Kategorie
Trekking

Noworoczny rozruch w Beskidzie Żywieckim

Pierwotnie, to miała być moja tradycyjna urodzinowa włóczęga listopadowa, ale w wyniku splotu różnorodnych okoliczności wyszło jak wyszło.

Przy okazji wychodzi i na to, że ludziska przez Święta solidnie się obżarli, bo na hasło zrzucania świątecznych kalorii zebrał się całkiem spory 30-osobowy tłumek. Początek przygody zaczął się w Rycerce – od razu z przygodami 😉 Bo niektórzy najpierw pogubili się na drogach dojazdowych pod szlak, a potem na samym szlaku. Koniec końców: wszyscy szczęśliwie dotarli do schroniska na Przegibku. Wieczór był…..wesoły 😀

Sobotni poranek obudził się mocno chmurno-mglisty. I tak mu już zostało do popołudnia, toteż nie za bardzo było co focić. Ale spacer na Wielką Raczę należy zaliczyć do przyjemnych, jak najbardziej 🙂

Dość szybko okazało się, kto ile wmłócił przez Święta, bo peleton rozciągnął się niemiłosiernie: dbający o linię wystrzelili het do przodu, zaś obżartuchy robiły za czerwoną latarnię 😉

Ponowna integracja nastąpiła w schronisku, lecz na drugim etapie drogi sytuacja się powtórzyła.

Tymczasem na szczycie Wielkiej Raczy trafiło się w końcu chwilowe okienko pogodowe, co skwapliwie wykorzystaliśmy do nadrobienia braków w fotograficznej aktywności 😉

Częścią zejściową szło się równie miło, jak wejściową. Wraz z nadchodzącym zmierzchem zaczęło się nawet nad głowami całkiem fajnie przecierać, więc choć przynajmniej zachód słońca przyniósł nieco więcej estetycznych wrażeń 🙂 Do Chatki Skalanki doszliśmy już w głębokich ciemnościach. Po napełnieniu żołądków nadszedł wreszcie czas na to, czym chatka żyje: poszła w ruch gitara, poszły w ruch śpiewniki, zabrzęczało szkło….no – i było jak trzeba 🙂

A w niedzielę jak zwykle: robił człowiek co mógł, by jak najbardziej odwlec moment pożegnania z górami.

Jakby nie było – cel został osiągnięty: udało się nowo rocznie rozruszać i zrzucić trochę kalorii.

Dziękując wszystkim za aktywny udział: do rychłego następnego 🙂

Grzegorz Grochowski

Kategorie
Trekking

Joga w Tatrach

Wyjazd górsko-jogowy to specyficzny wyjazd, ciężko znaleźć grupę ludzi, która zarówno chodzi po górach jak i praktykuje jogę,jak więc to pogodzić?

Trzeba obmyślić taki plan by górołazom jak i joginom obie opcje spędzenia wspólnie weekendu przypadły do gustu. Ekipa jak zawsze była bardzo mieszana, a mimo to, wszystko co zaplanowane zostało zrealizowane, ba nawet sporo ponadto!

W piątek po przyjeździe do PTTK Hotel Górski Kalatówki mieliśmy wspólną „jogową” integrację, gdzie poznaliśmy się podczas jogowej zabawy. Sobotę zaczęliśmy od medytacji, technik oddechowym (pranayam) po czym praktyka bardziej dla ciała – asany. Ok godziny 13.30 wspólnie poszliśmy na spacer w kierunku Hali Kondratowej, gdzie w schronisku postanowiliśmy zjeść obiad, kilka foto ujęć na śniegu w pozycjach drzewa, tancerza, stania na głowie czy rękach, no i powrót na Kalatówki.

O 18.00 ponownie odbyła się praktyka asan, później kolacja, wieczorna zabawa w „wyścigi” 🙂 (kto był ten wie), 15 minutowa medytacja, a potem pogaduchy do późnego wieczora.

Niedzielny plan na rano równie jogowo jak w sobotę, medytacja, pranayamy i praktyka, wspólne śniadanko, obiad, mała sesja zdjęciowa na śniegu i wyruszyliśmy w stronę Kuźnic, a stamtąd dalej do domów.

Weekend pełen cudownych wrażeń, spędzania wspólnego czasu z fantastycznymi ludźmi przy czym trochę bardziej duchowo, niż wszystkie inne wyjazdy do tej pory. Były osoby, które nie praktykowały jogi wcześniej,  a jednak we wszystkich zajęciach intensywnie brały udział i świetnie się w nich odnalazły.

To był pierwszy lecz nie ostatni tego typu pomysł, jako że jest prośba o więcej to kolejny już jest w trakcie realizacji. Wszystkich serdecznie zapraszam 🙂

Aneta Matula

Kategorie
Wspinaczka

Sylwester na Zirbitzkogel

A miało być tak pięknie….

I było!!! 🙂

Przedostatniego dnia ubiegłego roku grupka nie do końca normalnych ludzi, dzielnie przemierzyła ciągi komunikacyjne Centralnej Europy, by pod wieczór zacumować przy schronisku Wiechtalhaus, nieopodal Kaiserbrun w Górach Rax. Tam był czas na relaks, nawodnienie organizmów i wieczorek muzyczno-śpiewany w blasku czołówek 😉

W Alpach z reguły grudniową porą jest śniegu pod dostatkiem. Z reguły. Tym razem trafił się wyjątek, tą regułę potwierdzający. Wybrawszy się więc w sylwestrowy poranek na zwiedzanie Wąwozu Wiechtalklamm, grupka nie do końca normalnych ludzi, przemierzała ową formację skalną w nie do końca normalnych okolicznościach przyrody: zasadniczo jesiennych.

Sam wąwóz, nie jest co prawda jakimś ósmym cudem świata, ale kilka stopni skalnych i przewężeń potrafi zaskoczyć dość dynamiczną zmianą pejzażu. Do tego gdzieniegdzie jakieś łańcuszki czy drabinki – ku uciesze gawiedzi, szczególnie tej włóczącej się po zamorskich krainach 😀

Generalnie: taka namiastka Słowackiego Raju, ale całkiem przyjemna i na pewno godna polecenia. Szczególnie wiosną czy latem musi tam być bardzo kolorowo.

