Kategorie
Blog

Kiedy zimna Babia daje mnóstwo ciepła

NATCHNIENIE
Nie zawsze dostajemy od życia, to czego byśmy chcieli…
Pamiętam, że to był długi, sobotni,  samotny wieczór przed komputerem (właśnie dlatego, że nie dostałam tego czegoś od życia) 
Wszyscy znajomi gdzieś,  każdy z kimś, a ja sama,  nagle zobaczyłam wpis o wyprawie na Babią Górę z Fundacjią 4Kontynenty…  CHCĘ!
 
Nie wiele myśląc, nie wiele wiedząc na temat grupy (w zasadzie nic nie wiedząc) szybki klik, że biorę udział i… POSZŁO! 
Dopiero następnego dnia zaczął się odzywać zdrowy rozsądek:  „dziewczyno, przecież ty nie chodzisz po górach w zimie,  tylko latem, jak to będzie, nie dasz rady, odwołaj…”
Ale wszelkie moje wątpliwości rozwiał pewien gość, który pisał co zabrać, jak się ubrać, jak przygotować, zapewniał,  że mogę mu zaufać co do tego wyjazdu, a że był to sam prezes 4K,  no toż mu zaufałam…
Kolejnym moim problemem była kwestia dojazdu na miejsce spotkania w Krowiarkach…
I tu miła niespodzianka,  bo okazało się,  że wszystko sprawnie działa, ludzie potrafią się dogadać kto kogo zabiera, więc i ja miałam zapewnione miejsce.
 
Wreszcie nadszedł TEN dzień, lekki nerw, szalona ekscytacja, nowe mordki…
Jadę z dwiema Aśkami, strasznie fajne dziewczyny… Po drodze każda z nas dostaje wiadomości,  każda od tej samej osoby… Pomyślałam, że ten prezes to taki ciut nadopiekuńczy 😉 No, ale pewnie starszy, poważny, przynudnawy Pan. I zapewnie będzie smęcić po drodze, ale wytrzymam 😉 W końcu dość tolerancyjna ze mnie bestia 😉 
DOCIERAMY NA MIEJSCE 
Ok 30 osób, a więc spora grupka ludzi czeka w zasadzie już tylko na nas,  więc szybko podchodzimy, witamy się, poznajemy… Hmmm… SZOK! Prezes nie jest starszym Panem, ale młodym, bo w moim wieku, sympatycznym blondynem, z uśmiechem na facjacie… Pozytywnie 😉
 
NO TO RUSZAMY W GÓRĘ… 
Pomimo tego, iż na dole zero śniegu, nasza trasa robi się coraz bielsza… Co jakiś czas zatrzymujemy się podziwiać ośnieżone formacje drzewne,  ja – jak to ja- zdążyłam po drodze wszystkich poznać, z każdym trochę porozmawiać… 
Dopóki osłania nas las, jest całkiem ciepło, ale w momencie wyjścia na otwartą przestrzeń robi się bardzo zimno, wiatr smaga po pyszczkach i nadciągnęła spora mgła, więc grupa musi być w miarę blisko siebie… Wreszcie docieramy na szczyt.
DIABLAK ZDOBYTY! 
Jest pięknie, tymbardziej,  że zrobiło nam się okienko pogodowe, więc kilka fotek i z uśmiechem idziemy do schroniska na obiad… A, że droga prowadzi w dół, a warunki sprzyjają, szybko oceniając poziom bezpieczeństwa, klapnęłam na tyłek i ziuuuu zjeżdżam… Innym również pomysł się spodobał,  wiec mamy mega śmieszną zabawę do samego schroniska… Obiad, uzupełnienie płynów, odpoczynek…
 RUSZAMY W DROGĘ POWROTNĄ 
Co pewien czas zatrzymujemy się robiąc śmieszne zdjęcia,  orzełki na śniegu,  kreśląc różne napisy,  rysunki…
 I właśnie wtedy, taka skupiona nad tym śniegiem, kończąc swój śnieżny rysunek, nagle czuję,  że moja twarz znalazła się w tym mokrym, zimnym śniegu!
 NOSZ KURDE!
Co jest grane? Mój szok i niedowierzanie miały wielkie oczy. Ciekawe kto ma taaaakie pomysły?! Niezdarnie,  bo jednak jeszcze w lekkiej konsternacji, wygrzebuję się z zaspy, przecieram twarz, rozmazując tusz (pewnie wyglądam jak Panda.Odwracam się i widzę uchachaną, zadziorną twarz prezesa… No tak, teraz już wiem, że Mariusz zdecydowanie nie jest starszym, poważnym, przynudnawym Panem… I pewnie dłuuugo nie będzie… Co to to nie. 
Resztę drogi do samego parkingu idziemy śpiewając góralskie i żeglarskie piosenki, śmiejąc się i rozmawiając… 
Przez kolejne dwa dni miałam zakwasy na policzkach od tego naszego uśmiechu. Aż żal, że tak szybko wszystko się skończyło… 
CHOCIAŻ NIE! 
Jednak nie wszystko… Wycieczka okazała się być początkiem czegoś wyjątkowego w moim życiu…
Wyjazd dał nowych pozytywnie zakręconych znajomych, dał mi wiarę w ludzi, w dobre serducha, dał przyjaźń jednej z Asiek, dał mi miłość do wypraw w góry zimą. 
Teraz wiem, że trzeba szukać sposobu a nie przyczyny…
Że warto spróbować czegoś, czego nawet nie jesteśmy pewni… 
Do zobaczyska na szlaku 🙂
 
Ewa
Kategorie
Blog

Buenos dias, Buenos Aires!

Ostatnia moja relacja zakończyła się na nieudanej próbie porozumienia z                 obsługą lotniska w Sao Paulo. Nie do końca rozumiejąc, zdecydowaliśmy się przesiedziec całe 8 godzin na miejscu. Prawdopodobnie aby wyjść poza terminal należało w specjalny sposób przedstawić się policji na zewnątrz i chyba coś zapłacić. Niechęć do Brazylii za brak możliwości wyjścia oraz niezwykle wysokie ceny towarzyszyła nam przez cały okres oczekiwania. W końcu wsiedliśmy do samolotu i po trwających wieczność 2 godzinach (podczas których nie opuszczała nas  świadomość rychłej śmierci spowodowanej stanem technicznym maszyny) dotarliśmy. 
Buenos Aires to miasto, w którym gubią się nawet lokalsi. Nasz tutejszy host, Edd powiedział nam to od razu po pierwszym spotkaniu. Odbiegając od latynoskiego poczucia czasu, Edd zjawił się na ustalonym miejscu 10 minut za wcześnie. W związku z tym zdecydował że pójdzie zjeść lunch i… spotkaliśmy go wreszcie 1,5 h po ustalonym czasie, wykorzystując wszelkie nasze pomoce elektroniczne aby dotrzeć do nowego miejsca. Edd to wiecznie uśmiechnięty Wenezuelczyk, który w Buenos robi doktorat z farmacji. Obdarzył nas całkowitym zaufaniem zostawiając nam klucze do mieszkania, gdzie mogliśmy znaleźć kawałek swojego kąta.
Rzeczywistość Buenos Aires jest zupełnie inna od wszystkiego, co do tej pory znaliśmy. Ponad 12 milionów mieszkańców. Setki autobusów o wyglądzie przypominającym american dream lat 60 gnają na złamanie karku we wszystkie strony. Kierowcy ścigają się ze sobą, a stojąc na światłach lub w korkach otwierają drzwi, wychodzą z szoferki i plotkują ze sobą w najlepsze. Od razu rozwiewamy wszelkie wątpliwości dotyczące pieniędzy. W Buenos istnieje wiele bankomatów, które są czynne i można z nich korzystać. Jest to mało opłacalne dla nas, Europejczyków, jednak możliwe. Można również wymienić dolary na peso po dobrym kursie, i to nie na niepewnym czarnym rynku, gdzie zło czai się na każdym kroku, ale po prostu w biurze sprzedającym bilety autobusowe międzynarodowe lub na lotnisku. Tak więc pomimo, iż jest tu sporo rzeczy mających wydźwięk komunistyczny (jak punkty telefoniczne do zamawiania rozmów zamiejscowych oraz telewizja na pieniądze na dworcach) to przy odrobinie hiszpańskiego i szczęścia da się tu przeżyć bez uszczerbku na zdrowiu. 
Dużo czasu spędziliśmy zwiedzając oazę przyrodniczą w Puerto Madera. To mocno wysunięty półwysep z parkiem krajobrazowym. Niestety  ani papugi, ani wszędobylskie świnki morskie, ani wielkie jaszczurki nie dały się pogłaskać, mimo moich starań i prób. 


