Kategorie
Blog

Merida, a właściwie Celestun. No i trochę Campeche.

Pod wieczór docieramy do stolicy Jukatanu – Meridy. W sumie miasto, jak każde inne, tylko znacznie większe. Po drodze do centrum, jeszcze siedząc w autobusie, na obrzeżach miasta widzimy kilka miejsc ogrodzonych przez policję. Od razu zastanawiamy się, czy na pewno będzie tu dla nas bezpiecznie. 
Mieliśmy mieć hosta z Coachsurfingu. Długie rozmowy zaskutkowały na końcu tym, że nie skorzystamy z gościny Erica. Po pierwsze, nasz niedoszły host nie mógł zdecydować się, czy po nas przyjedzie, czy nie. W końcu podał swój adres, sugerując żebyśmy dotarli na własną rękę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wskazany adres znajdował się na samym obrzeżu miasta, w zdecydowanie niebogatych dzielnicach.  To niestety przesadziło o wszystkim. Grzecznie podziękowaliśmy, odmówiliśmy i zarezerwowaliśmy hostel. Chyba zabrakło nam śmiałości na nocną podróż niewiadomo czym przez całe miasto.
Tym razem nasz pokój jest zdecydowanie bardziej przestronny, z finezyjnie malowaną w czerwone ciapki ścianą. Decydujemy się na nocny spacer po mieście. Tutaj wieczorami trzeba się spieszyć. Zmierzch zapada tu o 18. Po nastaniu ciemności, miasto przez najbliższe 2 godziny zaczyna się wyludniać. Zauważamy, że najlepiej zniknąć z ulicy wraz z rodowitymi mieszkańcami. 
Chodząc po większych meksykańskich miastach nocą, zadbajcie o swoje bezpieczeństwo. Wybierajcie tylko oświetlone i pełne ludzi ulice, licząc na to, że doprowadzą Was one do celu. Muszę szczerze przyznać, że po zmroku lepiej mieć oczy dookoła głowy, bo jest dosyć groźnie. 
Niestety, sama Merida nas nie urzekła. W ogóle. Warto tu jednak zobaczyć siedzibę gubernatora, z obrazami przedstawiającymi ucisk Majów przez przybyłą przed wiekami cywilizację ze starego kontynentu. Autor krwawych i wyrazistych obrazów, z rozmachem przedstawia powstania plemion przeciwko Hiszpanom oraz sądy inkwizycji nad Indianami.
Decydujemy, że uciekamy tam, gdzie będzie nam najlepiej. Zbieramy rzeczy, kupujemy bilety na lokalny autobus i przenosimy się do Celestun. Niewielka osada rybacka, położona w pobliżu delty rzeki o tej samej nazwie staje się naszym rajem na 3 dni. Gdy przybywamy na miejsce, nie znamy tu nic. Nie wiemy, czy są tu hostele, campingi albo cokolwiek. Z Meridy uciekamy praktycznie na ślepo, byle jak najdalej od dużego miasta z jego mało dla nas porywającymi atrakcjami. 
W Celestun panuje okres przed sezonu. Turystów jak na lekarstwo. Mamy jednak ogromne szczęście. Na samej plaży znajdujemy niewielki camping w gaju palmowym. Rozbijamy namiot i zostajemy. Rafał własnoręcznie i z sukcesem zapolował na kokosa czającego się w pobliskiej głuszy. Mamy więc praktycznie nieograniczony dostęp do pysznej wody kokosowej. Właściwie to kokosy występują tu w każdym stadium rozwoju. Nie tylko w stanie nadającym się do picia, ale także do jedzenia oraz do niczego (bo są za młode lub za stare). 
Ten dzień do końca spędzamy na plaży, grzejąc tyłki, pływając, pijąc kokosy z tequilą i podziwiając zachód słońca. 
Kolejnego dnia dajemy się namówić na największą atrakcję turystyczną- wycieczkę motorówką w głąb delty Rzeki Celestun do parku biosfery, w celu zapoznania się z flamingami. Mieliśmy szczęście, że daliśmy się namówić- wycieczka jest warta każdego wydanego peso. Najpierw przez godzinę mkniemy przez ocean wzdłuż wybrzeża. W pewnym momencie wpływamy w deltę i kierujemy się wgłąb lądu. Nagle naszym oczom ukazuje się widok niezwykły- cały horyzont mieni się kolorem pomarańczym. Gdy podpływamy bliżej, widzimy że są to setki flamingów, które tutaj właśnie mają swoje żerowiska. Ptaki są smukłe i wysokie, a ich kolor przekracza ludzkie pojęcie. Do tej pory mieliśmy okazję podziwiać te ptaki w kolorze różowym. Jednak w pełnym słońcu flamingi spod Celestun mienią się na pomarańczowo. Dalsza część wycieczki jest równie atrakcyjna, o ile nawet nie bardziej. Z delty, w pewnym momencie wpływamy w jedną z wielu odnóg. I płyniemy przez las namorzynowy. Drzewa zanurzają swe korzenie w ciemnej i słonej wodzie. Gniazda termitów i… aligator. Nie znowu taki duży, ale jest- wygrzewa się leniwie na brzegu z otwartą paszczą. Dopływamy do ostatniego punktu wycieczki- Ojo del Azul, czyli miejsca, gdzie bije źródło zasilające Rzekę Celestun. Woda jest krystalicznie czysta, pełna bytujących tam ryb. Turyści nie wykazują zainteresowania kąpielą, my wręcz przeciwnie. Jednak będąc już chwilę w wodzie, przypominamy sobie o niewielkim aligatorku, który wygrzewał się w okolicy i zastanawiamy się, czy przypadkiem w pobliżu nie ma jego mamy. Pomimo czarnych myśli kąpiel jest warta zachodu. Szczęśliwi, wsiadamy z powrotem na łódkę i przy pomocy 60 konnego silnika mkniemy z powrotem. Podsumowując- jeżeli tylko będziecie w Celestun, potargujcie się trochę z lokalnymi nagabywaczami i zabierzcie się na wycieczkę na flamingi. Ta rozrywka warta jest każdego wydanego peso. 
Niestety ta część naszej podróży dobiega końca. Nie mając wyjścia, przemieszczamy się do Meridy a stamtąd do Campeche. 
Campeche to stolica regionu o tej samej nazwie. Jest zupełnie inne niż Merida. Jest wspaniałe. Otoczone świetnie zachowanymi murami obronnymi, z najbardziej kolorowymi domami, jakie do tej pory widzieliśmy. Turystyczna cześć miasta oferuje całą gamę restauracji, barów, sklepów ze wszystkim i niczym, straganów z jedzeniem i co tylko sobie człowiek wymarzy. Trafiamy na obrzeżu do lokalnej restauracji serwującej pechugas, czyli kieszonki z kurczaka z nadzieniem wewnątrz, w sosie śmietanowym. Zupełnie niespotykany typ dania w Meksyku, bardziej przypomina kuchnie francuską i za grosz nie ma w nim chili. Wreszcie nasze płonące trzewia mają chwilę wytchnienia. 
Punktualnie o godzinie 20 znajdujemy się w sercu miasta- na głównym placu przed katedrą. Wraz z tłumem przybyłych rozsiadamy się, gdzie popadnie i czekamy na pokaz. Na budynku głównej biblioteki publicznej, z projektorów i głośników ustawionych na środku, wyświetlony zostaje materiał pokazujący powstanie kultury Majów wyraz z Campeche. Feeria barw i dźwięków, jaka nas otacza jest krzykliwa, meksykańska i odbierająca rozum. Jednak tłum unosi się z radości, bo podobało się każdemu. Nam również. 
Przechodzimy się po mieście, ostatni raz starając się zachować w pamięci jego klimat, który tak nam przypadł do gustu. Jutro, z samego rana naszym zadaniem będzie dostać się na lotnisko, aby samolotem dolecieć do Ciudad de Mexico.  Osławiona stolica, największe miasto Ameryki Łacińskiej. Jak tam będzie? O tym przeczytacie w kolejnym odcinku. 