Za to zakończenie było „z przytupem”, bo ostatnia drabinka jest ustawiona centralnie pod dość soczystym wodospadem, więc każdy – chcąc nie chcąc – musiał zażyć odświeżającej kąpieli 🙂

W drodze powrotnej niemalże jednogłośnie uchwalono, że było warto. Co cieszy 🙂

Po zejściu na dół, nastąpiło szybkie przemieszczenie do pewnego hotelu w Judenburgu. Pan recepcjonista (jak najbardziej normalny) na widok grupki nie do końca normalnych ludzi, porozumiewających się egzotyczną, szeleszczącą mową – stawiał lekki opór. Opór jednak został dość szybko przełamany i po chwili można było już rozgościć się na pokojach. W zasadzie to bardziej chodziło o kaloryfery w tych pokojach, by do wieczora wysuszyć wyprane w wodospadzie ciuchy, a buty zwłaszcza.

Niebawem w hotelu pojawiła się austriacka frakcja z Wodzem na czele 🙂

Nastąpiło spotkanie integracyjne, a gdy rozpoczęła się ostatnia noc 2017 roku – wszyscy (prawie) zabrali się do realizacji głównego zadania: powitania Nowego Roku na szczycie Zirbitzkogel.  Wkrótce po wyruszeniu nastąpiła chwila refleksji i padło z ust Wodza kluczowe pytanie:

„No dobra. To teraz powiedzcie: co Wam się stało, że tam idziecie?”

Po czym padło szczere wyznanie: „Bo jesteśmy pop***eni.”

Z oczyszczonym sumieniem można było już ruszyć na szlak. Całkiem przyjemny, bez żadnych technicznych trudności. Wódz pomyślał o wszystkim, nawet o oknie pogodowym, które otwarło się na całą sylwestrowo – noworoczną noc. Dzięki temu można było podziwiać wyłaniające się z mroku ośnieżone łańcuchy okolicznych alpejskich pasm. Niestety, sprzęt fotograficzny, nie był w stanie dostrzec tego, co ludzkie oko. Toteż te widoki zostały tylko w pamięci. O północy, niektórzy byli już na szczycie, niektórzy poniżej. Nastąpiło podziwianie noworocznych fajerwerków z nienormalnej strony: czyli z góry zamiast z dołu – jak na grupkę nienormalnych ludzi przystało.

Potem jeszcze szampański toast: „Oby nam się…” w schroniskowej kotłowni (jednym dostępnym pomieszczeniu), coś dla ciała i ducha. Wreszcie droga powrotna. W hotelu jeszcze kilka chwil integracji i do łóżeczek. Pierwszy dzień Nowego Roku upłynął na drodze powrotnej na Ojczyzny łono.

Dobra. Będzie dość. Podziękowania dla Wodza za pomysł i organizację całokształtu 🙂

Grzegorz Grochowski

Kategorie
Żeglarstwo

4 Kontynenty i jeden ocean, płyniemy do Polski

Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział „Stary czy masz czas?”. Spontanicznie zorganizowana załoga, trasa Amsterdam – Świnoujście, decyzja podjęta z minuty na minutę. Krótki bilans czasowy i byłem w załodze. Pojechaliśmy.

W sobotnie popołudnie postawiliśmy pierwsze kroki na 12 metrowym jachcie o nazwie Gandalf, jacht, który wyruszy w wielomiesięczną podróż po morzach i oceanach pod banderą Fundacji 4 Kontynenty. Trochę pracy przed nami, więc po kolei, począwszy od wymiany fałów i szotów, skończywszy na doprowadzeniu silnika do stanu używalności, uwinęliśmy się z większością zadań do zmierzchu. A wieczór, no cóż, jest port wielki jak świat, wycieczka do centrum Amsterdamu. Weekend sprzyjał tłumom, mimo pogody, która nie rozpieszczała nas za bardzo. Następnego dnia prace bosmańskie i ostateczny klar do wypłynięcia. Na jachcie pozostała już tylko docelowa załoga, która miała zmierzyć się z warunkami panującymi na morzach. A była nas szóstka. Staszek-kapitan, Kajetan- I oficer, Piotrek II oficer i załoganci Kuba, Ola i Natalia. Po wstępnej integracji z dnia poprzedniego postanowiliśmy odwiedzić jeszcze raz Amsterdam nocą, tym razem jednak wycieczka skończyła się zdecydowanie wcześniej, gdyż rano trzeba było oddać cumy. W poniedziałek wyruszyliśmy o świcie. Boje toru wodnego oświetlone wschodzącym słońcem wyznaczały nam drogę między mieliznami. Minęliśmy pierwszą śluzę, warunki pozwoliły na rozwinięcie genui. Do drugiej śluzy dopłynęliśmy w środku nocy, tu pozwoliliśmy sobie na krótki odpoczynek. Przekroczyliśmy ją nad ranem i rozpoczęliśmy przeprawę slalomem między wyspami i płyciznami i ostateczne wyszliśmy z odpływem na morze północne. Wiatr wcale nie był dla nas taki łaskawy i wraz z Gandalfem przeszliśmy pierwszą próbę sprawności i współpracy, gdyż dwadzieścia kilka węzłów w bajdewindzie na dość płytkim obszarze nie należało do najspokojniejszych. W końcu jednak pokonaliśmy tą barierę i ustawiliśmy się na kursie w kierunku Helgolandu. I nagle, z rozbryzgujących się fal, morze zmieniło się w spokojnie oddychający organizm i baksztagiem pomknęliśmy przed siebie. Prawie dwie doby w morzu spędziliśmy na wspólnym poznaniu się, morskich opowieściach, szantując pod bezchmurnym niebem pełnym gwiazd, których nie szło zliczyć nikomu. Rano we środę przekroczyliśmy rutę i na horyzoncie pojawił się Helgoland. Po dopłynięciu zapoznaliśmy się bliżej z niemiecką policją, którzy pouczyli nas jak się powinno prawidłowo przechodzić ruchliwe drogi. Dostaliśmy od nich nawet mapę morską i cenne wskazówki, jak bezpiecznie poruszać się po wodach morskich. Zapamiętamy to zdecydowanie na zawsze. To jednak nie było ostatnie wyzwanie dzisiejszego dnia. Okazało się bowiem, że koniec sezonu na wyspie to akurat trzy dni najbliższe dni, a my trafiliśmy na jeden z nich, co wiązało się z tym, że stacja benzynowa, na którą liczyliśmy niezmiernie jest po prostu zamknięta i nie ma żadnej możliwości, aby zatankować. A zbiorniku się nie przelewało. Gorączkowe poszukiwania zakończyły się sukcesem, bowiem Kuba zagadał do jednego z tubylców i dostaliśmy w dobrej cenie zapas diesla na całą trasę. Po uzupełnieniu zapasów nie tylko dla jachtu pod wieczór przeszliśmy główki portu. I znowu ruta. Tym razem jednak, mimo znajomości wśród stróżów prawa, postanowiliśmy nie fatygować ich do nas po raz kolejny i zgodnie z ich wytycznymi przecięliśmy autostradę dla statków sztywniutko niczym od linijki. Cuxhaven to kolejny port, który odwiedziliśmy, ale dosłownie na kilka minut, żeby wysadzić Natalię, która musiała niestety zakończyć wcześniej rejs. A my mieliśmy przed sobą kilka godzin do pierwszej śluzy w Kanale Kilońskim. Tak nam się tylko wydawało, bo prąd mocno spowalniał nas, co miało decydujący wpływ na dalsze losy rejsu. Podczas gdy my ledwo co poruszaliśmy się do przodu, obok nas przepływały olbrzymie statki ukryte we mgle , która spowiła wszystko wokoło. Rano wpłynęliśmy do Kanału. Kilka godzin do zmierzchu przesądziło o tym, że nie pokonamy całej trasy tego dnia i koniec końców zatrzymaliśmy się w Rendsburgu o zmierzchu, bo jak wiadomo, w kanale obowiązuje zakaz ruchu w godzinach nocnych. W piątek o świcie oddaliśmy cumy. Wschodzące słońce i ścieląca się po wodzie mgła nadawała klimat spokoju. Solidne kapitańskie śniadanie , bomba kaloryczna złożona z połowy zapasów, uzupełniła nasz zapas energii na najbliższą dobę, która miała być dość intensywna żeglarsko. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Po południu druga śluza otwierająca nam bramy Bałtyku, prognoza z ostrzeżeniem przed silnym wiatrem z kierunku południowo-zachodniego obiecywała szaloną żeglugę baksztagami. Pod wieczór zaczęło się rozwiewać, a jacht zaczął serfować na fali osiągając nierzadko prędkość 9 węzłów. Bajka. Marzyliśmy sobie po cichu, że idealnie byłoby gdyby jeszcze było bezchmurne niebo tej nocy. I jakby na zamówienie po zmierzchu zniknęły chmury i mogliśmy żeglować podziwiając bardzo mocno świecące gwiazdy. Gitara zawitała znowu w kokpicie i mimo przenikliwego zimna, ręce nie odmówiły posłuszeństwa i nocna wachta mogła wspólnie zaśpiewać, że kołysał nas zachodni wiatr, a ląd gdzieś za rufą został, czy pieśń o naszym pięknym Bałtyku, że nas wychowało i szkołę dostaliśmy twardą. Rano czarna chmura dogoniła nas jednak i o słońcu mogliśmy już tylko pomarzyć. Gdy minęliśmy Sassnitz na trawersie, wiedzieliśmy już, że do Polski będziemy płynąc bajdewindem. Rozwiało się jeszcze mocniej, zgodnie z prognozą wiało nam 6 Bf z silnymi szkwałami. Mimo trudnych warunków, fal wchodzących na pokład i zalewających sternika co chwilę, Gandalf dzielnie walczył z Bałtykiem i wieczorem zameldowaliśmy się w główkach portu w Świnoujściu, mokrzy, zmarznięci ale z uśmiechami na twarzy.