Drobne ciekawostki cieszą:

  • Jeżeli przybędziecie do Buenos, musicie spróbować prostego dania serwowanego w wielu barach i podobnych wyszynkach kiepskiej renomy- kanapki z wołowiną (sandwich con vacio). Co w niej takiego siedzi, zapytacie? Odpowiem prosto – prawie połowa krowy. Argentyna sprawia wrażenie, jakby chleb był na wagę złota (dlatego dają jego skromne racje), w przeciwieństwie do mięsa, którego ilości w jednej porcji zaspokoją zapotrzebowanie dla niewielkiej rodziny i to z psem.
  • Całuśny Rafał. Po całowaniu girońskiego lwa w tyłek, przyszedł czas na całowanie mężczyzn. Niech nikt się nie dziwi, w kulturze latynoskiej całowanie na powitanie mężczyzn w policzek (nawet tych nowo poznanych) leży na porządku dziennym. Tak się zdarzyło, że podczas naszego pobytu Edd przedstawił nas całkiem licznej grupie kolegów.
  • Buenos Aires to miasto kierujące się własnym poczuciem smaku i gustu. To jednocześnie mekka dla kundli i wszelkich bezrasowych psów. Podczas naszych wielogodzinnych przechadzek nie uświadczyłam żadnych psów rasowych.
  • Yerba mate na każdym kroku. Do kupienia zarówno na straganach dla turystów, w marketach, sklepach z drobnym agd. Ciekawie wygląda paczka tej dla nas egzotycznej  herbaty, jako jeden z produktów wykonywanych jako „pewniak” Carrefoura oferowany w promocyjnej cenie ok. 4 zł.

Drugi z wieczorów przyszło nam spędzić w wesołym towarzystwie Wenezuelczyka i Francuza. Podczas popijania wina wymienialiśmy się opowieściami o swoich państwach. Dowiedzieliśmy się, że Wenezuela jest aktualnie najniebezpieczniejszym państwem na świecie. Na porządku dziennym jest znikanie ludzi bez śladu i zabójstwa spowodowane skrajnym ubóstwem. Dodatkowo panuje tam ustrój w rodzaju post-komuny gdzie dobra i żywność nadal są racjonowane. Nasz gospodarz obiecał nam, że na drugi dzień zabierze nas do dzielnicy robotniczej La Boca, twierdząc iż lepiej będzie jeśli będziemy mieć lokalsa za przewodnika, bo z bezpieczeństwem tam bywa różnie, o czym mogliśmy się później przekonać.


Jak Edd obiecał, tak zrobił. W nasz ostatni dzień zabrał nas do La Boca. To miejsce, gdzie  dawniej mieszkała biedota, miejsce straganów ulicznych i tanga pod gołym niebem. Bajecznie kolorowa. Dlaczego? Ponieważ gdy zbudowano ją w większości z blachy falistej, była tak brzydka, że mieszkańcy nie mogli na nią patrzeć i użyli wszystkich dostępnych kolorów, żeby nie była taka posępna. W La Boca jest tylko niewielka część turystyczna. Pozostała część to slumsy, gdzie lepiej się nie zapuszczać. Z Eddem wyszliśmy z oazy turystyki dosłownie ulice dalej. Przy sklepie pierwsza banda „ese” pijących piwo, i złowrogo na nas spoglądających. Druga banda na przeciwko, leniwie rozłożona na chodniku. Pytanie do Edda: „dlaczego idziemy środkiem ulicy, czy nie szukamy tym zaczepki?”. I jego odpowiedź, z lekkim czarnym humorem: „W La Boca chodzisz środkiem drogi, bo jest trudniej wciągnąć cię w ciemny zaułek albo też przycisnąć do którejkolwiek ściany budynku.” W sumie rozsądne…

W ten dzień mieliśmy również okazję zobaczyć demonstrację na Plaza del Mayo, czyli sercu miasta. Tym razem feministki, że swoim „La marche de las putas”. Jak słyszeliśmy z kilku źródeł, Argentyńczycy uwielbiają protestować. Gdy tu będziecie, zajrzyjcie na Plaza del Mayo- coś ciekawego, o co trzeba walczyć, na pewno da Wam o sobie znać w formie krzykliwego protestu, piosenek, bębniarzy, nagości i wymalowanych transparentów i ciał. Poza tym Argentyna boryka się z podobnymi problemami, co Polska. Hasła nawołują: „obalić rząd”, „stop przemocy wobec kobiet”, „większe płace”, „uwolnić Janinę” (że co? „Libertad a Yanina!” patrz zdjęcie poniżej”).
Po ciekawych i wyczerpujących przeżyciach zostawiamy żywotne miasto tanga i kanapek z wołowiną. Wsiadamy w autobus i wyruszamy w dalszą podróż w nieznane, aby na końcu dotrzeć do osławionego Końca Świata.

Tradycyjnie, na końcu, ale nie mniej ważne: 


Dobre rady Wujka Rafała:
1. Nie zniechęcajcie się wyglądem lokalu, w którym chcecie zjeść. I porzućcie wszelkie nauki odebrane z domu dotyczące lokalizacji i higieny tych miejsc. Najlepszą jadłodajnię znaleźliśmy przy dworcu. Wyglądała jak wyszynk z czasów komuny. Brud, smród i ubóstwo, drzwi toalety najlepiej otwierać z buta, ale liczba lokalsów sugeruje, że należy tu zostać. Piwo podawane w czarnym kuflu wykonanym z zabawnego materiału 

ABS (dla niewtajemniczonych, to materiał, z którego w Polsce robi się pokrywy akwariowe oraz skrzynki narzędziowe) „prawdopodobnie” nie nadającym się do kontaktu z żywnością. 
Reasumując:
– piwo pyszne
– jedzenie niebiańskie
– brak rewelacji żołądkowych (szczepienia i probiotyki dają radę)

2. Dawaj napiwki. Mina kelnera po ich nieotrzymaniu śni się po nocach. A do lokalu boisz się wrócić, w obawie przed zemstą kelnera. Za zwyczajowe 10% kupujesz czyste sumienie. 

Kategorie
Żeglarstwo

Listopadowy Bałtyk z 4K – 12-19.11.2016 r.

Listopad na Bałtyku – to duża niewiadoma. Raczej należy spodziewać się trudnych warunków i zimna. Zebrała się jednak grupka „wariatów”, którzy postanowili zmierzyć się z przeciwnościami i skosztować osławionego niedźwiedziego mięsa. 2 dziewczyny: Aga i Hania, panowie: Maciek, Paweł, Zbyszek oraz József – Węgier z Budapesztu. No i ja, jako kapitan całej imprezy.

Tydzień przed nami w podobny rejs wybrała się również ekipa 4kontynenty, pod komendą kapitana Marka Kapołki, z Mariuszem na pokładzie oraz innymi szaleńcami. Z ich opowieści wynikało, że warunki wiatrowe mieli korzystne, ale zimno, mróz – dało się im ostro we znaki. I że nie raz musieli odgarniać śnieg z pokładu. Dopłynęli do Kłajpedy i wrócili.

Tak więc w sobotę 12 listopada wszyscy spotkaliśmy się w porcie Gdynia, oni kończąc rejs, my wsiadając na ten sam jacht Quantum of Solace. W karcie jachtu: Pleasure Yacht. Przywitało nas zimno oraz nienajlepsze prognozy sztormowe na najbliższy tydzień.

Sobota okazała się być bardzo intensywnym dniem. Wymiana załóg, przejęcie jachtu, zaprowiantowanie. Dodatkowo w ekipie kapitanów zaplanowaną mieliśmy wizytę w Gdańsku, w trakcie której szczegółowo obejrzeliśmy wyciągnięty już na ląd jacht Sifu of Avon – jednostkę na której w przyszłym roku udamy się na wyprawę Arktyka 2017.

W tym dniu również na Darze Młodzieży odbyło się coroczne spotkanie Bractwa Kaphornowców, niestety przez natłok spraw nie udało mi się uczestniczyć – ale miałem okazję spotkać wielu z moich przyjaciół.

Do 18 wszystkie sprawy zostały już pozałatwiane, oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w morze. Nowy jacht, nowa załoga, dużo niewiadomych – kurs w stronę Władysławowa, Łeby. Prognozy dawały nam jedynie szanse na dojście do Bornholmu i wątpliwą opcję na powrót.