Drobne ciekawostki cieszą:
– Jak wygląda mała palma kokosowa? Wydawałoby się, że powinna ona być idealną pomniejszoną kopią dużej palmy kokosowej. Ale to nieprawda. Jak zapewne wiecie, dorosła roślina posiada ponad 2 metrowe liście z głęboko poszarpanymi krawędziami. Nie pomylicie jej z niczym. Z kolei liście małej wersji są idealnie równe, o kształcie owalnym. Wraz ze wzrostem, liście zaczynają pękać i rozszczepiać się na boki i dopiero wtedy mają wygląd pióropusza.
– W Meridzie znajdujemy jeszcze trochę czasu, aby zajrzeć na lokalny targ miejski. Na własne oczy widzimy, w jaki sposób wyrabiana jest wszechobecna tortilla. W połowie zautomatyzowana produkcja wypluwa co minutę dziesiątki życiodajnych placków. Zauważamy również, że rozbiór i sprzedaż mięsa na stoiskach jest zdecydowanie domeną mężczyzn. 
– I o co chodzi z tymi piratami? Po powstaniu, Campeche było celem ataków piratów. Wielokrotne najazdy zadecydowały o konieczności powstania murów obronnych. Teraz Campeche chełpi się faktem okazyjnych odwiedzin piratów. Mamy tutaj pirackie wyszynki z jedzeniem i piciem, sklepy z pamiątkami oraz nawet sztuki uliczne. Czy to na prawdę powód do dumy? 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Jeżeli będąc w Meksyku macie do wyboru dwa rodzaje śniadań- zdecydowanie zamówcie to nie na słodko.  Po raz pierwszy od wyjazdu, w Meridzie mogłem rozkoszować się prawie swojskim śniadaniem. Jajecznica z szynką to ta część znana. Meksyk dorzucił od siebie tortille, pastę fasolową, nachosy i tradycyjnie nielimitowaną ilość ostrego sosu habanero.
– W upał nie macie ochoty za dużo chodzić, a musicie się przemieszczać? Nic prostszego! Ten kraj oferuje najtańsze taksówki w postaci trajek. A jak są one zrobione? Do produkcji wystarczy nam tylko kolega Paco ze spawarką, trochę metalowych pozostałości z różnych motocykli i już macie. Korzystajcie, bo w Europie nie doświadczycie, a kurs dla 1 osoby to około 1 zł.
– Rada w ramach powtórki. Szukajcie jadłodajni lokalnych okupowanych przez mieszkańców. Kantyna w Celestun, niepozorne ukryta pomiędzy sklepami w okolicach placu głównego, serwowała zdecydowanie najlepsze i najtańsze smażone ryby z surówką, ryżem, marynowaną cebulą i tortillą. Wszystko to za porywającą cenę 23 zl za dwie osoby. Nieskończona ilość ostrości, jak zawsze wliczona w cenę. 
– Obudź w sobie instynkt łowcy i zapoluj na kokosa. Aby dostać się do życiodajnej wody kokosowej wystarczy ci jedynie scyzoryk lub multitool. Kokos z wodą nie posiada twardej skorupy. Jeżeli jednak interesuje cię starszy orzech z miąższem do jedzenia, musisz trochę bardziej nad tym popracować. 

Kategorie
Blog

Valladolid i okolice, gdzie cenoty z ręki jedzą.

Nasz kolejny przystanek to oddalone od Cancun o około 150 km Valladolid. Zaczynamy przyzwyczajać się do wyglądu tutejszych miasteczek. Przed głównym kościołem zielony plac z ławkami i oczywiście ulicznym straganami. W sam dzień przyjazdu widzimy niewiele. Kupujemy drobiazgi w markecie na kolację i odnajdujemy nasz hostel. To kolejne ciekawe miejsce, w którego pokoju z trudem jesteśmy w stanie się obrócić, gdyż łóżko zajmuje ponad 90% powierzchni. Ale za to jest czysto i tanio, wiec zdecydowanie spełnia nasze wymogi.
Na drugi dzień zaczynamy prawdziwe zwiedzanie. Wypożyczamy skuter i jedziemy ponad 120 km na północ, na wybrzeże. Warto tu wspomnieć o zasadach poruszania się pojazdami mechanicznymi. Po pierwsze musicie wiedzieć, że prawie wszystkie ulice są jednokierunkowe. Tutejsze miasta budowane są na planie kwadratów, mamy więc cała masę przecznic i alei, wszystkich idealnie pod kątem prostym. Przy dojeżdżaniu do każdego skrzyżowania należy od razu zastanowić się, skąd może nadjechać inny pojazd. W sumie w dwie osoby oraz czynnego gpsa na pewno dacie sobie radę. Prócz tego prawa pierwszeństwa przejazdu mało czym należy się przejmować. Prędkość, strona ulicy- są tu raczej umowne. 
Jak już wspomniałam, wielka wyprawa miała nas tego dnia doprowadzić do małego rybackiego miasteczka – Las Coloradas. To był kawałek męczącej jazdy,  grubo ponad 2 godziny. Po drodze mijamy ucztujące na samym środku jezdni stado sępów. Co jedzą? Pewnie to samo, co wszystkie tego typu ptaki na świecie- ścierwo zwierzaków potrąconych przez samochody. Nasz przejazd niespecjalnie je wzrusza, lekko tylko się odsuwają na bok. Sępy to ponoć zły znak. Nie są one dla nas nawet w połowie tak złe, jak zamówiona na postoju zupa. Rafał nie mógł już wytrzymać i w połowie drogi pierwszy raz zamawiamy coś, czego nie jesteśmy w stanie zjeść. Flaki po meksykańsku. Są po prostu słabo oczyszczone i cuchną wszystkim tym, co krowa ma w środku. Nie dajemy im rady. Wreszcie docieramy na miejsce. W Las Coloradas wydobywa się sól w specjalnych odstojnikach. Największą atrakcją jest bajeczny kolor tych właśnie zbiorników, który tworzy się przez obecność żyjących w nim alg. Różowe „Lagunas Rojas” są jednak odwiedzane jedynie przez nieliczną rzeszę turystów z samego Meksyku. Po prostu ciężko to dotrzeć,  a dodatkowo samo miasteczko nie oferuje więcej atrakcji. Jednak widok różowych lagun jest tak atrakcyjny, że meksykanie przyjeżdżają tu nawet na ślubne sesje zdjęciowe. Natchniony tym faktem Rafał postanowił sfotografować się w podobnej scenerii i pozie.
Będąc w Las Coloradas możecie wykupić wycieczkę po całym terenie lagun za 250 peso za osobę. Wsiadacie wtedy na tył motocykla i wraz z przewodnikiem zeiedzacie okolice. My zdecydowaliśmy zaoszczędzić te pieniądze i chwile popodziwiać samą plażę. Tutaj też, po stwierdzeniu, że flaki po meksykańsku nie zdołały sforsować naszej rodzimej, polskiej flory bakteryjnej i w związku z tym zatruciu nie uleglismy, przysiadamy w niezwykłym „lokalu”. Na całość składają się stoliki i krzesła plastikowe, porozkładane po ogródku przed budynkiem na miarę garażu. Co tu serwują? Tylko jedno danie. Podchodzicie do pudła, pokazujecie która ryba z porannego połowu podoba Wam się najbardziej. Następuje szybkie ważenie, po którym Wasza ryba ląduje w ogromnym garze pełnym wrzącego oleju, ustawionym na kamieniach, pod ktorym wesoło płonie ogień. I już zaraz jest na Waszym stole, serwowana z tortillą i sałatką z kapusty. Koszt takiego dania dla dwóch osób wraz z napojami i nieskończoną ilością tortilli to 40 zl. Niewielka wioska rządzi się swoimi prawami. Toaletę po skorzystaniu zalewamy tu wiadrem wody pobranej ze zbiornika na deszczowkę, ręce myjemy woda z podwieszanego baniaka. Jednak również to wpływa na magię tego miejsca.  Żałując, że nie możemy zostać dłużej w tej zapomnianej przez świat osadzie, wsiadamy na naszego dzielnego rumaka o pojemności 150 ccm i ruszamy w drogę powrotną. Oczywiście, nawet tutaj towarzyszy nam widmo polskiej niepogody. Łapie nas tak ogromna ulewa, że dalsza jazda staje się drogą przez mękę. Gdy wreszcie docieramy z powrotem do Valladolid, nie ma na nas suchej nitki. Odprowadzamy naszego mechanicznego rumaka do stajni i zmęczeni, postanawiamy wychylić kieliszek tequili w lokalnym barze. Mieliście się na baczności, barmani tak Was urobią, że wyjdziecie, jak my- znacznie biedniejsi. Trzeba również pamiętać, że koszt tequili w barze jest bardzo wysoki, i dlatego nikt z lokalsów jej nie tyka. 2,5 kielisza w barze to równowartość jednej butelki 0,75 l w sklepie.
Nad Valladolid kolejny raz wchodzi słońce. Przez kratki wentylacyjne naszego mikropokoju wpadają dźwięki budzących się tropikalnych ptaków. Ludzkie oko nie może dostrzec różnicy, ale prawdopodobnie pobliskie limonki i banany urosły od wczoraj o nanometry. Na ulicę wychodzą panie ze świeżutkimi tortas i tostadas. To bądź pierwszy punkt dnia. Na krawężniku, otoczeni przez lokalnych mieszkańców w każdym wieku, spożywamy nasza porcję niebezpieczeństw. Widziane tylko przez nasze europejskie umysły napisy „nie jedz mnie” zaczynają powoli blednąć. 
Najwyższy czas zapoznać się z tymi słynnymi cenotami. A co to właściwie jest ta cenota? Aby ułatwić Wam, Drodzy Czytelnicy, życie, spieszę z definicją. Cenota to po prostu dziura. Ale dziura niebylejaka, bo wydrążona przez podziemne wody w wapiennej skale. Twór ten nie ma odpowiednika w żadnym innym języku. Wewnątrz znajduje się woda o głębokości 30 do nawet 100 m. Boki zalanych jaskiń pokryte są skalnymi tworami oraz roślinnością. Zewsząd zwisają stalaktyty. Wszyscy odwiedzający to miejsce twierdzą, że każda cenota jest inna. I chyba mają rację. Pierwszą z nich, Zaci, odwiedzamy w samym centrum Valladolid. Jest do połowy odkryta, dzięki wpadającym promieniom obserwujemy wspaniałą grę świateł. Woda jest raczej chłodna, dająca ukojenie w upalny dzień. Wszędobylskie rybki bardzo chętnie wykonują peeling na twoim ciele, jeżeli swoim chwilowym bezruchem im na to pozwolisz. 
Następnego, i ostatniego naszego dnia w tym miejscu znowu wypożyczamy skuter i ruszamy na podbój kolejnych cenotów. Pierwszy z nich, Ik’Kil – to najsłynniejszy obiekt na całym Jukatanie. Boimy się najazdu turystów, dlatego na miejsce docieramy juz o 9 rano. Gdy wychodzimy o 10 na parkingu stoi już kilkanaście autobusów. Taka chmara ludzi w jednym cenocie wygląda jak zupa ze zbyt duża ilością klusek. Dodatkowo większość klusek nosi kamizelki ratunkowe bo nie umie pływać. Ik’Kil dla odważnych (Rafał),  oferuje skoki ze sporych wysokości, wszak woda ma głębokość 50m. Dla sierot (Aśka) oferuje skoki z niższa, poziom można dobrać zgodnie z upodobaniem. Korzenie drzew niczym liany zwisają do samej wody. Jesteśmy w niedalekiej odległości od Chichen Itza- jednych z bardziej popularnych ruin majów, okrzykniętych jako jeden z 7 cudów świata. Skoro tyle już przejechaliśmy, dlaczego ich nie obejrzeć? Ze smutkiem musze przyznać, że Chichen Itza nas zawiodła. Ruiny ledwo wyrastają ponad tłum turystów i sprzedawców pamiątek. Główna świątynia rzeczywiście została zachowana w całości. Teren Miasta Jaguara zajmuje sporą powierzchnię, na jego zwiedzanie potrzebować będziecie około 2 godzin. Po raz kolejny uważajcie tu na naganiaczy- naciągaczy. Za cenę dwukrotności biletów zostanie Wam zaoferowany obiad w cenie. Patrząc na koszt gastronomii w Meksyku, który jest to na prawdę niski, jest to zupełnie nieopłacalne. 
Po pierwszych piramidach, na naszej mapie odznaczamy jeszcze dwie cenoty. Położone obok siebie X-Keken i Samula, obydwie podziemne z nielicznymi oknami na zewnątrz i bytującymi nietoperzami. Pomimo dusznej atmosfery wewnątrz, woda jest chłodna, jak we wszystkich cenotach. 
I już pędzimy naszym skuterem w stronę miasta. Ścigamy się z czasem, aby zdążyć na autobus do stolicy regionu Jukatan – miasta Merida. Czy okaże się dla nas łaskawa i czy czymś nas zaskoczy- o tym w kolejnym odcinku. Romki na Końcu Świata w Meksyku mają się doskonale i pozdrawiają niezmordowanych czytalników.