Podsumowując, rejs listopadowy na dwóch wymagających akwenach jakimi są Bałtyk i Północne dał nam dużą dawkę adrenaliny, doświadczenia. Warunki były bardzo sprzyjające, mimo silnych wiatrów, które towarzyszyły nam przez cały rejs. Jacht przeszedł bardzo dobrze sprawdzian swojej dzielności morskiej i daje dużą nadzieję na sprawdzenie się w przyszłorocznej wyprawie. A załoga? Wszyscy wróciliśmy zadowoleni z workiem pełnym przygód i morskich opowieści.  

Piotr Dumanowski 

Kategorie
Żeglarstwo

II Ślaskie Targi Wiatr i Woda w Katowicach za nami

II Śląskie Targi Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR I WODA – 4 Kontynenty i Mariner Yachts na szerokich wodach.

W dniach 10-12 listopada 2017 roku w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach odbyła się druga edycja Śląskich Targów Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR I WODA i oczywiście nie zabrakło na nich i nas. Fundacja 4 Kontynenty była obecna na tej imprezie wraz z Mariner Yachts gdzie było nas słychać, dzięki pięknemu głosowi koleżanki z Mariner Yachts, która przez trzy dni przez mikrofon opowiadała o naszej Fundacji. Było nas też widać, ponieważ jako jedyni na targach wyświetlaliśmy film na rozwiniętym foku  i to jaki film, stworzony z przepięknych i magicznych zdjęć zrobionych przez nasze wspaniały załogi SY Sifu of Avon oraz SY Bystrze.

Kochani, zainteresowanie było ogromne, ludzie zatrzymywali się, oglądali zdjęcia i z podziwem słuchali, gdy nasza ekipa opowiadała o wyprawie na Arktykę. Pytano o kolejne plany, rejsy, wyprawy i pomysły. Chętnych do dołączenia w nasze szeregi było sporo, zwłaszcza jeśli o naszej fundacji opowiada z wypiekami na twarzy jedna z naszych podopiecznych Adrianna Krysiak która wzięła udział w jednym z etapów wyprawy Arktyka po tym, jak niestety w tym roku, nie udało się zorganizować „Szkoły pod Żaglami”. Pomogliśmy spełnić marzenie,  teraz ona wspiera naszą ideę.

W trakcie targów spotkaliśmy wielu starych przyjaciół Fundacji 4 Kontynenty, jak i pozyskaliśmy kilku nowych, którzy mamy nadzieję, że przyniosą naszej sprawie dużo dobrego.

Kolejne targi już niedługo, na których też na pewno nas nie zabraknie i zaskoczymy zwiedzających naszymi nowymi pomysłami.

Bądźcie z nami 10-13 marca 2018 w Warszawie 

Marzena Szyszka

Kategorie
Wspinaczka

Expedition to Lenin Peak in 2017 – Szczyt niezdobyty !!!