Kiedy minęliśmy półwysep Hel i skierowaliśmy się na północny zachód, napotkaliśmy armadę 11 jachtów wracających z „Bałtyku dla odważnych”. Wzajemne pozdrowienia z licznymi znajomymi, kapitanami na radiu UKF. Poczuliśmy się przez chwilę mniej osamotnieni na morzu, to nic, że płynęliśmy przeciwnymi kursami …

Koło północy zaczęliśmy dostrzegać kuszące światła Władysławowa, zachęcające do przespania części nocy w bezpiecznym porcie. Skusiliśmy się, bo było zimno, pojawiła się już też choroba morska. Tuż przed drugą w nocy padła komenda „tak stoimy”. Poza nami nikogo. Jedyny odpowiedniej szerokości dla naszego jachtu y-bom był wolny. Nocleg, ciepło, spokój. Do rana na pewno stoimy. Co dalej? – przyniesie wstający za kilka godzin świt.

Niedziela – 13 listopada. Zdziwiona mina pana, który zamierzał przygotowywać się do demontażu urządzeń portowych, a tu mu jakiś jacht wpłynął. Spokojnie – już wypływamy, kierunek Łeba. Kiedy wychyliliśmy się zza Rozewia, wiatr i fala się wzmogła. Nie znałem wcześniej możliwości tego Dufour’a, ale przy bajdewindowych 4-5 szedł pod falę naprawdę fajnie, momentami pod 10 kt. W między czasie rozstrzygnięty został konkurs na Prezesa, tak więc reszcie trochę ulżyło. Tym bardziej, że niemal połowa z nas była pierwszy raz na morzu. Nie przeszkadzało to jednak wszystkim stawać po kolei za sterem i uczyć się prowadzenia jachtu w tych nieprostych warunkach. Ja testowałem odporność swojego ubrania na zimno. Odzież termiczna, bluza, softshell, kurtka puchowa i na to nowy sztormiak Musto. Na nogach dwie pary ciepłych skarpet oraz ocieplane kalosze Lemigo. Dawałem radę, ale zbyt dużego komfortu nie było. Może również dlatego, że od soboty dopadło mnie przeziębienie i czułem się nie najlepiej oraz byłem dość osłabiony.

W nagrodę za nasze trudy przywitał nas przepiękny zachód słońca, a gdy już  zapadł zmrok za rufą, przez chmury przebijał się rekordowej wielkości księżyc, który rozjaśniał noc. Jednak brak słońca oznaczał dla nas równocześnie znaczący spadek temperatury i zrobiło się bardzo zimno. Całe szczęście główki Łeby były w odległości kilkunastu mil, a kierunek wiatru nie wymuszał halsowania. Kiedy byliśmy już w rejonie boi podejściowej nawiązaliśmy kontakt z Kapitanatem prosząc o zgodę na wejście do mariny. Otrzymaliśmy ją, jednakże z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem, że w ostatnim czasie wejście do portu bardzo, ale to bardzo się wypłyciło i że wewnątrz portu mamy niemal ocierać się burtą o wschodni falochron. To wąskie wejście urozmaiciła mi rozmowa z Kapitanatem portu na temat naszej bandery: Saint Vincent and the Grenadines. Czy jesteśmy polskim jachtem? O co z tym chodzi? Kiedy na koniec na pytanie czy na pokładzie wszyscy są Polakami – odparłem, że nie – to już zdziwienie było pełne … Dlatego w nagrodę przy pomoście czekał na nas partol Służby Celnej. Ale i tak wszystkie nasze kontakty z władzami portowymi były bardzo dobre. W odwiedzanych przez nas portach byliśmy jedynym jachtem. Wszyscy zauważyliśmy, że jesteśmy traktowani bardzo uprzejmie, jakby z szacunkiem, tak jakby druga strona rozumiała, że w tych warunkach pływają ludzie, którzy mają pojęcie co robią. Lub być może odwrotnie – że z wariatami nie ma co dyskutować 😉

Poniedziałek 14 listopada przywitał nas w Łebie. Noc i przedpołudnie poświęcone na integrację. Życie na jachcie ze względu na obecność Jozefa oraz to, że już bardzo zdążyliśmy go polubić zmieniło charakter. Większość rozmów, konwersacji zaczęła biec po angielsku. Jozef w mig łapał polskie słówka i z wielkim wrażeniem obserwowaliśmy jego postępy, ale podstawowym językiem stał się angielski. Szczególnie dla mnie to była niezła szkoła, bo większość rozmów prowadziłem ja, a Jozef ciekawy kwestii żeglarskich zadawał mi wiele pytań. Kolejne więc postanowienie o nauce w zimie …

Wcześniejsze ostrzeżenia o silnym wietrze zmieniły się na ostrzeżenie o sztormie, 8 w porywach do 9. Tak więc o Bornholmie nie było już mowy, z Łeby postanowiliśmy wrócić do Władka. „Czy znacie prognozę pogody?” zapytał na wyjściu Kapitanat i po otrzymaniu potwierdzenia wyraził zgodę na wyjście. A na zewnątrz czekały na nas fale jak domy, stan morza 5 (6), ale bardzo fajna długa, niemal atlantycka fala. Co ciekawe – kierunek fali i wiatru różnił się o kilkanaście stopni, w my szliśmy bagsztagami. Zapis w dzienniku po węgiersku: Nagy hullámok. Boldog legénység (duże fale, szczęśliwa załoga). Tak było, jazda fajna, uciekanie przed doganiającymi nas górami z wodą, góra dolina – tak aż do Rozewia, które znowu żegnało nas zachodzącym słońcem. Do Władka niedaleko, a morze zaczęło się wypłaszczać. Ze względu na sztorm ominęła nas opłata za postój, jednakże ani tu, ani w Łebie nie mieliśmy możliwości zatankowania wody, która była już wyłączona. A zbiorniki jachtowe na ukończeniu. Wieczorem kolejna partia w kości, 2 poprzednie wygrał kapitan, ale cóż – ponieważ jego kości 😉  – tym razem odpuścił zwycięstwo w ręce pierwszego oficera, więc hierarchia zapewniona. Po dzisiejszym dniu Jozef dyktuje do dziennika jachtowego po polsku, „kurs szto szterdzieści”. Jako załoga zgrywamy się coraz bardziej, i w manewrach portowych i w życiu pod pokładem. Dzięki webasto jest bardzo ciepło. Gdyby jeszcze nie te limity na wodę …

Wtorek 15 listopada to kolejny sztormowy dzień. Ale odcinek do pokonania krótki. Do Helu wzdłuż wybrzeża. W zasadzie wymarzona żegluga, bardzo silny wiatr, ale jeszcze bez wybudowanej fali. Mimo pełnych refów mkniemy szybko, chodź do zimna zaczął dokładać się deszcz. Brr … Jak jest na morzu mogliśmy się przekonać wychylając się zza półwyspu na te ostatnie 10 Nm. Wytrzepało nas bardzo i ze względu na falę zakręt wykonaliśmy z pominięciem półwiatru. Przed nami zabieliła się helska „cebula”, a wraz z nią poszło kilka zabawnych opowieści o przygodach w tym porcie. Niemal na pełnej prędkości minęliśmy główki, aby fala nie rzuciła nas na falochron. W środku portu trochę się uspokoiło, ale nie na tyle na ile liczyliśmy. Wszystkie kutry tańczyły przy pirsach, nawet wewnątrz basenów portowych, trochę nas to zdziwiło, ale i tak musieliśmy tu zostać na noc. Y-boomy szalały, dlatego zdecydowałem się na postój long side wzdłuż wewnętrznego pirsu w basenie jachtowym. Wszystkie odbijacze na lewą burtę, cumy, szpringi i brest, ale jacht i tak bardzo skakał. Bardzo pomocny okazał się bosman mariny, który swoim samochodem przywiózł kilka opon od wulkanizatora, w bardzo dobrym stanie, tak, że mogliśmy je bez obawy wykorzystać. Pół godziny jeszcze strojenia lin wiążących nas z pirsem i to wszystko co mogliśmy zrobić. Jacht dalej się bujał do takiego stopnia, że 2 osoby zaczęły łapać chorobę morską, ale burty były bezpieczne. Zadowoleni więc i uwzględniając życzenia chorujących osób zeszliśmy na ląd i udaliśmy się na podbój Helu. Capitan Morgan niestety zamknięty, ale pozostał jeszcze Kuter. W górę szkło, znów za „cudowne ocalenie”.   I za wodę na pomoście, którą udało się napełnić puste już zbiorniki.