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Przebywając w dziwnych wyszynkach w Meksyku, wraz z mieszkańcami kibicuje bohaterom słynnych telenoweli. W momentach kulminacyjnych ma się wrażenie, że ludzie przestają oddychać a muchy latać, czekając na dalszy bieg wydarzeń. 
– Przekąski do piwa. Są finezyjne i niezwykle tropikalne. Tutaj na pewno nie uraczą Cię orzeszkami. W małych miseczkach, sterowanych co jakiś czas znajdziesz kawałki ananasa z chili, smażoną wieprzowinę z cebulą, boczek, skalę świńskie skórki z kapustą i chili i inne różności. Jak juz przyzwyczaisz oko do niewidzialnych tabliczek „nie jedz mnie,  bom trujący i dam ci amebę” i zaczniesz je ignorować- korzystaj ze wszystkich dobrodziejstw Meksyku.

Dobre Rady Wujka Rafała
– Wchodząc do lokalu pełnego tubylców, mając tak inny kolor skóry, zawsze zwrocisz na siebie uwagę. Często ludzie patrzą się spode łba, nie do końca będąc zadowoleni z naszej obecności. Jest na to dobra rada- wchodząc zawsze przywitajcie się w tutejszym języku. Jak do tej pory zawsze działało, jako rozładowanie atmosfery. Przypuszczam, że jeżeli kiedyś nie zadziała warto dany lokal opuścić w bardzo szybkim tempie. 
– Nie bój się eksperymentować z nowymi smakami. Kolba kukurydzy na kijku z majonezem, serem białym i chilli oraz zawijane gofry z bananami, mango i żółtym serem okazały się strzałem w dziesiątkę. Z probowaniem warto jednak czasem mieć umiar, gdyż smak flaków po meksykańsku przypominał nam się przy okazji każdego mijanego rancza.
– Mówiąc o cenotach, posługujcie się liczbą pojedynczą (czyli cenote zamiast cenotes). W wolnym tłumaczeniu cenote oznacza meksykanską dziurę z wodą, a cenotes oznaczają kobiece piersi. Wyobraźcie sobie sytuację, gdzie łamaną angielszczyzną, pytacie sowicie obdarzoną przez naturę meksykankę, aby wskazała drogę do cenotes. „Show me cenotes”.

Kategorie
Trekking

Pędzimy saniami ze swoimi marzeniami … – Istebna 2018

Działo się w tym roku, działo… na naszym corocznym spotkaniu Fundacji 4 Kontynenty w Istebnej. Podobnie jak w zeszłym roku i w tym, gościł nas Ośrodek Maria. Oficjalnie spotkanie rozpoczęło się ogniskiem w piątek 02 lutego, ale już w czwartek pierwsi amatorzy górskich szlaków i tras narciarskich pojawili się by przygotować miejsca innym. Część osób zdecydowała się przyjechać około południa w piątek tak aby móc wykorzystać jeszcze czas na szaleństwa na stoku narciarskim, a co poniektórzy nawet na górce saneczkowej. Oficjalnie spotkanie rozpoczęliśmy o 20 gorącym ogniskiem w naszym ośrodku, gdzie wszyscy zajadali się pieczoną kiełbaską i świetnie bawili się śpiewając. Po ognisku przenieśliśmy się do przygotowanej Sali w głównym budynku ośrodka, gdzie zabawa trwała przez resztę wieczoru w najlepsze. Były tańce i śpiewanie, było dużo śmiechu i dobrej zabawy. Bo przecież towarzystwo było doborowe.

Sobota od rana zachęcała na wyjście w góry, na narty i na wszelaką inną aktywność fizyczną, tak więc każdy znalazł dla siebie coś dogodnego i po wspólnym śniadaniu, nasi towarzysze rozpierzchli się by miło spędzać czas. Po obiedzie, przyszła chwila na krótki odpoczynek. No i nadeszła chwila, na którą wszyscy czekaliśmy, wyruszyliśmy po zmroku autokarem by odbyć kolejny punkt tegorocznego programu w postaci kuligu po zaśnieżonych szlakach górskich. Naszych dobrych humorów nie było wstanie nic zachwiać, nawet spóźnienie naszych konnych zaprzęgów, które poniosły nas później po górskich drogach. Na wozach było mroźno, ale bardzo wesoło i wszystkim dopisywał wspaniały humor.