Expedition to Lenin Peak in 2017 za nami 

Tym razem bez zdjęcia ze szczytu!  Zabrakło niespełna 1000 metrów!
Pierwszy raz w życiu poczuliśmy ten gorzki smak wycofywania się niemal spod samego celu, nawet nie wiedzieliśmy że w ogóle to potrafimy… a jednak! Tak! Ale tylko dlatego, że w grę wchodziło zdrowie a może i nawet życie Krzyśka i NIE nie była to choroba wysokościowa a zwykła, paskudna jakaś bakteria, która dała efekty jelitowe do tego stopnia, że nawet nie było czasu na zastanawianie się co dalej! W tym wypadku musiało nastąpić tylko jedno – szybka ewakuacja z camp 3 do camp 2 a potem na dół. Na ponad 6000 m n.p.m organizm się już nie regeneruje a odwodnienie następowało z godziny na godzinę coraz większe. W takiej sytuacji konieczne jest wycofanie się czym prędzej i jak najniżej. Base camp znajduje się tam na wysokości 3600m.n.p.m, camp1 – 4400m.np.m, camp2-5400m.n.p.m a camp3 z którego atakuje się szczyt na 6100m.n.p.m i tam dotarliśmy. W campie 2 rozchorował nam się Bartek – członek naszego zespołu i przyjaciel i od tego się zaczęło! Byliśmy zmuszeni sprowadzać Bartka do jedynki, po 2 dniach wróciliśmy już tylko we dwójkę do camp2, kolejnego dnia do camp 3 a następnej nocy mieliśmy wyruszyć na atak szczytowy i tutaj na kilkanaście godzin przed atakiem rozchorował się Krzysiek! Walczyliśmy do samego końca, po ataku choroby Bartka zostaliśmy już tylko my we dwójkę a z nami góra, potężna, niebezpieczna, z milionem ogromnych szczelin i ryzykiem bardzo groźnej dla życia choroby wysokościowej, tego baliśmy się najbardziej. Cała akcja polegająca na aklimatyzacji przebiegła u nas perfekcyjnie, wszyscy czuliśmy się jak „Młodzi Bogowie”! Widzieliśmy trupy, ludzi z obrzękiem mózgu, płuc, wypadki z wpadnięciami do szczelin a my ciągle mocni i silni oraz fantastycznie zaaklimatyzowani parliśmy w górę i nagle…. pupa, najpierw Bartek i powrót w dół przez „las szczelin” a potem znów tym samym lasem już tylko we dwójkę i jeszcze bardziej niebezpiecznie ale nadal mieliśmy „parcie na szkło”. W trójce, tam gdzie ludzie już spać nie mogą i nie maja apetytu my spaliśmy jak zdrowe, małe dzieci . Zarówno w ciągu dnia jak i nocą po przebudzeniu na silu mieliśmy niebywały apetyt nie tylko na tę górę ale i na całe żarełko które  mieliśmy ze sobą w plecakach. Nagle znikąd pojawiło się coś, co w normalnych warunkach leczymy stoperanem i szafa gra ale niestety nie na tamtej wysokości, tam jedynym ratunkiem jest jak najszybsze zejście jak najniżej się da. Nie mieliśmy innego wyboru, jak się potem okazało dobrze zrobiliśmy,choroba nie ustępowała przez kolejnych kilka dni a czas uciekał.

Pogorszenie pogody i zbliżający się wylot nie pozwoliły na podjęcie kolejnej próby. Góra nie zając a my…. jeszcze z nią nie skończyliśmy.

Aneta Matula

Kategorie
Żeglarstwo

Klub Podróżnika Fundacji 4 Kontynenty oficjalnie otwarty

Klub Podróżnika Fundacji 4 Kontynenty oficjalnie otwarty

W piątkowy wieczór 27.10.2017 r. w restauracji „ Stary Młyn” przy ulicy Piłsudskiego 21 nastąpiło pierwsze spotkanie podróżników. W klimatycznej restauracji, której historii nikt nie zna zjechali się podróżnicy z rożnych stron Polski. Największa grupa przyjezdnych osób to członkowie Fundacji 4 Kontynenty, którzy licznie przybyli do Trzebini.

  • Zacznijmy jednak od początku.

Nie wszystko poszło tak jak sobie tego życzyliśmy. Najpierw okazało się, że nie mamy do dyspozycji sprzętu nagłaśniającego i projektora, po prostu ktoś zawalił i postawił Nas przed faktem dokonanym. Cóż zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym i trzeba było działać. Tutaj na wysokości zadania stanęli sympatycy Fundacji 4 Kontynenty. Ewa potocznie zwana Ewa Marchewa przywiozła z Krakowa nagłośnienie, Leszek Warchoł dowiózł projektor z Yc Opty. I kiedy się wydawało, że jesteśmy na ostaniej prostej okazało się, że brakuje nam odpowiednich kabli. Z pomocą przyszła trzebińska grupa lokalnych muzyków i mogliśmy już zacząć. Nasz rozkład jazdy już był dość mocno rozregulowany, publiczność zniecierpliwiona oczekiwaniem na prelekcje i koncert.

  • Adam za sterami rusza w świat

W końcu po skonfigurowaniu komputera ze sprzętem ruszamy wraz z Adamem Sarama w daleką krainę Arktycznego Oceanu przez Polską stację Polarną Hornsund do dalekiego NY- Alesund. Adam przez godzinę opowiadał ciekawe historie z którymi się zetknął , jak i opowiedział o samym Spitsbergenie. Nasza publiczność dowiedziała się jak życie toczy się na dalekiej Arktyce i nie zawsze rozmawia się na Spitsbergenie po norwesku czy angielsku.

  • Prawdziwa gwiazda w Trzebini

Po prelekcji odbył się koncert znanego Polskiego SzantyMena Henryka Czekały o muzycznym pseudonimie „Szkot”. Były wspólne śpiewy szantowe, które podtrzymały klimat wyprawy żeglarskiej Adama. „Szkot” pokazał swój kunszt wokalny i potwierdził, że w tej dziedzinie jest najlepszy w Polsce.

  • Podsumowanie

Dla nas największym sukcesem jest to że pomimo przeciwności losu udało nam się przetrwać trudne chwile. Na przyszłość jednak będziemy sami organizować sobie sprzęt rezygnując z współpracy z nierzetelnym partneram. Na spotkaniu gościło 75 osób ze Ślaska, Małopolski, Łodzi, Zgierza, Dolnego Śląska i innych stron Polski. Lokalna społeczność niestety nie dopisała pomimo licznych ogłoszeń kulturalnych w powiecie chrzanowskim. Internet jednak to słaba promocja na wydarzenia kulturalne więc na drugi raz się bardziej postaramy aby dotrzeć do większej rzeszy mieszkańców powiatu.