Środa 16 listopada – sytuacja na morzu i zatoce zaczęła się uspokajać. Na 10 rano zapowiedzieliśmy specjalne pozdrowienia dla 4k przez kamerę on-line skierowaną na basen portowy. Poubieraliśmy więc wszyscy koszulki rejsowe i odstawiliśmy niezłą szopkę 😉 Kto nas oglądał – ten wie …

Chwilę później już opuszczaliśmy gościnny port w kierunku Jastarni. Warunki panujące na zatoce pozwoliły na wykonanie szkoleń ze stawania w dryfie oraz podejścia do człowieka. Człowiekiem testującym okazał się Stefan, czyli obijacz z dowiązaną cumą. Jozef z niedowierzaniem wyrzucił go do zimnej wody, ale kiedy dostał ster, żeby go ratować metodą półwiatrową – zrozumiał w czym rzecz. Kilka manewrów się udało, kilka razy został niemal rozjechany. Cóż – tylko trening czyni mistrza.

Podbudowani ruszyliśmy do Jastarni i mijając lewą burtą Kaszycę po chwili byliśmy w basenie portowym. Nigdy tu jeszcze nie byłem, ale miejsca mieliśmy sporo. Parkowanie, toast za „cudowne ocalenie” i „won na ląd”. Wieczór w jedynej czynnej knajpie o zastanawiającej nazwie Łóżko. Nie skusiliśmy się jednak na nocleg, tylko pognaliśmy na drugą stronę półwyspu na plażę. To zaledwie dzień temu gnaliśmy tędy jachtem. Teraz to morze – oglądane od drugiej strony wyglądało inaczej. Osoby będące pierwszy raz na rejsie – wiedziały, że już ich życie zostało zmienione. Będąc kiedyś na plaży nigdy nie będą patrzyć na wodę, fale, widnokrąg w ten sam sposób. Zostały zarażone żeglarstwem, mam nadzieję, że ląd będzie ich już zawsze parzyć, tak jak mnie – taka zemsta kapitana. Nawet w noc tak chłodną jak ta. Gwiazdy nad nami, rozmowy, szum fal, a w co niektórych rękach smartfony i aplikacja marine traffic – „Widzisz te światła na morzu, tankowiec – 80 m długości, 10 kt i płynie do Gdańska”. Wszystkie światła na morzu zostały po chwili rozpoznane. A my cóż – wróciliśmy niechętnie na jacht.

Bo czwartek 17 listopada to trasa do Gdańska. Pogoda już znacznie lepsza. I temperatura zaczęła się podnosić – 7 st. To już istne szaleństwo. Spokojnie dopłynęliśmy do główek portu, w ostatnim momencie podziwiając stojące na redzie statki. Przy Westerplatte opuściliśmy banderę do połowy masztu i oddaliśmy honory na lewej burcie. Przy okazji Jozef dowiedział się, że to właśnie tu rozpoczęła się II wojna światowa i o polskim Termopile. Kanałem portowym dopłynęliśmy do zabytkowej części miasta i po minięciu Starego Żurawia stanęliśmy w marinie. Okazało się, że wybrany został niewłaściwy pomost, bo po mimo skrzynek prądu nie było. Całe szczęście w innym miejscu już był – więc po przeparkowaniu pół szczęścia po naszej stronie. Drugie pół to woda – ale jej już nie było nigdzie. Cóż – w strojach żeglarskich musieliśmy ruszyć na zwiedzanie miasta. Nasz widok przyciągał uwagę, w tym pań zapraszających/naganiających do night clubów. Skąd ten przesąd, że marynarz po to schodzi na ląd w porcie? Mężczyźni gratis, ale panie po 320 zł za obowiązkową  lampkę szampana. Nie skusiliśmy się z wielu powodów, ot choćby z braku czasu …

Gdańsk nocą wywarł duże wrażenie na Jozefie, który  wprawdzie był wcześniej 3 razy w Polsce, ale nigdy powyżej Warszawy. Powrót na jacht, tym razem gra w oczko i zielona noc, cokolwiek by to nie znaczyło … W praktyce trochę późniejszą pobudkę następnego dnia.

Ostatni dzień rejsu, czyli piątek 18 listopada zapowiadał się sztormowo. Znowu w prognozach powróciły 9. Z południa, tak więc pewni byliśmy ochrony od strony lądu. Nie było źle. Trochę wiało, ale bez przesady. Decyzja, żeby wpaść na kawę na sopockie molo pojawiła się spontanicznie i nagle. Czemu nie? Jeśli to komuś dostarczy kolejnych wrażeń. Do tego kolejna porcja manewrów portowych, która przy tej załodze stawała się przyjemnością. Ktoś nam zrobił parę zdjęć, jakiś „wywiad”, pyszna kawa. Obok resztki rozwalonego ponad miesiąc temu mola. Wszechmoc morskiego żywiołu. Ja w tym czasie pływałem w innej części Bałtyku – na trasie Gotlandia – Lipawa i też swoje odebrałem – ale nie tak. Jednak docierały do nas relacje z Polski. Bo jeśli ludzie w Krakowie nie związani z żeglarstwem wiedzieli, że na morzu sztorm – to już dużo znaczyło.

Odpływamy, przed nami ostatnie 8 Nm do Gdyni. Delikatna nostalgia, ostatnie kilka mil na morzu w tym roku. Nasze humory zdecydowanie poprawił Jozef, który przed wejściem do mariny zapytał o możliwość zgłoszenia jachtu. Kapitanat portu, bosmanat portu i w końcu marina Gdynia byli świadkami jego krasomówczych popisów po polsku. Z pełnym sukcesem. „Jacht Quantum of Solace możecie wchodzić”.  Ile w nas było dumy i radości z jego postępów trudno opisać. Nie pozostało nam już nic innego jak dopasować się do jego poziomu i błyskawicznie przy silnym wietrze zaparkować jacht. Koniec rejsu. Ostatni raz cumy na ląd. Stoimy. By z wielkim żalem następnego dnia, kiedy zdaliśmy jacht, rozstać się z sobą na wzajem i pożegnać morze.

Ten rok był intensywny. Dobrze się też zakończył. Kilkanaście rejsów, głównie po zimnym, kilka po ciepłym. Morza i oceany, wiele państw, portów, wysp. Nocy spędzonych na wachtach, zachodów i wschodów słońca i księżyca. Ciepła, deszczu, burz i sztormów oraz wspaniałego pływania. Wielu, bardzo wielu poznanych nowych wspaniałych ludzi. Planów na przyszłość. Załóg z którymi trudno się rozstać.

Z wielką wdzięcznością dla wszystkich załóg, które powierzyły w moje ręce swój czas, bezpieczeństwo, a często i życie – kończę ten rok ze szczególnym podziękowaniem dla ostatniej ekipy: Agata, Hania, Paweł, Maciek, Zbyszek, Jozef – do zobaczenia na wspólnych trasach w przyszłym roku.

MR

Kategorie
Trekking

Trekking po Ameryce Południowej – listopad 2016 r.

