundacja@4kontynenty.pl