Spotkanie było organizowane jako wydarzenie non profit i takie też pozostanie.

  • Szczególne podziękowania kieruję do :

Adama i „Szkota” za udział w sympatycznym wieczorze

Zbyszek Marek za organizacje stojaka i zaproszenie Henryka Czekała „Szkot

Ewa Marchewa za organizację sprzętu nagłośnieniowego

Leszek Warchoł za opiekę nad ośrodkiem noclegowym i uczestnikami wydarzenia

Łukaszowi za udostępnienie sali Restauracji „ Stary Młyn”

Rafałowi Tyksiński za fotografie podczas wydarzenia

Yc Opty za wypożyczenie projektora

Oraz wszystkim przybyłym na spotkanie. Bez Was nie miało by to sensu, udowodniliście po raz kolejny, że chcieć to znaczy móc

Już wkrótce kolejne spotkanie, informacje znajdziecie na stronie www.4kontynenty.pl

  • Jeśli chcesz podzielić się swoimi przeżyciami z podróży, jeśli grasz ciekawą muzykę -skontaktuj się z Nami, spróbujemy zgrać nasze terminy na kolejne prelekcje i koncerty tematyczne.
  • Wspierając Fundację 4 Kontynenty dajesz szansę na realizację ciekawych projektów podróżniczych jak i wspierasz osoby, które nie mają szans wyruszyć gdziekolwiek.

Mariusz Noworól 
Fundacja 4 Kontynenty
Osiedle Widokowe 8/7 32-540 Trzebinia
KRS: 0000595255 NIP: 6282265680
Bank PKO BP 8010 2023 8400 0098 0202 0056 01
www.4kontynenty.pl
tel 696914676

Kategorie
Blog

Albania – muzułmańska mekka turystyczna?

To dla mnie zupełnie nowa rzeczywistość. Pierwszy raz bezpośrednio stykamy się z wszechobecnym muzułmanizmem (no dobrze – Władek spotkał się z nim już trochę wcześniej). Miejsce naszych kościołów zajmują strzeliste, chudziutkie wieże meczetów, po kilka razy dziennie wzywające wiernych na modły. Albania dopiero od niedawna otworzyła swe podwoje dla turystów. Tak naprawdę są tu tylko dwa rejony, które zdążyły rozwinąć się w tej branży. Pierwszy z nich to oczywiście rejon wybrzeża. Po opowieści Władka przedstawiającej blichtr i chwałę tutejszych kurortów, z pełną premedytacją omijamy ten punkt. Czytając między wierszami odgadujemy, że to Słoneczny Brzeg vol. 2, dlatego decydujemy się na ten niegodny prawdziwego turysty krok. Lądujemy w drugim, mniej znanym rejonie w Szkodrze, nad ogromnym jeziorem o tej samej nazwie.

Od razu przekonujemy się, że pomimo panującego tu wyznania, które po ostatnich wydarzeniach nie uchodzi za specjalnie bezpieczne dla innowierców, Albańczycy wychodzą do nas z sercem na dłoni. W ponad 40 stopniowym upale, po przejściu przez zadziwiające postępem motoryzacji szkoderskie slumsy, docieramy nad samo jezioro. A tu – miła niespodzianka –  z racji faktu, że nie znajdujemy się w enklawie turystyki, nabrzeże pełne jest jedynie wypoczywających lokalsów. Trochę przypomina się latynoska mańana. Środek dnia, środek tygodnia, rozleniwieni obywatele leżą na czymś w rodzaju dzikiej plaży. Kontemplują powolny przepływ czasu, słuchając muzyki z muzułmańskim zaśpiewem. Nas – turystów otaczają ciasnym kręgiem przyjaźni – wskazują miejsce w cieniu, częstują świeżymi figami i próbują nawiązać konwersację. Niestety – bezskutecznie. W Albanii, przy braku współpracy lingwistycznej ze strony lokalnych mieszkańców nie porozumiecie się w żadnym znanym Wam języku. Porzućcie więc wszelką nadzieję i zacznijcie mowę gestów. Władek osiągnął w tej dziedzinie szczyt porozumienia tłumacząc, że my z Polski, czyli to samo, co Lewandowski.

W drodze powrotnej na camping dwa razy zahaczamy o lokalny wyszynk. Oprócz chyba najlepszego do tej pory mrożonego wina, serwowana jest szkoderska specjalność – karp. Nie, nie, Drodzy Państwo – to nie Wigilia i zdecydowanie nie ta podła mulasta ryba, co u nas w kraju. Tutejszy smażony karp to prawdziwy rarytas i nawet Rafał – jego zagorzały przeciwnik jest zachwycony.

Warto wspomnieć o naszym campingu. Za całką przyzwoitą cenę mamy do dyspozycji całodobowy basen wygrywający hity lat 90. Zdecydowanie najwyższej klasy pole namiotowe, na jakim zdarzyło nam się do tej pory być. Wieczorem decydujemy się uderzyć w miasto, ponieważ padła decyzja o rychłym wyjeździe na drugi dzień. I tutaj cudowna dla mnie niespodzianka – po raz pierwszy w życiu mam okazję zobaczyć meczet. Dzięki uprzejmej instrukcji jednego z modlących się mężczyzn, mogę zwiedzić go nawet od środka. Przechodzę przez wskazane wejście dla kobiet, szybko porzucam obuwie we wskazanym miejscu i spacerkiem po mięciutkim dywanie udaję się na antresolę. Cóż za szczęści, że jestem kobietą. Z piętra przeznaczonego dla osobników mojej płci rozpościera się wspaniały widok na wszystkie nawy i zakątki bogato zdobionego wnętrza. Można też przyjrzeć się z góry kiwającym się w rytm modlitwy mężczyznom. Istny rarytas dla takich jak my innowierców.