Nazywam się Aśka Romek i będę Waszym nawigatorem po projekcie trekkingowym po Argentynie. Odkąd sięgam pamięcią podróże i zwiedzanie wszystkiego, co nieznane leżało w mojej naturze. Dużą część wolnego czasu poświęcam na żeglowanie i oglądanie miejsc, gdzie mnie jeszcze nie było. Wraz z moim mężem, Rafałem, staramy się uprawiać aktywną turystykę, stronimy od wszelkich „last minutów”, wygórowanych hoteli, wszelkiego lansu i przepychu. Przy dużym zaangażowaniu planujemy nasze wypady tak, by poznać nowe miejsca od strony kultury, kuchni oraz szczególnie przyrody. Lubimy alternatywne trasy off- roadowe, tułaczkę po bezdrożach i survival w dziczy. Interesuje nas każda możliwość przemieszczania się pomiędzy dwoma miejscami – żeglarstwo morskie i lądowe, trekking, wycieczki motocyklowe i rowerowe a nawet jazda wierzchem.
Stąd właśnie wziął się pomysł na wyprawę – pierwsze i na pewno nie ostatnie w życiu tego typu przedsięwzięcie. Dzięki fantastycznemu projektowi 4 KONTYNENTY, który otworzył nam wszystkim oczy i przekonał, że CHCIEĆ TO MÓC oraz własnemu zamiłowaniu do przygody powstał wstępny plan podróży. Naszym nadrzędnym celem jest dotrzeć ze stolicy Argentyny – Buenos Aires do tytułowego i owianego legendą Końca Świata (Fin Del Mundo), czyli Ushuai – najdalej wysuniętego miasta Ziemi Ognistej. Do pokonania czekających nas setek mil chcemy wykorzystać jak najwięcej różnych opcji transportu – samolot, pociąg, autobus, samochód, motocykl, jacht, prom, oczywiście własne nogi oraz zwierzęta przewidziane do jazdy wierzchem – konie i osły. Chcemy poznać tamtejszą kulturę, ludzi, kuchnię oraz zwiedzić parki narodowe wraz z ich fascynującą florą i fauną. Nie zastanawiaj się więc – niczym pionierzy i dawni odkrywcy dotrzyj tam z nami – na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Jesteś już zdecydowany? – świetnie – poniżej przedstawiam wstępny zarys wyprawy eksploracyjnej po nieznanym kontynencie. Masz jeszcze wątpliwości? – daj się przekonać czytając, jakie możliwości przed Tobą i co też może Cię czekać.
Naszą wielką przygodę zaczniemy w październiku w Buenos Aires (1)- stolicy tanga i wołowiny argentyńskiej. Po zwiedzaniu miasta i okolic oraz przejażdżkach konnych po ranczach czeka nas przeprawa do Mendozy (3), położonej w północno – zachodniej części kraju, będącej jednocześnie jedną ze światowych stolic wina. To ponad 1000 km drogi lądowej do popisu. Północna część Argentyny posiada kilka połączeń kolejowych, możemy wybrać ją jako sposób transportu. Po drodze, ciekawym przystankiem stanie się sanktuarium Difunty Correi (2), świeckiej „świętej” męczennicy, przy której kapliczce zostawimy drobne dary na wszelką pomyślność. Kolejny przystanek to osławiony „Dach Ameryk”, jeden z siedmiu najwyższych szczytów naszego globu, Aconcagua (4). Nie jesteśmy alpinistami, poza tym wejście na szczyt zajęłoby nam zbyt wiele czasu – planujemy dotrzeć do stacji campingowej, skąd można podziwiać wspaniałe widoki. Jednym z pomysłów do opracowania jest przejście przez granicę z Chile i zawitanie do Santiago (5), miasta osławionego w wielu pieśniach żeglarskich, a stamtąd przebyć choć kawałek jednej z najpiękniejszych tras motocyklowych po Chile. Punktem, którego nie można pominąć jest trekking i jazda na osłach w pobliże charakterystycznie podwójnego szczytu Fiz Roy (6). Jak w przypadku Aconcagua – przyznajemy się bez bicia, że nie mamy umiejętności, aby uderzyć na szczyt, zadowolimy się więc buszowaniem po okolicach. Nie ma Argentyny bez Perito Moreno (7) – najsłynniejszego lodowca, którego powierzchnię można eksplorować podczas trekkingu z wynajętym przewodnikiem. Tereny środkowej Patagonii obfitują w parki krajobrazowe, planujemy większy wypad po wybranych z nich, zgodnie z ustalonymi pętlami pieszymi. To doskonała możliwość, aby spełnić się jako traper – z plecakiem i całym ekwipunkiem, przemierzając dzikie ostępy, będziemy walczyć ze swoimi słabościami. Tutaj dotrzemy do celu naszej podróży- Końca Świata (8), miejsca którego widokiem cieszyć oko mogło niewielu. Zobaczymy tu kolonie Pingwinów Magellana, fok, słoni i lwów morskich. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zaokrętujemy się na jacht S/Y 4 KONTYNENTY i popłyniemy do stolicy Falklandów – Stanley (9). Ostatnim zaplanowanym przeze mnie punktem jest półwysep Puerto Piramides (10). Położony w środkowej Argentynie, na wschodnim wybrzeżu jest punktem wypadowym dla morskich wycieczek na tereny wielorybów. Te ogromne ssaki przebywają tam od sierpnia do grudnia, będziemy mieć więc niebywałe szczęście i możliwość podziwiania ich w ich naturalnym środowisku.
Na taką eskapadę należy się odpowiednio zabezpieczyć, trzeba załatwić wszelkie formalności (paszporty, szczepienia, ubezpieczenia, bilety lotnicze) oraz dobrze zaplanować trasę. Jedziemy na drugi koniec świata – każdy dzień zwłoki na miejscu, spowodowany niedokładnym przygotowaniem jest dla nas niepowetowaną stratą. Należy jednocześnie zaopatrzyć się w rozsądny sprzęt outdoorowy – mamy w założeniu dużo biwakowania, więc dobry i lekki namiot stanie się niezastąpiony. Cała podróż wymagać będzie 4 do 6 tygodni, jest to więc również ważna kwestia pod względem planowania urlopu. Poza tym – co tu dużo mówić – pomoc w organizacji będzie dla mnie nieoceniona, szczególnie iż na co dzień jestem osobą zapracowaną i nie zawsze mam czas na organizację wszystkich swoich zamierzeń.
To tylko kilka zdań, które mogą przekonać Cię o słuszności stwierdzenia, że CHCIEĆ TO MÓC. Serdecznie zapraszam do uczestnictwa w tym niecodziennym wydarzeniu, jakim jest podróż do Fin del Mundo. W kupie siła, razem stwórzmy coś wspaniałego i dajmy się ponieść naszym marzeniom. Już dziś rusz z nami na KONIEC ŚWIATA NA BYLE CZYM.
Zapraszam do udziału

Joanna Romek

joanna@4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Podążając kursem wyznaczonym przez kompas igłą magnetyczną………

„Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej”

Siedzisz na sofie przeglądając kolejne strony atlasu nabierasz ochoty do podróży. Myśli sprawiają, że zastanawiasz się jak wyruszyć w świat mając parę groszy. Cokolwiek robisz powstaje bariera, kolejne problemy sprawiają że marzenia odkładasz na półkę i zamykają się jak kolejna opowieść. Opowieści mają to do siebie, że powracają niepostrzeżenie i znowu pobudzają fantazję. Spotykasz ludzi podobnych do siebie, niewiele się różniących się od Ciebie. W głowie rodzi się pomysł może razem coś wspólnie zróbmy ?  Może małymi  krokami dotrzemy do celu ?  Przekładając kolejne strony książki odkrywasz swoje możliwości, magiczny scenariusz, który krok po kroku pisze kolejne sceny, plany i fantazje zmieniają się w realną scenografię Ty stajesz się podróżnikiem i naszym współtowarzyszem podróży.

Już nie zastanawiasz się czy ograniczają Cię bariery, problemy. Wspólnie działając odkrywamy swoje możliwości, podążając kursem wyznaczonym przez kompas igłą magnetyczną wyruszyłeś w daleką podróż. Podróż, która będzie trwać, będzie trwać tak długo jak sam będziesz tego chciał .

Tak powstał pomysł aby stworzyć grupę 4 kontynenty w 2015 roku i kiedy się wydawało, że wszystkie plany zostaną odłożone na półkę jak niespełnione marzenia, spotkałem ludzi podobnych sobie. Kilka miesięcy później powstała Fundacja 4 Kontynenty – chcieć znaczy móć, wyruszyliśmy razem w podroż, która będzie trwać tak długo jak będziemy przemierzać świat.

Wspierając Fundację 4 Kontynenty sprawiasz, że inny tacy jak Ty mają szanse wyruszyć w podróż jak my. Podaj dalej tę wiadomość, odszukajmy razem ludzi podobnych sobie. Spraw byś sam uwierzył w siebie, znajdź Tych którzy podążą za Tobą.

Fundacja 4 Kontynenty                                                                                                                                                                  

Konto: Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01

Os. Widokowe 8/7 , 32-540 Trzebina (małopolskie)

KRS: 0000595255, NIP: 6282265680, REGON: 363676740

www.4kontynenty.pl

Kategorie
Blog

Odliczanie Czas Zacząć

Nastał taki czas, że trzeba zrobić coś ze swoim życiem. Najwyższy czas wyjść ze swojej strefy komfortu, pozostawić codzienność i… wyjechać na Koniec Świata. Czy to kryzys wieku średniego? Być może, jednak kimże bym była, gdybym mimo wszystko nie zaryzykowała i nie spróbowała… Do dzieła więc!!!

Na początku warto się przedstawić. Nazywam się Aśka Romek i pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł, aby pojechać na Koniec Świata. Dlaczego tam? Powodów jest wiele. Po pierwsze jest to Koniec Świata. Pomimo, że Wikipedia pod tym hasłem przedstawia nam: 

„polski zespół muzyczny powstały w roku 2000 w Katowicach…”,

dla mnie (jak i pewnie dla dużej ilości innych osób) jest to ten malutki skrawek ziemi leżący na terytorium Argentyny z miastem najbardziej wysuniętym na południe naszej Kuli Ziemskiej – Ushuaią.