Po powrocie do ośrodka czekała nas niespodzianka w postaci Kapeli Góralskiej, która umilała nam swoim śpiewem czas w trakcie pysznej kolacji.

Nasze coroczne spotkanie uczciło również II Urodziny Fundacji 4 Kontynenty i jak to na urodzinach, nie mogło zabraknąć tortu, a tort mogła kroić tylko jedna osoba, czyli nasz Prezes Mariusz i trzeba przyznać poszło mu to całkiem sprawnie.

Reszta wieczoru była równie wspaniała co poprzednia. Były tańce, śpiewy, dobra zabawa i wspaniałe towarzystwo do białego rana.

W niedzielny poranek, po śniadaniu, część osób pozwoliła się porwać białemu szaleństwu narciarskiemu, zaś część osób wolała inną aktywność… w budynku głównym ekipa dorwała stół do piłkarzyków i rozpoczęła się pełna napięcia walka. To podsunęło nam pomysł, że w przyszłym roku zrobimy turniej i przekonamy się, kto jest mistrzem.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i przyszedł czas pożegnań ze starymi i nowymi przyjaciółmi, którzy wraz z nami świętowali urodziny Fundacji.

Wszystkim Wam dziękujemy za wspaniałą zabawę i serdecznie zapraszamy w przyszłym roku!

Niech nas będzie więcej za rok!

Marzena Szyszka  

Kategorie
Blog

Cancun, czyli szkoła życia, jak nie dać się ocyganić.

O samym tranzycie niewiele można powiedzieć. Bagaże, o dziwo, doleciały na miejsce. My też. 12 godzin spędzonych na lotnisku w Toronto w większości przespaliśmy. My, znaczy ja, poniewaz Rafal nie potrafi spać w niewygodnych pozyciach. 
Po tylu godzinach jazdy,  gdy wysiedlismy u celu podróży,  każde z nas miało ochotę ucałować meksykańską ziemię obiecaną na podobieństwo papieża. 
Do Cancun przybywają tłumy. Codziennie,  praktycznie bez przerwy,  pasujące samoloty wyrzucają ze swych mechanicznych czeluści tysiące pragnących zażyć luksusu turystów. Odprawa na lotnisku trwa godzinami. Moczenie w niekończących się kolejkach, wraz z przedstawicielami chyba każdej nacji świata, można zamiast wzdychać i  wołać o pomstę do nieba, zobaczyć przedsmak prawdziwego Meksyku. Bagaże porozrzucane po całym lotnisku. Szzekające chichuauy, które ktoś zabrał do bagażu podręcznego. Dzieci i  turyści głaskający psa, który zamiast węszyć i szukać narkotyków, przmila się i domaga pieszczot. Błonie wszędobylskich żołnierzy spoczywają w pogotowiu na karabinach i pistoletach, a palce na wszelki wypadek na spustach. Być może, jak pisał pan Wojciech Cejrowski, to rzeczywiście tutaj zaczyna się wolność.
Tuż za bramkami zaczyna się prawdziwy Meksyk. Dopadają nas kolejni ludzie oferujący transport. Wszyscy chcą skupić naszą walutę po najlepszej cenie. Uciekamy od tego kupując bilet na autobus. Aby dostać się do naszego hostelu przechodzimy przez dużą część miasta. Ludzie trochę boją się bezprawia. Okna tradycyjne kraty, po zmroku mało kto wychodzi. Kierując się radami Wenezuelczyka Eda, który rok temu gościł nas w Buenos Aires, staramy się chodzić środkiem ulicy, aby nie być wciągniętym w zaułki. Masz hotel to bardzo przyjemne miejsce. Mam własny pokój, co prawda bez okien, ale za to z otworem w ścianie, z którego wieje nam zimne powietrze z klimatyzacji. A jest co chłodzić –  temperatura około 30 stopni z wilgotnością powietrza na totalnie tropikalnym poziomie. 
Decydujemy, że ostatnią rzeczą, jaką tego dnia zrobimy będzie zjedzenia czegoś meksykańskiego. Pobliska restauracja „Taco Rigo” totalnie nas zaskakuje. Miejsce pełne samych localsów. Niedawno minione święta zaskakują pozostałościami q postaci dużej instalacji szopki, tuż obok figurek ludzkiej wielkości, przedstawiających uśmiechnięte tortille z nadzieniem. Zostajemy ugoszczeni po królewsku. Jedzenie jest dokładnie takie jakiego oczekiwaliśmy. UNESCO się nie pomyliło w swoim osądzie. Jedzenie meksykańskie jest najlepsze na świecie. Do każdego zamówienia do woli możesz otrzymać placków tortilli, limonek oraz ostrych sosów. Już wiemy, że na pewno to nie schudniemy, bo boski Meksyk nam na to nie pozwoli. Na drugi dzień rozglądamy się po mieście. Cancun dzieli się na ogromną strefę hotelową, położoną wzdłuż całego wybrzeża oraz tak zwany Downtown, w którym obecnie przebywamy. Kto mieszka w strefach hotelowych – oczywiście głównie Amerykanie. Jak dowiadujemy się od przypadkowo spotkanych obywateli USA – z niektórych stanów leci się tu około godzinę, wiec przybywają do Cancun nawet na weekend. Downtown to w skrócie tereny lokalnych mieszkańców. Hostele, podobne do naszego, oferują tu bardziej odważnym noclegi za niewielką cenę. Jak to się dzieje, że Amerykanie są tutaj tak bardzo nielubiani? To bardzo proste – oprócz wyższości,  która wiecznie towarzyszy mieszkańcom kraju Pana Donalda, nie znają oni magicznego słowa,  a właściwie żadnych magicznych słówek. Mówię tu znowu o hiszpańskim. Uśmiech człowieka,  który służy swój język z ust osoby zdecydowanie nietutejszej jest wart każdej godziny poświęconej na naukę. Zadowolenie a jednocześnie zdziwienie,  jakie wywołujemy, robi nam tak na prawdę bardzo dużo roboty w postaci pomocy a czasem zniżek. 
Gdy będziecie w Cancun, nawet zamieszkując w strefie hotelowej, zdecydujecie się na odwiedziny w slynnym „Mercado 28”. To miejsce, do którego udają się nawet Amerykanie, pomimo „ogromnych niebezpieczeństw”, które czekają ich poza hotel zone. Zobaczycie tu prawdziwe cuda. Moja uwielbiana talavera, czyli meksykańska ceramika, wala się w nieogranuczonych ilościach po straganach. Czaszki, kolorowy i chochoczący kult śmierci, jest dokładnie tak wspaniały,  jakim go przedstawiają w prograch telewizyjnych. Nie – tutaj jest lepszy, ponieważ możesz go dotknąc,  popić wodą ze świeżego młodego kokosa, wąchając feerię zapachów tłuszczu i towarzyszących mu składników. Prawdziwy Meksyk czeka na Was, jeżeli tylko pokonacie strach i opuście luksusową strefę hotelową.  
Po wycieczce do Mercado 28 wsiadamy w autobus i przemieszczamy się na rekomendowaną plaże publiczną. Oczywiście jazda autobusem przebiega w podobnym beztroskim klimacie, co w Argentynie.  Naraz potrafią jechać 3 pojazdy tej samej linii, żeby później przez długi czas nie było żadnego. W samym autobusie panuje tłok i musisz koniecznie trzymać się wszystkimi kończynami, żeby szaleńcza jazda nie miotała tobą po całym wnętrzu. 
I wreszcie widzimy jeden z cudów świata – Morze Karaibskie. Tak błękitne i egzotyczne,  jak żadne inne na świecie. Jego błękit w pełnym słońcu aż boli w oczy. Horyzont psują jednak strzeliste budowle molochów hotelowych. Temperatura wody nie przekracza temperatury Morza Adriatyckiego, jest więc zupełnie przyjemnie. 
Po kilkugodzinnym odpoczynku na plaży i krótkich zakupach w markecie, kierujemy się do hostelu. Na naszym stole lądują tradycyjne produkty, których nie może zabraknąć w Meksyku. Tequila za cenę całych 12 zl za litr, najlepsze we wszechświecie mikro banany, opływające sokiem i słodyczą dojrzałe mango, bezcenne papryki jalapeno, nachosy i smażone świńskie skórki.
Zastanawiając się,  co zrobić z resztą wieczora, poznajemy nowo przybyłych gości hotelowych. Para młodych meksykanów przyjechała tu ze stolicy, aby przez 3 dni nacieszyć się ciepłem i plaża. Ze względu na dziwne sytuacje, które miały miejsce z udziałem naszych nowych znajomych, ich imiona i wizerunki nie zostaną ujawnione.  Wspólnie męczymy naszą butelkę tequili i proponujemy wyjście na tańce do słynnej w całej części downtown „mambo cafe”. L i C przyjechali tu samochodem i proponują przejazd do klubu. Gdy wsiadamy do auta, dziewczyna odnosi do pokoju nielegalnie posiadaną broń. „Tak na wszelki wypadek, gdyby po drodze kontrolowała nas policja”. Jesteśmy delikatnie zaskoczeni i próbujemy nie dać wykiełkować i urosnąć do rozmiarów baobaba zasianej w nas panice. Sam klub Mambo Cafe to jak dla mnie centrum nieco burżuazyjnej, ale wciąż widocznej kultury latynoskiej. Po raz kolejny mamy to szczęście, bo miejsce nie obfituje w turystów z całego świata, tylko gromadzi samych rdzennych mieszkańców. Mambo na żywo. Nie jesteśmy królami parkietu, z tańcem nie jesteśmy nawet za pan brat. Ale tutaj, pomimo braku umiejętności, zostaliśmy porwani przez magię chwili. Meksykanie świecą w tańcu nagością i bielą zębów wyszczerzonych w szczerym uśmiechu. Tutaj w dobrym takcie jest ubiór możliwie jak najbardziej skąpy i obcisły. Bez względu na figurę i płeć. Nasz kolega, L ma dla nas litość i wracamy do domu jedynie po 3 nad ranem. My jesteśmy martwi, oni lekko ubawieni. Oczywiście mamy szczęście – w drodze powrotnej zatrzymuje nas pickup policyjny. „Za co” – pomyśleliśmy. Okazało się,  że nasz „conductore” nie zapiął pasów. Niestety przy dalszych oględzinach naszego towarzysza, okazuje się że jest pijany. Zaczyna robić się zamieszanie. K wciąż  mówi „Ah ta policja”. W końcu L prosi nas o 100 pesos. Wraca do radiowozu rodem z amerykańskiego rancza i po chwili wracamy juz do domu. W drodze powrotnej panuje grobowa atmosfera. Wraz z Rafałem snujemy w pokoju historie o tym, jaką karę dostał L. Rano wszystko się wyjaśnia. Za dwa przewinienia, czyli prowadzenie pod wpływem oraz brak pasów kara wynosi 5000 peso, czyli równowartość 1000 zł. Oprócz tego 1 dzień w areszcie. Jednak L opowiada, że Meksyk to kraj bardzo skorumpowany. Nasze 100 peso spotyka swojego brata bliźniaka z portfela L i lądując w kieszeni policjanta załatwia sprawę. 5000 peso i dzień w areszcie albo 200 peso (40 zl) – co tu wybrać? 
To tyle, jeśli chodzi o Cancun. Na drugi dzień, z głową jeszcze pełna trquili, odprowadzeni przez mądrych przyjaciół,  wyruszamy w dalszą drogę. Do Cancun wrócimy za ponad miesiąc, na koniec naszej podróży. Ale tymczasem zagłębiamy się w Meksyk.