Na drugi dzień, zgodnie z zapowiedzią, z niejakim żalem opuszczamy nasz luksusowy camping, żeby udać się w dzicz. To tutaj od samego początku ciągnie Rafał – osławiony raj dla offroadowców – Pętla Theth. Cała trasa zaczyna się bardzo niewinnie – powoli opuszczamy tereny zurbanizowane, kończy się asfalt a zaczyna droga szutrowa. Pierwsza część to około dwadzieścia kilometrów do samego Theth. Nawet jeżeli nie jesteście w posiadaniu samochodu terenowego, możecie przy odrobinie spokoju i cierpliwości pokonać ten odcinek. I powinniście, ponieważ jeżdżąc po wzniesieniach tzw. Albańskich Alp będziecie podziwiać niezapomniane widoki. Samo Theth to mikro mieścina lub bardziej skupisko budowli, położonych w niecce pomiędzy pasmami gór. Parę przydomowych campingów i domów gościnnych, jedna knajpka. Ucztujący w niej mężczyźni, głównie policjanci (prawdopodobnie na służbie, ponieważ w uniformach) po raz kolejny uświadamiają nam, że życiem należy się cieszyć, bo szybko przemija. Środek dnia, biesiada trwa w najlepsze. Oglądamy inne środki transportu, żeby podjąć decyzję, co dalej. Nasz samochód, stojąc na podjeździe obok istnych petro – potworów 4×4, wygląda biedni. Mały, drobne kółeczka, brak sprzętu, który wywieszony jest na zewnątrz, na każdym centymetrze karoserii. Nie mamy dwóch zapasowych opon, kanistrów z galonami paliwa, kosza dachowego, saperek, wyciągarek, anten, lokalizatorów ani innego sprzętu rodem z armii. Jednak porzucenie zamiaru zdobycia Pętli Theth nie mieści nam się w głowie. Z zapowiedzi wynika, że przed nami ponad siedemdziesięcio – kilometrowy odcinek drogi, a właściwie kamienistego offroadu. Droga bez powrotu. Szybka decyzja podjęta – witaj przygodo!

Jest tak strasznie, jak wszyscy ostrzegali. Nasza prędkość przelotowa sięga niekiedy zawrotnych 7 kilometrów na godzinę. Upał, brak żywego ducha za wyjątkiem jednego tubylcy jadącego konno. I wręcz namacalny strach – co będzie, jeśli przebijemy oponę? Ok – mamy zapas, ale co jeżeli jego też uszkodzimy? A co, jeśli dobrniemy do punktu, w którym nasz samochód sobie nie poradzi? Przecież nikt nam nie pomoże, bo nikogo tu nie ma. Adrenalinę uzupełniają niecodzienne widoki i zdarzenia. Mijamy opuszczone kamienne wioski, porzucone bardzo dawno temu. Odpoczywamy i chłodzimy się w  lodowatej górskiej rzece. Nagle, po 5 godzinach docieramy do asfaltu. Coś się nie zgadza – coś poszło nam za szybko. I zdecydowanie za łatwo. Na  środku ruin bardzo biednej i zniszczonej wsi stoją półnadzy mężczyźni i grzebią we wraku motocykla. Cóż robić – licząc na łut szczęścia wysiadamy i pytamy o market. Nasze zdziwienie sięga zenitu – jeden z uczestników zgrupowania płynnie po niemiecku wyjaśnia nam, że sklep jest, a jakże, i już go otwiera, prowadząc nas do pobliskiego zabudowania przypominającego sypiącą się stodołę. Drzwi już otwarte, niepewnie zaglądamy do wnętrza. Worki ryżu, żywność długoterminowa, tona wszelkiego rodzaju gwoździ i śrubek, spleśniałe pomidory i lodówka z piwem. Nada się na nasze potrzeby. Pytamy o stan czekającej nas dalszej drogi. Cóż za szczęście, że tylko ja w miarę dobrze znam niemiecki, bo odpowiedź mrozi krew w żyłach. „Asfalt kończy się za 100m, przed nami ponad połowa całej trasy. Ta gorsza i mniej przejezdna połowa.”

Nie będę przytaczać, jaką drogę przeszliśmy i ile razy musieliśmy z Władkiem wysiadać z samochodu odciążając go na najgorszych odcinkach. Jednak wszystko to było warte noclegu, jaki sobie zafundowaliśmy. Osłonięte z jednej strony wypłaszczenie. Jesteśmy całkowicie i perfekcyjnie sami. Ostatni ślad życia został w składzie – stodole wraz z jej niemieckojęzycznym właścicielem, wiele godzin za nami. Mamy drugi najlepszy (zaraz po Fitz Royu w Argentynie) widok z obozu na całe pasmo otaczających nas Albańskich Alp. Na horyzoncie zapada zmrok i raz za razem zapalają się światła – świadectwo jednak nie do końca wymarłej tu cywilizacji. A może wręcz przeciwnie – w zasięgu wzroku (a tego nie przesłaniają żadne przeszkody), porozrzucanych po całym stoku doliczamy się ich tylko 12.

Budzimy się wcześnie rano, zwijamy obóz i kontynuujemy drogę przez mękę. W końcu, po ponad 10 godzinach samej jazdy, plus oczywiście czasie spędzonym na popasach, docieramy do drugiej strony urwanego asfaltu. Pętla Theth zdobyta, pomimo luk w sprzęcie. Udało się – bez zniszczeń, nasze terenowe Cinquecento dało radę i możemy kontynuować naszą podróż. Przed nami już niewiele, ale równie ekscytujących przygód. Podążamy w głąb enklawy muzułmanizmu – na drodze przed nami Macedonia ze swoimi nieodkrytymi urokami. Ale o tym, co tam widzieliśmy, co przeżyliśmy, co jedliśmy i piliśmy już w kolejnej odsłonie Romków na Końcu Świata. Zostańcie z nami.

Drobne Ciekawostki Cieszą:

  • Albania słynie z… bunkrów. Jeżeli kiedykolwiek wizja nuklearnej zagłady stanie się wyraźna – podążaj w tamtym kierunku. Ich obecność określana jest ciekawym terminem „reliktu paranoidalnej przeszłości”, lub po prostu bunkieromanią komunistycznego władcy. Pan Hoxa, bo tak nazywał się ów dyktator, żył w ciągłym strachu przed inwazją obcych państw, dlatego wybudował taką ilość schronów, że obecnie jeden bunkier przypada na czterech obywateli.
  • Ciekawostka, która nie do końca cieszy mówi nam, że w Albanii poza kurortami turystycznymi absolutnie nie zjesz nic smacznego po godzinie 21. Myślcie o tym planując swój dzień, aby nie stołować się w nocnych, niezbyt dobrych wyszynkach typu fast – food.