Moim jedynym i nieodłącznym towarzyszem podróży, znalezionym ponad 12 lat temu będzie mój prywatny i własny mąż 😉 Pomimo, iż wyjazd na drugi koniec świata nie jest spełnieniem jego najskrytszych marzeń, to wiem, że nikt nie sprawdzi się na miejscu, nawet w najtrudniejszych warunkach lepiej niż on. A warunki mogą być trudne…

Nasza wyprawa przewiduje przebycie 4,5 tys.km drogą lądową z Buenos Aires do Ushuaii. Jako miłośnicy natury i lekkiego surviwalu (w ciężkim jeszcze się nie sprawdziliśmy), największą uwagę skupiamy na poznaniu krajobrazów oraz otaczającej przyrody. Chcemy odbyć 10- dniowy trekking po dwóch najsłynniejszych parkach krajobrazowych Chile i Argentyny, na własne oczy zobaczyć wieloryby z młodymi, foki, lwy morskie, lamy, pumy, pancerniki oraz podjąć próbę głaskania pingwinów. To tylko nieliczne punkty „must see” naszej wyprawy, jednak o wszystkich planuję napisać na bierząco. 

Większość noclegów przewidujemy w namiocie. Gromadzenie sprzętu outdoorowego pochłonęło nas do reszty, dlatego też nie ma możliwości, aby nie przetestować jego wytrzymałości 😉 Po wielu staraniach udało mi się również nawiązać kontakt z Argentyńczykami, którzy zdecydowali się gościć nas u siebie przez parę nocy.

Na całą wyprawę mamy miesiąc czasu. To bardzo niewiele, jednak nasze życie codzienne nie pozwala nam na wzięcie dłuższych urlopów. Uważam, że czas, jaki został nam dany to i tak niemało, i zupełnie nie ma na co narzekać.

Niniejszy blog jest pierwszym w moim życiu zapisem stworzonym na podobieństwo dziennika podróży. Cieszę się, że mogę go prowadzić w tym miejscu, czyli z ramienia fundacji 4 Kontynenty. To tutaj przekonałam się, że „CHCIEĆ ZNACZY MÓC”. Do dzieła więc, czas zacząć ostateczne przygotowania. Wyjazd już za tydzień.

Romki na Końcu Świata

Kategorie
Blog

Startujemy z blogiem

Celem blogu jest propagowanie naszych działań, pomysłów, marzeń. Zamierzamy w nim opisywać również to co myślimy, robimy i planujemy – a także poruszać tematy związane z żeglarstwem, górami, podróżami … 

Zapraszamy wszystkie osoby do włączenia się w komentowanie pojawiających się wpisów, chcemy, aby nasz blog żył. Osoby związane z naszą fundacją, mające ochotę współtworzyć blog, pisać własne teksty – proszone są o kontakt na adres: fundacja@4kontynenty.pl

Kategorie
Trekking

Weekendowy wypad na Małą Fatrę

Piątkowa gonitwa w robocie, by jak najszybciej skończyć i wreszcie śmignąć w górki. Prawo Murphy’ego ( „jak coś się może zepsuć, to popsuje się na pewno” ) jest jednak niezawodne, toteż ostatecznie udało się ruszyć dopiero ok. 19.00. Odleciały więc w dal marzenia o sutych zakupach w słowackim sklepie ( czynne do 21.00 ), wykorzystaliśmy ostatnią deskę ratunku w postaci stacji paliw. No! Przynajmniej z pragnienia nie umrzemy 😉 Do Stefanovej obie załogi ( śląska i krakowska ) dotarły w zbliżonym czasie ok. 23.00, więc wieczór integracyjny przeciągnął się w długą noc. Było warto 😀

Czas chyba przedstawić ekipę, bo choć nieliczna była ale za to nadzwyczaj różnorodna:

Fundacja 4kontynenty: Alicja, jej siostra Natalia i tzw. „Młody” oraz Ewa ( przez brata ). No i ja – od jakiegoś czasu;

Chatka Skalanka: Wojtek, Dżeju – no i ja;

Klub Góry-Szlaki: tym razem tyko ja.

Natalia i Młody postanowili przez sobotę pozwiedzać okolicę, a na szlak zostało 5 osób, więc jednym autem zjechaliśmy do Bieleho Potoka, skąd zielonym szlakiem ruszyliśmy w górę. Czas nie gonił, spacerowym tempem można było podziwiać małofatrzańskie widoki – tym razem w jesiennym przebraniu 🙂 Podejście szczytowe na Maleho Rozsutca przysporzyło trochę emocji Ewie, bo pierwszy raz miała kontakt z ołańcuchowanym szlakiem, ale poradziła sobie wzorowo.

Na sedlu Medzirozsutce rozdzielilismy się, gdyż Ala i Ewa już nie chciały na Velkeho a Wojtek i Dżeju chcieli. Ja się nie rozerwę, więc postanowiłem towarzyszyć damom – że niby gentelman jestem 😉 Po powrocie do Stefanovej trzeba było jeszcze drugim autem podjechać po pierwsze, ale przy okazji dało się zaliczyć Lidla w Terchovej, więc……znów z pragnienia nie umrzemy.

W niedzielę krakowska załoga wybrała się w Nizke Tatry, zaś śląska postanowiła zrealizować plan do końca: wycieczkę w Janosikove Diery. Drzewa w jesiennych barwach, potoki, wodospady, wąwozy…….nuuuudy. Nie ma co opisywać 😉 Lepiej spojrzeć na zdjęcia. Na fejsie zamieszczam zajawki tylko, więc jak ktoś chce sobie pooglądać całość to zapraszam tutaj:  (klik)

A….jeszcze podziękować chcę całej ekipie za towarzystwo w czasie tego weekendu. Mam nadzieję, że się podobało.

 Grzegorz Grochowski 

Kategorie
Żeglarstwo

Niedźwiedzie Mięso 2016 – etap 2. Rejs SailForum i Fundacji 4 Kontynenty. 07-16.10.2016 r.

W drodze do domu.

Wczesnym rankiem 07.10.2016 r. Marcin  Grabias odbiera busa w Krakowie i wyruszamy w kierunku Lipawa  gdzie oczekuje na nas jacht SY Chiron 2.  Po drodze zbieramy kolejnych członków załogi z naszego deku jak i z zaprzyjaźnionego SY Wołodyjowski. Mijając korki w Warszawie kierujemy się ku granicy z Litwą. Jest już ciemno i późna noc. Mamy spory zapas czasowy, nocna runda przez centrum Kowna sprawia, że nasze chęci do żeglugi coraz to bardziej rosną. W tym samym czasie na Chironie trwają przygotowania do wymiany załóg.

Poranek  08.10 zastajemy Chirona 2 jak i SY Wołodyjowski w porcie. Stoją majestatycznie przy kei, niby się nic nie dzieje jednak na obydwóch dekach ktoś nie śpi. Szybko się organizujemy i zaczyna się wspólne śniadanie na Chironie.  Zaczynają się morskie opowieści z etapu pierwszego. Ostatnie chwile wspólnych załóg, meteo niestety jest niezbyt przychylne żeglarzom. Bus odjedża  my zostajemy oficjalnie przejmując jacht i zaczynając etap drugi.

Niestety na Bałtyku wysoka fala w porcie wiatr, decyzja zostajemy.  Plan dnia upiec ciasto, odpocząć i wędrówka na koncert  do pobliskiego Pubu. Integracja z narodem Łotewskim wyszła nam niespodziewanie dobrze, warto było. Łotwa to przyjazny kraj dla żeglarzy z Polski :)). W tym samym czasie Polacy ogrywają Danie 3:2 powód do kolejnego świętowania z Łotyszami. Polska atmosfera udzieliła się Łotyszom otrzymaliśmy dedykację od zespołu. Fajna chwila że ktoś docenił małą grupę żeglarzy z Polski.

Kiedy część załogi śpi, druga część bawi się na koncercie. O 2.35 odchodzi SY Wołodyjowski w kierunku Gotlandii cel Visbi. Oddajemy cumy Wołodii, ruszają. Zostajemy sami w porcie.

Kiedy się budzimy 9.10  w porcie cisza pogoda się zbytnio nie poprawia wiatr jakby odpuścił, jednak rozkołysany Bałtyk trzyma nas dalej w porcie. Mamy jacht więc aby bardziej sobie umilić czas zaczynamy manewry portowe oficerów i chętnych załogantów z Chirona. Tak przez 2 godziny robimy zacieśnioną cyrkulację i podejście do kei, świetnie nam to wychodziło nawet Tym, którzy pierwszy raz podchodzili jachtem morskim do kei nie wspominając o Tych, którzy byli pierwszy raz na morzu. Mając chwilę czasu robimy poprawki na jachcie rozwijając genuę i dokładając jej długość szotów na rollerze. To już ostanie przygotowanie portowe. Wieczorem odwiedza nas Mara. Jemy razem kolację i się żegnamy gdyż wiemy już, że ruszamy do Pawarosty. 