Drobne Ciekawostki Cieszą:
– Ciekawym zjawiskiem jest widoczny w wielu sytuacjach wpływ USA. Po raz pierwszy mamy możliwość zrobienia zakupów w słynnej na cały świat sieci sklepow Wallmart. Sklep trzyma ogromny poziom. Z myślą o ludziach niemówiących po hiszpańsku zatrudniany jest nawet specjalny pomocnik, który tłumaczy wszystko na angielski. 
– Po kilkugodzinnym pobycie na plaży miejskiej pełnej lokalnych mieszkańców stwierdzić można,  że mają oni duży respekt do wody. Nikt nie wchodzi głębiej poza obszar płytkiej wody, czyli około 20 metrów od brzegu. Dodatkowo meksykanie w wielu przypadkach nie potrafią po prostu pływać. 

Dobre Rady Wujka Rafała:
– Jadąc do Kanady ubierz się schludnie, aby wyglądać, jak na europejczyka przystało. Ja niestety nie zastosowałem się do tej zasady, aby w Meksyku nie zwracać na siebie uwagi bogatym strojem. W związku z tym na odprawie zapytany zostałem, jaki zawód wykonuję i czy długo nam zamiar przebywać na terenie Kanady. Myślę, że uchodźcy miewają bardziej eleganckie stronę i tym samym mniej pytań związanych z planami zawodowymi w danym kraju. 
– Władze USA ostrzegają przed opuszczaniem strefy hotelowej nocą. Być może będziesz dzięki temu bardziej bezpieczny. Jednak 100 % bezpieczeństwa nie będziesz miał nawet w domu, więc po co jechać na wakacje na drugi koniec świata, jeżeli zamierzasz siedzieć w hermetycznej strefie hotelowej. Wyjdź do ludzi, nawet jeśli nie znasz języka, twój szeroki uśmiech i szczery zachwyt zrobią za ciebie robotę. 
– Nie bój się mówić po polsku, i tak nikt Cię nie zrozumie. W przeciwieństwie do obywateli USA, którym w szybkim tempie uświadomiliśmy, że rozumiemy co mówią na nasz i innych temat.

Kategorie
Blog

Znów przyszedł ten magiczny czas

Dżungla, dzikie plaże na odludziach, palmy kokosowe, dwa oceany, jedno z najpiękniejszych mórz świata, żółwie, małpy, dzikie węże i nietoperze. Jedzenie jako jedne z nielicznych wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, słynące ze swojego piekielnego temperamentu, zakrapiane mezcalem. Aztekowie, Majowie i cała plejada mniej znanych plemion indiańskich wraz ze strzelistymi piramidami w samym sercu dźungli. I oczywiście, najukochańsza w świecie latynoska „mańana”, czyli hołdowanie zasadzie „zrób to jutro”.

To tylko zapowiedź tego, co przed nami. I Wami – Drodzy Czytelnicy. Kolejna seria dobrych rad, jak nie zginąć i co tu zobaczyć, będąc przeciętnym polskim zjadaczem ziemniaków. Po raz kolejny, mając na uwadze okrojony budżet, dysponując średnią ilością czasu, postaramy się umilić Wam życie opowieścią z podróży,

Romki na Końcu Świata wracają do gry. Koniecznie bądźcie tam z nami, bo to będzie PRAWDZIWY MEKSYK.

Kategorie
Blog

Macedonia i Czarnogóra, czyli czas powrotów

Ostatnia prosta. Mimo zbliżającego się nieuchronnego końca, sporo jeszcze przed nami. Gdzie wyjechać, żeby znaleźć się na najbrzydszym campingu w Europie? Gdzie znajduje się najbardziej przejrzyste jezioro? Jak zjeść posiłek za śmieszne pieniądze i nie paść z przejedzenia? Jak nie dostać udaru przy 40- stopniowym upale, zdobywając najwyższy szczyt Korabu? Za oknami pełnia zimy, a was zapraszam po raz kolejny i ostatni do lektury zapisków z tegorocznych wakacji. Przenieście się z nami na Słoneczne Bałkany i poczytajcie.