Dobre Rady Wujka Rafała:

  • Nie licz na schłodzenie swego rozpalonego ciała w Jeziorze Szkoderskim, ponieważ jego temperatura sięga 35 stopni Celcjusza. Znajdź na to inny sposób, chociażby kosztując kosowskiego piwa, które jest tutaj bardzo popularne a jednocześnie smaczne.
  • W Albanii mają niekiedy ciekawe podejście do tematu marketingu. Najlepszą reklamą sklepu bądź restauracji jest rzeźnik zabijający i sprawiający krowy i kozy bezpośrednio na oczach klienteli, przed głównym wejściu do budynku. Chcesz nabyć naprawdę dobrej jakości mięso – szukaj zwierzyny ze świeżo poderżniętym gardłem, wykrwawiającej się do podstawionej brudnej miednicy.
Kategorie
Żeglarstwo

Pierwszy raz na morzu – relacja najmłodszego uczestnika rejsu

Wspomnienia  Łukasza z rejsu 

Chciałbym podziękować Panu Mariuszowi Noworól, fundacji „4 Kontynenty” i wszystkim osobom, które wsparły nasz rejs , aby umożliwić nam udział w ostatnim etapie …. Dzięki Wam mogłem wypłynąć w rejs, o którym zawsze marzyłem. Dziękuję również mojemu Tacie, który popłynął z nami w roli opiekuna. Bez Niego również nie popłynęlibyśmy.

We wtorek wypłynęliśmy ze Świnoujścia na Bornholm. Od samego wypłynięcia czułem, że rejs będzie wspaniały. Wypłynęliśmy około godziny trzynastej. Na początku było super, wiatr był idealny, nie kołysało, można by tak płynąć bez końca. Nikt nie spodziewał się jednak, że wiatr Nas tak zaskoczy. Około godziny szesnastej wiatr wzmógł się, fale zaczęły się podnosić. Jednym słowem: zaczęlo  się rozwiewać. Nie było już tak przyjemnie jak wcześniej, nie dało się już położyć i spokojnie sobie leżeć. Tej nocy nie stanąłem przy sterze, całą noc wachtę trzymali dorośli. Nie obyło się również bez problemów żołądkowych. Dopadła mnie choroba morska z wszystkimi jej konsekwencjami… Marzyłem tylko o tym, żeby przespać się trochę. Około czwartej nad ranem dopłynęliśmy do portu w Ronne na Bornholmie. Już się cieszyliśmy, że można wreszcie się wyspać, napić ciepłej herbaty, aż tu nagle słyszymy kogoś nadającego przez UKF-kę „Sifu do Bystrza, mamy problem, nie działa nam ster, jesteśmy dziesięć mil od brzegu potrzebujemy pomocy!”. I zaczęła się akcja ratunkowa. Razem z Adą zostaliśmy na brzegu w porcie bo byliśmy po prostu zbyt zmęczeni, żeby płynąć. W końcu udało Nam się zasnąć pod jakimś domkiem, który osłaniał Nas przed wiatrem. Około godziny siódmej zobaczyliśmy „Bystrze” wpływające do portu, ale bez „SIFU”! Okazało się, że nie udało im się podać lin do holowania, wiatr był za silny. Po „SIFU” wypłynęła straż przybrzeżna. Następne dwa dni spędziliśmy w porcie, żeby przeczekać sztorm. Nie narzekaliśmy bo mogliśmy pochodzić i pozwiedzać miasto.

W piątek z rana wypłynęliśmy z Bornholmu na Hel. Mieliśmy bardzo długi przelot bo aż trzydzieści godzin. Czas leciał, a wyspa cały czas była na horyzoncie i nie znikała. O dziwo czas mijał naprawdę za szybko. 3 godziny wachta, potem zmiana i znowu, i tak w kółko. Ale nam się nie nudziło, mógłbym stać przy sterze godzinami i patrzeć na horyzont. Nastała noc, księżyc świecił jak nigdzie indziej, jakby chciał nam oświetlić drogę. Pogoda była idealna, wiało ani nie za słabo, ani nie za mocno. Było dużo cieplej niż w czasie minionych nocy, więc ręce nie drżały tak z zimna. Noc minęła bardzo szybko i już prawie byliśmy na Helu. Zrobiło mi się smutno, że rejs tak szybko się skończył. W sobotę wieczorem pożegnaliśmy się z Wszystkimi, o czwartej rano trzeba było wyjeżdżać.

Naprawdę dziękuję wszystkim za ten miły czas spędzony z Wami, będę go miło wspominał.

Łukasz

Kategorie
Żeglarstwo

Czas na podsumowanie akcji „ Młodzi żeglarze z Mikołowa czekają na Twoją pomoc”

Czas na podsumowanie akcji „ Młodzi żeglarze z Mikołowa czekają na Twoją pomoc” Ada opisuje jakie przygody spotkała na pierwszym w życiu rejsie po morzu. Warto dodać że Ada i Łukasz byli najmłodszymi uczestnikami wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców. Dziękim zebranym środkom wyruszyli na przygodę życia.

RELCJA Z REJSU – ARKTYKA 2017 „ Śladami ginących lodowców” etap Świnoujście – Gdańsk na pokładzie SY Bystrze 

Na początku bardzo chcę podziękować Panu Mariusz Noworól z Fundacji 4 Kontynenty za Jego inicjatywę oraz wszystkim życzliwym darczyńcom którzy przyczynili się do tego, że miałam możliwość popłynąć na ten rejs, a tym samym spełnić marzenie o wzięciu udziału w rejsie morskim.

To był mój pierwszy w życiu rejs morski – płynęliśmy ze Świnoujścia na Bornholm, a z Bornholmu na Hel.

Wypłynęliśmy we wtorek koło południa, było świetnie, wiatr we włosach, słońce nad nami, morze kołysało jachtem, bardzo mi się to podobało jak tak podskakiwaliśmy na falach. Już od pierwszych godzin rejsu stałam za sterem. Na początku trochę się wystraszyłam, że pierwszy raz jestem na morzu i już mi ster dają, ale okazało się, że w sumie to nic strasznego i że to w miarę proste i przyjemne. Przez cały dzień było mi bardzo dobrze, byłam szczęśliwa, że jestem właśnie tutaj.

Zapowiadała się fantastyczna noc z uwagi na pełnię księżyca, który oświetlał nas i morze niczym wielki reflektor.