Przyszedł na nas czas,10.00 rano ostanie przymiarki do startu rzucamy cumy, ruszamy. Wiemy już, że czeka nas żegluga na żaglach. Wiatr nie odpuszcza ale my już stać w porcie nie chcemy. Meteo po drodze się poprawia, wychodzi słońce:),  kilka halsów i widzimy już port  3 mile do celu. Jak się okazało 3 mile to 1 h orki na silniku pod wiatr, wszyscy odwiedzamy  ten port pierwszy raz, który się charakteryzuje prądami poprzecznymi przy wejściu oraz głębokością 3 metrów. Tu znowu się okazało, że  3 GPS na pokładzie i każdy wskazuje co innego. Wszyscy w skupieniu celujemy w główki portu kierując się na nabierzniki.  W trudnych warunkach radzimy Wam odpuścić ten port.

Mijamy główki jacht dalej nosi. Wzdłuż betonowego falochronu około 60 metrów długości są najmocniejsze zawirowania woda wręcz się gotuje. Szczęśliwie wchodzimy w dalszą część portu szukamy miejsca dla naszego jachtu.  Cumujemy przy jachcie na lewej stronie portu  niedaleko kutrów.  Idziemy do biura portu gdzie spotykamy oficera straży granicznej. Witamy się w języku angielskim i pytamy czy możemy tu stać. Oficer nie widzi żadnego problemu i dość mocno był zdziwiony naszą wizytą. W pewnym momencie zaczynamy mówić po rosyjsku i …………

Nie uwierzycie ze sztywnego oficera zrobił się przyjazny człowie, który powiedział że nam pomorze abyśmy dostali się do Mariny Pawarosta na drugim wybrzeżu. Kilka telefonów i otrzymujemy informacje, że czekają na nas w marinie, będzie prąd, woda, prysznic. Na kei Mariny wita nas  Bosman z uśmiechem i też lekko zdziwiony co my tu robimy :))

Ma przygotowany formularz crew list do wypełnienia jednak my mamy swój, w końcu jesteśmy przygotowani  do rejsu pod kątem formalnym. Krótka wizyta u bosmana,  krótka rozmowa i wiemy co gdzie jest w Pawaroście. Idziemy na szybkie zakupy i oględziny miasta. W sezonie widać, że to miasto ma duży potencjał szerokie czyste plaże i las.  Kolacja toast za cudowne ocalenie idziemy spać. Robi się chłodno odpalamy webasto.

Ranek 11.10 wita nas słoneczną pogodę i  zamarznięta keją. W nocy był mróz. Trzeba ostrożnie schodzić z jachtu jest totalna ślizgawica, nie wszystkim udaje się szczęśliwie zejść. Tomasz zaliczył przygodę wywrotką między keją i jachtem jego klejnoty ocalały uff nic mu się nie stało.Podział obowiązków jachtowych, kambuz, zakup pieczywa, zwiedzanie miasta, poszukiwanie grzybów w lesie.

Nasz kapitan Marek wraz z Marcinem zrobili pierwszy rekonesans-portowy są grzyby i poszli w las.Heniek, Krzysiek, Mariusz ruszyli na zakupy i zwiedzanie, extra pogoda jak na zamówienie słonecznie chodź chłodno ale klimat świetny. Druga część załogi Grzesiek, Darek, Marcin, Tomek zostali na jachcie oddając się rękom morfeusza. Mijają godziny czas płynie na zegarku 13,00 czasu lokalnego zaczynamy przygotowania do obiadu.

Na  jacht wpada Kapitan z Marcinem z wielką torbą grzybów. Po obiedzie załoga obiera grzyby by je przygotować na kolację. My w tym czasie przygotowujemy się do kolejnego etapu kierunek Kłajpeda. Meteo sprzyjać ma wiać max 6 i w baksztagu sobie dolecimy do portu. 

Kiedy jesteśmy już gotowi do wyjścia napotykamy przeszkodę, w główkach portu na mieliźnie osiadł duży kuter rybacki.  No to wyszliśmy……… Jak się okazało był to lokalny kuter i wiedział co robić. Przez około 40 minut walczył aż w końcu zeszedł z mielizny i z całym impetem ruszył do portu. Na jego zanurzeniu odczytujemy głębokość 2,7 m. 

Ciekawa sytuacja w naszych głowach rodzą się wątpliwości, udajemy się na drugi brzeg do oficera, podpływamy i prosimy by nas nasłuchiwał na radiu kanał 12. Okazało się, że oficer ma też podgląd na kamerę i będzie nas obserwował.  Ruszamy  wzdłuż kamiennego falochronu rzeka spokojnie płynie dość słaby nurt, zaczyna się betonowy falochron i tu jacht znowu zaczyna tańczyć, pilnujemy się wzrokowo jak i patrzymy na  nasz track wejścia do portu.  Woda pod nami i wokół nas się gotuje, nam udaje się bezpiecznie wyjść około 0,5 mili słyszmymy na radiu oficera czy wsio charaszo?. Podziękowaliśmy za asystę i dozór naszego wyjścia udając się w kierunku odchłani morza.

Zapada zmrok wiatr się znowu rozwiewa, znowu meteo się nie sprawdza. Jacht zasuwa jak motorówka więc refujemy żagle fala się wzmaga. Część załogi poległa dopadła ich choroba morska. Na noc zostaje 4 oficerów i Kapitan. Kapitan śpi, a my podążamy do celu. Wiatr rozwiewa się coraz bardziej, na niebie gwiazdy tak już ciągniemy do rana.

Kłajpeda na horyzoncie jest  12.10.2016 r.,godziny popołudniowe, spod pokładu wyłaniają się  „ chorzy” załoganci  nabierając rumieńców: )) Czy wy też tak macie na innych rejsach ? Mijamy po kolei statki na kotwicowisku i promy, które nas mijają. Znowu mamy niespodzianki mapa mówi, że mają być boje a ich nie ma. W tym monecie można było się poczuć jak w locji Grecji :))

Wchodzimy bezpiecznie długim kanałem do portu a tu nas woła cost guard, krótka rozmowa skąd płyniemy, jaka bandera, ile ludzi na pokładzie i na koniec Welcome in Kłajpeda. Jesteśmy na Litwie.  Mijamy kolejne etapy portowego kanału zakręcając w  wąski kanał do mariny. I tu zonk most zamknięty, cumujemy obok mostu udając się do Mariny.  Tam niespodzianka miłe powitanie i za 5 eurasów w promocji otwierają nam most.  Wchodzimy bardzo wąskim kanałem do Mariny, stoi wiele jachtów, dobrze że Chiron 2 jest dobrze manewrującą łódką. W ciasnym porcie kapitan wprowadził jacht na miejsce wskazane przez bosmana gdzie czekał na nas. Pokazał gdzie się mamy podłączyć i zaprosił do mariny. 

Marin Kłajpeda Castel fajna miejscówka za 20 euro do tego otrzymujemy 2 karty jedną do sanitariatów drugą do prądu. Prąd 1 kw 1 euro kaucja za 2 karty 20 euro. Wskazano nam miejsce gdzie możemy sobie zrobić zakupy co można zwiedzić, operator mostu za to świetnie mówił po Polsku. Szybki posiłek i ruszamy na wieczorny rekonesans na miasto.  Miasto  nocą  jakby puste wracamy na jacht. Nasz jacht zawsze tętni życiem układamy plan dnia.

Przewracamy kolejną kartkę dziennika pokładowego jest 12+1.10.2016. Po śniadaniu ruszamy do muzeum zegarów. Bilet grupowy po 2,5euro wchodzimy.  Spokojnie oddając się czasowi historii mijamy kolejne etapy rozwoju czasomierzy. Nas też czas goni kończymy wizytę udając się do parku na spacer. Na koniec drobne zakupy pamiątki, widokówki, skrzynka pocztowa i ruszamy na jacht. Kambuz ogarnia obiad, reszta załogi przygotowuje jacht do wyjścia w kierunku Helu, z SMS wiemy już że będzie czekał w porcie Hel na nas SY Wołodyjowski. Przed nami wody ekonomiczne Rosji.