Przejście graniczne między Albanią a Macedonią to istny Meksyk. Stoisz w kolejce bez ładu i składu. Kiedy w końcu przekraczasz magiczny punkt, okazuje się, że zanim jest tylko gorzej. Sprytni macedończycy wykoncypowali sobie, że na weekend jeździć należy właśnie do swoich albańskich sąsiadów, ponieważ jest tam znacznie taniej. Jest późny niedzielny wieczór i niestety zmierzamy w tym niekorzystnym kierunku. Niekorzystnym, bo tym samym co wszyscy, czyli w kierunku Ochrydy. Znajdujemy się tu, aby poznać rejony ogromnego Jeziora Ochrydzkiego i na krótko zatrzymać się na macedońskim campingu. Docieramy do niego grubo po 22:00, jednak od razu jesteśmy zaskoczeni jakością obsługi, i tak naprawdę najbardziej samym faktem jej istnienia o tej godzinie. Nasza radość ustępuje jednak bardzo szybko, a jej miejsce zajmują kolejno rozczarowanie, zwątpienie a nawet obrzydzenie. Staramy się znaleźć sobie miejsce na namioty. Nasz krążownik błądzi w czymś na miarę osiedli przyczep i domków campingowych, łączonych ze sobą czym się da. Efekt przypomina slumsy, ponieważ pomysłowość ludzka w doborze materiału budowlanego nie zna granic. Dodatkowo gęsta zabudowa powoduje wszechobecny zaduch, a odczuwalność zapachów od zawsze towarzyszących ludzkości kilkukrotnie przekracza dopuszczalne stężenie. Robi się coraz ciekawiej – mamy kolejny off-road. Tym razem rolę przeszkód terenowych odgrywają leżaki, pranie i wymyślny sprzęt campingowy, porozrzucany po całej okolicy. Jest tak ciasno, że droga określona jako przejezdna, blokuje nas otwartymi na całą szerokość oknami prowizorycznych domostw. Szybko staje się jasne, że w tej części kempingu miejsca nie znajdziemy. Wyjeżdżamy na małe wzniesienie nad samym jeziorem i naszym oczom ukazują się podobni nieszczęśliwcy, spędzający wakacje pod namiotem. Wymarzone miejsce na  biwak jest niewielkim skrawkiem terenu z jednym rachityczny drzewkiem oliwkowym i całkowicie wydeptaną trawą. Jednak nic nie jest takie złe, jak fakt, że jest to jednocześnie jedyny punkt na całym kempingu, gdzie wszyscy wyprowadzają swoje psy. Tak więc, teren stanowiący nasz dom na najbliższy czas usłany był odpadkami, wyschniętymi opadłymi oliwkami oraz produktami przemiany materii wszystkich okolicznych burków z campingu. Z samego rana. z uwagi na ograniczoną ilość drzew, budzi nas skwar. Idziemy wykąpać się w Jeziorze Ochrydzkim. I tutaj czeka nas cudowna odmiana- to jeden z najczystszych zbiorników, w jakim mieliśmy okazji się kąpać. Życie podwodne kwitnie pełną parą. Pod powierzchnią wygrzewa się tysiące srebrzystych rybek. Po wyjściu z wody okazuje się że na wysypanym kamyczkami nabrzeżu nie ma już ani pół miejsca. Szybka zmiana planów i już nas nie ma. Zabieramy cały dobytek i mkniemy w kierunku Ochrydy. Czeka nas tam w pełni muzułmańskie miasto, podobne zresztą do całej Macedonii. To tutaj zostajemy po królewsku ugoszczenie w jednej z lokalnych restauracji. Dwudaniowy obiad dla trzech osób z podwójnymi napojami wyskokowymi kosztuje nas w przeliczeniu niewiele ponad 50 zł. Za całość. Miasto posiada na wzgórzu ciekawą średniowieczną warownie Cara Samuela z fenomenalnym widokiem na całą okolicę i pobliskie wybrzeże. Okolica obfituje w targi, na których za bardzo przyzwoitą cenę można nabyć produkty o smaku Macedonii. A słynie ona, jak całe Bałkany, z serów, win, oliwek i owoców. Przed nami poważne zadanie – postawić stopę na najwyższym szczycie zarówno Macedonii jak i Albanii – Korabie. Samochodem przemieszczamy się nad jezioro w niedalekim oddaleniu gór, aby jak najwcześniej zbić obóz i ruszyć na podbój szczytu. Decydujemy się zdobyć go od strony Macedonii. Na drodze dojazdowej napotykamy posterunek graniczny, gdzie każdy turysta mający zamiar dostać się na szczyt powinien się wpisać. Na miejscu przeznaczonym do parkowania spotykamy ekipę Słowaków. Uprzedzają nas, że droga na szczyt jest całkowicie pozbawiona wody nadającej się do picia. Temperatura sięga 40 stopni Celsjusza i łatwo o udar i odwodnienie. Z braku większych zapasów, zabieramy około dwóch litrów wody na głowę i zaczynamy drogę przez mękę. Szczyt osiągamy po około 5 godzinach. Szlaki całkowicie puste. Z góry rozciąga się przejrzysty widok na… nic. Poczuć i na własne oczy zobaczyć, że wokół ciebie znajdują się jedynie twory natury – bezcenne. Warto było tu dotrzeć, aby przekonać się że stanowimy jedyny ośrodek cywilizacji w zasięgu wzroku. Być może Korab nie będzie dla Was stanowił najwyższego punktu, w jakim do tej pory się znaleźliście. Jednak dla nas, górołazów średniozaawansowanych, to zdecydowanie najwyższe miejsce we wszechświecie. Korab bowiem jest ponad 200 metrów wyższy niż nasze rodzime Rysy. Bez wody i sił, ale wyposażeni w upolowaną na szczycie dumę i samozadowolenie kierujemy się do samochodu. Pora nam znowu się przemieścić.

Na dwa ostatnie dni wybieramy kolejne nowe dla nas państwo – Czarnogórę. Cóż wspomnieć o tym miejscu? Mała miejscowość, w której decydujemy się zatrzymać to miejsce niestety dość komercyjne. Z w miarę czystego Morza Adriatyckiego korzysta cała chmara turystów. No i jak to w takich miejscach bywa – chmara zostawia liczne ślady swojego bytowania. Wieczorem, przechadzając się po opustoszałym już nabrzeżu, zastanawiamy się, czy niedopałów i innych drobnych śmieci nie jest więcej niż piasku. W nocy następuje zmiana pogody – Król Neptun sprawia wszystkim amatorom morskich kąpiel ogromną radość i zsyła fale jak domy. Kąpiąc się przy samym brzegu czujemy potęgę natury. Jesteśmy pełni podziwu dla odwagi równającej się już z głupotą ludzi, którzy bez skrupułów i zastanowienia oddalają się znacznie od brzegu. Być może jeszcze bardziej chcą poczuć siłę morza. Nie słyszeliśmy tamtego dnia o żadnych przypadkach utonięć, jednak gdyby takie zaistniały, z całą pewnością by nas to nie zdziwiło.

Czarnogóra to kraj wina i owoców morza, gdzie w związku z wprowadzeniem waluty Euro zrobiło się dosyć drogo. Jak na nasze dotychczasowe doświadczenia z Bałkanami – zdecydowanie za drogo. Dlatego też z ulgą odbieramy wiadomość od Darka i Eli, którzy proponują ponowne spotkanie. Tym razem ma to być jednodniowe pożegnanie wakacji na Węgrzech, nad Balatonem. Bez zająknięcia pakujemy nasz dobytek i wyruszamy.

A jak na Węgrzech, to już większość z Was, Drodzy Czytelnicy na pewno wie. W końcu to nasi ulubienie prawie- sąsiedzi, od setek lat związani z nami historią i odwieczną przyjaźnią. Balaton, nazywany węgierskim morzem ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Jest ogromnym zbiornikiem słodkiej wody, jednak niestety bardzo płytkim. Woda balatońska jest mleczna, o cudownym zabarwieniu błękitu, jednak całkowicie pozbawiona przejrzystości pod wodą. Te niedogodności rekompensują na pewno piękne widoki na historyczne miasteczka rozsiane wokół całego jeziora. Bardzo dobrze rozwinięta komunikacja w postaci pociągu jeżdżącego praktycznie dookoła zbiornika ułatwia codzienne wycieczki turystyczne. To jednocześnie raj dla rowerzystów, ze względu na doskonałą infrastrukturę ścieżek dla jednośladów.

Tak właśnie kończy się nasza bałkańska przygoda. Szczęśliwi, pełni wrażeń i nowych doświadczeń wracamy do domu. Mam nadzieję, że nasza opowieść, czasem może bez ładu i składu, przyczyni się do decyzji niektórych z Was, aby odwiedzić ten magiczny koniec Europy, pogranicze Chrześcijaństwa i Muzułmanizmu. To nasza dobra rada, nie tylko Wujka Rafała, ale również Aśki i Władka – jedźcie na Bałkany, bo to istny raj. Bez względu na to, czy jesteście amatorami turystyki offroadowej, trekkingów, biwakowania na dziko czy też wolicie wycieczki organizowane i poznawanie splendoru innych państw i kultur – zdecydowanie każdy z Was znajdzie tam coś dla siebie. Magiczne Bałkany z otwartymi ramionami witają turystów wszelkiej maści, nie pozostaje więc nic innego jak dać się im porwać w szaleńczy wakacyjny wir.