Pod wieczór jednak wiatr zaczął się wzmagać a fale rosnąć – wtedy nie było mi już tak cudownie. Rozpoczął się pierwszy w moim życiu sztorm, a żeby go przeczekać leżałam na pokładzie próbując zasnąć, choć żeby leżeć prosto, na plecach, trzeba było leżeć praktycznie na oparciu ławki, a nie na siedzeniu. Tej nocy nie wzięłam już steru do rąk. W pewnym momencie zaczęłam drżeć, ale nie było mi nawet aż tak zimno, więc podejrzewam, że to raczej ze zmęczenia i strachu jednocześnie. Bo szczerze mówiąc jak zaczęło nami coraz mocniej kołysać to trochę się wystraszyłam, ale żeby się uspokoić powtarzałam sobie w myślach: „Ada, pamiętaj co ci mówili na kursie, że największy moment prostujący dla jachtów balastowych występuje przy kącie przechyłu ok. 75° – na pewno się nie wywrócimy.”

Teraz jak sobie to przypomnę to myślę, że przecież nie było aż tak strasznie i chyba nie miałam się czego bać, ale wtedy, w nocy, w tych okolicznościach, strachu opanować nie dało się tak prosto.

Do Ronne na Bornholmie dopłynęliśmy po czwartej nad ranem. Byłam padnięta. W czasie przelotu ze Świnoujścia udało mi się zasnąć tylko na 1,5 h. No i jesteśmy w końcu w tym porcie, wstawiamy wodę, już tylko herbata i spać. A tu nagle taki zwrot akcji, „Sifu” straciło manewrowość, dodatkowo ster przestał im działać i dryfowało na mieliznę. Trzeba wracać jakoś im pomóc. Mnie już wystarczyło przygód jak na ten moment, więc zostaliśmy z Łukaszem w porcie. Zmęczeni oczywiście, zasypialiśmy prawie na stojąco, w końcu położyliśmy się na ziemi przy jakimś budynku, który osłaniał nas od wiatru i zasnęliśmy, a jak się obudziliśmy to było już jasno. Koło siódmej rano, patrzymy – „Bystrze” wraca, ale bez „Sifu”. Okazało się, że przy tej pogodzie pomóc im nie było tak prosto i trzeba było ”kogoś większego i silniejszego”. Opowiadania o tym, jak to momentami jedni drugich przez fale nie widzieli, co praktycznie zupełnie uniemożliwiło „akcję ratunkową” były dla mnie zupełnie wystarczające aby utwierdzić się w przekonaniu, że pozostanie w porcie i spanie na betonie było jednak lepszym wyborem. W każdym razie jak nasi tylko wrócili stwierdziłam, że w końcu nadeszła pora na prawdziwe spanie.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Ronne czekając aż wiatr trochę ucichnie. Pierwszego dnia- w środę- odpoczywaliśmy w porcie i odsypialiśmy sztormową noc, a przynajmniej ja. Wieczorem graliśmy w karty, a później siedzieliśmy wszyscy na „Sifu”, rozmawialiśmy o tzw. życiu popijając cieple napoje . W czwartek poszliśmy przejść się po Ronne. Całkiem urocze miasto, z kolorowymi domkami charakterystycznymi dla Danii i ogólnie Skandynawii. W centrum miasta fontanna zdobiona ślimakami. Według przesądu należy pocałować jednego ze ślimaków, żeby kiedyś tu wrócić – postanowiłam obcałować wszystkie jak nikt nie będzie widział . Wieczorem po spojrzeniu na pogodę na najbliższe dni, zapadła decyzja – wypływamy jutro rano.

Tak więc w piątek rano wypłynęliśmy z portu, kierunek- Hel! Nareszcie!

Oddalaliśmy się już od wyspy, jednak ciągle jeszcze mieliśmy jej brzeg w zasięgu wzroku, kiedy na naszym pokładzie pojawił się malutki, uroczy ptaszek. Biedak jak na swoje siły miał ląd już trochę za daleko, chyba niestety nie miał zbyt dużych szans gdzieś dolecieć, więc zatrzymał się na chwilę u nas. Przez parę minut skakał gdzieś po pokładzie, a później odfrunął.

Tym razem pogoda dopisywała w czasie całego przelotu z Bornholmu na Hel. Nawet jakoś nie specjalnie dłużyły mi się godziny na wachcie, doszłam nawet do wniosku, że tu na morzu 1,5 h mija mi chyba szybciej niż 45 min. w szkole. Siedzenie za sterem było cudowne, miało się takie poczucie, że teraz to ja mam władzę nad tą łódką, która jest tak mała dla morza, a tak duża dla mnie, czułam się prawie jak bym była władcą całego świata, tutaj i teraz to ja dowodzę, ja trzymam ten ster i jestem za to odpowiedzialna.

Słońce jeszcze nie do końca zaszło za nami, a przed nami już wstaje księżyc – niesamowity, bo również pomarańczowy. To był naprawdę piękny wieczór. I tego właśnie pięknego wieczoru, siedząc za sterem doznałam szoku, a mianowicie po paru radach i wskazówkach kapitana okazało się, że aby utrzymać kurs wystarczą lekkie wychylenia steru by skontrować falę, a nie trzeba kręcić tym kołem zamaszyście jak szalona, jak robiłam to do tej pory. Od tego momentu wszystko okazało się jeszcze przyjemniejsze i łatwiejsze. Kapitanie Arturze, wielkie dzięki! W czasie tego przelotu stałam za sterem każdą połowę naszej wachty, również w nocy, byłam naprawdę szczęśliwa.

Po 30-sto godzinnym przelocie w sobotę późnym południem dotarliśmy na Hel.

Następnego dnia rano dla nas wszystko miało się skończyć (no bo nie wszyscy mogli spóźnić się do pracy w poniedziałek, jak ja do szkoły. To trwało za krótko, chciałabym jeszcze zostać, jeszcze pożeglować, spędzić więcej czasu z tymi wspaniałymi ludźmi. Ale niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy.

Jeszcze ostatni wspólny wieczór w cudownym, bardzo klimatycznym pubie, gdzie gościu grał jednocześnie chyba na dwóch, w porywach do trzech instrumentów, a do tego jeszcze śpiewał szanty. Na ścianach, pod sufitem i gdzie się dało pozawieszane były różne przyrządy żeglarskie, rybackie, obrazy, mapy… dosłownie wszystko, włącznie z zasuszonymi rybimi głowami. A rano pociąg.

Nigdy nie zapomnę tego rejsu i zawsze będę go bardzo miło wspominać.

Na pewno będę poszukiwać kolejnych sposobności pozwalających mi doskonalić umiejętności żeglarskie, oswajać się z morzem i przeżywać kolejne wspaniałe przygody.

Wszystkim serdecznie dziękuję za ten wspaniały czas spędzony razem.   

Ada