Godzina 17.00 most się otwiera Chiron wychodzi z mariny. Bosman i operator mostu żegnają nas my dziękujemy za pomoc :).  W kanale portowym już rozkładamy genie może nas nie przegonią odmeldowujemy się w cost guard i ruszamy w kierunku  port Hel przez wody ekonomiczne Rosji.

Rejs przebiega spokojnie kilka kutrów trzeba było minąć szerokim łukiem, wiatr jakby na zamówienie na samej genui 6 knt. Troszkę nas martwiła prognoza pogody gdyż nad ranem miało być flauta. Staramy się jak najszybciej naganiać w kierunku Helu. Noc znowu dała nam w kość trzeba było refować genie, rozwiało się i to dość mocno.

Około 10 na horyzoncie Hel. Jest 14.10.2016  wieje nieustanie i nic się nie zmienia.  W pewnym momencie słyszymy na radiu mayday mayday mayday tu jacht Moraya, upsss, szybko obliczamy pozycję na mapie gdzie jesteśmy i nasłuchujemy radio, wiemy że jacht jest gdzieś w okolicach Jastarni i poza naszym zasięgiem. Mamy do Helu jakieś 15 mil, wiatr nabiera na sile, wiemy już że czeka na nas załoga Wołodii))).

Ostatni zwrot za kardynałem i kierunek na port. Zwijamy żagle, po jacht Moraye wyrusza Sztorm 2.

My kierujemy się do główek portu.  Bosmanat portu Hel tu jacht Chiron 2 prosimy o zgodę wejścia do portu.  Bosmanat portu Hel macie zgodę, jak długo zamierzacie zostać ?  Sprawdzimy meteo damy znać. Bosmanat portu Hel jest ostrzeżenie przed sztormem …………  dziękuję za informacje ower.  No i wszystko jasne, myślimy co robić. Cumujemy za Wołodią zdzwaniamy się i ruszamy na wspólny obiad do Maszoperii. 

Serdeczne powitanie u drzwi Maszoperii dwóch załóg, znów razem, omawiamy plan na dalszą część dnia i przedstawiamy wizję sztormu.  Załoga Chirona postanowiła spędzić noc w porcie macierzystym  jachtu więc kierunek Górki Zachodnie.  Wołodia nie miał jeszcze bliżej sprecyzowanych planów więc była duża niewiadoma czy się jeszcze spotkamy.

Chiron 2 opuszcza Hel, zaraz za główkami widzimy schodzące kutry i jachty do portu a przed nami kolejne mile do domu. Wiatr zdecydowanie nabrał na sile stawiamy zrefowanego grota i genie lecimy  lewym halsem mocząc prawą burtę w wodzie. Ostatni etap przebiegał na mocnej fali i z dynamicznym kursem, jacht szedł nadal ostro na dużej prędkości. Były to bardzo emocjonujące chwile i prawdziwe żeglarstwo. W końcu trzeba było grota zrzucić za mocno wiało, gienia znowu otrzymała kolejne refy, na horyzoncie główki portu lecz podejście jeszcze długie. Odpalamy sinik genia precz i idziemy w bocznej fali, jacht co jakiś czas dostaje falę z boku. Trzymamy się lewej strony falochronu wchodzimy do portu. Chiron 2 w Górkach Zachodnich czyli w domu  tu zakończył się nasz  drugi etap  Niedźwiedziego Mięsa. Do rana były rozmowy plany na przyszłość i niespodzianka. SY Wołodyjowski znowu przycumował obok nas :)))).

Nie ma to jak integracja między zaprzyjaźnionymi jachtami i jej załogami. Późna noc może ranek, idziemy spać.

Anno Domini 15.10.2016 – budzimy się rano żegnając kolejnych załogantów. Porządki na jachcie, szybkie dokładne sprzątanie zdajemy jacht. Mamy wszyscy świadomość, że to już koniec naszej przygody i było widać smutek oraz duże zadowolenie Kapitana z postawy całej załogi. Żegnając się wiemy, że znów się spotkamy z Wami na morzu, napiszemy wspólnie kolejną morską opowieść.

Ahoj żeglarze.

Mariusz Noworól

Kategorie
Żeglarstwo

Rejs 4 Kontynenty na trasie Skagen – Gdańsk – 10.09 – 24.09.2016 r.

9 września, wczesnym rankiem wyruszyliśmy w długa podróż z Krakowa do Skagen – nadmorskiej, duńskiej miejscowości. Miejsca, gdzie morze Bałtyckie wita się z Północnym. Wiele godzin spędzonych w zaształowanym po brzegi busie zbliżyły do siebie grupę ludzi, którzy zaraz mieli stać się jednym ciałem – załogą SY Xela. W porcie zawitaliśmy tuż przed świtem. Jedni łapali ostatnie chwile snu, podczas gdy ci najwytrwalsi udali się przywitać z morzem, które przez najbliższe dwa tygodnie dzielnie znosiło nasze towarzystwo, dając nam spełnienie i nie ograniczoną radość żeglowania.

Nasze wczesnoporanne towarzystwo dzielnie zniosła także załoga kpt Marka Rajtara – humanitarnie poczekaliśmy ze zrobieniem im pobudki do przyzwoitej godziny oraz w geście żeglarskiego miłosierdzia, nie odebraliśmy im ich ostatniego w tym rejsie jachtowego śniadania. Zgodnie z planem odebraliśmy jacht o godz. 9:00, żegnając poprzednią załogę – rozpoczęliśmy nasza morską przygodę. Pierwszy dzień był dniem luzu. Zaształowaliśmy nasze rzeczy, zapoznaliśmy się z jachtem i odpoczęliśmy po męczącej podróży.

Drugiego dnia, zaraz po przebudzeniu mogliśmy wreszcie poczuć po co żyjemy!!! Ryczący wiatr zdradzał nam, co też nas czeka, gdy tylko miniemy bezpieczne główki portu… Naszym celem był Varberg. Neptun nie odpuścił…

Dając nam 6B, upomniał się o należyte mu honory! Varberg okazał się miejscem reperowania pierwszych szkód. Gitara dostała nową strunę, a dziewczyny z naszej załogi okazały się najlepszymi żagielmistrzami na świecie. Za dnia trasa z Varbergu do Kopenhagi minęła nam spokojnie i leniwie- w rytmie szant, w akompaniamencie gitary, silnika i próbujących dojść czasem do głosu żagli. W godzinach nocnych Neptun znów przypomniał nam o swoim istnieniu.

Zmieniający się co chwilę kierunek wiatru pozwolił nam poczuć smak żeglarstwa. Ciągła zmiana halsu skutecznie stawiała na nogi śpiących pod pokładem załogantów. Kopenhaga urzekła każdego. Jednych po raz pierwszy, drugich po raz kolejny. Mieliśmy wspaniała przewodniczkę – Elize . Nasza sympatyczna koleżanka pokazała nam miasto, opowiedziała kilka ciekawych anegdot i legend. Z Kopenhagi obraliśmy kurs w kierunku Falsterbokanalen – czyli z premedytacją postanowiliśmy trochę „pomieszkać” pod mostem. Kanał Falsterbo znajdujący się pomiędzy Danią a Szwecją ma długość 1 Mm. Wejścia z obu stron osłonięte są obszernymi awanportami. W całym kanale obowiązuje ograniczenie prędkości do 5 węzłów oraz zakaz używania kotwicy. Od strony południowej znajduję się pokaźny, betonowy most zwodzony. Pod mostem nie ma możliwości aby przepłynęły nawet najmniejsze jednostki. Należy czekać na otwarcie. Okolice kanału są wspaniałym miejscem do zwiedzania i rekreacji. Następnym, trochę nieoczekiwanym celem naszej żeglugi było Sassnitz. Ale, czyż to nie jest cudowne w żeglarstwie, że port, do którego się dopłynęło, nie zawsze musi być portem, do którego się zmierzało? Niewielka, nadmorska niemiecka miejscowość’ otoczona klifami i dość trudnym podejściem do portu –  zwłaszcza w godzinach nocnych – naszą uwagę zwróciły liczne ukryte w morzu skały. Sassnitz było także miejscem, gdzie do załogi dołączyła jedenasta osoba – tajemnicza Amba. Nikt jej nie widział, nikt jej nie słyszał, ale każdy wiedział, że jest to ktoś kto niepostrzeżenie podkrada nam nutelle, kawę i zapalniczki! Opuszczając Sassnitz, pożeglowaliśmy w kierunku Polskich wód Bałtyku, kolejno goszcząc w portach Kołobrzegu i Władysławowa, obserwując piękną, rodzimą linię brzegową naszego kraju, kończąc naszą przygodę po 17 dniach w Górkach Zachodnich…

Katarzyna  Jugo