Kategorie
Trekking

Noworoczny rozruch w Beskidzie Żywieckim

Pierwotnie, to miała być moja tradycyjna urodzinowa włóczęga listopadowa, ale w wyniku splotu różnorodnych okoliczności wyszło jak wyszło.

Przy okazji wychodzi i na to, że ludziska przez Święta solidnie się obżarli, bo na hasło zrzucania świątecznych kalorii zebrał się całkiem spory 30-osobowy tłumek. Początek przygody zaczął się w Rycerce – od razu z przygodami 😉 Bo niektórzy najpierw pogubili się na drogach dojazdowych pod szlak, a potem na samym szlaku. Koniec końców: wszyscy szczęśliwie dotarli do schroniska na Przegibku. Wieczór był…..wesoły 😀

Sobotni poranek obudził się mocno chmurno-mglisty. I tak mu już zostało do popołudnia, toteż nie za bardzo było co focić. Ale spacer na Wielką Raczę należy zaliczyć do przyjemnych, jak najbardziej 🙂

Dość szybko okazało się, kto ile wmłócił przez Święta, bo peleton rozciągnął się niemiłosiernie: dbający o linię wystrzelili het do przodu, zaś obżartuchy robiły za czerwoną latarnię 😉

Ponowna integracja nastąpiła w schronisku, lecz na drugim etapie drogi sytuacja się powtórzyła.

Tymczasem na szczycie Wielkiej Raczy trafiło się w końcu chwilowe okienko pogodowe, co skwapliwie wykorzystaliśmy do nadrobienia braków w fotograficznej aktywności 😉

Częścią zejściową szło się równie miło, jak wejściową. Wraz z nadchodzącym zmierzchem zaczęło się nawet nad głowami całkiem fajnie przecierać, więc choć przynajmniej zachód słońca przyniósł nieco więcej estetycznych wrażeń 🙂 Do Chatki Skalanki doszliśmy już w głębokich ciemnościach. Po napełnieniu żołądków nadszedł wreszcie czas na to, czym chatka żyje: poszła w ruch gitara, poszły w ruch śpiewniki, zabrzęczało szkło….no – i było jak trzeba 🙂

A w niedzielę jak zwykle: robił człowiek co mógł, by jak najbardziej odwlec moment pożegnania z górami.

Jakby nie było – cel został osiągnięty: udało się nowo rocznie rozruszać i zrzucić trochę kalorii.

Dziękując wszystkim za aktywny udział: do rychłego następnego 🙂

Grzegorz Grochowski

Kategorie
Trekking

Joga w Tatrach

Wyjazd górsko-jogowy to specyficzny wyjazd, ciężko znaleźć grupę ludzi, która zarówno chodzi po górach jak i praktykuje jogę,jak więc to pogodzić?

Trzeba obmyślić taki plan by górołazom jak i joginom obie opcje spędzenia wspólnie weekendu przypadły do gustu. Ekipa jak zawsze była bardzo mieszana, a mimo to, wszystko co zaplanowane zostało zrealizowane, ba nawet sporo ponadto!

W piątek po przyjeździe do PTTK Hotel Górski Kalatówki mieliśmy wspólną „jogową” integrację, gdzie poznaliśmy się podczas jogowej zabawy. Sobotę zaczęliśmy od medytacji, technik oddechowym (pranayam) po czym praktyka bardziej dla ciała – asany. Ok godziny 13.30 wspólnie poszliśmy na spacer w kierunku Hali Kondratowej, gdzie w schronisku postanowiliśmy zjeść obiad, kilka foto ujęć na śniegu w pozycjach drzewa, tancerza, stania na głowie czy rękach, no i powrót na Kalatówki.

O 18.00 ponownie odbyła się praktyka asan, później kolacja, wieczorna zabawa w „wyścigi” 🙂 (kto był ten wie), 15 minutowa medytacja, a potem pogaduchy do późnego wieczora.

Niedzielny plan na rano równie jogowo jak w sobotę, medytacja, pranayamy i praktyka, wspólne śniadanko, obiad, mała sesja zdjęciowa na śniegu i wyruszyliśmy w stronę Kuźnic, a stamtąd dalej do domów.

Weekend pełen cudownych wrażeń, spędzania wspólnego czasu z fantastycznymi ludźmi przy czym trochę bardziej duchowo, niż wszystkie inne wyjazdy do tej pory. Były osoby, które nie praktykowały jogi wcześniej,  a jednak we wszystkich zajęciach intensywnie brały udział i świetnie się w nich odnalazły.

To był pierwszy lecz nie ostatni tego typu pomysł, jako że jest prośba o więcej to kolejny już jest w trakcie realizacji. Wszystkich serdecznie zapraszam 🙂

Aneta Matula

Kategorie
Wspinaczka

Sylwester na Zirbitzkogel

A miało być tak pięknie….

I było!!! 🙂

Przedostatniego dnia ubiegłego roku grupka nie do końca normalnych ludzi, dzielnie przemierzyła ciągi komunikacyjne Centralnej Europy, by pod wieczór zacumować przy schronisku Wiechtalhaus, nieopodal Kaiserbrun w Górach Rax. Tam był czas na relaks, nawodnienie organizmów i wieczorek muzyczno-śpiewany w blasku czołówek 😉

W Alpach z reguły grudniową porą jest śniegu pod dostatkiem. Z reguły. Tym razem trafił się wyjątek, tą regułę potwierdzający. Wybrawszy się więc w sylwestrowy poranek na zwiedzanie Wąwozu Wiechtalklamm, grupka nie do końca normalnych ludzi, przemierzała ową formację skalną w nie do końca normalnych okolicznościach przyrody: zasadniczo jesiennych.

Sam wąwóz, nie jest co prawda jakimś ósmym cudem świata, ale kilka stopni skalnych i przewężeń potrafi zaskoczyć dość dynamiczną zmianą pejzażu. Do tego gdzieniegdzie jakieś łańcuszki czy drabinki – ku uciesze gawiedzi, szczególnie tej włóczącej się po zamorskich krainach 😀

Generalnie: taka namiastka Słowackiego Raju, ale całkiem przyjemna i na pewno godna polecenia. Szczególnie wiosną czy latem musi tam być bardzo kolorowo.

Za to zakończenie było „z przytupem”, bo ostatnia drabinka jest ustawiona centralnie pod dość soczystym wodospadem, więc każdy – chcąc nie chcąc – musiał zażyć odświeżającej kąpieli 🙂

W drodze powrotnej niemalże jednogłośnie uchwalono, że było warto. Co cieszy 🙂

Po zejściu na dół, nastąpiło szybkie przemieszczenie do pewnego hotelu w Judenburgu. Pan recepcjonista (jak najbardziej normalny) na widok grupki nie do końca normalnych ludzi, porozumiewających się egzotyczną, szeleszczącą mową – stawiał lekki opór. Opór jednak został dość szybko przełamany i po chwili można było już rozgościć się na pokojach. W zasadzie to bardziej chodziło o kaloryfery w tych pokojach, by do wieczora wysuszyć wyprane w wodospadzie ciuchy, a buty zwłaszcza.

Niebawem w hotelu pojawiła się austriacka frakcja z Wodzem na czele 🙂

Nastąpiło spotkanie integracyjne, a gdy rozpoczęła się ostatnia noc 2017 roku – wszyscy (prawie) zabrali się do realizacji głównego zadania: powitania Nowego Roku na szczycie Zirbitzkogel.  Wkrótce po wyruszeniu nastąpiła chwila refleksji i padło z ust Wodza kluczowe pytanie:

„No dobra. To teraz powiedzcie: co Wam się stało, że tam idziecie?”

Po czym padło szczere wyznanie: „Bo jesteśmy pop***eni.”

Z oczyszczonym sumieniem można było już ruszyć na szlak. Całkiem przyjemny, bez żadnych technicznych trudności. Wódz pomyślał o wszystkim, nawet o oknie pogodowym, które otwarło się na całą sylwestrowo – noworoczną noc. Dzięki temu można było podziwiać wyłaniające się z mroku ośnieżone łańcuchy okolicznych alpejskich pasm. Niestety, sprzęt fotograficzny, nie był w stanie dostrzec tego, co ludzkie oko. Toteż te widoki zostały tylko w pamięci. O północy, niektórzy byli już na szczycie, niektórzy poniżej. Nastąpiło podziwianie noworocznych fajerwerków z nienormalnej strony: czyli z góry zamiast z dołu – jak na grupkę nienormalnych ludzi przystało.

Potem jeszcze szampański toast: „Oby nam się…” w schroniskowej kotłowni (jednym dostępnym pomieszczeniu), coś dla ciała i ducha. Wreszcie droga powrotna. W hotelu jeszcze kilka chwil integracji i do łóżeczek. Pierwszy dzień Nowego Roku upłynął na drodze powrotnej na Ojczyzny łono.

Dobra. Będzie dość. Podziękowania dla Wodza za pomysł i organizację całokształtu 🙂

Grzegorz Grochowski

Kategorie
Żeglarstwo

4 Kontynenty i jeden ocean, płyniemy do Polski

Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział „Stary czy masz czas?”. Spontanicznie zorganizowana załoga, trasa Amsterdam – Świnoujście, decyzja podjęta z minuty na minutę. Krótki bilans czasowy i byłem w załodze. Pojechaliśmy.

W sobotnie popołudnie postawiliśmy pierwsze kroki na 12 metrowym jachcie o nazwie Gandalf, jacht, który wyruszy w wielomiesięczną podróż po morzach i oceanach pod banderą Fundacji 4 Kontynenty. Trochę pracy przed nami, więc po kolei, począwszy od wymiany fałów i szotów, skończywszy na doprowadzeniu silnika do stanu używalności, uwinęliśmy się z większością zadań do zmierzchu. A wieczór, no cóż, jest port wielki jak świat, wycieczka do centrum Amsterdamu. Weekend sprzyjał tłumom, mimo pogody, która nie rozpieszczała nas za bardzo. Następnego dnia prace bosmańskie i ostateczny klar do wypłynięcia. Na jachcie pozostała już tylko docelowa załoga, która miała zmierzyć się z warunkami panującymi na morzach. A była nas szóstka. Staszek-kapitan, Kajetan- I oficer, Piotrek II oficer i załoganci Kuba, Ola i Natalia. Po wstępnej integracji z dnia poprzedniego postanowiliśmy odwiedzić jeszcze raz Amsterdam nocą, tym razem jednak wycieczka skończyła się zdecydowanie wcześniej, gdyż rano trzeba było oddać cumy. W poniedziałek wyruszyliśmy o świcie. Boje toru wodnego oświetlone wschodzącym słońcem wyznaczały nam drogę między mieliznami. Minęliśmy pierwszą śluzę, warunki pozwoliły na rozwinięcie genui. Do drugiej śluzy dopłynęliśmy w środku nocy, tu pozwoliliśmy sobie na krótki odpoczynek. Przekroczyliśmy ją nad ranem i rozpoczęliśmy przeprawę slalomem między wyspami i płyciznami i ostateczne wyszliśmy z odpływem na morze północne. Wiatr wcale nie był dla nas taki łaskawy i wraz z Gandalfem przeszliśmy pierwszą próbę sprawności i współpracy, gdyż dwadzieścia kilka węzłów w bajdewindzie na dość płytkim obszarze nie należało do najspokojniejszych. W końcu jednak pokonaliśmy tą barierę i ustawiliśmy się na kursie w kierunku Helgolandu. I nagle, z rozbryzgujących się fal, morze zmieniło się w spokojnie oddychający organizm i baksztagiem pomknęliśmy przed siebie. Prawie dwie doby w morzu spędziliśmy na wspólnym poznaniu się, morskich opowieściach, szantując pod bezchmurnym niebem pełnym gwiazd, których nie szło zliczyć nikomu. Rano we środę przekroczyliśmy rutę i na horyzoncie pojawił się Helgoland. Po dopłynięciu zapoznaliśmy się bliżej z niemiecką policją, którzy pouczyli nas jak się powinno prawidłowo przechodzić ruchliwe drogi. Dostaliśmy od nich nawet mapę morską i cenne wskazówki, jak bezpiecznie poruszać się po wodach morskich. Zapamiętamy to zdecydowanie na zawsze. To jednak nie było ostatnie wyzwanie dzisiejszego dnia. Okazało się bowiem, że koniec sezonu na wyspie to akurat trzy dni najbliższe dni, a my trafiliśmy na jeden z nich, co wiązało się z tym, że stacja benzynowa, na którą liczyliśmy niezmiernie jest po prostu zamknięta i nie ma żadnej możliwości, aby zatankować. A zbiorniku się nie przelewało. Gorączkowe poszukiwania zakończyły się sukcesem, bowiem Kuba zagadał do jednego z tubylców i dostaliśmy w dobrej cenie zapas diesla na całą trasę. Po uzupełnieniu zapasów nie tylko dla jachtu pod wieczór przeszliśmy główki portu. I znowu ruta. Tym razem jednak, mimo znajomości wśród stróżów prawa, postanowiliśmy nie fatygować ich do nas po raz kolejny i zgodnie z ich wytycznymi przecięliśmy autostradę dla statków sztywniutko niczym od linijki. Cuxhaven to kolejny port, który odwiedziliśmy, ale dosłownie na kilka minut, żeby wysadzić Natalię, która musiała niestety zakończyć wcześniej rejs. A my mieliśmy przed sobą kilka godzin do pierwszej śluzy w Kanale Kilońskim. Tak nam się tylko wydawało, bo prąd mocno spowalniał nas, co miało decydujący wpływ na dalsze losy rejsu. Podczas gdy my ledwo co poruszaliśmy się do przodu, obok nas przepływały olbrzymie statki ukryte we mgle , która spowiła wszystko wokoło. Rano wpłynęliśmy do Kanału. Kilka godzin do zmierzchu przesądziło o tym, że nie pokonamy całej trasy tego dnia i koniec końców zatrzymaliśmy się w Rendsburgu o zmierzchu, bo jak wiadomo, w kanale obowiązuje zakaz ruchu w godzinach nocnych. W piątek o świcie oddaliśmy cumy. Wschodzące słońce i ścieląca się po wodzie mgła nadawała klimat spokoju. Solidne kapitańskie śniadanie , bomba kaloryczna złożona z połowy zapasów, uzupełniła nasz zapas energii na najbliższą dobę, która miała być dość intensywna żeglarsko. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Po południu druga śluza otwierająca nam bramy Bałtyku, prognoza z ostrzeżeniem przed silnym wiatrem z kierunku południowo-zachodniego obiecywała szaloną żeglugę baksztagami. Pod wieczór zaczęło się rozwiewać, a jacht zaczął serfować na fali osiągając nierzadko prędkość 9 węzłów. Bajka. Marzyliśmy sobie po cichu, że idealnie byłoby gdyby jeszcze było bezchmurne niebo tej nocy. I jakby na zamówienie po zmierzchu zniknęły chmury i mogliśmy żeglować podziwiając bardzo mocno świecące gwiazdy. Gitara zawitała znowu w kokpicie i mimo przenikliwego zimna, ręce nie odmówiły posłuszeństwa i nocna wachta mogła wspólnie zaśpiewać, że kołysał nas zachodni wiatr, a ląd gdzieś za rufą został, czy pieśń o naszym pięknym Bałtyku, że nas wychowało i szkołę dostaliśmy twardą. Rano czarna chmura dogoniła nas jednak i o słońcu mogliśmy już tylko pomarzyć. Gdy minęliśmy Sassnitz na trawersie, wiedzieliśmy już, że do Polski będziemy płynąc bajdewindem. Rozwiało się jeszcze mocniej, zgodnie z prognozą wiało nam 6 Bf z silnymi szkwałami. Mimo trudnych warunków, fal wchodzących na pokład i zalewających sternika co chwilę, Gandalf dzielnie walczył z Bałtykiem i wieczorem zameldowaliśmy się w główkach portu w Świnoujściu, mokrzy, zmarznięci ale z uśmiechami na twarzy.

Podsumowując, rejs listopadowy na dwóch wymagających akwenach jakimi są Bałtyk i Północne dał nam dużą dawkę adrenaliny, doświadczenia. Warunki były bardzo sprzyjające, mimo silnych wiatrów, które towarzyszyły nam przez cały rejs. Jacht przeszedł bardzo dobrze sprawdzian swojej dzielności morskiej i daje dużą nadzieję na sprawdzenie się w przyszłorocznej wyprawie. A załoga? Wszyscy wróciliśmy zadowoleni z workiem pełnym przygód i morskich opowieści.  

Piotr Dumanowski